Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ida&Althea. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ida&Althea. Pokaż wszystkie posty

24 wrz 2018

Od Althei C.D Ida

    Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że poznam dziewczynę, którą ocalę przed gwałtem, następnego dnia zostanę świadkiem telefonu z pogróżką, a potem wydam całe trzy avary na transport do jej siostry – wyśmiałabym go. Autentycznie palnęłabym gromkim, ledwo kontrolowanym śmiechem. No ba! W życiu nie zapłaciłabym tyle za marne osiem i pół kilometra, które mogłabym szybko załatwić maksymalnie godzinnym biegiem.
    A tak serio to nie chodziło o żadne avary, a o historię znajomości z pin up girl.
    Tak, bezsprzecznie bym kogoś wyśmiała, gdyby wywróżył mi taką niedorzeczność.
    Tom był nieobliczalny. Dawno porzuciłam obraz stałego, cichego klienta, który przychodził zawsze prosząc tylko o jedno, nigdy inne zamówienie. Teraz widziałam go wyłącznie jako zboczoną pokrakę ogołoconą ze wszelkich skrupułów i krzty godności. Zresztą nie czuję, żeby jeszcze kiedykolwiek po tamtym incydencie zjawił się w barze.
    A może tak tabliczka z jego imieniem, nazwiskiem oraz zdjęciem, podpisana „wstęp wzbroniony”?
    Jeszcze jakiś moment lub dwa przypatrywałam się, a może bardziej przysłuchiwałam, dyskusji dwóch sióstr. Starsza wydawała się być dla młodszej zupełnie jak matka. I nie tylko wywody o bezpieczeństwie zepchnęły moje myślenie na ten właśnie tor. Podłoga stała się wówczas obiektem skupienia głębokiego, nostalgicznego spojrzenia. Dotknęło mnie wyraźne wspomnienie dokładnie w momencie, gdy mała dziewczynka przytuliła Idę z ogromnym uczuciem. Troska, jaka czaiła się w ich każdym geście, była widoczna gołym okiem. Gdyby to Lucii coś się stało albo jej życie wisiałoby na włosku, uzależnione od kaprysu psychopaty, prawdopodobnie zebrałabym wszystkie możliwe siły, jakie ma do zaoferowania wszechświat, by tylko ją ratować. I nie liczyłoby się nic innego.


***


    Nocną ciszę urywa niezbyt słyszalny głos, który wybudza mnie z płytkiego snu. Próbuję spać dalej.
    Głos rozbrzmiewa ponownie. Daję sobie minutę, by zrozumieć, czy dźwięk nie jest tylko wytworem mojej wyobraźni balansującej na samej krawędzi snu. Ledwo jednak dochodzę do dwudziestu sekund, a donośniejsze już „Althea” całkowicie podrywa mi głowę z poduszki.  
    Podnoszę się z dźwiękiem pękających, zmęczonych kości i od razu przychodzi mi na myśl, że nie powinnam już więcej przekładać porannej rozgrzewki. Udaje mi się pokonać odległość między moim pokojem a sypialnią siostry wyjątkowo szybko.
    - Coś się stało? – szepczę, od razu wychylając się zza drzwi i kończąc wędrówkę na skraju uginającego się pod moim ciężarem łóżka. – Masz całe sześć lat, dzieciaki w twoim wieku dawno śpią o dwudziestej trzeciej.
    - Powiedziała dziewięciolatka – żacha się odrobinę, przez co wybucham cichym śmiechem. Zaraz się opanowuję, nie chcąc obudzić babci, której głęboki oddech, wręcz chrapanie, roznosi się po niedużym domu szybciej niż skrzypienie towarzyszące stopom.
    - Dlaczego mnie wołałaś?
    Na te słowa dziewczynka rozluźnia palce, ukazując w dłoni zęba mlecznego.
    - Jak myślisz, ile za takiego dostanę?
    Cienie jej intensywnych, niebieskich oczów, oświetliła chwilowo poświata ekscytacji. Krzywię się, próbując dociec, co ma na myśli.
    - Ale co masz dostać?
    - Pieniądze.
    - Od kogo? – Nieświadomie wyobrażam sobie rynek, na którym handlują takimi zębami. No przecież coś takiego musi istnieć.
    - Wróżki zębuszki.
    Tłumię śmiech, choć niewyraźne, urwane w połowie prychnięcie może już kwalifikować się do zakłócania ciszy nocnej.
    - Wróżka zębuszka to bujda dla małych dzieci – tłumaczę jej z powagą na twarzy. Choć jej twarz spowija warstwa ciemności, dostrzegam zmarszczki sygnalizujące nic innego, jak głębokie zdziwienie.
    Nie kłamię. Oczywiście, że nie kłamię. Widziałam wróżkę zębuszkę tylko raz i był to czterdziestoletni, tłusty facet odziany w różową, uroczą sukienkę, wrzucony w serial opowiadający o zjawiskach nadprzyrodzonych. Skończyło się na tym, że wyrywał dorosłym zdrowe zęby dla czystego zysku.
    Zdecydowanie powinnam unikać telewizji po dziesiątej.  


