25 wrz 2018

Od Bellamiego CD. Althei

Moje spojrzenie skierowało się na Alt, która właśnie szła do nas z talerzami. Uśmiechnąłem się na jej słowa i poruszyłem brwiami.
- Przy młodzieży używać takich słów nie można - powiedziałem, a ona spiorunowała mnie wręcz swoim wzrokiem. Zaśmiałem się i wstałem z siedzenia.
- W czym pomóc? Prócz podania i wylizania deseru - zapytałem się szczerząc do niej. Westchnęłam jednak nic nie powiedziała na moje podteksty, a szkoda. Ułożyła jedynie dwa talerze na stole i skierowała się do kuchni.
- Chodź - rzekła, a ja jak piesek na zawołanie poszedłem za nią, wręczyła mi jeden talerz i sztućce.
- Zanieś - powiedziała.
- Jaka bezwzględna, lubię takie. Wiesz czemu? - zapytałem patrząc w jej oczy, które wręcz były już zmęczone moim zachowaniem. Oho... a jeszcze nawet nie zjadłem deseru, a już zmęczona. Jak ja łatwo męczę.
- Bo wiedzą czego chcą - odpowiedziałem od razu nie dając dojść jej do słowa. W innych sytuacjach dam jej dojść, oczywiście gdy będę miał dobry humor. Wykonałem więc powierzone mi zadanie perfekcyjnie i ułożyłem ładnie sztućce. Paluszek tutaj, paluszek tam. Oczywiście chodzi o odległość talerza od stołu czy widelca od noża zboczeńce. Moje drżenie rąk mówiło samo za siebie. Pora zapalić. Wytrzymaj Bell jeszcze chwilę, zjesz i pójdziesz zapalić. Na spokojnie. Będzie dobrze, oddycha, świat się jeszcze nie wali. Przeżyłeś tyle końców świata, że jesteś niezniszczalny. Fajki to tylko nałóg. Da się go zwalczyć. Skierowałem się znów do kuchni i stwierdziłem, że jednak świat się wali. Wyjąłem elektryka, niech chociaż trochę pomoże.
- Nie pal - powiedziała Alt, która chowała sok do lodówki.
- Muszę chociaż trochę, bo już mnie trzęsie - rzekłem i zaciągnąłem się małą ilością nikotyny.
- Nie jest dla was szkodliwy, to tylko pora - dodałem później, a ona skinęła jednak nie przekonało ją to za bardzo. Zaniosła szklanki na stół, a ja popaliłem jeszcze trochę i też do nich wróciłem. Schowałem elektryka w kieszeń i ładnie usiadłem na swoje miejsce. Złożyłem ręce jakby do modlitwy, a Alt i Lucia zlustrowały mnie wzrokiem jak pojeba.
- No co? To, że klnę, palę, pije, ćpam, rucham nie znaczy, że się nie modle. Przecież grzesznicy też się modlili prawda? - zapytałem udając poważnego jednak one dalej nie były przekonane.
- No i chuj nie ma zabawy z wami - rzekłem i mój uśmiech zszedł z mojej twarzy. Sięgnąłem po szklankę z sokiem, którego trochę upiłem.
- Przyjedziesz jeszcze kiedyś pomóc mi z lekcjami? - zapyta Lucia jak gdyby sytuacja sprzed kilku sekund nie miała miejsca. Te... dobra jest.
- Oczywiście, jak siostra przygotuje biały deserek, to zawsze chętnie wpadnę, ale wolałbym wieczorami. Często pracuje do późna - powiedziałem, a ona skinęła głową.
- Nawet nie wiem gdzie pracujesz - rzekła Alt i zaczęła jeść.
- Jako patomorfolog, często też jako ładnie mówiąc bokser - odpowiedziałem i wzruszyłem ramionami.
- Jako kto? - zapytała Lucia marszcząc czoło. Uśmiechnąłem się na to, mało osób wie co to takiego.
- Medycyna sądowa, badanie zwłok - odpowiedziałem.
- Dlatego tak dużo wiesz na tema biologii - rzekła, a ja wzruszyłem ramionami.
- Nie tylko to, miałem bardzo dobre oceny, zresztą jestem też po studiach medycznych, zamierzam też iść na psychologie. Znam też kilka języków, a jak masz problem z jakimś przedmiotem to niech twoja siostra do mnie zadzwoni - powiedziałem z uśmiechem.
- Mi pasuje - rzekła Lucia, a ja spojrzałem na Alt, która tylko przysłuchiwała się naszej rozmowie.
- Właśnie, zapomniałbym, nie dałem ci całego napiwku - powiedziałem  i sięgnąłem po portfel z kieszeni. Tak naprawdę dałem jej wystarczającą ilość pieniędzy na naszym pierwszym spotkaniu ale chciałem w jakiś sposób wynagrodzić ten wypadek. Nie wiedziałem jak inaczej to zrobić więc po prostu dałem jej zawinięte banknoty, a ta mimo wszystko zgarnęła je od razu ze stołu.

