Nasłuchiwałam, jak naprzemiennie trzaskała drzwiami i wyrzucała z siebie wiązki różnobarwnych przekleństw wyrażających zirytowanie zgubionymi kluczami albo natrętnym szefem. Mimo że znajdowałam się za dwiema grubymi ścianami, widziałam, jak po salonie latały puste pudełka po chińszczyźnie i pizzy, a opróżnione butelki wina obijały się o siebie, poustawiane w każdym możliwym, wolnym miejscu przy kanapie. W salonie najprawdopodobniej panował taki chaos, jaki zwykł panować od śmierci taty, od przeszło pięciu lat spędzonych na pobijaniu rekordu wypitych lampek wina w ciągu jednego wieczora. Myślę, że od powrotu do mieszkania zdążyłam wydeptać ścieżkę z mojego pokoju do łazienki i z powrotem, w praktyce nie robiłam niczego innego i gdyby nie Mel regularnie dostarczająca mi posiłki, które prędzej czy później lądowały w ściekach razem z resztą moich wnętrzności, nie ruszyłabym się z łóżka do końca zasranego życia, a może jeszcze kilka lat dłużej, tak dla pewności, że aby na pewno nie żyję, a moje zwłoki w najlepsze rozkładają się pod grubą warstwą kołder i koców. Wzięłam głęboki oddech i ukryłam głowę w poduszce, kiedy mama na dobre wyszła z mieszkania. Była więc siódma rano, a ja rozpoczynałam kolejny bezwartościowy dzień bycia społeczną niedorajdą, która od trzech dni zalegała we własnym łóżku, zbyt przerażona, żeby wyjść poza próg mieszkania.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Charlie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Charlie. Pokaż wszystkie posty
2 sie 2020
27 mar 2020
Od Charlie
Powietrze z charakterystycznym świstem wydostało się spomiędzy moich warg, jednocześnie wprawiając w ruch jeżynową gałązkę uschniętej rośliny. Opierając się dłońmi o własne uda, ze wszystkim sił starałam się uspokoić stargane nerwy, nierówny oddech, doprowadzić do porządku skołatane serce i pozbyć się tego nieznośnego bólu w pachwinach, miarowo wciągając i wypuszczając powietrze z płuc. Przymrużone oczy, narzucony na głowę kaptur i słuchawki w uszach bez dwóch zdań nie wyostrzały moich zmysłów. Rytmicznie wygrywana na perkusji melodie zagłuszana była przez szum krwi, a kiedy zerkałam w dół, na swoje stopy, z trudem odróżniałam kamienie od piachu, a piach od koloru własnych butów. Raz po raz łapałam się to za głowę, to za czoło, za policzki i za brodę — uciążliwe kręcenie nie ustawało, miałam nieodparte wrażenie, że świat przedstawiał mi jeden z tańców latynoskich, tym samym grając mi i mojemu błędnikowi na nosie. Czułam, jakby ktoś wwiercał mi się w brzuch, odsysał jego zawartość, a właściwie pozostałości, resztki posiłku ze wczoraj. Przełyk desperacko domagał się nawilżenia, a ja biłam się w pierś, że i tym razem zostawiłam butelkę wody w domu, zamiast wziąć ze sobą. Każda możliwa myśl krążyła wokół tematu głodu. Byłam niezdolna do ruchu, mimo to cały czas biegłam, stopniowo zatracając się w jednostajnym ruchu moich nóg. Prawa, lewa, prawa, lewa. Wkrótce zaczęłam robić to odruchowo, nie wpływałam na to, byłam widzem, biernym obserwatorem. Prawa, lewa, dopóki nie wybiegłam z lasu. Myśl o krótkiej przerwie porzuciłam z chwilą przekroczenia linii oddzielającej piaskową ścieżkę od asfaltowej drogi. Ostatnia prosta, uparcie przekonywałam się do biegu pomiędzy seriami ciężkich oddechów z otchłani płuc. Zbywałam rozwiązane sznurówki, plączące się nogi, na horyzoncie widziałam mój dom i zaczęłam szczerze zastanawiać się, czy nie powtórzyć serii. Jak na rozkaz, żołądek wydał z siebie odgłos burczenia, w głowie zakręciło mi się o stokroć mocniej niż dotychczas, a obraz przypominał prędzej plamę, niż jakikolwiek wyraźny widok. Całym ciałem opadłam na siatkę ogradzającą działkę, chudymi palcami otaczając ostre pręty na jej końcach.
23 sty 2020
Od Charlie C.D Brooke
Na nagich skrawkach skóry poczułam charakterystyczny chłód lipcowego poranka. W cienkiej, gdzieniegdzie prześwitującej piżamie z dawnych lat wynurzyłam się za drzwi niczym zjawa zbudzona z wiekowego snu, z podkrążonymi oczami, zamglonym spojrzeniem i niemałym bałaganem na głowie — dosłownie i w przenośni. Dopiero w tamtej chwili, kiedy bosą stopą nastąpiłam na chropowatą, zimną kostkę, dotarły do mnie wszystkie istniejące bodźce. Nie mniej zdezorientowana rozejrzałam się dookoła — zerknęłam na dom sąsiadów, na zaniedbane tuje nieopodal naszego płotu, w głąb korytarza, zagraconego pudełkami po jedzeniu i niewyniesionymi butelkami wina, finalnie przeniosłam spojrzenie na oczekującą mnie Brooke. Poczułam znajomą woń, mieszankę wszystkich zapachów dochodzącą z wnętrza mojego lokum, a kiedy w całej okazałości przekroczyłam próg, doszedł mnie także zapach trawy, rosy, otoczenia, spotęgowany deszczowymi rewelacjami, które miały miejsce tej nocy. Wzięłam głęboki wdech, otrzepałam krótkie spodenki z niewidzialnego kurzu i, przysięgam, to wszystko trwało lata, a nie zaledwie parę sekund, jakie oddzielało nas od nadchodzącej porażki. Instynktownie złapałam za włosy, potrząsnęłam nimi, przywołałam do porządku. Fakt, iż Brooke widzi mnie w takim stanie, powodował u mnie co najmniej skręt żołądka, ponieważ, bądź co bądź, niewiele się zmieniło od naszej wyprawy nad jezioro i w dalszym ciągu nie byłam przekonana do pokazywania swoich nóg w pełni. Odsunęłam się o krok — na mojej drodze stanęła ściana, więc odbiłam się od niej, wydając z siebie niepożądany dźwięk przypominający pokraczne stęknięcie.
17 lis 2019
Od Charlie C.D Brooke
Bacznie obserwowałam poczynania pozbawionej ubrań Brooke Middleton, która raz za razem wykonywała zamaszyste ruchy ramionami, by utrzymać się na powierzchni. Jej pewność siebie wskazywała na to, iż potrafiła pływać, ba!, robiła to naprawdę sprawnie i nigdy nie pomyślałabym, że jeszcze tak niedawno leżała w szpitalu, w śpiączce, po poronieniu. Na mojej twarzy pojawił się grymas — był to grymas wyrażający zarówno współczucie, jak i wściekłość. Byłam wściekła na życie. Byłam wściekła na życie za to, jak traktowało młodych ludzi. Jak traktowało młodych, niczemu niewinnych ludzi. Ci, którzy zachowywali się jak istne bydło wiedli wspaniały żywot. Słowa Brooke wstrząsnęły mną, poczułam coś, co dobrze znałam, ale sto razy mocniej. Moje życie nigdy nie było usłane różami, cały czas coś się działo, bez względu na humor mamy, każda sytuacja była odpowiednią okazją do wszczęcia kłótni. W pewnym momencie miałam już dość bycia córką na posyłki, Charlie do wino, Charlie po papierosy. Wszystko z własnej kieszeni. A później pretensje, kiedy pytałam, czy mogłaby zamówić pizzę. Nie mogłaby. Powtarzała, że powinnam się usamodzielnić. Ale w tamtej znaczącej chwili na jakiś czas zapomniałam o własnych demonach. W tamtej chwili uświadomiłam sobie, że to, co przechodzi dziewczyna w moim wieku to istne piekło. Myśli zaczęły krążyć tylko wokół niej, wokół tego, kim jest, jak naprawdę wygląda jej życie, a jaką iluzję tworzy. Chciałam zdjęć z jej bark ten ciężar, chciałam zobaczyć uśmiech Brookie i powiedzieć, że odtąd wszystko będzie dobrze. Bo ona na to zasługiwała, mimo wszystko. Obawiałam się jednak, iż to niemożliwe, iż stało się za dużo i jedyną drogą, dzięki której Brooke wyjdzie na prostą, jest wszczęcie śledztwa i dojście do tego, kto stoi za serią niefortunnych zdarzeń w jej życiu.
5 lis 2019
Od Charlie C.D Brooke
Zamykam powoli oczy, pozwalając pojedynczym łzom spłynąć z rozgrzanych, z pewnością czerwonych policzków. W myślach liczę do pięciu i otwieram je, aby zamrugać kilkakrotnie w celu pozbycia się zalegających pozostałości w postaci łez. Odczekuję jeszcze parę krótkich chwil, wbijając przepełnione żalem spojrzenie w Brooke — dziewczyna z trudem utrzymuje kontakt wzrokowy, co tylko potęguje poczucie smutku. Nawet nie wiem, co mogłabym teraz powiedzieć. Co byłoby stosowne?
Prawdę mówiąc, moja głowa świeci pustką. Równocześnie w gardle powstaje coraz to większa gula, która skutecznie uniemożliwia mi wyduszenie jakiegokolwiek słowa, z podobnym trudem łapię powietrze — moje oddechy są płytkie i nieregularne. Nie nasuwają mi się żadne pytania. Żadne stwierdzenia. Ogarnia mnie przerażająca bezradność. Przełykam ślinę, równocześnie przykładając palce wskazujące do kącików oczu, pocieram je z całą siłą. Zaczynają piec. Te niepozorne czynności teraz nabierają innego tonu, skupiam na tym całą swoją uwagę, jednocześnie nie mogąc pozbierać się po tak szczerym wyznaniu ze strony Brooke. Ze strony Brooke, która dotąd była dla mnie zwyczajną dziewczyną, jaką odwiedzałam głównie dlatego, iż przez cały ten czas było mi jej okropnie szkoda, szczególnie teraz, gdy straciła swoją nienarodzoną pociechę. Mimo tego, momentami odczuwałam w stosunku do niej swego rodzaju sympatię, która spowodowana była najpewniej licznymi chwilami spędzonymi razem w ciągu tego niedługiego okresu. Na swój własny, unikalny sposób polubiłam Brooke Middleton, toteż historia, którą przed momentem mi opowiedziała, stała się nagle czymś, co doprowadza mnie do łez, wzbudzając przy tym przepotężną chęć przyniesienia ukojenia w jakiejkolwiek postaci.
Prawdę mówiąc, moja głowa świeci pustką. Równocześnie w gardle powstaje coraz to większa gula, która skutecznie uniemożliwia mi wyduszenie jakiegokolwiek słowa, z podobnym trudem łapię powietrze — moje oddechy są płytkie i nieregularne. Nie nasuwają mi się żadne pytania. Żadne stwierdzenia. Ogarnia mnie przerażająca bezradność. Przełykam ślinę, równocześnie przykładając palce wskazujące do kącików oczu, pocieram je z całą siłą. Zaczynają piec. Te niepozorne czynności teraz nabierają innego tonu, skupiam na tym całą swoją uwagę, jednocześnie nie mogąc pozbierać się po tak szczerym wyznaniu ze strony Brooke. Ze strony Brooke, która dotąd była dla mnie zwyczajną dziewczyną, jaką odwiedzałam głównie dlatego, iż przez cały ten czas było mi jej okropnie szkoda, szczególnie teraz, gdy straciła swoją nienarodzoną pociechę. Mimo tego, momentami odczuwałam w stosunku do niej swego rodzaju sympatię, która spowodowana była najpewniej licznymi chwilami spędzonymi razem w ciągu tego niedługiego okresu. Na swój własny, unikalny sposób polubiłam Brooke Middleton, toteż historia, którą przed momentem mi opowiedziała, stała się nagle czymś, co doprowadza mnie do łez, wzbudzając przy tym przepotężną chęć przyniesienia ukojenia w jakiejkolwiek postaci.