***


    Poczułam delikatne szturchnięcie, które w pełni przywróciło mnie do rzeczywistości. Odrzuciłam wszelkie kłęby myśli zakłócających porządek w mojej głowie.
    - Żyjesz, Althea?
    - Tak, tak, przepraszam… zamyśliłam się. – Schowałam niesforne kosmyki włosów za ucho, a na moje usta wprosił się blady uśmiech. – Po prostu sama mam młodszą siostrę. Znam te uczucie. – Spojrzenie zaciekawionych, szarych oczu powędrowało na siostrę Idy, która niemal od razu pobiegła żwawym krokiem do pokoju obok. Odgłosy przebijające ścianę zasugerowały, że właśnie leciała jakaś naprawdę dobra bajka. Musiała być dobra, skoro Daisy biegła tak szybko, jak ja, gdy jestem spóźniona na autobus.
    - Naprawdę? – Ta informacja wywołała promienny uśmiech na twarzy Idy. Pomimo tego wciąż jeszcze widziałam w niej wyraz strachu i przerażenia, który mieszał się ze sobą, ale jednak powoli łagodniał. – W końcu czegoś się o tobie dowiaduje.
    Brawo, odszyfrowałaś jedną z wielu wersów tej skomplikowanej poezji.
    - Gdzie są wasi rodzice? – zagadnęłam, wkraczając wgłąb mieszkania. Ida, jak gdyby nadal się czegoś obawiała, dokładnie zamknęła drzwi. Zanim od nich odeszła, upewniła się, że na pewno nikt nie wtargnie.
    - Na zakupach. – Odetchnęła głośno. – Daisy pewnie nie chciała wyjść.
    Czułam wewnętrzną potrzebę, by zostać w tym mieszkaniu tak długo, jak to konieczne. Dotąd, aż nie stanie się coś złego bądź dojdziemy do wniosku, że Tom blefował. Zatem spędziłyśmy spokojne dwie godziny oparte na komentowaniu bajek, łączeniu imion par bohaterów w jedno, wykłócaniu się na tym, który shipname jest lepszy. I choć nie udało mi się odbyć nieco prywatniejszej konwersacji z Idą, krąg ułożony z trzech osób sprawił, że przynajmniej na moment zapomniałam o całym Bożym świecie, dzieląc z dużo młodszą dziewczynką pierdyland myśli.
    I nagle, w ten niczym niezmącony obraz wdarł się gwałtowny stukot wstrząsający moim ciałem.
    - Cholera, kto to? – Ida wstała z dywanu jak poparzona, a ja, nie chcąc, by sprawdzała to sama, ruszyłam zaraz za nią.
    - Daisy, zostań tutaj – szepnęłam jeszcze do dziewczynki z dużą dozą obaw.
    Tłumiłam w sobie każde przekleństwo, które mogłoby zmusić natarczywego gościa do uspokojenia się. Nikt z nas nawet nie miał z czego wyczytać informacji mówiących o tym, kto znajdował się za drzwiami, aczkolwiek intuicja nie pozostawała mylna. Tom.
    - Daisy, słonko! Pamiętasz mnie? – Oczywiście, że się nie myliłam. Obdarowałam Idę, która zbliżała się już ostrożnie do drzwi, ostrzegawczym spojrzeniem. Mam nadzieję, że nie chcesz, dziewczyno, otwierać. – Mam dla ciebie słodycze, twoje ulubione. Wpuść mnie do środka, to ci je dam.
    - Dzwonię na policję – powiedziałam, ale zdecydowanie zbyt głośno. Głos mężczyzny zawiesił się w gęstym od groźby powietrzu. Cholera, słyszał.
    - Ostrzegam, żadnej policji, bo będzie jeszcze gorzej. – Mogłam wręcz wyczuć psychiczny uśmiech czyniący tę twarz jeszcze bardziej obrzydliwą. Czego można by się spodziewać po tym człowieku?

[Ida?]

