-
Billy, wszystko ci wyjaśnię – Sandy podeszła do mnie od razu, jak tylko Althea
zniknęła z pola widzenia. Prychnąłem i odwróciłem się od niej, nie chciałem na
nią patrzeć. – Musiałam to zrobić, mam kryzys i…
-
Nie pomyślałaś o tym, że bym ci pomógł? Kurwa Sandy, mogłaś mi powiedzieć –
Kiedy spojrzałem na nią, nie przypominała mi tej samej dziewczyny którą
poznałem. Była… przestraszona. Przejechałem dłonią po twarzy, oddychając
głęboko, nie chciałem się z nią kłócić. – Każdy ma problemy, a akurat o
poważnym kryzysie, jak wiem całkiem sporo. Może nie finansowym ale jednak.
-
Billy… proszę cię, daj mi szansę. Bałam ci się powiedzieć prawdy, ale…
-
Nie mam czasu słuchać twoich wymówek Sandy, w tym czasie mogę przebywać z ludźmi
którzy mnie nie okłamują. – Ruszyłem w stronę drzwi, kładąc rękę na ramieniu
Sandy, chcąc ją wyprowadzić z mieszkania. Dziewczyna była w jakimś amoku.
Złapała się mnie kurczowo, ja zareagowałem tylko westchnieniem.
-
Billy Joe Moliere, poznałam cię w momencie, kiedy chciałam zrobić karierę,
pisząc o tobie biografię. Ale, kiedy poznałam cię od innej strony, nie tej
którą ludzie widzieli na scenie lub w gazetach, a prywatnie, zdałam sobie
sprawę, że to nie w porządku zarabiać na tobie. Poza tym, moja córka cię
uwielbia! Billy, przywiązałam się do ciebie w stopniu, jakim nawet nie śniłam.
Ja… kocham cię Moliere.
Stanąłem
jak wryty. Nie mogłem uwierzyć w to, co słyszę. Po chwili bez żadnego słowa
wyprowadziłem Sandy przed drzwi i zamknąłem je. Stałem tam dobre dziesięć minut
– dokładnie tyle, ile Sandy dobijała się do drzwi. Wywróciłem oczami po czym po
prostu położyłem się na kanapie. Nie miałem siły iść do pokoju, szybko zasnąłem
otoczony poduszkami.
Kolejnego
dnia, kiedy już wstałem a Lucia wyszła do szkoły, słuchałem wywodów Al.
Przyznaję, że tak nie troszczyła się o mnie nawet moja własna rodzina. Jednak,
w pewnym momencie rozmowa zeszła na temat Sandy. Wtedy właśnie wróciło do mnie
wspomnienie wczorajszej rozmowy z dziewczyną, jednak nie jestem pewnien, czy
jej monolog można było nazwać rozmową. W końcu, głownie to ona mówiła.
-
Billy? Co z Sandy? – Althea zmieniła ton głosu, ale najwidoczniej tego nawet
nie zauważyła, westchnąłem i uśmiechnąłem się.
-
Nic, kolejna zakochana – Powiedziałem, a Althea od razu szerzej otworzyła oczy,
jednak widziałem, że się lekko uśmiechała – No dalej, powiedz to.
-
Ale co?
-
Powiedz, że się tego domyślałaś – zaśmiałem się cicho. Dziewczyna odwróciła się
odemnie, a ja, w nagłym przypływnie radości po prostu wstałem i podeszłem do
niej. Zacząłem ją łaskotać, a Althea wybuchła śmiechem. – No, to powiesz to czy
nie?
-
No dobra, może trochę. – Odpowiedziała, między krótkimi atakami śmiechu – Co teraz
zrobisz? – Oparłem się o blat obok dziewczyny.
-
Nie wiem. Sandy jest spoko ale, nie jestem pewien czy mógłbym być z dziewczyną
która bała mi się powiedzieć o czymś takim. Ja rozumiem, nie każdy chcę gadać o
problemach, obok siebie mam przykład, ale po prostu nie umiem sobie tego
wyobrazić.
-
To ważna decyzja Billy. – Althea patrzyła w przed siebie, w ekran telewizora,
jednak doskonale widziałem, że wcale nie oglądała tego głupiego reality show.
Uniosłem brew – Jak można oglądać takie gówno?