18 wrz 2019
Od Charlie C.D Brooke
Czując znajomy ból w okolicach kolan i szumiącą w uszach krew, pakuję się do ostatniego autobusu kursującego tego dnia. Z głośników sączy się cicha muzyka, najpewniej puszczana z pendrive’a należącego do starego kierowcy, któremu do emerytury brakuje zaledwie miesięcy. Kiedy wchodziłam, kątem oka zerknęłam na jego profil — kilkudniowy siwy zarost, długie, podkręcone wąsy, praktycznie wyłysiały, jednakże od tego dzielą go wciąż dwa płaty przerzedzonych, osłabionych wiekiem włosów. Na sobie ma zasunięty aż po krtań stary sweter w kolorze nieco jaśniejszym, niż khaki, jednakże wciąż pozostający w jego barwie, z czerwonym logo na ramieniu. Sam pojazd wygląda tak, jakby nikt nie interesował się jego losem od wielu lat, jednakże staram się nie zwracać uwagi na podarte, skórzane siedzenia, oderwane rączki na oparciu naprzeciw, nieprzyjemny zapach, który swoje źródło ma w otworach nawiewu umieszczonych po prawej i lewej stronie, na odznaczającym się ciemnoszarym pasie. Mało kto podróżuje autobusami o tej porze, więc nie ma tutaj praktycznie żywej duszy, wyłączając mnie, kierowcę, tego niewyraźnego pana na ostatnim siedzeniu, podejrzanie wyglądającą babcię z siatkami, dwie milczące dziewczyny i chłopaka zajmującego siedzenie obok, po drugiej stronie przejścia. W dłoni trzyma jakieś pudełeczko, na siedzeniu obok leży duży plecak, mężczyzna nie wygląda na kogoś starszego, daję mu nie więcej, jak dwadzieścia pięć lat. Odwracam wzrok, żeby nie pomyślał, że się zbyt przyglądam, przenosząc go na widoki za oknem. Czuję, jak oczy zamykają mi się coraz bardziej, a głowa coraz to bardziej pulsuje, szczególnie przy potylicy. Biorę oddech. Dzisiejszy dzień był strasznie dziwny. Brooke pojawiła się znikąd, na swoje własne życzenie wplątałam się w jej życie, dowiedziałam, iż jej babcia zmarła, a kuzynka prawdopodobnie coś kręci, po czym wyszłam ze szpitala, nawet nie mówiąc o tym, czego się dowiedziałam. Czasami nie rozumiem sama siebie, ale, bądźmy szczerzy, czy ktokolwiek się o to stara?
10 lip 2019
Od Charlie C.D Brooke
Chodzę w dwie strony, wyłamując sobie palce. Obserwuję ściany z obu stron korytarza, obie tak samo białe, tak samo szpitalne, jednak czego można spodziewać się po… właśnie szpitalu? Cóż, na samą myśl, ile ludzi dziś umrze w tym samym budynku, w którym aktualnie się znajduję, robi mi się naprawdę słabo. Zawsze bałam się lekarzy rodzinnych, już nie mówiąc o okulistach, dentystach, laryngologach czy innych, pracujących w tym miejscu. Praktykuję metodę wdechów i wydechów, starając się jakoś opanować emocje. Zabawne jest to, jak martwię się o całkiem obcą mi osobę. Może to zwykła solidarność jajników, cytując słynne przysłowie. Ale z autopsji wiem, że powinnam tutaj być, mimo wszystko. Laura była przy mnie, jak mój tata umierał, więc chcę zrobić to również dla kogoś innego, nawet, jeżeli nie jest Laurą.
4 lip 2019
Od Charlie C.D Brooke
Szara szkolna rzeczywistość przyprawiona niemałą szczyptą monotonii i rutyny, w końcu czym innym można nazwać ten jakże powtarzający się schemat obejmujący całe pięć dni w każdym tygodniu, poza planem lekcji? Lekcje fizyki wydają się dłużyć w nieskończoność, kiedy z lekcji dwunastej nagle staje się piętnasta, a nie czterdziesta, jakkolwiek uczniowie by nie chcieli. Nauczyciele znikają, pojawiają się, ale nikt nie zwraca na to uwagi, zastępstwa nie są aż takie złe. Sprawdziany co cztery, czasami sześć lekcji, kartkówki zdecydowanie częściej, przynajmniej jedna w tygodniu z jednego przedmiotu, aż finalnie gromadzi ich się co najmniej trzy. Największa zabawa jest wtedy, gdy na kark sypią nam się coraz to nowsze, nierzadko słabe oceny. I choć można by pomyśleć, że po co my się tak przejmujemy, to w końcu nasz ostatni rok, możemy mieć wszystko gdzieś, prawda jest taka, iż to właśnie te dziesięć miesięcy jest decydujące. Walczymy o to, aby wyjść na prostą i jakoś zaprezentować się przed władzami uczelni, do których kandydować będziemy już niebawem. Majowe egzaminy już za nami, podobnie jak cały rok szkolny, a cała edukacja, a przynajmniej na tym poziomie, pozostaje jedynie wspomnieniem. Ciężkim, aczkolwiek cieszącym, bo, hej, studia to nie to samo. Mogę powiedzieć, że nareszcie.
19 cze 2019
Od Charlie C.D Rose
O siódmej wychodzę z domu, aby pięć minut później spotkać się z Mel i Ally pod pomnikiem. Od jakiegoś czasu jeździmy do szkoły razem, dzięki czemu mamy pewność, że jeżeli jedna się spóźni, spóźnią się wszystkie, taka solidarność. A tak poważnie, po prostu jest nam raźniej, ponieważ wcześniej docierałyśmy do szkoły osobno — Melanię zawoziła mama, Ally pedałowała rowerem, a ja podróżowałam autobusami. Teraz wszystkie wybieramy autobus i udajemy się na przystanek. Następny autobus przyjeżdża o siódmej dwadzieścia, więc czekamy te kilka minut.
Będąc w zatłoczonym autobusie, dosiadamy się do dziewczyny siedzącej tuż przy oknie. Fotele ustawione są naprzeciw siebie, więc Ally i Mel siadają na jednych, a ja po drugiej stronie, kilka centymetrów od nieznajomej. Nie przerywamy przy tym rozmowy na temat nowej miłości blondynki.
— I byłam z nim na randce — oznajmia. — Zapłacił za mnie, ale czułam się z tym źle i później to ja kupiłam mu lody.
Mel znacząco unosi brew.
— Kupiłaś? — pyta z niedowierzaniem. — Ally…
Będąc w zatłoczonym autobusie, dosiadamy się do dziewczyny siedzącej tuż przy oknie. Fotele ustawione są naprzeciw siebie, więc Ally i Mel siadają na jednych, a ja po drugiej stronie, kilka centymetrów od nieznajomej. Nie przerywamy przy tym rozmowy na temat nowej miłości blondynki.
— I byłam z nim na randce — oznajmia. — Zapłacił za mnie, ale czułam się z tym źle i później to ja kupiłam mu lody.
Mel znacząco unosi brew.
— Kupiłaś? — pyta z niedowierzaniem. — Ally…
10 cze 2019
Od Charlie do Koyori
Stając tuż przed przejściem dla pieszych, kucam, aby w spokoju zawiązać sznurówki i nie iść w rozplątanych przez kolejne kilkaset, jak nie kilka tysięcy metrów. Zbliża się szesnasta, na ulicach panuje tłok, podobnie zresztą z pieszą częścią społeczeństwa — wszyscy wybywają z prac, szkół czy innych instytucji i biegną do domu, wcale nie przejmując się potencjalnym ryzykiem wynikającym ze zdeptania kogoś, to przecież tak niemożliwe. Cóż, dziś jestem tak cholernie zmęczona, że mam wrażenie, iż ledwo kontaktuję. Kucam sobie zaraz przy krawędzi, rozkoszując się słodkim (nieprawda) zapachem spalin, opon i wszystkiego, z czego tak znane są te większe miasta. Czerwona lampeczka świeci się jeszcze parę chwil, a kiedy nareszcie zaczyna pikać, cała gromada dzikich zwierząt stojąca dotychczas obok mnie, rusza przed siebie, jakby zaraz miało braknąć im miejsca. Zewsząd słyszę poirytowane parsknięcia i cmoknięcia, kilka osób trąca mnie stopą, a ja, stresując się coraz to bardziej, wiążę sznurówki niestarannie i jak najszybciej. Wstaję dopiero po kilku sekundach, które tak czy siak dłużyły się niesamowicie, zważając na to, że zielone światełko świeci się nie przez pięć minut, tylko maksymalnie trzydzieści sekund. Rzucam się do przodu i, jak przewidziałam, plączę się o własne nogi, a białe sznurówki rozplątują kokardkę, a na dodatek stają się czarne, zdeptane przez co najmniej dziesiątkę ludzi. Na dodatek światło zmienia się w połowie drogi i już sama nie wiem, co robić, więc po prostu idę dalej, ignorując trąbienie kierowców wokoło.
1 maj 2019
Od Charlie cd. Bridget
Bez słowa zabieram się za czyszczenie koszuli. Z doświadczenia wiem, jak uciążliwym przeciwnikiem jest sok porzeczkowy i praktycznie mogę pożegnać się z dość świeżym ubraniem kupionym zaledwie tydzień temu. Jednakże problem był inny — mimo wszystko, nie jestem w stanie pójść na festiwal i zaprezentować się tam w zabrudzonej odzieży, co raczej nie jest zbytnim zaskoczeniem. Kątem oka zerkam na dzieciaki, które nie przestawały śmiać się z własnych żartów. Nie mam im tego za złe, sama doskonale pamiętam ten czas, kiedy kilka lat temu byłam dosłownie taka sama, jak ta zgraja. Ignorowałam dorosłych, nie przepraszałam, nie dziękowałam, nie prosiłam i nie czułam wyrzutów sumienia, równocześnie korzystając z młodości na sto procent. Jak się okazuje, wtedy to było nieco prostsze, niż jest teraz. I tak trąc i trąc, powoli tracę nadzieję, więc wsuwam chusteczkę do kieszeni w plecaku. Następuje kolejne zawirowanie — winda przebywa może pół metra i trzęsie się niespokojnie. Na skutek tego, jedna dziewczynka z grupy dzieciaków oznajmia dość cicho, że jest jej niedobrze. Kolejny wstrząs można nazwać jeszcze gorszym, ponieważ owa dziewczyna właśnie wymiotuje prosto na klatkę piersiową jednego z chłopców. Przyglądam się nietypowej sytuacji, gdzie zawstydzona rudowłosa wysłuchuje obelg na swój temat. Na samym początku ignoruję przepychankę słowną, nie bacząc na wrogi wzrok drugiej kobiety w pomieszczeniu. Dostrzegam jednak, że niezbyt przyjemna kłótnia nie skłania się ku końcowi, więc łapię dziewczynę za ramię i delikatnie przyciągam do siebie. Poddenerwowana wbija we mnie żółto-złoty wzrok, a gdy wyczuwa, iż w kącikach jej oczu namnażają się łzy, przeciera je lekko. Na mojej twarzy pojawia się cień uśmiechu, kiedy nieznajoma, z pewnością starsza dziewczyna, podaje paczkę z chusteczkami młodszej. Z kieszeni plecaka wyjmuję niegazowaną wodę, której wciąż nie miałam okazji otworzyć. Przekręcam korek i podaję butelkę, aby dziecko mogło napić się choć trochę.
Od Charlie cd. Ophelia
Zatrzaskuję za sobą drzwi i, rutynowo, ściągam ze stóp stare tenisówki. I stojąc tak na progu świeżo wyremontowanego salonu, napawam się ładniutką wonią pizzy, która, jak się okazuje później, została zamówiona przez mamę dla nas. Wieża stereo jest włączona, jednak nie mogę wsłuchać się w melodię, ponieważ lecący w telewizji paradokument skutecznie zagłusza muzykę. Słyszę również brzęk butelek, więc udaję się do kuchni. Przy wysepce usadowiła się moja matka, aktualnie przeszukująca papiery. Przyglądam się jej dokładnie, a kiedy zauważa moje spojrzenie, na jej twarzy pojawia się niewielki uśmiech. Zanim mówię cokolwiek, po raz kolejny spuszcza głowę i łapie za kieliszek wina, pociągając duży łyk.
— Byłaś tam? — zaczynam rozmowę. Wiem, że wkraczam na niebezpieczny teren i w każdej chwili mogę spodziewać się nieumiejętnego podjęcia próby zmiany tematu. Kręci głową, chociaż sprawia wrażenie, iż mnie ignoruje. — Mamo, mogłabyś na mnie spojrzeć?