1 wrz 2018

Od Althei C.D Ida

    Kimkolwiek był tamten mężczyzna, na co dzień wręcz profesjonalnie krył się ze swoim prawdziwym obliczem. Obsłużałam go tyle razy, a nigdy nie wpadłam na to, że mógłby okazać się aż takim palantem. Nie podsuwały mi tej myśli żadne krzywe spojrzenia, ton głosu czy dziwne zachowania, których nawet nie było, dopóki nie pojawił się z Idą. Po tym, jak ją potraktował i jak wyglądała sytuacja dziewczyny, stworzyłam sobie pełne zdanie o nim. Gość, którego jaja powinny smażyć się na głębokim tłuszczu. A gdyby tak… nie, nie bądź agresywna, Al, bo narobisz sobie więcej problemów niż wezwanie do sądu.
    - Skoro chcesz mi oddać te pieniądze, to może chociaż skusisz się na skromną kolację u mnie w mieszkaniu. Spoko, czysto koleżeńsko, nie proponuje ci żadnej randki ani nic. – Uśmiechnęła się szeroko, co stanowiło całkiem miły kontrast na tle nieprzebitej ciemności. – I oczywiście po tym, jak skończysz pracę. To jak?
    Prychnęłam cicho na jej sprostowanie.
    - W sumie czemu nie? – Stwierdziłam, że godzina czy dwie nieobecności w mieszkaniu nie zabije Lucii czy Ducha. Oni razem wzięci radzą sobie lepiej niż ja i to był fakt, który podnosił mnie na duchu zawsze, kiedy bałam się chociaż na chwilę opuścić nasz azyl. – I spokojnie, jestem sto procent hetero. Nie zgwałcę cię, nie zabiję, nie okradnę.
    Ida najwyraźniej szybko potraktowała to jako żart, co wróżyło nad wyraz dobrze.
    - Może lepiej stąd wyjdziemy. – Rozejrzała się dookoła, drżąc przez podmuch wiatru, dla którego ślepy zaułek był przystankiem końcowym. Uderzał w mury budynków, jednak one nawet nie drgnęły.
    - Bardziej nie mogłam się zgadzać. Daleko mieszkasz? – Włożyłam ręce do kieszeni ciepłej bluzy i popatrzyłam na dziewczynę bez większego wyrazu. Po prostu.
    - Nie, wynajmuje kawalerkę w centrum miasta.
    Nie mogłam przyzwyczaić się do tego, że nasze głosy były jedynymi, które zakłócały nocną ciszę. Żadnego auta. Żadnego człowieka, tak jakby Tom znikając, oddał nas w objęcia całkowitej samotności.
    - To faktycznie mało drogi. Odprowadzę cię. – To nie było nawet pytanie, ja wręcz sama się do tego pchałam. Nie musiałam nawet patrzeć na dziewczynę, by odczytać lekki ślad zdziwienia z tonu jej głosu.
    - A ty wrócisz sama? – Przeszłyśmy przez puste pasy. – Na pewno?
    - Nie takie rzeczy się robiło. – O tak, z moich przygód można by upleść ciekawy scenariusz do filmu akcji. I dramatu. Romansidła niestety już nie.
    - Co masz na myśli?
    - To, że nie musisz się o mnie martwić. – Wzruszyłam ramionami. – Powinnaś martwić się o siebie i długi. Nie wiem, co ten facet ci nagadał, ale pewnie nic dobrego. Jak dla mnie nadal powinnaś pójść na policję. Nękanie, groźby… jest na niego tyle rzeczy – mruknęłam, chyba darząc tamtego fagasa zbyt wielką nienawiścią, jak na jeden wybryk. Jeden wybryk, który odegrał się przed moimi oczami.
    Pokręciła szybko głową w odpowiedzi.
    - Policja, jak już mówiłam, nie wchodzi w grę. Uwierz mi, wiem, co mówię. – Odetchnęła już chyba odrobinę zmęczona tym tematem, który zdecydowanie nie powinien być poddawany dyskusji na ulicy, jakiś kwadrans przed północą.
    Odprowadziłam dziewczynę pod jej budynek. Jeszcze jakiś czas protestowała i nalegała, że nie powinnam chodzić sama po pustym mieście, którego brudy wychodziły z cienia o odpowiednio późnych porach. A niech wychodzą. Sprawdziłam tylko adres i ignorując, trzeba przyznać, miłą troskę Idy, spisałam wszystko do notatnika w telefonie. Pożegnałam ją krótko i zaczekałam przed budynkiem, dopóki dziewczyny nie pochłonął mrok panujący wewnątrz. Trzaśnięcie drzwiami w pełni mnie ocuciło, sprawiając, że odwróciłam się sprawnie na pięcie oraz spokojnym krokiem przemierzałam opustoszałe zupełnie ulice.
