15 sie 2018

Od Althei C.D Lucia

    Te słowa siostry były ostatnimi, jakie spodziewałam się od niej usłyszeć. Wraz z nimi pogłębiająca się w moim umyśle czarna dziura robiła jeszcze bardziej rozległe szkody. Wszystko co pozytywne, dobre, rzuciło się w przepaść beznadziei i zupełnej obojętności, która obejmowała mnie czy tego chciałam, czy też nie. To był stan nie do zniesienia. Być tak zdesperowaną, by pokazywać słabości, szukać pocieszenia w czymś kompletnie niewartym siostry. Ale inaczej nie potrafiłam. Jak nigdy, spadła na mnie cała chmura najczystszych, niezmąconych niczym emocji, pochłaniająca mnie jak szarańcza. Smutek, zazdrość, cholernie głęboka tęsknota, jaką pokazywałam na każdym kroku. Potrzebowałam siostry bardziej niż nikogo innego i tamte słowa wyryły we mnie trwałą dziurę, pozostawiając dotkliwą ranę nie do zaklejenia. Spojrzałam na dziewczynę i nawet nie starałam się chować rozpaczy, jaka zaraz osiadła w kącikach moich oczu pod postacią słonych, błyszczących łez.
    - Dlaczego mi to robisz? – Ledwo powstrzymałam szloch. Wbrew wszystkim samotnym dniom, to właśnie dopiero teraz czułam, jakby odłączała się ode mnie część, która powinna zostać ze mną na zawsze. Wiedziałam, że noc wcale nie oznacza nocy, a dłuższy okres czasu.
    - Źle się tu czuję... – zaczęła smutno – jest tu… inaczej niż zawsze. – Wystarczyło jedno spojrzenie, by zrozumieć, że dziewczyna również starała się powstrzymać nagłe wybuchy płaczu.
    - Wiesz dlaczego? Ostatnio bywasz tu cholernie rzadko. Dom ojca staje się twoim domem bardziej niż te mieszkanie. Nie jestem ślepa, żeby tego nie zauważyć.
    W moim głosie rozbrzmiała cicha pretensja. Każdego osamotnionego wieczoru odnosiłam wrażenie, jakby tylko ściany rozmawiały ze mną i dzieliły mnie od popadnięcia w okropne szaleństwo. A może już w nie popadłam? 
    Odpowiedziała mi zupełna cisza. Odnajdywałam na sobie jej nieodgadniony wzrok, którego tym razem nie odwzajemniłam. Samotna łza zakręciła mi się w oku, by wkrótce spłynąć wolno po policzku, tworząc mokrą, wąską ścieżkę aż do brody. Potem spadła bezgłośnie na dywan.
    - Kiedy myślałam, że ojciec psuje nam po raz kolejny rodzinę, to miałam rację. Nie ma nawet znaczenia, czy na to pozwoliłam czy nie. – Spojrzenie szarych jak pochmurne niebo oczu uniosło się na szesnastolatkę.
    - To nie ojciec jest w tej chwili problemem. – Jej słowa brzmiały tak posępnie, że obleciał mnie nagły dreszcz, a zaraz zaczął mu towarzyszyć rozległy ból spowijający każdą moją komórkę. Nie potrafiłam już trzymać łez. One wydostały się ze mnie jak na komendę i bez kontroli moczyły mi twarz. Ale Lucia milczała, odwróciła się na pięcie i słyszałam tylko, jak drzwi zamykają się z hukiem. Duch zaskomlał. Każdy kolejny dźwięk odbijał się echem w moim pustym wnętrzu, był tak dotkliwy, że zapragnęłam przestać czuć cokolwiek.
    Nieustannie wycierałam łzy, kiedy pośród tysiąca szlochów i pociągnięć nosem usłyszałam donośne kroki. Skrzypiąca podłoga mogła zdradzić wszystko, tym razem nie było inaczej.
    - Lucia jest już w aucie, czeka na mnie. – Głos ojca zjeżył mi włosy na głowie. Zachrypły i niski wręcz zranił moje uszy, które dotąd przyzwyczajone były tylko do własnych szlochów.
    - Po co ma czekać, skoro możesz już stąd wyjść? – Otarłam twarz z mokrych łez. – Zabierasz mi wszystko, co mam. Lucię. Dlaczego, do cholery to robisz? Nagle sobie przypomniałeś, że masz córki i niszczysz jednej życie? – Nie siliłam się na żadne uprzejmości, uderzałam w niego pretensja za pretensją, zawierając to w całej swojej postawie. Chciałam, żeby wyczuł to odpowiednio wyraźnie.