— Byłaś tam? — zaczynam rozmowę. Wiem, że wkraczam na niebezpieczny teren i w każdej chwili mogę spodziewać się nieumiejętnego podjęcia próby zmiany tematu. Kręci głową, chociaż sprawia wrażenie, iż mnie ignoruje. — Mamo, mogłabyś na mnie spojrzeć?
7 mar 2019
Od Charlie cd. Ophelii
Odwzajemniam jej miły uśmiech, zdobywając się na ten sam gest. Naprawdę fajnie, że zapamiętała, iż uwielbiam muffiny.
— Nie — protestuję. — Nie będę przecież odrabiać lekcji w takim miejscu. I dzięki — dodaję. — Ile jestem ci winna?
Dziewczyna kręci głową, śmiejąc się cicho. Mrużę oczy, po chwili spuszczając wzrok na blat barku, przy którym siedzę. Ignoruję zgiełk panujący wokoło, skupiając się na niezwykle intrygującej kompozycji z marmuru, jaką jest wzór blatu. Ophelia kręci się gdzieś przy maszynach do kawy, co rusz odwracając się w stronę klientów oczekujących na złożenie zamówienia. Przy kasie ustawia się jakaś pracownica, w ruch idą pieniądze, a po chwili kolejka zwęża się, aż znika. Oczy zamykają mi się samoistnie, dopóki nie cuci mnie męski głos.
— Hej. — Słyszę. — Chodzisz może do Avenley High School?
Mierzę chłopaka przenikliwym spojrzeniem. Na moje oko wysoki, średnio zbudowany. Jego głowa pokryta jest mnóstwem brązowych loków, oczy ma w kolorze ciemnej zieleni, usta zaś malinowe, a może nieco mniej różowe. Poprawia okulary, które zdążyły zsunąć mu się z nosa i przybiera pewną siebie postawę, krzyżując ramiona na piersi. Zauważa, że go obserwuję — unosi kąciki w złośliwym uśmieszku, jakby wziął to za swój sukces.
— Taka szkoła istnieje? — pytam, przewracając oczyma. — Nie.
Nieznajomy kiwa głową i z n ó w poprawia pieprzone okulary.
— Masz mnie — przyznaje, wbijając ręce w kieszenie bluzy. — Może liceum van Bureena? Wyglądasz na bardzo inteligentną dziewczynę.
Prycham, odwracając głowę.
— Nie potrafisz podrywać dziewczyn, Boże — mruczę, nawet nie dbając o pierwszą zasadę kulturalnej rozmowy. Patrzcie sobie w twarz. — Przykro mi, ale nie umiesz zgadywać.
— Jimmy.
— Nawet cię o to nie pytałam — zauważam, a niejaki Jimmy parska śmiechem. — Charlie.
— Nawet cię o to nie pytałem.
Wzdycham cicho i obracam się na stołku, by tym razem całym ciałem odsunąć się od nieznajomego chłopaka. Nareszcie zauważam Ophelię, która, na moje szczęście, ratuje cholernie niezręczną sytuację. W tym samym czasie dostaję wiadomość od Mii. Multimedialną, co prawda. Klikam na zdjęcie — ona i Aiden nad jeziorkiem, popijają sobie jakiś sok, podziwiają widoki i napawają się sobą. Oph posyła mi zaciekawione spojrzenie, więc po kryjomu kręcę głową, bezgłośnie błagając o ratunek. Nie wiem, czy dostrzega w tym drugie dno, choć mam szczerą nadzieję, że tak.
— Nie przedstawisz mnie koleżance? — Wyszczerza zęby.
Nie.
— Po co? — Unoszę brew. — I tak już idziesz, prawda?
Powiedz, że tak i mamy cię z głowy.
— Nie — odpiera całkowicie rozluźniony. — Nie idę.
Wyobrażam sobie, jak daję mu z liścia. Szkoda, że to nie jest możliwe. Cholera, jak ja nienawidzę typów takich, jak on.
— Ophelia. — Widzę, jak dziewczyna wystawia dłoń. Strzelam sobie mentalnego facepalma. — Miło cię poznać.
— Jimmy.
Pochłaniam resztki muffinki i już mam ruszyć w stronę kosza, kiedy czuję uścisk na ramieniu. Ophelia znajduje się kilka metrów dalej, więc oznacza to jedno.
— Daj mi swój numer.
Wlepiam w niego zaskoczone spojrzenie, jednocześnie kręcąc głową na lewo i prawo. Przecież to jasne, że nie podam mu mojego numeru. Nie podam mu mojego numeru, bo to mój numer i będę powtarzać słowo numer do znudzenia, tak, bo mam prawo mieć choć trochę prywatności, a nieznajoma nie ma prawa pytać mnie o takie rzeczy. Stre-fa o-so-bis-ta.
— Chaarliee — jęczy.
— Mamusia wie, że flirtujesz z młodszymi dziewczynkami?
Fakt, chłopak wygląda na znacznie starszego, a to za sprawą już wyraźnych rys twarzy i pewności, jaką emanuje. Chociaż jego dojrzałość równa jest zeru. Minus stu. Po prostu nie jest wart żadnej uwagi.
— Litości — burczy. — Chodzimy do tej samej szkoły, jestem zaledwie dwa lata starszy.
— Świetnie, to nagle dowiedziałeś się, gdzie chodzę do szkoły. Olśnij mnie.
Myślami wracam do chwil, gdzie byłam równie pewna siebie, co dziś. Po chwili zdaję sobie sprawę, że nigdy taka nie byłam i aż jestem dumna, bo moja mniej miła natura w końcu pokazała się i wyszła ze skorupki. Niesamowicie, robię postępy w relacjach międzyludzkich, przybijam sobie mentalną piątkę.
— Oj, twoje teksty są gorsze od mojego podrywu.
— I tak na ciebie nie polecę, nie lubię facetów. — Wzruszam ramionami.
Uścisk na łokciu słabnie, a Jimmy rozchyla delikatnie usta.
— Nie pierdol, przekonamy się — odpowiada z niemałą dozą pewności i odchodzi, po prostu.
Wzdycham teatralnie, podobnie, jak robiłam to kilka minut temu. Wracam do barku.
Kiedy wspinam się na stołek, słyszę pukanie w szybę obok. Obstawiam, że to Jimmy, więc ze znużeniem wymalowanym na twarzy spoglądam w tę stronę.
Ale widzę coś innego, Ophelia chyba też to zauważa. Sęk w tym, że jej ciało momentalnie ogarnia paraliż.
— Charlie — mówi cicho. — Idź do domu. Teraz.
— Nie — protestuję. — Nie będę przecież odrabiać lekcji w takim miejscu. I dzięki — dodaję. — Ile jestem ci winna?
Dziewczyna kręci głową, śmiejąc się cicho. Mrużę oczy, po chwili spuszczając wzrok na blat barku, przy którym siedzę. Ignoruję zgiełk panujący wokoło, skupiając się na niezwykle intrygującej kompozycji z marmuru, jaką jest wzór blatu. Ophelia kręci się gdzieś przy maszynach do kawy, co rusz odwracając się w stronę klientów oczekujących na złożenie zamówienia. Przy kasie ustawia się jakaś pracownica, w ruch idą pieniądze, a po chwili kolejka zwęża się, aż znika. Oczy zamykają mi się samoistnie, dopóki nie cuci mnie męski głos.
— Hej. — Słyszę. — Chodzisz może do Avenley High School?
Mierzę chłopaka przenikliwym spojrzeniem. Na moje oko wysoki, średnio zbudowany. Jego głowa pokryta jest mnóstwem brązowych loków, oczy ma w kolorze ciemnej zieleni, usta zaś malinowe, a może nieco mniej różowe. Poprawia okulary, które zdążyły zsunąć mu się z nosa i przybiera pewną siebie postawę, krzyżując ramiona na piersi. Zauważa, że go obserwuję — unosi kąciki w złośliwym uśmieszku, jakby wziął to za swój sukces.
— Taka szkoła istnieje? — pytam, przewracając oczyma. — Nie.
Nieznajomy kiwa głową i z n ó w poprawia pieprzone okulary.
— Masz mnie — przyznaje, wbijając ręce w kieszenie bluzy. — Może liceum van Bureena? Wyglądasz na bardzo inteligentną dziewczynę.
Prycham, odwracając głowę.
— Nie potrafisz podrywać dziewczyn, Boże — mruczę, nawet nie dbając o pierwszą zasadę kulturalnej rozmowy. Patrzcie sobie w twarz. — Przykro mi, ale nie umiesz zgadywać.
— Jimmy.
— Nawet cię o to nie pytałam — zauważam, a niejaki Jimmy parska śmiechem. — Charlie.
— Nawet cię o to nie pytałem.
Wzdycham cicho i obracam się na stołku, by tym razem całym ciałem odsunąć się od nieznajomego chłopaka. Nareszcie zauważam Ophelię, która, na moje szczęście, ratuje cholernie niezręczną sytuację. W tym samym czasie dostaję wiadomość od Mii. Multimedialną, co prawda. Klikam na zdjęcie — ona i Aiden nad jeziorkiem, popijają sobie jakiś sok, podziwiają widoki i napawają się sobą. Oph posyła mi zaciekawione spojrzenie, więc po kryjomu kręcę głową, bezgłośnie błagając o ratunek. Nie wiem, czy dostrzega w tym drugie dno, choć mam szczerą nadzieję, że tak.
— Nie przedstawisz mnie koleżance? — Wyszczerza zęby.
Nie.
— Po co? — Unoszę brew. — I tak już idziesz, prawda?
Powiedz, że tak i mamy cię z głowy.
— Nie — odpiera całkowicie rozluźniony. — Nie idę.
Wyobrażam sobie, jak daję mu z liścia. Szkoda, że to nie jest możliwe. Cholera, jak ja nienawidzę typów takich, jak on.
— Ophelia. — Widzę, jak dziewczyna wystawia dłoń. Strzelam sobie mentalnego facepalma. — Miło cię poznać.
— Jimmy.
Pochłaniam resztki muffinki i już mam ruszyć w stronę kosza, kiedy czuję uścisk na ramieniu. Ophelia znajduje się kilka metrów dalej, więc oznacza to jedno.
— Daj mi swój numer.
Wlepiam w niego zaskoczone spojrzenie, jednocześnie kręcąc głową na lewo i prawo. Przecież to jasne, że nie podam mu mojego numeru. Nie podam mu mojego numeru, bo to mój numer i będę powtarzać słowo numer do znudzenia, tak, bo mam prawo mieć choć trochę prywatności, a nieznajoma nie ma prawa pytać mnie o takie rzeczy. Stre-fa o-so-bis-ta.
— Chaarliee — jęczy.
— Mamusia wie, że flirtujesz z młodszymi dziewczynkami?
Fakt, chłopak wygląda na znacznie starszego, a to za sprawą już wyraźnych rys twarzy i pewności, jaką emanuje. Chociaż jego dojrzałość równa jest zeru. Minus stu. Po prostu nie jest wart żadnej uwagi.
— Litości — burczy. — Chodzimy do tej samej szkoły, jestem zaledwie dwa lata starszy.
— Świetnie, to nagle dowiedziałeś się, gdzie chodzę do szkoły. Olśnij mnie.
Myślami wracam do chwil, gdzie byłam równie pewna siebie, co dziś. Po chwili zdaję sobie sprawę, że nigdy taka nie byłam i aż jestem dumna, bo moja mniej miła natura w końcu pokazała się i wyszła ze skorupki. Niesamowicie, robię postępy w relacjach międzyludzkich, przybijam sobie mentalną piątkę.
— Oj, twoje teksty są gorsze od mojego podrywu.
— I tak na ciebie nie polecę, nie lubię facetów. — Wzruszam ramionami.
Uścisk na łokciu słabnie, a Jimmy rozchyla delikatnie usta.
— Nie pierdol, przekonamy się — odpowiada z niemałą dozą pewności i odchodzi, po prostu.
Wzdycham teatralnie, podobnie, jak robiłam to kilka minut temu. Wracam do barku.
Kiedy wspinam się na stołek, słyszę pukanie w szybę obok. Obstawiam, że to Jimmy, więc ze znużeniem wymalowanym na twarzy spoglądam w tę stronę.
Ale widzę coś innego, Ophelia chyba też to zauważa. Sęk w tym, że jej ciało momentalnie ogarnia paraliż.
— Charlie — mówi cicho. — Idź do domu. Teraz.
OPHELIA?
2 mar 2019
Od Charlie cd. Ophelii
Ciche mruknięcie wydobywa się z mojego gardła. Nie wiem, co powiedzieć, więc jedynie kiwam głową. Któż by pomyślał, że dziewczyna na pozór z dobrego domu może okazać się swego rodzaju zbiegiem z awersją do mężczyzn. Obserwuję sytuację, delikatnie spuszczając głowę. W tej chwili mogłabym zapytać ją o najróżniejsze sprawy — kiedy zdała sobie sprawę z faktu, że woli kobiety?, co tak naprawdę działo się w sekcie?, czy ludzie stamtąd szukali jej po tym, jak uciekła? Ale nie pytam o nic, to wszystko jest zbyt intymne i prywatne, aby poruszać ten temat, tym bardziej, kiedy jestem jej praktycznie nieznana. Ophelia wydaje się sympatyczną i całkiem miłą osobą, a na dodatek pokonała demony przeszłości, a przynajmniej tak mi się wydaje. Zaskakujące jest również to, iż bez zbędnych ceregieli opowiedziała mi swoją historię, gdy na mój temat nie wie kompletnie nic.
— Wspominałam o ojcu — mówię po chwili milczenia, odwracając głowę w stronę nieba. Huśtawka nieco zwalnia. — I o tym, że chciałam, by wyzdrowiał — dodaję. — Był po wypadku, miałam wtedy jakieś… trzynaście lat? Tak, trzynaście, to było trzy lata temu. I tak, coś tam się stało, nikt nigdy nie pozwalał mi się zagłębiać w szczegóły. Wiem, że tata miał szanse na przeżycie, ale nie udało się, po trzech dniach zmarł — wyznaję. — Kochałam go. Kochałam go z całego serca, tata był kimś, na kogo zawsze mogłam liczyć, nauczył grać mnie na najróżniejszych instrumentach. Wiesz, o co chodzi. Taki idealny rodzic. — Uśmiecham się na te wspomnienia.
W tym momencie mieszają się we mnie najróżniejsze emocje.
Duma — nareszcie to przełknęłam i podzieliłam się tym z kimś innym, niż mama. Nie, wróć, mamie również nie mówiłam o moich uczuciach, nie mówiłam jej, jak boli strata ojca, bo nigdy nie znajdowała dla mnie czasu. Po śmierci taty rzuciła się w wir pracy i straciła dla mnie czas. Od tamtej pory byłam po prostu samowystarczalna. Sama robiłam każdy posiłek, jeździłam na drugi koniec miasta, uczyłam się dla siebie i tylko dla siebie. Jedyne, co czerpałam z mamy to pieniądze, które dawała mi każdego miesiąca, mówiąc, że ma mi wystarczyć do następnego. To rzekomo miało nauczyć mnie przedsiębiorczości, chociaż daleko mi do zdobycia żyłki biznesowej.
Wstyd — jak mówiłam, nigdy się przed nikim nie otwierałam. Powiedziałam to, co leży mi na sercu osobie, z którą aktualnie nie łączy mnie nic. Ophelii nie mogę zaliczyć do nieznajomych, to fakt, aczkolwiek do przyjaźni nam jest daleko, choć mogę powiedzieć, że z każdą chwilą nieco bliżej. W głębi serca trzymam kciuki, by zareagowała inaczej, niż falą współczucia i smutku. Nigdy nie chciałam zawalać innych moimi problemami, moimi prywatnymi przemyśleniami i czymkolwiek, co dotyczy tylko mnie i moich wewnętrznych przeżyć. Nie chcę, by Ophelia miała mnie za osobę, która szuka uwagi, bo w jej życiu stało się coś przykrego.
Ulga — właściwie to tutaj sprawa jest dziwna, bo, zważywszy na wyraźny wstyd, nie powinnam jej w ogóle czuć. Jednak czuję, bo dałam mały upust emocjom gotującym się we mnie od lat. Proste streszczenie dość smutnej historii zdziałało wiele, więc na swój sposób pozwoliłam na chwilę szczerości.
Posyłam jej kolejny uśmiech, już nieco słabszy. Jednym susem zeskakuję z huśtawki, aby po chwili stanąć na ziemi na chyboczących nogach. Już mam zaproponować jej zmianę miejsca, lecz ubiega mnie znajomy głos.
— Charlie! — To Mel. — Chaarliee!
Odwracam się w jej stronę — dziewczyna biegnie jak najszybciej potrafi, w lewej dłoni trzymając pasek od torebki z torebką, rzecz jasna.
— Hm? — mruczę, kiedy stajemy twarzą w twarz.
— Zgadnij, kto ma chłopaka! — bardziej mówi niż pyta, do tego piszcząc niemiłosiernie. — Cześć! — zwraca się do Ophelii. — Jestem Melania.
— Wspominałam o ojcu — mówię po chwili milczenia, odwracając głowę w stronę nieba. Huśtawka nieco zwalnia. — I o tym, że chciałam, by wyzdrowiał — dodaję. — Był po wypadku, miałam wtedy jakieś… trzynaście lat? Tak, trzynaście, to było trzy lata temu. I tak, coś tam się stało, nikt nigdy nie pozwalał mi się zagłębiać w szczegóły. Wiem, że tata miał szanse na przeżycie, ale nie udało się, po trzech dniach zmarł — wyznaję. — Kochałam go. Kochałam go z całego serca, tata był kimś, na kogo zawsze mogłam liczyć, nauczył grać mnie na najróżniejszych instrumentach. Wiesz, o co chodzi. Taki idealny rodzic. — Uśmiecham się na te wspomnienia.
W tym momencie mieszają się we mnie najróżniejsze emocje.
Duma — nareszcie to przełknęłam i podzieliłam się tym z kimś innym, niż mama. Nie, wróć, mamie również nie mówiłam o moich uczuciach, nie mówiłam jej, jak boli strata ojca, bo nigdy nie znajdowała dla mnie czasu. Po śmierci taty rzuciła się w wir pracy i straciła dla mnie czas. Od tamtej pory byłam po prostu samowystarczalna. Sama robiłam każdy posiłek, jeździłam na drugi koniec miasta, uczyłam się dla siebie i tylko dla siebie. Jedyne, co czerpałam z mamy to pieniądze, które dawała mi każdego miesiąca, mówiąc, że ma mi wystarczyć do następnego. To rzekomo miało nauczyć mnie przedsiębiorczości, chociaż daleko mi do zdobycia żyłki biznesowej.
Wstyd — jak mówiłam, nigdy się przed nikim nie otwierałam. Powiedziałam to, co leży mi na sercu osobie, z którą aktualnie nie łączy mnie nic. Ophelii nie mogę zaliczyć do nieznajomych, to fakt, aczkolwiek do przyjaźni nam jest daleko, choć mogę powiedzieć, że z każdą chwilą nieco bliżej. W głębi serca trzymam kciuki, by zareagowała inaczej, niż falą współczucia i smutku. Nigdy nie chciałam zawalać innych moimi problemami, moimi prywatnymi przemyśleniami i czymkolwiek, co dotyczy tylko mnie i moich wewnętrznych przeżyć. Nie chcę, by Ophelia miała mnie za osobę, która szuka uwagi, bo w jej życiu stało się coś przykrego.
Ulga — właściwie to tutaj sprawa jest dziwna, bo, zważywszy na wyraźny wstyd, nie powinnam jej w ogóle czuć. Jednak czuję, bo dałam mały upust emocjom gotującym się we mnie od lat. Proste streszczenie dość smutnej historii zdziałało wiele, więc na swój sposób pozwoliłam na chwilę szczerości.
Posyłam jej kolejny uśmiech, już nieco słabszy. Jednym susem zeskakuję z huśtawki, aby po chwili stanąć na ziemi na chyboczących nogach. Już mam zaproponować jej zmianę miejsca, lecz ubiega mnie znajomy głos.
— Charlie! — To Mel. — Chaarliee!
Odwracam się w jej stronę — dziewczyna biegnie jak najszybciej potrafi, w lewej dłoni trzymając pasek od torebki z torebką, rzecz jasna.
— Hm? — mruczę, kiedy stajemy twarzą w twarz.
— Zgadnij, kto ma chłopaka! — bardziej mówi niż pyta, do tego piszcząc niemiłosiernie. — Cześć! — zwraca się do Ophelii. — Jestem Melania.
OPHELIA?
28 lut 2019
Od Charlie cd. Ophelii
— Nie wiem. — Wzruszam ramionami. — Naprawdę nie mam pojęcia. Może… kilkadziesiąt minut, żeby chociaż zobaczyć, czy Mel da radę sama. Ach, jakbyś się zastanawiała, dlaczego siedzimy właśnie tak, to już wyjaśniam. Aiden, ten chłopak, kiedy obróci się, zobaczy twój przód, a mój tył. Wtedy mnie nie rozpozna, proste, prawda? — mówię zgodnie z prawdą. — Co do twojego pierwszego pytania, mogłam wziąć Theo, ale oboje spostrzegliby go natchmiastowo, już nie mówiąc o tym, iż moja misja jest tajna.
Podchodzi do nas uśmiechnięta rudowłosa kelnerka i pyta, czy coś podać. Zamawiam zwykły sok i kawałek orzechowego ciasta, a kobieta odchodzi. Dyskretnie odwracam się w stronę przyjaciółki, która mimiką oznajmia mi, że wszystko jest dobrze. Po chwili wybucha szczerym śmiechem, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że radzi sobie świetnie. Ta sama klientka spisuje ich zamówienie, a w oczach Melanii zauważalny jest ten charakterystyczny błysk ekscytacji. Spojrzeniem wracam do Ophelii, która, podobnie jak ja, spogląda na nich z odległości.
— Theo? — pyta nieco ciszej.
Kiwam głową, a kiedy kelner podaje moje zamówienie, szybko pociągam łyk soku pomarańczowego.
— Theo to mój wieloletni przyjaciel. Aidena i Mel zresztą też — wyjaśniam. — Znamy się na wylot, a przyszły chłopak Melanii rozpozna go wszędzie, więc wolę nie ryzykować. Przepraszam, że cię w to wciągam, ale wydajesz się być najodpowiedniejszą osobą. I tak, doskonale wiem, że zapewne masz milion innych zajęć, ale…
— Nie, spokojnie — przerywa mi. — Jedyne, co zrobiłam od momentu powrotu do domu, to wysypanie ryżu i wysprzątanie kuchni po tej katastrofie.
Parskam pod nosem i zaczynam dziabać ciasto. Okazuje się, iż jest naprawdę dobre i po chwili talerzyk pustoszeje, podobnie zresztą, jak szklanka po soku.
— Czy ona… — Oph wskazuje na siedzącą za nami parę. — Charlie, twoja koleżanka jest chyba bardzo szybka.
Nim w ogóle zdążam się obrócić, już kątem oka dostrzegam, jak Mel wpija się w usta Aidena, o ile takie określenie jest dobre. Oboje są strasznie pewni siebie, co widać, kiedy łączą się w pocałunku. Przybijam sobie m e n t a l n e g o face palma, a Ophelia chichocze cicho, kiedy nieświadomie przykładam sobie rękę do czoła. Oczy Melanii uchylają się delikatnie — zauważam, jak puszcza mi oczko, lecz po chwili całą swoją uwagę skupia na chłopaku, za którym szalała od najmłodszej klasy. Niesamowicie cieszę się jej szczęściem.
— Misję uważam za zakończoną powodzeniem — zwracam się do Oph, gdy spuszam ze wzroku przyjaciół. — Idziemy na spacer, bo zaraz zwymiotuję ze słodyczy.
Niepostrzeżenie wychodzimy na zewnątrz, wpierw opłacając nasz rachunek. Kierujemy się w stronę jeziorka Aequor, gdzie miałyśmy okazję poznać się jeszcze kilka godzin temu.
— W ramach przeprosin za to, że zaburzyłam twój spokój i wyciągnęłam cię do nudnej kawiarenki w celu własnym, oferuję ci jakąkolwiek rozrywkę. Jakieś życzenia? — stawiam ją pod ścianą prostego wyboru.