    Nazajutrz, zgodnie z umową, prosto z pracy ruszyłam pod budynek Idy. Zegar wskazywał zaledwie czternastą – pierwsza zmiana miała w sobie ten jeden plus, że przynajmniej wychodziłam ze znienawidzonej pracy równo ze wspinających się na szczyt nieba słońcem, a nie księżycem. Trzymałam rękę w kieszeni i delikatnie przesuwałam opuszkami palców po zwiniętych banknotach, które należały do Idy. Bezustannie miałam ciche wrażenie, że stanie się z nimi coś niedobrego. Znikną, spłoną – jak? Zniszczą się czy doszczętnie pogną. Tak to już bywa, gdy trzyma się prawie sześćset albo i więcej avarów. Budynek sam w sobie wyglądał dosyć schludnie. Prosty, nieskomplikowany wystrój korytarzy oraz ciasnej windy z wysokim kwiatkiem w kącie przywodził mi na myśl raczej studencki akademik niż konstrukcję w samym centrum miasta. Minęłam kilkoro ludzi, oderwanych kompletnie od rzeczywistości za sprawą telefonów i zatrzymałam się tuż pod odpowiednimi drzwiami. Wepchnęłam w płuca większy oddech niż zwykle oraz stuknęłam parę razy w gładkie drewno. Nie musiałam długo czekać, by w progu ukazała się uśmiechnięta dziewczyna o tych charakterystycznych włosach, które rozpoznałabym chyba w promieniu kilometra. Albo w gargantuicznym tłumie. No wszędzie, a broń Boże, nie była to nawet w najmniejszym stopniu obraza.
     - Jaka punktualna – przyznała, zadzierając odrobinę głowę ku górze. – Wejdź, proszę. – Oparła całe swoje ciało, począwszy od ramienia, o drzwi i odsunęła się odrobinę, ułatwiając mi wejście.
     Mój wzrok nieświadomie przeczesał całe otoczenie, jakie mnie interesowało. Ładne, zadbane mieszkanie – tylko te słowa podrzucał mi umysł, gdy stwierdziłam, że wypadałoby cokolwiek powiedzieć.
    - Ładnie mieszkasz. – Mój uśmiech na twarzy nieznacznie się poszerzył. Jako że nie czułam się zbyt pewnie w nowym, nieznajomym otoczeniu, zostałam od razu poprowadzona do kuchni przez Idę, która dosłownie przeczytała moje myśli. Dziewczyna była skrupulatnie przygotowana, bo zdążyłam tylko przejść przez próg, a zagłuszający odgłos gotowanej wody rozległ się po całym mieszkaniu. Usiadłam przy stole, a Ida wyłączyła czajnik i postawiła dwa kubki na blacie.
    - Kawa czy herbata? – Przyłapałam ją na przyjaznym, nie dającym ani jednego powodu do niepokoju spojrzeniu. Nie było w nim ani śladu wczorajszego strachu, ale dziewczyna mogła bardzo dobrze kryć się z każdą emocją, w co delikatnie wątpiłam.
    - Herbata, od kawy mam migreny. – Prychnęłam ciut rozbawiona, od razu czyszcząc całą głowę dla jednej myśli, która nagle mi się przypomniała: pieniądze. Wyłożyłam je na stół, nawet nie przeliczając. Chyba zaczynam sobie zbyt bardzo ufać. – Jak mówiłam, tak zrobiłam.
    Ida przewróciła oczami, jakby pełna nadziei, że jednak przez noc i zmianę w barze moja decyzja mogłaby się odmienić. Co to, to nie.
    - Uparta jesteś – stwierdziła i zalała oba kubki. Intensywna woń kawy, jaka wypełniła atmosferę szybciej niż torebka herbaty, od razu podrażniła mój układ nerwowy.
    - Tak już o mnie mówią. – Wzruszyłam ramionami, a obiema dłońmi zawędrowałam na swoje skronie, delikatnie je masując. Mój wzrok zatrzymał się już w pełni na Idzie, która usiadła z kawą dokładnie przede mną.
    - Odrobiłabym to w ciągu połowy miesiąca. – Zabrała banknoty i uśmiechnęła się delikatnie. Zawtórowałam jej.
    - Ja też. Nie lubię, gdy ludzie się nade mną litują, więc nie rób tak drugi raz. Mimo szczerych chęci. – Przemówiłam najdelikatniejszymi słowami, na jakie było mnie stać. Co zadziwiające, ostatnią rzeczą, jaką chciałam, to zobaczyć jej twarz ściągająca się w wyrazie smutku lub rozgoryczenia.
    - Dobrze, skoro tak mówisz. – Upiła łyk kawy. – Chyba nie będziemy miały okazji już razem pracować. Ale kto wie, co przyniesie przyszłość? – Podniosła jedną brew, a w jej spojrzeniu zabłysła iskierka nadziei i zaciekawienia.
    - Wszystko jest możliwe. – Już rozchylałam usta, by powiedzieć coś znacznie więcej, gdy nagle całe moje skupienie na zdaniu rozproszyły nagłe wibracje poruszające telefonem Idy. Zgarnęła go z blatu i szepcząc ciche przeprosiny, ze ściągniętymi brwiami wstała od stołu.
    Moje zaciekawione, acz dyskretne spojrzenie udawało, że kompletnie to ignoruje, choć twarz dziewczyny wykrzywiająca się w niepokoju obudziła wszystkie moje wątpliwości na nowo. Wkrótce oparła się dłonią o blat, dokładnie tak, jakby coś doszczętnie wyprowadziło ją z równowagi. Dosłownie zakołysała w powietrzu. Nie poczułam nawet, że moje brwi marszczą się, nie tając zbyt starannie zdziwienia.
     - Co? – Ciągle mówiła tak, jakby ktoś jej przerywał. Non stop. – Nie... Jak to? Daisy? – Głos zadrżał jej niesamowicie.
    Rozłączyła się, a z tą chwilą do pomieszczenia wparowała grobowa cisza, przerywana jedynie głośnymi, nerwowymi oddechami Idy.
    - Ida? Czym ten facet ci groził? – Natychmiast połączyłam wątki, przemawiając zaniepokojonym, wypełnionym napięciem głosem i czekałam na odpowiedź jak na obrzydliwie ważną wiadomość.


