Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Raven. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Raven. Pokaż wszystkie posty

5 cze 2019

Ciąża — Raven&Cameron


    "Nie, nie. Nie, Cameron. To nie jest dobre. To nawet nie powinno się zadziać. Ona nie może. Nie teraz. Nie tak szybko. Kurwa, przecież to nie miało nastąpić… nigdy!
     Ale teraz oboje w tym tkwimy.
     Ściskam delikatnie test. Zauważam dwie kreski."

Hmm, kto mógł się tego spodziewać...
RAVON

4 cze 2019

Od Raven C.D Cameron

    Moment, w którym trzymałam pozytywny test ciążowy w mojej dłoni, był niezaprzeczalnie najgorszym w całym moim życiu. Zburzył mi dotychczasowe plany na przyszłość, spojrzenie na świat. Szara rzeczywistość obdarowała mnie mocnym plaskaczem w twarz i ściągnęła na ziemię, kierując mój wzrok na inną drogę. Miałam zostać matką. Ta myśl krążyła mi w głowie, jak rekiny, które czekają na odpowiedni moment, żeby zaatakować. Bałam się tego. Naprawdę cholernie. Byłam za młoda, to wszystko nie miało się tak potoczyć. Nie teraz...
    Nie potrafiłam sobie zdać wtedy sprawy, jaka odpowiedzialność mnie czeka. Tego feralnego poranka, gdy kupiłam charakterystyczne opakowanie w aptece i w ciszy zrobiłam test  Wtedy nie płakałam, nawet nie dopuszczałam do siebie tej myśli. Jednak teraz, kiedy siedzę naprzeciwko Camerona, który trzyma potwierdzenie naszch najgorszych koszmarów w ręku, w końcu do mnie to dotarło. Ja będę matką, a on ojcem. Wtedy już nie powstrzymywałam łez, nie dałam rady. Nareszcie zrozumiałam, że nasze dotychczasowe życie nagle zmienia kierunek. Że będziemy musieli się skupić na czymś innym, niż do tej pory. Na kimś innym. Nie hciałam tego do siebie dopuszczać, jednak rzeczywistość uderzyła we mnie ze zdwojoną siłą.

29 kwi 2019

Od Raven C.D Cameron

    Obudziło mi uporczywe miauczenie kota. Słyszałam je raz po raz, z każdą chwilą można powiedzieć, że coraz to głośniejsze, jednak nic sobie z tym nie robiłam. Obróciłam się na drugi bok, nawet nie otwierając oczu. Nie chciałam tego robić. Marzyłam wręcz o tym, by sen ponownie mnie pochłonął, a ja nie będę musiała wstawać, by zająć się nowym domownikiem. W sumie można powiedzieć, że kot to takie dziecko, tyle że mniej wymagające. Dasz jeść, wypuścisz na zewnątrz, a jak zgłodnieje, to wróci. Od czasu do czasu wyszczotkujesz, pogłaszczesz, wysprzątasz kuwetę i masz święty spokój. Jednak na razie jest to jeszcze małe kocię i wymaga trochę więcej uwagi, od dorosłego kocura.
    Powoli, lecz z niechęcią, obróciłam się w stronę, z której dochodził dźwięk i otworzyłam oczy. Jednak nim to zrobiłam, mogłam poczuć język o specyficznej fakturze na moim nosie.
     - Co, młody. Głodny? - spytałam cicho i spojrzałam na młodziaka, jak na razie nie ruszając się nawet z miejsca. W odpowiedzi usłyszałam przeciągnięte miauknięcie. Westchnęłam ciężko i obróciłam się na plecy. - Szkoda, że nie możesz sam siebie nakarmić - mruknęłam pod nosem i powoli podniosłam się do siadu. Chłód, który momentalnie ogarnął moje plecy, nie umknął mojej uwadze. Przez to w dosyć szybkim czasie doszło do mnie to, iż jestem całkiem naga. Dodatkowo fakt, że nie leżę w łóżku, tylko na kanapie, dodatkowo mnie przytłoczył. Ze zdezorientowaniem rozejrzałam się po pomieszczeniu. Ani śladu po Cameronie.
    O Boże, co się stało?
    Błagam, tylko nie to, o czym myślę!
    Nic nie pamiętam!

4 lut 2019

Od Raven C.D Cameron (+18)

    Jakie było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam, jak z niewielkiego pudełka wyskakuje równie malutki, puchaty, rudy kociak. Totalnie nie spodziewałam się tego prezentu. Ba! Nawet bym o coś takiego nie podejrzewała Camerona. Że też wpadł na taki wyjątkowo świetny pomysł.
     - Bożee - wręcz pisnęłam, biorąc malucha na ręce i przytulając go do swojego policzka. - Jaki milusi i rudy. Zupełnie jak ty - zachichotałam, głaszcząc kociaka delikatnie po łebku.
     - Widzisz. Specjalnie takiego wybrałem, żebyś nie tęskniła, kiedy będę wychodzić - parsknął cichym śmiechem, biorąc do ręki jego prezent ode mnie. Był zapakowany w ładne pudełko, które gdzieś znalazłam przypadkowo i owinięty w czarną, satynową wstążkę.
     - Kochany jesteś - zawtórowałam, nie potrafiąc oderwać się od uroczego kociaka. Jednak mimo wszystko obserwowałam reakcję Camerona na prezent, który lada moment miał zobaczyć. Dokładnie obserwowałam ruchy jego dłoni, gdy odwiązywał kokardkę. Gdy w końcu uniósł wieko pudełeczka do góry, jego oczom ukazał się zegarek. Może nie był jakoś wybitnie drogi, ale starałam się wybrać najlepszy i to taki, by nie zaszkodził aż tak bardzo grubości mojego portfela.
    Jego brwi powędrowały w geście zdziwienia. Powoli go wyjął z pudełka i dokładnie obejrzał z wszystkich stron.
     - Lool, dzięki, ale i tak się będę spóźniał - parsknął cichym śmiechem, na co ja mu zawtórowałam.
     - Ale doda ci chociaż trochę uroku. Dawaj, załóż go! - powiedziałam, a uśmiech rozkwitający na mojej twarzy zrobił się jeszcze szerszy.
     - Jestem już aż nazbyt uroczy, moja droga.
     - Polemizowałabym.
     - Wiesz już, jak go nazwiesz? - spytał się mnie, wskazując ruchem głowy na kota, gdy zegarek, który dostał, w końcu znalazł się na jego ręce.
     - Despacito - powiedziałam z szerokim uśmiechem na twarzy. Oczywistym było, że żartowałam. Zaraz po tym, jak słowo wydostało się z moich ust, wybuchnęłam szczerym śmiechem. Śmiałam się z własnego żartu, co co prawda było trochę głupie, ale nie dbałam o to w tamtym momencie. Moim śmiechem chwilę później zaraził się również Cameron, za zdezorientowany kot schował się za choinką i przyglądał nam z ukrycia.
     - Masz chory śmiech - zauważył, nie przestając się trząść z rozbawienia. Pewnie nie śmiał się z tego, co powiedziałam, ale z mojej reakcji na mój własny, w cholerę nieśmieszny żart.
     - Dużo osób mi to mówi - powiedziałam, gdy mój głos w końcu się uspokoił. - Czyli, ma się rozumieć, nie idziemy na pasterkę?
     - A po co? - prychnął pod nosem.
     - Wiesz, Cam. Tradycja. Co roku musiałam chodzić, ale teraz tak jakoś… mi się nie chce - zachichotałam cicho.
     - To nie idziemy - stwierdził, idąc powoli w stronę kuchni. Tam otworzył drzwi od lodówki i wyciągnął z niej tiramisu. Nawet nie wiem, kiedy dzisiaj on zdążył je zrobić. Chyba wtedy, kiedy wygonił mnie z domu na jakiś czas. Tak, to by było bardzo prawdopodobne.
     - Zrobiłeś tiramisu? - spytałam ze zdziwieniem w oczach.
     - Tak, chcesz trochę? - Spojrzał na mnie przez ramię, ukrawając kawałek tego pysznego deseru. Mój język sam, niekontrolowanie przesunął się po mojej dolnej wardze. Nie powiem, zrobił mi na to ochotę. I to wielką, jak cholera.
     - Taak - przeciągnęłam słowo i powoli podniosłam się z ziemi, zabierając ze sobą niepotrzebne już pudełko. - Ukrój mi trochę. Albo trochę dużo. - Uśmiechnęłam się, kładąc pusty karton na blacie kuchennym.
     - Dużo dzisiaj jesz.
     - Nie zabronisz mi.
    W międzyczasie wyciągnęłam wino z szafki i dwa kieliszki. Zasłużyliśmy dzisiaj na jakiś odpoczynek, więc napicie się odrobiny wina w żadnym stopniu nie powinno mi zaszkodzić. Usiedliśmy wspólnie na kanapie, włączyliśmy telewizję i zjedliśmy wspólnie deser, by chwilę później otworzyć wino i powoli je sączyć. Czas powoli płyną, a my popijaliśmy jeden kieliszek za drugim, oglądając po kolei filmy, lecące w telewizji i wymieniając się raz za czas różnymi uwagami.
    Po skończeniu pierwszej butelki, przyszedł czas na drugą. To wyglądało tak, jakby opuściły nas wszystkie bariery. Żadne z nas nie przejmowało się ilością wypitego alkoholu. Przestaliśmy się kontrolować. Takim oto sposobem i druga butelka krwistoczerwonego napoju uległa opróżnieniu. W głowie już od jakiegoś czasu mi się kręciło, jednak nadal w jakimś stopniu byłam świadoma tego, co robię. Prawdopodobnie tak samo było z Cameronem.
    W pewnym momencie położyłam mu głowę na ramieniu, tak po prostu. On w tym samym momencie objął mnie ramieniem i przysunął bliżej siebie, wtulając w jego bok. Zamruczałam cicho pod nosem. Wygodnie mi było i można też powiedzieć, że najchętniej to nie ruszałabym się już z miejsca, jednak chwilę później Cam podciągnął mnie wyżej, tak, by moja twarz była na wysokości jego. Obróciłam się delikatnie w jego stronę i nic nie mówiąc omiotłam go spojrzeniem. Wyglądał tak, jak zwykle. Nie widać było, że wypił tyle, ile wypił. Uśmiechnęłam się pod nosem, co on prawdopodobnie zauważył i przeniósł wzrok z telewizora, na moją twarz. Momentalnie po moich plecach przebiegł dziwny dreszcz. Znałam go doskonale. Taki sam chwilę później zaatakował moje podbrzusze, na co zareagowało moje ciało delikatnym drżeniem. Przez chwile oboje mierzyliśmy się spojrzeniami, dopóki ja nie odważyłam się zrobić pierwszego kroku. Delikatnie wspięłam się na jego ramiona, by po chwili zatopić swoje wargi w jego w namiętnym pocałunku. Na początku on pozostał temu bierny, nawet nie protesował, a chwilę później jego dłonie powędrowały na moje biodra i przyciągnęły mnie bliżej niego. Usadził mnie na swoich kolanach, nawet na chwilę nie odrywając się od moich ust. Powoli odwzajemniał pocałunki, które z czasem stawały się coraz to bardziej zachłanne. Czułam gorąc, płynący z jego ciała i ciągle narastające podniecenie, które usunęło między nami odległość do minimum. Położyłam obie dłonie na jego szyi, by jedną chwilę później wpleść w rude włosy mężczyzny.

1 lut 2019

Od Raven C.D Cameron

    Wyrecytowany przez Camerona cały plan następnego dnia (czyli wigilii) wprawił mnie w osłupienie. Nie mogłam uwierzyć w to, że mężczyzna potrafił zorganizować to wszystko w tak krótkim czasie. Stałam przez dobre parenaście sekund w bezruchu i z rozdziawionymi w zdziwieniu ustami. Tylko jedno pytanie mi się cisnęło na usta: JAK? Co on zrobił, że załatwił to tak szybko? Nie wiem.
     - Co - powiedziałam po dłuższej chwili ciszy, nadal będąc dosyć porządnie zaskoczona. W pozytywnym tego słowa znaczeniu. - Jak to zrobiłeś?
     - Nie pytaj - uśmiechnął się w moją stronę szeroko i ściągnął płaszcz z ramion. - Nie musisz dziękować.
    Nie lubiłam, gdy ktoś mówił “nie musisz dziękować”. Zawsze wtedy odczuwałam jeszcze większą potrzebę zrobienia tego. Dlatego też wzięłam głęboki oddech i z uśmiechem na ustach powiedziałam:
     - Dziękuję.
     - Przecież nie musiałaś.
     - Gdybyś nie powiedział, że nie muszę, to na pewno bym tego nie zrobiła - parsknęłam cichym śmiechem. Myśląc o naszym jutrzejszym wypadzie prawie na cały dzień, z każdą kolejną chwilą coraz bardziej się ekscytowałam. To będzie pierwsza wigilia, na której robię coś różniącego się od siedzenia w kuchni i przygotowywania tradycyjnych potraw na stół.
    Za zorganizowanie tego wszystkiego, postanowiłam mu się w jakiś sposób odwdzięczyć. Dlatego też wyjątkowo ja tego wieczoru zrobiłam kolację, mimo tego, że teraz miałą być jego kolej. Chłopaczek się męczył, żeby to wszystko zorganizować, więc na coś też zasłużył, nie? [za niedługo kurwa dostanie bachora w prezencie za darmo xD bidocek]
    Zaczęłam robić nam na szybko dosyć pożywną jajecznicę na maśle z bekonem i po około dziesięciu minutach podsunęłam mu pod nos talerz z ciepłym posiłkiem, obdarowując go przy tym miłym uśmiechem.
     - Smacznego - wypłynęło to z moich ust wyjątkowo szybko i odruchowo. Z resztą, jak zawsze. Nie kontroluję tego typu słów, po prostu same znajdują drogę by wyjść z mojej buzi. Dobrze, że nie powiedziałam mu “udław się”.
     - Smacznego - odpowiedział mi tym samym, jak i również odwzajemnił on mój uśmiech. Momentalnie zabrał się za posiłek, by po dosłownie paru minutach zostawić przed sobą idealnie pusty talerz. - Dziękuję, było pyszne, jak na ciebie - parsknął cichym śmiechem, na co ja udałam oburzenie, mimo wszystko jednak unosząc delikatnie kąciki ust do góry.
     - Jak na mnie?! O ty gnoju - prychnęłam, podnosząc się z krzesła i odgarnęłam teatralnie włosy do tyłu. - Jestem wspaniała.
     - Tak, tak - prychnął, w dalszym ciągu żartując, na co ja spojrzałam na niego spod byka. - Boże, idę się umyć, bo zaraz mi oczy wydłubiesz. - Po tych słowach momentalnie zniknął mi z oczu i zaszył się w łazience. Dlatego też postanowiłam poczekać w salonie, a konkretnie leżeć na kanapie i oglądać telewizję, aż książe stamtąd wyjdzie i nadejdzie moja kolej na prysznic.
    Przez te piętnaście minut, podczas których wygodnie usadowiona na kanapie, oglądałam wiadomości i dowiadywałam się o ciekawych rzeczach, które aktualnie działy się w naszym kraju - czym aktualnie była kradzież sztucznych choinek ze sklepów oraz darmowe rozdanie żywych drzewek dla potrzebujących. Od dawna nic mnie tak bardzo nie znużyło jak to. To działało na mnie wręcz jak dobranocka na małe dziecko. Nie zorientowałam się nawet w którym momencie tej “kołysanki” udało mi się zapaść w dosyć głęboki sen.
    Obudziłam się prawdopodobnie parędziesiąt minut później, czując, jak ktoś przenosi mnie z jednego miejsca do drugiego. Niespokojnie się pokręciłam w czyimś uścisku, by po chwili powoli rozchylić moje zmęczone całym dniem powieki i unieść wzrok na dobrze znanego mi już mężczyznę. Delikatnie próbowałam złapać dłonią za jego koszulkę, jednak moje palce napotkały jego nagą, wyjątkowo ciepłą skórę, co spotkało się z dreszczem, który przepłynął przez całe moje ciało. Wtedy też Cam spostrzegł, że się obudziłam. Jego dziwnie łagodny wzrok spoczął na mojej twarzy, a kąciki jego ust uniosły się do góry. Nim zdążyłam wykrzesać z siebie chociaż jedno słowo, ten już zdążył położyć mnie na miękkiej pościeli w sypialni.
     - C-cam… - zaczęłam, jednak ten momentalnie uciszył mnie subtelnym gestem dłoni.
     - Shh, śpij. Dobranoc. - To były ostatnie słowa, które od niego usłyszałam. Zaraz potem ujrzałam, jak drzwi z cichym skrzypieniem się za nim zamykają, a ja pozostaję sama w ciemnym pomieszczeniu. Przez chwilę trwałam ze spojrzeniem utkwionym w złotej klamce, jednak gdy chwilę później otrząsnęłam się z tego dziwnego wręcz stanu, obróciłam się plecami do drzwi i okryłam swoje zmęczone ciało pierzyną. Zamknęłam oczy, by zaraz później zostać otulona objęciami morfeusza.

▼▲▼

    Następny dzień szykował się obiecująco. No, może prawie. Już na samym wstępie musiałam zająć łazienkę na dobre pół godziny, gdyż dzień wcześniej tak szybko padłam, że nie zdążyłam nawet wziąć prysznica. Dlatego też potrzebowałam wziąć go rano, przed naszym wyjściem na prawie cały dzień z mieszkania. Wykąpana i czysta założyłam na siebie zwykłe czarne spodnie i niedawno kupiony przeze mnie świąteczny sweter z Rudolfem na przodzie. Nie malowałam się. Wiedziałam, że podczas intensywnego wysiłku na siłowni, cały makijaż spłynie z mojej twarzy szybciej, niż by się na niej pojawił. W takim stanie byłam gotowa do wyjścia. Przez to wszystko, znaczy ponoć głównie przeze mnie, prawie spóźniliśmy się na poranną siłownię, którą Cameron dzień wcześniej nam zorganizował. Spędziliśmy w niej dobrą godzinę. Cameron skorzystał z wielu więcej obiektów niż ja. Moja uwaga skupiła się na bieżni. Znaczy, nie byłoby tak, gdybym nie założyła się z nim o pięćdziesiąt avarów, że przebiegnę dwadzieścia kilometrów w mniej niż dwie godziny. Jakie było zdziwienie na jego twarzy, gdy zrobiłam to w niecałe sto minut i wykończona padłam na posadzkę, znajdującą się dokładnie obok maszyny. Przez następne dwadzieścia minut nie ruszałam się z miejsca, a po dokładnych dwóch godzinach ćwiczeń mężczyzna musiał mnie siłą ciągnąć z powrotem do szatni, bym mogła się jakoś ogarnąć. Tam rzeczywiście doprowadziłam się do porządku i wychodząc z siłowni wyglądałam nawet lepiej, niż gdy opuściłam mieszkanie.
    Punkt siódma czterdzieści znaleźliśmy się w jednej z lepszych knajp w mieście, gdzie zjedliśmy jedno z lepszych śniadań, jakie miałam kiedykolwiek okazję zjeść. I nie tylko ja byłam nim zachwycona, Cameron również, jednak nie okazywał tego wprost. Wszystko dałam radę wyczytać w jego spojrzeniu. No cóż, przede mną nic się nie ukryje.
    O dziewiątej czekał nas seans. Jednak nigdy nie spodziewałabym się tego, co chłopak dla nas wybrał. Była to bajka, a konkretnie nowo powstały “Grinch” [grincz, zupełnie jak krindż]. Siedzieliśmy we dwójkę obok siebie, pośród tabunów rodziców z małymi i trochę większymi dziećmi. Dziwnie się czułam, otoczona przez takie towarzystwo, jednakże szybko przestałam zwracać na to uwagę. Szybko wciągnęłam się w produkcję i nie przeczę, byłam z niej bardzo zadowolona. Nie spodziewałam się, że mi jeszcze kiedykolwiek spodoba się jakaś współcześnie stworzona bajka. Niestety, jestem osobą, która oddała swoje serce bajkom z dzieciństwa, a te, które teraz powstają, są dla mnie totalnym dnem. Nie spodziewałam się, że jeden film zmieni moje spojrzenie na to wszystko [Jakby co to nie oglądałam nowego grincza xD Znam tylko tego z 2000 roku <3].
     - Jak się podobało? - spytałam się mężczyzny, gdy już wyszliśmy z kina. Wsadziłam swoje dłonie do kieszeni kurtki i spojrzałam na niego wyczekująco, z delikatnym, aczkolwiek ciągle rosnącym uśmiechem na twarzy.


< Cameron? Trochę słabe :/ I sorki, że musiałaś tak długo czekać >

+10 PD

24 gru 2018

Od Raven C.D Cameron

    Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Mimo tego, że obiecałam sobie, że już zaprzestanę z nim flirtować, zacznę kroczyć w innym kierunku i utrzymam tę relację na poziomie przyjaciół, wystarczyło wino i parę drinków, by wszystkie moje plany zostały zburzone tak łatwo, jak marny domek z kart. Obecność alkoholu w mojej krwi kompletnie tłumiła zdrowy rozsądek, przez co zaczęłam się kierować pożądaniem i tym, czego chciało moje ciało. Chciałam go dotknąć, pocałować. Chciałam go poczuć. W tamtym momencie nic innego się nie liczyła. Byłam ja, on i alkohol, który mieszał mi w głowie.
     - Idź już spać, Rav. - Odepchnął mnie delikatnie i wstał, uważając, bym nie spadła z kanapy na podłogę. Jaki troskliwy... - Chodź, zaprowadzę cię…
     - Ja chciałam na kanapie! - powiedziałam oburzona, by po chwili zaśmiać się wesoło w głos i ponownie złapać go za rękę, przyciągając w swoją stronę. Oblizałam dolną wargę i delikatnie ją zagryzłam, co dosyć na niego zadziałało, bo zobaczyłam delikatny rumieniec na jego twarzy. Chyba, że był on spowodowany wypitymi procentami… A z resztą, kogo to obchodzi? 
     - Jesteś już pijana - próbował wbić mi to do głowy, a jednocześnie starał się też zachować spokój. Jednak pomimo tego ja i tak wiedziałam, jak na niego działam. Ewentualnie był to tylko wytwór mojej wyobraźni, która ostatnimi czasy lubi płatać mi figle.
     - Nie wygłupiaj się - przeciągnęłam ostatnią literę i zachichotałam cicho, gdy przyciągnęłam jego twarz bliżej swojej. Każda, dosłownie każda komórka ciała krzyczała zdecydowane “TAK!”. Chciałam, żeby mnie dotykał, pieścił, całował, wypełnił mnie całą i doprowadził na kraniec rozkoszy, jednak nie potrafiłam zdzierżyć tego, że ciągle mi odmawia. Odrzuca to wszystko, jakby moje dosłowne oddanie się w jego ręce gówno dla niego znaczyło. Lecz ja mimo wszystko i tak próbowałam. Uparcie chciałam go pociągnąć w moją stronę i docisnąć mocno do materacu.
     - Boże, Rav, przestań - warknął głośniej, ostatecznie wyrywając ręce z moich objęć. Jak on mógł to zrobić? Zdusił tak brutalnie moje pożądanie skierowane w jego stronę, a ten najprościej w świecie… Zgniótł je butem jak najgorszego śmiecia. - Nie będę z tobą niczego robił - podkreślił z mocą, na co ja momentalnie opuściłam wzrok. Zdeptana, zażenowana i zdominowana. A ja odważyłam się zaproponować mu wspólną noc… Jestem głupia.
     - N-nienawidzę cię! - zaszlochałam głośno i momentalnie wstałam z kanapy, by pobiec w kierunku sypialni. Tam od razu zamknęłam drzwi na klucz i rzuciłam się na łóżko. Prędko złapałam poduszkę w dłonie i zaczęłam dosyć donośnie płakać. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Jak mogłam tak się zbłaźnić…

▼▲▼

    Następny dzień przyszedł dosyć szybko. Ja ledwo pamiętałam cokolwiek z poprzedniego wieczoru, a Cameron nie odezwał się w tej sprawie ani słowem. Dopiero później zaczęłam sobie powoli o tym przypominać, jednak i tak czy siak nie zaczęłam z nim żadnej rozmowy na ten temat. Czułam się zbyt mocno zażenowana tym, co się wydarzyło poprzedniego wieczora.
    Był to dzień jak codzień. Poszłam do pracy, wróciłam, w międzyczasie pouczyłam się trochę na studia i zawędrowałam pod kołdrę - nie licząc podstawowych potrzeb człowieka. Następne dni wyglądały całkiem podobnie. Znowu do pracy, studia i spać. Jednak w końcu, parę dni przed wigilią Bożego Narodzenia, ogarnęłam i przyniosłam nam do mieszkania średniej wielkości choinkę wraz z nowymi ozdobami, które trzymałam w paru torbach. Cameronowi dosłownie szczena opadła, gdy to wszystko zobaczył. Miałam wrażenie, że ten myślał, iż nasze święto obędzie się bez choinki. No cóż. Nie ze mną takie numery. Postawiłam mężczyznę przed czynem dokonanym i przekazałam żywe drzewko w jego ręce. Wszystkie ozdoby położyłam na kanapie, by chwilę później wyznaczyć miejsce położenia choinki.
     - To do roboty. - Podwinęłam rękawy mojego swetra z uśmiechem i zabrałam się wesoła za odpakowanie świeżych, nowiutkich ozdób świątecznych. - Chodź Rudy, sama tego nie zrobię. - Podniosłam wzrok na mężczyznę, na co ten westchnął cicho i podszedł do mnie, by zająć się tym samym, co ja.
     - Co najpierw zakładamy? - spytał, patrząc na to wszystko rozdarty. Wyglądał na kogoś, kto wyjątkowo od dawna nie ubierał żadnego światecznego drzewka. Podsunęłam mu więc pod nos nieodpakowane pudełko z lampkami i uśmiechnęłam się delikatnie.
     - Najpierw zawsze lampki, później ozdoby, a na samym końcu gwiazda na czubek i łańcuchy - odpowiedziałam na jego pytanie i ponownie zanurzyłam dłoń w jednym z worków. - Chyba dawno tego nie robiłeś, co?


< Wybacz za taką krótką chujnię, ale naprawdę ostatnio coś nie jestem do pisania :/ >

18 gru 2018

Od Raven C.D Cameron

     - Ouch. Chyba się nie polubimy - szepnął do mnie Cameron, na co ja tylko parsknęłam pod nosem i uśmiechnęłam się do właściciela mieszkania.
     - Bez przesady. Nie powinno być aż tak źle - odpowiedziałam mu ściszonym głosem, nadal będąc lekko rozbawiona.
    Powoli zaczynała docierać do mnie jedna, bardzo ważna myśl - zmieniam miejsce zamieszkania. To dosyć odważny krok. Zaczęłam szukać mieszkania tydzień temu, a teraz zaledwie za parę dni wyprowadzam się z miejsca, w którym się wychowałam. Nie wyobrażałam sobie tego. Gdyby ktoś powiedziałby mi miesiąc temu, że tak się stanie, to ja zaśmiałabym się mu w twarz i wyśmiała jego jakże głupi pomysł. Jednak chyba nadszedł w końcu czas na opuszczenie gniazda, które grzało się przez dobre parenaście lat. Jestem pewna, że wyjdzie mi to na dobre. Im wcześniej wkroczę w dorosłość, tym lepiej.
    Po niedługim czasie pożegnałam się z właścicielem wynajmowanego przeze mnie mieszkania i z Cameronem, któremu widocznie śpieszno było do swojego teraźniejszego (za niedługo już przeszłego) miejsca zamieszkania. Widocznie miał coś ważnego do załatwienia, zrobienia. Nie wiem, strzelam. Może po prostu chce mnie unikać na tyle, na ile może? Zmarszczyłam brwi. Rzeczywiście, jego zachowanie z ostatnich naszych paru spotkań samo w sobie temu dowodzi. To stąd zadał pytanie o Marka. Nie chciał się mieszać w związek ze mną, bo miał wrażenie, że dosyć szybko się to skończy. Fakt jest taki, że wrażenie go nie zawiodło. Naprawdę, nasz romans zakończyłby się równie prędko, jak się zaczął.
    To wszystko zaczęło mnie teraz zastanawiać. Wkrótce zamieszkamy razem, staniemy się współlokatorami, więc chyba powinniśmy trwać ze sobą w zgodzie, prawda? Takim oto sposobem doszłam do wniosku, że kompletnie zaprzestanę do niego podbijać. Nie mogę tego kontynuować, skoro wiem, że to wszystko długo nie potrwa. Mogę go zranić, wygląda na bardzo uczuciowego. Takie rany mogłyby pogorszyć atmosferę w domu, przy czym nasze humory także. Dlatego też lepiej utrzymać naszą relację na najzwyklejszej przyjaźni damsko-męskiej. Lepiej na nic więcej z mojej strony nie liczyć.
    Po powrocie do domu zaczęłam się pakować i uświadamiać domowników, że za parę dni mnie już tam nie będzie. Zacznę nowy rozdział w moim życiu w zupełnie innym mieszkaniu, z zupełnie innymi osobami. Powoli pakowałam wszystkie moje rzeczy do walizek, przy okazji znajdując dawno przeze mnie zgubione przedmioty. Breloczki, spinki do włosów, pierścionek też się znalazł. Wszystko oczywiście zabrałam ze sobą. Nie mogłam przecież tego zostawić, ani wyrzucić. Od zawsze tak miałam. Trudno było mi się pozbywać rzeczy, bo miałam wrażenie, że wtedy też tracę cząstkę swojej osobowości. I teraz też tak mam. Nie potrafię z tym walczyć.
    Dzień później nadszedł czas wyprowadzki. Postawiłam walizki przy drzwiach wyjściowych i zaczęłam się żegnać z wszystkimi domownikami. Po kolei. Najpierw służba, z którą mieszkałam na jednym piętrze. Dużo czasu przesiedziałam we wspólnym pokoju pokojówek, które zresztą były w moim wieku i bardzo dobrze się z nim dogadywałam. Ich pokój był naprzeciwko mojego, po mojej prawej mieszkały dwie kucharki w podeszłym wieku - Rosario i Marie. Obie były dla mnie jak babcie i zajęły się moim wychowaniem tak dobrze, jak tylko mogły. Bardzo dużo im zawdzięczałam i to właśnie z nimi żegnałam się najdłużej. Chociaż fakt, nie wyjeżdżam na drugi koniec kraju, jednak fakt jest taki, że za często tu wracać nie będę.
    Z właścicielami domu - panem Robertem i jego żoną - pożegnałam się zaledwie jednym zdaniem. Obeszło się bez żadnych czułości czy przytulasów. W końcu nie byłam ich rodziną, tylko jakimś dzieckiem, które straciło swoją matkę. Gorzej było z ich córką. Nie chciała mnie wypuścić z objęć przez dobre piętnaście minut. Gdy w końcu mi się udało wyrwać z jej objęć, w końcu opuściłam mury tej wielgachnej posiadłości.
    Na miejsce dotarłam w przeciągu parudziesięciu minut. Niestety jazda autobusami bardzo się dłużyła i ja odczuwałam te pół godziny jak całe dwie. Z tego co zauważyłam, to Cameron zdążył odebrać klucze do mieszkania wcześniej niż ja i to on wpuścił mnie do środka. Widać było, że dopiero niedawno tu przyszedł. Postawiłam walizki tuż obok jego jednej, stosunkowo niewielkiej. Z lekka zdziwił mnie ten widok, jednak w żaden sposób tego nie skomentowałam.
    Zaczęliśmy pierwszy dzień w naszym nowym mieszkaniu niezobowiązującą rozmową. Na różne tematy. Dopiero chwilę później przypomniałam sobie, że tutaj jest tylko jedno łóżko. Chciałam tę kwestię poruszyć jak najszybciej, więc jak przemknęliśmy przez jeden temat, to od razu zaczęłam ten, o którym myślałam:
     - Kto zajmuje łóżko? - zadałam dosyć zasadnicze pytanie. Cóż, wygląda na to, że jedno z nas będzie spało na kanapie.


< Cameronku? >

7 gru 2018

Od Raven C.D Cameron

    Jego pytanie kompletnie zwaliło mnie z nóg.
     - Przyjaźnisz się z Markiem? - Wypłynęło to z jego ust szybciej, niż sama zdążyłam o tym pomyśleć. Czy przyjaźnie się z Markiem? Chyba tak, skoro dobrze się z nim dogaduje. Fakt, otwarcie z nim flirtuję, co pewnie nie umknęło uwadze Cameronowi, ale nie bardzo obchodziło mnie to w tym momencie. Żyjemy w wolnym kraju i ja mogę się zachowywać tak, jak chcę i mogę się umawiać z tym, z kim chce. Nie mam więc na tym polu żadnych ograniczeń. Chociaż nie zaprzeczam, teraz najbardziej zależało mi na poderwaniu właśnie niego - mężczyzny, siedzącego obok mnie.
     - Tak. To coś złego? - Uśmiechnęłam się delikatnie, kładąc wolną rękę na jego kolanie, na co zareagował lekkim drżeniem ciała. Parsknęłam cicho w myślach. Urocze. A w powieściach miłosnych to zazwyczaj kobiety tak reagują na gesty zlecających się do nich mężczyzn. Jak widać, teraz zamieniliśmy się rolami.
     - N-nie - zająknął się raz, by po chwili odwrócić twarz w moją stronę i uśmiechnąć się delikatnie, tak, jakby nic dziwnego się nie zdarzyło. Uśmiechnęłam się do niego delikatnie, a moja dłoń powędrowała wyżej na jego udzie, bym mogła moją nogę bez problemu zahaczyć na jego kolanie. - Nie zapędzasz się trochę.
     - Nie - uśmiechnęłam się uroczo i położyłam delikatnie głowę na jego ramieniu. W tym samym momencie ten skończył jeść swojego pysznego gofra. - Tak mi wygodnie.
     - A mi nie - mruknął cicho i strzepał ze swojej nogi moją dłoń. Mogłam w jego głosie dostrzec nutkę zdenerwowania. Nie chciał się do mnie zbytnio zbliżać… Dlaczego? Może gdy zauważył, jak podrywam Marka, to pomyślał, że robię tak z każdym. W sumie… Jest to prawda, jednak nie robię tak z każdym. Tylko z tymi, którzy mi jakimś sposobem wpadli w oko. No cóż. Nie będę nad tym płakać, tylko znajdę inny sposób na to, żeby się za niego jakoś… porządnie zabrać.
    Nasze spotkanie po niedługim czasie od tego wydarzenia dobiegło końca. Chyba za bardzo go zawstydziłam - zachichotałam pod nosem, wchodząc z powrotem do wielkiej posiadłości. Od razu udałam się do swojego pokoju, mijając kuchnię przepełnioną w służbę. Wydostawały się z niej najróżniejsze, przepysznie pachnące zapachy, lecz ja nie mogłam sobie na to pozwolić. I tak za dużo dzisiaj zjadłam… Ostatnio z resztą też. Uznajmy tego burgera jako moją kolację.
    Gdy weszłam do pokoju, od razu wylądowałam pod prysznicem, spłukując z siebie cały trud minionego dnia. Po krótkiej kąpieli od razu, bez zbędnych ceregieli wskoczyłam w piżamę i udałam się z laptopem na łóżko. Otworzyłam go i wpisałam frazy, które wyszukiwałam też wczoraj i przedwczoraj. Oczywiście chodziło tu o wynajem mieszkania. Dla mnie, prawdopodobnie samej. Raczej nie potrzebowałam współlokatora. Miałam dobrze płatną pracę i opłacane studia przez pana Roberta. Nawet, jeśli nie dałabym rady zapłacić za czynsz w terminie, on poratowałby mnie paroma groszami. To naprawdę świetny człowiek.
    Następny dzień przyszedł szybciej, niż się spodziewałam. Najpierw oczywiście do pracy, tym razem na dzienną zmianę, więc nie miałam okazji spotkać Camerona i jego świetnej, rudej czupryny. Także wiadomą było, że wszystek mojej uwagi przejął Mark, do którego tym razem się nie przystawiałam. W końcu pracuje tu nie po to, by podrywać wszystko, co się rusza, tylko żeby się czegoś nauczyć i dobrze wykonywać swoją pracę. Pod koniec zmiany nawet zostałam pochwalona przez szefa kuchni, co wywołało u mnie na twarzy szeroki uśmiech.
    Po pracy nie zamierzałam zwlekać i moje nogi powiodły mnie wprost do jednego z bloków, znajdujących się niedaleko lokalu, w którym pracowałam. To tam znajdowało się jedno z mieszkań, które naprawdę przypadło mi do gustu. Z lekkim pośpiechem, nie mogąc się doczekać tego, co tam zastanę, powędrowałam na piąte piętro. Tam od razu go zauważyłam i posłałam w jego stronę delikatny uśmiech.
     - Dzień dobry. Przepraszam za spóźnienie, ale niestety wyszłam trochę później z pracy - wyjaśniłam powód mojego spóźnienia i poprawiłam włosy, które niesfornie opadały na moją twarz, przysłaniając mi widoczność.
     - Dzień dobry - odwzajemnił mój uśmiech i otworzył delikatnie drzwi. - Będziemy musieli się pospieszyć, bo za dziesięć minut jestem umówiony z kolejnym klientem.
    Kiwnęłam głową. Czyli nie tylko ja jestem chętna na to mieszkanie. Nie dziwota w sumie. Niezła okolica, dobra cena i dobrze zagospodarowane wnętrze - czyli trzy najważniejsze cechy mieszkań, którymi się kieruję.
    Gdy wkroczyłam do środka, od razu, z lekkim pośpiechem mężczyzna zaczął prezentować mi poszczególne pokoje. Czyli to co zawsze - niewielki przedpokój, odrobinę mniejsza łazienka, mały salonik połączony z kuchnią i sypialnia z dwuosobowym łóżkiem. Wszystkie pokoje miały na ścianach stonowane kolory, a ich umeblowanie wydawało się sprostujące moim oczekiwaniom. Innymi słowy chciałam to mieszkanie. Jak cholera. Jednak miałam też jeszcze parę innych do obejrzenia. Tamte jednak miały pewne mankamenty, które od samego początku mnie odrzucały i w dalszym ciągu to robią, jednak mimo wszystko chcę dać temu szansę.
    Po skończonym obchodzie, który trwał niewiele więcej niż pięć minut, wyszłam z mieszkania, informując mężczyznę, ze wstępnie jestem zainteresowana ofertą. Przyjął to do wiadomości z uśmiechem i ponownie stanął przed drzwiami, czekając zapewne na następnego klienta. Zbiegłam szybko po schodach na dół, jednak byłam ledwo w połowie schodów na trzecie piętro, gdy na mojej drodze stanął dobrze znany mi mężczyzna. Ta ruda czupryna mi chyba już nigdy nie wyleci z pamięci.
    Wpadłam na niego. Dosłownie wpadłam, zaskoczona przypadkowo odpychajac go na ścianę naprzeciwko. I to bynajmniej nie było specjalnie. To był stuprocentowy przypadek. Nie przystawiałam się do niego, chociaż bym chciała. 
    Chwilę później, gdy już przywykłam do naszego dziwnego spotkania, uśmiechnęłam się delikatnie do mężczyzny i zbliżyłam do niego o krok.
     - Hej, mieszkasz tu? - uśmiechnęłam się, podnosząc głowę do góry, by mój wzrok natrafił na jego i zagarnęłam kosmyk włosów za ucho.
     - Nie - odpowiedział niemal od razu, obniżając głowę w dół, by dostatecznie mnie widzieć. - Ty chyba też nie, skoro mnie pytasz o takie rzeczy - parsknął cicho z uśmiechem pod nosem.
     - Zamierzam mieszkać - poprawiłam go, z powoli wstępującym na moje usta uśmiechem. - Ty też idziesz oglądać mieszkanie? - uniosłam jedną brew do góry. W mojej głowie powoli zaczynał rozwijać się plan. Plan dotyczący tego mieszkania. Jest duże, więc może… zmieścilibyśmy się tam we dwójkę? To wcale nie jest taki głupi pomysł. Czynsz zostałby podzielony na dwie osoby, przez co od razu wychodzi taniej. A towarzystwo też jest ważne. Przykro byłoby wracać do mieszkania, w którym nie ma ani jednej żywej duszy.


< Co tam rudy? >

+10PD

20 lis 2018

Od Raven C.D Cameron

    Spotkanie z Cameronem - już od dawna nie byłam na żadnej randce i nie czułam takiej ekscytacji. O ile można było to nazwać randką. Nie wiem, jak on to zinterpretował, ani ja nie wiem, jak mam to nazywać. Randka? Zwykłe spotkanie znajomych? Nie mówiłam mu wprost, że to jest randka, więc może pozostanę przy tym, że jest to najzwyklejsze spotkanie? Tak. To jest dobre rozwiązanie, a raczej ja tak przeczuwam.
    Odłożyłam spódnicę na bok, a raczej rzuciłam ją niedbale na łóżko i wyciągnęłam z szafy czerwoną flanelową koszulę w kratę. Do tego dobrałam jeszcze czarne spodnie. Nie byłabym sobą, gdybym nie zrobiła jednej rzeczy - odpięłam trzy guziki od góry, wyraźnie odsłaniając swój dekolt. Niby nie randka, jednak nie znaczy to, bym miała się w jakikolwiek sposób powstrzymywać.
    Ostatecznie poprawiłam swoje włosy i wyszłam z posiadłości, informując o tym tylko jedną osobę - kucharkę Gen.
    Na miejsce spotkania dotarłam dwadzieścia minut po wyjściu z domu - komunikacja miejska potrafi zdziałać cuda. Co prawda spóźniłam się parę minut, jednak nie było to tyle, bym miała z tego powodu wyrzuty sumienia.
    Dosyć szybko zauważyłam w niewielkim tłumie Camerona. Z uśmiechem na ustach podeszłam do niego od tyłu i stanęłam na palcach specjalnie, by zakryć mu oczy dłońmi.
     - Zgadnij kto - wyszeptałam mu zmysłowo do ucha, na co zareagował delikatnym drżeniem. Uśmiechnęłam się zadowolona tym, że tak to na niego zadziałało. Niby miała zachować do niego lekki dystans… Kto tak powiedział? Chyba ja… No cóż, najwyraźniej była to obietnica bez pokrycia, a moja natura nie pozwala, wręcz sama wpycha mnie w jego ramiona, a ja nie zamierzam się jej sprzeciwiać.
     - Raven - stwierdził, łapiąc mnie za dłonie i ściągnął je ze swojej twarzy, obracając się do mnie przodem z lekkim uśmiechem na ustach. - Spóźniłaś się.
    Machnęłam na to ręka.
     - A tam, to prawie nic.
     - Gdzie byś chciała iść? - spytał, odsuwając się ode mnie na bezpieczną odległość, przez co odciął mnie od przyjemnego ciepła płynącego z jego ciała. Momentalnie zawładnął mną delikatny chłód wieczora.
     - Tam, gdzie będzie chociaż trochę cieplej - podsunęłam, zaczynając się rozgrzewać, przez pocieranie dłońmi o moje ramiona. Chciałam chociaż odrobinę ogrzać, lecz bezskutecznie.
     - To może tutaj? - Wskazał ruchem dłoni na pobliską knajpę z fast foodem. Niekoniecznie chciałam tam iść. Od tygodnia cały czas jestem na bardzo tłustej diecie… To znaczy odkąd wzięła mnie ochota na burgera, czyli jakieś… prawie dwa tygodnie. I tak od tamtego momentu codziennie jem to jakieś frytki, to mięso, które tak naprawdę prawie wcale nim nie jest, tylko czystą chemią nasączoną toną oleju. Wstyd mi to przyznać, ale to był najpiękniejszy czas w moim życiu.
     - No nie wiem, czy akurat tutaj…
     - Dieta? - parsknął cicho, wsadzając dłonie do kieszeni. Możliwe, że jemu też było chłodno.
    Pokręciła lekko głową.
     - Właśnie za dużo jem rzeczy tłustych w ostatnim czasie… ale co mi tam, - machnęłam ręką, - chodźmy.
     - Jesteś strasznie niezdecydowana - zauważył, parskając cichym śmiechem i otworzył przede mną drzwi do knajpy. Podziękowałam mu lekkim skinieniem głowy i weszłam do środka.
     - Wiem - zaśmiałam się cicho i wyciągnęłam portfel z torebki, - taki mój urok.
     - Chowaj ten portfel, ja zapłacę - powiedział, tak jakby z dumą w głosie i wyciągnął swój. Co prawda był lekko poszarzały, stargany i widać było, że dużo przeszedł, ale portfel, to portfel. Ważne, że jeszcze trzyma pieniądze.
     - Zgłupiałeś. Mam pieniądze, to sama za siebie płacę - powiedziałam z lekka zbulwersowana, już powoli wyciągając banknoty.
     - Nalegam.
    Westchnęłam ciężko.
     - Jak wyjdziemy na następne spotkanie, to wtedy ja stawiam. Właśnie stargałeś moją dumę - powiedziałam z udawaną urazą, chowając pieniądze z powrotem do portfela.
     - Ty też stargasz moją dumę, gdy za mnie zapłacisz - odpowiedział tym samym tonem, jednak lekko się uśmiechał.
     - To będziemy kwita - parsknęłam cicho, podchodząc razem z nim do kolejki przy kasie. Spojrzałam w górę na tablicę, na której widniały różne przysmaki, które były czymś cudownym dla moich kubków smakowych. Nie moja wina, że mam słabość do fast foodu.
    Cameron zaczął wyciągać banknoty z portfela.
     - Co byś chciała? - zerknął na mnie, na co szybko odpowiedziałam:
     - Tego hamburgera - wskazałam ruchem głowy na jego obrazek na tablicy. - Z wołowiną… znaczy czymś mięso podobnym.
    Zamówienie i odebranie posiłku zajęło nam tylko parę minut, dlatego też już po niedługim czasie siedzieliśmy obok siebie w lekko przyciemnionym kącie lokalu. Czerwone lampki, które były przyczepione i poprowadzone przez ścianę obok nas, budowało ciekawy i przyjemny dla mnie klimat.
     - Boże - powiedziałam do siebie, przeżuwając pierwszy kęs mojego posiłku. - Czemu ja tu nigdy wcześniej nie byłam…?
     - Ja też jestem tu pierwszy raz - zaśmiał się, przełykając przeżute już jedzenie.
     - Przychodźmy tu częściej - zaproponowałam, uśmiechając się do niego. Całe to jedzenie i pobyt w tej knajpie odsunął mój cel na drugi plan. A co jest tym celem? Poderwanie go, ot co. Bez powodu nie wychodziłabym z nim nigdzie. No co jak co, ale na jedzenie ani jego, ani nikogo innego nie poderwę. Co jest fajnego i ciekawego w oglądaniu dziewczyny, jak ona je, spokojnie przeżuwa posiłek i nie zwraca na nic innego uwagi? Właśnie, nic… Chyba, że się trafi na osobę, którą to kręci w jakiś dziwny i chory sposób. Zdobycie takiej osoby byłoby nader łatwe. Po raz kolejny moje przemyślenia przysłoniły mi wszystko, co się dzieje tu i teraz. Ja to jednak jestem dobra.


< Cameron? >

18 lis 2018

Raven Marshall

Na zdjęciu: Nobody knows.
Motto: “Carpe diem”
Imię: Dumne, albo i w sumie nie tak bardzo imię - Raven. Po prostu Raven, żadnych innych udziwnień tej wersji nie preferuje.
Nazwisko: Nosi dumne nazwisko - Marshall.
Wiek: Dokładnie dziewiętnaście latek z małym ułamkiem.
Data urodzenia: Szesnasty października (ta data ogólnie nie znaczy nic dla autorki, po prostu jest ładna).
Płeć: Kobieta, chyba nie trudno zauważyć?
Miejsce zamieszkania: Niewielki pokoik dla służby w wielkiej posiadłości państwa Richardsonów. W pomieszczeniu ma drzwi, przez które może się dostać do jej własnej łazienki. Sam pokój jest przestronny, lecz strasznie ubogo urządzony. Składa się z niewielkiego łóżka, biurka z krzesłem i szafy, nie licząc jej prywatnych rzeczy, porozwalanych po kątach. Jakoś nie chciała tego wszystkiego dekorować, licząc na to, że w końcu uda jej się uzbierać pieniędzy na wynajem własnego mieszkania.
Orientacja: Heteroseksualna, jest naprawdę otwarta na różne propozycje.
Praca: Stażystka w jednej z restauracji w centrum miasta, jednocześnie studiująca psychologię.
Charakter: Gdy patrzysz z boku, widzisz zupełnie zwykłą i niepozorną dziewczynę o kruczoczarnych włosach i przenikliwym wzroku. Kiedy jednak podejdziesz bliżej i ją zaczepisz, ta odwróci się do ciebie przodem i uśmiechnie się delikatnie. Wtedy są tylko dwa wyjścia - albo sprytnie cię spławi, albo też zainteresowana twoją osobą przystanie na krótką rozmowę, która - jeśli jesteś mężczyzną - powoli z jej strony przemieni się w niewinny, zupełnie niezobowiązujący flirt - cała Raven… No, może jednak nie cała, ale w dużym stopniu.
    Często na początku znajomości, pobytu w nowym otoczeniu, wśród nowych, zupełnie nieznajomych jej twarzach zaczyna się denerwować, stresować, co później przekłada się na jej zachowanie w stosunku do innych. Robi się opryskliwa i po prostu najzwyklej w świecie wredna. Nie dopuszcza do siebie zupełnie nikogo, dopiero po czasie jej stosunek do innych się zmienia i zaczyna się zachowywać zupełnie jak niewyróżniająca się niczym dziewczyna - nie licząc licznych flirtów, jakimi zaszczyca prawie każdego osobnika płci męskiej.
    Raven ogółem nie bywa wredna… No, może troszkę… Czasami nawet bardzo troszkę. Dziewczyna to taka jedna wielka mieszanka większości cech, jakie można spotkać. Odważna, pewna siebie, taka trochę damska casanova, przylepiająca się do każdego mężczyzny, jakiego spotka, jednak można ją zawstydzić. Z trudem, ale można. Swoją nieśmiałość w niektórych momentach właśnie zawsze stara się skryć za wszystkimi warstwami jej cech, przez co ona staje się niewidoczna. Podobnie jest ze strachem i wrodzoną głupotą, która zawsze ujawnia się po wypiciu kilku głębszych.
    Dziewczyna nie jest jednak osobą, z którą nie da się porozmawiać. Wręcz przeciwnie, jest bardzo towarzyska. Mogłaby spędzać czas wśród ludzi godzinami, rozmawiając z nimi, pracując, spędzając dobrze czas. Potrafi być miła i nie jest w żadnym stopniu sztywna - wręcz przeciwnie. Potrafi się bardzo dobrze bawić, nawet na tych najbardziej prymitywnych imprezach. Jej poczucie humoru też jest zauważalne i trzyma się bardzo dobrze.
    Współczucie i chęć pomocy to też są znane jej uczucia. Co prawda potrafi przejść obok kogoś obojętnie i nie podać mu pomocnej dłoni, lecz jeśli chodzi o osoby, z którymi jest bliżej, to tak postąpić by nie mogła. Sumienie i poczucie winy wyżerało by ją od środka.
    Jest bardzo inteligenta. Często też korzysta z tego, że potrafi dobrze manipulować ludźmi i to tak, żeby ci nie wiedzieli, że ta ma na nich jakikolwiek wpływ. Z tego powodu akurat nie miała nigdy wyrzutów sumienia.
    Stara się być jak najbardziej niezależna. Przestała przyjmować pieniądze od Roberta, jednak nadal boli ją to, że musi siedzieć na jego utrzymaniu, gdyż sama za swoją własną, niewielką pensję nie wyżyje.
    Podsumowując. Raven to, można powiedzieć, taka damska casanova, zarywająca do prawie każdego napotkanego mężczyzny. Bardzo odważna i pewna siebie, bywa też wredna, lecz nie znaczy to, że nie da się z nią porozmawiać, odczuwa także współczucie i równie często ma wyrzuty sumienia z wielu powodów. Jest też bardzo rozrywkowa i ma duże poczucie humoru.
Hobby: Od najmłodszych lat kształtowała swoje zainteresowania, które prawdę mówiąc tylko w niewielkim stopniu przeniosły się na to, co robi teraz.
    Gastronomia. Owszem, przez pewien czas chciała pójść w tym kierunku, jednak ostatecznie jej się to odwidziało i wybrała drogę na studia psychologiczne. Mimo to jednak dziewczyna znalazła zatrudnienie jako stażystka w restauracji. Cieszy się z tej posady. Może jeszcze bardziej rozwinąć swoje kulinarne umiejętności i doskonalić się w tym, co już potrafi, a ilość przepisów, które ma w małym palcu, ciągle rośnie.
    Od małego lubiła śpiewać. Jako dziewczynka często przebierała się w ubrania swojej mamy i ze szczotką do włosów w dłoni udawała gwiazdę, śpiewając do lustra piosenki, które niejednokrotnie słyszała w radiu. Może i nie miała, ani nie chodziła na żadne lekcje śpiewu, ale mimo to dużo osób gdy słyszą, jak nuci albo podśpiewuje jakiś kawałek piosenki pod nosem, mówią, że ma ładny głos.
    Od zawsze miała słabość do planszówek. Wystarczyło jej tylko pięć minut na obeznanie z instrukcją i od razu była w stanie położyć wszystkich na łopatki. Odkąd pamięta, najbardziej lubiła gry strategiczne.
Aparycja|
- wzrost: 175 centymetrów,
- waga: 63 kilogramy.
- opis wyglądu: Raven to jasnoskóra, szczupła dziewczyna. Jest w stu procentach świadoma tego, jak wygląda i w jakim stopniu pociąga mężczyzn, dlatego też nie boi się tego wykorzystywać. Wąskie ramiona, niemalże idealnych rozmiarów piersi i biodra proporcjonalne do reszty ciała sprawiają, że mieści się w prawie wszystkie możliwe ubrania o rozmiarze S. Jak wiadomo ludzie nie są idealni i każdy ma swoje mankamenty. U niej akurat jednym z nich jest niewielka ciąża spożywcza, którą stara się ukrywać spodniami z wysokim stanem i nawet dobrze jej to wychodzi. Prócz tego jedną z cech, których w sobie nie lubi to dosyć mocno zarysowana szczęka i włosy z lekka przypominające czarne siano - na skutek ciągłego ich farbowania w nastoletnim wieku.
    Twarz ma proporcjonalną do reszty ciała, a zdobi ją niewielki nos, równie niewielkie acz pełne usta i oczy o barwie zielono-niebieskiej. Nie należy zapominać też o wspomnianej powyżej delikatnie zarysowanej szczęce. Kości policzkowe ma równie wyróżnione. Całość okala burza ciemnych, można by powiedzieć że wręcz czarnych włosów, sięgających jej do łopatek.
    Nie ma konkretnego stylu, w jakim się ubiera. Czasami mogą być to czarne, przetarte jeansy i flanelowa koszula w kratę, albo bluzka z odkrytymi ramionami i rozkloszowana spódnica, czy też naprawdę skąpa sukienka. Różnie bywa, w zależności od okazji. U niej też istnieje coś takiego, jak ubiór “po domu”. Są to zazwyczaj jakieś stare dresy, getry i zniszczona, wygodna bluza, bądź też koszulka. Innymi słowy - wszystko, w czym jest jej wygodnie.
- pozostałe informacje: Jeśli chodzi o tatuaże, dziewczyna jest czysta jak łza. Jej ciało nigdy nie doznało dyskomfortu spod igły tatuażysty. Jedyne, co może się znaleźć w tym punkcie, to chyba to, że dziewczyna nosi okulary z dużymi szkłami, jednak tak czy inaczej częściej można ją zauważyć w soczewkach.
- głos: Julia Michaels
Historia: Raven była nieplanowanym dzieckiem Scarlett - pokojówki, pracującej na posesji bogatego biznesmena, i Roberta, który w rzeczy samej był jej pracodawcą. Był to przelotny romans, nie wywołany żadną głębszą miłością, tylko niczym innym, jak pociągiem seksualnym. Na samym początku jej matka była zdesperowana. Nie wiedziała, co ma ze sobą począć, gdzie znajdzie pracę, dom? Jednak Robert nie był taką świnią, jak większość innych bogatych mężczyzn. Pozwolił jej zostać pod swoim dachem, pod warunkiem, że wieść o ich romansie pozostanie tylko między nimi. Kobieta oczywiście przystała na tę propozycję, jak to mówią - darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.
    Szesnastego października na świat przyszła mała dziewczynka, kropka w kropkę podobna do swojej matki. Scarlett była nią zauroczona i już od pierwszych chwil jej życia nie miała zamiaru jej nikogo oddawać. Jej ojciec natomiast, starał się zachowywać tak, jakby ona w ogóle nie istniała. Jakby nie była jego córką.
    Z każdym kolejnym minionym rokiem Raven dorastała i dowiadywała się coraz to więcej o otaczającym ją świecie. Była strasznie ciekawa wszystkiego i akurat znalazła się wśród ludzi, którzy byli skorzy do opowiadania jej na wszelkiego rodzaju pytania, przez co dziewczynka, gdy poszła do pierwszej klasy, wiedziała o wiele więcej niż inne dzieci. Potrafiła nawet czytać i całkiem ładnie pisać.
    Gdy skończyła trzynaście lat, w jej życiu nastąpił przełomowy moment - jej matka dostała udaru, na wskutek którego umarła. Dziewczyna przez dobre parę miesięcy nie potrafiła się z tym pogodzić i prawie że codziennie chodziła zapłakana. To był dokładnie ten czas, kiedy zaprzyjaźniła się bliżej ze swoją przyrodnią siostrą - Thalią. Nie musiało minąć dużo czasu, by te zaczęły się naprawdę dobrze dogadywać i w mgnieniu oka zostały najlepszymi przyjaciółkami. Wtedy też ojciec zaczął na nią zwracać większą uwagę. Załatwił jej lepszą szkołę i warunki. Zorganizował jej całą wyprawkę do szkoły i zaczął dawać kieszonkowe, by nie chodziła cały czas w tych samych, podartych spodniach.
    Szesnaście to taka ładna liczba, prawda? To był wiek, w którym Raven poważnie zaczęła interesować się płcią przeciwną. Właśnie wtedy do oka wpadł jej syn Roberta - Andrew. Nie mając pojęcia, że ten jest jej przyrodnim bratem, zaczęli ze sobą flirtować. Ten niewinny flirt zmienił się nie tylko w pożądanie, ale i też uczucie, jakie powoli zaczynali do siebie żywić nastolatkowie. Swój związek ukrywali przed wszystkimi, nawet jego rodzicami. No bo przecież - taka dziewczyna jak ona, z takim chłopakiem jak on? Co ludzie powiedzą? Niestety jak wiadomo pierwsze miłości nie trwają długo i ich miłość skończyła się równie szybko, jak się zaczęła. Jednak zerwanie nie przeszkodziło im w tym, żeby nie zaspokajali sobie nawzajem swoich cielesnych pragnień. Robią to w dalszym ciągu.
    Aktualnie ma dziewiętnaście lat i żyje sobie tak… jak dawniej. Jedyną zmianą było pójście do pracy i rozpoczęcie studiów.
Rodzina: 
Robert Richardson - ojciec dziewczyny. Bogaty biznesmen i działacz społeczny. Pozwolił ciężarnej Scarlett zostać pod jego dachem, pod warunkiem, że informacje o jego zdradzie i spłodzeniu przez niego bękarta nie wypłyną na światło dzienne. I tak właśnie było, mężczyzna nie brał czynnego udziału w jej wychowaniu, ani też zbytnio nie interesowało go to, jak jego córka z nieprawego łoża się rozwija. Jednak po śmierci Scarlett stwierdził, że musi się nią jakoś zająć. Załatwił jej dobrą szkołę, a później opłacił stypendium na studia. Szkoda tylko, że dopiero po śmierci jej matki doszedł do tego, że dziewczyna potrzebuje ojca z czynu, a nie z nazwy. Raven w dalszym ciągu nie ma pojęcia, że jest z nim spokrewniona. Po prostu uważa, że ten jest dobrym człowiekiem i ma serce.
Scarlett Marshall - matka Raven. Z początku, gdy zaszła w ciążę była zdesperowana, nie wiedziała co ze sobą pocznie, gdzie będzie mieszkać  i co będzie jej dzieckiem. Jednak gdy Robert wyciągnął w jej stronę pomocną dłoń, to westchnęła z ulgą i w końcu zaczęła się cieszyć z tego, co ją spotkało. Nawet mimo tego, że jej córka nie będzie otoczona bezpośrednią opieką od strony ojca. Po urodzeniu dziewczynki chciała dla niej jak najlepiej, dopóki nie została ściągnięta z tego świata do piachu, kiedy Raven miała trzynaście lat. Dziewczyna nadal ma ją w pamięci jako złotą kobietę i kochającą matkę.
Thalia Richardson - przyrodnia siostra dziewczyny [o czym oczywiście obie nie wiedzą]. Od czasów gimnazjum są najlepszymi przyjaciółkami i póki co nic nie wskazuje na to, że ta długa przyjaźń się skończy. Obie są w tym samym wieku i uczęszczają na tą samą uczelnię, tyle, że Thalia wybrała się na kryminologię.
Andrew Richardson - przyrodni brat Raven, starszy od niej o parę lat. Na samym początku nie przepadali za sobą, można powiedzieć, że się wręcz nienawidzili. Gdy Raven miała szesnaście lat, ta nienawiść przeobraziła się w płomienne uczucie, z którego powstał paromiesięczny, szczęśliwy i ukrywany przed wszystkimi związek. Jednak skończył się równie szybko, jak się zaczął. Mimo tego nadal czasami ze sobą sypiają, nie wiedząc nawet, że łączą ich więzy krwi.
Partner: Brak
Potomstwo: Nope, nie ma żadnych. Nawet za nimi specjalnie nie przepada i ani myśli o tym, żeby mieć jakieś w przyszłości.
Ciekawostki: 
     - Jej ulubione kolory to miodowy, czarny i ciemnozielony.
     - Miłośniczka zielonej herbaty i “koneserka” win różnego rodzaju [najbardziej lubi te półsłodkie].
     - Posiada prawo jazdy, jednak w ogóle z niego nie korzysta.
     - Ciągle bierze leki antykoncepcyjne, tak na “wszelki”.
     - Kiedyś miała przefarbowane włosy na kolor ciemnozielony.
     - Dziewczyna nie mówi nigdy otwarcie o tym, że jest “sierotą”. Wspomina o tym dopiero, gdy rozmowa dokładnie tego dotyczy, jednak i tak czy siak stara się jakoś wywinąć od powiedzenia prawdy i czym prędzej zmienić temat.
Zwierzęta: Nie ma żadnego zwierzątka. Kiedyś chciała królika, albo świnkę morską, lecz nie było jej to dane.
Pojazd: Komunikacja miejska here.
Kontakt: Pandame [hw].