Alt? Przeprasza, że tak długo czekałaś i tak krótkie, ale po prostu moja wena leży w dodatku szkoła i umieram...

Od Nivana cd Antoniego

Wtoczył się za mną do mojego małego królestwa pełnego kabli, pudełek po pizzy, skarpetek i może odrobiny dobrego gustu w postaci przeważających szarości, czy czegoś tam innego.
Dorocia mówiła, że szarość jest kul i trendi, to machnąłem.
Mieszkanie typowego, dwudziestosiedmioletniego faceta, który jeszcze się nie ustatkował. Czyli w sumie typowego dwudziestosiedmioletniego faceta, nic dodać, nic ująć.
— Nienajgorzej się tu urządziłeś — rzucił, odkładając swoje szpargały, gdy ja zamykałem drzwi, odkładałem zakupy i przystępowałem do rozbierania się. No i oczywiście udawałem, że nie czułem tego palącego spojrzenia, które leniwie sunęło przez moje plecy, aż do tyłka, który obleciał nieco dokładniej.
I wcale dodatkowo się nie wyprostowałem, wypiąłem, napiąłem i tak dalej, wcale, w ogóle, niespecjalnie, tak, tak.
— I serio, mówię to szczerze, gdy wspominałeś o bałaganie, myślałem, że będzie… no gorzej, no, wiesz. — Zerknąłem na niego w momencie, gdy zdobył się na ledwo słyszalne, słabe westchnięcie. Nawet opuścił wzrok, jakbym miał go zaraz zbesztać, czy coś... — Czasami mam wrażenie, że dalej mamy te cholerne kilkanaście lat i jesteśmy napalonymi dzieciakami, które chętnie rzuciłyby sobie do gardeł.
Parsknąłem śmiechem, kręcąc głową i ponownie łapiąc się za reklamówkę z zakupami.
— A nimi nie jesteśmy? — zaśmiałem się raźnie, wciągając towary na blat i za chwilę wyciągając wszystkie pierdoły, układając je w odpowiednie miejsca i tak dalej. — Mentalnie zatrzymałem się na wieku dwudziestu dwóch lat, wiesz? — zacząłem, wyciągając wino i za chwilę manewrując w dłoniach jabłkami. — W ogóle gdzieś zgubiłem te pięć, jakbym się, kurwa, zapętlił, czy coś.
Może dlatego, że przez większość byłem nieco wyrwany?
Odkorowany?
Obcy?

Od Wandy CD Nivana

Skrzywił się i spojrzał na mnie. Tak bardzo typowo, z tak utęsknionym przeze mnie wyrazem twarzy, nawet jeżeli nie przekazywał w ten sposób upragnionej, dobrej informacji. Zawsze coś, przynajmniej w ogóle widziałam go przed sobą. Żywego i w całości, ze wszystkimi kończynami, a i to był powód do szczęścia.
Nawet jeżeli większość ran dało się skrzętnie ukryć.
— Ja tylko chciałem kupić kwiatki, Wandziuś, dajże spokój, nie powinniśmy — mruknął, szybko odwracając wzrok ode mnie i od alkoholu, jak święta dziewica, która nigdy na oczy nie widziała używek czy gorszych rzeczy.
A chyba wszyscy wiedzieli, a przynajmniej mieli wrażenie, że Oakley był odważniejszy od samych cór Koryntu, oczywiście bez ubliżania, bo nikogo obrażać nigdy nie chciałam. Zwłaszcza tego specyficznego osobnika.
Westchnęłam, zastukałam kilka razy o blaty lady, o którą następnie się oparłam.
— No to komu chcesz kupić te kwiatuszki, Nivuś? — zapytałam, uśmiechając się, może i trochę delikatniej, może i ciut bardziej niepewnie, przy okazji przekręcając z zainteresowaniem głowę w bok. — W końcu chyba nie jesteś częstym bywalcem w kwiaciarniach, czyż nie? — parsknęłam śmiechem, ostatecznie wskakując na blat, bo w końcu kto mi niby miał zabronić. — A przynajmniej moje koleżanki nie wspominały nic o panu z lekkim zarostem w twoim stylu, a mogę ci przysiąc, w tej pracy słyszy się bardzo dużo, zwłaszcza o przystojnych panach w okularach — dodałam jeszcze, podnosząc dłonie w obronnym geście.

Od Antoniego CD Nivana

— Przynajmniej wyrobiłeś dzienne kardio — odburknął, kombinując przy tym zamku, a ja mogłem jedynie podnieść brwi w zdziwieniu, zastanawiając się, czy zaraz nie złamie swojego klucza, a ja nie miałem ochoty ponownie schodzić i wchodzić po tych pierdzielonych schodach. — Idzie się przyzwyczaić, nie ma dramatu.
No i otworzył te wrota do swojej groty, a ja w odpowiedzi po prostu prychnąłem, przewracając oczami i w końcu podążyłem za nim.
I muszę stwierdzić, wcale nie było tak źle. Żadna tragedia, żaden burdel, ot co, po prostu nieuporządkowane mieszkanie, bez przesady, pajęczyn w kątach nie dostrzegłem, brudne bokserki również nie walały się po kanapie. Więc chyba było ok.
— Nienajgorzej się tu urządziłeś — mruknąłem, rozglądając się po pomieszczeniu i odkładając swoją torbę na bok wraz z płaszczem. Raczej miały nie być mi przydatne. Westchnąłem, przetarłem twarz dłońmi, palcami przejechałem przez włosy, a kątem oka niepostrzeżenie zerknąłem na te cudowne plecy Nivana, a może jednak ciut niżej, bo kto mi niby miałby zabronić. W końcu każdy powinien czasami pocieszyć się tymi drobnymi, bardzo ładnymi obrazkami w jakiś tam sposób specjalnej osoby. — I serio, mówię to szczerze, gdy wspominałeś o bałaganie, myślałem, że będzie… no gorzej, no, wiesz. — Przerwałem głośnym westchnięciem i opuściłem wzrok. — Czasami mam wrażenie, że dalej mamy te cholerne kilkanaście lat i jesteśmy napalonymi dzieciakami, które chętnie rzuciłyby sobie do gardeł.
Lub do ust, ale tego wolałem po prostu nie dodawać.