[Idaaa? <3]

26 sie 2018

Od Althei C.D Ida

Nigdy tak bardzo nie cieszyłam się na powrót do pracy, jak teraz. Ścieranie blatów, przygotowywanie drinków namolnym klientom okazywało się o wiele lepsze niż bieganie w zbyt odkrywającej sukience, na wysokich obcasach, w jakich ostatni raz chodziłam możliwe, że pod koniec liceum. Zatem z nieskrywaną werwą do pracy chwyciłam szklankę i przelałam do niej pierwszego drinka, który dał początek mojej zmianie. Pokusiłam się nawet o to, by powiedzieć klientowi entuzjastyczne „do dna” i niemal w identycznej chwili wróciłam do ścierania blatów. Mimo pory wieczornej, w lokalu nie roiło się od klienteli. Większość stolików opustoszało jeszcze przed nadejściem mojej zmiany, a ja nie szukałam tego przyczyny. Jedyne, na co było mnie teraz stać, to korzystanie z chwili całkowitej wolności, która i tak trwała krócej niż przewidywałam. W progu baru zaraz postawił stopę nie kto inny, jak nasz stały bywalec, Tom. Nie wiedziałam o nim zbyt dużo. Zwykle siadał gdzieś w zaciemnionym kącie, wyciągał laptopa i w samotności spędzał w nim godziny. To, że nazywał się Tom, było wiadome prawie od początku, lubił mojito, bo często je zamawiał i tak właściwie poza złożeniem zamówienia nie zamieniliśmy nigdy wielu zdań. Teraz jednak nie miał przy sobie niczego, żadnego pokrowca na laptopa, nawet żadnej kurtki. Usiadł przy ladzie na wysokim krześle barowym, oparł łokcie o wypolerowaną powierzchnię i rzucił szybki uśmiech.
- To co zawsze? – spytałam, zanim jeszcze zdążył się odezwać.
Pokręcił głową, co stanowiło dosyć ciekawą odmianę.
- Dzisiaj czekam na kogoś, więc może później.
- Jak sobie życzysz. – Odbiłam się palcami od blatu i wróciłam do obsługiwania przybyłych klientów. Nowe zamówienia na najróżniejsze drinki zajęły mi głowę do tego stopnia, że ledwo zauważyłam znajomą osobę, pojawiającą się właśnie w progu baru. Te puszyste, ciemne włosy od razu przywodziły mi na myśl tylko Idę, którą poznałam dzień wcześniej. Nie powiem, ale wydawała się naprawdę miłą dziewczyną i dziwnym sposobem nie mogłam ocenić jej z góry, chociażby przez tę akcję z pieniędzmi. Tak, to akurat jest coś, za co mam za złe do końca życia.
Dziewczyna zatrzymała się tuż obok Toma, który dotąd tylko siedział z nosem w telefonie bez popijania żadnego drinka, a jedyną odmianą w jego zachowaniu było niecierpliwe spojrzenie w każdy bok baru. Lekko mnie zdziwiło, że się znają, bo w życiu mi to do głowy nie przyszło. Moje skupienie na tej dwójce jednak skończyło się wraz z momentem, kiedy na twarz Idy wkradł się blady uśmiech posłany w stronę Toma. Potem jeszcze chwilowo rzuciło mi się w oczy jej nagłe napięcie mięśni, które mogłam dostrzec nawet z drugiego końca pomieszczenia. Oddając się obowiązkom, rzuciłam myśli o tym w ciemny kąt. To nie było w żadnym stopniu moją sprawą. Ba, swoich miałam po chusteczkę i dokładając sobie takich, co nic dla mnie nie znaczą, dobiłabym sobie gwoździa do trumny.
Moja zmiana kończyła się dopiero za godzinę, a klientów już ubywało z każdą upływającą powolnie minutą. W barze siedziało tak mało pijących, że zdołałam wyjść poza ladę, chwycić za ścierkę i ogarnąć wszystkie wolne stoły z nadmiaru porozlewanych drinków oraz piw – odróżniałam niniejsze rodzaje alkoholu bez większego problemu, z tym, że oczywiście to drugie miało wyjątkowo niewygodny dla moich nozdrzy zapach. Odór było jednak właściwszym słowem. Korzystając z okazji, zerknęłam na Idę, która nie siedziała już przy ladzie z Tomem. Oboje zajmowali przytulny kącik, o ile tak można nazwać miejsce w barze, i rozmawiali tak cicho, jakby planowali morderstwo. Nastało coś, czego zupełnie nie spodziewałam się po tym widoku. Tom zaledwie rozejrzał się niedbale i wstał, mocniejszym ruchem ciągnąc za sobą dziewczynę. Jego ręka wydawała się zbyt mocno zaciskać na jej chudym ramieniu. Nie troszczyłam się nawet o fakt, że wpatrzona w tą dziwną scenę zdążyłam parę razy przetrzeć blat w tym samym, co gorsza, czystym miejscu. Dopiero, gdy oboje nerwowym krokiem ruszyli do wyjścia, zdołałam schować dosyć dobrze swoje zainteresowanie, by nie zostało ono przyuważone.
Mój wzrok deptał im po piętach jeszcze przez szybę, dopóki obie sylwetki przylegające do siebie [chyba zbyt bardzo] nie zniknęły mi z pola widzenia. Potem, sama nie wiedząc, co mnie podkusiło, wyszłam bez słowa z baru i podążyłam w ślad za nimi. Ciemność późnego wieczoru, którego zaczęłam swoją zmianę, zdążyła już zgęstnieć w nieprzebitą czerń. Opierałam swoje bezpieczeństwo wyłącznie szeregu miejskich lampach, jakie jednocześnie towarzyszyły mi w drodze do Idy. Oboje prawie znikali mi z oczu, aż zrobili to w zupełności, zepchnięci nagle powietrzem do jednego z zaułków. Nie myśląc zbyt długo, po prostu pobiegłam tak, że odgłos moich ciężkich butów odbił się echem po pustej ulicy.
Włączyłam latarkę w telefonie, która rozbłysła jasnym blaskiem, zaraz gdy weszłam za nimi. Od razu ich zobaczyłam. Mężczyzna przyparł Idę do ściany, przycisnął kolano między jej nogi i szeptał do ucha, groźnie szarpiąc jej ubrania.
- Zostaw ją, ale już! – Przesunęłam strumień światła nieco w bok, by nie razić oczu zupełnie zdezorientowanej Idy.
Tom, widząc mnie mocno, zmarszczył brwi, dokładnie tak, jakby w życiu nie spodziewał się, że ktokolwiek wyjdzie za nim z baru. Nie patrzyłam mu źle z oczu. Nawet na to nie wpadłam. Ale kobiet nigdy nie traktuje się w taki sposób, w jaki zaprezentował przy stoliku i to mniej więcej było powodem ukazania na mojej twarzy zwyczajnego obrzydzenia. Tom zaraz bez słowa się poddał, szeptał coś jeszcze do drżącej ze strachu Idy o spłaceniu długu i odszedł, odprowadzany przeze mnie blaskiem rozproszonego światła. Ugh… chyba nigdy nie zrozumiem, jak całkiem normalny w moich oczach facet mógł skrywać tyle wewnętrznego mroku. Wprawdzie nie wiedziałam nawet dokładnie o co chodzi i nie siliłam się, by o to wypytywać. Nie teraz.
- Ten dupek ci coś zrobił? – W moim głosie rozbrzmiała wyraźna troska.  
Ida podparła się ręką o chropowatą powierzchnię jakiegoś budynku i pokręciła głową, głośno dysząc. Poprawiła jeszcze spadające z jej ramienia ramiączko sukienki.
Gdybym nie nawiązała do czegoś, zupełnie nie byłabym sobą. Zwłaszcza że teraz świadomość o tym, że przy takiej sytuacji dziewczyna oddała mi część swojej wypłaty, stała się jeszcze bardziej niewygodna.
- Chyba nieco głupie było oddanie mi połowy ze swojej wypłaty, mając długi. Dlatego jutro ci to oddam. – Westchnęłam głośno, oglądając się jeszcze za siebie. Podeszłam do dziewczyny i pomogłam jej utrzymać się na nogach. – Uprzejmość to nie wszystko, nie rób tak.