Podchodzi do nas uśmiechnięta rudowłosa kelnerka i pyta, czy coś podać. Zamawiam zwykły sok i kawałek orzechowego ciasta, a kobieta odchodzi. Dyskretnie odwracam się w stronę przyjaciółki, która mimiką oznajmia mi, że wszystko jest dobrze. Po chwili wybucha szczerym śmiechem, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że radzi sobie świetnie. Ta sama klientka spisuje ich zamówienie, a w oczach Melanii zauważalny jest ten charakterystyczny błysk ekscytacji. Spojrzeniem wracam do Ophelii, która, podobnie jak ja, spogląda na nich z odległości.
— Theo? — pyta nieco ciszej.
Kiwam głową, a kiedy kelner podaje moje zamówienie, szybko pociągam łyk soku pomarańczowego.
— Theo to mój wieloletni przyjaciel. Aidena i Mel zresztą też — wyjaśniam. — Znamy się na wylot, a przyszły chłopak Melanii rozpozna go wszędzie, więc wolę nie ryzykować. Przepraszam, że cię w to wciągam, ale wydajesz się być najodpowiedniejszą osobą. I tak, doskonale wiem, że zapewne masz milion innych zajęć, ale…
— Nie, spokojnie — przerywa mi. — Jedyne, co zrobiłam od momentu powrotu do domu, to wysypanie ryżu i wysprzątanie kuchni po tej katastrofie.
Parskam pod nosem i zaczynam dziabać ciasto. Okazuje się, iż jest naprawdę dobre i po chwili talerzyk pustoszeje, podobnie zresztą, jak szklanka po soku.
— Czy ona… — Oph wskazuje na siedzącą za nami parę. — Charlie, twoja koleżanka jest chyba bardzo szybka.
Nim w ogóle zdążam się obrócić, już kątem oka dostrzegam, jak Mel wpija się w usta Aidena, o ile takie określenie jest dobre. Oboje są strasznie pewni siebie, co widać, kiedy łączą się w pocałunku. Przybijam sobie m e n t a l n e g o face palma, a Ophelia chichocze cicho, kiedy nieświadomie przykładam sobie rękę do czoła. Oczy Melanii uchylają się delikatnie — zauważam, jak puszcza mi oczko, lecz po chwili całą swoją uwagę skupia na chłopaku, za którym szalała od najmłodszej klasy. Niesamowicie cieszę się jej szczęściem.
— Misję uważam za zakończoną powodzeniem — zwracam się do Oph, gdy spuszam ze wzroku przyjaciół. — Idziemy na spacer, bo zaraz zwymiotuję ze słodyczy.
Niepostrzeżenie wychodzimy na zewnątrz, wpierw opłacając nasz rachunek. Kierujemy się w stronę jeziorka Aequor, gdzie miałyśmy okazję poznać się jeszcze kilka godzin temu.
— W ramach przeprosin za to, że zaburzyłam twój spokój i wyciągnęłam cię do nudnej kawiarenki w celu własnym, oferuję ci jakąkolwiek rozrywkę. Jakieś życzenia? — stawiam ją pod ścianą prostego wyboru.
OPHELIA?
totalnie nie mam pomysłu XDD
totalnie nie mam pomysłu XDD
24 lut 2019
Od Charlie cd. Ophelia
Zadaje zbyt wiele pytań. Zbyt wiele. Ale na każde odpowiadam, przywdziewając piękny uśmiech odsłaniający bielusie zęby. Jestem miła i udaję, że wcale mi to nie przeszkadza, nie narusza mojej przestrzeni ani nic z tych rzeczy. Po prostu jest ciekawa, nie mogę jej za to winić. Poza tym, jest starsza, znacznie starsza. Nieswojo czuję się w takim towarzystwie, zważywszy na to, iż aktualny kochanek mojej czterdziestoletniej mamy jest w wieku dwudziestu jeden lat. A poprzedni jest zaledwie sześć lat starszy. Ode mnie.
Zanurzam usta w gorącej kawie, popijając jeden łyk, później następny, kończąc na trzecim. Napój zdążył nieco przestygnąć, więc zabieram się za spożywanie go, zanim wystygnie totalnie. Zimna kawa nie jest dobra, gdy wcześniej była ciepła. Odwracam wzrok od Ophelii, która wyraźnie nie ma problemu z nawiązywaniem kontaktu poprzez taką drogę, chcąc uniknąć peszących sytuacji. Po raz ostatni spoglądam przez okno obok. Z całego serca szanuję próby nawiązania kontaktu przez niejaką Off, jednakże czasami… czasami lepiej zamilknąć, tym bardziej, gdy właśnie coś jemy. Po kilkunastu minutach kontynuowania nużącej konwersacji zbieram nasze filiżanki i talerzyki, odstawiając je do odpowiedniego okienka.
— Dziękuję — mówię, celowo pomijając fakt, iż to ja zapłaciłam, choć w formie przeprosin. — To… zwijam się już, mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się zobaczymy.
— Mi też było bardzo miło. — Wykrzywia usta w miłym geście. — To mo…
— N-nie.
— Ale…?
— Mama wysłała mi sms’a, naprawdę już idę, cześć, Oph — wyjaśniam, odwzajemniając uśmiech.
Dziewczyna mierzy mnie wzrokiem i również się żegna. Koniec końców idziemy w dwie różne strony, a ja oddycham z ulgą. Nie to, że nie jej nie polubiłam. Nie jest irytująca, nie wkurza mnie, nic z tych rzeczy. Zwyczajnie źle się czuję, a nie chciałam, by nasza rozmowa polegała tylko na odbijaniu piłeczki: “Co lubisz robić?”-”Lubię piec, a ty?”-”Ja też, poza tym umiem grać na paru instrumentach.”-”Okay.”. Bezsensowne, co?
W domu czeka na mnie niespodzianka — Molly i jej mama zdążyły już wyjść, więc Beatrice przygotowuje kolację. Zaglądam do kuchni, pochłaniając woń smażonego… czegoś, cokolwiek to jest. Nie pytam, z jakiej to okazji, bo jestem pewna, że dowiem się niedługo — mama rzadko kiedy coś przygotowuje, już nie mówiąc o posiłku dla nas dwóch. Z tego względu po prostu obwieszczam, że już wróciłam i proszę, by zawołała mnie, gdy skończy, na co kiwa ochoczo głową. Biegnę do mojego pokoju i odstawiam torebkę, przetrząsając ją wpierw w poszukiwaniu telefonu. Kiedy w ręce wpada mój smartfon, odblokowuję go, natychmiastowo wchodząc na Rivenger. Wchodzę w ulubioną konwersację i relacjonuję mojej ulubionej Melanii całe spotkanie, wyjaśniam przy tym zajście i powód spotkania, kończąc na obwieszczeniu, że poza telefonem w torebce odnalazłam również zwinięty świstek, a w nim ciąg cyferek. Wszystko układa się w piękną całość, więc wpisuję do kontaktów nowy numer, podpisuję go jako Ophelia i wracam do konwersacji z panią Martin.
Pani Martin: Mówiłam ci o tym, że zaprosił mnie na randkę?
Pani Singiel: Że kto?
No tak, nasze przepiękne pseudonimy świadczą o jednym — to Mel ma większe powodzenie w licealistów, aniżeli ja mam u kogokolwiek.
Pani Martin: Aiden!
Biorę trzy porządne wdechy, zanim odpowiadam na wiadomość. Nie, nie, nie, błagam, nie! Tylko nie nasi najlepsi przyjaciele, boże kochany.
Pani Singiel: Aiden Martin, twój krasz numer jeden i właściwie to najgorętszy kapitan ze wszystkich kapitanów szkolnych drużyn umówił się z tobą?
W odpowiedzi przysłała mi jedynie serduszko, co potwierdza moją wiadomość. Nieświadomie uśmiecham się pod nosem, przechodząc do rozmowy z Theo.
Porażka: Cześć, przegrywie, zgadnij, kto umówił się z Aidenem.
Mija kilka minut, zanim chłopak zdobywa się na odpowiedź.
Przegryw: Nie pierdol.
Porażka: Serio, boże. Nie wiem, jak to teraz będzie.
Przegryw: Musisz mi potem opisać, jak przebiegła randka.
Porażka: Że co?
Przegryw: Już was shipuję, omg.
Porażka: Ale…
Porażka: ...to Mel. Melania się z nim umówiła. Me-la-nia.
Przybijam sobie mentalnego facepalma, zaskoczona totalnym idiotyzmem Przegrywa, któremu Mel dudniła od początku roku szkolnego o jego przyjacielu. Coś w rodzaju “Aiden ma kogoś?”, “A teraz się z kimś spotyka?” i tak dalej.
Przegryw: AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA
Śmieję się nieco głośniej, niż powinnam, bo mama słyszy mój mały napad. Otwiera drzwi i dość karcącym tonem pyta, co się dzieje, bo aktualnie rozmawia przez telefon i jej przeszkadzam. Przewracam oczami i kontynuuję rozmowę z idiotycznym Theo. Piszemy jeszcze kilka chwil, w końcu żegnając się, bo chłopak jedzie na trening łyżwiarstwa figurowego. Jego pasja jest przeurocza. Jeszcze raz wdaję się w rozmowę z Mel. I takim sposobem wplątuję się w odwiedziny i pomoc w przygotownaiu jej na randkę. Obiecuję jej jeszcze jedną rzecz, lecz już teraz zaczynam żałować, że wciąga mnie w tak głupi i ryzykowny plan. Wybieram numer Ophelii.
— Halo? — słyszę po drugiej stronie.
— Cześć, Oph — witam się, jakbyśmy widziały się kilka dni temu, a nie godzinę. — Mam sprawę. Byłyśmy dzisiaj w tej kawiarni, pamiętasz? No to… miałabyś ochotę na wyskoczenie tam jeszcze raz? Chodzi mi o coś ważnego.
— Hmm… tak, jasne, mogłabym, tylko kiedy?
— Sobota, na szesnastą — wyjaśniam. — Moja przyjaciółka ma randkę, a jest zbyt miękka, żeby być sam na sam z chłopakiem. Chodzi o to, żebyśmy usiadły gdzieś daleko nich, tak w razie czego. Rozumiesz mniej więcej? Wchodzisz w to?
Zanurzam usta w gorącej kawie, popijając jeden łyk, później następny, kończąc na trzecim. Napój zdążył nieco przestygnąć, więc zabieram się za spożywanie go, zanim wystygnie totalnie. Zimna kawa nie jest dobra, gdy wcześniej była ciepła. Odwracam wzrok od Ophelii, która wyraźnie nie ma problemu z nawiązywaniem kontaktu poprzez taką drogę, chcąc uniknąć peszących sytuacji. Po raz ostatni spoglądam przez okno obok. Z całego serca szanuję próby nawiązania kontaktu przez niejaką Off, jednakże czasami… czasami lepiej zamilknąć, tym bardziej, gdy właśnie coś jemy. Po kilkunastu minutach kontynuowania nużącej konwersacji zbieram nasze filiżanki i talerzyki, odstawiając je do odpowiedniego okienka.
— Dziękuję — mówię, celowo pomijając fakt, iż to ja zapłaciłam, choć w formie przeprosin. — To… zwijam się już, mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się zobaczymy.
— Mi też było bardzo miło. — Wykrzywia usta w miłym geście. — To mo…
— N-nie.
— Ale…?
— Mama wysłała mi sms’a, naprawdę już idę, cześć, Oph — wyjaśniam, odwzajemniając uśmiech.
Dziewczyna mierzy mnie wzrokiem i również się żegna. Koniec końców idziemy w dwie różne strony, a ja oddycham z ulgą. Nie to, że nie jej nie polubiłam. Nie jest irytująca, nie wkurza mnie, nic z tych rzeczy. Zwyczajnie źle się czuję, a nie chciałam, by nasza rozmowa polegała tylko na odbijaniu piłeczki: “Co lubisz robić?”-”Lubię piec, a ty?”-”Ja też, poza tym umiem grać na paru instrumentach.”-”Okay.”. Bezsensowne, co?