Od Charlesa CD. Koyori

Propozycja pana Stevensona, żeby dziewczyna zagrała w filmie była równie absurdalna i zaskakująca, jak lot w kosmos jakieś 100 lat temu. Jednak podobnie jak to było w przypadku lotu w kosmos, tak i w przypadku tej niespodziewanej oferty pracy musiało to dojść do skutku. Nie zdążyłem tego w żaden sposób skomentować. Tak samo, jak ja, głosu została pozbawiona Koyori. Nasza trójka stała tak przez chwilę oniemiała. Pierwszy otrząsnąłem się z tej nowości.
-Koyori... Myślę, że nie masz innego wyboru, jak pójść ze mną do charakteryzatorek. - Odparłem niepewnie. - Na razie nie panikuj, bo sam reżyser nie może podjąć nowego aktora, a co dopiero zmienić scenariusz.
Zauważyłem, że dziewczyna była w lekkim szoku, jednak skinęła głową i ruszyła powoli za mną i Ignis. Shane zamykał pochód z Lokim na rękach. Weszliśmy do namiotu charakteryzatorek.
-Hej dziewczyny. - Uśmiechnąłem się. - Jest tutaj asystent Stevensona?
-Patrick! - Blondynka, która odpowiadała za to, że mój Loki włóczył się sam po okolicy, zawołała w głąb namiotu. Do pomieszczenia wszedł szybko rozczochrany człowieczek w okularkach i spojrzał rozbieganym wzrokiem na całe nasze towarzystwo. Zmarszczyłem brwi. Widać było ewidentnie, że koleś wciąga kokę.
-O co chodzi? - Jego spojrzenie zawisło na chwilę na mnie.
-Stevenson powiedział, że masz wytłumaczyć tej o to tutaj... -Wskazałem Koyori. - Pani na czym będzie polegać jej rola w naszym filmie.
-Nic na ten temat nie wiem. - Odburknął i wyjął z kieszeni iphone, w którego wlepił oczy i zaczął pośpiesznie odpisywać na jakąś wiadomość. - Aaa, już wiem o co chodzi. Chodź ze mną... Eee, jak masz na imię?
-Koyori. - Dziewczyna bąknęła cicho i obejrzała się na swojego kolegę, jakby pytając się go, co ma teraz zrobić. Jednak zanim zdążyła w jakikolwiek sposób zareagować, Patrick złapał ją za ramię i pociągnął za sobą z powrotem w głąb namiotu. Westchnąłem.
-Dobra, to ja wracam do kręcenia sceny. - Zwróciłem się do Shane'a. - Masz szansę ją jeszcze zobaczyć.
-Jasne. Z chęcią. - Odparł krótko.
Znowu wylądowałem na pokładzie helikoptera i znalazłem się na drgającej drabince. Poczułem wyraźne szarpnięcie i wymierzyłem skok. Leciałem prosto w siodło, gdy nagle wyleciała mała Acony, która wbiegła prosto pod kopyta Ignis. Moja klacz spanikowała i ruszyła się o parę kroków. Przez co mój skok skończył się upadkiem. Na szczęście w ostatniej chwili zadziałały linki asekuracyjne, które zamortyzowały uderzenie o beton, jednak nadal nie było to najprzyjemniejsze doświadczenie. Uderzyłem barkiem, po czym zrobiłem przewrót przez ramię, żeby ochronić głowę. Skończyłem leżąc na plecach. Trochę chyba się poobijałem. No i kuźwa, muszę nagrywać jeszcze jednego dubla. Westchnąłem. Podbiegli do mnie technicy.
-Charles! Żyjesz? Nic ci nie jest? Możesz się ruszać? - Zalał mnie milion pytań. Dźwignąłem się na łokciach.
-Trochę mnie boli. - Mruknąłem. - Ale raczej przeżyję.
-On krwawi! - To był głos Shane'a. - Przepraszam. To moja wina, bo nie dopilnowałem Acony.
-Daj spokój. - Machnąłem ręką, z której faktycznie sączyła się krew przez materiał. - To tylko obtarcie.
-Wezwijcie ratownika medycznego i reżysera. - Ktoś krzyknął do gapiów, którzy się gromadzili wokół mnie. Ignis podeszła do mnie i trąciła mnie głową. Po chwili zjawił się ratownik medyczny, który musiał być obecny na planie, na wypadek takich sytuacji jak ta. Podszedł do mnie i uklęknął.
-Proszę powiedzieć jak się pan nazywa.
-Charles Winchester. - Odparłem znudzonym głosem.
-Co pan robił przed chwilą? - Kolejne rutynowe pytanie i latarką po oczach.
-Wykonywałem scenę kaskaderską i się trochę nie udała. - Mruknąłem.
-Dobrze. Nie ma pan wstrząsu mózgu, więc mogę przystąpić do sprawdzenia pozostałych części ciała. - Zaczął macać moje ręce i nogi. Wyginać i zginać. Opatrzył zadrapanie na ramieniu. - Na szczęście jest pan tylko mocno poturbowany. Kilka siniaków i to zadrapanie na ramieniu. Nic panu nie będzie.
-Dziękuję. - Odparłem i wstałem, bo byłem zmęczony tym cackaniem się ze mną. Wparował Stevenson, a za nim jak cień przyszła Koyori.
-Charles! Do cholery! Co ci się stało? Dlaczego spieprzyłeś tą scenę, skoro tak dobrze ci szła? - Był czerwony z nerwów. No tak. Wypadek na planie, oznacza przedłużenie zdjęć, a każdy dodatkowy dzień zdjęciowy, to dodatkowe pieniądze, które on jako reżyser musi załatwić.
-To był totalny przypadek. - Stwierdziłem. - Ignis się spłoszyła trochę, bo psiak jej wleciał pod kopyta.
-Czyj pies? Twój? Nie przyprowadzaj go więcej na plan, rozumiesz?! - Wydarł się na mnie.
-To nie był jego pies. - Odparł cicho Shane.
-No to kurwa kogo?! - Stevenson był nieźle wkurzony.
-Reżyserze proszę się nie bulwersować. Odpocznę z godzinkę i mogę jeszcze nagrać tą scenę. - Próbowałem załagodzić sytuację.
-Czyj był ten pies? - Stevenson wbił wściekłe spojrzenie w Shane'a, który chyba się go trochę przestraszył.
-Mój. - Wszyscy usłyszeli cichy i nieśmiały głosik Koyori.
-Dopiero co przyjąłem cię na plan, a ty chcesz już niego wylecieć? - Reżyser zmarszczył gniewnie brwi.
-Daj spokój Stevenson. - Westchnąłem. - Nic mi nie jest. Następnym razem Koyori nie przyprowadzi psów na plan i będzie super, prawda?
-Zastanowię się jeszcze. - Spojrzał zdenerwowany na dziewczynę i odszedł.
-Spokojnie Koyori... On tak często wybucha, ale raczej nie jest groźny. - Uśmiechnąłem się. 