[Idątko?]

21 sie 2018

Od Althei C.D Ida

    - To chyba jakiś nieudany żart. – Westchnęłam, patrząc na szefa, któremu powaga nie schodziła z twarzy. I to mnie chyba najbardziej niepokoiło. Odkąd jestem w pracy, przez te parę długich miesięcy nie dał mi ani jednego powodu, dlaczego miałby zasłużyć sobie na moją sympatię. Wprowadzał mnie w jakieś wymiany, jak nie klub, w którym zostałam raz odurzona, to teraz jakaś knajpa dla pań lekkich obyczajów, biegających w spódniczkach sięgających nie dalej, niż do tyłka. Zachowanie spokoju okazało się o tyle trudne, że cudem powstrzymałam warknięcie. Któreś z rzędu.
    - Dasz sobie radę, Altheo. – Położył mi ręce na plecach, zaczął siłą, a może podstępem, wyprowadzać z baru. W ostatnim progu wręczył mi karteczkę w dłoń i zniknął za drzwiami.
    - Czego się nie robi dla kasy... – Westchnęłam cicho do siebie, rozwijając informacje, w której zawarty był pełny adres lokalu. Pocieszająca stała się wtedy świadomość, że zastępcza praca znajdowała się całe pięć minut drogi stąd.
    Wiedząc, że nawet od najmniejszego spóźnienia może zależeć moja opinia, przyspieszyłam kroku i zaraz byłam pod tym jakże przeuroczym miejscem. Ukrywałam zdenerwowanie pod kamienną maską twarzy, ale licho wie, jak szybko się jej pozbędę. Nie zrozumcie mnie źle, ale nigdy nie byłam osobą, która łatwo radzi sobie ze stresem, gniewem. Wszystkie emocje oprócz płaczu to było coś w cholerę trudnego do zatrzymania i zaraz czułam to wszystko na swojej twarzy. A co tam twarz, ja zawierałam to w całej swojej postawie. Przechodząc przez próg lokalu, nawet nie starałam się przeczesać wzrokiem wystroju. To była ostatnia rzecz, jaka mnie zainteresowała. Twardym krokiem znalazłam się przy ladzie, gdzie zaczęłam nerwową tyradę z kierownikiem tej szopki. Cała dyskusja toczyła się o to, czy moja rola miała wyglądać tak jak tych wszystkich dziewczyn. W duchu żywiłam ogromną nadzieję, że jednak nie. Że ograniczać się będę tylko do stania za ladą, przyjmowania zamówień. Co barmanka mogłaby wiedzieć o lataniu w wysokich obcasach. Litości. Szef ostatni raz mnie urządził w ten sposób – ludzie uczyli „nie pomagaj, bo chuja na tym zyskasz”, a tu co? Brak jakiegokolwiek wyboru.
    Dobra, Alth, może trochę przystopuj. Jesteś po prostu zdenerwowana. Pogrążona we własnych myślach, ledwo zauważyłam dziewczynę, która podeszła do mnie znikąd z delikatnym uśmiechem na twarzy. Jej współczujący wzrok sugerował, jakby dokładnie przysłuchiwała się rozmowie, a może po prostu czuła jej napięcie.
    - Widzę, że nie chcesz tu być, ale widzę też, że nie masz wyboru – zaczęłam słuchać jej z niemałą uwagą i w tych dwóch sprawach, przyznam szczerze, miała rację. – Spróbuję pomóc ci jakoś znieść godziny spędzone w tej pracy. Mam na imię Ida i tak, uprzedzając twoje pytanie, będziesz musiała ubrać dokładnie to, co ja. Ja bym ci pozwoliła zostać w tym, w czym jesteś, ale nie mój szef.
    Dobra, może nie będzie wcale tak źle.
    - Althea. – Podałam jej dłoń, nie wiedząc dokładnie, do której wypowiedzi się odnieść. Wydawała się z deczka rozgadana i energiczna, pasowała do nastroju tej knajpy jak klucz do zamku. – Żałuję, że to ty nie jesteś kierowniczką.
    Ida spojrzała po sobie z bezradnym wyrazem kryjącym się w oczach.
    - No jak widzisz, jestem wesołą pin up girl. – Zaciągnęła mnie na zaplecze, ściskając palce na moim nadgarstku. Zaraz otworzyła przed nami drzwi, które mieściły w sobie pokój wręcz łudząco podobny do garderoby. Może magazynu. Nie miałam pomysłu.
    - Pin up? Masz na myśli dziewczyny przebrane za dziwki, biegające z tymi śmiesznymi kokami? – zagadnęłam szybko.
    - Dziwki? – Pomimo że nie widziałam jej twarzy, wyczułam zmarszczone w niezrozumieniu brwi. Dziewczyna szperała w szafie, a w następnym momencie trzymała w dłoni wieszak z sukienką. Skąpą jak cholera sukienką.
    - Miałam na myśli panie z lasu. – Gdy dłużej się we mnie wpatrywała, moje oczy same zaczęły przepraszać. – Wybacz, ta nagła zmiana planów mnie zdołowała. Jestem zwykłą barmanką.
    - To nic. – Machnęła ręką, w drugiej nadal trzymając strój i dosłownie mierząc mnie zaciekawionym spojrzeniem. – Tak, to będzie twój rozmiar – stwierdziła po pewnym czasie namysłu i wręczyła mi strój, który natychmiast obejrzałam, przewracając materiał w dłoni. To naprawdę był nieśmieszny żart. Dekolt na pół metra dostrzegłam zanim jeszcze się w to ubrałam. Wyolbrzymiam, ale kto mi zabroni?
    - Dobra, miejmy to z głowy.
    Nie przejmując się faktem, że dziewczyna znajduje się w pobliżu, po prostu pozbyłam się swoich ubrań, które wylądowały na jednym z kilku blatów. Włożyłam na ciało sukienkę na ramiączka w kratę i wbrew wszelkim pozorom okazała się nawet luźna. Kształty zarysowały mi się w niej delikatnie, natomiast nogi, na jakie nałożyłam obcasy, optycznie się wydłużyły. Mogłam poczuć się ładnie, ale nie swobodnie. Patrząc w lustro i podziwiając swoje odbicie dopiero po dobrych parunastu sekundach dostrzegłam obok siebie Idę, która podnosiła kąciki ust w małym uśmiechu. Bez słowa poprawiła materiał tu i tam, a jej wzrok wyrażał wręcz dumę. Nie reagując na to zbytnio, zawiązałam szybkiego koka i przepasałam go czerwoną chustą.