W domu czeka na mnie niespodzianka — Molly i jej mama zdążyły już wyjść, więc Beatrice przygotowuje kolację. Zaglądam do kuchni, pochłaniając woń smażonego… czegoś, cokolwiek to jest. Nie pytam, z jakiej to okazji, bo jestem pewna, że dowiem się niedługo — mama rzadko kiedy coś przygotowuje, już nie mówiąc o posiłku dla nas dwóch. Z tego względu po prostu obwieszczam, że już wróciłam i proszę, by zawołała mnie, gdy skończy, na co kiwa ochoczo głową. Biegnę do mojego pokoju i odstawiam torebkę, przetrząsając ją wpierw w poszukiwaniu telefonu. Kiedy w ręce wpada mój smartfon, odblokowuję go, natychmiastowo wchodząc na Rivenger. Wchodzę w ulubioną konwersację i relacjonuję mojej ulubionej Melanii całe spotkanie, wyjaśniam przy tym zajście i powód spotkania, kończąc na obwieszczeniu, że poza telefonem w torebce odnalazłam również zwinięty świstek, a w nim ciąg cyferek. Wszystko układa się w piękną całość, więc wpisuję do kontaktów nowy numer, podpisuję go jako Ophelia i wracam do konwersacji z panią Martin.
Pani Martin: Mówiłam ci o tym, że zaprosił mnie na randkę?
Pani Singiel: Że kto?
No tak, nasze przepiękne pseudonimy świadczą o jednym — to Mel ma większe powodzenie w licealistów, aniżeli ja mam u kogokolwiek.
Pani Martin: Aiden!
Biorę trzy porządne wdechy, zanim odpowiadam na wiadomość. Nie, nie, nie, błagam, nie! Tylko nie nasi najlepsi przyjaciele, boże kochany.
Pani Singiel: Aiden Martin, twój krasz numer jeden i właściwie to najgorętszy kapitan ze wszystkich kapitanów szkolnych drużyn umówił się z tobą?
W odpowiedzi przysłała mi jedynie serduszko, co potwierdza moją wiadomość. Nieświadomie uśmiecham się pod nosem, przechodząc do rozmowy z Theo.
Porażka: Cześć, przegrywie, zgadnij, kto umówił się z Aidenem.
Mija kilka minut, zanim chłopak zdobywa się na odpowiedź.
Przegryw: Nie pierdol.
Porażka: Serio, boże. Nie wiem, jak to teraz będzie.
Przegryw: Musisz mi potem opisać, jak przebiegła randka.
Porażka: Że co?
Przegryw: Już was shipuję, omg.
Porażka: Ale…
Porażka: ...to Mel. Melania się z nim umówiła. Me-la-nia.
Przybijam sobie mentalnego facepalma, zaskoczona totalnym idiotyzmem Przegrywa, któremu Mel dudniła od początku roku szkolnego o jego przyjacielu. Coś w rodzaju “Aiden ma kogoś?”, “A teraz się z kimś spotyka?” i tak dalej.
Przegryw: AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA
Śmieję się nieco głośniej, niż powinnam, bo mama słyszy mój mały napad. Otwiera drzwi i dość karcącym tonem pyta, co się dzieje, bo aktualnie rozmawia przez telefon i jej przeszkadzam. Przewracam oczami i kontynuuję rozmowę z idiotycznym Theo. Piszemy jeszcze kilka chwil, w końcu żegnając się, bo chłopak jedzie na trening łyżwiarstwa figurowego. Jego pasja jest przeurocza. Jeszcze raz wdaję się w rozmowę z Mel. I takim sposobem wplątuję się w odwiedziny i pomoc w przygotownaiu jej na randkę. Obiecuję jej jeszcze jedną rzecz, lecz już teraz zaczynam żałować, że wciąga mnie w tak głupi i ryzykowny plan. Wybieram numer Ophelii.
— Halo? — słyszę po drugiej stronie.
— Cześć, Oph — witam się, jakbyśmy widziały się kilka dni temu, a nie godzinę. — Mam sprawę. Byłyśmy dzisiaj w tej kawiarni, pamiętasz? No to… miałabyś ochotę na wyskoczenie tam jeszcze raz? Chodzi mi o coś ważnego.
— Hmm… tak, jasne, mogłabym, tylko kiedy?
— Sobota, na szesnastą — wyjaśniam. — Moja przyjaciółka ma randkę, a jest zbyt miękka, żeby być sam na sam z chłopakiem. Chodzi o to, żebyśmy usiadły gdzieś daleko nich, tak w razie czego. Rozumiesz mniej więcej? Wchodzisz w to?
OPHELIA?
23 lut 2019
Od Charlie cd. Ophelia
Próbuję wyciąganąć dziecko ze stawu, lecz ona szamota się, uniemożliwiając mi jakąkolwiek pomoc. Niespokojnie kręci nogami, rękoma zaś wymachuje na wszystkie strony. Kiedy udaje mi się usadzić ją na brzegu, tyłem do wody, mam wrażenie, że dziewczynka zdążyła się zaprawić — drżała z zimna, jej usta nabrały barw charakterystycznej szarości, otulam więc własną kurtką zziębnięte ramiona, wystawiając się na zimowy chłód. Wokół mnie zbiera się coraz to liczniejsza grupa gapiów, mierząc nas oboje zaciekawionymi spojrzeniami. Przemoczona do najcieńszej nitki ośmiolatka potrzebuje ciepła, więc zdecydowanym ruchem okrywam ją szczelnie moim ubraniem i proszę jedną z osób obok, by pilnowała dziecka. Nie bacząc na odpowiedź, wstaję i prędko podchodzę do pierwszego lepszego sklepiko-stoiska i zamawiam ciepłą, lecz nie parzącą herbatę. Gdy dostaję ją w ręce, obiecuję, iż zapłacę za dwadzieścia minut i wracam do ośmiolatki. Niemalże siłą zmuszam ją do wypicia, a kiedy mi się udaje, wszystko idzie samo — mała bierze coraz to bardziej łapczywe łyki.
— Koniec widowiska — mówi ktoś z tyłu. — Okażcie trochę rozumu.
Oglądam się za siebie przez lewe ramię. Osobą odganiającą tłum zainteresowanych spojrzeń okazuje się być dziewczyna, której kurtka ucierpiała przez dzieciaka. Posyłam jej słaby uśmiech, kiedy zbliża się do nas, pokonując dzielący dystans. Zignorowałam jej wcześniejszą prośbę na rzecz ratowania dziewczynki, więc teraz odzywam się, byleby nie wyjść na gbura.
— Naprawdę? — pytam, gdy kuca obok. — Nie dość, że ten mały szatan ubrudził ci spodnie, teraz proponujesz mi pomoc? Charlie. — Podaję jej wolną dłoń. — A to Molly i... naprawdę żałuję, że poszłam z nią na ten spacer.
— Ophelia. — Ściska ją, delikatnie potrząsając. — I tak, dokładnie tak!
Zacisnęłam usta, wykrzywiając je w dość nieszczery uśmiech, znacznie różniący się od tego kilka chwil temu. Dziewczynka zdążyła wrócić do siebie, więc nie odpuszcza sobie okazji na wtrącenie się do rozmowy.
— Super będzie z tobą wracać — mówi wyszczerzona.
— Z panią — poprawiam.
— Z tobą, to Octavia — zaprzecza i kręci głową.
— Chryste, nie Octavia, tylko Ophelia — jęczę, na co kobieta śmieje się cicho. — Możemy już iść?
Obie kiwają, więc wstajemy z zimnej ziemi. Molly początkowo potrzebuje pomocy z chodzeniu, co w głębi duszy usprawiedliwiam czystym lenistwem. Po kilku minutach zachowuje się jak nowonarodzona, ze wszystkich sił starając się popisać przed Ophelią. Przyznaję, że mieszkamy kawałek drogi stąd i jeżeli uważa, że to trochę daleko, zawsze może wrócić, bo do niczego jej nie zmuszam. Spotykam się jednak z odmową, więc milknę i po prostu godzę się z faktem, że obie zarobiłyśmy nową towarzyszkę niedoli.
— No to… niedawno wprowadziłaś się do miasta? — pytam, nawet nie spuszczając wzroku z chodnika.
— Tak, na to wygląda — odpiera.
Zamykam usta, nawet nie szukając innego tematu do rozmowy. Po prostu idziemy przez miasto i pilnujemy, by Molly nie wpadł do głowy idiotyczny pomysł pokroju kąpieli w jeziorze. Czasami jedna z nas coś powie, lecz albo jest to zbywane przez drugą, albo potwierdzane krótkim “mhm”. Dziewczyna jest ode mnie wyższa o kilka centymetrów, więc za każdym razem zadzieram lekko głowę, chociaż jest to nieporównywalne do przypadków, kiedy rozmawiam z jakimś wysokim typkiem ze szkoły.
Zatrzymujemy się nieopodal mojego domu.
— Jest nieco dalej, ale myślę, że powinnyśmy już się pożegnać. Nie zaciągnę cię w las — mówię cicho. — Ewentualnie możemy… huh, mogę podrzucić małą i pójdziemy na kawę, tę obiecaną. Nie chcę być ci dłużna do końca życia, a jak teraz sobie pójdziesz, darmowa kawa przepadnie.
Stoimy tak jeszcze chwilę, a kiedy Molly zaczyna ciągnąć mnie za rękaw, Ophelia zgadza się. Proszę, by poczekała na mnie tutaj i pędzę z dzieciakiem do naszych matek. Z przepraszającym wzrokiem odstawiam ją do salonu i wychodzę, obiecując, że wrócę niedługo. Kobieta, wedle umowy, niemal nie ruszyła się z miejsca. Nie mam dziewczynki do opieki, dzięki czemu pozwalam sobie na większe zainteresowanie nową znajomą. Chcąc nie chcąc, mam ochotę na zbombardowanie jej pytaniami, lecz raz, to nie w moim stylu, dwa, nagle mam w głowie pustkę i czuję, jak pytania ulatują z niej, niczym para wodna z czajnika.
— Pójdziemy do tej kawiarni, altanki czy jakkolwiek to się zwie — informuję. — Flora.
— Jasne.
Po drodze próbujemy nawiązać jakiś kontakt, co całkiem nam się udaje — część spaceru poświęcamy żartom, dzięki czemu łamiemy kolejną barierę niezręcznej ciszy.
Stoję przy blacie i składam zamówienie, spoglądając przy tym na Ophelię.
— Latte Macchiato, czekoladowa muffinka i… — zatrzymuję się — ...czego sobie życzysz?
— Koniec widowiska — mówi ktoś z tyłu. — Okażcie trochę rozumu.
Oglądam się za siebie przez lewe ramię. Osobą odganiającą tłum zainteresowanych spojrzeń okazuje się być dziewczyna, której kurtka ucierpiała przez dzieciaka. Posyłam jej słaby uśmiech, kiedy zbliża się do nas, pokonując dzielący dystans. Zignorowałam jej wcześniejszą prośbę na rzecz ratowania dziewczynki, więc teraz odzywam się, byleby nie wyjść na gbura.
— Naprawdę? — pytam, gdy kuca obok. — Nie dość, że ten mały szatan ubrudził ci spodnie, teraz proponujesz mi pomoc? Charlie. — Podaję jej wolną dłoń. — A to Molly i... naprawdę żałuję, że poszłam z nią na ten spacer.
— Ophelia. — Ściska ją, delikatnie potrząsając. — I tak, dokładnie tak!
Zacisnęłam usta, wykrzywiając je w dość nieszczery uśmiech, znacznie różniący się od tego kilka chwil temu. Dziewczynka zdążyła wrócić do siebie, więc nie odpuszcza sobie okazji na wtrącenie się do rozmowy.
— Super będzie z tobą wracać — mówi wyszczerzona.
— Z panią — poprawiam.
— Z tobą, to Octavia — zaprzecza i kręci głową.
— Chryste, nie Octavia, tylko Ophelia — jęczę, na co kobieta śmieje się cicho. — Możemy już iść?
Obie kiwają, więc wstajemy z zimnej ziemi. Molly początkowo potrzebuje pomocy z chodzeniu, co w głębi duszy usprawiedliwiam czystym lenistwem. Po kilku minutach zachowuje się jak nowonarodzona, ze wszystkich sił starając się popisać przed Ophelią. Przyznaję, że mieszkamy kawałek drogi stąd i jeżeli uważa, że to trochę daleko, zawsze może wrócić, bo do niczego jej nie zmuszam. Spotykam się jednak z odmową, więc milknę i po prostu godzę się z faktem, że obie zarobiłyśmy nową towarzyszkę niedoli.
— No to… niedawno wprowadziłaś się do miasta? — pytam, nawet nie spuszczając wzroku z chodnika.
— Tak, na to wygląda — odpiera.