-
No nie wiem. A jak można brać udział w takim gównie? – Oboje zaśmialiśmy się.
Obecność
dziewczyny bardzo mi pomagała. Zwłaszcza teraz, kiedy to najgorsze myśli
wracały do mnie każdej nocy. Nie dawałem tego po sobie poznać, nie chciałem aby
Alth znó musiała się o mnie martwić. Nie chciałem też, aby Lucia to wszystko widziała.
Usłyszałem dźwięk telefonu, na wyświetlaczu, pojawiło się imię „Sandy”. Bez zastanowienia,
odrzuciłem połączenie.
Resztę
dnia, spędziłem w domu. Althea musiała iść do baru, to był pierwszy i ostatni
raz kiedy tego dnia wyszedłem z mieszkania. Zawiozłem ją pod bar, a potem
wróciłem do domu. Siedziałem na kanapie i oglądałem telewizję, co jakiś czas
bijąc się z myślami. Coś w mojej głowie, mówiło mi, że jestem do niczego.
Słyszałem w głowie oskarżycielski głos ojca, oraz płacz matki. Jednak,
najgorszy był krzyk i lament Hannah. A potem, widok Alth kiedy to znaleźliśmy
ją po kilku tygodniach. Schowałem twarz w dłoniach. Nawet nie zauważyłem, kiedy
za oknem się ściemniło a Lucia wróciła do domu. Jednak, usłyszałem dźwięk
zamykanych drzwi. Spojrzałęm na dziewczynę, próbując się uśmiechnąć.
-
Hej, jak w szkole? – Dziewczyna uśmiechnęła się lekko, ale tylko na chwilę.
Cały czas miałem wrażenie, że obwinia mnie o to wszystko. I ma rację.
-
W porządku – Ta krótka informacja wystarczyła. Nie byłem dla niej nikim z
rodziny, nie znała mnie. Nie dopytywałem.
-
W kuchni masz jedzenie, bierz jeśli jesteś głodna.
Kilka
kolejnych godzin minęło mi na nieudanych próbach napisania piosenki. Kiedy nie
udało mi się skomponować nic nowego, zabrałem się za przeglądanie starych
dokumentów, tekstów, oraz innych, nie potrzebnych papierów. Ale to, na co
natrafiłem zmroziło mi krew w żyłach. Była to koperta, zaadresowana do „Tego,
kto mnie znajdzie”. Otworzyłem ją, a jej zawartość bardzo mnie zdziwiła. Był to
list, oraz… płyta. Rozłożyłem kartkę, na której rozpoznałem swoje własne pismo.
„Jeśli to czytasz, to zapewne znalazłeś, lub
znalazłaś mnie martwego. Nie dałem rady. Nie umiałem znów się śmiać, bawić i
śpiewać. To zniknęło, wyparowało. Wiem co się o mnie mówi, że się wypaliłem, że
przestało mnie to cieszyć, że robię to dla rozgłosu. Ale szczerze, wisi mi to.
Na płycie jest utwór, który chciałbym aby
został zagrany na moim pogrzebie.
Jestem Billy Joe Moliere, właśnie zakończyłem
swoją podróż po Avenley.„
Kartka
wypadła mi z rąk i powoli opadła na ziemię. Oparłem się o kanapę, naprawdę było
ze mną źle. A może, dalej jest? Do jasnej cholery, Althea ma rację. Zmieniłem
się i muszę to odwrócić. Nie mogę zostawiać ludzi, moich fanów ani rodziny.
Wtedy przyszła mi do głowy straszna myśl, co by było, gdyby to Althea znalazła
mnie martwego i musiała to czytać, w zaniedbanym mieszkaniu, ze mną, rozwalonym
na tej kanapie, najpewniej już sztywnego i zimnego. Kiedy sięgnąłem po płytę,
drzwi się otworzyły.
-
Wróciłam! O, hej Billy – Głos Althei mnie rozproszył, upuściłem płytę, jednak
szybko schowałem ją i list do koperty, a kopertę wrzuciłem pod kanapę. Althea
chyba niczego nie zauważyła.
-
Hej Alth, jak w barze? – Wstałem z kanapy jak gdyby nigdy nic. Modliłem się o
to, aby nie zauważyła mojego zdenerwowania – Głodna?
Althea?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz