Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J.C.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J.C.. Pokaż wszystkie posty

31 mar 2019

Czystka marcowa

Marcowa czystka

postacie, które napisały ostatnie opowiadanie w dniach 15.02-31.02 zostają na blogu,
postacie, które napisały ostatnie opowiadanie w dniach 14.01-14.02 dostają upomnienie,
postacie, które nie wykazały żadnej aktywności do 13.01, zostają wydalone
trzy upomnienia — wyrzucenie
mężczyźni
AARON
ADAM
ANTONI
AXEL
BELLAMI
BILLY JOE
CALEB
CAMERON
CHARLES
CONRAD
DAMIEN
DANIEL
EBENEZER
ED
ELIAS
EVAN
FELIX
FRANCISZEK
GARED
HANGAGOG
IVAN
JACOB
JULIEN
KEN
MICHAEL
NICOLAS
NIVAN
NOAH
OLI
PARKER
RAFAEL
SAMUEL
THEO
THOMAS
TYLER
kobiety
ALTHEA
AMY
ANASTASIA
ANASTAZJA
ANGELICA
ANTONELLA
ASHLEY
AURORA
BRIDGET
CATNISS
CHARISSE
CHARLIE
CHERYL
CHLOE
CRYSTAL
DEARDEN
DIANTHE
FLORENCE
HAILEE
HARPER
IDA
ISABELLE
J.C.
JACQUINE
KATFRIN
KEHLANI
KITTY
KOYORI
LAURENE
LOUISE
LUCIA
ODETTE
ODEYA
OPHELIA
PELAGONIJA
RAVEN
ROSE
ROXANNE
SANAE
SARAH
SYBIL
TAYLOR
TIM LY
TOVE
VICTORIA
WANDA

21 paź 2018

Od J.C. CD Thomas'a


- Dziękujemy. Nie zabierzemy Panu dużo czasu. – odpowiedział Gilbert, sprawnie ściągając buty, kiedy gospodarz zniknął w korytarzu. Posłałam mu pytające spojrzenie, po czym przytrzymałam się jego ramienia, zdejmując znoszone tenisówki. Skąd ten facet wiedział, że coś mi się stało?
- Znalazł Cię po wypadku. – szepnął mój partner, posiadłszy najwyraźniej umiejętność czytania w myślach. A może po prostu tak długo się znaliśmy. – Po prostu rób swoje. Jesteś w tym dobra.
Wzruszyłam ramionami. Trochę trudno będzie go przesłuchać, gdy język cały czas mi się plątał, ale musiałam sobie z tym poradzić. Gilbert miał rację. Byłam dobra w swojej robocie. Miałam zdolność wyciągania z ludzi szczegółów, które pozornie nieistotne, rzucały niekiedy całkiem inne światło na tok postępowania. Byłam po prostu jak kobieta, która nie spocznie, dopóki nie dowie się, z kim przespał się jej facet.
Słuchając odgłosów dochodzących z kuchni, bez zaproszenia ruszyłam w stronę, jak mi się wydawało, salonu. Był to właściwie mały pokój z jednym krzesłem, na którym siedział kot i wciąż niepościelonym łóżkiem. Podeszłam do okna i wyjrzałam przez nie.
- Przepraszam. – mruknął domownik, wchodząc do środka z trzema parującymi szklankami na tacce. Postawił ją na szafce nocnej, po czym podszedł do łóżka i szybko złożył pościel. – Nie miałem czasu doprowadzić mieszkania do porządku na waszą wizytę. Proszę.
Gilbert bez większych wyrzutów skorzystał z zaproszenia, moszcząc się wygodnie na materacu nie pierwszej świeżości. Wołałam zostać przy swoim punkcie obserwacyjnym.
- Więc? – chłopak rozłożył ręce. – Słucham. Jakie macie pytania?
Porucznik spojrzał na mnie znacząco. Wzięłam płytki wdech.
- Co Pan ro… b… - w tym momencie dopadła mnie niemoc. Zamachałam na Daniela, by dokończył.
- Przepraszam, moja partnerka po wypadku wciąż ma problemy z prawidłowym wysławianiem się. – spiorunowałam go wzrokiem. Nie to miał powiedzieć. – Chciała spytać, co Pan robił w miejscu zdarzenia.
- To może nie powinna jeszcze wracać do pracy, skoro nie jest do niej zdolna? – rzucił, spoglądając na mnie z irytacją. Po chwili się zreflektował. – Przepraszam, ale nie rozumiem. Przecież dokładnie Pan zadawał mi te same pytania ze dwa tygodnie temu. Powiedziałem już wszystko, co chcieliście wiedzieć. Nie wiem, co jeszcze tu robicie.
Westchnęłam w duchu. Byli więźniowie zwykle pozostawali nieufni w stosunku do policji. Nie traktowali nas już nawet jak ludzi wykonujących swoją pracę, tylko jako „tych złych”. Liczbę mnogą, która zawsze węszy nie tam, gdzie trzeba i wykorzystuje swoją władzę. Szkoda, że nie wiedzą, jak ciężko muszę pracować na chleb.
- Proszę się uspokoić i po prostu odpowiadać na pytania. – oznajmił Daniel swoim „porucznikowym” tonem, który zmuszał wszystkich do posłuszeństwa. Ten staruszek miał charyzmę. – Jeśli jest Pan niewinny, to nie będzie z tym problemu, prawda? Nie zabawimy długo.
Mężczyzna przygryzł dolną wargę i pokiwał głową.
- Panie Sangster, co Pan robił w miejscu zdarzenia?
- Otóż… - spojrzał obojętnie. – Macie mnie. Byłem na dziwkach. Mój mały, brudny sekrecik.
Zakaszlałam, zwracając na siebie uwagę Daniela.
- Depot. – rzuciłam wiedząc, że jeśli powiem słowo więcej, zacznę się jąkać. Gilbert zrozumiał, uśmiechając się szeroko.
- Co takiego? – zainteresował się Sangster. – Co powiedziała?
- Że do Depotu byłoby bliżej. – zaśmiał się porucznik pod nosem. – Taki klub nocny, tuż za rogiem. Może Pan o nim słyszał.
- Hmm, no tak. – odparł tylko przesłuchiwany.
Amant ostrych zabaw nie słyszał o pobliskim raju dżihadystów? Cóż, może wolał integrację na świeżym powietrzu.
Albo kłamał.
- Dobrze, tak więc czy… - zadanie następnego pytania przerwało Gilbertowi głośne walenie do drzwi. Sangster wstał z miną, która sugerowała, że nie spodziewał się dzisiaj gości.
- Zaczekajcie tutaj.
Kiedy wyszedł, by otworzyć drzwi, porucznik na mnie spojrzał.
- Co o tym sądzisz?
- Nie wiem. – udało mi się powiedzieć. Naprawdę nie miałam pojęcia. W tej robocie nigdy nie było wiadomo, czy jest się na właściwym tropie. Każdy mógł kłamać i nie zawsze można było to zweryfikować. To była jednak nasza jedyna szansa. Chłopak, wyłączając mnie, znajdował się najbliżej wypadku.
Tymczasem z korytarza doszedł nas dźwięk otwieranych drzwi.
- Peter?



Thomas?




20 paź 2018

Od J.C. CD Thomas'a


Pierwszym, co poczułam, była drapiąca suchość w gardle. Chcąc temu zaradzić, spróbowałam przełknąć ślinę, ale wszystko do mnie wracało. Miałam wrażenie, że się duszę, a panika nie pomagała. W końcu udało mi się zakasłać i wziąć głęboki, powolny oddech. A potem następny.
- … dopływ tlenu.
Zdawało mi się, że odzyskuję słuch. Nierówny szum od czasu do czasu przerywany był czyimiś słowami. Innymi dźwiękami obecności. Byłam niemal pewna, że ktoś jest ze mną.  A skoro ktoś był – to znaczyło, że jeszcze żyłam.
- J, słyszysz mnie?
Z niemal nadludzką siłą udało mi się otworzyć oczy. Nie mogłam długo utrzymać ich w tym stanie, ani też mój wzrok nie był najlepszy, ale zdawało mi się, że widziałam posturę mężczyzny w skórzanej kurtce, siedzącego przy łóżku.
- Odpoczywaj.

 Kilka dni później czułam się już na tyle dobrze i przytomnie, że byłam w stanie usiąść. Pielęgniarka podała mi zupę, gdy przyszedł Gilbert, by ze mną porozmawiać.
- Lekarze mówią, że miałaś wielkie szczęście. – nie podnosząc wzroku, wyczuwałam, że zbliża się wykład. Kim byłby Daniel Alan Gilbert, gdyby nie uraczył mnie lekcją życia z poniesionej porażki? – Lada chwila, a krwiak od uderzenia w głowę mógłby pęknąć.
Ucichł, by spojrzeć na mnie z dezaprobatą. Ignorując ból, wzruszyłam ramionami.
- Nie moja wi… wi… wi… lera!
To był jeden z poważniejszych skutków wypadku. Zaburzenie ośrodka mowy, to było to, co mi powiedzieli, gdy odzyskałam przytomność. Wszystko wyjaśniło się kilka godzin później, kiedy z moich ust, zamiast zdań, wydobywały się zniekształcone jęki. Z godziny na godzinę jednak mi się polepszało, więc miałam nadzieję, że to tylko tymczasowe. Na razie musiałam to jakoś znieść.
- Mówiłem ci przecież, żebyś nie szła tam sama. – uniósł dłoń, kiedy otworzyłam usta, by wydukać coś na swoją obronę. – Nie trudź się, wiem co powiesz. Prawda jest taka, że złamałaś pierwszą zasadę: nie rozpoczynaj akcji bez obstawy. Powinienem cię zdegradować za zignorowanie rozkazu.
Opuściłam głowę. Daniel prędzej czy później mi wybaczał. Skrucha była po części prawdziwa. Mogłam być bardziej uważna. Wiedziałam, że więcej nie popełnię tego błędu.
- Tak czy siak. – rozpoczął po chwili, patrząc gdzieś w bok. – Wpadliśmy na trop dilerów scylium. W tej chatce mieli miejsce przerzutu. Otwieramy sprawę.
Sekundę później przytrzymywał mnie, kiedy chciałam zejść z łóżka i dobrowolnie wypisać się ze szpitala. Otwierał sprawę beze mnie?! Po wyjąkaniu agresywnej tyrady musiałam się w końcu poddać i wrócić na miejsce. Pomimo wielkich chęci, w głowie wciąż niemiłosiernie mi się kręciło.
- Obiecuję, że poczekam na ciebie z wsadzeniem tych skurczybyków! – zaśmiał się, pomagając mi się położyć. – Obiecuję, J.

Jak powiedział, tak zrobił. Kiedy tydzień później wróciłam do pracy, śledztwo stało w martwym punkcie. Za to dowiedziałam się, że nową grupę narkotykową nazwano „Duszami”, ze względu na to… że nie było po nich najmniejszego śladu.
- Nie za wcześnie? – ucieszyłam się na widok partnera, który jak zawsze w poniedziałki rano, przyniósł mi do biurka kawę. Przeglądałam właśnie dokumenty związane ze sprawą.
- Nie. – odparłam krótko. Mówienie bez jąkania w dalszym ciągu sprawiało mi mały problem. W każdym razie, nie przeszkodziło mi w pójściu do pracy. Gilbert chyba się martwił… ale on zawsze się o mnie martwił. – Chcę…
W tym momencie słowa znikły gdzieś w moim gardle, a ja zastygłam z otwartymi ustami, jak ryba. Niesamowite, jak mózg kontrolował moje ciało. Byłam jednak zdecydowana, żeby nie dać mu rządzić swoim życiem. Odwróciłam papiery w stronę porucznika, pokazując palcem na interesującą mnie stronę. Mężczyzna zerknął i pokiwał głową.
- Przesłuchałem go pierwszego dnia. Wyglądało na to, że nic nie wie, ale z drugiej strony, ma spory rozdział w kartotece.
Spojrzałam na Daniela znacząco.
- Je… jedźmy go prze…
- Jesteś pewna? – w jego oczach malowała się troska. – Nie wolisz na przykład, nie wiem, posiedzieć sobie tutaj i uzupełnić zaległe raporty?
Tym razem język mnie nie zawiódł, kiedy wykrzyknęłam:
- Jedziemy!



Thomas? 

14 paź 2018

Od J.C.


Stałam w pewnej odległości od swojego celu, obserwując. To był jeden z tych obowiązków detektywa, które nużyły, a w krytycznych sytuacjach potrafiły dopiec. Dziś niestety był to ten drugi wariant. Ciemne, nabrzmiałe od chmur niebo postanowiło w ten właśnie dzień wylać potok łez na całe miasto, dopóki potop nie zmyje z ulicy ostatniej żywej duszy. W każdym razie miało padać do osiemnastej.
Westchnęłam z irytacją i w końcu zgasiłam wilgotnego papierosa. Stałam już z godzinę pod podanym adresem, a nadal nikt się nie zjawiał. Żadnych podejrzanych, żadnych kolegów z pracy. Oczywiście, nikomu nie chciało się łazić w taką pogodę. Przestępcy pochowali się po melinach, wciągając kokę lub tłukąc swoje żony.
Wyszłam spod niskiego dachu pubu prosto w deszcz i zdecydowanym krokiem ruszyłam w stronę opuszczonego domu. Zignorowałam instrukcje mojego przełożonego, który radził mi nie sprawdzać tego miejsca samej. Pewnie utknął przy raportach, wcale nie obrażony na taki zbieg wydarzeń. Zresztą, sprawdzaliśmy dziesiątki takich miejscówek. Co mogło się stać?
Dom, a raczej chata, od dawna pozostawał niezamieszkany. Może to dlatego, że mieścił się przy północnym lesie, a stąd ludzie chętnie uciekali bliżej centrum.  Powoli weszłam na ganek, oddychając niezwykłością tego miejsca. Przesiąknięte stuletnią wilgocią deski ganku zaskrzypiały pod moim ciężarem.
Drzwi uchyliły się ciężko, gdy je pchnęłam, ukazując całkiem nieźle zachowany korytarz. Weszłam do środka i zamknęłam je za sobą.
Wyglądało na to, że dom nie jest tak duży, jak wydawał się z zewnątrz. Na parterze znajdowały się kuchnia i salon, schody w dół prowadziły do piwnicy, w górę – na piętro.
Postanowiłam najpierw obejść parter. Weszłam do kuchni i zaczęłam przyglądać się pustym szafkom czy innym podejrzanym miejscom. Wnętrze wyglądało na od dawna nietknięte, jednak z doświadczenia wiedziałam, że jeśli ktoś nie chciał, bym dowiedziała się o schowanych tu przedmiotach, zadbałby o to w pierwszej kolejności.
Po kilku minutach uważnego rozglądania się, w końcu natrafiłam na trop; obluzowaną cegłę w obudowie starego pieca. Wciągnęłam z kieszeni pojedynczą, silikonową rękawiczkę i pilnik do paznokci. Ten mały przedmiot potrafi zdziałać naprawdę wiele zadziwiających rzeczy. Wsunęłam go w szczelinę i pomogłam cegle wyjść na spacer. Po chwili już byłam w domu.
W piecu znajdował schowek narkotyków.
Tak samo jak pod podłogą w salonie i za obrazem w korytarzu. Mnóstwo dragów. Nie miałam pojęcia, gdzie znajdują na to wszystko kupców.
Szłam do piwnicy, kiedy to usłyszałam. Ciche, miarowe stukanie, przypominało tykanie zegara. Kilka sekund później przekonałam się, co to za zegar.
Owinięta taśmą paczka leżała na środku zakurzonej podłogi, jakby nigdy nic. To z niej wydobywało się złowrogie stukanie. Kiedy podeszłam bliżej, moje podejrzenia się sprawdziły.
Cyfrowy wyświetlacz automatycznej bomby pokazywał piętnaście sekund do wybuchu.
Nie było czasu na jakiekolwiek działanie. Rzuciłam się do schodów, pędząc z powrotem na górę. Wpadłam na spróchniałe drzwi, a moja stopa dotknęła ostatniego stopnia ganku, kiedy nastąpiło kliknięcie. Wybuch wyniósł mnie kilka metrów w górę, wraz z resztkami rozszarpanego parteru.
Leżałam na ziemi, wijąc się z powodu braku powietrza w płucach. Słyszałam ciężkie kroki i nawoływania ludzi wybiegających z pubu. Ktoś uklęknął obok mnie i złapał mnie za rękę.
- Wszystko w porządku?!
Świat rozmywał mi się przed oczami.
- Gilbert mnie zabije. - wymamrotałam, odlatując w ciemność.




Ktoś?

7 paź 2018

Od J.C. CD Aarona

Po wypełnieniu ostatniego raportu na ten dzień, położyłam głowę na biurku i przymknęłam oczy. O niczym nie marzyłam tak jak o tym, żeby pójść do domu i zasnąć na kanapie przy jakimś durnym reality show z piwem w dłoni. Moje senne marzenia zostały jednak, jak się spodziewałam, przerwane.
- Żyjesz, Alexander? - zapytał Gilbert gdzieś nad moją głową. Jego ton był stanowczy, jak zawsze, ale wyczuwałam w nim nutę troski. A to znaczyło, że musiało być źle. - Dostaliśmy cynk. Możemy tam pojechać, jeśli jeszcze nie jesteś zmęczona.
Zrobiłam głęboki wydech i wstałam, zarzucając kurtkę na ramiona. Ledwo trzymałam się na nogach, ale pragnienie dorwania kartelu było zbyt silne. Adrenalina po zamknięciu ostatniej szajki wciąż krążyła w moich żyłach. Dla tego uczucia żyłam. Uwielbiałam tę robotę właśnie za to, choć kiedyś mogła mnie wykończyć.
- Jedziemy. - rzuciłam.


Nad Avenley River zapadał zmrok, kiedy mknęliśmy mostem na drugą stronę miasta. Kiedy Gilbert prowadził służbowe auto, ja gapiłam się na krople deszczu spływające po szybie. Odkąd odwiozłam Marie do szpitala, minął tydzień, a ja od tamtego czasu zdążyłam już zamknąć jeden narkotykowy kartel i wpaść na trop drugiego. Byłam wyczerpana. Funkcjonowałam na kofeinie, a jedyną formą relaksu były gorące prysznice, które brałam dwa razy dziennie. Moje myśli wciąż krążyły wokół pracy.
Teraz, w tej chwili dziwnego spokoju, o dziwo nie myślałam o niczym. Moja głowa była pusta, a po kilku nieprzespanych nocach nawet nie byłam senna. Po prostu gapiłam się w szary świat za oknem. Nadeszła prawdziwa jesień.
Przez głos radiowego spikera przebił się denerwujący dzwonek komórki. Odebrałam, nie patrząc na ekran.  Informacje powoli wpływały do mojego mózgu.
- Co? - spytałam tępo, prostując się na siedzeniu. - Marie? Wyszła ze szpitala?
Daniel zerknął na mnie kątem oka. Zmarszczyłam brwi.
- Powtórz. Gdzie jest? - słowa Amy zlewały się w piskliwy jazgot. - A co do cholery ona robi u Aarona Browna?
Tym razem Daniel spojrzał na mnie otwarcie. Przetarłam czoło zimną dłonią.
- Okej. - powiedziałam. Jadę tam.
Włożyłam telefon z powrotem do kieszeni i opadłam na fotel.
- Zatrzymaj się na następnej ulicy.
- Czekaj, stop. Skąd Marie i Brown się znają?
- Narkotykowa impreza studentów. Natknęliśmy się na nich.
- Hmm. - mruknął. - To wiele wyjaśnia. Jesteś pewna, że nie podwieźć się gdzieś bliżej?
- Przyda mi się spacer. I... przepraszam, że tak cię zostawiam. Nie musisz jechać tam sam.
- Hej, Alexander. Jesteśmy partnerami. Wspieramy się, tak? - spojrzał na mnie, wchodząc w ostry zakręt. - Zresztą, to tylko luźna sugestia. Nie wiemy, czy ten trop dokądś prowadzi.
- Jasne. - odpięłam pas i zawahałam się z dłonią na klamce. - Tylko obiecaj mi, że będziesz na siebie uważał.
- Zawsze, J. - poklepał mnie po ramieniu. - A teraz spadaj, bo zaraz zaczną na mnie trąbić.


Aaron?

23 wrz 2018

Od J.C. CD Aarona

- Do zobaczenia. - westchnęłam i zatrzasnęłam drzwi. Moje nagie ramiona owiał chłodny wiatr, więc skrzyżowałam je na piersi i potruchtałam do drzwi domu. Nie chciałam tego przeciągać, a czekała mnie jeszcze trudna rozmowa z matką dziewczyny.
W mieszkaniu przywitał mnie Rex. Zamerdał leniwie ogonem, kiedy pochyliłam się, żeby poklepać go po grzbiecie.
- Co tam, staruszku? Pilnowałeś domu?
Ciężki krokiem poszedł w stronę posłania, po czym rzucił się na nie tak, że powietrze wokół się podniosło.
- No tak. - westchnęłam. - Na ciebie zawsze można liczyć, stary głupku.
Nasypałam mu trochę suchej karmy do miski i ruszyłam na górę, po drodze ściągając sukienkę przez głowę i zostawiając ją gdzieś na schodach. Dopóki mieszkałam sama, porządek nie znajdował się na szczycie listy moich priorytetów.
W sypialni usiadłam na łóżku, i wyszukując komórkę w torebce, zaczęłam zdejmować szpilki. Odebrała już po drugim sygnale.
- Jolene. - przywitała mnie chłodno, wypowiadając to imię, którego tak nienawidziłam. - Nie wiem, po co dzwonisz, ale...
- Marie jest w szpitalu. - przerwałam jej. - Na Bardock. Przedawkowała.
- Słodki Boże. - usłyszałam cichy okrzyk i krzątaninę. Amy pewnie już pędziła do samochodu. - Co się stało?
- Spotkałam ją w klubie. Pokłóciłyśmy się... a potem ona zemdlała.
- Jolene Cecily, ostrzegam, że jeśli coś jej się stało przez ciebie... - jej głos drżał na krawędzi płaczu. Zawsze była słaba.
- Pojechałam z nią karetką. Jej stan jest stabilny, możesz sobie odpuścić kazania.
- Zobaczymy. - odparła po chwili ciszy i rozłączyła się.
Rzuciłam komórkę na łóżko i westchnęłam, rozciągając się na nim. Dzień jak co dzień, w życiu J.C. Alexander.



Aaron?

29 sie 2018

Od J.C. CD Aarona

- Jest stabilna. - odparłam, patrząc na ściągniętą bólem twarz mojej siostry. - Jeśli dobrze pójdzie, jutro powinna się obudzić.
Aaron cicho przysunął sobie krzesło i usiadł koło mnie.
- Wtedy, przed wejściem... pokłóciłyście się o coś? - domyślił się.
Westchnęłam, uciskając palcami nos na wysokości oczu. Nie miałam pojęcia, jak mu to wyjaśnić, bez wciągania go w swoje brudy. Tak czy siak, wytłumaczenie mu się należało.
- Dawno się nie widziałyśmy. Mamy pełno spraw do wyjaśnienia... ale to już, kiedy się obudzi. Narkotyki i zdenerwowanie nie chodzą parami.
- Co teraz zrobisz?
- Pewnie posiedzę tu jeszcze z godzinę, zadzwonię do jej matki, a potem się zwijam. Jest pod dobrą opieką, a ja rano będę mieć sajgon na komisariacie. - tym bardziej, że postanowiłam rozpocząć polowanie na dilerów scylium, o czym Gilbert miał się dopiero dowiedzieć.
Milczeliśmy chwilę. Kiedy spojrzałam na Aarona, zamyślony patrzył na moją siostrę.
- Jesteście podobne. - zaśmiałam się w duchu na to spostrzeżenie. Tak podobne, jak pozwala na to adopcja, pomyślałam, ale postanowiłam niczego nie prostować. Nie miałam siły.
- Wolałabym, żeby było inaczej. - odpowiedziałam tylko. Nawet jeśli nie byłyśmy rodzonymi siostrami, nie chciałam, żeby Marie szła moją ścieżką.
Zmieniłam pozycję na plastikowym krześle, kiedy kark zaczął mi sztywnieć. Nadal miałam na sobie sukienkę, o czym ze zdziwieniem dopiero sobie uświadomiłam. Nie była już tak ładna, jak w klubie. Teraz w świetle szpitalnych jarzeniówek odsłaniała moje kościste, chude kolana.
- Jeśli nie chcesz, nie musisz tu siedzieć. Idź do domu, rozerwij się. Już wystarczająco zepsułam ci wieczór.



Aaron?

26 sie 2018

Od J.C. CD Aarona

- Marie?
- Ty? - rzuciła moja, można powiedzieć, była siostra, tak jadowicie, jak tylko potrafiła. - Co tu robisz?
Krytycznym spojrzeniem zmierzyła Aarona za moimi plecami, który z jakiegoś powodu za mną poszedł, a kącik jej ust wygiął się protekcjonalnie.
- Ach. - dodała. - To, co zwykle.
- Mama wie, że tu jesteś? - spytałam kategorycznie, ignorując jej uwagę, choć poczułam niemiłe ukłucie w sercu.
- Nie mam matki. Dzięki tobie. - prychnęła, ale jej ton zmiękł nieco. - Nie obchodzi jej, dokąd chodzę. Woli swojego nowego fagasa.
- Marie, kotku? - wybełkotał chłopak siedzący koło niej. Wyglądał, jakby zaraz miał się zsunąć z sofy. - Powiesz mi, co to za dziunia?
- Dziunia, która może cię wsadzić za rozpowszechnianie niebezpiecznych substancji. - wyjaśniłam oschle. Student wyglądał, jakby nie do końca był na tej planecie.
- Wsadzić? - wyszeptał z intensywnym zamyśleniem. - Gdzie wsadzić?
- Zaraz wracam. - powiedziała do niego nieco bardziej trzeźwa Marie. - Muszę pozbyć się nadgorliwej siostrzyczki.
Zanim wstała, pocałowała chłopaka tak, że pewnie zdołała liznąć mu migdałki. Przewróciłam oczami i odeszłam kawałek, czekając, aż skończy.
- Hej, mała! - zawołał do mnie koleś, kiedy dziewczyna przepychała się w naszą stronę między jej znajomymi a stolikami. - Jak chcesz, to mogę ci wsadzić!
Wybuchła salwa ogłupiałego śmiechu, a Marie poczerwieniała po cebulki włosów. Wykonałam ruch, żeby podejść bliżej do chłopaka i nauczyć go odpowiedniego zachowania, ale powstrzymał mnie uścisk na ręce.
- Tylko bez rękoczynów. - szepnął mi do ucha Aaron.
- Och, bez obaw. - odparłam, a on mnie puścił. Chwyciłam otwartą butelkę szampana i z diabelskim uśmiechem sprawiłam prysznic wszystkim siedzącym. Dziewczyny rozbiegły się z piskiem, a faceci ocierali twarze, mierząc mnie groźnym wzrokiem.
- O kurwa, deszcz. - rzucił chłopak Marie z wesołym uśmiechem. Zdecydowanie przeholował dziś z narkotykami.
Tymczasem siostra gniewnie chwyciła mnie za rękę, ciągnąc w stronę wyjścia. W połowie drogi ja zaczęłam ciągnąć ją, bo nie mogła ustać na nogach i bez przerwy obijała się o ludzi.
- Co ci odbiło?! - wrzasnęła, kiedy już wydostaliśmy się na zewnątrz. Aaron ciągle szedł za mną i choć było to dla mnie trochę kłopotliwe, w jakiś sposób doceniałam, że jest ze mną.
- A tobie? - warknęłam, niewątpliwie zaczynając kłótnię, której chciałam uniknąć. To, kim się stała pod moją nieobecność, napawało mnie przerażeniem.
- Odeślij stąd swojego faceta. - zażądała, wyciągając papierosy z torebki. Odpaliła jednego, ze zdenerwowania przestępując z nogi na nogę.
- Aaron? - skierowałam się w jego stronę z przepraszającym wyrazem twarzy.
- Nie ma sprawy. - powiedział z wyrozumiałym uśmiechem. - Będę przed wejściem.
Popatrzyłam za nim chwilę, a potem zwróciłam się do dziewczyny.
- Co się z tobą stało? - spytałam zrezygnowanym tonem. - Przecież nie chcesz tutaj być. Znam Cię. Moja Marie...
- Gówno o mnie wiesz. - przerwała mi gwałtownie. - Gówno masz do mojego życia i gówno możesz się w nie wtrącać.
- Marie, ja...
- Może myślisz, że jesteś moją bohaterką? Cudowną starszą siostrą, która wskaże mi drogę do świętości, co? Bo jeśli tak uważasz, to jesteś największą hipokrytką na świecie.
- Myślisz, że tego nie wiem? - rzuciłam ze zmęczeniem. - Nie jestem autorytetem, jakiego potrzebujesz. Ale jestem twoją siostrą, siostrą która przechodziła przez to samo. Chcę cię przed tym uchronić.
- Czyżby? - dziewczyna, mrużąc oczy, podeszła bliżej. - Pamiętasz, kiedy ostatni raz się widziałyśmy? Jak przebiegło nasze spotkanie?
Przełknęłam ślinę i spuściłam głowę. Pamiętałam. I było mi wstyd.
- Z chęcią ci przypomnę. - rzuciła peta na ziemię, mocno przydeptując podeszwą. - Osiem lat temu przyszłaś do nas po pieniądze. Przystawiłaś mamie broń do głowy i powiedziałaś, że nie wyjdziesz, dopóki ich nie dostaniesz.
Jej głos drżał od powstrzymywanych łez. Miała taki sam wyraz twarzy jak wtedy, lata temu. Dlaczego zawsze musiałam wszystko schrzanić?
- Zmieniłam się. - wyszeptałam tylko. -  Nie doprowadzę do tego znowu.
- Wcale się nie zmieniłaś. - cofnęła się, kręcąc głową. - Odkąd trafiłaś do mojego życia, siejesz w nim zniszczenie. Temu facetowi też chcesz wskoczyć do łóżka, jak tacie?
Serce na moment mi zamarło, przez chwilę widziałam niewyraźnie i jakby w zwolnionym tempie. Kiedy zamrugałam oczami, wyleciały z nich łzy, zupełnie bez mojej woli.
- Nie powiedziałaś tego. - oznajmiłam pusto, nie do końca wierząc w to, co usłyszałam. Marie otworzyła szeroko oczy, na jej twarzy malowało się przerażenie. Chwyciła mnie mocno za ramiona.
- J., ja... przepraszam... ja...
Oddychała szybko, zdecydowanie za szybko. Jej oczy uniosły się ku górze, a sama opadła na kolana. Widywałam to już u narkomanów zgarniętych z ulicy, którzy przedawkowali scylium. Zachowałam zimną krew i pomogłam się jej położyć.
- Marie. - starałam się mówić spokojnie, kiedy próbowała złapać oddech. - Uspokój się. Wszystko będzie dobrze.
- Nie mogę... nie mogę... - dyszała.
Poczułam ciepły uścisk na ramieniu. Nie odwracając się, powiedziałam:
- Dzwoń po karetkę. Powiedz, że mamy ofiarę przedawkowania.



Aaron?

24 sie 2018

Od J.C. CD Aarona

- Witam, panno Alexander. - Aaron wyszczerzył się w szerokim uśmiechu. - Proszę, usiądź.
Przytrzymałam sukienkę pod udami z tyłu, i na tyle, na ile pozwał mi wrodzony wdzięk, z gracją usiadłam. Pierwszy raz od lat nastoletnich założyłam kieckę i czułam się nieco dziwnie. To granitowe cudo na któreś urodziny podarował mi Gilbert. Delikatny, połyskujący materiał kończył się przed kolano, lekkimi marszczeniami, w pasie przewiązany był cienkim paseczkiem. Posiadał też dziewczęcy dekolt w łódkę i krótkie rękawki. Nie posądzałam Daniela o dobry gust, ani też o to, że znał mój rozmiar. Ciuch z pewnością wybrała jego żona.
- Traktujemy poważnie zasadę "bez alkoholu"? - rzuciłam, upijając łyk drinka.
- Myślę, że bez problemu ulegniesz mojemu urokowi bez procentów. - mrugnął do mnie. Odpowiedziałam powściągliwym uśmiechem.
- Prosto z pracy?
- Nie miałem czasu się upiększyć. Ale ty wyglądasz olśniewająco.
- Podziękuj Gilbertowi. - roześmiałam się. - To prezent od niego.
- Każę Julie wysłać mu czekoladki. - we fluorescencyjnym świetle klubu zabłysły jego proste zęby. - Zatańczymy?
Tym razem bez problemu dałam się wyciągnąć na parkiet. Aaron był niezłym tancerzem, a bycie jego towarzyszką sprawiało mi wiele radości oraz... było nieco męczące. Trudno mi było całkowicie dotrzymać mu kroku. W myślach gratulowałam sobie założenia pantofli na ten wieczór. W szpilkach na pewno nie dałabym rady.
Kiedy nadszedł wolny kawałek, z ulgą uwiesiłam się na ramieniu mężczyzny. Zaśmiał się cicho.
- Męczę cię?
- O wiele za długo, jak na jedną sprawę. - zripostowałam, zanim ugryzłam się w język. Brown, co było do przewidzenia, nie dał zbić się z pantałyku.
- Przeszkadza ci to?
- Nie całkiem. - odparłam po chwili, zgodnie z prawdą. Nie mogłam dłużej odsuwać od siebie myśli, że coraz bardziej mi na nim zależało.
- To dobrze. - uśmiechnął się lekko.
Tańczyliśmy dalej. Tymczasem moją uwagę przyciągnęła grupka studentów stojąca po drugiej stronie sali. Poruszali się nienaturalnie w takt muzyki, a ich oczy były jakby zamglone. Co jakiś czas jeden z nich śmiał się krótko, urywanie.
Zmarszczyłam czoło w zamyśleniu. Już gdzieś ich widziałam. Na komisariacie? Wtedy, w mojej głowie coś zaskoczyło i zapaliła się czerwona lampka. To był efekt wzięcia narkotyku, pewnego konkretnego narkotyku. Scylium.
Nie przejęłabym się tym tak, gdyby mój wzrok nie powędrował do jednej z dziewczyn bawiących się w środku kółka. Skądś znałam blond loki i sylwetkę, a kiedy odwróciła się do mnie twarzą, moje serce zabiło dwa razy szybciej.
Marie. W środku pierdolonego, naćpanego okręgu studentów bawiła się moja przybrana siostra.



Aaron?

22 sie 2018

Od J.C. CD Aarona

- Wieczorny drink? - rzuciłam, prowokacyjnie unosząc brwi. - A co z "już nigdy nie dam pani do rąk alkoholu"?
Wysiliłam się nawet na niezbyt udaną imitację niskiego głosu mężczyzny. Brown potarł kark z szerokim uśmiechem.
- Wiesz, ja myślałem bardziej o koli, czy czymś takim...
Roześmiałam się, kręcąc głową.
- Bardzo chętnie wyskoczę z tobą na bezalkoholowe szaleństwo, ale może kiedy indziej? - wykręcałam się. - Mam pełne ręce roboty na komisariacie i w ogóle...
- Ja też. - odparł, patrząc mi w oczy. - Jak widać na załączonym obrazku.
Ruchem głowy wskazał fotel, a ja mimo woli parsknęłam śmiechem.
- Co ci szkodzi, wyrwać się na jeden wieczór? - nie zamierzał się poddać. - Na pewno przyda ci się odpoczynek od tych wszystkich brudnych spraw. Mnie zresztą również.
- Nie wiem. - przetarłam twarz dłońmi. - Słyszałeś dzisiaj rano, wiecznie mnie gdzieś potrzebują.
- Po godzinach pracy? - rzucił z powątpiewaniem. - Mają przecież innych gliniarzy.
Kilka chwil prowadziliśmy pojedynek na spojrzenia, aż w końcu dałam za wygraną.
- Okej! - rozłożyłam ręce w geście bezradności. - Ty będziesz tłumaczył się Gilbertowi, dlaczego dystansuję się od pracy. Szczególnie, kiedy będzie chciał zrobić mi najazd.
Aaron zmarszczył brwi w konsternacji.
- Najazd?
Machnęłam lekceważąco dłonią.
- Upewnia się, czy... jestem gotowa do pracy.
Zapadła cisza. W końcu mężczyzna odchrząknął.
- To może o dwudziestej w Red Velvet?
- Pasuje mi.
- To do zobaczenia. - uśmiechnął się lekko i powędrował na swoje miejsce - za biurko. Bąknęłam ciche pożegnanie, po czym usunęłam się za drzwi gabinetu i oparłam o ścianę.
Nie miałam pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Zwykle trzymałam ludzi na dystans, bo przeważnie sprawiałam im same kłopoty. Jedyną osobą, która tolerowała moje wybryki (do tej pory) był Daniel. Mogłam nazwać go przyjacielem, a nawet... nawet ojcem. A Aaron? Aaron był pierwszą personą, mniej więcej w moim wieku i od dawna, przy której czułam się swobodnie. Miałam wrażenie, że mnie rozumie. To uczucie było nowe i niepokojące. Zwykle to ja rozpracowywałam ludzi, nie oni mnie.
Potarłam dłońmi skronie i spojrzałam przed siebie. Julie patrzyła na mnie zza biurka sekretarki wzrokiem, który w równych proporcjach zawierał w sobie niesmak i pogardę. Zupełnie dojrzale pokazałam jej język i luźnym krokiem opuściłam siedzibę Brown Inc.



Aaron?

19 sie 2018

Od J.C. CD Aarona

- Julie? - rzucił Aaron. - Zostawisz nas na chwilkę?
Kobieta zgrabnie wstała z biurka, jakby nic się nie stało i zlustrowała mnie chłodnym wzrokiem.
- Zostawiłam kartkę. - oznajmiła tonem, w którym wyczuwałam nutkę wrogości. - Przerwa na kawę.
- Było otwarte. - odparłam grzecznie, wskazując na drzwi.
- Julie? - ponowił mężczyzna z lekkim zniecierpliwieniem. Sekretarka posłała mu powłóczyste spojrzenie i poszła w kierunku wyjścia, w ostatniej chwili unikając trącenia mnie biodrem. Cóż, miała w sobie więcej klasy niż bandyta z bronią w ręku, ale groźba zawsze nią pozostawała, nawet zawoalowana. W każdym razie nie miała powodu, by się mną przejmować. Na razie.
Zanim opuściła gabinet, usłyszałam jeszcze cichą tyradę na temat wścibskości policji i drzwi się za nią zatrzasnęły. Zostaliśmy sami.
- Panno Alexander? - Aaron odchrząknął, szybko przechodząc do codzienności. - Coś się stało? Co z Mirą?
- Tygrysica zawiesiła na tobie oko? - podeszłam do okna, spoglądając w dół. Widok trochę mnie przytłoczył. - Uważaj na siebie. Sprawy o molestowanie wcale nie są tanie. I łatwe.
- Co takiego?
- Widziałam już dziesiątki takich akcji. - odwróciłam się do niego. - Zaczyna się od szybkiego numerka, a kończy na więzieniu lub alimentach. Bardzo śliskie sprawy.
- Jasne. - posłał mi zdziwione spojrzenie. - Będę miał to na uwadze.
- A jeśli chodzi o Mirę. - ocknęłam się po chwili,  wyjmując z kieszeni białą kopertę, którą podałam Brown'owi. Rozciął ją nożykiem do korespondencji, po czym wczytał się w treść listu, marszcząc brwi.
- Wezwanie?
- Jako świadek, a prawdopodobnie pokrzywdzony. - wyjaśniłam. - Jesteśmy naprawdę blisko przyskrzynienia drania, ale możemy do tego doprowadzić jedynie w taki sposób. Skurczybyk, naprawdę nieźle się obstawił.
- Oczywiście. Dziękuję ci. - schował papiery do szuflady i spojrzał na mnie. - Coś jeszcze?
Miałam wychodzić, kiedy coś mi się przypomniało. Coś wyjątkowo głupiego, ale skoro już tu jestem...
- Tak. Mogę usiąść w twoim fotelu?



Aaron?

17 sie 2018

Od J.C. CD Nivana

Zmierzyłam mężczyznę krytycznym spojrzeniem, nie mogłam się powstrzymać. Praca detektywa wymagała ode mnie oceniania skali niebezpieczeństwa pierwszym zerknięciem. Po tych kilku latach nie byłam w stanie patrzeć na ludzi inaczej, niż na zagadki wymagające rozwiązania. W pewnym momencie przestały nimi być, a przyporządkowywanie ich pewnym wzorcom stało się codziennością. Praca nie była już obowiązkiem, ale sposobem na funkcjonowanie w społeczeństwie.
Stojący przede mną chłopak nie wyglądał na groźnego. Był raczej typem leniwego hipstera, zaliczającego kolejną z rzędu imprezę. Oczy o szklanym połysku odzwierciedlały moje zdezorientowanie. On po prostu chciał się stąd jak najszybciej zmyć, tak samo jak ja.
- Jasne. - rzuciłam, odkrztuszając poranną chrypę. - Masz telefon?
- Mam. - odparł. - Rozładowany.
- To witaj w klubie. - westchnęłam z irytacją, kierując się na korytarz. - Chodź, może złapiemy coś po drodze.
Wyjrzałam przez staromodnie zakratowane okno. Chyba kojarzyłam tę dzielnicę. Stare, wysokie kamienice, długo nie remontowane. Byliśmy gdzieś na przedmieściach, chyba w Casten. To by tłumaczyło ten staromodny wystrój.
Wypadłam na ulicę i rozejrzałam się wkoło. Za mną stanął skołowany imprezowicz.
- Masz jakieś pojęcie, gdzie jesteśmy?
- Mniej więcej. - odpowiedziałam, ruszając ulicą w górę. - Musimy dotrzeć do głównej drogi, tam powinien być postój taksówek.
Z każdym pokonanym metrem coraz bardziej upewniałam się w przekonaniu, że wylądowałam w Casten Garden's. Nie była to ciekawa okolica. Ludzie mieszkający tutaj często chodzili obszarpani i nieumyci. A z biedą często wiązało się przestępstwo. Nie byłam w stanie zliczyć, ile razy przyjeżdżałam tu na interwencję, kiedy jeszcze byłam zwykłym gliną.
W końcu dotarliśmy do drogi, przy której spodziewałam się zobaczyć postój. Skręciliśmy w prawo i po kilkuset metrach naszym oczom ukazały się trzy upragnione pojazdy. Wsiedliśmy do jednego z nich.
- Dokąd? - spytał taksówkarz, wyprowadzając auto z zatoczki.
Spojrzeliśmy z mężczyzną na siebie jednocześnie. Wzruszył ramionami.
- Centrum. Wszędzie mam blisko.
- Piąty komisariat. - powiedziałam kierowcy, po czym zwróciłam się do chłopaka. - Dalej sobie poradzisz?
- Nie ma sprawy. - rzucił, wyglądając przez szybę. - Komisariat? Chyba... nic się tam nie stało, na imprezie, co?
- Co? - w pierwszej chwili nie załapałam, o co mu chodzi. Zwykli ludzie idą na komisariat, żeby zgłosić przestępstwo, a dla mnie to niemal drugi dom. - Nie, nic z tych rzeczy.
Nie drążyłam tematu. Nie było tajemnicą, że cywile nie darzyli glin zbytnią sympatią. Tym bardziej takich, którzy węszą.
- Mam na imię Nivan. - oznajmił chłopak, zerkając na mnie znacząco.
- J.C. - sztywno podałam mu dłoń. - Miło mi.
- Mnie również. Bez względu na okoliczności.
Resztę drogi przebyliśmy w milczeniu, bo i o czym można gadać z nieznajomym po imprezie, której się nawet nie pamięta? Co, swoją drogą, było nieco dziwne. Po najgorszych zgonach zdarzało mi się pamiętać takie szczegóły, jak lecącą piosenkę czy nawet kolor bokserek kochanka. A tym razem... zero. Pustka.
W końcu dojechaliśmy pod gmach komisariatu. Kiedy Nivan przerzucał drobne w portfelu, ja wymacałam w kieszeni dwadzieścia Avarów i podałam je kierowcy. Gdzieś z tyłu głowy kołatała mi się myśl, że to były chyba pieniądze na karmę dla Rex'a.
- Dzisiaj stawiam. Wystarczy?
- Jasne, nawet będzie na napiwek. - mruknął taksiarz, wciskając pieniądze do kasetki pod licznikiem.
Wydukałam szybkie, nieco niezręczne pożegnanie nowemu znajomemu, po czym opuściłam pojazd i jak na skrzydłach pognałam po schodach na posterunek. Miałam szczęście. Były dwie minuty przed dziewiątą.
- Nadal nie wiem, jak ty to robisz. - w drzwiach gabinetu powitał mnie Gilbert, kiedy zdyszana opadłam na krzesło. - To jakiś wewnętrzny budzik, po takiej ilości alkoholu?
Rzuciłam mu zirytowane spojrzenie. Pociągnął łyk kawy.
- Potrzebujesz czegoś?
- Żebyś dał mi pracować.
- Okej, już idę. - uniósł dłoń w obronnym geście, wycofując się. - Jakby osa ją dziś ugryzła...
Złapałam gazetę leżącą na biurku i rzuciłam w niego. Odbiła się od drzwi i spadła, gdy zatrzasnął je za sobą.



Koło czternastej byłam już po stercie raportów i z utęsknieniem patrzyłam na zegar. Jeszcze dwie... trzy godziny do końca zmiany.
Wtedy do mojego biura wpadł Gilbert. Wiedziałam już, że mamy nową sprawę. Był roztargniony, kiedy tylko dochodziło do jakiejś zbrodni.
- Co mamy? - spytałam, wstając.
- Przedawkowanie na imprezie. To chyba scylium.
Zaintrygowałam się, słysząc nazwę nowego narkotyku, niedawno wprowadzonego na rynek. Aktualnie byliśmy na tropie dilerów.
- Okej, gdzie? - już byłam przy drzwiach.
- W Casten Garden's.
Potknęłam się na progu, przeklinając głośno. Jeden z oficerów siedzących przy biurkach w głównym holu rzucił mi zaciekawione spojrzenie. Gilbert chwycił mnie mocno za ramię, pomagając wstać.
- Nie rób z nas pośmiewiska. - skarcił mnie.
- Jaja sobie robisz. - syknęłam, pocierając obolałe kolana.
- Chwila. - odeszliśmy na bok. - Nie powiesz mi chyba, że byłaś na tej imprezie?
- Na jakiejś byłam. - mruknęłam cicho.
Po tonie porucznika wyczuwałam, że jest źle. Na dodatek złapał się za głowę. Dosłownie.
- Że też na tyle orgii w całym Avenley, ty musiałaś być akurat na tej, na której zginęła dziewczyna!
- Nie wiemy, czy to ta sama... - podjęłam próbę uspokojenia Gilberta, która na nic się zdała.
- Jak się tam w ogóle dostałaś?! Przecież to daleko od Siedmiu Krasnoludków!
- Nie mam pojęcia! Od chwili wyjścia z baru, nic nie pamiętam... hej! Właściwie skąd wiesz, że tam siedzę?
Daniel przybrał surową minę Wkurzonego Ojca Chrzestnego.
- Ktoś musi cię kontrolować, Alexander. I wydaje mi się, że to była twoja ostatnia impreza.
- O nie, nie możesz dać mi szlabanu! - roześmiałam się ze złością.
- Sprawdź mnie. Weź pod uwagę, że bez względu na wszystko, jestem twoim przełożonym i w trybie natychmiastowym mogę cię odesłać do drogówki.
Przez długą chwilę wymownego milczenia prowadziliśmy ze sobą wojnę na spojrzenia. W końcu odpuściłam. Gilbert miał rację, przecholowałam. Moje wybryki całkiem niedługo mogą obrócić się przeciwko mnie.
- Jakieś zastrzeżenia? - rzucił twardo.
- Nie, sir. - mruknęłam, poddając się. Daniel posłał mi uśmiech.
- Więc jedźmy na miejsce zdarzenia.


Nivan?

11 sie 2018

Od J.C.

Piątkowy wieczór. Duszny, zatłoczony bar z trapem sączącym się z olbrzymich głośników. Tak właśnie uwielbiałam spędzać czas, gdy kończyła się kolejna zmiana na komisariacie.
Kiwając na barmana zamówiłam kolejne, chyba trzecie już mojito. Nie czułam się jeszcze całkiem pijana, za to lekko szumiało mi w głowie i czułam się nieco weselej.
Zamknęłam oczy, wczuwając się w elektryzujący bit. Pomyślałam, że prawie mogę zapomnieć o codziennej szarości i złu tego świata. Prawie.
- Mogę się dosiąść?
Czyjś głos próbował przekrzyczeć głośną muzykę, ale nie szło mu zbyt dobrze. Skinęłam głową na znak zgody. Ostatecznie, nie robiło mi to żadnej różnicy.
Mężczyzna usiadł i zamówił alkohol.
- Miły wieczór. - powiedział, nachylając się do mnie. - Jesteś tu sama?
Wiedziałam, co tak naprawdę to oznaczało. Chcesz się zabawić? Chciałam? Popatrzyłam na swoje dłonie. Jasne, że chciałam.
- Tak. - odparłam. - Ale mogę nie być.



Powoli otworzyłam oczy. Jedno było jasne: to nie był mój pokój. Nawet nie moje mieszkanie.
Najwyraźniej spałam w wielkim łóżku, z jakimś chłopakiem i... dziewczyną. Usiadłam i przyłożyłam dłoń do obolałej głowy. To musiała być niezła impreza.
Wstałam, rozglądając się za swoimi rzeczami. Byłam w samych majtkach i podkoszulce. Po chwili chodzenia po dużym, ale i zabałaganionym pomieszczeniu znalazłam swoją torbę. Założyłam ją na ramię, a kiedy się schylałam, zauważyłam również nogawkę moich czarnych dżinsów, wystającą spod leżącej na podłodze narzuty. Bingo. Szybko wciagnęłam je na biodra. Teraz należało tylko znaleźć kurtkę i wynosić się stąd. Opuściłam sypialnię po cichu, żeby nie obudzić przygodnych współspaczy i spróbowałam uruchomić telefon. Nic z tego. Zanim trafiłam do baru, miałam dwanaście procent, a teraz całkiem czarnego ekranu nie dało się ożywić. Cholera.
Znalazłam się w salonie, pełnym śpiących imprezowiczów. Ze trzech spało na wielkiej, staromodnej kanapie, a reszta, gdzie popadnie - na podłodze, parapecie. Ktoś nawet rozłożył się na widocznej stąd wyspie kuchennej i teraz chrapał tak, jakby nie spał co najmniej z tydzień.
Po minięciu labiryntu śpiących królewien i królewiczów, dotarłam do krótkiego korytarza. Zdjęłam skórzaną kurtkę wiszącą na krześle i już trzymałam dłoń na klamce, gdy zza moich pleców odezwał się cichy głos.
- Dzień dobry.



Ktoś?  

10 sie 2018

Od J.C. CD Aarona

- Cześć. - rzuciłam, żeby przerwać niezręczną ciszę i poczłapałam w kierunku kuchni. - Co mamy do jedzenia?
Podeszłam do lodówki i pochyliłam się, szukając czegoś zdatnego do spożycia.
- Dzień dobry. - odparł Aaron, gdzieś za mną. - Jak się spało?
- Biorąc pod uwagę obecność ubrań, całkiem nieźle. - wzięłam z półki resztki wczorajszej lazanii i karton mleka. - To się nada.
- Często budzisz się... w obcych domach? - spytał, oparty o ścianę. Uśmiechał się z zamyśleniem.
- O wiele za często. - odpowiedziałam, przeszukując po kolei wszystkie szafki. - Gdzie masz patelnię?
- Zostaw, ja to zrobię. - podszedł szybko, a ja nie zdążyłam się odsunąć, wskutek czego zderzyliśmy się w ciasnej przestrzeni. Przez chwilę stałam nieruchomo, przyciśnięta do blatu przez twarde ciało Aarona.
Po sekundzie odskoczyliśmy od siebie jak poparzeni. Uderzyłam w wyspę kuchenną, boleśnie obijając sobie biodro.
- Ała! - syknęłam, masując obolałe miejsce.
Mężczyzna spojrzał na mnie spod zmarszczonych brwi.
- Nic ci nie jest? - wykonał ruch, jakby chciał do mnie podejść, ale się powstrzymał.
- Nic. Niezdarna jestem. - mruknęłam, odsuwając się na bok. Brown zdusił śmiech.
- Raczej mało przydatna umiejętność w policji.
- Zamknij się. Ja cię nie rozliczam z bycia biznesmenem.
Wzruszył ramionami, cały czas uśmiechając się pod nosem.
Kilka minut później siedzieliśmy przy stole, nad odgrzewaną lazanią, popijając mlekiem. Jedliśmy w milczeniu, dopóki Aaron go nie przerwał.
- Masz rodzeństwo?
Dłubałam widelcem w makaronie, zastanawiając się nad odpowiedzią.
- Nie.
- Szkoda.
- Czemu? - spojrzałam na niego, nie rozumiejąc, dlaczego w ogóle zaczął ten temat.
- Życie zawsze jest ciekawsze. Wspólne akcje, przygody.
- Nie żałuję. O rodzeństwo zawsze trzeba się martwić, chronić je. - wbiłam widelec w lazanię, jakby wisiała mi pieniądze.
- Masz rację, to też. Ale więź między rodzeństwem jest unikalna.
- Co cię tak wzięło na ten temat? - odłożyłam sztuciec obok talerza, który głośno brzęknął. - Twoja więź z bratem jest tak udana?
Musiało go to zaboleć, bo widocznie zapadł się w sobie, jakby pod wpływem smutnego wspomnienia. Poczułam się gównianie.
- Przepraszam. - powiedziałam, próbując w jakiś sposób poprawić sytuację. - Ja po prostu... miałam kiedyś siostrę. Tak jakby.
Mężczyzna popatrzył na mnie, marszcząc brwi.
- Mam... złe wspomnienia, okej?
W tym momencie zawibrował mój telefon schowany w kieszeni. Odeszłam od stołu, żeby odebrać.
- Na jakiejkolwiek imprezie jesteś, pakuj się w taksówkę i przyjeżdżaj. Dostaliśmy nakaz przesłuchania Miry.
- Naprawdę? - rzuciłam się w poszukiwaniu kurtki. Znalazłam ją w korytarzu.
- Naprawdę. Spinaj poślady. Masz tu być w piętnaście minut.
Słuchałam instrukcji Gilberta, kierując się w stronę drzwi. Aaron szedł za mną w milczeniu. Nie chciałam sprawiać wrażenia ucieczki, ale prawda była taka, że... uciekałam.
- Dzięki. Miło było. - skinęłam mu głową i opuściłam mieszkanie.



Aaron? 

Od J.C. CD Aarona

- Nie wiem. - odparłam, dłubiąc palcami u nóg w miękkim dywanie. - Jestem raczej kiepską tancerką.
Nadal zastanawiałam się nad urwanym tematem brata Aarona. Wyglądało na to, że raczej nie mają ze sobą kontaktu. Ciekawe, co takiego musiało się stać, że przeszli od rodzinnych imprez w plenerze do... do tego stanu. Wyczuwałam delikatny grunt, więc stwierdziłam, że nie będę wypytywać Brown'a, co było nieco wbrew naturze detektywa, dopóki sam nie zechce mi powiedzieć.
Tymczasem mężczyzna cicho się zmył, a kilka sekund później usłyszałam łagodne nuty jakiegoś starego walca.
- Żartujesz. - zawołałam, odchylając głowę do tyłu.
- Ja nigdy nie żartuję, panno Alexander.
Tanecznym krokiem podszedł do mnie i wyciągnął rękę. Pokazałam mu swój kieliszek z winem.
- Piję.
- To przestań.
Wstałam, pozwalając mu przejąć kontrolę nad swoim ciałem. W pierwszej kolejności odstawił lampkę na stół. Jedną ręką objął mnie w talii, drugą splótł palce z moimi. Następne niezręczne piętnaście minut upłynęło nam na nauczeniu mnie walca.
- Tak. Dwa krótkie, jeden długi, dwa krótkie, jeden długi. I obrót.
Roześmiałam się, idąc zupełnie nie w tę stronę, w którą powinnam.
- Za dużo, za dużo! - krzyczałam.
Objął mnie ponownie, tym razem zajmując miejsce za moim plecami. Bujaliśmy się lekko w takt muzyki.
- To naprawdę nic trudnego. Chociaż Tobie chyba słoń na ucho nadepnął.
Zachichotałam, nieco już wstawiona.
- Aż tak źle?
- Cały czas depczesz mi po palcach. Będę miał siniaki!
Obrócił mnie do siebie przodem, a ja znowu się roześmiałam. Z tańcem było mi kompletnie nie po drodze.
- No tak. Co ludzie powiedzą, kiedy wielki dyrektor do spraw finansów Brown Inc. będzie miał sińce na swoich delikatnych paluszkach?
- Na pewno nic dobrego.
Tańczyliśmy jeszcze chwilę, każde zagubione w swoich myślach. W każdym razie Brown tańczył, a ja próbowałam nie zmiażdzyć mu stóp.
- O czym myślisz? - spytał Aaron w pewnym momencie.
- O tym, że jest miło.
- Miło. Hmm. A tak naprawdę?
- A tak naprawdę o tym, że jeszcze nikt tak bardzo się nie starał, żeby mnie przelecieć.
Roześmiał się cicho.
- A może wcale nie chcę?
- Nie wiem, czego chcesz, Aaron. - pierwszy raz powiedziałam mu po imieniu. - Ale znamy się kilka dni, a dzisiaj ta cała farsa, z zapachowymi świeczkami i w ogóle...
Nie miałam pojęcia, jak mu to powiedzieć. Oczywiście, wieczór był świetny, ale po prostu... nikt jeszcze nigdy nie zaprosił mnie na kolację, tak po prostu.



Aaron?  

9 sie 2018

Od J.C. CD Aarona

Drzwi otworzył Brown ubrany w garnitur, z muszką pod szyją. Na moment odebrało mi mowę. Nie dlatego, że wyglądał w nim tak przystojnie, albo na widok mięśni ramion rysujących się pod marynarką... Zerknęłam w dół, na swoją czarną, skórzaną kurtkę narzuconą na bawełnianą koszulkę i dżinsy. To by było na tyle, jeśli chodzi o panujący tutaj dress code.
- Panno Alexander. - Brown przywitał mnie rozbawionym uśmieszkiem. Byłam pewna, że w myślach porównuje mnie do kukurydzianego chrupka przez przypadek znalezionego w paczce nachosów. - Zapraszam.
Weszłam do jego szpanerskiego apartamentu. Nawet pomimo niechęci do klasy wyższej, musiałam zwrócić uwagę na elegancki wystrój i dużą przestrzeń. Kurczę, nie byłoby mnie stać na taką chatę po pięćdziesięciu latach zapylania w policji.
- Mogę? - zza pleców dobiegł ściszony głos mężczyzny. Odwróciłam nieznacznie głowę, zdając sobie sprawę, że chce mi tylko powiesić  kurtkę na stojaku. Moje policzki przybrały kolor dorodnego buraka.
- Jasne, spoko. - wybąkałam, wydostając się z rękawów. Pod wpływem tych gwałtownych ruchów, z wewnętrznej kieszeni wypadła butelka wina, o której całkiem zapomniałam. Pochyliłam się szybko, łapiąc ją zanim zdażyłaby się katastrofa.
- Niezły refleks. - zagwizdał Brown, a ja podałam mu wino.
- Zapomniałabym.
- Naprawdę? Nie trzeba było.
- Gilbert kazał mi je kupić, żebym nie wyszła na dzikuskę. - odparłam zgodnie z prawdą. Roześmiał się. - Ja chciałam kupić flaszkę. Po winie mam najgorszego kaca.
- No cóż. - rzucił, mrugając do mnie. - Będzie musiało nam wystarczyć.
Przeszliśmy skąpaną w bieli jadalnię, wychodząc na balkon. Na jego środku stał, wyglądający na dosyć ciężki, szklany stół, przyozdobiony małymi, zapachowymi świeczkami oraz skromnym bukietem kwiatów.
Zaraz. Chwila. Stop.
Świeczki zapachowe?!
Spojrzałam na Brown'a, jakby nagle dostał choroby zakaźnej, ale na szczęście nie zauważył, odwrócony plecami. Czy on wie, ile jest w tym szkodliwych substancji? Kto, szanujący swoje zdrowie i reputację, kupuje zapachowe świeczki w dwudziestym pierwszym wieku?
Ktoś, kto się stara, szepnął cichy głośnik w moim umyśle, ale natychmiast odsunęłam go w najdalszy zakątek. Niemożliwe żeby ktoś starał się dla mnie. Dla zwykłej znajdy z problemami.
Zapalając rzeczone świeczki, Brown z uśmiechem zaprosił mnie do stołu. Zamiast usiąść, podeszłam do poręczy i wychyliłam się. Zamknęłam oczy, chłodny wiatr rozwiał mi włosy. Kiedy je otworzyłam, ukazał mi się przepiękny widok.
- Niezła panorama. - pochwaliłam, ogarniając wzrokiem prawie całe Avenley. Widziałam stąd nawet dach komisariatu.
- Prawda. - mężczyzna stanął obok mnie, oddychając pełną piersią. - Uwielbiam tu przesiadywać.


Aaron? 

7 sie 2018

Od J.C. CD Aarona

- Nie wiem, czy to dobry pomysł.
Jerry postawił przed nami po cztery małe kieliszki z rozwodnioną, niebieską cieczą. Podniosłam jeden i przyjrzałam mu się. Hmm. Blue curacao.
- Daj spokój. - mruknął Brown, patrząc na mnie z rozbawieniem znad małej armii szotów. - Jestem dużym chłopcem.
W innych okolicznościach, obecność tego całego alkoholu zupełnie by mi nie przeszkadzała. Wręcz odwrotnie. Uważałam jednak, że po utracie przytomności i uderzeniu w głowę, Brown zdecydowanie nie powinien pić, a jego szeroki uśmiech tym bardziej nie przekonywał mnie do tego pomysłu.
- A więc? - zatarł ręce. - Czego sobie życzysz w ramach wygranej?
- Czy ja wiem. - zamyśliłam się, nadal niechętna temu pomysłowi. - Nie ma niczego, co mógłbyś mi dać.
Mężczyzna zabawnie poruszył brwiami, nadinterpretując moje słowa.
- Wiesz - rzucił przesłodzonym tonem. - Uważam, że jest kilka rzeczy, do których z pewnością bym ci się przydał. Na przykład...
- Dobra, dobra. - uciszyłam go, zanim zdążył wysnuć głębsze teorie. - Chciałabym...
Na chwilę rozproszył mnie jego skupiony wzrok. Jakby naprawdę go obchodziło... Szybko otrząsnęłam się z tego wrażenia. To tylko kolejny rozpieszczony dzieciak, który znalazł tymczasową zabawkę. Musiałam o tym pamiętać.
- Chciałabym... usiąść w twoim prezesowkim fotelu. - rzuciłam pierwsze, co wpadło mi na myśl.
Brown był tak zaskoczony, aż osunął się na krześle. Z jego szeroko otwartych ust lada chwila mogła wypłynąć strużka śliny.
- Co? Naprawdę? - wykrztusił, powstrzymując śmiech. - Czemu?
- No cóż. - odparłam z uśmiechem. - Zawsze chciałam wiedzieć, jak to jest siedzieć na pieniądzach.
Roześmiał się słabo.
- Na pewno nie tak fajnie, jak to opisują w Forbesie. - zerknął w stół przed sobą, potem na mnie. - Fotel dyrcia, dobrze. Zaczynamy?
- A ty? - spytałam szybko, zanim podniósł pierwszy kieliszek.
- Pomyślę, kiedy wygram. Gotowa?
- Skoro ty jesteś.
Na jeden oboje wypiliśmy pierwszego shota. Zdążyłam się skrzywić i złapałam drugiego. Z trzecim było trudniej, tymczasem Brown był w jego połowie. Do remisu zabrakło mi kilku sekund.
- Hmm. - mężczyzna oblizał usta, posyłając mi zwycięskie spojrzenie. - Wygląda na to, że wygrałem.



Aaron?

6 sie 2018

Od J.C. CD Aarona

- Już Pani na mnie leci?
Nie odpowiedziałam na to pytanie, tak samo jak na zadowolony z siebie uśmieszek Brown'a. Moją uwagę przykuło zamieszanie powstałe przy barze. Trzech postawnych facetów w skórzanych kurtkach najwyraźniej robiło Jerry'emu problemy. Jak zawsze w takich sytuacjach, w mojej głowie zaświeciła się czerwona lampka. Działo się coś złego.
- Zaraz wracam. - szepnęłam mężczyźnie do ucha, po czym zaczęłam się przepychać w stronę baru. Miałam nadzieję, że uda mi się wytrzeźwieć w ciągu tych kilkunastu metrów.
Tymczasem przy barze zaczynało się już robić gorąco.
- Termin mija dzisiaj. - oznajmił z wyraźną groźbą łysy mężczyzna stojący najbliżej Jerry'ego. Barman niespokojnymi ruchami czyścił szklankę, zapatrzony w nią jak w ósmy cud świata.
- Przepraszam. Postaram się...
Gangster szybkim ruchem wyrwał naczynie i posłał je na podłogę. Okruszki wylądowały tuż przed moimi butami. W barze zapanowała napięta cisza.
- Nie ma forsy, nie ma taryfy ulgowej. Myślałeś, że będę spokojnie czekał aż przyniesiesz mi w zębach te marne grosze? - pochylił się i wyjął zza lady nieco zniszczony kij bejsbolowy. - Nauczę Cię porządku!
To była moja pora.
- Hej! - zawołałam tak, żeby cała trójka wyraźnie mnie słyszała. - Spokój.
- Odejdź, paniusiu. - przywódca bandy odesłał mnie lekceważącym gestem. - Nie twój interes.
Jerry posłał mi rozpaczliwe spojrzenie.
- Tak się składa... - wycedziłam, wyciągając z kieszeni odznakę. - ... że mój.
Mężczyzna popatrzył na mnie, tym razem skupiając całą swoją uwagę. Roześmiał się głośno, a kilkoro ludzi z otaczającego nas tłumu wycofało się roztropnie.
- Jerry, twoja dziewczynka jest pieskiem?! - odwrócił się w stronę bladego jak ściana barmana. - Zobaczymy, czy potrafi ugryźć.
Bez ostrzeżenia zamachnął się w moją stronę kijem. Ledwo zdążyłam się uchylić. Procenty nie wpływały zbyt dobrze na moje zdolności do walki. Już przygotowywałam się do zadania ciosu, kiedy usłyszałam trzask, a zaraz po nim jęk. Obok mnie stał wesoły Brown z kijem, a przed nim gangster, trzymający się za zakrwawiony nos.
- Trzeba było poczekać na mnie z zabawą.



Aaron? 

4 sie 2018

Od J.C. CD Aarona

Po raz drugi tego dnia opuściłam pokój przesłuchań, kierując się w stronę głównego holu. Ten dzień robił się zdecydowanie za długi. Co prawda cieszyłam się, że znalazłam powód do przyskrzynienia Gartney'a, ale to wcale nie sprawiało, że miałam mniej roboty. Być może było jej nawet więcej.
W głównym holu było gwarno jak w ulu. Policjanci biegali w tę i z powrotem, między biurkami, do laboratorium, archiwum lub automatu z kawą. Właśnie przy nim, na jednym z plastikowych krzeseł znalazłam Brown'a.
Uparł się, żeby przyjechać tu wraz z zatrzymanym, choć nie było takiej potrzeby. Teraz czekał na jakąkolwiek nowinę, a ja oczywiście robiłam za gołębia pocztowego.
- Mam dobrą i złą wiadomość. - oznajmiłam, stając przed nim. - Dobra jest taka, że zostaje pan tymczasowo zwolniony z zarzutów.
Posłał mi cyniczny uśmiech. Jakby myślał, że z przyjemnością wszystkich w tym mieście posłałabym do paki. No... może nie wszystkich, ale większości z pewnością by się to przydało.
- A zła?
Usiadłam obok niego, splatając ręce przed sobą.
- Psycholog zdiagnozował u Gartney'a chorobę psychiczną. Na jego komputerze znaleźliśmy wiele dowodów wykluczających pańską winę, ale w rozprawie sądowej jego zeznania nie będą brane na poważnie.
- Co to znaczy?
- To znaczy, że pana rola jest tu skończona. Teraz wszystko w mojej i porucznika Gilberta sprawie, żeby wsadzić Mirę za kratki.
Brown wstał i spojrzał na mnie twardym wzrokiem.
- Naprawdę już nic nie mogę zrobić?
Pomyślałam o Danielu. O jego wieloletnich staraniach, żeby sprawiedliwości w końcu stało się zadość. Teraz był tak blisko, a wszystko znowu mogło pójść na marne. Nie, nikt tutaj nie pomoże. Musimy sami się z tym uporać.
- Proszę iść do domu. Zapomnieć o tym wszystkim.
Wstałam i odeszłam, mijając go.

***

Kilka godzin później siedziałam w swoim ulubionym miejscu - barze, będąc już po drugim shocie. Normalnie nie przychodziłam tu w środku tygodnia, ale to był naprawdę spaprany dzień.
Barman o szlachetnym imieniu Jerry postawił przede mną trzeciego drinka.
- Ciężka dziś była robota, J.C.? - spojrzał na mnie wyrozumiale, z nutką rozbawienia.
- Nie masz pojęcia. - rzuciłam, połykając zawartość kieliszka jednym haustem. - Jeszcze raz to samo.
- Co na to kapitan?
- Mam to w gdzieś.
Powoli muzyka zaczynała wciągać mnie w swoje sidła. Zawieszone w powietrzu stopy bujały się w rytm taktu, mięśnie ramion rozluźniały się. Niemal byłam w stanie się odprężyć. Niemal.
- Paaani detektyw! - usłyszałam znajomy, nieco zmieniony pod wpływem procentów głos. Po chwili krzesło obok mnie odsunęło się i usiadł na nim Aaron Brown we własnej osobie. Tylko tego mi teraz brakowało.
- Pan Brown. - rzuciłam, niechętnie zwracając na niego uwagę. Nie wiedziałam, jakie ma zamiary, tym bardziej pod wpływem alkoholu. - Co pan tu robi?
- Nie pan. - zaprotestował, kręcąc głową. - Aaron. A Ty masz na imię... Joanne? J.O.?
- J.C. - mruknęłam cicho, ale usłyszał. - Czy mogę już w spokoju użalać się nad swoim życiem?
- Naprawdę? - wyprostował się na krześle. - To właśnie robisz?
- A nie to robią wszyscy tutaj? - spytałam, patrząc mu w oczy.
Westchnął, odwracając wzrok. Nagle złapał mnie za rękę z figlarnym błyskiem w oku.
- Możemy to sprawdzić.


Aaron? 

3 sie 2018

Od J.C. CD Aarona

Wysoki mężczyzna wparował do mojego gabinetu równo o godzinie dziewiątej w poniedziałek. Zamrugałam, przypominając sobie szczegóły sprawy, gdy rzucił na moje biurko teczkę.
- Proszę to przejrzeć. Wszystko.
Zerknęłam na niego znad kubka kawy. Na zewnątrz wydawał się opanowany, ale w swojej pracy nauczyłam się, że nie wszystko zawsze jest takie, na jakie wygląda. Niekontrolowane odruchy ciała, skaczący wzrok zdradzały jego zdenerwowanie. Miałam tylko nadzieję, że z kolei on nie zauważy oznak alkoholowego zmęczenia na mojej twarzy. Westchnęłam. Pracowałam tutaj już jedynie dzięki protekcji Daniela.
- Dzień dobry, panie Brown. - powiedziałam spokojnie, odstawiając kubek na bok. - Proszę usiąść.
W chwili, gdy sięgałam po teczkę, do pomieszczenia niepostrzeżenie wślizgnął się Gilbert, rzucając mi rozbawiony uśmiech. Odpowiedziałam pobłażliwym spojrzeniem. Tak naprawdę powinnam mu dziękować, bo za każdym razem kiedy nawalałam, krył mnie przed kapitanem. Tak samo dzisiaj, kiedy wpadłam na komisariat spóźniona, ledwie pięć minut przed Brown'em. To nie będzie mogło się powtórzyć. Dobroczynność Daniela nie będzie wieczna. No i oprócz tego, był moim dobrym przyjacielem. Nie chciałam go zawieść.
Dziarski, jak na pięćdziesięciolatka, podszedł do naszego gościa i wyciągnął rękę.
- Aaron Brown? Porucznik Daniel Gilbert. - potrząsnął energicznie dłonią. - Cieszę się, że przybył pan złożyć zeznania.
- Nie miałem innego wyboru. - odpowiedział ostrożnie Brown, po czym usiadł. Gilbert zajął miejsce za moimi plecami, gdzieś w pobliżu okna. - Jako dyrektor działu finansów muszę dbać o dobre imię mojej firmy.
- No tak. - rzucił, biorąc teczkę, która zamierzałam otworzyć. - Jest pan całkiem podobny do ojca.
Nawet jeśli Brown'a to zaskoczyło, postanowił nie odpowiadać. Również nie skomentowałam szeroko znanej szczerości przyjaciela, wyszukując w komputerze plików dotyczących sprawy. Kiedy wszystko już sobie uporządkowałam, wzięłam głęboki oddech i rozpoczęłam przesłuchanie.
- Po pierwsze, jak zaczęła się pana współpraca z Mira Transport?

***

Zerknęłam na metalowo połyskujący zegar ścienny i przeczesałam włosy palcami. Mała wskazówka nieuchronnie zbliżała się do godziny dziesiątej.
- Podsumowując, nic nie wiedział pan o nielegalnych biznesach Alberta Miry i podejrzewa pan jednego ze swoich pracowników, pana... - tutaj Gilbert zerknął w papiery rozłożone na stole. - ... pana Philipa Gartney o szpiegowanie i konszachty z wyżej wymienionym?
- Tak. - odpowiedział Brown, równie zmęczony, jak ja. Temu to przydałaby się flaszka.
- Dobrze. - rzekł w końcu porucznik, a ja odetchnęłam z ulgą. - Na razie panu podziękujemy. Gdyby coś się zmieniło, wyślę do pana detektyw Alexander. Póki co, proszę nie opuszczać miasta. Dla własnego bezpieczeństwa.
Brown dosyć szybko pożegnał się z nami, po czym opuścił pomieszczenie. Nie miałam mu tego za złe. Byłam wykończona, ale dla mnie był to dopiero początek pracy. Czując tępy ból za oczami, położyłam głowę na blacie. Gilbert zacmokał.
- No, J, przed Tobą dużo roboty. Nie współczuję Ci.
- Co ty nie powiesz. - z wielkim wysiłkiem podniosłam się na krześle i sięgnęłam do notatnika. - Powiedz, że przynajmniej przesłuchasz część tych imigrantów.
- To mogę zrobić. - wziął do ręki karty z danymi tych ludzi. - Jeszcze dzisiaj jedź do firmy i przepytaj Gartney'a. Jak się uda, zajrzyj do komputera. Musimy mieć potwierdzenie tych mejli.
- Nie potrzebuję nakazu? - spytałam, podnosząc się.
- Jeśli uznasz za stosowne go aresztować, komputer też zabiorą.
Nastąpiła chwila ciszy, podczas której segregowaliśmy wszystkie dane. W końcu udało mi się z czystym sumieniem wyłączyć komputer i zamknąć ostatnią szufladę.
- Nie sądzę, żeby Aaron miał z tym coś wspólnego.
Popatrzyłam na Gilberta. Był poważniejszy niż zwykle.
- Nie wydaje ci się, że niepokojąco chętnie oskarżył swojego przyjaciela?
- Ten Philip jest jego przyjacielem?
- Widziałam ich w barze tego dnia, kiedy kazałeś mi go śledzić.
Mi mojemu zaskoczeniu Daniel zaśmiał się, klepiąc mnie po ramieniu.
- Niezastąpiona J.C. Właśnie dlatego tak cię lubię, bo pomimo tych swoich problemów, zawsze doprowadzasz sprawę do końca i dokładnie. Podoba mi się to, Alexander. Rób tak dalej, a zajdziesz wysoko.
Opuściłam głowę, czując rumieńce na policzkach. Gilbert rzadko chwalił kogokolwiek. Tym bardziej mnie - uzależnioną od alkoholu, agresywną sierotę.
- Dlaczego uważasz, że Brown nie jest w to zamieszany? Te mejle z łatwością można podrobić.
Daniel przysiadł na stole, podłużnymi ruchami gładząc brodę.
- Znałem kiedyś jego ojca. Obaj to bogate dupki, nie ulega wątpliwości, ale uczciwe dupki. Zrób to dla mnie i nie traktuj młodego tak surowo.
- Jasne. - odparłam obojętnym tonem, zastanawiając się nad związkiem Brown'ów z moim przełożonym. Czyżby jakieś niespłacone długi? Nie, na pewno nie. Daniel nie ukrywałby czegoś takiego. - Co z Mirą?
- Na razie go nie przyciśniemy. Skurczybyk, zażądał aresztu domowego. - mężczyzna zaczął narzekać po swojemu. - Dziesięć lat. Dziesięć lat próbuję go dorwać. Tym razem się nie wywinie...
Gilbert wyszedł z pokoju przesłuchań, mrucząc obelgi pod nosem. Popatrzyłam za nim chwilę, po czym zaczęłam się zbierać. Pora dowiedzieć się czegoś więcej.


Aaron?