Zamykam usta, nawet nie szukając innego tematu do rozmowy. Po prostu idziemy przez miasto i pilnujemy, by Molly nie wpadł do głowy idiotyczny pomysł pokroju kąpieli w jeziorze. Czasami jedna z nas coś powie, lecz albo jest to zbywane przez drugą, albo potwierdzane krótkim “mhm”. Dziewczyna jest ode mnie wyższa o kilka centymetrów, więc za każdym razem zadzieram lekko głowę, chociaż jest to nieporównywalne do przypadków, kiedy rozmawiam z jakimś wysokim typkiem ze szkoły.
Zatrzymujemy się nieopodal mojego domu.
— Jest nieco dalej, ale myślę, że powinnyśmy już się pożegnać. Nie zaciągnę cię w las — mówię cicho. — Ewentualnie możemy… huh, mogę podrzucić małą i pójdziemy na kawę, tę obiecaną. Nie chcę być ci dłużna do końca życia, a jak teraz sobie pójdziesz, darmowa kawa przepadnie.
Stoimy tak jeszcze chwilę, a kiedy Molly zaczyna ciągnąć mnie za rękaw, Ophelia zgadza się. Proszę, by poczekała na mnie tutaj i pędzę z dzieciakiem do naszych matek. Z przepraszającym wzrokiem odstawiam ją do salonu i wychodzę, obiecując, że wrócę niedługo. Kobieta, wedle umowy, niemal nie ruszyła się z miejsca. Nie mam dziewczynki do opieki, dzięki czemu pozwalam sobie na większe zainteresowanie nową znajomą. Chcąc nie chcąc, mam ochotę na zbombardowanie jej pytaniami, lecz raz, to nie w moim stylu, dwa, nagle mam w głowie pustkę i czuję, jak pytania ulatują z niej, niczym para wodna z czajnika.
— Pójdziemy do tej kawiarni, altanki czy jakkolwiek to się zwie — informuję. — Flora.
— Jasne.
Po drodze próbujemy nawiązać jakiś kontakt, co całkiem nam się udaje — część spaceru poświęcamy żartom, dzięki czemu łamiemy kolejną barierę niezręcznej ciszy.
Stoję przy blacie i składam zamówienie, spoglądając przy tym na Ophelię.
— Latte Macchiato, czekoladowa muffinka i… — zatrzymuję się — ...czego sobie życzysz?
OPHELIA?
16 lut 2019
Od Charlie
— Co czytasz?
— Nic specjalnego.
Trzy, może cztery oddechy przerwy.
— Ale co czytasz?
— Nic specjalnego.
Ponownie pochylam się nad lekturą i analizuję każdą linijkę, próbując nie skupiać się na obrzucającej mnie pytaniami.
— Czy to bajka o smokach?
— Nie, to nie bajka o smokach.
Bezgłośnie modlę się, by dziecko przestało wypytywać.
— O wróżkach?
— Nie.
Wzdycham, kiedy główna bohaterka powieści ponownie wykazuje się zbyt niskim ilorazem inteligencji, jak to zazwyczaj na takie postacie przystało. Przerzucam kartkę i czytam dalej, lecz coś odwraca moją uwagę.
— Powiesz mi, co czytasz? — Dzieciak bawił się moim laptopem, wchodząc w każdy folder po kolei. — A kto jest? — pyta, wskazując na postać na tapecie.
Wzruszam ramionami i, odłożywszy książkę, zamykam klapę komputera przed jej nosem. Spogląda na mnie oczyma pełnymi wyrzutów i zakłada ręce na pierś. Mruczę, że cudzych rzeczy się nie rusza i wracam do lektury, wyobraźnią jak najdalej od gnojka. Powracając, główna bohaterka czytanej przeze mnie książki jest naprawdę idiotyczna i wręcz karykaturalna, jeżeli to miała na celu autorka. Kiedy na co dzień mam do czynienia z postaciami a’la Mary Sue, tym razem nie jest inaczej — brunetka o, standardowo, oczach zielonych niczym szafir, pełnych ustach i nienagannym stroju, pomimo tego, iż jej praca łączy się z dość ciężkimi czynnościami. Na jej osobowość składają się cechy pokroju odważnej, nieustraszonej, dumnej, bla, bla, bla. Czysty idiotyzm, który sprzedaje się jak ciepłe bułeczki.
Dzieciak niespodziewanie piszczy, więc z niechęcią odkładam lekturę, jakkolwiek irytująca nie była protagonistka i pytam, o co tym razem chodzi. Jej oczy zalewają się łzami, nie przestaje zresztą piszczeć. Próbuję ją uciszyć i dojść, o co tak właściwie chodzi.
Pająk.
Aha.
Chodzi o pająka.
Przeklinam pod nosem i jednym ruchem ręki podnoszę towarzysza, następnie otwieram okno i wyrzucam pseudo-zagrożenie. Dziecko patrzy na mnie jak na bohatera i wtula się w mój brzuch. Wzdycham po raz kolejny i próbuję wydostać się z pokoju z ciężarem przyklejonym do mojego ciała. W salonie siedzi mama i matka tej podłej kreatury, czyli, na nieszczęście, najbliższa przyjaciółka Beatrice. Wita mnie szczerym uśmiechem, a ja nawet go nie odwzajemniam, tylko biorę ciastko i posyłam rodzicielskie lodowe spojrzenie — odpłaca się tym samym, więc ignoruję ją do granic. Wtem pada sugestia, bym wzięła dzieciaka na spacer. Kręcę zdecydowanie głową, ale po kilku chwilach już żegnamy się z kobietami i wychodzimy na zewnątrz, gdzie panuje zdecydowany chłód. Mała coś tam miączy, lecz umyka mi to. Obieram trasę i narzucam tempo, a ona tylko skamle, że to miał być spacer, a nie jogging.
— Jestem starsza — odpieram tylko.
Nad jezioro Aequor docieramy jakieś pół godziny później. Proszę, by usiadła na tej ławce, kiedy na pójdę zamówić jej hot-doga, o co prosiła od początku.
Wracając, spostrzegam, jak tarmosi czyjąś kurtkę. Niemalże biegiem doganiam ją, a zaczepiana osoba zdąża się obrócić i spojrzeć na nas obie.
— Przepraszam za nią, pomyłka — dukam, kiedy nieznajoma osoba przygląda się na nas zza zmrużonych powiek.
— Nic specjalnego.
Trzy, może cztery oddechy przerwy.
— Ale co czytasz?
— Nic specjalnego.
Ponownie pochylam się nad lekturą i analizuję każdą linijkę, próbując nie skupiać się na obrzucającej mnie pytaniami.
— Czy to bajka o smokach?
— Nie, to nie bajka o smokach.
Bezgłośnie modlę się, by dziecko przestało wypytywać.
— O wróżkach?
— Nie.
Wzdycham, kiedy główna bohaterka powieści ponownie wykazuje się zbyt niskim ilorazem inteligencji, jak to zazwyczaj na takie postacie przystało. Przerzucam kartkę i czytam dalej, lecz coś odwraca moją uwagę.
— Powiesz mi, co czytasz? — Dzieciak bawił się moim laptopem, wchodząc w każdy folder po kolei. — A kto jest? — pyta, wskazując na postać na tapecie.
Wzruszam ramionami i, odłożywszy książkę, zamykam klapę komputera przed jej nosem. Spogląda na mnie oczyma pełnymi wyrzutów i zakłada ręce na pierś. Mruczę, że cudzych rzeczy się nie rusza i wracam do lektury, wyobraźnią jak najdalej od gnojka. Powracając, główna bohaterka czytanej przeze mnie książki jest naprawdę idiotyczna i wręcz karykaturalna, jeżeli to miała na celu autorka. Kiedy na co dzień mam do czynienia z postaciami a’la Mary Sue, tym razem nie jest inaczej — brunetka o, standardowo, oczach zielonych niczym szafir, pełnych ustach i nienagannym stroju, pomimo tego, iż jej praca łączy się z dość ciężkimi czynnościami. Na jej osobowość składają się cechy pokroju odważnej, nieustraszonej, dumnej, bla, bla, bla. Czysty idiotyzm, który sprzedaje się jak ciepłe bułeczki.
Dzieciak niespodziewanie piszczy, więc z niechęcią odkładam lekturę, jakkolwiek irytująca nie była protagonistka i pytam, o co tym razem chodzi. Jej oczy zalewają się łzami, nie przestaje zresztą piszczeć. Próbuję ją uciszyć i dojść, o co tak właściwie chodzi.
Pająk.
Aha.
Chodzi o pająka.
Przeklinam pod nosem i jednym ruchem ręki podnoszę towarzysza, następnie otwieram okno i wyrzucam pseudo-zagrożenie. Dziecko patrzy na mnie jak na bohatera i wtula się w mój brzuch. Wzdycham po raz kolejny i próbuję wydostać się z pokoju z ciężarem przyklejonym do mojego ciała. W salonie siedzi mama i matka tej podłej kreatury, czyli, na nieszczęście, najbliższa przyjaciółka Beatrice. Wita mnie szczerym uśmiechem, a ja nawet go nie odwzajemniam, tylko biorę ciastko i posyłam rodzicielskie lodowe spojrzenie — odpłaca się tym samym, więc ignoruję ją do granic. Wtem pada sugestia, bym wzięła dzieciaka na spacer. Kręcę zdecydowanie głową, ale po kilku chwilach już żegnamy się z kobietami i wychodzimy na zewnątrz, gdzie panuje zdecydowany chłód. Mała coś tam miączy, lecz umyka mi to. Obieram trasę i narzucam tempo, a ona tylko skamle, że to miał być spacer, a nie jogging.
— Jestem starsza — odpieram tylko.
Nad jezioro Aequor docieramy jakieś pół godziny później. Proszę, by usiadła na tej ławce, kiedy na pójdę zamówić jej hot-doga, o co prosiła od początku.
Wracając, spostrzegam, jak tarmosi czyjąś kurtkę. Niemalże biegiem doganiam ją, a zaczepiana osoba zdąża się obrócić i spojrzeć na nas obie.
— Przepraszam za nią, pomyłka — dukam, kiedy nieznajoma osoba przygląda się na nas zza zmrużonych powiek.
KTOŚ?
1 sty 2019
Od Charlie cd. Franciszka
Wślizgnęłam się do sklepu monopolowego, za mną rozległy się kroki chłopaka, który jeszcze przed chwilą planował zamknięcie go. Nie tym razem. W głowie wyliczałam alkohole, jakie dziś figurowały na czele mojej listy zakupów. Sylwester zapowiadał się hucznie, już od miesiąca trwają przygotowania jakże wielkiej imprezy mojej rodzicielki. Mogłabym czuć się zaproszona? Mogłabym, zważywszy na to, że jej mieszkanie jest także moim mieszkaniem. Sytuacja prezentowała się całkowicie inaczej, albowiem już kilka dni temu usłyszałam wyraźne "nie", towarzyszące rozkazom dotyczącym pozostania w pokoju. Okay, okay.
To, to i jeszcze to.
Ach, zapomniałam o tym.
I te.
Rachunek objął liczbę wysoką, jednakże nie na tyle wysoką, by nie móc dorzucić czegoś dla siebie. Słabe piwo smakowe, dlaczego miałabym odmówić przyjemności także sobie. Zapłaciłam. Wyszłam ze sklepu. Wróciłam do bloku.
Rankiem po zdecydowanej części kupionych przeze mnie alkoholi nie było śladu. Jedynie dwie butelki czystej wódki i moje dobrze ukryte piwo ocalało. Nie drążyłam tematu, nie reagowałam. Nie wiem, czy chcę wiedzieć, co z nimi zrobiła. Nie obchodzi mnie to.
— Charlie, idź do sklepu — usłyszałam wieczorem. Wręczyła mi pieniądze i listę podobną do tej wczorajszej. Zgadywałam, że znów trafię na zamknięcie.
Nieomylnie.
Wpuścił mnie.
To, to i jeszcze to.
Ach, zapomniałam o tym.
I te.
I te.
To, to i jeszcze to.
Ach, zapomniałam o tym.
I te.
Rachunek objął liczbę wysoką, jednakże nie na tyle wysoką, by nie móc dorzucić czegoś dla siebie. Słabe piwo smakowe, dlaczego miałabym odmówić przyjemności także sobie. Zapłaciłam. Wyszłam ze sklepu. Wróciłam do bloku.