[Koyori? Przepraszam, że dopiero teraz odpisuję, ale ostatnio mam mało czasu, żeby usiąść i coś napisać :(]

Harper Dallas

Na zdjęciu: Nie udało mi się znaleźć.
Motto: Sztuka przynosi nam dowód, że istnieje coś innego niż nicość.
Imię: Harper
Nazwisko: Dallas
Wiek: 19 lat
Data urodzenia: 05.11
Płeć: Kobieta
Miejsce zamieszkania: Rodzice kupili jej kawalerkę w Old Channer. Mieści się w starej kamienicy, a wnętrze samego mieszkania bardzo pasuje do stylu całej dzielnicy. Jest wybuchową mieszanką vintage i nowoczesności. W pomieszczeniach góruje biel chociaż często bardzo ciężko ją dostrzec przez graty walające się po całym domu. Najważniejszą częścią mieszkania jest szeroki parapet przy oknie w salonie. Harper uwielbia tam przesiadywać i obserwować ulicę. Pomimo tego, że maluje bardzo dużo żaden z jej obrazów nie zdobi ścian kawalerki. Płótna porozrzucane są dosłownie wszędzie. Warto jeszcze wspomnieć o dość sporej biblioteczce, która zajmuje jedną, najdłuższą ze ścian mieszkania. Z racji, iż dziewczyna czyta bardzo dużo i nałogowo kupuje książki już nie ma na nie miejsca i pomimo tego, że zagospodarowała tyle miejsca na literaturę powoli zaczyna go brakować. Równoznaczne jest to z tym, że książki walają się po podłodze, na półkach w łazience oraz szafkach kuchennych.
Orientacja: Heteroseksualna
Praca: Studentka ASP
Charakter: Harper jak na swój wiek wydaje się być bardzo dojrzała. Od zawsze wystawała przed szereg wśród rówieśników wyróżniając się poziomem inteligencji. Dzieci jak to dzieci nie przepadają za osobami innymi niż one same. Brunetka na etapie przedszkola spotkała się z wieloma przykrościami. Dla przykładu dziewczynki śmiały się z niej kiedy ta nie chciała bawić się lalkami. Wmawiały jej, że zachowuje się jak chłopiec kiedy ta po prostu chciała w spokoju malować. Od zawsze miała pod górkę pomimo tego, że jeśli chodzi o rzeczy materialne nigdy niczego jej nie brakowało. Co zresztą? Rodzice bez przerwy pracują i nie mają czasu dla swojej jedynaczki. Na etapie podstawówki dziewczynka rozpoczęła domowe nauczanie po tym jak wybłagała o to rodziców. Czy to był dobry krok? Raczej nie. Zamknęła się na ludzi jeszcze bardziej. Może źle to ujęłam. Harper po prostu nie ma przyjaciół i znajomych ale potrafi nawiązywać kontakt z innymi. Ma trudności w rozmowach z rówieśnikami, gdyż nauczona od przedszkola wie, że nie znajdzie z nimi wspólnego języka.
Dziewczyna to chodząca oaza spokoju. Nic jej nie rozwścieczy. Wszystko przyjmuje na klatę trzymając nerwy na wodzy. Harper jest bardzo roztrzepana o czym może świadczyć nieład w jej mieszkaniu. Szatynka nie potrafi rozplanować sobie dnia przez co często nie ma czasu na rzeczy ważne. Dla przykładu potrafi kilka godzin przesiedzieć nad książką, a praca na zajęcia dalej leży niezaczęta. Skoro jesteśmy już przy wadach warto zaznaczyć, że Harper bardzo często się spóźnia. Wynika to z tego, że traci poczucie czasu pogrążając się w swoich ulubionych zajęciach.
Wyjdę teraz trochę w przyszłość i opiszę zachowanie Harper w stosunku do partnera, gdyż wydaje mi się, że jest to ważne. Otóż pomimo tego, że dziewczyna jest samotniczką towarzystwo drugiej połówki, która ją zrozumie będzie zbawieniem. W końcu każdy potrzebuje ciepła i choć odrobinki miłości. Tak jest i z Harper. Nie spotkała jeszcze tego jedynego. Swoje uczucia przelewa na płótno oraz zmienia w słowa czego wynikiem są jej liczne romansidła zapisane głęboko na dysku tak żeby nikt ich nigdy nie odnalazł. Cóż mogę jeszcze powiedzieć. Dziewczyna bardzo chciałaby dzielić z kimś swoje pasje. Niekoniecznie chodzi tu o chłopaka. Przyjaciel lubiący sztukę tak jak ona też by się nadał. W końcu możliwość chodzenia na wystawy i mieć z kim dyskutować o ekspozycji to spełnienie marzeń. Poza tym Harper chętnie zabrałaby kogoś na jedną ze swoich wycieczek. Chciałaby pokazać 'temu jedynemu' najpiękniejsze miejsca w jakich kiedykolwiek była. Takie właśnie ma marzenia mała Harper. Znaleźć kogoś kto ją zrozumie.
Hobby: Sztuka to jej konik. Od malarstwa po literaturę. Uwielbia czytać jak i pisać książki. Żadnego ze swoich dzieł jeszcze nie opublikowała gdyż uważa je za denne i prostackie romanse. Kto wie, może w przyszłości jeśli ktoś jej uświadomi, że to co pisze jest bardzo głębokie wyśle swoje dzieło do jakiegoś wydawnictwa. Harper uwielbia również muzykę. Trzy razy w tygodniu chodzi na lekcje gry na fortepianie. Uznajmy, że dalekie wycieczki za miasto to też hobby. Harper uwielbia uciekać od zgiełku. Pakuje sztalugę do bagażnika i ucieka w góry, nad jezioro albo do lasu. Opcji jest masa. Dziewczyna uwielbia też robić zdjęcia. Nie kręcą ją ludzie tylko przyroda. Krajobrazy, rośliny, zwierzęta to coś co kocha.
Aparycja|
- wzrost: 161 cm
- waga: 46 kg
- opis wyglądu: Harper ma bardzo 'dziecięcą' figurę. Jest zdecydowanie zbyt chuda co wielokrotnie powtarzał jej lekarz. Wiecznie blada skóra zdobi jej ciało. Jedynie w zimie nosek, policzki i uszy przybierają delikatny, różowy odcień. Nie było jeszcze dnia, w którym piwne oczy Harper nie byłyby podkrążone. Brązowy odcień włosów dziewczyny jest naturalny. Nigdy ich nie farbowała i nie przepada za fryzjerami. Sama je obcina… dlatego też nie są doskonałe. Sięgają jej delikatnie za ramiona.
Cała jej szafa pełna jest oversize'owych ubrań. Koszulki, bluzy i jej ulubione swetry najczęściej przybierają ciemne odcienie. Warto zaznaczyć, że dziewczyna do czytania potrzebuje okularów. Zawsze nosi je przy sobie w skórzanej torbie na ramię, z którą nigdy się nie rozstaje. Ma tam najważniejsze rzeczy. Szkicownik, ołówki, tablet, słuchawki i telefon. Oprócz tego wiele różnych mniej ważnych przedmiotów, które dla niej mają dużą wartość.
- pozostałe informacje: Obecnie posiada tylko jeden tatuaż. Znajduje się on pod kostką na prawej nodze „no tears left to cry”. Rodzice wciąż nie wiedzą o jego istnieniu.
- głos: Nadya Goner
Historia: Jej historia nie jest nadzwyczajna. Rodzina od pokoleń mieszka w mieście. Tak jak zostało wspomniane wcześniej Harper po skończeniu przedszkola zaczęła uczyć się w domu. Równoznaczne jest to z tym, że życie towarzyskie dziewczyny jest bardzo ubogie. Nigdy nie miała prawdziwego przyjaciela, a co dopiero drugiej połówki. Żyje sobie w samotności w zaciszu małego mieszkania. Od czasu do czasu chodzi na wykłady i spotyka się z profesorami by omówić tematy następnych prac.
Rodzina:
- Thomas Dallas – ojciec. Czterdziestopięcioletni prawnik. Jeden z najlepszych w całym mieście. Praca jest dla niego ważniejsza niż rodzina. Próbuje to naprawiać drogimi prezentami, którymi obdarowuje córkę i żonę.
- Melanie Dallas – matka. Czterdziestoletnia kardiochirurg. Tak jak mąż jest bardzo zapracowana jednak każdą wolną chwilę próbuje poświęcić Harper. Jest świadoma tego, że zawiodła jako rodzic jednak z całych sił chce naprawić relacje z córką.
Partner: --
Potomstwo: --
Ciekawostki: 
- Nie lubi słodyczy, alkoholu i kawy.
- Od czasu do czasu pali.
- Od zawsze wolała starszych facetów.
Inne zdjęcia: --
Zwierzęta: Jasper
Dumny, pewny siebie pan na włościach. Dobrze wie co jest jego i dzielnie walczy o swoje. Bardzo nie lubi gości. Obserwuje ich z ukrycia, a kiedy znajdzie dobrą okazję wyłania się z cienia i próbuje atakować. Jest małym zazdrośnikiem. Nie lubi kiedy Harper poświęca swoją uwagę komuś innemu.
Pojazd: Z racji, iż jej rodzice bardzo ją kochają dziewczyna odziedziczyła po ojcu Mercedesa . Pomimo tego, że broniła się przed nim rękami i nogami w końcu przyjęła podarunek. Używa go tylko wtedy kiedy czuje potrzebę wyjechania gdzieś dalej za miasto.
PD: 30
Kontakt: belmondziak

24 wrz 2018

Od Althei C.D Ida

    Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że poznam dziewczynę, którą ocalę przed gwałtem, następnego dnia zostanę świadkiem telefonu z pogróżką, a potem wydam całe trzy avary na transport do jej siostry – wyśmiałabym go. Autentycznie palnęłabym gromkim, ledwo kontrolowanym śmiechem. No ba! W życiu nie zapłaciłabym tyle za marne osiem i pół kilometra, które mogłabym szybko załatwić maksymalnie godzinnym biegiem.
    A tak serio to nie chodziło o żadne avary, a o historię znajomości z pin up girl.
    Tak, bezsprzecznie bym kogoś wyśmiała, gdyby wywróżył mi taką niedorzeczność.
    Tom był nieobliczalny. Dawno porzuciłam obraz stałego, cichego klienta, który przychodził zawsze prosząc tylko o jedno, nigdy inne zamówienie. Teraz widziałam go wyłącznie jako zboczoną pokrakę ogołoconą ze wszelkich skrupułów i krzty godności. Zresztą nie czuję, żeby jeszcze kiedykolwiek po tamtym incydencie zjawił się w barze.
    A może tak tabliczka z jego imieniem, nazwiskiem oraz zdjęciem, podpisana „wstęp wzbroniony”?
    Jeszcze jakiś moment lub dwa przypatrywałam się, a może bardziej przysłuchiwałam, dyskusji dwóch sióstr. Starsza wydawała się być dla młodszej zupełnie jak matka. I nie tylko wywody o bezpieczeństwie zepchnęły moje myślenie na ten właśnie tor. Podłoga stała się wówczas obiektem skupienia głębokiego, nostalgicznego spojrzenia. Dotknęło mnie wyraźne wspomnienie dokładnie w momencie, gdy mała dziewczynka przytuliła Idę z ogromnym uczuciem. Troska, jaka czaiła się w ich każdym geście, była widoczna gołym okiem. Gdyby to Lucii coś się stało albo jej życie wisiałoby na włosku, uzależnione od kaprysu psychopaty, prawdopodobnie zebrałabym wszystkie możliwe siły, jakie ma do zaoferowania wszechświat, by tylko ją ratować. I nie liczyłoby się nic innego.


***


    Nocną ciszę urywa niezbyt słyszalny głos, który wybudza mnie z płytkiego snu. Próbuję spać dalej.
    Głos rozbrzmiewa ponownie. Daję sobie minutę, by zrozumieć, czy dźwięk nie jest tylko wytworem mojej wyobraźni balansującej na samej krawędzi snu. Ledwo jednak dochodzę do dwudziestu sekund, a donośniejsze już „Althea” całkowicie podrywa mi głowę z poduszki.  
    Podnoszę się z dźwiękiem pękających, zmęczonych kości i od razu przychodzi mi na myśl, że nie powinnam już więcej przekładać porannej rozgrzewki. Udaje mi się pokonać odległość między moim pokojem a sypialnią siostry wyjątkowo szybko.
    - Coś się stało? – szepczę, od razu wychylając się zza drzwi i kończąc wędrówkę na skraju uginającego się pod moim ciężarem łóżka. – Masz całe sześć lat, dzieciaki w twoim wieku dawno śpią o dwudziestej trzeciej.
    - Powiedziała dziewięciolatka – żacha się odrobinę, przez co wybucham cichym śmiechem. Zaraz się opanowuję, nie chcąc obudzić babci, której głęboki oddech, wręcz chrapanie, roznosi się po niedużym domu szybciej niż skrzypienie towarzyszące stopom.
    - Dlaczego mnie wołałaś?
    Na te słowa dziewczynka rozluźnia palce, ukazując w dłoni zęba mlecznego.
    - Jak myślisz, ile za takiego dostanę?
    Cienie jej intensywnych, niebieskich oczów, oświetliła chwilowo poświata ekscytacji. Krzywię się, próbując dociec, co ma na myśli.
    - Ale co masz dostać?
    - Pieniądze.
    - Od kogo? – Nieświadomie wyobrażam sobie rynek, na którym handlują takimi zębami. No przecież coś takiego musi istnieć.
    - Wróżki zębuszki.
    Tłumię śmiech, choć niewyraźne, urwane w połowie prychnięcie może już kwalifikować się do zakłócania ciszy nocnej.
    - Wróżka zębuszka to bujda dla małych dzieci – tłumaczę jej z powagą na twarzy. Choć jej twarz spowija warstwa ciemności, dostrzegam zmarszczki sygnalizujące nic innego, jak głębokie zdziwienie.
    Nie kłamię. Oczywiście, że nie kłamię. Widziałam wróżkę zębuszkę tylko raz i był to czterdziestoletni, tłusty facet odziany w różową, uroczą sukienkę, wrzucony w serial opowiadający o zjawiskach nadprzyrodzonych. Skończyło się na tym, że wyrywał dorosłym zdrowe zęby dla czystego zysku.
    Zdecydowanie powinnam unikać telewizji po dziesiątej.  


