Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amy. Pokaż wszystkie posty

12 mar 2020

Odejście

Żegnamy Koyori, Amy i Kena!

19 sty 2020

Od Amy Do Jaydena

- Cezar, nie wolno! - krzyczę i podbiegam do kanapy znajdującej się praktycznie po drugiej stronie lokalu. Szczeniak zaczął bawić się ogonem jakiegoś wilczura. Skakał na niego i próbował chwycić w zęby. Stanęłam nad psami i zgarnęłam swojego pupila, łapiąc go za boki. Czym prędzej się oddaliłam, kątem oka zerkając na Bell pod moimi nogami i Ginger, która ponownie łasiła się do jakiś klientów.
Nim odstawiłam Cezara z powrotem na ziemię, pacnęłam go w głowę, mając nadzieję, że już nie pobiegnie do tamtego psa. Był całkiem niezły gabarytowo. Na szczęście szczeniak pobiegł w drugą stronę, do innego szczenięcia, z którym przyszła kolejna klientka.

7 sty 2020

Od Amy C.D Hangagog

Stałam w kuchni i gotowałam rosół. Miałam dzień wolny, postanowiłam zrobić zupę, której bardzo dawno nie jadłam.
Poza tym od rana siedziałam w piżamie. Zwykłą granatową za dużą koszulkę „idealnie” dobrałam do czarnych dresów z białymi mordkami kotów. Przynajmniej było mi ciepło.
Z telewizora w kącie leciała losowa piosenka z kanału muzycznego i Cezar, już nieco większy biało-czarny łaciaty szczeniak, nie byłby sobą, gdyby nie zaczął wyć. Siedział na środku pokoju, ogon latał mu jak u wiatraczka i „śpiewał” do sufitu.

13 gru 2019

Od Amy C.D Hangagoga

Nastawiłam wodę na gorące picie dla mnie i Hangagoga, następnie otwierając szafkę, gdzie znajdowały się kubki.
- Komedię – odpowiedziałam.
„Dziękuję, że przyjechałaś” - te słowa ciągle odbijały się echem w mojej głowie. Dodawały mi jakiejś radości w duchu i sprawiały, że byłam szczęśliwa. W końcu miałam wrażenie, że jednak mój przyjazd sprawił ciemnowłosemu nie lada kłopot i tak naprawdę nie chciał, żebym tu była.
Poza tym myślałam, że się zdenerwuje po tej akcji z dorysowanymi okularami, ale… wbrew pozorom przyjął to dosyć spokojnie. Nie licząc momentu, gdy krzyknął moje imię, kiedy poszłam po telefon, aby zrobić mu zdjęcie.
Włożyłam do jednego kubka herbatę, a do drugiego wsypałam kawę.
- Co byś powiedziała na… „Landrynka”? - zaczął. Zostawiłam kuchnię i przeszłam się do kanapy, zaglądając niebieskookiemu znad ramienia. - Laska kocha kolor różowy, próbuje otworzyć kawiarnię, ale jej nie idzie… Ogólnie niby też romans. Decyzja należy do ciebie, piękna – dopowiedział i odwrócił do mnie. Poczułam ciepło na policzkach.
- Jasne, może być – odpowiedziałam z początkowym lekkim wahaniem. Wtem usłyszałam bulgoczącą wodę, a chwilę potem zalałam wrzątkiem kubki z kawą i herbatą. Posłodziłam oba napoje i delikatnie wzięłam w dłonie, żeby zabrać je na stolik obok kanapy. Stawiałam ostrożne kroki, uważając, aby nie wylać. Mimo doświadczenia w kawiarni zawsze bałam się tego najgorszego i że napój wyląduje na moich ubraniach.
Moje obawy stały się prawdą. Byłam już blisko miejsca, gdzie siedział Hangagog, próbujący włączyć nam film. Wystarczyło tylko, że rzuciłam okiem na ekran telewizora, zachwiałam się i momentalnie część kawy znalazła się na moim swetrze. Z większym skupieniem odstawiłam kubki na stolik i przyjrzałam się ciemnej plamie na musztardowym materiale.
- Hangagog – jęknęłam, pokazując chłopakowi ubrudzony sweter. Obejrzał ślad, syknął, a potem się zaśmiał.
- Masz trzy wyjścia – powiedział, pokazując mi trzy palce. - Pierwsze, zostajesz w brudnym ubraniu – Wolałam nie. - Drugie, ściągasz sweter i siedzisz przy mnie na wpół rozebrana – szeroko się uśmiechnął. Ta opcja odpadała z góry. - Trzecia, idziesz do mnie do sypialni, zabierasz sobie jakąś bluzę z mojej garderoby i dajesz ciuch do prania.
- To wydaje się najbardziej realne… - odpowiedziałam, niechętnie spoglądając na plamę. Że też musiałam wylać tę kawę!
- Cóż, ze wstaniem u mnie kiepsko. Mam nadzieję, że pamiętasz drogę do mojego pokoju – Na szczęście coś mi świtało w głowie.
- To… zaraz wracam – szepnęłam nieśmiało i ruszyłam się z miejsca w stronę schodów, prowadzących na górę. Niepewnie otworzyłam drzwi znajdujące się najbliżej schodów. Trafiłam od razu. Teraz na prawo… i oczami ujrzałam męską garderobę.
- Gdzie były bluzy… - powiedziałam do siebie, próbując przypomnieć sobie to miejsce sprzed kilku tygodni. Po jakiś pięciu minutach zamiast musztardowego swetra miałam na sobie czarną koszulkę z jakimś losowym napisem. Czym prędzej wyszłam z sypialni Hangagoga i wróciłam na dół.
- Sweter możesz wrzucić do kosza na pranie – usłyszałam za sobą, gdy minęłam kanapę, idąc do łazienki. Jak mi polecono, tak zrobiłam. Przed wyjściem do chłopaka stanęłam jeszcze przed lustrem nad umywalką i starłam ślad tuszu na powiece, a także nieco rozmazany eyeliner. Że ja tak przy nim siedziałam i nic nie powiedział…

Hangagog?

11 lis 2019

Od Amy C.D Hangagog

Najpierw postanowiłam rozpakować zakupy. Wszystkie produkty wyłożyłam na stół. Ziemniaki, marchewkę, groszek, udka z kurczaka i jedną przyprawę, którą niemal zawsze dodawałam do mięsa. Kupiłam ją tylko na wszelki wypadek, gdyby Hangagog nie miał jej w domu. Odwróciłam się do czajnika, do którego zaraz wlałam wodę i nastawiłam na coś gorącego dla mnie i chłopaka. Kubki znalazłam w drugiej otwartej przeze mnie szafce, a herbatę wraz z kawą w trzeciej.
- Jakbyś nie wiedziała, gdzie co jest, to pytaj – usłyszałam za sobą głos bruneta.
- Raczej dam sobie radę! - odpowiedziałam mu, wsypując sobie kawę do kubka. Z tego, co zauważyłam wcześniej, oba psy siedziały wraz z właścicielem. I dobrze, nie muszę się martwić, że mi wejdą pod nogi. Jednak jeśli o to chodzi, to większe psy łatwiej zauważyć i raczej śmiało się nie pchają tak, jak moje zwierzaki. Zwłaszcza Cezar. I ewentualnie Ginger, gdy ma humor. Uśmiechnęłam się, wyciągając miskę z szafki na dole. Trochę źle zrobiłam, nawet nie wchodząc do domu, żeby z nimi wyjść na dwór nawet na chwilę, ale miałam czas ograniczony. Zrekompensuje się w najbliższy weekend, pójdziemy na cały dzień do parku.
Zajęłam się najpierw kurczakiem. I to w ciszy. Niestety. U mnie w domu już dawno grałaby muzyka i towarzyszyłoby mi wycie Cezara. Normalnie mogłabym znowu sobie nucić pod nosem, ale wtedy niepełnosprawny mężczyzna nieco dalej najpewniej by się przyglądał temu, jak tańczę. A tego po ostatnim razie wolałam uniknąć. Nigdy nie lubiłam, jak ktoś mi się przyglądał.
Trochę minęło, nim wstawiłam udka do piekarnika. Żaroodporne naczynie cudem znalazłam po wskazówkach Niebieskookiego. Nie były za dokładne, a on sam nie wiedział, gdzie było. Przy okazji miałam też garnek. Nawet dwa.
- Masz może obieraczkę? - zwróciłam się znowu do niego, gdy nie dostrzegłam przedmiotu w szufladzie ze sztućcami. Hangagog odwrócił się do mnie.
- Nie, wybacz – zaśmiał się, na co odpowiedziałam mu wyciągniętym językiem. No to będę musiała poradzić sobie z nożem.
- Nie wystawaj języka, bo ci krowa nasika – usłyszałam za sobą jego odpowiedź. Sama się zaśmiałam.
- A masz krowę? - odrzekłam, słysząc tylko śmiech chłopaka. Wzięłam się za obieranie marchewki, a potem ziemniaków. Zrobić purée czy pokroić je na ćwiartki?
- Hangagog, chcesz purée czy pokrojone ziemniaki? - zagadałam do niego, nastawiając warzywa do gotowania w jednym ze znalezionych wcześniej garnków.
- Mam uczulenie na mleko. Pokrojone – usłyszałam. Momentalnie skamieniałam, tępo wpatrując się w tył jego głowy.
- Masz uczulenie na mleko? - zapytałam, chcąc jakby usłyszeć potwierdzenie jego słów. W odpowiedzi skinął głową. Aha. To fajnie, że mówi. Dobrze, że w ogóle powiedział, bo inaczej byłoby purée!
Dalsze gotowanie znowu zajęła cisza. Choć miałam ogromną ochotę się rozgadać, powstrzymałam to. Miałam głupie wrażenie, że brunet nie byłby zadowolony ze słuchania mojej „katarynki”. Spojrzałam na zegarek umieszczony w piekarniku. Minęło półtorej godziny, jeszcze jakieś pół, może trochę więcej. Kurde, znowu za wcześnie zajęłam się warzywami. No nic, mówi się trudno… Wyszłam z części kuchennej i szłam powoli w stronę kanapy. Po drodze zmierzwiłam włosy mężczyzny tak, że każdy ustawiony był w inną stronę. Istna dżungla. Lub mop. Co kto woli. Usiadłam obok niego, odgarniając różowe włosy z twarzy i spojrzałam na jego twarz. Miał zamknięte oczy i spokojnie oddychał. Spał? Przybliżyłam się nieco do niego i pomachałam ręką przed twarzą. Zasnął jak dziecko. Delikatnie się uśmiechnęłam. Wtem dostrzegłam na stole przy kanapie długopis. Naszły mnie złe myśli. A raczej wspomnienie, gdy moje dawne przyjaciółki z gimnazjum podczas nocowania, postanowiły narysować mi wąsy i napisać na czole „cześć”. Przez dwie godziny od pobudki się nie skapnęłam, mimo czesania włosów w lustrze.
Dlatego teraz ten długopis mnie „kusił”. No ale zarost już miał… To może okulary…? Nieśmiało chwyciłam za przedmiot na stole, gdy zauważyłam, jak dog niemiecki na nogach niebieskookiego się podnosi i mi przygląda. Przyłożyłam palec do ust, mając nadzieję, że pies zrozumie mój przekaz i będzie milczał.
Jednak rysowanie od boku może być… ciężkie. Wypatrzyłam kawałek miejsca między oparciem kanapy a ciałem Hangagoga. Podniosłam się i przerzuciłam nogę na drugą stronę, zawisając nad jego ciałem. Serce waliło mi, jak nie wiem. Nawet nie mam bladego pojęcia z jakiego powodu. Przybliżyłam się do niego z długopisem w dłoni i poprowadziłam jedną linię od jego ucha do oka. Zrobiłam jedno kółko, poprowadziłam linię do drugiego oka i znowu obręcz. Zakończyłam to ostatnią kreską do prawego ucha. W tym samym czasie dostrzegłam również, jak Hangagog otwiera oczy.

Hangagog?

21 paź 2019

Od Amy C.D Hangagog

Było mi głupio. Bardzo głupio. I się martwiłam.
Kolejny dzień wykładów, a ja nawet nie skupiałam się na słowach profesora. Po raz kolejny wspominałam tamtą sobotę, kiedy miała się odbyć impreza u Hangagoga. Wyszykowałam się, wszystko ładnie i pięknie, przyjeżdżam na miejsce. Pustka. Oprócz mnie chyba nie było nikogo innego. Nawet jak zadzwoniłam do drzwi, to nikt się nie odezwał. Tak, jakbym trafiła pod zły adres, mimo że dobrze zapamiętałam drogę i poznawałam Księcia na padoku. Czekałam w samochodzie godzinę, dopóki nie wróciłam do domu. I tak oto wieczór spędziłam z Bell, Ginger, Cezarem, herbatą i bajką „Ostatni jednorożec”.
Mimo że mijały już dwa tygodnie, dalej rozpamiętywałam tamten dzień i za każdym razem robiło mi się głupio. W pewnym momencie nie wytrzymałam i uderzyłam głową w otwarty notatnik.
- Panno Jones, wszystko w porządku? - do moich uszu dobiegł głos profesora. Momentalnie się wyprostowałam i zawstydziłam.
- Wszystko gra… - odrzekłam.
- To dobrze – odpowiedział, po czym wrócił do poprzedniego tematu. Widziałam, jak mężczyzna na mnie zerkał. Próbowałam znowu się skupić na jego wypowiedzi i coś zapisać w notatkach, ale… słabo mi to szło. Po kilku minutach nastąpił koniec wykładu, a w tym i moich dzisiejszych zajęć na uczelni. Spakowałam wszystko do torebki i wyszłam z sali. Kiedy tylko przekroczyłam próg drzwi i postanowiłam włączyć dźwięk w telefonie, ktoś do mnie zadzwonił. Na wyświetlaczu pojawił się napis „Hangagog”. Stanęłam na środku holu jak słup soli i odebrałam, przystawiając przedmiot do ucha.
- Hey Amy wybacz, że nie odezwałem się wcześniej ale miałem wypadek i dopiero wróciłem do domu – wydobył się głos mężczyzny.
Co? Wypadek? Szczęka aż opadła mi z wrażenia i nie wiedziałam co powiedzieć. Po chwili otrząsnęłam się z szoku, ruszyłam z miejsca, a z moich ust wydobyło się tylko „Yyyy, co”. Usłyszałam chichot po drugiej strony.
- To nie jest śmieszne! Jaki wypadek? Gdzie? Coś sobie zrobiłeś? Nie no, jak dzwonisz dopiero teraz to chyba logiczne, że coś zrobiłeś. Bardzo boli? Przyjechać do ciebie? - wypłynął ze mnie potok słów.
- Amy, spokojnie. Wszystko gra… - zaczął. Według mnie za bardzo nie grało, ale już sobie darowałam. Poczułam, jak dłoń zaczyna mi się trząść. - Rozmawiałem przez telefon i uderzył we mnie samochód, tyle. Złamana noga, dłoń, wybite biodro i nadgarstek. Mogło być gorzej, nie? - dokończył. Zatrzymałam się w miejscu i oparłam o ścianę budynku. Racja, mogło być gorzej. O wiele gorzej.
- Chodzisz jakoś? - zapytałam. Pewnie nie, to było oczywiste. A jak już, to o kulach.
- Jakoś daję radę z kulami… - odpowiedział. Dzisiaj była środa… Nie szłam do kawiarni, więc zwierzaki zostały w domu. Auto stoi na parkingu.
- Masz coś na obiad?
- Coś tam się chyba znajdzie.
- Przyjadę i coś ci zrobię – rzekłam, w końcu ruszając spod ściany i wyszłam na świeże powietrze. Hangagog znowu się zaśmiał.
- Nie trzeba, Amy – odpowiedział.
- Być może, ale jesteś praktycznie niepełnosprawny. I tak muszę dzisiaj coś zrobić, a w lodówce mam prawie pustki. Na co masz dzisiaj ochotę? Pójdę do sklepu, a potem przyjadę do ciebie. Więc?

Hangagog?

23 wrz 2019

Od Amy C.D Hangagog

Podziwiałam Hangagoga. Znał się tak samo dobrze na koniach, jak ja na swoich pupilach. Plecy wyprostowane, całą swoją uwagę skupiał na jeździe. Nawet nie spoglądał w moją stronę. Moje zwierzaki zostały tym razem w domu, i dobrze. Ja za to opierałam się o płot, przytrzymując twarz na opartym łokciu i wystawionej dłoni. Nie mogłam się napatrzeć na dwójkę przede mną. Westchnęłam cicho pod nosem i nawinęłam kosmyk włosów na palec. Mimowolnie zerknęłam na swoje już pozdzierane paznokcie. Wypadałoby coś z tym zrobić po powrocie do domu. Może kotki? Ostatnio znalazłam, jak można zrobić kocie główki i fajnie byłoby to wypróbować. A może by tak spróbować namalować podkowy? Parsknęłam śmiechem na tę myśl. Och Amy… Znowu powróciłam wzrokiem do Hangagoga na koniu. I o czymś sobie przypomniałam.
Jaki był dzisiaj dzień tygodnia? Wczoraj był czwartek… czyli dzisiaj mamy piątek. A przecież dostałam jeszcze zaproszenie od Hangagoga na sobotę. No nieźle. Pójść, nie pójść? Dostałam zaproszenie, nie wypadałoby odmówić...

13 sie 2019

Od Amy C.D Hangagoga

Nie jestem pewna, czy to dobry pomysł… Nigdy nie jeździłam konno – wyznałam, wpatrując się w konia przed sobą. Był śliczny, musiałam to przyznać.
- To się nauczysz. Myślisz, że to dla mnie kłopot?
Przygryzłam swoją wargę, a po chwili skinęłam głową.
- Niech ci będzie – rzekłam, delikatnie się uśmiechając. Hangagog również się uśmiechnął. Wręczył mi swoją szklankę z sokiem.
- Zanieś je do domu. Ja wszystko przygotuję – powiedział i poszedł w stronę stajni. No dobra… Ruszyłam więc w stronę budynku, w którym mieszkał. Po drodze o mało co nie wywróciłam się przez Cezara i Ginger. Krzyknęłam na nich i się uspokoili. Postawiłam szklanki po soku na blacie i ruszyłam z powrotem na zewnątrz. Jednak nie wiedziałam, gdzie pójść, więc kręciłam się wkoło, gdy usłyszałam krzyk mężczyzny, że jest w środku.
Weszłam nieśmiało do środka stajni i od razu ujrzałam ciemnowłosego, który prawdopodobnie czyścił tego samego konia z wcześniej. Podeszłam do nich, niepewnie patrząc na tę dwójkę. Czy to na pewno dobry pomysł?
- Chodź tutaj, Amy – przywołał mnie Hangagog. Zbliżyłam się do niego. Wręczył mi szczotkę w dłoń i nieco przybliżył do konia obok.
- Nazywa się Książę – wyznał, kładąc swoją rękę na mojej. Pokazywał mi, jak powinno czyścić się końską sierść. To nie było takie trudne, więc już po chwili sama jeździłam szczotką po ciele Księcia. Jaki on był ciepły! A jaki cierpliwy. Zawsze, gdy czyściłam Cezara czy Ginger, to nie wytrzymywali więcej niż kilka sekund. A czasem potrzebowali niezłego szczotkowania.
Następnie zabrałam się za grzywę i ogon. Kopytami zajął się już Hangagog. No i przyszła pora na siodło…
Nim się obejrzałam, koń stał już za płotem, a Hangagog wręczywszy mi kask – a raczej „toczek”, jak to nazwał – pochylił się przed koniem, składając dłonie tak, abym mogła oprzeć na nie stopę i wejść na grzbiet zwierzaka. Zaszłaś tak daleko, nie możesz się cofnąć Amy.
Oparłam się na ramieniu Hangagoga, postawiłam nogę na jego splecionych dłoniach i się podniosłam, siadając w siodle. Nieco się poruszył pod moim ciężarem, przez co lekko spanikowałam.
- Hangagog – zapiszczałam, mając strach w oczach. Zaśmiał się tylko ze mnie, podając mi wodze.
- Spokojnie Amy, wszystko gra – powiedział do mnie. No nie uspokoiło mnie to za bardzo. Wtem dostrzegłam Bell, która mi się przyglądała, a po chwili zaczęła biec w naszą stronę.
- Bell, nie! - zawołałam. Suczka jednak mnie nie posłuchała. Wbiegła za ogrodzenie i zaczęła szczekać. Książę znowu się pode mną ruszył, ale tym razem do przodu. I to nie powoli. Znowu spanikowałam, a bojąc się spadnięcia, pochyliłam się do przodu i objęłam szyję konia.
- Amy! Ściągnij wodze! Pociągnij je do siebie! - usłyszałam za sobą krzyki Hangagoga. Ściągnąć je? Pociągnąć do siebie? Nerwowo złapałam za skórę i pociągnęłam w swoją stronę najmocniej, jak umiałam. To był błąd. Książę może i się zatrzymał, ale za to podniósł w górę, stając na swoich tylnych nogach, a ja od razu spadłam z jego grzbietu. Uderzyłam głową o ziemię, miałam mroczki przed oczami i nie mogłam się poruszyć. Nie potrafiłam złapać tlenu. Czułam jak się powoli duszę.

2 lip 2019

Od Amy C.D Hangagog

Obudziło mnie niemiłe szczypanie po nosie i coś mokrego na policzku. Ach, no tak. Mój osobisty budzik. Otworzyłam jedno oko, aby tylko się upewnić, że to Ginger z Cezarem starający się o to, abym wreszcie wstała. Gdyby tylko jeszcze szczeniakowi na boku wyświetlała się dana godzina. Zegarek idealny. I nie potrzebuje baterii czy prądu. Chodzący na jedzenie, picie i spacery połączone z zabawą. Uśmiechnęłam się na tę myśl, co od razu dostrzegła dwójka moich pupili. Lisica momentalnie przeszła na mój brzuch i zaczęła po nim skakać. Tak, jakby mówiła: „Wstawaj, Amy! Wstawaj! Szkoda dnia!”. Kundelek za to merdał swoim ogonkiem z wyrazem pyszczka „Amy, no już! Komu w drogę, temu w trampki!”. Aż przypomniało mi się moje dzieciństwo, gdy sama budziłam w ten sposób (a raczej bardzo podobny) moich rodziców.

24 maj 2019

Od Amy C.D Hangagog

Wywróciłam oczami, po czym jednak się uśmiechnęłam. Alkohol częściowo już wywiał ze mnie moją nieśmiałość i stałam się odrobinkę śmielszą osobą. Musiałam przyznać, że pytania Hangagoga były dość… ciekawe. I zawstydzające, przynajmniej mnie. Upiłam łyk napoju, wpatrując się nieco w mężczyznę.
- Masz dziewczynę? - spytałam mimowolnie. Jakoś od początku mnie to zastanawiało. Jednak biorąc pod uwagę to, jak do mnie mówił, jak się zachowywał i tym podobne, to spodziewałam się przeczącej odpowiedzi.
Ciemnowłosy tylko się zaśmiał.
- Nie, nie mam. A co? Jesteś chętna? - spytał, na co odpowiedziałam śmiechem.
- Jasne. Dobrze, że pytasz – odpowiedziałam. Dopiero po chwili dotarł do mnie sens tych słów, przez co delikatnie się zaczerwieniłam. - Ż-żartuję – szybko dopowiedziałam, po czym przyłożyłam szklankę do ust, chcąc się napić. Przełknęłam kolejny łyk napoju, po czym zaczęłam bezwiednie wpatrywać się w ciemny napój. Wtem usłyszałam głośny śmiech Hangagoga. No tak… Tylko mocniej się zarumieniłam, co pewnie nie uszło uwadze mojego towarzysza. Nieco się uciszył. Czułam na sobie jego wzrok. Ewentualnie byłoby to moje urojenie.
- Słodko się rumienisz, wiesz?

10 mar 2019

Od Amy C.D Hangagog

Przygryzłam swoją wargę, sięgając w końcu po szklankę z napojem. Podniosłam ją, stuknęłam o wystawiony drink Hangagoga i przyłożyłam do swoich ust, biorąc mały początkowy łyk. Od razu poczułam smak słodkiej coli, ale także cytrynowy kwas wraz z charakterystycznym posmakiem alkoholu. Nigdy tak naprawdę się nie przyznawałam przed znajomymi ani przed nikim, ale moja głowa nigdy do słabszych nie należała. O dziwo. Pomimo tego jednak nadal nie przepadałam za alkoholem, pijąc tylko w towarzystwie i jak ktoś mnie namówił.
Mężczyzna uśmiechnął się, najwidoczniej zadowolony tym, że jednak przystałam na jego propozycję napicia się. Wzięłam jeszcze jednego łyka i odstawiłam na blat, nie zabierając jednak dłoni.
- I jak? Może być? - spytał, na co ja skinęłam głową. - I od razu moje serce się cieszy! - zawołał, śmiejąc się. Również się zaśmiałam i spoglądnęłam na swoje zwierzaki. Nawet nie dostrzegłam, gdy ułożyły się niedaleko Verony i Versusa, wraz z nimi usypiając. Może to i dobrze, że leżą, przynajmniej nie sprawiają problemów, jak zazwyczaj.
- Myślisz, że długo będziemy musieli czekać na pizze? - zapytałam, podnosząc szklankę i biorąc kolejnego łyka. Ciemnowłosy wzruszył tylko ramionami, również pijąc swój napój. W tym samym momencie dało się słyszeć, jak czyjś brzuch burczał. Nawet nie był „czyjś”, tylko mój. Spojrzałam gdzieś na bok, szepcząc pod nosem „Przepraszam”. Usłyszałam śmiech mężczyzny, a potem słowa, aby jednak przyjechała jak najszybciej. Z rumieńcem na twarzy podniosłam swoją szklankę i za jednym razem dopiłam całą resztę. Dreszcz przeszedł po całym moim ciele, ale zignorowałam go i głęboko westchnęłam. Niedługo potem przyjechała w końcu nasza pizza i zaczęliśmy jeść. Oczywiście nie obeszło się bez pobudki naszych zwierzaków i domagania się, choć kawałka jedzenia. Po zjedzeniu, uciszeniu mojego brzucha i wypiciu kolejnego drinka, Hangagog… zaproponował grę. „Nigdy przenigdy” z wódką.
- Chodzi o to, że zaczynasz zdanie „Nigdy przenigdy...” i kończysz jakąś czynnością, jak na przykład „Nigdy przenigdy… się nie całowałem”. Rozumiesz? - przytaknęłam mu, nie mając nawet serca powiedzieć, że grałam w nią ze znajomymi ze studiów jakieś pół roku temu. Tylko że zamiast dwóch osób było nas z dziesięciu.
- Nie powinno być więcej osób? - spytałam. Osobiście nie polubiłam tej gry – źle to się skończyło poprzednim razem.
- Powinno, ale w dwójkę też można. To jak? - W końcu się zgodziłam się i zaczęliśmy. Znowu zajęliśmy kuchnię, ja siedziałam na stołku, mój znajomy stał naprzeciwko mnie za blatem. Postawił wódkę, wyciągnął kieliszki i napełnił nią oba. Pierwszy zacząć miał Hangagog.
- Nigdy przenigdy nie farbowałem włosów – zaczął i na końcu się zaśmiał. A niech go! Prychnęłam cicho i sięgnęłam po kieliszek dłonią. Wypiłam jednym haustem jego zawartość, po czym popiłam colą. Delikatnie się skrzywiłam.
- Czuję, że będzie to dość niesprawiedliwe… - szepnęłam do siebie pod nosem i zaczęłam kombinować. Co mogłam nigdy nie robić, aby Hangagog się napił? Nie… Najpierw pomyślmy, czy jest coś, czego nigdy nie robiłam lub nie miałam… No tak!
- Nigdy przenigdy nie jeździłam konno – powiedziałam, a na moje usta wpłynął mały i chytry uśmieszek.
- Naprawdę? Nigdy? - spytał, podnosząc kieliszek w górę. Przytaknęłam, dumna z siebie. - Trzeba będzie to zmienić – dodał.
- Może kiedyś – zaśmiałam się, czekając na kolej mężczyzny.
- Nigdy przenigdy nie miałem lisa – powiedział. Nie no, serio? Napiłam się, znowu robiąc pochmurną minę. Co teraz mogę wymyślić?
- Nigdy przenigdy nie robiłam komuś tatuażu – wyznałam, automatycznie łapiąc się dłonią za tą drugą, na której tkwił napis „Love”.

Hangagog?

30 sty 2019

Od Amy cd. Hangagoga

Po założeniu na siebie bluzy Hangagoga rozejrzałam się po mini garderobie. Jak na mężczyznę miał wszystko porządnie poukładane. Kompletnie inaczej to wyglądało, niżeli w szafie u mojego taty.
Wyszłam w końcu z garderoby wraz z moimi zwierzakami i przystanęłam na chwilę, znowu się rozglądając. Nawet w jego sypialni było czysto. Może po prostu lubi porządek? A może ktoś robi to za niego? A może… Potrząsnęłam głową na boki, wychodząc i z tego pomieszczenia, następnie znajdując się w korytarzu. Kierowałam swoje kroki w stronę schodów, co chwilę zerkając na pupile. Mimo tego, że przez chwilę, to zdążyłam zauważyć dwa duże psy na kanapie w salonie, przez co zaczęłam się martwić. Oliwy do ognia dolały słowa Hangagoga. Bell oczywiście była posłuszna, Cezar też przez większość czasu. Kłopotem mogła być Ginger, która pomimo moich słów kompletnie może je olać i działać po swojemu. W duchu liczyłam tylko na to, aby choć raz trzymała się mnie jak rzep psiego ogona. Po zejściu na parter, od razu zerknęłam na zwierzęta mężczyzny. Dog niemiecki i doberman? Ładne, ciekawe jak się wabią. Zrobiłam kilka kroków w ich stronę, po czym obróciłam się do Hangagoga znajdującego się w części kuchennej.
- Ładne psy. Dog niemiecki i doberman? Jak się wabią? - spytałam. Mężczyzna chwilę na mnie spojrzał, podał mi gorący kubek z herbatą i westchnął.
- Tak, zgadłaś. Dog to Verona, a doberman Versus – odpowiedział, po czym wziął łyk ze swojego kubka. Sama również trochę się napiłam. Wiem, że herbata jest najlepsza na rozgrzanie, ale szczerze, to wolałabym wypić kawę…
- Teraz ja pójdę się przebrać, zaraz wracam – rzekł ciemnowłosy, po czym odłożył kubek na blat i poszedł w stronę schodów. Sama oparłam się łokciami o kuchenną wysepkę, wpatrując się w meble przede mną oraz rozkoszując się smakiem herbaty. Była całkiem dobra. Jednak nadal utrzymuję zdanie, że wolałabym kawę. Po chwili zwróciłam się w stronę kanapy i dwójki śpiących psów. Może to i lepiej, że spały. Gorzej, jeśli zaraz się obudzą, a Ginger od razu do nich podbiegnie. Może zacznę trzymać kciuki, aby tak się nie stało? Zaśmiałam się na tę myśl. Zerknęłam na swoją dłoń, którą jakiś czas temu ozdabiał zarys szczęk mojej suczki. Ślad powoli zaczynał chyba znikać. Dobrze, że nie zrobiła tego zbyt mocno, jak zwykle. Wtem przypomniałam sobie o całej sytuacji i wszystkich słowach, które padły wewnątrz samochodu Hangagoga. Mimowolnie ponownie się zarumieniłam, zakrywając częściowo twarz różowymi włosami. Właśnie, a co z moimi mokrymi ubraniami? Jak na zawołanie usłyszałam za sobą kroki, na co się odwróciłam. Hangagog właśnie schodził po schodach całkowicie przebrany w jakieś dresy i bluzę.
- Hangagog, a gdzie… są moje ubrania? - spytałam. Już nawet zapomniałam, że powinnam dodać „i stanik”, ale i tak pewnie znowu bym się zaczerwieniła.
- Już rozwiesiłem je na suszarce w łazience. Twój biustonosz również tam jest – odpowiedział, idąc w moją stronę. No i znowu poczułam ciepło na policzkach. Musiał dodać to ostatnie zdanie…? Siorbnęłam herbaty z mojego kubka, odwracając wzrok na pupile mężczyzny. Wtem dostrzegłam, jak Ginger wspina się przednimi łapkami na kanapę, na której spały psy i je obwąchuje. Chwilowo zamarłam, nie będąc nawet w stanie wypluć z siebie choć jednego słowa. Gdy lisiczka spojrzała w moją stronę, jakby wyczuła, że na nią patrzę, od razu zganiłam ją wzrokiem, po czym się wycofała. Głęboko odetchnęłam z ulgą, następnie odstawiając pusty kubek na blat obok mnie. Ponownie zwróciłam się do Hangagoga, który stał obok mnie.
- To… Kiedy odwieziesz mnie do domu? - spytałam, bojąc się częściowo odpowiedzi. Spojrzał na mnie, lecz po chwili odwrócił wzrok.
- Jak twoje ubrania wyschną, to chyba oczywiste – odpowiedział. No tak, czego ja się spodziewałam, głupia ja.

Hangagog?

21 gru 2018

Od Amy cd. Hangagog


Miałam okropny mętlik w głowie. Wiele myśli naraz przepychały się, zajmując miejsce w moim mózgu. „Zimno”, „Co za człowiek”, „Na co się zgodziłaś” i wiele innych o podobnym znaczeniu. Pozwoliłam jednak, by Hangagog rozpiął moją mokrą kurtkę, jakoś ją ze mnie zdjął i rzucił na ziemię niedaleko nas. Jak mam sobie poradzić z resztą ubrań? Przecież dżinsy już mi się do ciała przykleiły!
- Jeśli chcesz, bym zdjęła z siebie resztę ubrań, to jednak muszę choć na chwilę wyjść z wody – powiedziałam. Widziałam, jak Hangagog bije się z myślami, ale w końcu westchnął i gestem dłoni wskazał mi ląd. Jakoś wygramoliłam się z wody no i najpierw zajęłam się wyciśnięciem wody ze swetra.
- Bo cię z powrotem wciągnę do wody – zagroził, na co się wzdrygnęłam. No dobra. Wtem coś do mnie dotarło. Zaraz będę przed nim w samej bieliźnie. Czy to aby na pewno dobry pomysł? Znam go dopiero jeden dzień! Nawet chyba nie. Jednak jakaś cząstka mnie bardzo chciała poznać go bliżej i zaryzykować przeziębieniem dalszą znajomość. Zdjęłam wpierw swoje buty, jak i skarpetki. Z dżinsami miałam oczywiście trudność i prawie znowu wpadłam do wody, jednak udało mi się je położyć obok. Złapałam za dół mojego swetra z lekkim wahaniem. Szybko wypchałam ze swojej głowy złe myśli, zostając w końcu w samej bieliźnie. Szybko znalazłam się z powrotem w wodzie, a przywitał mnie w niej niesamowity chłód, a także ochlapanie przez Hangagoga. Spojrzałam w jego stronę, na co zaczął się śmiać.
- Aż tak bolało? - spytał. Mimowolnie się uśmiechnęłam, również go chlapiąc. Następne kilka minut zajęło nam ochlapywanie siebie nawzajem. Oczywiście przypomniałam sobie o moim niewodoodpornym tuszu do rzęs, gdy wycierając twarz z wody, zauważyłam czarne ślady na dłoni. No super!
- To chyba jakiś żart… - szepnęłam. Zaczęłam moczyć dłonie, by wytrzeć jakoś resztki maskary z twarzy. Usłyszałam śmiech Hangagoga.
- Rozmazałaś się, ślicznotko? - po czym ponownie mnie ochlapał. Automatycznie zamknęłam oczy, a gdy je otworzyłam, mężczyzny już nie było. Obróciłam się wokół siebie, jednak nigdzie go nie dostrzegłam.
- Hangagog? - spytałam, w ciszy oczekując od niego odpowiedzi. Nagle poczułam, jak coś chwyta mnie za stopę, następnie ciągnąc w dół. Wypuściłam całe swoje powietrze, a w zamian za to wciągnęłam wodę nosem. Tylko resztkami silnej woli wypłynęłam na powierzchnię, okropnie kaszląc. Zaczęłam powoli płynąć w stronę brzegu, by na nim chwilę odpocząć. Wtem ujrzałam obok siebie Hangagoga, który podpłynął do mnie i wziął w ramiona. Pozwoliłam sobie odetchnąć przy jego boku. Po chwili siedziałam już na zimnym lądzie, oplatając się dłońmi. Ponownie trzęsłam zębami z zimna, kaszląc. Przez chwilę myślałam, że zacznę się topić. Chyba już do końca życia będę dziękować rodzicom, że mimowolnie zapisali mnie na naukę pływania.
- Wszystko w porządku? - zapytał Hangagog, gdy już jakąś chwilę przestałam kaszleć. Odważyłam się tylko na twierdzące kiwnięcie głową. Po wyjściu z wody zrobiło mi się dwa razy zimniej. Mam nadzieję, że po tym nie będzie mnie ponownie namawiać do wejścia do niej. Mężczyzna ruszył w stronę swojego samochodu, gdy ja tylko podążałam za nim wzrokiem.
- No chodź. Chyba że chcesz zamarznąć – krzyknął za sobą, na co się obudziłam. Z ociąganiem wstałam z ziemi, zgarniając swoje mokre ubrania i ruszyłam w stronę auta. Widziałam już, jak Bell wypatruje mnie zza szyby pojazdu. Siedząc na miejscu pasażera, westchnęłam głośno, czując ogromną ulgę przed tym, że to może już koniec wszelkich kąpieli na dzisiaj.
- No i jak tam, ślicznotko? - Hangagog znowu zabrał głos, włączając w swoim samochodzie tak wyczekiwane przeze mnie ogrzewanie.
- Zimno – odpowiedziałam, wpatrując się prosto w jego oczy. Wcześniej tego może i nie dostrzegłam, ale muszę przyznać, że są urzekające.
- Zawsze mogę cię rozgrzać – zaśmiał się, uśmiechając się do mnie znacząco. Momentalnie odwróciłam od niego głowę, próbując zakryć się włosami.
- Nie trzeba – odpowiedziałam tylko, próbując za żadne skarby nie patrzeć w jego stronę.
- A może jednak? - ciągnął dalej. Kątem oka dostrzegłam jednak, jak się do mnie przybliża.
- Nie trzeba… - ledwo szepnęłam. Wtem usłyszałam czyjś szczek, a potem warknięcia. Odwracając się do tyłu, dostrzegłam Bell próbującą dostać się do mnie. Wyciągnęłam do niej dłonie, chwytając ją pod boki. Podnosząc ją, oprócz ciężaru suni poczułam jeszcze piekące ból lewej dłoni, na co tylko syknęłam. Usadawiając sobie psa pod nogami, zerknęłam na rękę. Ślady zębów wyraźnie odznaczały się na mojej skórze.
- Ugryzł cię?
- Czasem się zdarza. Bell jest ze schroniska, dawny właściciel ją bił, dlatego też ma ograniczone zaufanie co do ludzi. Nawet do mnie, ale już przywykłam. Ciebie żadne zwierzę nie ugryzło? - spytałam go.

Hangagog?

2 gru 2018

Od Amy CD. Hangagoga

Zobaczywszy w jego dłoniach bukiet róż, do tego białych, poczułam, jak nogi się pode mną uginają. Udało mi się na nich jakoś utrzymać, bełkocząc pod nosem proste „Dziękuję”. Nie spodziewałam się takiego prezentu z jego strony.
Wskazałam mu najbliższy wolny stolik, następnie wracając za ladę. Trzeba w końcu wstawić te róże do jakiegoś wazonu. Muszę zapamiętać, by je wziąć, jak będziemy wychodzić, bym o nich nie zapomniała. A może jednak by je zostawić? Są takie ładne i myślę, że inni nie mieliby nic przeciwko temu… A jeśli? Nie, na pewno nie. Wkładając kwiaty do wazonu napełnionego wodą, skaleczyłam się o kolec. Zaczęłam ssać palca, idąc do pokoju dla pracowników, by jeszcze się szybko przebrać i zgarnąć swoje rzeczy. Oficjalnie skończyłam dzisiaj zmianę, więc w spokoju mogłam wypić kawę. Wróciłam na salę z torebką na ramieniu, zajmując swoje miejsce naprzeciwko mężczyzny. Poczułam gigantyczną ulgę dla moich nóg.
- Wybacz, trochę mi się chyba zeszło – rzekłam, poprawiając swój sweter i rzucając okiem na swoje zwierzaki. Z tego, co dostrzegłam, to Bell chyba położyła się pod moim krzesłem, przez co będę musiała na nią uważać, gdy będę wstawać. Ginger po raz kolejny zdobywała serca klientów, no a Cezar chyba bawił się z Yummym.
- Nic się nie stało – odrzekł. Wzięłam głęboki wdech.
- Wiesz… chyba nie znamy swoich imion… Amy – powiedziałam, wyciągając swoją prawą dłoń w stronę mężczyzny.
- Hangagog – odpowiedział, ściskając moją dłoń. Hangagog…? Doprawdy… ciekawe imię.
- Zwykła kawa? - spytałam, gdy dostrzegłam idącą w naszą stronę Georgię. Mężczyzna skinął głową, na co się uśmiechnęłam.
- Dwa razy specjał kawiarni, a do tego zbożowe ciastka dla moich pupili. Jak tam kciuk? - spytałam, widząc plaster na jej dłoni.
- Daje radę. Ważne, że nie boli i mogę pracować – odpowiedziała, po czym odeszła. Między mną a Hangagogiem nastało kilka chwil ciszy, póki nie usłyszałam głośnego pisku gdzieś za sobą, następnie czując, jak coś wdrapuje mi się na nogi. Przygarnęłam do siebie wystraszonego Cezara, dostrzegając cienką czerwoną linię na jego pyszczku.
- Znowu? - zaczęłam, sięgając po stojące obok serwetki, następnie przykładając je do rany szczeniaka. Pers pewnie go podrapał, gdy miał dosyć jego towarzystwa. - To, że pozwalam ci się bawić z Yummym, nie znaczy, że masz wracać z kolejną raną. Rozumiesz mnie? - Cezar w odpowiedzi tylko polizał mnie w nos. Głuptas.
- I masz tak codziennie? - usłyszałam męski głos z naprzeciwka. Popatrzyłam na Hangagoga.
- Prawie codziennie. Jeszcze studiuję – odpowiedziałam.
- Naprawdę? Jaki kierunek?
- Zootechnikę na weterynarii. Moi rodzice prowadzą leśniczówkę kilka godzin od Avenley River, a ja chcę poniekąd iść w ich ślady. A ty… co porabiasz na co dzień?

Hangagog?

25 lis 2018

Od Amy cd. Hangagoga

Zszokowała mnie propozycja nieznajomego chłopaka. Nie znał mnie, ja jego. Jednak udało mu się uniknąć potrącenia Bell i nie był o to zły. Teraz, jak zaczęło padać, to jego propozycja spadła mi wręcz z nieba. Jednak… czy dobrym wyjściem byłoby wsiadać do samochodu kompletnie nieznajomego mi mężczyzny? Pominę fakt, że jego auto w niczym nie mogło się równać z moim. Mimo wszystko nie miałam przy sobie parasolki, a słabo widziałam siebie idącej w tej ulewie. A poza tym… Ginger zaczynała chyba powoli się bać tego wszystkie, zresztą, nie dziwię się jej, nigdy nie wykazywała wielkiej chęci co do wody. Więc co, chyba żyje się raz, nie? Wstałam z ziemi, trzymając w rękach trzęsącą się Bell i podeszłam do ciemnego samochodu. Z pomocą mężczyzny posadziłam Ginger i Cezara z tyłu, sama z rumieńcem na twarzy zajmując miejsce obok kierowcy z suczką na kolanach. Po ruszeniu z miejsca, nieznajomy jakby odwrócił się w moją stronę.
- To… Gdzie mam jechać? - spytał. A, no tak, adres. Szybko podałam mu ulicę oraz numer budynku, gładząc białą głowę Bell.
- Faktycznie, większy kawałek stąd… - burknął, skręcając w lewo.
- Lubię chodzić tu ze zwierzakami, mogą się swobodnie wybiegać. Zwłaszcza że dzisiaj cały dzień przesiedziały w domu. Niestety, ale gdybym miała po nie wrócić w drodze do pracy, to mocno bym się spóźniła – rzekłam, patrząc na chodnik, obok którego jechaliśmy. Po rozpoczętej burzy można było ujrzeć, jak ludzie albo rozkładają parasolki, albo w pośpiechu uciekają pod dach lub do swoich domów.
- Gdzie pracujesz? - spytał.
- W kawiarni – automatycznie odpowiedziałam, nawet nie spoglądając na mężczyznę. Gdy po chwili usłyszałam chrząknięcie po swojej prawicy, otrząsnęłam się z transu, gwałtownie się odwracając.
- To tutaj, nie? - zapytał. Kiwnęłam głową, czując gorąc na policzkach. Po kolejnej minucie stałam już przed autem.
- Dziękuję ci bardzo za podwiezienie mnie i zwierzaków. Przyjedź jutro do kawiarni „Drops” około szesnastej, to odwdzięczę się chociaż darmową kawą – powiedziałam na odchodne, po czym szybko uciekłam pod dach budynku, w którym mieszkałam. Znajdując się już w mieszkaniu, uderzyła we mnie myśl, że nawet nie poznałam imienia mężczyzny, który mnie podwiózł. Brawo, Amy.

23 paź 2018

Od Amy cd. Ebenezera

- Masz dzisiaj odwołane zajęcia, Amy? - spytała Tina, opierając się na blacie. Kiwnęłam twierdząco głową, kucając i głaszcząc Cezara po głowie.
- Dlatego prosiłam o dzisiejszą zmianę Arę – powiedziałam. Szczeniak obok mnie ochoczo machał ogonem, oddając się pieszczocie. Zaraz jednak Bell próbowała na mnie wejść, by też ją głaskać. Zaśmiałam się, oczywiście ją też drapiąc za uchem.
Ara była właścicielką kawiarni, choć nie za często nas odwiedzała. Mimo wszystko była artystyczną osobą i charyzmatyczną, bardzo przyjacielską.
Ze względu, że był środek tygodnia, a do tego poranna godzina, w kawiarni nie było praktycznie nikogo. Dlatego z Tiną oddałyśmy się rozmowie, gdy reszta pracowników albo nas słuchała, albo krzątała się w kuchni. Podnosząc się z podłogi, w kawiarni rozległ się dźwięk dzwonka. Gdy zwróciłam się w stronę nowych gości, którzy okazali się najprawdopodobniej ojcem i córką, zostałam przez nich od razu zaczepiona o drogę do toalety. Wskazałam w stronę wejścia do lokalu.
- Drzwi na lewo – powiedziałam. Po chwili mężczyzna zniknął z pola mojego widzenia, zostawiając mi i reszcie pracowników dziewczynkę. I z tego, co zauważyłam, była strasznie bliska łez. Od razu zareagowałam, z powrotem kucając.
- Jak masz na imię? - spytałam dziewczynkę, uśmiechając się do niej. Gdy w pewien sposób wybełkotała „Dominica”, odpowiedziałam, że ma prześliczne imię. Naprawdę tak uważałam. Muszę jednak zaraz coś zrobić, bo mała naprawdę się rozpłacze.
- Ja mam na imię Amy – powiedziałam, szukając wzrokiem Ginger i widząc ją niedaleko naszej dwójki, zacmokałam do niej, by podeszła. - A to Ginger. Potrafi robić sztuczki, chcesz zobaczyć? - rzekłam, jednak nie czekałam na odpowiedź Dominici. Wykonałam ruch dłonią, jakbym chciała podnieść coś siłą woli i powiedziałam: „Wstań”. Lisiczka zaraz stanęła na dwóch tylnych łapach, a gdy dopowiedziałam jeszcze, by zatańczyła, do tego obracając dłonią, też się obróciła. Zaraz usłyszałam śmiech dziewczynki obok mnie. Przygarnęłam jeszcze Ginger do siebie, chcąc zachęcić Dominicę do jej pogłaskania. Wcześniejsze łzy zniknęły i mała tylko się śmiała. Po chwili przydreptał też do nas Cezar, również domagając się pieszczot z naszej strony. Minęło nam jeszcze kilka minut, nim z toalety wrócił tata Dominici. Wtedy dostrzegłam plamę na jego koszuli, która pomimo wszelkich prób, nie chciała się doprać. Nie za ciekawie to wyglądało, trzeba było przyznać.
- Dominica, chodź. Idziemy do szkoły – powiedział, wyczekująco czekając na swoją córkę. Mała jednak po złości tupnęła nogą, założyła ręce i pokręciła przecząco główką. Oj, nie wróży to nic dobrego…
- Chcę tu zostać! - dodała. Podniosłam się z podłogi i otrzepałam niewidoczny brud z kolan. Mężczyzna głęboko westchnął. Widać po nim było, że powoli się poddawał i tracił cierpliwość do dziecka. W pewien sposób wyglądał też, jakby się spieszył. Wtem do głowy wpadł mi pewna myśl. A raczej pomysł, który mógł jednak nie wypalić.
- A może... - zaczęłam. Wzięłam duży wdech, dodając sobie tym odwagi. - Może... Ja bym odprowadziła Dominicę do szkoły...? Nie ma nikogo w kawiarni i mogę wyjść na kilka chwil - żywiołowo dodałam, dopiero na końcu zdając sobie sprawę z wagi swych słów. Mężczyzna mnie nie znał, jestem dla niego obcą osobą. Dominicę dopiero co poznałam i to prawie przeze mnie nie chce teraz wyjść. To oczywiste, że to nie wypali, Amy!

Ebenezer?

18 paź 2018

Od Amy C.D Logan

Nie, nie, nie i jeszcze raz nie! Zrobiłam to, nie byłam wystarczająco ostrożna. Ale skąd mogłam wiedzieć, że znowu wywinie mi taki numer?
Otóż dzisiaj przypadała data kontroli Ginger. Mierzenie, ważenie i różne szczepienia. Dobrze wiedziałam, że lisiczka potrafi uciec na sam dźwięk słowa „badanie”, jednak użyłam go, gdy mama zadzwoniła. Myślałam, że śpi na łóżku, gdy ja stałam w kuchni, a jak się potem okazało, zeszła napić się wody. Gdy ją zauważyłam, stała tylko i się na mnie tępo patrzyła. Przez chwilę myślałam, że jednak tego nie słyszała i po prostu coś ją zaciekawiło. W następnej chwili ktoś zadzwonił do drzwi no i je otworzyłam, nie martwiłam się o lisiczkę. Sąsiadka z mieszkania obok spytała się, czy mam może cukier, jednak Ginger postanowiła wtedy zwiać, gdzie pieprz rośnie. Odmówiłam grzecznie pani Kiri i na szybko ubierając buty i łapiąc kurtkę wraz ze smyczą, pamiętając oczywiście o zamknięciu drzwi, poleciałam za zwierzakiem. Po wyjściu z budynku tylko kątem oka zauważyłam jej rudą kitę, która potem zniknęła na amen.
- Ginger! - zawołałam, mając nadzieję, że mnie usłyszy i grzecznie do mnie wróci. Nic z tego, mogę o tym pomarzyć. Tylko gdzie ona mogła się podziać? Śmiało podchodzi do ludzi, nie chcę nawet myśleć, jak ktoś mógłby zareagować na widok lisa w mieście. Może chociaż ktoś zauważy jej obrożę? Tak bardzo bym chciała, aby już do mnie wróciła! Szłam po chodniku wzdłuż ulicy, nerwowo oglądając się ciągle na boki i dalej szukając charakterystycznej rudej kity. Widząc grupkę młodzieży przede mną, podbiegłam do nich i spytałam się, czy nie widzieli lisa w okolicy. Zaśmiali się ze mnie i poszli dalej.
Zniżyłam wzrok, wbijając go w chodnik i założyłam włosy za ucho. Zaraz jednak podniosłam głowę i głęboko wciągnęłam powietrze. Nie poddawaj się, Amy, ktoś na pewno musiał widzieć Ginger. W pewnym momencie, gdy wydawało mi się, że ujrzałam rude stworzenie przed sobą, ktoś na mnie wpadł. Nieznajomy szybko jednak mnie złapał i pomógł mi ustać na nogach. Po przyjrzeniu mu się śmiało mogłam uznać, że był... dość przystojny. Jego słowa, bym uważała, gdzie staję, trochę mnie poruszyły. To raczej on powinien uważać, prawda? Bo to w końcu on na mnie wpadł, prawda? Następnie schylił się po swoje siatki z zakupami, a ja tymczasem znowu spojrzałam w miejsce, w którym poprzednio prawdopodobnie ujrzałam Ginger. Nic z tego, nie widziałam już żadnego śladu po lisicy.
- Wszystko okej? - spytał nieznajomy, zanim jeszcze od niego odeszłam. Spuściłam wzrok, przyglądając się czerwonej smyczce w mojej dłoni.
- Ginger… uciekła… - szepnęłam.
- Co powiedziałaś?
- Ginger… muszę ją znaleźć…
- Kogo znaleźć?
- Mojego lisa! - podniosłam głos. Następnie czując gorąco na policzkach, szybko odeszłam od mężczyzny. Byleby jak najdalej od niego, jeszcze tego brakuje, bym błazna z siebie zrobiła. Po jakiejś minucie się odwróciłam, a jego już nie było. Z jednej strony trochę mi było przykro, w końcu mógłby mi pomóc. A z drugiej… czułam, że nie byłam przygotowana na żadne nowe znajomości. Wzięłam głęboki wdech. Muszę znaleźć Ginger za wszelką cenę!
- Ty! W różowych włosach! - Różowe włosy? Że ja? Gwałtownie się zatrzymałam, ponownie obracając. Nieznajomy sprzed kilku minut szedł powoli w moją stronę, mając w ramionach rudego lisa.
- Ginger – szepnęłam do siebie. Lisiczka chyba mnie dostrzegła, bo zaraz wyskoczyła z ramion mężczyzny, przebiegła dystans, który nas dzielił, by następnie wskoczyć w moje. Mocno ją przytuliłam, słysząc jej szczęśliwe piski oraz czując wilgoć na twarzy i w uchu. Tak mocno się o nią bałam!
- Nie rób już tak… - szepnęłam w jej futro. Gdy się trochę uspokoiłyśmy, przypięłam jej smycz do obroży i odstawiłam na ziemię. Chciałam podziękować nieznajomemu, że złapał Ginger, jednak jego już nie było. Może to i lepiej…?
- Wracajmy do domu, Ginger – powiedziałam, gdy lisiczka się na mnie spojrzała. Ale przed tym nadal musimy zaliczyć weterynarza. Niestety…

~*~

- Lotos, sernik dla stolika numer sześć – usłyszałam głos Yanga. Podeszłam do jego okienka, zgarniając talerzyk z ciastem. Położyłam go na tacę wraz z parującą kawą i ruszyłam do wskazanego przez chłopaka stolika. Oczywiście na żadnym nie widniały numerki, liczyliśmy od tego, który znajdował się najbliżej drzwi do tego, co stał najdalej.
- Sernik dla pani – rzekłam, podając deser młodej dziewczynie siedzącej wraz z przyjaciółką i ich psami, bardzo do siebie podobnymi. Jasne corgi pembroke i o ile dobrze pamiętałam, nazywały się Księżna i Hrabina. Nigdy nie byłam zwolennikiem dawania zwierzętom na imię „Książę”, czy „Królowa”, ale to nie ja byłam ich właścicielką. Dzisiaj Bell posłusznie chodziła za mną krok w krok, Cezar interesował gości swoim jakże uroczym wyglądem, a Ginger zdobywała nowe rzesze fanów. Aktualnie stała na dwóch tylnych łapkach przy stoliku matki z córką, gdy te kładąc psi przysmak na jej nosie, dopiero po odczekanym czasie pozwalały jej go zjeść. Uśmiechnęłam się na ten widok. Lisica musiała mieć lepszy humor, niżeli wczoraj. Jak przypomnę sobie poprzedni dzień, jej ucieczkę, spotkanie nieznajomego, a potem wizytę u weterynarza, którego znowu udało jej się ugryźć, to...
Gdy zamierzałam odejść do kolejnego stolika, z którego sprzątałam brudne naczynia, usłyszałam dzwonek kawiarni. Zwróciłam głowę w stronę drzwi wejściowych i ujrzałam akurat mężczyznę z wczoraj. To nic, przy jego nodze szedł jeszcze uroczy mops. Momentalnie poczułam gorąco na twarzy, więc tylko przyspieszyłam swoje ruchy, znikając zaraz za ladą i drzwiami do kuchni. Muszę się przyznać, szłam trochę skulona.
- Amy, co ci? - Tina musiała od razu dostrzec u mnie zmianę. Spojrzałam na nią tylko przez chwilę, a gdy zaczęłam wkładać dwa talerzyki i kubki do zmywarki, szatynka w wysokim kucyku podeszła do mnie i szepnęła do ucha, czy to ten z wczoraj. Momentalnie zdrętwiałam, bardziej się czerwieniąc. Musiałam rano się wygadać i opowiedzieć reszcie o wczorajszej sprawie z Ginger i nieznajomym, ale nie sądziłam, że Tina od razu zgadnie, że to był on. Dość wysoki, z czarnymi włosami i zarostem na twarzy, całkiem przystojny. Gdy wymownie na nią spojrzałam, chytrze się uśmiechnęła, po czym odeszła. Nie, nie chcę wiedzieć, co znowu wykombinowała… Po kilku minutach powróciłam na salę i co ujrzałam? Tinę rozmawiającą z tym mężczyzną. Częściowo ukryłam się za filarem, czekając, aż czarnooka powróci. Już po minucie znajdowałyśmy się znowu w kuchni.
- Podziękowałam mu za uratowanie naszej lokalnej gwiazdy i zaproponowałam kawę na koszt lokalu – opowiedziała, na luzie opierając się plecami o ścianę, gdy moje nogi stały się galaretką. - Niestety nie wyciągnęłam od niego, jak ma na imię. Jego mina mówiła: „Idź ode mnie albo rzucę w ciebie widelcem”, mimo że żadnego przy sobie nie miał. Więc poszłam – na koniec tylko wzruszyła ramionami. Po prostu pięknie! Po cichu wyszłam na salę i widząc, jak Cezar zaczyna żebrać o jedzenie klientów, podeszłam i wzięłam go na ręce, następnie wkładając go do kojca znajdującego się w rogu kawiarni. Najczęściej umieszczane tam były zwierzęta pracowników, by nie przeszkadzały innym. Gdy się odwróciłam, mój wzrok spotkał się ze wzrokiem nieznajomego mężczyzny z wczoraj. Przełknęłam ślinę. Jesteś tu kelnerką, pamiętaj o tym. A teraz ładnie podejdziesz do klienta i weźmiesz zamówienie. Jednak pomimo tych słów niepewnie stawiałam kroki, nie wspominając o głosie, który uwiązł mi w gardle, gdy chciałam się spytać, co chciałby zamówić. Po prostu pięknie…

Logan?

11 paź 2018

Od Amy

Dzisiaj to ja otwierałam kawiarnię. Szefowa mnie o to poprosiła, a ja nie potrafiłam jej odmówić. Poza tym było mi to na rękę – mieszkałam chyba najbliżej budynku, w którym znajdował się „Drops”. Przekręciłam klucz w zamku i popchnęłam drzwi do środka. Dźwięk srebrnego dzwonka powieszonego na górze rozległ się po całym lokalu. Po odpięciu smyczy od obróżek pupili, ruszyłam do pomieszczenia służbowego, by się przebrać. Szary sweter z sową szybko zmieniłam na morską bluzkę polo. Założyłam też na stopy czarne trampki przed kostkę, odstawiając botki do szafki.
W kawiarni panowała zasada, że każdy pracownik nosi koszulkę polo w wybranym i niepowtarzającym się kolorze z logiem lokalu, a do tego jasne dżinsy oraz sportowe buty, najlepiej trampki. Nie miałam nic do stroju, było przynajmniej kolorowo i wygodnie.
Wychodząc na salę, skierowałam się do pierwszego stołu, by zdjąć z niego krzesła. W pomieszczeniu panowała raczej przytulna atmosfera. Stolików znajdowało się kilkanaście, najczęściej czteroosobowe. Nie mieliśmy problemu w złączeniu ich, by więcej osób się dosiadło. Oprócz gości ze zwierzętami, dla których przygotowane zostało osobne menu, przychodzą tu też tacy bez „przyjaciół”. Mamy o dziwo do dyspozycji kilka książek, więc biorą jedną, zamawiają kawę lub herbatę i czytają. Zadziwiające jest też to, że zazwyczaj nie przeszkadza im szczekanie większości pupili, czy skrzeczenie papugi kierowniczki często tu przebywającej.
Podchodząc do drugiego stolika, usłyszałam dźwięk dzwoneczka. Po spojrzeniu w tamtą stronę zauważyłam niższą ode mnie rudowłosą dziewczynę, u której grzywka wiecznie zakrywała szare oczy. Na mój widok podniosła lewą dłoń w górę.
- Cześć, Amy – powiedziała, na co odpowiedziałam jej machaniem, powracając do poprzedniego zajęcia. Jednym uchem wyłapałam jeszcze popiskiwanie Ginger oraz Cezara, którzy najpewniej witali się z moją współpracowniczką.
Georgia pochodziła z biednej rodziny, a na dodatek chodziła jeszcze do liceum. Pomaga mamie w kierowaniu domem i wychowaniu dwójki młodszego rodzeństwa. Zwierzaka nie posiada i choć nie jest on wymagany do zatrudnienia kogoś w „Dropsie”, to praktycznie każdy jakiegoś miał.
Gdy Georgia powróciła do mnie w granatowym polo, pomogła mi ze zdjęciem reszty krzeseł. Do tego momentu doszedł do nas Yang, studiujący chłopak o białych i długich włosach. W jego rękawie zawsze kryła się biała myszka w czarne łatki – Daisy. Głównie siedzą oboje za ladą, w kuchni, ale gdyby chodził po sali i tak samo, jak przy pracownikach tak przy gościach popisywał się ze swoją myszką, to mogłaby być bardziej popularna od Ginger.
Po kilku minutach, gdy zajęliśmy się wycieraniem szklanek, doszła do nas jeszcze nasza lokalowa para. Blondwłosa prawie modelka Inez oraz mistrz komputera Mark, mający farbowane na niebiesko włosy. Oczywiście tak naprawdę parą nie byli, ale każdy widział, jak patrzą na siebie nawzajem i chyba nigdy się nie zdarzyło, by nie pracowali w tym samym czasie. Z tej dwójki do pracy zwierzaka zabierała Inez, posiadała ona białego persa o imieniu Yummy.
Czy lubiłam ludzi, z którymi pracowałam? Bardzo. Georgia była cicha i małomówna, mogłabym się z nią utożsamiać. Yang mimo charakteru outsidera, często rzucał kawałami i w wolnych chwilach popisywał się Daisy. Inez dużo się uśmiechała, gdyż wielka z niej optymistka. A Mark? Wiecznie zazdrosny o Inez, choć nigdy by tego nie powiedział na głos, po prostu to widać.
W końcu wszystko w kawiarni było gotowe do otwarcia. Książki na półce poukładane, krzesła zdjęte, stoły przetarte oraz nakryte, naczynia też wyczyszczone. Do „Dropsa” zaczęli przychodzić klienci. Sobota rano, więc odwiedzający nas biegacze z nieraz dużymi psami byli normą. A mimo tego, że Bell, Ginger oraz Cezar byli tak jakby na „wolności”, to przez większość czasu trzymali się blisko mnie, zwłaszcza Bell. Zwykle jednak stara się nie plątać mi pod nogami. Dzisiaj było jednak inaczej.
Nagle w pewnym momencie przestraszyła się nowych klientów składających się z trójki mężczyzn i przez to zaczęła się cofać i piszczeć, a ja, będąc za nią i nie dostrzegając tego na czas, potknęłam się o ciało psinki i zawartość niedojedzonej miski z psią karmą wysypałam na rudego chłopaka. Zasłoniłam usta dłonią, starając się wstać. Inez szybko zabrała ode mnie resztę naczyń, a ja chwyciłam za ścierkę w kieszeni dżinsów, podając ją chłopakowi.
- Strasznie mi przykro – powiedziałam, skrzywiając się. Co za pech, no nie mogę w to uwierzyć!

Cameron?

3 paź 2018

Amy Jones


Na zdjęciu: -
Motto: „Uśmiechnij się do świata, a świat uśmiechnie się do ciebie”
Imię: Amy. Mimo krótkiego imienia dość dużo osób woła do niej „Lotos”.
Nazwisko: Jones
Wiek: 23 lata
Data urodzenia: 1 czerwca
Płeć: Kobieta
Miejsce zamieszkania: Jakimś cudem udało jej się znaleźć małe, ale przytulne mieszkanie do wynajęcia niedaleko uczelni. Dosłownie dziesięć minut drogi.
Przed wejściem do środka buty wytrzeć można o wycieraczkę z napisem „Dzień dobry”. Po przekroczeniu progu na prawo znajdują się drzwi do łazienki wraz ze wbudowaną, odsuwaną szafą obok, a po lewej stronie mieści się mała kuchnia z wysepką i dwoma stołkami barowymi. Na wprost umieszczony został telewizor na mini komodzie oraz kanapa. Zaraz obok niej są schody prowadzące wyżej. Postawione tam jest niskie dwuosobowe łóżko, stolik nocny, kolejna wbudowana rozsuwana szafa oraz mała toaletka z pufą. Pomiędzy tym wszystkim znajdują się oczywiście miski na jedzenie i wodę zwierzaków, ich posłania (na których i tak rzadko śpią) oraz zabawki.
Orientacja: Biseksualna, ale ukrywa to. Często podaje, że jest hetero.
Praca: Studiuje weterynarie na kierunku zootechniki, ale dorabia też w kawiarni „Drops”, do której można wprowadzać zwierzęta. Ginger jest w niej bardzo popularna.
Charakter: Amy to nieśmiała osoba. Nie jest dobra w kontaktach międzyludzkich, stara się je ograniczać. Więc czemu dorabia akurat w kawiarni? Zauroczyła ją właścicielka lokalu, wystrój oraz to, że można wprowadzać zwierzęta. Równocześnie pragnie przełamać swoją wstydliwą naturę, co idzie jej dość opornie, ale… no stara się dziewczyna! Pomimo tego chce pomagać, sprawiać innym radość, z reguły nie umie znieść czyjegoś smutku. Jej małym marzeniem jest, by każdy w życiu był szczęśliwy, niestety wie też, że to niemożliwe.
Czasem przybiera pozę małej marzycielki, odlatując w siną dal na swoim alicornie. O czym myśli? O wszystkim i jednocześnie o niczym. Śni jej się przyszłość, przeszłość, teraźniejszość, w ten sposób rozwiązuje też swoje wewnętrzne konflikty, które ją trapią. Totalnie wyłącza się ze świata, tylko czyjś nagły dotyk jest w stanie ją wybudzić z transu. Łatwo można ją w ten sposób zawstydzić. Momentalnie robi się buraczkiem i szybko nie wraca do „normalności”.
Należy do osób wygadanych. Gdy ma do kogo, to mówi i mówi, umie się naprawdę nieźle rozgadać. Nieraz może nawijać jak katarynka, w ogóle nie dopuszczając do głosu osobę obok, a nieraz może siedzieć cichutko jak mysz pod miotłą. Gdy ktoś zwróci jej o to uwagę, to znowu – buraczek. Będąc zawstydzoną, jest w stanie cały czas nerwowo poprawiać swoje włosy. Poza tym kocha robić zdjęcia, zwłaszcza swoim zwierzakom. Lubi uwieczniać każdą ważną dla niej chwilę, ale uwaga, nigdy publicznie. Za bardzo się boi, że ktoś zacznie ją obgadywać. Zawsze się o to obawiała, przez całe swoje życie. Ludzie wokół dzięki temu łatwo mogli na nią wpływać. Zmiana koloru włosów, czasami inne zachowanie, wczesne spróbowanie alkoholu, no i nie tylko. Głównie boi się też wyrażania swojej opinii na dane tematy, choć kiepska w tym nie jest. Problem tkwi raczej w tym, że pomimo ułożenia dokładnej przemowy w głowie, wyrażając ją na głos, kompletnie się plącze i zmienia wyrazy, czy nawet sam kontekst swojej wypowiedzi.
Jej słabością są małe dzieci, widząc jakiekolwiek, które na nią się spojrzy, nie jest w stanie się do niego nie uśmiechnąć.
Niezwykle uprzejma z niej osoba, gdy widzi, jak ktoś czegoś potrzebuje, nie umie jej odmówić. Nie wspomnę o tym, że w ogóle nie wie, co znaczy słowo „nie”.
Hobby: Lotos nie ma jakiś konkretnych zainteresowań. Stwierdzić jednak mogę, że bardzo lubi swoją dorywczą pracę w kawiarni, dobrze się w niej czuje. Poza tym przepada za spacerami, zwłaszcza nocnymi, gdy księżyc wysoko świeci wśród gwiazd. Wypady do lasu, zwłaszcza z pupilami, też sprawiają jej radość. Jest też małą mistrzynią kuchni. Smacznie gotuje w rytm muzyki słuchanej z telewizora, oczywiście podśpiewując pod nosem. W tym momencie współczuję sąsiadom, głównie ze względu na Cezara.
Aparycja|
- wzrost: 170 cm
- waga: 55 kg
- opis wyglądu: Amy urodziła się jako czarnowłose radosne dziecko z pięknymi i dużymi morskimi oczami okalanymi przez rzadkie rzęsy (aktualnie ozdabiane grubą warstwą tuszu). W wieku piętnastu lat zaczęła farbować swoje naturalnie falowane włosy na różowo, bo tak według koleżanek mogła stać się „fajna”. Oczywiście nigdy jej nie przyjęły, wyśmiewając jej nowy kolor, ale o dziwo go pokochała i od tamtego momentu już nigdy nie zachciała wrócić do naturalnej barwy.
Jej ciało jest dość drobne, choć nie najdrobniejsze. Trochę szerokie ramiona ustawiono w prawie tej samej linii, co biodra, ale za to może się pochwalić ładnym brzuchem, niezłym wcięciem w talii oraz tyłkiem.
Zwykle ubiera się w duże swetry (nawet te gryzące) i dżinsy, w ciepłe dni zakłada sukienki oraz spódnice. Preferując również czarne obuwia różnych typów, przemieszcza się z masą biżuterii na sobie, mając na jej punkcie kota. Pierścionki, bransoletki, naszyjniki i kolczyki (nie tylko do uszu), nie może im wszystkim się oprzeć. Poza tym kocha malować swoje paznokcie. Jednolite kolory czy wzorki, lubi z nimi eksperymentować.
- pozostałe informacje: Na prawej dłoni ma wytatuowany napis „Love”. Posiada również po kilka dziur w uszach, a także kolczyk w pępku, ale rzadko się nim chwali.
- głos: Ytna
Historia: Lotos urodziła się w niedużym mieście dwie godziny od Avenley River. Rodzice niezmierni cieszyli się z narodzin córeczki, gdyż po pięciu poronieniach Dalii, coraz słabiej wierzyli w posiadanie własnego dziecka.
Dziewczynka rosła zdrowo, rodzice kochali ją całą piersią i uczyli podstawowych prac w leśniczówce. Polubiła je to do tego stopnia, że postanowiła studiować weterynarię. Najbliższe studia znajdowały się w Avenley River i tak tu się znalazła. Obecnie myśli też nad zostaniem tu na stałe, ale to tylko wstępne plany na przyszłość.
Rodzina:
Fernando i Dalia Jones – rodzice, prowadzą leśniczówkę z weterynarią dwie godziny drogi od Avenley River. Pomagają głównie zwierzętom zranionym przez kłusowników i walczą przeciwko nim, ale opiekują się też bezdomnymi psami i kotami. Od czasu do czasu organizują szkółki leśne, w których udział mogą wziąć dzieci.
Partner: -
Potomstwo: -
Ciekawostki:
- Uczulona na kakao,
- Kocha kawę z mlekiem i trzema łyżeczkami cukru, herbatą też nie gardzi,
- Wieczny zmarzluch,
- Ma słabość do bajek, kolekcjonuje płyty z tymi ulubionymi
Inne zdjęcia: -
Zwierzęta:
W domu Amy zawsze były jakieś zwierzęta, więc nie jest dziwne, że posiada ich aż trzy. Bell jest najstarsza, żyje już ładne sześć lat. Została przygarnięta przez dziewczynę, gdy trafiła do jej rodziców po ciężkim pobiciu przez dawnego właściciela. Przez to zdarza jej się nie ufać ludziom, unika kontaktu z nimi, piszczy na ich widok, a w razie wypadku jest w stanie ugryźć, nawet swoją panią. Z reguły jest jednak dość radosna i ma tendencje do bycia zazdrosną, przez co nieraz pcha się pod dłoń studentki.
Druga w kolejności jest Ginger uratowana przez rodziców Lotos. Matka lisiczki zginęła z rąk kłusowników, sama cudem ocalała, jednak po kuracji nogi (którą złamała, będąc jeszcze malcem) za bardzo przyzwyczaiła się do ludzi i została w rodzinie Jones jako domowy pupil. Obecnie kończy trzy lata i jest bardzo przyjazna, przypisuje jej się cechy psów. Kocha aportować, ganiać za swoim ogonem, a także kraść rzeczy należące do dziewczyny. Nienawidzi za to wody oraz wszelkich weterynarzy, badań. Na sam dźwięk tych słów jest w stanie się schować pod jakiś mebel, raz udało jej się nawet wybiec z mieszkania. Na szczęście po godzinie sama wróciła.
Trzeci wabi się… Cezar. Znaleziony w pudle wykazywał ogromną chęć przywiązania się do kogokolwiek, jednak jego wygląd odstraszał potencjalnych właścicieli. Amy za to urzekł jego słodki – według niej – wygląd i od razu go wzięła. Przypisuje mu się wiek niecałego roku, ale nie jest kłopotliwym zwierzakiem. Zawsze słucha się studentki, nigdy nie postępuje inaczej. Jednak nikt nie umie powstrzymać jego wyć, gdy tylko ktoś w pobliżu zaczyna śpiewać.
Pojazd: Swój ukochany samochód dostała za zdanie za pierwszym razem egzaminu na prawo jazdy. O dziwo rzadko nim jeździ, zwyczajne preferując własne nogi oraz komunikacje miejską.
Kontakt: ZlotyPies (howrse)