    - Mocny makijaż jest niezbędny? – Mój zmęczony wzrok spoczął na Idzie, która tylko wzruszyła bezradnie ramionami.
    - Nie ja ustalam zasady, a szkoda. – Podała mi czerwoną szminkę, która spoczywała przed chwilą niecierpliwie w jej dłoni. – Ta ci będzie pasować, a reszta może zostać taka, jaka jest.
    - Całe szczęście – mruknęłam, wysunęłam szminkę i dokładnie pokryłam nią usta. W życiu nie chodziłam tak ubrana. – Miejmy to z głowy. – Na początku ostrożnie stawiałam kroki, by przyzwyczaić się do podwyższenia, przez co skupiałam na sobie lekko rozbawiony wzrok dziewczyny.
    Potem już o wiele sprawniejszym krokiem wyszłyśmy z magazynu, garderoby, nie wiem, co to było. Można było czuć zdenerwowanie rosnące w moich zaciśniętych pięściach, gdy do lokalu weszła grupa niezbyt przyjemnie wyglądających, młodych ludzi. Stanęłam w miejscu, nie przejmując się tym, że Ida przecież chciała przejść.
    - Althea? – Wysunęła się zza mnie i zmarszczyła brwi. – Musisz ich obsłużyć, leć. I jeszcze jedna, mała uwaga. No, wiesz, dziewczyny pin up są z reguły wesołe. – Podrapała się odrobinę po włosach, ale tak, by nie zepsuć fryzury, a na jej twarz wpłynął uśmieszek.
    - Wiesz co, mam pomysł. Wy sobie hopsajcie radośnie jak jednorożce po kłębach chmur, puszczajcie tyłkiem tęczę, a ja po prostu zetrę resztę blatów. – Wzruszyłam ramionami i korzystając z chwili jej milczenia, odwróciłam się. Dzieliły mnie centymetry od złapania za ścierkę, gdy znikąd porwał mnie uścisk dziewczyny.
    - O nie, nie, nie. No już, leć do nich. – Delikatnie ciągnęła mnie przez lokal, po czym wskazała na swój uśmiech rozjaśniający ładną twarz. – I pamiętaj, w tej pracy chociaż udawaj, że jesteś wesoła. Klienci to lubią.
    - A chuja mnie obcho… – Urwałam, bo Ida zaciągnęła mnie prosto pod stolik grupki mężczyzn i zostawiła samej sobie. Mruknęłam pod nosem niezadowolona, a czując wręcz wyraźny, acz niewidzialny nacisk ze strony obserwującej mnie kobiety, przymusiłam się do bladego uśmiechu.
    Cudem udało mi się przeprowadzić spokojną, może nawet zbyt uprzejmą rozmowę. Mogłam starać się o studia aktorskie, poważnie. Mając już spisane całe zamówienie, bo tylko na jednego shake’a, schowałam notes i zaraz przekazałam wiadomość dziewczynie za ladą, która to wszystko przygotowywała.
    Ukradkiem spojrzałam na Idę, która zbierała nie tylko zamówienia od stolika do stolika w zatrważającym tempie, ale i sympatię klientów dookoła. Chcąc, by godziny pracy minęły na pstryknięcie palca, po prostu oddałam się nałożonym obowiązkom. Dostarczyłam zamówienie, co dziwne, tylko jednemu z jakichś pięciu osób przy stoliku, mruknęłam ciche „smacznego” i zaczęłam się oddalać.
    - Ty, laleczko! A słomki nie dostanę?
    Ten oschły głos uderzył mnie w plecy tak mocno, że powietrze prawie wypchnęło mnie do przodu. Ciekawe jak ta słomka wyglądałaby w jego gardle. Zacisnęłam dłonie w pięści, wymuszając na sobie kolejny fałszywy uśmiech z serii „uprzejmość wobec klienta” i powróciłam do stolika z słomką, a nawet dwiema.
    - A czerwonej nie ma?
    - Nie ma czerwonej, bierz, co dałam, albo pij. – Nie siliłam się na uprzejmości, na co w odpowiedzi otrzymałam dumny, nawet zbyt dumny, wyraz twarzy. Spojrzał po swoich kolegach, nie powstrzymując wybuchu śmiechu, a ja podniosłam brew w wyrazie kpiny.
    - Bądź uprzejma, bo ktoś może na tym ucierpieć. Klient wasz pan, więc powinnaś mnie teraz przepraszać na kolanach.
    - Przepraszać na kolanach? – Powtórzyłam po nim, a na moją twarz wpłynęło najszczersze rozbawienie, na jakie tylko było mnie stać.
    - Czy ty siebie słyszysz? Nie ma nikogo, oprócz twoich kolegów, kto uklęknąłby przed tobą, więc daruj sobie takie prostackie teksty.
    - Wyszczekana z ciebie suka. Widać, że nie jesteś stąd albo ktoś naprawdę się pomylił, zatrudniając cię. – Nadal atakował mnie wzrokiem, który z daleka sugerował jego wyższość. Nie na mojej warcie.
    - Owszem, nie pracuje tu na co dzień. – Zabrałam mu napój z dłoni, obserwując jak niezupełnie świadomy mężczyzna podąża wzrokiem za moimi ruchami. – Ale to tylko jeszcze bardziej zachęca mnie do zrobienia czegoś, co myślę, jest wart tego jednego, pieprzonego dnia w pracy. – Z tymi słowami mój nieprzyjemny uśmiech rósł. Powoli podnosiłam deser ponad głowę mężczyzny, by zaraz po chwili cała zawartość wylądowała na jego wyżelowanej czuprynie. Zgarnęłam palcem piankę, która została na krawędziach naczynia i spróbowałam.
    - Naprawdę dobre. Żałuj, że nie spróbowałeś. – Odwróciłam się na pięcie, jakby to, co miało miejsce, było czymś najnormalniejszym w świecie. Przeraził mnie jednak nagły widok Idy, która stanęła mi na drodze.

[Idzia, koteczku?]


+20PD