    - Próbowałem cię do siebie przekonać, ale skoro nie mogę cię do tego zmusić, chcę, żeby chociaż twoja siostra była szczęśliwa. Ona chociaż potrafi dać mi szansę. – Cały czas przemawiał spokojnym na pozór głosem, który lada moment mógłby ulec zmianie.
    - Ona była szczęśliwa ze mną…
    - Szczęśliwa? – Prychnął głośno. – Relacja to jedno, ale warunki to drugie. Nie możecie żyć w takich, dlatego chciałem zabrać Lucię do siebie. I tak jest tam prawie cały czas.
    Czułam jak w moich oczach jarzy się prawdziwy płomień.
    - To wszystko przez ciebie! Gdybyś nas nie opuścił, nie żyłybyśmy tak! – Donośny krzyk sprawił, że Duch podniósł głowę z posłania. Taka była prawda. – Teraz pojawiasz się znikąd i myślisz, że możesz mieć wszystko po tylu latach… ale to nieprawda. Niczym sobie nie zapracowałeś. – Nie powstrzymałam warknięcia, a oczami wyobraźni widziałam, jak pioruny cisnące z moich oczu dotkliwie ranią mężczyznę. Chciałam, by wycierpiał po wsze czasy, lecz trudno było tego dokonać, gdy mój ojciec miał wszystko, o czym mógł sobie pomyśleć. Oprócz swojej starszej córki, która darzy go nienawiścią całego świata.
    - Nie zabieram ci siostry, możesz się z nią widywać, a tobie też będę pomagać. Nie martw się o fundusze.
    - Mam w dupie twoje fundusze, wolę żyć na własną rękę, jakoś sobie radzić, niż odbierać pieniądze od takiego ojca, jakim jesteś. – Najchętniej splunęłabym mu w twarz. Człowiek jego pokroju nigdy nie zdobędzie mojego szacunku, choćby ziemia się waliła, a słońce miało zgasnąć.
    Mężczyzna westchnął głęboko.
    - Jeszcze coś. Wnioskuję o bycie jej prawnym opiekunem. – Rozejrzał się tajemniczo po mieszkaniu, a potem jego wzrok padł na mnie. – Myślę, że mam spore szanse. Przepraszam, Altheo, ale tak musi być.
    - Chyba żartujesz… – Wstałam powoli, a dłonie zaciskające się na kocu, który zakrywał moje ciało, niebezpiecznie zadrżały. – Odbierasz mi wszystko, co mam… całą radość. N-nie odbieraj mi tego wszystkiego… proszę. To za dużo. – Te słowa ledwo przeszły mi przez gardło, blokowane gulą, jaka rosła tam wraz z powiększającą się rozpaczą. Na twarzy ojca widniała tymczasowa skrucha, lecz oczekiwałam, że długo nie pozwoli na przepływ empatii.
    - To konieczne. Zabiorę ci ją, wybacz. Będziesz miała mnóstwo czasu, by przemyśleć swoje zachowanie. Pamiętaj, że możemy być szczęśliwą rodziną. – Zachowywał się tak, jakby zupełnie nic się nie stało. Jakbym to ja była ta zła. Miałam ochotę rozszarpać go na strzępy i rzucić wilkom na pożarcie.
    - Nic nie będzie normalne. Nigdy. – Śledziłam nienawistnym wzrokiem mężczyznę, który z tymi słowami zaczął podążać w stronę wyjścia. Schował się w cieniu krótkiego korytarza oraz wyszedł, czemu towarzyszył nagły trzask.
    To podziałało na mój układ nerwowy niczym prawdziwy dynamit. Zasunęłam skrawkiem koca twarz i rozpłakałam się tak, jak jeszcze nigdy się nie odważyłam. Duch nieustannie trwał przy mnie i miział wielkim łbem moje nagie, nieosłonięte ramię, a pomieszczenie wypełniał tylko głośny, niekontrolowany płacz. Zanosiłam się szlochami, ledwo łapiąc oddech. Dlaczego to musiało się tak potoczyć? Miałam wrażenie, jakby jedyne, co mi pozostało, to czekać na wezwanie do sądu.
    Następnego dnia Lucia nie wróciła do mieszkania. Jeszcze następnego też nie. Patrzyłam tylko na telefon, mając nadzieję, że zawibruje, ale to nie następowało od dłuższego czasu. Ubrana w piżamę, bez chęci do życia, odważyłam się chwycić za urządzenie i zaraz wyszukałam numer do siostry. Moje drżące palce ledwo trafiały w cel, a policzki nadal niemiłosiernie piekły od nieprzerwanego płaczu.
    Dopiero teraz czułam się kompletnie osamotniona.  
    Wysłuchałam paru sygnałów, a wtedy dziewczyna odebrała.
     - Lucia? Musimy porozmawiać.

[Lucia, kotku? Moje serce krwawi]
+20PD

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz