Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sarah. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sarah. Pokaż wszystkie posty

9 sie 2019

Odejście

Z bólem serca żegnamy Sarah i Gabriela O'Hara.

19 maj 2019

Od Sarah C.D Trace

Czuła niepokój, zmartwienie i najszczerszą troskę o brata. Bo przecież tylko on jej został. Był, jaki był, ale ona go kochała, a on kochał ją, tak mocno jak rodzeństwo może się kochać. Wiedziała, że Gabriel nie mówił jej praktycznie nic o tym, jak żyje i co robi kiedy akurat nie żeruje na jej własnościach. Równie dobrze mógł być alfonsem albo szefem jakiejś mafii, a ona dalej by myślała, że to tylko niewinna gra w pokera, jak to zwał nazywać. Był złośliwy, miał tupet i chyba tylko ona znała go od tej prawdziwej strony, a to wszystko powodowało niezliczoną liczbę wrogów stojących za jego plecami, czekających na jego potknięcie i zgarnięcie jego pieniędzy, o ile jakejś miał, ale w innym wypadku, co by od niego chcieli? Spłaty jakiegoś długu za narkotyki? Mało prawdopodobne, przecież to on dilował. Co innego mogła myśleć, skoro nieznajomi ludzie, wszyscy ubrani na czarno śledzili ich od wyjazdu ze sklepu i pewnie śledziliby aż do domu, gdyby Gabriel ich nie zgubił. Omiotła swoje porysowane Maserati wzrokiem, wplatając palce we włosy i ocierając wierzchem dłoni wilgotne policzki.

14 maj 2019

Od Sarah C.D Axel

Ze złością wsiadłam za kierownicę, zaciskając dłonie na kierownicy. Oddychałam szybko i płytko, rozmyślając, czy przyjmą Gabriela do domu dziecka, gdybym zechciała podrobić papiery, skłamać na temat wieku, stanu psychicznego, po czym go oddać. Wyprawa mierząca sobie ponad dwadzieścia kilometrów w obie strony nie wróżyła dobrze, a złe przeczucie zżerało mnie od środka, gdy myślałam o wjeździe na ruchliwą, jedną z najbardziej uczęszczanych ulic Avenley River. Dodatkowo sytuacji nie poprawiał mój stan portfela, w którym jeszcze wczoraj można było naliczyć kilka tysięcy, w większości przeznaczone na opłaty i rachunki, a które dzisiaj rano magicznym sposobem zniknęły, jak to powiedział Gabriel. Byłam niemalże pewna, że wszystko to przepuścił w kasynie, nie zostawiając mi ani grosza, a wiadomo, że spadek po rodzicach nie jest nieskończony i o ile on swoją część przepuścił już dawno, tak właśnie zajął się oczyszczaniem mojego konta bankowego. Kolejne pieniądze, które musiałam przez niego dzisiaj przeznaczyć na nowy piekarnik, po nocnym incydencie, kiedy to jego poprzednik stanął w płomieniach, upewniły mnie w tym, że niedługo będę musiała się wziąć za tresurę Gabriela, bo układaniem go nie można było już nazwać. Zastanawiałam się nad wynajęciem Superniani do wyjątkowego przypadku, jakim był mój brat, ale szczerze, nie widziałam dla niego ratunku.

7 maj 2019

Od Sarah C.D Trace

       Odsunęła drewniane krzesło od stołu, siadając na nim. Z minuty na minutę czuła się swobodniej przy chłopaku, który z resztą okazał się całkiem miłym rozmówcą i wspaniałym gospodarzem, bo nie spodziewała się, że będzie dane jej zostać również na śniadanie. Wyhaczyła stojący na stole talerz z naleśnikami nadziewanymi owocami, więc wzięła jednego, powoli zaczynając jeść.
– No, to jak, daleko mieszkasz? – podniosła wzrok znad talerza, spoglądając na nowo poznanego. Wydawał się być w dobrym humorze.
– Mieszkam na obrzeżach miasta, ale takich prawdziwych obrzeżach. To znaczy, nie mam sąsiadów, otacza mnie z każdej strony las i jest tylko jeden przystanek, do którego przypisany został autobus, ale kursuje tylko dwa razy dziennie. A, i od trzech lat nieczynny kiosk – powiedziała, ładując do buzi kawałek naleśnika, który z resztą bardzo jej smakował. – Ty za to masz tutaj bardzo przytulnie – pochwaliła zgodnie z prawdą.
– Staram się utrzymywać tu względny porządek - wzruszył skromnie ramionami, a Sarah wybałuszyła oczy słysząc to.

6 maj 2019

Od Sarah C.D Gared

      Wyszłam z łazienki ubrana jedynie w biały, puchaty szlafrok do połowy uda, z rozciapaną po całej twarzy maseczką i ręcznikiem na głowie. Ziewnęłam, wchodząc do kuchni, prysznic nie obudził mnie tak, jak zawsze to robił, dlatego w spokoju wstawiłam wodę na kawę, zaglądając przez okno. Przy padokach kręcił się Anthony, zatrudniony przeze mnie stajenny, sześćdziesięciolatek uwielbiający konie, a nudzący się na rencie. Nie widziałam przeciwwskazań, aby dać mu pracę - jest w pełni zdrowia, nie licząc dokuczających migren, wprost domaga się kontaktu ze zwierzętami i jest pełen chęci do pomocy, tak więc zawsze wynagradzałam go tak jak tylko mogłam, mimo że nie chciał nigdy pieniędzy. Odwróciłam się leniwie w stronę ekspresu do kawy, odzyskując rezon w tej samej sekundzie, w której usłyszałam dzwonek do drzwi. Uspokojona i pewna, że to nikt inny, jak Gabriel wpadający na śniadanie, poszłam otworzyć drzwi wejściowe. Jakież było moje zdziwienie i wstyd, kiedy otwierając je, moim oczom ukazał się Gared i Victoria, jak mniemam, jego przyjaciółka. Przez chwilę stałam z otwartymi oczyma, przyglądając im się. Byliśmy umówieni?
– Witam – wychrypiałam, a w tle rozniósł się odgłos gotowej kawy. – Wybaczcie mi na sekundę, całkowicie się nie przygotowałam i nie byłam gotowa na wasz przyjazd. Możecie złapać Anthony’ego, to stajenny, on na pewno was oprowadzi i zajmie, dopóki nie przyjdę – powiedziałam szybko, z nerwowym uśmiechem na ustach. Kolejna gafa strzelona przed tym samym mężczyzną, który zapewne opowiedział swojej towarzyszce o poprzedniej. Czułam odpływające szanse na sprzedaż konia. Zamknęłam drzwi, gdy przytaknęli i odeszli w stronę stajennego, który akurat rozdzielał pasze do wiader na obszernej ławce przed stajnią, podśpiewując sobie wesoło pod nosem. Tak, za każdym razem, gdy na niego patrzyłam, przekonywałam się że jest właściwą osobą na właściwym miejscu, mimo że gościł tu dopiero od kilku dni. W pośpiechu umyłam twarz i wyczesałam mokre włosy, zostawiając je niewysuszone. Trudno. Wciągnęłam błękitną, obcisłą bluzkę, czarne bryczesy z wysokim stanem i sznurowane sztyblety, po czym pobiegłam do stajni, nie tracąc czasu na makijaż. Zeszło mi to niedłużej niż piętnaście minut, dlatego nie martwiłam się aż tak.
– Dzień dobry, Anthony – obdarzyłam mężczyznę uśmiechem. Stali całą trójką przy karuzeli, patrząc na chodzące na niej dwa ogiery po dwóch różnych stronach.
– O, tamten, za siwym. Be Balou, ogier, cztery lata, z kompletem badań, w tym TUV. Nie ma narazie licencji ogiera hodowlanego, ale to kwestia czasu. Przyjął siodło, jeźdźca, podaje nogi, jest grzeczny, tylko ma nieskończone pokłady energii. Przy dobrym treningu ma bardzo duże predyspozycje do ujeżdżenia. Balou ma wyjątkowo atletyczną budowę, ale jest przy tym suchy – powiedziałam, przechodząc przez ogrodzenie i zatrzymując karuzelę. Odpięłam ogiera, wychodząc z nim na chodnik, aby można było obejrzeć go z bliska.
– Może go pani wyczyścić, osiodłać i wsiąść na próbną jazdę, jednak nie mogę dać go od ręki, wie pani o tym? – spytałam, upewniając się. Miałam nadzieję, że wszystko pójdzie po mojej myśli i nie będzie żadnych niedomówień.

Od Sarah C.D Trace

      Czuła zmęczenie, które coraz bardziej przejmowało nad nią kontrolę. Była wykończona, nie tylko fizycznie, bo i psychicznie. Ciągle wyrzuty sumienia, zamartwianie się, a jednocześnie natłok pracy i sen, który w najlepszych porywach trwał trzy godziny dziennie, był dla kobiety okropieństwem i karą. Tak więc co się dziwić, że zasnęła, czując ciepło i spokój, pierwszy raz od dawna?
***
Otworzyła opuchnięte oczy, czując ból promieniujący do całej twarzy. Przebudzona, nie bardzo wiedziała co się dzieje, zarejestrowała jedynie, że jest ciemno, ciepło i bardzo, bardzo wygodnie. U niej w sypialni nierzadko pomieszkiwał Gabriel, a rzecz jasna, nie mają już po dziesięć lat, aby razem spać. To by było conajmniej niekomfortowe, tak więc Sarah najczęściej wybierała kanapę, bo dobudzenie jej brata na tyle, aby samodzielnie przeszedł na sofę w salonie było czymś niemożliwym. Zagarnęła bliżej siebie pierwszą lepszą poduszkę, którą wyczuła, przytulając się do niej i już miała odpłynąć w głębszy sen, nagle otwierając szeroko oczy. Usiadła na posłaniu, w zaciemnionym pokoju, rozglądając się dookoła. Nie wiedziała ile spała, co tutaj robiła i gdzie była, ale minione wydarzenia delikatnie majaczyły w jej głowie, składając wszystko w całość. Dziękowała sobie, że nie tak dawno temu postanowiła zatrudnić pracownika do swojej stajni, który w zasadzie robił zawsze to, co akurat było do zrobienia. Tak więc jedno zmartwienie odeszło od jej głowy, a jego miejsce zaraz zajęło kolejne - jak wróci do domu?
       Stoczyła się z łóżka, mało przytomnie rozglądając po jego wnętrzu. Było schludnie i przytulnie, podobało jej się tu. Na fotelu znalazła swoją torbę, niestety telefon był rozładowany i nie wiedziała, która była godzina. Delikatnie uchyliła zamknięte drzwi, starając się zachowywać cicho, domownik albo domownicy, może jeszcze spali? Do mieszkania dostawały się pierwsze promienie słoneczne, więc mogłobyć koło szóstej, skoro dopiero co świtało. Z zaciekawieniem oglądała wnętrze domu, przechadzając się po nim cicho i powoli, jak narazie nie natknęła się jeszcze na nikogo. Idąc, usłyszała nagle jak coś spada z łoskotem, jakby piętro niżej. Zarejestrowała metalowe drzwi, przez które przeszła. Stanęła u progu warsztatu samochodowego, który o dziwo nie miał na ścianach plakatów z gołymi kobietami, nie były one również usmolone, a wnętrze wydawało jej się bardzo klimatyczne. Stała tak, rozglądając się na wszystkie strony, dopóki mężczyzna stojący przy otwartej masce samochodu nie odchrząknął z lekkim uśmiechem na twarzy. Sarah złapała się jedną ręką za łokieć, robiąc nieśmiały krok do przodu. Nie bardzo wiedziała jak ma zachować się w takiej sytuacji, biorąc pod uwagę jej zerowe doświadczenie z mężczyznami.
– Dziękuję, że pozwoliłeś mi zostać – powiedziała cicho, siadając na jednym ze stopni schodów. – Masz może jakąś maść na siniaki? Mam wrażenie, że moje oko chce wypłynąć.
– Nie ma sprawy. Daj mi chwilę – wytarł ręce w ścierkę, mijając ją i idąc z powrotem do mieszkania. W tym czasie mogła się nieco rozejrzeć po warsztacie policjanta, a samochody były pasją, z którą raczej by go nie powiązała, po bliższym zastanowieniu, sama nie wiedziała dlaczego. Nim się obejrzała, mężczyzna wrócił, z maścią w ręku. Wzięła ją od niego z podziękowaniem, wyciskając odrobinę na palce.
– Nie przedstawiłam ci się. Mam na imię Sarah. Nazwisko chyba znasz – uśmiechnęła się, zakręcając tubkę i odkładając na schodek obok niej.
– Wystarczająco dużo razy je wczoraj wymawiałem i pisałem, żeby go nie zapamiętać. Nie obawiasz się o brata? To w końcu całe osiem godzin bez ciebie – spytał, biorąc do ręki narzędzie i pochylając się z powrotem nad autem. Wyczuła lekki żart w ostatnim zdaniu, które do niej skierował.
– Osiem? – zmarszczyła brwi, słysząc jak długo spała. Była to całkiem miła świadomość, po przyzwyczajeniu się do morderczo krótkiego snu. – No tak, rzeczywiście sporo – odparła w zastanowieniu, bardziej do siebie niż do niego, czując narastające zmartwienie. – Mam rozładowany telefon, więc nie wiem co u niego, ale może jeszcze żyje – westchnęła, bawiąc się palcami. Dała mu pieniądze i kluczyki do samochodu, który swoją drogą kosztował więcej, niż jej całe życie mogłobyć kiedykolwiek warte, dlatego niepokój rósł z każdą sekundą, dopóki nie zdzieliła się mentalnie po twarzy. To dorosły facet, czyż nie? Nie jest aż tak głupi, na jakiego go malują i Sarah w głębi duszy o tym wie, ale jest za dobra, aby skończyć to całe niańczenie go i obchodzenie się jak z jajkiem.
– Jeszcze raz dziękuję, że pozwoliłeś mi się u siebie przespać, ale na mnie już pora – wstała, przeciągając się. Kręgosłup wyjątkowo dzisiaj ją nie bolał, a to znaczyło, że mogła sobie podarować fizjoterapeutę tego dnia. Miała w planach jeszcze zakupy i może wybranie się gdzieś? Tak dawno nie zrobiła nic dla siebie, że wyszła z założenia, iż jej się to należało.

5 maj 2019

Od Sarah do Hangagoga

– Cholera! – krzyknęłam w złości, odgarniając z twarzy przylepione potem włosy. Oparłam się o przyczepę, zadyszana. Na środku drogi musiało się coś popsuć. W zasięgu mojego wzroku nie było zabudowań, ani niczego, gdzie mogłabym przechować konia, bo przecież nie zostawię go w przyczepie, a mój telefon postanowił wczoraj utopić się w wannie, prawie mnie tym zabijając, bo był podłączony do ładowarki, a na całe szczęście wyszłam z brodzika kilka minut przed całym zdarzeniem. Stwierdzając, że los okropnie się na mnie uparł, otworzyłam rampę i wyprowadziłam karego wałacha andaluzyjskiego z przyczepy. Czekała nas długa droga, więc jedynie zostawiłam samochód z przyczepą na jakimś opustoszałym, zapomnianym parkingu i chwytając za uwiąz, ruszyłam przed siebie w akompaniamencie stukotu kopyt, który niegdyś tak mnie uspokajał - dzisiaj nie dał rady. Koń trącił mnie w ramię swoimi miękkimi chrapami, a ja go pogłaskałam, nasuwając na nos okulary przeciwsłoneczne. Włosy spięłam w wysokiego koka, przygotowując się do spaceru z prawdziwego zdarzenia. Mój niski wzrost nie współgrał z olbrzymim wzrostem konia, dlatego po dziesięciu minutach i po piętnastu próbach wejścia na jego grzbiet, udało mi się to. Z wielką ulgą przywitałam wbijające się kości kręgosłupa w mój tyłek, bo było to stokroć wygodniejsze niż kilkukilometrowa wyprawa. Nie miałam wody ani dla siebie, ani dla konia, a słońce przypiekało od samego rana. Miałam nadzieję, że nie padniemy z wycieńczenia, a po pierwszym kilometrze moje prośby, a raczej błagania zostały wysłuchane i moim oczom ukazały się pierwsze zabudowania i tak bardzo dobrze znana infrastruktura stajni. Nie widziałam żywej duszy, dlatego modliłam się, aby ktoś tu był, bo inaczej niewiadomo, co dalej bym miała robić z metrem dziewięćdziesiąt żywych mięśni. Kare umaszczenie konia było kolejną przeszkodą, bo miałam wrażenie, że palę się żywcem, dotykając go, ale po nim samym nie było widać jakiegoś okropnego zmęczenia, w końcu to dosyć wytrzymałe zwierzę. Wjechaliśmy na podjazd, zatrzymując się na jego środku. Cisza grzmiała w uszach, żaden koń nie jeździł, podobnie jak żaden nie stał na obszernych padokach. Kątem oka zobaczyłam ruch w oknie domu, kiedy to firanka się nieznacznie poruszyła, a kilkadziesiąt sekund później drzwi się otworzyły. Stanął w nich rosły mężczyzna o ciemnych włosach i kontrastujących się z nimi, niebieskimi, bardzo jasnymi oczami błyszczącymi w słońcu. W mgnieniu oka odzyskałam rezon, schodząc z rozmachem z konia. Ten, czując odrobinę wolności, podszedł kawałek w stronę trawniku, aby zaraz zacząć skubać trawę.
– Dzień dobry – zaczęłam, kierując się w jego stronę. – Przepraszam za najście, ale jakiś kilometr stąd popsuł mi się samochód, przy którym miałam przyczepę z koniem – wskazałam na wałacha. – A widzę, że ma pan tutaj... coś co może mi pomóc – uśmiechnęłam się blado.
– Owszem, mam i przyczepę, i samochód – wskazał, a ja przyuważyłam jego dziwny wyraz twarzy, jakby miał jakiś cel w tym, że mi pomaga, zupełnie tak, jakby nie mógł zrobić tego bezinteresownie. – Nie wiem czy jest wystarczająco dużo paliwa.
– Nie trzeba mi go dużo, stąd nie jest daleko, ale na pewno lepiej podjechać, niż mam jechać na koniu w takim ukropie do klienta, który chce go kupić – zmarszczyłam brwi, wiedząc że nie wyglądałoby to dobrze w oczach mojego kupca, biorąc pod uwagę renomę, jaką ma moja stajnia i fakt, że ludzie uważają mnie za profesjonalistkę. – Z resztą, oddam za paliwo co do avara.
– Okej, pomogę ci. Wprowadź konia do przyczepy – spytał, wkładając rękę do kieszeni, zapewne w poszukiwaniu kluczyków. Szybko zdjęłam uwiąz z szyi Maroko, poprawiłam ochraniacze ma nogach i ogonie, po czym wprowadziłam do przyczepy, upewniając się, że wewnątrz jest siano. Zasunęłam rampę, idąc w stronę samochodu, po czym otworzyłam drzwi i zajęłam miejsce od strony pasażera. Nie spodziewałam się, że da mi wolną rękę i powierzy samochód, dlatego jego towarzystwo nie było niczym złym, wręcz przeciwnie, cieszyłam się, że chciał mi pomóc.
– To nie jest daleko, jak już mowiłam. Może pięć kilometrów stąd? Albo sześć? – wzruszyłam ramionami, zapewniając, że nie jestem aż takim problemem i wszystko pójdzie sprawnie. Mam także przy sobie wszelkie badania potrzebne do sprzedaży, mimo że kupujący ich nie wymagał, to bez nich żadna sprzedaż by się nie odbyła. Wolałam być pewna, że gdy koń zachoruje, nie zostanę oskarżona o ukrycie problemów zdrowotnych.

Od Sarah C.D Ken

Następnego dnia, o godzinie bardzo wczesnej, jak na dzień tygodnia nazywany wolnym, obudził mnie natrętnie dzwoniący telefon, którego nie sposób było zignorować, jak i wyłączyć, bo na przekór postanowił się również zaciąć. Odebrałam go więc, z cierpiętniczym wyrazem twarzy, wiedząc, że lepiej już nie będzie.
– Tak, słucham? – odchrząknęłam, starając się brzmieć na tyle profesjonalnie, aby moja pensja nie została ukrócona przez kolejnego niecierpliwego klienta, który najwyraźniej nie uznaje zmęczenia i snu.
– Witam, Magnus Loretto. Niedawno moja córka odbyła u pani swoją pierwszą lekcję jazdy konnej, w związku z czym chciałem dowiedzieć się, czy byłaby możliwość obejrzenia pensjonatu i dogadania się w sprawie formalności i treningów? Postanowiliśmy kupić konia dla Sky.
– Dzisiaj jest niedziela, ale gdyby miał pan czas po siedemnastej, to zapraszam. Mamy kilka wolnych boksów dla koni, ale trzeba ustalić wiele rzeczy w związku z przyjęciem nowego konia – powiedziałam ze zmarszczonymi brwiami. Czyżby kolejny zapalony tatuś, który zaserwował swojej małej córeczce konia, nie bardzo zdając sobie sprawę z tego, że to nie jest byle jaki kaprys?
– Rozumiem, będę – rozłączył się, nie mówiąc nic więcej, a ja upadłam z powrotem na poduszkę, mając ochotę zostać w łóżku na resztę dnia.

Od Sarah C.D Trace

        Gabriel był, jaki był. Po śmierci rodziców nawet nie miał czasu na żałobę, tylko zmuszony był wychowywać swoją młodszą siostrę. Wiedział, że ich aktualna relacja pod żadnym pozorem nie powinna tak wyglądać, ale nowe usposobienie chłopaka za bardzo weszło w życie, aby tak nagle zrezygnować z tego wszystkiego, co „ma". Sarah, żyjąca codziennie w pożerających ją wyrzutach sumienia, miała wrażenie, że życie ucieka jej między palcami, zupełnie tak, jak niegdyś uciekało ono Gabrielowi podczas opieki nad nią samą. Kiedy role się zamieniły, dziewczyna zauważyła z jak wielkimi problemami się borykał, ale skoro on nie chce się uratować, to ona nie zrobi tego za niego. Oskarżenie Gabriela o przemoc domową wywołały osłupienie, zarówo w nim, jak i w jego siostrze, bo przecież on kochał ją, a ona jego, tak? Byli, jacy byli, ale więzy krwi zobowiązywały i zawsze jakoś dawali radę, więc dlaczego tym razem miałobyć inaczej? On obiecał sobie, że jakoś to naprostuje, a ona nie wyciągnęła z tego żadnych wniosków, przyzwyczajona do faktu, że mimo jego gorących zapewnień, wszystko wraca na swoje poprzednie miejsce, choć Sarah widzi, że jej brat się stara, to uważa, że jednak za szybko odpuszcza, ale co ona może?
       Było późno kiedy wychodzili z komisariatu, a Sarah miała na głowie jeszcze oporządzenie koni w stajni oraz ugotowanie czegokolwiek do zjedzenia, bo Gabriel jadł jakby za trzech, a przy zgubionych kluczach od domu, ciężko o dostanie się do niego, tak więc musiała znosić jego ciągłą obecność w jej domu jeszcze przez jakiś czas, bo przecież go nie wyrzuci na ulicę, a on sam nie ma jak zapłacić za ślusarza.
        W głowie dziewczyny gotowało się od mieszanych emocji i niepokoju, czy jej brat może mieć jakieś problemy? Owszem, bywał porywczy, ale w życiu nie podniósł na nią ręki, chyba że do przytulenia. No, ale to także zdarzało mu się rzadko, sprawiał wrażenie, jakby ktoś miał go ukarać za okazanie emocji.
– Przepraszam... Chciałem zaspokoić swoje myśli, znaczy zapytać...Czy wszystko dobrze z panią? Czy rany na twarzy nie są spowodowane przez Twojego brata? Znaczy... - westchnął, przeczesując dłonią włosy. Widząc prześmiewcze spojrzenie palącego faceta, złapał go niespodziewanie za kark. - W ramach przeprosin, oferuje podwiezienie do miejsca zamieszkania – Sarah spojrzała krytycznie na swojego brata, wzdychając.
– Właściwie jestem tu samochodem, ale bardzo nie chcę nim wracać – powiedziała markotnie, patrząc w ziemię. Nie bardzo chciała okazywać słabość przed nieznajomym jej człowiekiem, jednak było już za późno, a ona sama była zbyt zmęczona, aby się targować i udawać samowystarczalną. – Więc skorzystam, jeśli to nie problem. Piłeś, Gabriel? – przeniosła niespodziewanie wzrok na swojego brata, oczekując na odpowiedź. Ten jedynie zgasił papierosa o pobliską ławkę, beztrosko się o nią opierając.
– Rano – wzruszył bezwiednie ramionami. – Jedno piwo.
        Skinęła głową, podając mu kluczyki wyjęte z kieszeni czarnej, dużej bluzy. Zaczęła grzebać zawzięcie w niedużej torbie, która ją przepasała od ramienia do biodra, po chwili wyjmując z niej portfel. Wręczyła mu sto avarów.
– Zjedz coś na mieście i odstaw przed dom auto, proszę – powiedziała. – Nie mam co ci dać na kolację.
        Ten tylko skinął głową, odchodząc. Schował ręce do kieszeni, a Sarah patrzyła jak wsiada do jej własnego Maserati, a następnie odjeżdża. Był dobrym kierowcą, o ile był trzeźwy. Nie żeby próbował jeździć po pijanemu, a przynajmniej do Sarah jeszcze takie informacje nie doszły, choć regularnie spłaca mandaty brata.
– Mieszkam dość daleko, więc tak naprawdę mogę równie dobrze wrócić autobusem – zaczęła.
– Jednak jest dość późna pora, a nie lubię mieć ludzi na sumieniu. Mogę wyglądać na zimnego skurwysyna, jednak pomagam ludziom w potrzebie. Dzisiejszy dzień i tak...dał mi w kość – stwierdził, wyglądając na poważnie zmęczonego życiem. Sarah miała wrażenie, jakby czuła się zupełnie tak samo, jak on.
– Coś o tym wiem – mruknęła bardziej do siebie, niż do mężczyzny, nieświadomie na niego spoglądając.
        Dziewczynę tego wieczoru nie trzeba było długo przekonywać, bo miała serdecznie dość tego dnia. Pozwoliła się poprowadzić na odpowiednie miejsce parkingowe oraz założyła okulary na nos, wsiadając do wnętrza auta.
– Może ci się wydawać, że to nie moja sprawa i nie moje zmartwienie, ale chciałam spytać, czy Gabriel nie będzie miał żadnych problemów? – westchnęła, siedząc na wygodnym fotelu w ciepłym samochodzie. Miała szczerą nadzieję, że nie zaśnie w samochodzie jakiegoś obcego, przystojnego mężczyzny, poznanego kilka godzin wcześniej.

3 maj 2019

Od Sarah C.D Trace

Dzień ciągnął się niemiłosiernie, a słońce jak na złość nie chciało zajść za linię horyzontu. Nic tak bardzo nie przeszkadzało Sarah, jak wolno upływający czas i dłużące się godziny pracy, mimo że robiła to, co lubiła i zawsze chciała robić. Złe przeczucie ciążyły jej na sercu, a ciemne chmury wisiały nad głową od piątej rano, czyli od momentu, kiedy zadzwonił budzik, wyrywając ją z (i tak krótkiego, bo dwugodzinnego) snu. Potem zbita filiżanka kawy (najmocniejszej, jaką można było zrobić), korektor, który akurat tego ranka postanowił się skończyć, uniemożliwiając zakrycie worów pod oczami, aż w końcu niefortunny upadek (wprost na twarz) w paszarni, podczas przygotowywania śniadania dla koni. I tak oto, o godzinie szóstej Sarah mogła opuścić teren swojego domu, z sinym policzkiem, okiem i przeciętą skórą na skroni, a to wszystko na szczęście zakryły duże, ciemne okulary przeciwsłoneczne. Oczywiście jazda samochodem to było stanowczo za dużo jednego dnia, dlatego Sarah wybrała się na piechotę, nie ryzykując ponownie życiem - była wystarczająco zła i rozgoryczona takim rozpoczęciem dnia, a nie było nawet ósmej.
– Halo? – odebrała dzwoniący telefon, nie patrząc nawet kto taki do niej dzwoni.
– Możesz przyjść przed czasem? Mamy dużo roboty i mało ludzi. Najwyżej zostaniesz też po godzinach i zapłacę ci więcej – właścicielka kliniki weterynaryjnej, w której Sarah nawet nie pracowała. Owszem, pomagała przy zwierzętach, działała bardziej jako wolontariuszka, bo nie znała się aż tak na leczeniu zwierząt, ale Meredith upierała się przy swoim i za każdym razem płaciła dziewczynie za każdą godzinę. Sarah przytaknęła niemrawo, przyspieszając kroku, bo inaczej nie była w stanie dotrzeć tam tak szybko, jakby ona i Meredith chciały.
***
Godzina osiemnasta, kiedy postanowiła się już zbierać, okazała się najbardziej pechową tego dnia. Zupełnie niespodziewanie dostała telefon z komisariatu, który miał na celu powiadomienie jej o areszcie Gabriela na skutek bójki, w którą się wplątał. Owszem, nie widziała go od dwóch dni, ale miała szczerą nadzieję, że dwudziestoczteroletni facet jest w stanie przeżyć czterdzieści osiem godzin bez ingerencji jej młodszej siostry. Przecież uprała mu ubrania, wyprasowała je, nawet zrobiła mu (wcale nie takie tanie) zakupy i ugotowała makaron i dwa rodzaje sosów (chociaż najlepszą kucharką nie była). Czuła wyrzuty sumienia, że do tego doprowadziła, mało tego, ona doskonale wiedziała, że to przez nią, ale nie mogła go niańczyć do końca życia, tak? Na tym polegało życie - na zmartwieniach, wyrzeczeniach, smutku i szczęściu, więc Sarah nie powinna aż tak się nad nim rozczulać. Mimo wszystko, zebrała się w sobie i pojechała tam, gdzie ją pokierowano. Na miejscu dostała jasne instrukcje: co, gdzie i jak. Poszła w kierunku szarych drzwi na miękkich nogach, które były jak z waty. Przeszła przez próg, zatrzasnęła za sobą drzwi i niemal od razu usłyszała.
– Jak zgaduję, siostra? – odwróciła się w stronę głosu, a jej oczom okazał się młodo wyglądający policjant. Był sam na sam z Gabrielem, którego także zeskanowała wzrokiem. W pomieszczeniu było stosunkowo ciemno, a za sprawą okularów nie widziała praktycznie nic, dlatego zdjęła je dla własnej wygody.
– Tak – przytaknęła po chwili ciszy, siadając na wolnym krześle.
– O patrz jak się dobraliśmy, teraz to w ogóle wyglądamy jak rodzeństwo! – wykrzyknął Gabriel, nawiązując do ran na twarzy, na co Sarah przewróciła jedynie oczami.
– Zamknij się już, wystarczająco dużo już dzisiaj zrobiłeś – syknęła, przenosząc wzrok na policjanta.
– Ile wynosi kaucja? Chciałabym ją wpłacić. Teraz – dodała po chwili.

Od Sarah C.D Gared

– Co ty robisz? – sapnęłam, biorąc się pod boki. – masz dwie lewe ręce? Już ja bym to lepiej zrobiła! – krzyknęłam, wyganiając Gabriela. Akurat teraz brama od padoku musiała się zepsuć, czyli w dzień, kiedy mechanicy, czy jakkolwiek oni się nazywają, nie pracują. Powierzyłam to zadanie mojemu bratu, ale on niespecjalnie sobie z nim poradził, robiąc wszystko przy pomocy tyrytek i taśmy, a nie gwoździ i młotka. Wszystko to trzymało się zupełnie tak, jakby miało zaraz ponownie upaść, a ja nie chciałam ryzykować zdrowiem lub życiem koni. Mimo wszystko.
– Może lepiej to zostaw. Jeden dzień bez padoku to nie koniec świata, a ja zadzwonię po konserwatora i przyjedzie jutro. Nie rób, jeszcze się zabijesz – popatrzyłam na niego zmartwiona, a ten tylko prychnął, wstając z klęczek.
– Miałabyś tyle kasy jakbyś to sprzedała w cholerę – wzruszył ramionami, oglądając się dookoła na hektary ziemi.
– Będę miała jeszcze więcej, tylko poczekaj kilka lat – urwałam, odchodząc. Usłyszałam chrzęst żwiru na podjeździe, więc poszłam w tę stronę, zostawiając Gabriela samego. Nieraz miałam wyrzuty sumienia, właściwie dręczyły mnie one zawsze, gdy tylko przypominałam sobie o nim, tak więc starałam się poświęcać mu tyle uwagi, ile tylko mogłam, mimo że nie był dzieckiem, należało mu się to.
        Moim oczom ukazał się charakterystycznie wyglądający, nieznajomy mężczyzna, którego w życiu nie powiązałabym z jazdą konną.

30 kwi 2019

Od Sarah cd. Conrada

      Obserwowałam jak Daphne zmienia kierunek, poruszając się po maneżu nieco pewniej i zgrabniej, trzymając się w siodle o wiele lepiej, niż poprzednio. Nakazałam jej zrobić koło na obu krótkich ścianach, a przez całe, dwie długie jechać w półsiedzie, w międzyczasie poprawiając błędy. Były to drobne mankamenty, jak na przykład za bardzo cofnięta łydka, zadarta pięta, poziomo położone nadgarstki, czy broda ułożona za nisko. Mimo wszystko, nie chciałam uczyć Daphne złych nawyków, które w późniejszym czasie byłyby bardzo trudne do naprawienia, bo mówi się, że starego psa nowych sztuczek nie nauczysz, a akuratnie to przysłowie idealnie wpasowuje się w tę sytuację.
      Cztery narzekania i piętnaście minut później Daphne zeszła z konia, odpinając mu popręg. Poleciłam jej przywiązanie klaczy do koniowiązu, gdy ta wierciła się podczas zacierania jej wilgotną gąbką. Było bardzo ciepło, dlatego nasunęłam okulary na nos, idąc w stronę stajni. Zastanawiałam się gdzie zaginął Conrad, skoro od dłuższego czasu nie wystawił nosa z budynku, a przechodząc obok sterty siana i słysząc dochodzące stamtąd ciche pochrapywanie, przystanęłam, patrząc z uśmiechem na mężczyznę. Wyglądał na zmęczonego, dlatego wzięłam niespokojnie chodzącego karego konia na uwiąz, po czym wyczyściłam i osiodłałam, wszystko to robiąc na zewnątrz, gdyż ciężkie podkowy na kopytach konia były bardzo głośne, gdy odbijały się echem od stajennej podłogi. Zostawiłam go na chwilę samego, idąc do Daphne. Ta właśnie kończyła składać sprzęt i szczotki, głaszcząc raz po raz klacz.

6 mar 2019

Od Sarah cd. Conrad

Oderwaliśmy się od siebie, łapiąc oddech. Musiała minąć dłuższa chwila, aby doszło do mnie, i chyba nie tylko do mnie, co właśnie zrobiliśmy. Jeszcze nie tak dawno temu zarzekałam się, że komu, jak komu, ale mężczyźnie nie dam się omotać. Tymczasem, ten robi zupełnie to, co chce, a ja nawet nie staram się go powstrzymać. Dodatkowo, nie chodzi o to, czy mi się podoba, czy nie, tylko o czysto etyczne sprawy, jak na przykład fakt, że nie znamy się zbyt długo. Conrad był świetnym ojcem, jak i materiałem na przyjaciela, kolegę lub chłopaka, jednak to wszystko nie dotyczyło mnie, a ja nie bardzo wiedziałam co zrobić z tym faktem, biorąc pod uwagę to, że właśnie skończyliśmy się całować na kanapie w jego mieszkaniu, gdzie piętro wyżej Daphne smacznie spała. Odchrząknęłam, zakładając włosy za ucho, a moje policzki prawdopodobnie były purpurowe. Nie musiałam długo czekać, aby mężczyzna zaczął się tłumaczyć, jednak kompletnie nie musiał tego robić, bo to, co się zdarzyło, nie było naszą winą. Może zrządzeniem losu, w które niedawno zaczęłam wierzyć?
– Um, przepraszam za to. Moje ciało przestaje powoli ze mną współpracować, przez te leki.. i brak kogokolwiek przez ostatnie 6 lat. Przepraszam cię za to, co zrobiłem. I... Czekaj, podobało ci się to? – spytał nagle, przerywając w połowie wypowiedź, a ja lekko się speszyłam, nie bardzo wiedząc co odpowiedzieć.
– To wyszło zupełnie przypadkiem – wzruszyłam ramionami, nie wiedząc co on sam może sobie myśleć. Moje myśli, na chwilę obecną, były chaotycznie porozrzucane po najciemniejszych zakątkach mózgu, a sklecenie jakiegokolwiek, poprawnego zdania zupełnie mijało się z celem.
– Mhm – mruknął. – Posłuchaj, przepraszam, ale ja – zaciął się. – ja się nie nadaję do związków. Nie chcę obiecać ci czegoś, co nie zadziała. Ale, jeśli nie chcesz związku... To nie wiem, nie możemy tego kontynuować? Było chyba przyjemnie, co? – zbliżył się ponownie, jednak położyłam dłoń na jego klatce piersiowej, delikatnie powstrzymując. Chyba był lekko zaślepiony swoimi potrzebami, aby mnie wysłuchać, ale nie byłam zła.
– Nikt tu nie mówi o związku – powiedziałam, czując wszechogarniającą mnie bezradność. Nie wiedziałam, czy powinnam powiedzieć to, co myślę, czy to, co on chce usłyszeć. – Ale to, że raz nas poniosło, nie znaczy, że i drugi raz może.
– Okej, rozumiem. Przepraszam – powiedział, opierając się swoim czołem o moje, a ja go lekko przytuliłam, wzdychając.
– Będę musiała już powoli iść. Muszę wstąpić jeszcze do Aidena, ogarnąć konie na noc. Także chyba na mnie już pora. Zgadamy się jeszcze na przyszłość, co? – spytałam, po chwili lekko się odsuwając. Z przyzwyczajenia wstałam, poprawiając poduszki i koc położony na kanapie oraz zabrałam swoje rzeczy. Conrad odprowadził mnie do drzwi, żegnając się. Oczywiście, jak to on, przeprosił po raz kolejny, a ja po raz kolejny powiedziałam, że to nic takiego.
– Mam nadzieję, że to nie zmieni nic w naszej... relacji?
– Jasne, że nie. To nie była niczyja wina, tak po prostu wyszło i już. Ale masz rację ze związkiem, to chyba nie czas, ja także nikogo sobie nie szukam, więc... narazie niech zostanie tak, jak było – uśmiechnęłam się, odchodząc w stronę samochodu, jednak poczułam jak dłoń Conrada owija się wokół mojego nadgarstka. Spowodowało to, że odwróciłam się gwałtownie, ale niekontrolowanie, czując usta mężczyzny na moich.
– Skoro ma zostać tak, jak jest, to niech tak będzie – dodał, a ja uciekłam szybko do samochodu, uśmiechając się do niego z politowaniem.
Wyjechałam powoli z podjazdu, włączając się niechętnie do ruchu. W międzyczasie odebrałam także wiadomość od Aidena, że czeka przed moim domem, ale klucz do niego zostawił w swoim, zamkniętym, dlatego to ja muszę mu otworzyć drzwi. Niewątpliwie byłam przez kilka najbliższych dni na niego skazana, jednak to mój brat, więc fakt, że mu pomogę, był jak najbardziej dla mnie oczywisty. Nawarstwiony nawał pracy na pewno nie ułatwiał mi sytuacji, bo byłam pewna, że Aiden, jako odwieczny imprezowicz, nie chodzi spać po dobranocce, a wykonując pracę, cenię sobie ciszę i spokój, a nie metalową muzykę, którą puszcza na cały regulator. Sąsiedzi go przez to nienawidzą, a on widzi w (odludnionym) miejscu, w którym mieszkam, potencjalną okazję, aby cisza nocna przestała go obowiązywać, albo najlepiej istnieć.
Kiedy dojechałam, czekał grzecznie, zbytnio nie rozrabiając. Siedział na schodach, przed domem, a kiedy się przywitaliśmy, wszedł do domu jako pierwszy, idąc automatycznie do kuchni. Myszkował przez większość czasu w lodówce, bo podejrzewałam, że jego nie była zbyt pełna.
– Pachniesz męskimi perfumami – zauważył, a ja popatrzyłam się na niego głupio z uniesionymi brwiami, zdejmując szalik.
– Doprawdy? A ty trawką – odgryzłam mu się, choć wcale nie minęłam się zbytnio z prawdą, bo pot, alkohol, trawkę i papierosy były chyba jedynym, co można było od niego akurat poczuć, najwyraźniej złamał klucz do domu, kiedy zamierzał do niego wejść, po dobrej, całonocnej imprezie.
– Dlatego właśnie pójdę się umyć w wannie, nalewając ją całą i kąpiąc się z przyjemną myślą, że to ty będziesz ją opłacała – uśmiechnął się zawadiacko, puszczając mi oczko, a ja tylko westchnęłam na jego słabe żarty, odkładając kurtki na miejsce, bo Aiden by nigdy na to nie wpadł.
– Ale żadnych dziewczyn w moim domu! I śpisz na kanapie! – krzyknęłam za nim, idąc do swojego pokoju. Miałam szczerą nadzieję, że się posłucha i zachowa godność człowieka, jednak chyba zgubił ją poprzedniej nocy, a jego honor złamał się razem z kluczem, który z resztą nadal tkwił w drzwiach. Przebrałam się w piżamę, ciesząc się, że w końcu dane mi będzie - chyba - przespać całe dziesięć godzin, bo konie miały jutro wolne, nie licząc faktu, że musiałam jedynie wyprowadzić je na karuzelę i wziąć zdziczałego karusa na lonżę. Napisałam jeszcze tylko do Conrada, właściwie było to zaledwie jedno słowo, bo "dobranoc", po czym poszłam spać.
Następnego dnia obudziłam się razem ze świtem. Po szybkim prysznicu, ubrałam stajenne bryczesy, jakąś za dużą bluzę i trampki, a włosy związałam w wysokiego kucyka. Aiden spał w najlepsze, tak właściwie, to on wstawał dopiero pod wieczór, bo jego hazardowe, przepełnione imprezami życie, zaczynało się o dwudziestej. Niestety, dopóki mieszka u mnie, będzie musiał się nieco przestawić. Konie zostały nakarmione, ubrane w derki i wypuszczone na karuzelę, w boksie została jedynie Joko, na której dzisiaj miała jeździć Daphne.
– A ty spać nie możesz, czy jaki jest z tobą problem?! – usłyszałam znajomy krzyk z wysoka. Popatrzyłam na Aidena, który wychylał się z balkonu wychodzącego na padoki.
– To ja powinnam spytać ciebie o to samo! – odkrzyknęłam, idąc z powrotem do stajni. Wyprowadziłam klacz, przywiązując ją następnie do koniowiązu oraz czyszcząc z grubsza. Niedługo później usłyszałam chrzęst żwiru na podjeździe, trzaśnięcie drzwiami i wesołe rozmowy Daphne z jej ojcem. Weszli przez drzwi do stajni, napotykając moje spojrzenie. Zakręciłam smar do kopyt, wycierając ręce w szmatę, po czym przywitałam się z tą dwójką.
– Proszę – podałam dziewczynce szczotkę. – możesz dokończyć ją czyścić – przyjęła ją ode mnie, zaraz zabierając się do pracy, a ja w tym czasie pootwierałam wszystkie boksy. Conrad stał obok Daphne, gdy do stajni wszedł Aiden, rozglądając się ciekawsko. No tak, tyle lat tu mieszkamy, jednak on rzadko bywa w moim domu, a co dopiero stajni. Ręce trzymał w kieszeniach swoich czarnych dresów z adidasa, a z tylnej ich kieszeni wystawała paczka papierosów.
– No tak, gwiazdy wieczoru nie mogło zabraknąć. Conrad, to Aiden, mój starszy brat. Aiden, to Daphne i Conrad – wyklepałam grzecznościową formułkę, sprzątając porozrzucane rzeczy koni.
– Na szczęście wieczoru jeszcze nie ma, więc będę miał okazję ją poznać – powiedział zgryźliwie, podchodząc do nas. – Tak, to ja jestem Aiden – dodał po chwili, bardziej do Conrada, niż do kogokolwiek innego. Ten również się przywitał.
– Wow, umiesz uścisnąć dłoń na powitanie? Nie wiedziałam, że w jaskini tego uczą – odparłam z uznaniem w głosie. W takich momentach jak te, nasza dwójka była stereotypowym rodzeństwem, a relacja opierała się na udawanej zgryźliwości.
– To ty spędzasz więcej czasu ze zwierzętami, niż z ludźmi, więc odpowiedz sobie sama. Uczą? – podniósł prowokująco brwi z uśmiechem, a ja przewróciłam jedynie oczami, gdy ten był już poza naszym zasięgiem wzroku. Jak widać, ostatnimi czasy w krew wszedł mu nawyk turysty.

+10 PD

4 mar 2019

Od Sarah cd. Conrada

Kary ogier w dalszym ciągu nie wykazywał najmniejszej chęci współpracy, mimo że czas, przeznaczony na jego zaaklimatyzowanie się w nowym domu już dawno minął. Usiedzenie na jego grzbiecie graniczyło z cudem, a moje żebra już doskonale wiedziały, że więcej siniaków nie zniosą. Jazda konna zawsze pozwalała mi na chwilowe zapomnienie, jednak najwyraźniej nie w tym momencie, a przynajmniej nie, kiedy pracowałam z karym. Zsiadłam, krzywiąc się z bólu, zaprowadziłam konia do stajni, gdzie został następnie oporządzony po jeździe i wypuszczony na padok. Rozpinając kask, dostrzegłam zapalony ekran telefonu, który leżał na szafce w siodlarni. Podeszłam automatycznie, aby odebrać, jak się okazało, wiadomość od Conrada. Miałam bardzo mieszane uczucia w stosunku do mężczyzny. Wydawało mi się, że z każdym dniem poznajemy się coraz bardziej, a nasza relacja przeszłaby w końcu w coś głębszego, niż teraz - aktualnie byliśmy na czysto koleżeńskiej stopie, nie żeby mi to nie odpowiadało. Kompletnie nie chodziło mi także o związek, chciałam jedynie poznać go nieco lepiej, jednak wiadomo, jeśli ma dziewczynę, to nie zamierzam się pchać tam, gdzie mnie zwyczajnie nie chcą.
„Kelly mi nie przekazała, że w końcu się pojawiłaś. Nie jesteśmy razem. To znajoma z pracy. Przywiozła mi dane do ubezpieczenia i wszystko inne. Chcesz do mnie i Daphne jutro wpaść? Jak będziesz miała czas? Zapraszam na kolację w postaci mało zdrowej pizzy, bo z gotowania, na razie u mnie nic nie wychodzi”.
Westchnęłam, zdejmując z nóg oficerki i odkładając je do szafki. Zostałam w samych skarpetkach, jednak dzień nie był zimny, a podłoga nie była brudna, w dodatku chodziłam po wyłożonych płytach, a do domu miałam zaledwie kilkanaście metrów.
Conrad nie jest z kobietą ze szpitala? Momentalnie miałam w głowie tysiąc pytań, na które odpowiedź mógł udzielić mi tylko on, jednak nie zamierzałam się z nim spotykać, dopóki nie byłam pewna kto kłamał. Oprócz mnie, rzecz jasna, gdy powiedziałam pielęgniarce, że rzekomo jestem narzeczoną Conrada.
„Nie? Dziwne, bo dała mi do zrozumienia zupełnie co innego, niż ty teraz”.
Zgasiłam zewnętrzne światła wychodzące ze stajennej ściany, kierując się powoli do domu. Było ciemno, późno, a ja opadałam ze zmęczenia. Kary zarżał na mój widok z padoku, przez co się uśmiechnęłam. W tym samym momencie telefon zawibrował.
„Nie. To przychodzisz? Daphne o ciebie pyta”.
Jasne. Po co udzielić bardziej rozwiniętej wypowiedzi? Chociaż, nie była mi ona potrzebna, skoro Conrad zaprzeczał, to sytuacja stawała się jasna. Mniej więcej. Weszłam do domu, niemalże od razu kierując się do łazienki, gdzie zrzuciłam z siebie ubrania i weszłam pod prysznic, poprzednio odpisując na SMSa.
„O której mam być?”
Nie uznawałam Kelly, jeśli Conrad także tego nie robił, więc moje sumienie powinno być czyste chociaż częściowo. W moim interesie było wycofać się z tego, w czym akurat brałam udział, ale wtedy, gdy rzeczywiście będę miała pewność, że im zawadzam w tym, co uskuteczniają. Upierałam się w duchu, że spotykam się jutro z mężczyzną, aby wybadać grunt i wiedzieć na czym stoję. Powiadomienie sprawiło, że wyciągnęłam mokrą rękę po telefon, odpisując.
„Około 17? Taka wczesna kolacja”
Traf chciał, żebym jutro miała akurat wolne z powodu zawodów w stadninie, w której pracowałam, bo inaczej zaczynałabym o tej porze pracę, a nie jadła kolację z Conradem.
„Będę o 16, ale kup warzywa jakie lubicie”
Wyklepałam odpowiedź, już wiedząc co takiego przyrządzę Conradowi i Daphne na kolacje. Mimo, że wcześniej zapowiedziana została pizza, uznałam, że warto by zjeść coś wartościowszego, a skoro ten nie radzi sobie z gotowaniem w tym stanie, w którym się znajduje, to ja mu posłużę pomocą. Nie byłam orłem w gotowaniu, podobnie jak w matematyce, biologii, chemii, właściwie w niczym nie byłam wybitna, jednak posiłek,
który przyrządzała matka, zapadł mi w pamięć - sycący, tani, a pyszny i wcale nie taki trudny, jakby się na początku wydawało. Wyszłam spod prysznica, zmazując resztki makijażu z twarzy, ubrałam piżamę i powędrowałam prosto do komputera, po drodze otrzymując od Conrada odpowiedź twierdzącą. Parująca kawa, nie tak dawno zrobiona, stała przy tablecie graficznym, a ja wzięłam się do roboty, zupełnie nie mając na to czasu w ciągu dnia. Nim spostrzegłam, byla druga w nocy, a ja miałam za sobą trzy filiżanki mocnej kawy i dwa zrobione projekty, za które pewnie wezmę niezłe pieniądze. Spać tego dnia nie poszłam wcale, a nad ranem udałam się do stajni. Karus został sprowadzony do stajni, wszystkie konie sprawnie wyczyściłam oraz sprzątnęłam boks sprzedanej niedawno Madame, abym mogła przyjąć niedługo nowego konia. Po, jak zwykle, męczących treningach, wykąpaniu się, przygotowaniu ciasta francuskiego i odpowiedniego zapakowania, wsiadłam do autobusu, który odjeżdżał akurat spod mojego domu, a podjeżdżał pod dom Conrada. Miejski transport był jedynym, w jakim czułam się w miarę bezpiecznie - stałam o własnych nogach, a autobus jechał wolniej, niż ja szłam, więc wszystko mi w nim odpowiadało. Maserati, którego byłam właścicielką, rozpędzało się do tysiąca pięciuset sto dziewięciuset kilometrów na godzinę w mniej, niż zdążyłam mrugnąć, a takie statystyki niestety nie wróżyły najlepiej. Na miejscu byłam kilka minut przed szesnastą, z niewielkim trudem wdrapałam się na schody prowadzące do domu mężczyzny, bo żebra chyba nie miały wystarczająco czasu na naprawę. Zadzwoniłam dzwonkiem, oczekując aż ktokolwiek mi otworzy.

Conrad?

3 mar 2019

Od Sarah C.D Pelagonija

– Przecież zostawiłam ci kartkę na lodówce – powiedziałam zmarnowanym głosem, nie mając już najszczerszej nadziei na to, że mój brat kiedykolwiek stanie się mądrzejszy, niż obecnie jest. – Sto dwadzieścia stopni, termoobieg. Tylko wyjmij frytki z opakowania.
– Nie jestem głupi – prychnął, rozłączając się.
– Czyżby – powiedziałam bardziej do siebie, niż do słuchawki telefonu. Podświadomie wiedziałam, że gdyby przypadkiem spalił swoje mieszkanie, to pokój gościnny w moim domu jest w stanie surowym i nawet ściany są pokryte obdrapaną farbą. Poprawiłam torbę spadającą z ramienia, w międzyczasie szukając zawzięcie zeszytu z zapisanymi treningami. Akurat tego dnia, gdy byłam umówiona na rehabilitację (z której z resztą aktualnie wracałam), gdy Joko postanowił, że dostanie kolki, i gdy kowal uznał, że godzina szesnasta w środku tygodnia jest idealną godziną na zrobienie koniom kopyt, musiałam być w tyle z zaplanowanymi rzeczami. Poślizg w stajni, kolejki w klinice, popsuty samochód i wszystkie inne znaki nieba i ziemi wskazywały, że siedem lat pecha, gdy nie tak dawno zbiłam lustro, uskuteczniają się właśnie teraz, w najbardziej niefortunnym momencie. Wysiadłam z autobusu, pędząc na złamanie karku w stronę kolejnego przystanku, bo przecież mieszkanie na kompletnym zadupiu musiało być bardzo wymagające, a dojazd niemożliwy. Mało tego, żaden bus, czy jakikolwiek inny środek miejskiego transportu nawet nie zahaczał o moje miejsce zamieszkania, więc gdyby nie samochód, musiałabym dzień w dzień przemierzać las przez dwadzieścia minut, zanim doszłabym do domu. Plus był jeden - nie groziło mi włamanie, czy kradzież, mimo to i tak zawsze zamykałam stajnie i dom na cztery spusty, zachowując wszystkie możliwe środki ostrożności. Ostatnia prosta do domu nadeszła szybciej niż myślałam, powinnam być na miejscu za maksymalnie godzinę, gdyż przyjeżdżał mężczyzna, aby obejrzeć i może kupić ode mnie klacz - Madame.
Ni stąd, ni zowąd, najpierw poczułam uderzenie w plecy, a następnie usłyszałam bezwątpienia połączony z tym głuchy dźwięk. Zachwiałam się, odwracając.
– Przepraszam, żyjesz? Wszystko okej? Nic ci nie połamałam? – zostałam zasypana pytaniami. Zmierzyłam spojrzeniem dziewczynę stojącą na wózku sklepowym, przygładzając beżowy materiał płaszcza.
– Nie – odchrząknęłam. – Jak widzisz. Ziemia – wskazałam palcem na produkt w wózku. – Ci się wysypuje – kiedy usłyszała, co do niej mówię, fakt, że wjechała we mnie wózkiem, stał się drugorzędny. Oczywiście, nic mi się nie stało, jednak wydawało się, jakby ta ziemia akuratnie stała się centrum wszechświata.
– Ojej! Nie może się marnować! – podbiegła szybko, łapiąc ziemię w ręce, jednak niewiele to dawało, bo dziura była spora, a jej sypka zawartość wypływała z wnętrza, i wypływała. Nie mogłam patrzeć na nieporadne poczynania dziewczyny, więc podeszłam do wózka i wzięłam worek tak, aby dziura była skierowana do góry. Tym samym, automatycznie powstrzymałam wysyp ziemi, a dziewczyna tak jak była rozkojarzona, tak dalej nic się nie zmieniło.
– Uważaj – mruknęłam, widząc jak mocno szarpnęła wózkiem, a worek ponownie zachybotał.
– Bardzo dziękuję – uśmiechnęła się, zdejmując z nadgarstka gumkę do włosów i usilnie próbując załatać worek. – Może herbata w ramach rekompensaty? – spytała, a ja spojrzałam na zegarek.
– Mam jakieś czterdzieści minut, więc jeśli się wyrobimy, to czemu nie?
– Cudownie, moja herbaciarnia nie jest daleko, więc nie zajmie to długo – odpowiedziała, a ja jedynie przytaknęłam, chwilę później pytając:
– To herbaciarnia, czy ogród botaniczny? – spojrzałam wymownie na zawartość wózka, który zaczęła mozolnie pchać. Na początku miałam zamiar zaproponować jej pomoc, jednak po kilku metrach rozkręciła się na tyle, że w tym tempie mogłaby wygrać wyścig.
– To i to właściwie – zaśmiała się.
– Naraz? Zawsze lubiłam krzaczaste herbaciarnie – uśmiechnęłam się krzywo, jednak nie było to niemiłe, a przynajmniej nie miało być, więc liczyłam na to, że dziewczyna zrozumie moje poczucie humoru.
– W sumie, jest dość krzaczasta – zachichotała pod nosem, w tym samym momencie, kiedy doszłyśmy na miejsce. Rzeczywiście było to niedaleko, więc ogromnie się cieszyłam. Teraz tylko wystarczyło mieć odpowiednie wyczucie czasu i popatrzeć na zegarek wtedy, kiedy trzeba, bo inaczej przepadnie mi i klient, i szansa na zarobienie kilkudziesięciu tysięcy. Zewsząd oszklony budynek, porośnięty roślinami, już na pierwszy rzut oka robił wrażenie, jednak kiedy weszłyśmy do środka, a moje nozdrza zaatakował zapach herbat, uznałam, że bardzo lubię to miejsce. Urzekły mnie kanapy ustawione za stołami, gdzie postanowiłam bez wątpliwości usiąść, więc pociągnęłam dziewczynę w poprzednio upatrzone przeze mnie miejsce.

Pel?

2 mar 2019

Od Sarah cd. Kena

– Ogłupiałeś do reszty – ściągnęłam brwi. – Chcesz, to sobie graj w tego pokera, w chińczyka, jak dla mnie to nawet w monopoly możesz, ale więcej pieniędzy ci nie dam – oburzyłam się, a brat, zupełnie nic sobie z tego nie robiąc, rozciągnął się bardziej na kremowej, skórzanej kanapie.
– Oddam co to grosza – zapewnił leniwie, patrząc się w sufit, a ja przez chwilę poczułam się, jakby Aiden był na sesji u psychologa, a za lekarza robiłabym ja, siedząc na krześle obok i wysłuchując jego błagań i narzekań.
– Jeśli tyle chciałeś, to możesz już wychodzić, bo śpieszę się do pracy.
– Przecież mam klucze – napomknął, a ja przeklinałam fakt, że rzeczywiście je ma. Musiałam być pijana, kiedy oddałam mu swój, aby dorobił dodatkowy.
– Dobrze, w takim razie nie spal mi domu, nie popsuj nic, nie zbij, nie zabij się, powodzenia, ja muszę iść – powiedziałam zdenerwowana, biorąc sportową torbę pod pachę i wychodząc z domu. W drodze do auta nałożyłam miękkie, wiosenne, sztuczne futro, a wsiadając za diabelną maszynę śmierci, jaką było moje auto, spojrzałam ostatni raz na okno kuchenne wychodzące akurat na parking. Aiden stał w nim i machał mi zawzięcie, więc niechętnie odmachałam. Mój brat niezawsze taki był. Pamiętam nie tak dawne czasy, gdy stał się moim opiekunem prawnym po śmierci rodziców, a ja, będąca wtedy nieznośną nastolatką w rozsypce, zmusiłam go, aby dorósł szybciej, niż on by chciał. Teraz, gdy już się usamodzielniłam i nie byłam od niego zależna, zachowywał się z powrotem jak nieutemperowany dzieciak, jednak niewiele mogłam zrobić, jeśli on nie wykazywał chęci, aby zrobić coś ze swoim życiem. Mogłam jedynie dbać o to, by nie uzależnił się od hazardu bardziej, niż już to zrobił, mogłam także pożyczać mu pieniądze na długi pobrane podczas gier, jednak moje zasoby nie były nieskończone. Tak jak każde, z resztą.
Nie jechałam długo, mimo że wolno, przez moje uprzedzenie prawdopodobnie każdy kierowca jadący za mną modlił się kilka razy, abym tylko przyśpieszyła. Na miejscu byłam półgodziny przed zaplanowanym treningiem. Przebrałam się w granatowe bryczesy z błyszczącym, silikonowym lejem i wysokim stanem, w białą, przylegającą bluzkę z długim rękawem i świeżo wypastowane oficerki z ostrogami. Siadłam wygodnie na fotelu w biurze, przeglądając wszystkie papiery z zaległymi opłatami i najróżniejszymi formalnościami dotyczącymi mojej działki, kiedy do mahoniowych drzwi ktoś zapukał. Przewróciłam oczami, stwierdzając, że od mojego przyjazdu nie minęło dziesięć minut, a ktoś już się dobija. Krzyknęłam „zapraszam",
witając przybyszów lekkim uśmiechem.
– W czym mogę pomóc? – powiedziałam, wskazując na fotele naprzeciwko mojego biurka, w międzyczasie machnęłam parafkę na jednej z przeglądanych kartek, wkładając ją następnie do segregatora.
– Chcieliśmy się spytać o naukę jazdy konnej, siostra bardzo chciała tego spróbować – odpowiedział chłopak z okularami, siadając.
– Okej, dobrze rozumiem, że nigdy nie jeździłaś na koniku? – skierowałam pytanie w stronę dziewczynki, a ta pokręciła przecząco głową, milcząc. Wstałam, podeszłam do komody, z której wyjęłam segregator podpisany jako „POCZĄTKUJĄCY", po czym omiotłam go wzrokiem. – Mamy kilka wolnych terminów, jeden z nich jest właściwie dzisiaj, zaraz. Jeśli chcielibyście się umawiać na różne daty, mogłoby być to w sporych odstępach czasu, więc proponuję ustalenie konkretnych godzin w ciągu tygodnia.
– To kiedy mógłbym się z panią umówić? – rzucił jeden z nich, a ja omiotłam go spojrzeniem, unosząc brew. Drugi chłopak jedynie się zaśmiał.
– Nawet jutro, weź swoją dziewczynę, to pójdziemy na podwójną randkę – machnęłam beztrosko ręką, wypowiadając się z kpiną, jednak nie chciałam poruszać takich tematów przy dziecku. Faceci uciekali ode mnie gdzie pieprz rośnie, dlatego „podwójna randka" nie miała prawa wypalić, chyba że rzeczywiście znalazłabym sobie chłopaka.
– Liczyłem na to, że pani nią zostanie – kontynuował.
– Zapraszam do stajni – stanęłam przy wejściu, z którego wychodził widok na kamienną podłogę i pierwsze, ciemne, angielskie, lśniące boksy. – to jest twój koń – podeszłam do skarogniadej klaczy, która wystawiła duży łeb w moją stronę. Była wysoka i dobrze zbudowana, przewyższała mnie o kilka głów, jednak uważałam ją za niezastąpioną nauczycielkę, bo była idealna dla dzieci, mimo swoich lekko odstraszających wymiarów. – nazywa się Kasjopea – nałożyłam kobyle kantar, wyprowadzając ją na uwiązie na korytarz. Była czysta, ale podałam dziewczynce szczotkę i pokazałam jak ma wyczyścić swojego rumaka, żeby sprawić jej przyjemność. Ja w międzyczasie przyniosłam siodło i ogłowie, które następnie założyłam. Wyszliśmy na dużą halę z wysokim dachem, kwarcowym podłożem i trybunami, gdzie czekali na mnie moi podopieczni, którym odpowiednio wcześniej przydzieliłam konie. Zaczęliśmy godzinną jazdę, jednak Sky była na lonży. Tłumaczyłam jej zawiły temat jakim jest kierowanie koniem, zatrzymywanie, ruszanie, chody i wszystko inne, co wcześniej miałam w planach. Przychodziło jej to z mniejszą lub większą łatwością, w międzyczasie dyktowałam polecenia innym jeżdżącym w tejże grupie, poprawiając ich błędy i dziękując w duchu, że przez tyle lat nabyłam umiejętność podzielnej uwagi. W końcu skończyliśmy, pożegnałam się z tymi, którzy jeździli samodzielnie, po czym zauważyłam podchodzących do mnie chłopaków, którzy poprzednio siedzieli na trybunach, obserwując jazdę.

Ken?

Od Sarah cd. Conrada

Jechałam wolnym kłusem, rozmawiając jednocześnie z Conradem. Mężczyzna jeździł dobrze, jednak ciągle dość niepewnie siedział w siodle i zdarzało się, że gubił rytm, za którym jednak powinien podążać, ale mogłam się założyć, że to wszystko głównie przez duży odstęp czasu od ostatniej jazdy.
Nie spodziewałam się kompletnie, że z buszu obok nas wyskoczy sarna, a tak idealnie ułożony koń, jak Jinx, przestraszy się jej. Owszem, spodziewałabym się, że zacznie dębować, albo gwałtownie uskoczy, byłaby to jego normalna reakcja, jednak on gwałtownie puścił się pędem przed siebie i z tego co widziałam, nie wydawał się być skory do zatrzymania. Z przerażeniem popędziłam Joko, a ta ruszyła rozpędzona na wałacha, który jednak był daleko w tyle i zupełnie nigdzie nie było go widać. Po drodze nie natknęłam się też na zwłoki Conrada, więc byłam pewna, że jeszcze żyje, trzyma się na grzbiecie konia i może nic sobie nie zrobił. Chyba. Krążyłam po lesie przez pół godziny, jednak nie było po nim ani śladu. Telefon mężczyzny nie odpowiadał, a ja byłam coraz bardziej przerażona. Wróciłam do stajni wiedząc, że jeśli koń się zgubi, to zawsze wraca do domu i nie pomyliłam się. Spocony, przestraszony Jinx stał przy ogrodzeniu padoku, stojąc przy zgromadzonych wokół niego koni po drugiej stronie płotu. Ogłowie miał zerwane, a strzemienia nie było, jedynie przy siodle dyndał kawałek brązowego puśliska. Nigdzie nie widziałam Conrada, postanowiłam szybko ogarnąć konia, po czym jechać do lasu, aby szukać mężczyzny, jednak podejrzewałam, że nie jest małym dzieckiem i sobie poradzi - gorzej, jeśli niefortunnie spadł i coś mu się stało. Kiedy odkładałam popsute części rzędu jeździeckiego na szafkę w siodlarni, a Joko i Jinx stały w boksach, mój telefon nagle się rozdzwonił, a na wyświetlaczu zobaczyłam obcy numer. Od razu pomyślałam, że to bez wątpienia ludzie z pracy, chcący powiadomić mnie o czymś, jednak coś mnie tknęło i odebrałam.
– Halo? – spytałam drżącym, wciąż rozemocjonowanym tonem.
– Sarah? To ja, Conrad. Chciałem ci powiedzieć, że żyję, ale jadę do szpitala, bo chyba złamałem rękę – zaśmiał się nerwowo, chcąc rozładować napiętą atmosferę.
– Conrad?! Jak dobrze, że nie leżysz gdzieś tam w lesie – powiedziałam z ulgą. – Do jakiego szpitala? – odpowiedział mi, a ja rozłączyłam się, mówiąc, że zaraz będę. Zabrałam szybko konie do stajni, zamknęłam wszystko, po czym wsiadłam do samochodu, nawet się nie przebierając w normalne ubrania. Siadając za kierownicą czułam, że nie robię dobrze, jednak byłam to winna Conradowi i nie miałam czasu na wyrzuty sumienia. Wyjechałam z posesji tak wolno, jak potrafiłam, jednak do kliniki miałam na tyle daleko, że kilka minut później mknęłam ulicą, z rosnącą gulą przerażenia w gardle. Po drodze z krzykiem prawie potrąciłam kota, który wybiegł na jezdnię, więc z ulgą przyjęłam fakt, że niedługo potem znalazłam się na miejscu. Wbiegłam do szpitala.
– W czym mogę pomóc? – za ladą rejestracji siedziała jakaś brunetka.
– Przed chwilą przywieziono mężczyznę ze złamaną ręką, spadł z konia – wyjaśniłam szybko.
– Jest pani kimś z rodziny? – zagryzła wargę.
– Narzeczoną – odpowiedziałam bez mrugnięcia okiem, usprawiedliwiając się tym, że przecież inaczej by mnie do niego nie wpuściła, tak? Zmierzyła mnie uważnym spojrzeniem, jakby wiedząc jak jest naprawdę.
– Parter, sala numer cztery. Za rogiem – podziękowałam, biegnąc w tym kierunku, w którym mi polecono. Na miejscu przed salą zabiegową siedziała jakaś czarnowłosa, bardzo wysoka kobieta z mocnym makijażem. Zmierzyła mnie pogardliwym spojrzeniem.
– A ty czego tutaj szukasz? – spytała z kpiną. – Przez ciebie mój chlopak ma złamaną rękę, a ty masz czelność się tutaj pokazywać? – zarzuciła mi, mrużąc oczy, a ja popatrzyłam na nią, zupełnie nic z tego nie rozumiejąc. Po chwili wiedziałam już dlaczego recepcjonistka podejrzliwie na mnie patrzyła, wyszło, że albo ja kłamię, albo Conrad jest kobieciarzem, skoro ma i narzeczoną (a nie ma), i dziewczynę. Ale dlaczego mi nie powiedział? Przecież nie tak dawno mówił, że żaden jego związek nie był zbytnio udany.
– Okej, a... jak on się czuje? – spytałam, jąkając się.
– A jak ma? Pewnie go boli – prychnęła. – No już, spadaj stąd, małolato – jej głos przepełniony byl nienawiścią, ale twarz wyrażała spokój. Bez słowa odwróciłam się, kierując do wyjścia. Wysłałam jedynie Conradowi SMSa o treści: „przepraszam, że cię na to naraziłam, daj znać, czy nic więcej ci nie jest, i gratuluje, życzę szczęścia”. To, co do niego napisałam było najszczerszą prawdą i miałam nadzieję, że mężczyzna ułoży sobie w końcu życie.


Conrad?

25 lut 2019

Od Sarah cd. Conrad

Jasne światło z niezaciągniętych rolet niezmiernie mnie denerwowało, ale kiedy moje zmysły podsumowały wszystkie bodźce, które do nich doszły, zrozumiałam, że nie jestem u siebie, nie wiem która godzina, co jest za dzień, ani kim jestem. Przetarłam oczy dłonią ściśniętą w pięść, rozglądając się po pokoju. Natrafiłam wzrokiem na torbę leżącą niedaleko mnie, a telefon w jej wnętrzu utwierdził mnie w przekonaniu, że było późno, bardzo późno. Wzięłam szybko rzeczy, schodząc w pośpiechu. Co prawda, była sobota, ale ani pora dnia, ani dzień tygodnia nie zwalniały mnie z obowiązków. Niestety. Gdy zaszłam do kuchni, na wysokim chokerze siedział Conrad, jedząc śniadanie. Po jego córce nie było śladu.
– Cześć, matko, nie wiem jak to się stało, że nie jestem u siebie w domu, ale dziękuję, że mi pozwoliłeś zostać. No i muszę szybko wracać, miałam o piątej zaczynać treningi z moimi końmi, tymczasem jest dziewiąta, a one nawet jeszcze nie zjadły – złapałam się za głowę w przypływie emocji, czując natłok obowiązków, których waga powiększała się z każdą minutą.
– Spokojnie, odwiozę cię, pomogę ci. Ale zjedz – delikatnie położył ręce na moich barkach i skierował do stołu – Małej nie ma. Jest w przedszkolu. A ja nie mam dzisiaj nic w pracy.
– Wyciągnąłeś mnie wczoraj do baru, więc potem ty będziesz odwalał za mnie część roboty, bo i tak jestem do tyłu – wskazałam na niego palcem, jednak nie byłam zła, w końcu to ja zasnęłam w jego domu, a on po prostu chciał dobrze się zachować, że pozwolił mi przenocować. Wzięłam do ręki widelec i zaczęłam jeść ze smakiem jajecznicę z tostami.
– Będę, taki miałem plan. Lubię sie trochę poruszać po udanej nocce - Mruknął i upił łyka kawy, a ja ochoczo przytaknęłam, wstając natychmiast. Szybko włożyłam pusty talerz i sztućce do zmywarki, która akurat byla otwarta, po czym stanęłam nad mężczyzną jak kat nad męczeńską duszą, zakładając ręce na piersi, a jedna z moich nóg tupała niecierpliwie w podłogę.
– Jezu, chcesz kawy? – spytał, oferując mi kubek z czystą wredotą odczuwalną w głosie.
– Nie – pokręciłam przecząco głową.
– To słucham, co dla pani?
– Jakbyś nie wiedział – prychnęłam, wyrzucając ręce w powietrze. – Teraz zamierzam pójść do twojego samochodu, a ty zamierzasz jak najszybciej do mnie dołączyć, ale dopij to okropne coś, taka wredna nie będę – wytknęłam mu palcem kawę, machając mu na „sayonara", po czym wyszłam z domu, łapiąc po drodzę jeansową kurtkę, w której początkowo  się tutaj znalazłam. Przyszedł niedługo później, wsiadając, przy okazji otworzył mi drzwi.
– Dama czeka? – spytał perfidnie.
– Co więcej, ma nadzieję, że się już doczekała – mówię z podniesionymi brwiami, zakładając okulary przeciwsłoneczne na nos. Pogoda łaskawie obdarzyła nas dzisiejszego dnia świetną, ciepłą i jakże słoneczną porą.
Jechaliśmy w przyjemnej ciszy, a ja przyglądałam się drzewom, które z minuty na minutę zaczęły niepokojąco szybko mijać mi przed oczami. Ze zdenerwowaniem zacisnęłam ręce w pięści, patrząc się wprost na własne kolana, jednocześnie czułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Starałam się z całych sił opanować własne ciało i uformować przyspieszający oddech, jednak, jak wcześniej zdążyliśmy zauważyć, nie wszystko szło tego dnia po mojej myśli, to również nie. Siedziałam bez ruchu z zamkniętymi oczami, mając nadzieję, że lada moment dojedziemy na miejsce. Trzęsące się ręce schowałam pod uda, udając, że przecież wszystko jest w porządku, a w rzeczywistości powodem mojego zachowania jest jedynie zmęczenie.
– Wyspałaś się? – poczułam gwałtowne przyspieszenie, miałam wrażenie, że wnętrzności podeszły mi do gardła, które z resztą aktualnie bylo związane w supeł i blokowało mi jakikolwiek dopływ tlenu.
– Tak – wychrypiałam, czując jednak zbliżający się wielkimi krokami, atak paniki, który nieszczęśliwie dosięgał mnie jedynie w takich przypadkach, ale skąd Conrad miał wiedzieć? – zwolniłbyś? – jęknęłam. Popatrzył sie natychmiast na mnie, zwalniając.
– Stało się coś? Źle się czujesz?
– Trochę mi słabo – westchnęłam, czując się trochę bezpieczniej. – ale już lepiej, jedź, nie przejmuj się.
– Jesteś pewna? – sięgnął po wodę, która leżała na tylnym siedzeniu. – Mam awiomarin, jeśli ci on pomaga?
– Nie, nie, woda mi wystarczy, dzięki – mruknęłam niepewnie, nie bardzo wiedząc ile drogi nam jeszcze zostało. Conrad jechał lekko okrężną drogą.
– Okej, mogę się zatrzymać, jeśli będziesz chciała – powiedział, kładąc mi rękę na kolanie. Bylam zbyt roztrzęsiona, aby na to w ogóle zareagować, chociaż gdybym nie była, to pewnie także nic bym nie powiedziała.
– Narazie nie trzeba. W razie czego powiem, naprawdę nic mi nie jest, to się zdarza – odparłam za chwilę, prostując się. Kolory wróciły mi z powrotem na twarz, jednak noga, na której w dalszym ciągu spoczywała dłoń mężczyzny, podrygiwała lekko, trzęsąc się.
– Dasz radę pójść? Mam cię zanieść? – doprawdy, opiekuńczość, którą zwykle obdarowywał Daphne, a którą aktualnie przelewał na mnie, była rozbrajająco miła, jednak ostatnie, na co miałam teraz czas, to użalanie się nad sobą.
– Spokojnie, dobrze się już czuje – uspokoiłam go, wysiadając z diabelnej maszyny, zwykle jednak zwanej po prostu autem. – Chodźmy do mnie do domu, przebierzemy się i idziemy do stajni – pośpieszyłam go gestem ręki. Poszedł za mną, przebraliśmy się u mnie w sypialni, skoro jakoś nie przeszkadzała nam obecność drugiej osoby. Wpuściłam czarną połówkę w obcisłe, granatowe bryczesy z wysokim stanem, przepasałam je paskiem w talii, zapinając go, a na nogi włożyłam czarne oficerki z ostrogami.
– Więc tak, trzeba nakarmić wszystkie konie – zaczęłam, gdy wychodziliśmy z domu, kierując się w stronę stajni. Gdy tylko przekroczyliśmy jej próg, przywitało nas radosne rżenie stęsknionych koni, a właściwie tylko dwójki - Jinx i Joko zaczęły chodzić niespokojnie po boksie, jak co ranek. – Każdy koń ma w paszarni podpisane wiaderko, tak samo pojemniki z owsem, różnymi suplementami są podpisane. Nad stołem wisi rozpiska, kto, co i ile, więc mógłbyś? – spytałam, podchodząc do boksu karego ogiera, który stał dalej, niż reszta moich koni, w towarzystwie dwóch innych ogierów, coby mu nie bylo smutno, mimo wszystko i tak byli oddzieleni grubą ścianą, a widzieli się jedynie przez drzwi boksów. Ten nawet nie podniósł łba, gdy zacmokałam. Leżał z podwiniętymi pod siebie nogami, skubiąc chrapami rozrzucone siano. Wyglądał na spokojnego, więc postanowiłam wyprowadzić go na padok zaraz po śniadaniu.
– Tak, do zobaczenia jak skończysz – usłyszałam, a gdy popatrzyłam na niego, był w trakcie oddalania się w stronę paszarni.
Chwyciłam szczotki i weszłam do boksu Joko, czyszcząc ją, gdy ta jadła. To samo zrobiłam z Jinx, następnie wspólnie z Conradem czyszcząc pozostałe konie, będące już po śniadaniu. Lancome, mój nowy nabytek, został wyprowadzony na padok, obok którego przez następne pół godziny lonżowałam konia.
– Chciałbyś wziąć jakiegoś młodziaka na lonżę? Nic specjalnego, stęp, kłus, galop, trochę przejść, może drągi. Ja w tym czasie zrobiłabym trening jednemu koniowi, a potem moglibyśmy przejechać się do lasu – zaproponowałam, podchodząc do mężczyzny, który aktualnie wyprowadzał czwartego, ostatniego konia na karuzelę. Te miały dzisiaj wolne.
– Jasne, tylko dawno tego nie robiłem. Moje metody mają już trochę lat. Chcesz mnie zabrać do lasu? – puścił mi oczko.
– W takim razie weź Madame na lonżę. Ufam twoim metodom, tylko pamiętaj, zmęcz ją, ale nie złachaj – pogroziłam palcem w żartach. – Jak zasłużysz, to zabiorę – zaśmiał się, odchodząc bez słowa.
Po szybkim rozstawieniu kilku niskich przeszkód, pięciu metrowych stacjonat i dwóch okserów, które liczyły sto dwadzieścia centymetrów, wsiadłam na nieco nerwowego wałacha, którego temperament już był, jaki był i nic nie było w stanie go utemperować. Po rozprężeniu zaczęliśmy skakać różne kombinacje pięćdziesięciocentymetrowych krzyżaków, coraz podwyższając poprzeczkę. Kiedy doszliśmy do metrowych stacjonat, notorycznie foule były źle wyliczane, więc musiałam zejść i poprawić drąga będącego wskazówką. Po poprawnym pokonaniu całego parkuru z włączeniem okserów, mogłam zakończyć godzinny trening z zadowoleniem,
a przede mną była jeszcze wycieczka do lasu.

Conrad?

24 lut 2019

Od Sarah C.D Conrad

Starłam z czoła spływającą kropelkę potu, męcząc konia już drugą godzinę. Nic nie szło tak, jakbym chciała, a koń wił się pode mną, jakbym siedziała na nim pierwszy raz. Każdy skrawek jego ciała był niezmiennie usztywniony, pokryty pieniącym się potem, a po raz setny wędzidło wymienione na inne, delikatniejsze, tkwiło w suchym pysku wałacha. Gdy oficjalnie dałam sobie spokój na dzisiaj, było już ciemno i głucho, a leśne zwierzęta coraz czmychały mi pod nogami. Księżyc w pełni lśnił na niebie, a ja ogarniałam dopiero zmęczonego po jeździe konia. Weszłam do domu zmęczona, spocona i nieźle sponiewierana przez los, nieważne jak śmiesznie to określenie by nie brzmiało. Było dosyć późno, jednak nie aż tak, żeby Conrad jeszcze spał - pomyślałam z nadzieją, zupełnie nie wiedząc dlaczego właśnie to przyszło mi na myśl. Długo obracałam telefon w ręce z wybranym kontaktem, w glowie podsumowując wszystkie za i przeciw. Kiedy miałam już zablokować ekran i powędrować pod prysznic, telefon nagle się rozdzwonił, a widząc na nim imię „Conrad", osłupiałam na chwilę, przyjmując to jako niezły zbieg okoliczności. Odrząknęłam, pozbywając się ostatnich oznak zmęczenia, przeczekałam jeszcze jeden sygnał i odebrałam, przykładając telefon do ucha. W międzyczasie wzięłam do ręki terminarz z wypisanymi datami treningów i ich godzinami. Terminy goniły mnie coraz bardziej, a czasu mialam coraz mniej. Dziwiłam się, że nadal łączę koniec z końcem.
– Tak, słucham?
– Masz może ochotę pokazać mi jakiś bar? – usłyszałam wkurzony głos, przepełniony frustracją. Schowałam zdziwienie w kieszeń, zapisując w głowie, że najwyraźniej przywitam kolejną dobę bez choćby drzemki, jednak czego nie robi się dla nowo poznanego faceta, żeby tylko pokazać się od jak najlepszej strony?
– Oh, pewnie. Z tym, że właśnie zsiadłam z konia. Potrzebuję czasu, żeby się zebrać. Może umówmy się za godzinę?
– Ok, podjadę po ciebie – powiedział, a ja przytaknęłam mimo woli. Nie lubiłam jeździć samochodami. Rozłączyliśmy się, a ja natychmiast poszłam wziąć szybki prysznic. Zupełnie nie wiedziałam co mogłabym założyć. Conrad widział mnie tylko w standardowym ubraniu, jakim są bryczesy i czarna polówka, a tym razem miałam pokazać mu się z zupełnie innej strony. Postawiłam na bezpieczny ubiór, jakim były czarne spodnie z wysokim stanem, ze sztucznej skóry. Nałożyłam do tego biały top z odkrytymi ramionami, które przykryłam jeansową kataną. Włosy, lekko pokręcone, zostawiłam rozpuszczone, a makijaż składał się tylko z tuszu do rzęs, korektora i brązowych cieni do oczu. Conrad był punktualnie, więc w wejściu wzięłam tylko czarną, małą torebkę na cienkim pasku, wsunęłam na stopy zakryte buty na obcasie i wyszłam z domu. Pomachałam z uśmiechem do mężczyzny w samochodzie, podbiegając szybko do drzwi stajni i upewniając się, że wszystko jest bezpieczne i zamknięte.
– Hejka! – wsiadłam do wnętrza auta, biorąc przy okazji głęboki wdech. Przedtem nie miałam czasu, aby nastawić się psychicznie na jazdę tą okropną maszyną. Właściwie, nie jeździłam samochodami i nie bardzo wiedziałam, dlaczego nadal nie sprzedałam swojego auta, który stał bezczynnie w garażu i się kurzył w najlepsze. – Z kim zostawiłeś Daphne, że tak nagle do mnie zadzwoniłeś?
– Śpi, Termin jej pilnuje. Zapnij pasy, odwiozę nas pod mój dom, a potem taksi albo piechotą, chcę sie napić – burknął zirytowany, a ja zrobiłam to, co kazał.
– Okej, znam jeden całkiem fajny bar niedaleko, więc możemy tam... – zaczęłam, urywając zdanie w połowie, kiedy mężczyzna nagle przyspieszył. – się wybrać – posłałam mu uśmiech, mimo że na mnie nie patrzył. Nie miałam mu tego za złe, bo każdy może mieć gorszy dzień, tak więc koniec końców, usiadłam cicho i siedziałam, nie naciskając na niego. Bez słowa dojechaliśmy do domu mężczyzny, a Conrad oparł się, odchylając głowę do tyłu. Na dworze było chłodno, ale najwyraźniej nie przeszkadzało mu to. Mi też nie.
– Przepraszam, mam pojebany wieczór – powiedział, przekleństwem najwyraźniej dając upust swoim emocjom.
– Rozumiem. Tak już czasem bywa. Chcesz mi powiedzieć?
– Może się najpierw napijmy, bo tego na trzeźwo nie da się zrozumieć – westchnął, kiedy oboje wyszliśmy z samochodu. Nie mieliśmy daleko, więc podjęliśmy decyzję, że się przejdziemy i takim oto sposobem byliśmy w barze już piętnaście minut później, wszędzie panował okropny tłok, ale w oddali udało nam się dostrzec wolny stolik.
– Więc jak? Uprzedzam, że mam o piątej rano trening, więc muszę być trzeźwa na tyle, na ile mogę, ale spoko, ty nie musisz liczyć ile pijesz – uśmiechnęłam się.
– Poproszę whiskey, na dwóch kostkach lodu. Co dla ciebie? – spojrzał na mnie, kładąc mi rękę na plecach.
– Proszę białe wino ze spritem – powiedziałam, czując, że czego jak czego, ale mojego ulubionego drinku tym razem nie mogę sobie odmówić. Kątem oka widziałam sfrustrowany wzrok Conrada, który spadł na kogoś za nami, jednak nie przejęłam się tym, tylko powędrowałam w stronę stolika, pospieszając mojego towarzysza. Bylam ciekawa, co takiego się stało, że podejście Conrada do życia obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni. – No tak. Możesz zaczynać – odparłam, kiedy już siedzieliśmy wygodnie.
– Chyba moi sąsiedzi mnie nie polubili, albo nie mają o mnie dobrego mniemania. Najwyraźniej samotny ojciec kojarzy im się  z .. uwaga, uwaga, pedofilią. Kobieta mi powiedziała, ze jestem bandytą i chyba ukradłem dziecko matce – wziął duży łyk swojego napoju, po chwili patrząc ponad moją głowę. Zupełnie nagle wstał, idąc gdzieś, niestety zgubiłam go w tłumie. Wrócił dosłownie za chwilę, przysiadając się ponownie, jak gdyby nigdy nic.
– I to wyprowadziło tak świetnego faceta z równowagi? – zaśmiałam się lekko, nie chcąc go tym jednak urazić. To nie było tak, że lekceważyłam jego problemy, więc nie chcąc być źle zrozumiana, dodałam automatycznie: – Świetnie wychowujesz Daphne i jakieś babki z ulicy, które w dupie były i gówno widziały, nie będą cię w niczym pouczać, dopóki tego nie chcesz – wzruszyłam ramionami, będąc pewna tego, co mówię. – Niech sobie gadają, niech nasyłają kogo chcą, przebrnąłeś przez takie rzeczy, że to w porównaniu z tym to pikuś. No i nie ma możliwości, że zabiorą ci Daphne, wiadomo. Musisz się zdystansować do starych bab – nigdy nie miałam nawet chłopaka, chyba że przedszkole się liczy, więc co za tym idzie, moje doświadczenie w takich sprawach bylo zerowe, ale tym samym, nie wydawało mi się, że plotę kompletnie bezsensu. Zaczęłam się zastanawiać, czy dobrze mu radzę, dopiero kiedy nie odpowiedział mi zupełnie nic, wpatrując się we mnie beznamiętnie przed długą chwilę.
– Masz rację, ale wiesz jak to jest. W pewnym momencie nerwy dają o sobie znać,  chyba nie widać po mnie jakie mam... zaplecze?
– Każdy człowiek ma lepsze i gorsze momenty, poza tym, nie warto ukrywać tego, co się czuje. I fakt, nie widać tego po tobie.
– Nie mogłem nigdy liczyć na ludzi, i staram się tego nie pokazywać, ale gdyby nie mała to... To pewno byłbym właśnie pijany, bardziej niż teraz, albo mało przytomny, w jakiejś dziurze. To dziecko mnie naprawdę sprowadziło na prostą – dopił duszkiem drinka do końca, zaraz wstając po dolewkę, jednak uprzednio spytał mnie, czy ja przypadkiem także nie chcę.
– Dam sobie rękę uciąć, że po jej narodzinach tak nie myślałeś. Czasami z pozoru tragedia może być najlepszym, co nas spotkało. I tak, poproszę, ale colę.
– Po jej narodzinach.... Dostałem dziecko, paczkę pieluch i zero słowa pomocy. Jak ona przestawała płakać, to ja zaczynałem – na jego twarzy zamajaczył blady uśmiech mimo widocznie skrzywionych ust i niepocieszonej miny.
– Jedyny minus, to chyba to, że musiałeś szybko dorosnąć i to nie na tyle, żeby poradzić sobie sam, bo dodatkowo ciążył na tobie obowiązek opieki nad Bogu ducha winnym dzieckiem, ale tak teraz patrząc po tobie, to nie uważam, żeby wyszło ci to bokiem. Jak już mówiłam, niewiele osób tak dobrze by sobie poradziło, jak ty. Nie wiem co bym zrobiła na twoim miejscu. Plus, to kwestia czasu, aż na twojej drodze stanie odpowiednia kobieta.
– Odpowiednia kobieta chyba nie istnieje, chyba, że mowa o Daphne, ale to inny ideał – prychnął śmiechem, a ja pogroziłam mu palcem z bladym uśmiechem, biorąc precelka do ust.
– Jeszcze wspomnisz moje słowa.

Conrad?

+10 PD

23 lut 2019

Od Sarah cd. Conrad

– Oh, no tak – strzeliłam sobie z dłoni w czoło, chwilę później tego żałując. – proszę — podałam mężczyźnie telefon, a ten klikał coś w nim chwilę, zapisując numer. – Zawsze możesz wsiąść, jeśli chcesz, ale do wyboru są tylko dwa konie, reszta niestety nie jest jeszcze gotowa na przyjęcie innego jeźdźca – powiedziałam, gdy ten dalej byl zajęty jakąś czynnością na telefonie. Zadzwonił do siebie, aby mieć także mój, po czym odjechał, gdy się pożegnaliśmy.
Stałam chwilę opatulona kurtką, na uwadze mając, że powinnam zabrać konie do stajni, zamknąć ją na cztery spusty, podobnie jak dom, po czym jechać do pracy. Bylam ubrana w robocze bryczesy, które jednak nosiłam także w pracy, dlatego też zrobiłam to, co miałam,
jadąc na siedemnastą do stadniny. Miałam kolejno treningi z początkującymi, zaawansowanymi oraz z prywaciarzami trzymającymi tutaj własne konie. Czesałam z tego niezłe pieniądze, w mieście będąc cenioną trenerką, moglam wiele wymagać od moich podopiecznych, bo i oni, i ja, wiedzieliśmy czego chcemy i do czego dążymy. Do domu wróciłam o dwudziestej trzeciej, czując w kościach drugą zarwaną noc. Niestety, zaplanowane grafiki same się nie zrobią,
podobnie jak trening wszystkich koni, który miałam ustawiony na godzinę szóstą rano. Nie lubiłam tracić dnia, nocy też nie, właściwie nie spałam praktycznie wcale, jeśli trzy - cztery godziny dziennie można nazwać spaniem. Każdy dzień wyglądał tak samo, ale pasowało mi to, nawet jeśli już dawno popadłam w rutynę, to czułam się bezpiecznie i stabilnie.
Nazajutrz napisałam krótkiego SMSa Conradowi, z zapytaniem, czy termin za dwa dni by mu odpowiadał, a gdy ten przytaknął, wpisałam w kalendarz przy dacie, także godzinę spotkania. Mężczyzna był na tyle tajemniczy, na ile pozwalała mu gadatliwa córka. Nie mogłam nie przyznać, że nie był w jakiś sposób pociągający, jednak miał dziecko, a to mi w zupełności wystarczyło, aby trzymać się z daleka. Nawet jeśli nic nie planowałam względem niego, a nasza znajomość była na poziomie zwanym „żadnym”, o tyle z tyłu głowy słyszałam natrętny głos, mówiący że on i tak jest już zajęty.
Byli punktualnie, a Jinx stał przy boksie osiodłany, oczekując na Daphne. W międzyczasie ja kończyłam trening skokowy jednego z koni - Madame. Dziewczynka patrzyła, jak wspólnie pokonywałyśmy zagmatwany parkur pełen niskich przeszkód, przeróżnych kombinacji drągów i kawaletek, ćwicząc wygimnastykowanie i skrętność konia. Klacz prowadziła się znakomicie i byłam pewna, że lada dzień można wystawiać ją na sprzedaż, a chętnych nie zabraknie. Zeszłam z konia po rozstępowaniu, podchodząc do płotu i witając się z gośćmi.
– Gotowa na dzisiaj? Możesz iść do Jinxa, jest dopiero co osiodłany i czeka na ciebie, ja muszę rozsiodłać Madame – powiedziałam do Daphne, rozpinając popręg klaczy, a następnie zamieniając ogłowie na luźny kantar. Dziewczynka pobiegła do konia, na którym poprzednio jeździła, a który stał grzecznie w stanowisku w wiacie niedaleko, więc na obojga mieliśmy oko - ja na konia, Conrad na córkę.
– I jak? Daphne opowiadała coś tobie, albo mamie? Podobało jej się? Myślę, że trochę na pewno, inaczej nie chciałaby więcej przyjeżdżać – skierowałam wypowiedź do mężczyzny opartego o ogrodzenie ujeżdżalni, który głaskał klacz po łbie. W międzyczasie zdjęłam ochraniacze z jej nóg, a spocone miejsca roztarłam słomą.
– Może nie wspominaj o mamie przy młodej? Zostawiła mi ją po narodzinach i od tamtego momentu nie mamy kontaktu. Samotny ojciec na pokładzie – zmarszczył lekko brwi, uśmiechając się lekko pod koniec, a ja przerwałam dotykanie grzbietu klaczy, chwilowo zupełnie wypadło mi z głowy sprawdzanie, czy jej mięśnie aby na pewno prawidłowo się rozbudowują.
– Oh, cóż. Nie będę przepraszać, bo nie ma sensu, po prostu nie wiedziałam. Wiesz, z góry przyjęłam, że normalnie masz żonę. Mogę ci jedynie powiedzieć, że świetnie sobie radzisz, jeśli wychowujesz ją sam – odparłam, idąc na pastwisko, a klacz podążyła za mną, choć niechętnie, przedtem rozglądając się w poszukiwaniu jedzenia. – Chodźmy już do Daphne – uśmiechnęłam się.
– Dzięki. Staram się jak mogę. I to żaden temat tabu. Po prostu mogło by się młodej zrobić przykro. Rozmawiam z nią o tym, ale na spokojnie. Na razie jest świadoma, że mama żyje. Pomóc ci? – zaśmiał się.
– Jasne, rozumiem i wiem o co chodzi. Możesz sprzątnąć przeszkody z ujeżdżalni z jednego kąta? Bo nie mam gdzie poprowadzić lonży, a Jinx chyba się niecierpliwi – zagaiłam do tesktów przez nas słyszanych (czyli do ciągłych narzekań w wykonaniu Daphne, w stylu „przestań, Jinx, co ty wyrabiasz?”). – Madame miała dzisiaj gimnastykę, stąd tyle tego, ale nie martw się, drągi są lekkie. Potem, jeśli bardzo by ci się nudziło, a ciągnie cię do koni, to możesz wyprowadzić Joko na padok za stajnią. Tylko zamknij bramkę na kłódkę, bo sobie otwiera – poradziłam, widząc, że Conrad wcale nie przeraził się natłokiem pracy w stajni i jest gotowy, aby mi pomóc.
Rozeszliśmy się w swoje strony, a ja mogłam dalej zagłębiać Daphne w świat jeździectwa. Wyjaśniłam jej pokrótce na czym polega skręcanie i jak to robić, ćwiczyłyśmy także dalej kłus, szło jej bardzo dobrze. Niestety, po półgodzinie musiałyśmy skończyć, gdyż na podjazd wjechał czarny samochód z lśniącym koniowozem, z którego wydobywało się głośne rżenie. Zatrzymałam Jinxa, zwijając lonżę, a mężczyzna, który wysiadł z samochodu, zaczął iść w naszą stronę.
– Dzień dobry – kiwnął w stronę Conrada, za chwilę podchodząc do mnie. – Zostałem tu skierowany w sprawie sprzedaży konia. Symboliczna cena, chcę się go pozbyć. Chciałaby pani go obejrzeć? – spytał, a ja stałam w ciężkim szoku, dopóki ten nie odchrząknął.
– Jak pan widzi, prowadzę lonżę. Mogłabym, ale wyskoczył pan tak nagle, zupełnie nie jestem przygotowana. Nie mam umowy, nic. Proszę poczekać – powiedziałam, odwracając się w stronę dziewczynki i jej taty, który w międzyczasie podszedł. – Także na dzisiaj musimy już skończyć, Daphne, ale obiecuję, że następnym razem pojeździsz dłużej. Może nawet pójdziemy na spacer do lasu z Jinxem? – spytałam. – Wybacz, Conrad. Zupełnie tego nie planowałam i nie wiem o co chodzi temu facetowi, ale muszę dbać o reputację, mimo wszystko. Możecie zawsze pójść do stajni, tam zawsze jest coś do roboty – powiedziałam. Było mi naprawdę głupio, że kończyłam wcześniej, niż planowałam. W dodatku, mężczyzna pofatygował się tutaj z córką, a ja po raz drugi nie wypadłam dobrze. Byłam ciekawa, co takiego sobie o mnie pomyśli, mimo wszystko pracowałam raczej na dobrą opinię i bardzo nie chciałam łapać czyjegoś negatywnego zdania o mnie, nawet jeśli nie bardzo znałam Conrada,
i nawet jeśli mi na nim na razie nie zależało.

Conrad?

+10 PD