***


    Poczułam delikatne szturchnięcie, które w pełni przywróciło mnie do rzeczywistości. Odrzuciłam wszelkie kłęby myśli zakłócających porządek w mojej głowie.
    - Żyjesz, Althea?
    - Tak, tak, przepraszam… zamyśliłam się. – Schowałam niesforne kosmyki włosów za ucho, a na moje usta wprosił się blady uśmiech. – Po prostu sama mam młodszą siostrę. Znam te uczucie. – Spojrzenie zaciekawionych, szarych oczu powędrowało na siostrę Idy, która niemal od razu pobiegła żwawym krokiem do pokoju obok. Odgłosy przebijające ścianę zasugerowały, że właśnie leciała jakaś naprawdę dobra bajka. Musiała być dobra, skoro Daisy biegła tak szybko, jak ja, gdy jestem spóźniona na autobus.
    - Naprawdę? – Ta informacja wywołała promienny uśmiech na twarzy Idy. Pomimo tego wciąż jeszcze widziałam w niej wyraz strachu i przerażenia, który mieszał się ze sobą, ale jednak powoli łagodniał. – W końcu czegoś się o tobie dowiaduje.
    Brawo, odszyfrowałaś jedną z wielu wersów tej skomplikowanej poezji.
    - Gdzie są wasi rodzice? – zagadnęłam, wkraczając wgłąb mieszkania. Ida, jak gdyby nadal się czegoś obawiała, dokładnie zamknęła drzwi. Zanim od nich odeszła, upewniła się, że na pewno nikt nie wtargnie.
    - Na zakupach. – Odetchnęła głośno. – Daisy pewnie nie chciała wyjść.
    Czułam wewnętrzną potrzebę, by zostać w tym mieszkaniu tak długo, jak to konieczne. Dotąd, aż nie stanie się coś złego bądź dojdziemy do wniosku, że Tom blefował. Zatem spędziłyśmy spokojne dwie godziny oparte na komentowaniu bajek, łączeniu imion par bohaterów w jedno, wykłócaniu się na tym, który shipname jest lepszy. I choć nie udało mi się odbyć nieco prywatniejszej konwersacji z Idą, krąg ułożony z trzech osób sprawił, że przynajmniej na moment zapomniałam o całym Bożym świecie, dzieląc z dużo młodszą dziewczynką pierdyland myśli.
    I nagle, w ten niczym niezmącony obraz wdarł się gwałtowny stukot wstrząsający moim ciałem.
    - Cholera, kto to? – Ida wstała z dywanu jak poparzona, a ja, nie chcąc, by sprawdzała to sama, ruszyłam zaraz za nią.
    - Daisy, zostań tutaj – szepnęłam jeszcze do dziewczynki z dużą dozą obaw.
    Tłumiłam w sobie każde przekleństwo, które mogłoby zmusić natarczywego gościa do uspokojenia się. Nikt z nas nawet nie miał z czego wyczytać informacji mówiących o tym, kto znajdował się za drzwiami, aczkolwiek intuicja nie pozostawała mylna. Tom.
    - Daisy, słonko! Pamiętasz mnie? – Oczywiście, że się nie myliłam. Obdarowałam Idę, która zbliżała się już ostrożnie do drzwi, ostrzegawczym spojrzeniem. Mam nadzieję, że nie chcesz, dziewczyno, otwierać. – Mam dla ciebie słodycze, twoje ulubione. Wpuść mnie do środka, to ci je dam.
    - Dzwonię na policję – powiedziałam, ale zdecydowanie zbyt głośno. Głos mężczyzny zawiesił się w gęstym od groźby powietrzu. Cholera, słyszał.
    - Ostrzegam, żadnej policji, bo będzie jeszcze gorzej. – Mogłam wręcz wyczuć psychiczny uśmiech czyniący tę twarz jeszcze bardziej obrzydliwą. Czego można by się spodziewać po tym człowieku?

[Ida?]