Rankiem po zdecydowanej części kupionych przeze mnie alkoholi nie było śladu. Jedynie dwie butelki czystej wódki i moje dobrze ukryte piwo ocalało. Nie drążyłam tematu, nie reagowałam. Nie wiem, czy chcę wiedzieć, co z nimi zrobiła. Nie obchodzi mnie to.
— Charlie, idź do sklepu — usłyszałam wieczorem. Wręczyła mi pieniądze i listę podobną do tej wczorajszej. Zgadywałam, że znów trafię na zamknięcie.
Nieomylnie.
Wpuścił mnie.
To, to i jeszcze to.
Ach, zapomniałam o tym.
I te.
O dziesięć avarów więcej. Mimo tego, kolejne dziesięć pozostało w kieszeni, więc wzięłam to w formie zapłaty za wyręczanie się mną przez matkę. Zapewne ktoś, kto widzi mnie w tym momencie uzna, że to wszystko wina młodzieńczego buntu, i z pewnością planuję to wszystko pokonać z grupką przyjaciół. Bzdura, myślę ja.
Zaskakujące, jakie życie jest przewidywalne.
— Charlie, do sklepu.
Aż chciałabym zapytać o to, gdzie podziewają się napoje na rzekomego Sylwestra. Gryzłam się w język, walczyłam, byleby nie wymsknęło mi się nic niemiłego, co Beatrice uznałaby za obrazę. Przekrzykiwanie się wzajemnie wcale nie posyłało mi szczerego uśmiechu.
Sklep.
Cześć, to znowu ja, myślałam sobie, kiedy wchodziłam do środka.
Zapewne zaraz opieprzą mnie za to, że zawsze, kiedy chcą zamykać zjawiam się ja.
Mam ochotę zasugerować, żeby zamykali jakieś dwadzieścia minut później. Ale to idiotyczne, skoro nie będą mieć w tym żadnej korzyści. A może jednak? Zresztą, zapewne tylko tu pracują.
To, to i jeszcze to.
Ach, zapomniałam o tym.— Charlie, do sklepu.
Aż chciałabym zapytać o to, gdzie podziewają się napoje na rzekomego Sylwestra. Gryzłam się w język, walczyłam, byleby nie wymsknęło mi się nic niemiłego, co Beatrice uznałaby za obrazę. Przekrzykiwanie się wzajemnie wcale nie posyłało mi szczerego uśmiechu.
Sklep.
Cześć, to znowu ja, myślałam sobie, kiedy wchodziłam do środka.
Zapewne zaraz opieprzą mnie za to, że zawsze, kiedy chcą zamykać zjawiam się ja.
Mam ochotę zasugerować, żeby zamykali jakieś dwadzieścia minut później. Ale to idiotyczne, skoro nie będą mieć w tym żadnej korzyści. A może jednak? Zresztą, zapewne tylko tu pracują.
To, to i jeszcze to.
I te.
Płacę, wychodzę.
No dobra, może nie dzisiaj.
Dziurawa torba w tym momencie stała się moim największym koszmarem. Przy samiutkich drzwiach. Trzask tłukącego się szkła, po linoleum płynie czerwona ciecz, która w pewnym momencie miesza się ze sporą ilością przezroczystego alkoholu. W porę zatrzymuję tę szopkę, łapiąc od spodu za torbę. Trzy butelki poszły się jebać. Kolejne trzy tkwią w torbie, całe. Stanęłam jak wryta, wpatrując się w ogromną kałużę. Nie wiedziałam, czy brać się za sprzątanie, czy prosić o pomoc kasjera. Chociaż wystarczająco napsułam im nerwów.
— Gdzie macie jakąś szufelkę, mop, cokolwiek? — zapytałam. Zaskakujące było to, z jakim spokojem wypowiedziałam te słowa, zważywszy na to, że rzadko kiedy pytam nieznajomych o coś, co jest w tej chwili dla mnie istotne.
W pewnej chwili skręciło mnie w żołądku.
Beatrice 1, Charlie 0.
No dobra, może nie dzisiaj.
Dziurawa torba w tym momencie stała się moim największym koszmarem. Przy samiutkich drzwiach. Trzask tłukącego się szkła, po linoleum płynie czerwona ciecz, która w pewnym momencie miesza się ze sporą ilością przezroczystego alkoholu. W porę zatrzymuję tę szopkę, łapiąc od spodu za torbę. Trzy butelki poszły się jebać. Kolejne trzy tkwią w torbie, całe. Stanęłam jak wryta, wpatrując się w ogromną kałużę. Nie wiedziałam, czy brać się za sprzątanie, czy prosić o pomoc kasjera. Chociaż wystarczająco napsułam im nerwów.
— Gdzie macie jakąś szufelkę, mop, cokolwiek? — zapytałam. Zaskakujące było to, z jakim spokojem wypowiedziałam te słowa, zważywszy na to, że rzadko kiedy pytam nieznajomych o coś, co jest w tej chwili dla mnie istotne.
W pewnej chwili skręciło mnie w żołądku.
Beatrice 1, Charlie 0.
FRANCISZEK?
18 gru 2018
Od Charlie cd. Lucia
Tępym wzrokiem wpatrywałam się w scenę rozgrywającą się na korytarzu. Doskonale znałam jednego z nich. Drugiego zaś mijałam niekiedy na korytarzu. Był wyraźnie młodszy, celowałam w podstawówkę bądź pierwsze klasy liceum, zawsze była opcja, że zwyczajnie wolniej dojrzewał. Finn nie dawał mu szans na ucieczkę, ciągnął go z całej siły. Reszta stała, niektórzy krzyczeli i dopingowali, w oczach innych zauważyć było można strach, który paraliżował ich na tyle, by nie ruszyć na pomoc koledze. Taka sama sytuacja miała miejsce dwa lata temu, kiedy zaczynaliśmy przygodę z nową szkołą. Trafiłam do klasy, gdzie wysoko cenione były markowe ubrania, drogie telefony, dobry sprzęt. Często słyszałam przechwalanki, które głosiły na przykład o liczbie zaliczonych dziewczyn. Niespecjalnie mieszałam się w ten tłum, byłam w pełni świadoma pewnego odtrącenia i wyśmiania. Wolałam nie narażać się pozostałym, choć, fakt faktem, w sumie było to nieuniknione. Na lekcjach często robiłam notatki (dzięki czemu te mijały o wiele szybciej), przerwy spędzałam gdzieś na uboczu, za schodami na ławce, w toaletach albo w klasie, w której mieliśmy mieć lekcje na kolejnej godzinie. Generalnie, nikt nie zwracał na mnie uwagi. I to było świetne, miałam czas na zebranie myśli i przygotowanie się na kolejne zajęcia. Tak błogo upłynął wrzesień, październik i niemalże cały listopad. Niezwykle ciężki okres w moim życiu, śmierć ojca pogrążyła matkę w żałobie. Czułam się coraz gorzej, odtrącona od własnej rodziny, zaszyta we własnym świecie. Tak właściwie… wtedy nie było nikogo, komu faktycznie mogłam się wygadać i powiedzieć o troskach, tutaj nie znałam nikogo, poza szkołą także. Przestałam się uczyć, przykładałam mniejszą wagę do mojego wyglądu, unikałam lekcji, stawałam się coraz bardziej “dziwna”. I tutaj do akcji wkroczyła grupa chłopców z mojej klasy, wpierw zaczęło się od nich, już kilka dni później oficjalnie okrzyknięto mnie największym dziwadłem pierwszych klas. Zastanawiałam się, co zrobiłam, by zaskarbić sobie taki tytuł. Łudziłam się, że ludzi nie interesuje moje życie. I wtedy usłyszałam od jednej z dziewczyn coś, co zmroziło mi krew w żyłach. Krążyła plotka o patologicznej rodzinie, zaś między uczniami przepływał mem dotyczący mojej osoby. Nie dane było mi poznać jego treść, pozostaje dla mnie zagadką do dziś. I ten jeden miesiąc wpłynął na całą resztę, ludzie traktowali mnie na dwa sposoby: albo jak powietrze, albo jak odrzutka. Jakiekolwiek chęci do życia spłynęły ze mnie niczym woda podczas kąpieli. Nakładające się problemy rodzinne tylko dodawały goryczy do mojej egzystencji, problemy z pieniędzmi, mama, która miała mnie za obcą. Błagałam, by ten koszmar zakończył się po wakacjach. Było poniekąd lepiej, ale… tylko trochę. W drugiej klasie trochę odpuścili. Dlaczego te wspomnienia tak nagle wróciły? Proste. Na czele całej bandy stał Finn, ten Finn, który aktualnie był blisko przyłożenia dzieciakowi.
— Hej, Charlie. — Usłyszałam szelest paczki.
Spojrzałam w stronę dziewczyny i uśmiechnęłam lekko, zaciskając usta w wąską kreskę. Ach, no tak, Lucia i reszta świata przecież istnieje. Sięgnęłam dłonią po małe ciastko z solą i podziękowałam skinieniem głowy. Poczułam, jak burczy mi w brzuchu. Ponownie sięgnęłam po kanapkę i wzięłam kęs, powolny, mały kęs. Długo walczyłam ze sobą, żeby go przełknąć. Czułam, jak coś rośnie mi w gardle i uniemożliwia to. W chwili zakręciło mi się w głowie, zaś żołądek wyraźnie zaprotestował dalszemu jedzeniu. Szybko podniosłam się i wzięłam torbę, umykając w stronę toalet. Wsunęłam się do jednej z nich i natychmiastowo nachyliłam nad toaletą.
Do końca przerwy nie wychodziłam z kabiny, czekając, aż wszyscy opuszczą łazienkę. Bezgłośnie prosiłam, żeby nikt nie był świadkiem tej sytuacji. Kiedy wróciłam do klasy, było prawdopodobnie pięć minut po dzwonku. Korytarze były puste, jakby wszyscy nagli się rozpłynęli. Lekcja biologii przeminęła spokojnie, choć nie obyło się bez dociekliwego wypytywania o spóźnienie i uwagi, trzeciej w tym miesiącu. Każda z nich z powodu spóźnień.
Ogłoszenie o konkursie zawisło na dużej tablicy w głównym korytarzu. Czytałam ulotkę, kiedy poczułam jak moja torebka staje się “cięższa”. Odwróciłam głowę. Lucia przeciskała się przez tłum, nie puszczając skóry od torby.
— Och, cześć — przywitałam się, próbując ukryć niechęć do rozmowy.
— Hej, Charlie. — Usłyszałam szelest paczki.
Spojrzałam w stronę dziewczyny i uśmiechnęłam lekko, zaciskając usta w wąską kreskę. Ach, no tak, Lucia i reszta świata przecież istnieje. Sięgnęłam dłonią po małe ciastko z solą i podziękowałam skinieniem głowy. Poczułam, jak burczy mi w brzuchu. Ponownie sięgnęłam po kanapkę i wzięłam kęs, powolny, mały kęs. Długo walczyłam ze sobą, żeby go przełknąć. Czułam, jak coś rośnie mi w gardle i uniemożliwia to. W chwili zakręciło mi się w głowie, zaś żołądek wyraźnie zaprotestował dalszemu jedzeniu. Szybko podniosłam się i wzięłam torbę, umykając w stronę toalet. Wsunęłam się do jednej z nich i natychmiastowo nachyliłam nad toaletą.
Do końca przerwy nie wychodziłam z kabiny, czekając, aż wszyscy opuszczą łazienkę. Bezgłośnie prosiłam, żeby nikt nie był świadkiem tej sytuacji. Kiedy wróciłam do klasy, było prawdopodobnie pięć minut po dzwonku. Korytarze były puste, jakby wszyscy nagli się rozpłynęli. Lekcja biologii przeminęła spokojnie, choć nie obyło się bez dociekliwego wypytywania o spóźnienie i uwagi, trzeciej w tym miesiącu. Każda z nich z powodu spóźnień.
Ogłoszenie o konkursie zawisło na dużej tablicy w głównym korytarzu. Czytałam ulotkę, kiedy poczułam jak moja torebka staje się “cięższa”. Odwróciłam głowę. Lucia przeciskała się przez tłum, nie puszczając skóry od torby.
— Och, cześć — przywitałam się, próbując ukryć niechęć do rozmowy.
LUCIA?
Chciałaś odpis po roku, domagałaś się po miesiącu, przypomniałaś mi kiedyś i masz. Po czterech miesiącach.
Subskrybuj:
Posty (Atom)