Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wanda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wanda. Pokaż wszystkie posty

30 wrz 2019

Wrześniowa czystka

postacie, które napisały ostatnie opowiadanie w dniach 15.08-30.09 zostają na blogu,
postacie, które napisały ostatnie opowiadanie w dniach 14.07-14.08 dostają upomnienie,
postacie, które nie wykazały żadnej aktywności do 13.07, zostają wydalone
KOBIETY
ALTHEA
AMY
ANGELICA
BRIANNE
BRIDGET
BROOKE
CANDICE
CATNISS
CHARLIE
CHLOE
CRYSTAL
DEARDEN
DIANTHE
EKATERINA
ELISE
HARPER
HYOLYN
IDA
ISABELLE
IZZY
KATFRIN
KOYORI
LAURENE
LOUISE
LUCIA
LUCILLE
LUCY
MALLORY
MICHAELA
NOELIA
ODETTE
ODEYA
PELAGONIJA
RACHEL
RAVEN
ROSALIE
SOFIA
SUTTON
TAYLOR
VERONICA
VICTORIA
WANDA
MĘŻCZYŹNI
AARON
ADAM
ANTONI
ARCHIBALD
BELLAMI
BILLY JOE
CAIN
CAMERON
CARNEY
DANIEL
DUSTIN
ELIAS
FELIX
GARED
HANGAGOG
IVAN
JACOB
JONATHAN
JULIEN
KAI
KEN
LAWRENCE
LIONELL
LUCAS
MICHAEL
NIVAN
NOAH
SAMUEL
SCOTT
SPENCER
THEO
THOMAS
TRACE
TYLER

22 cze 2019

Od Wandy CD Nivana

— Wtedy nie byłoby niespodzianki z elementem pozytywnego zaskoczenia — parsknął Nivan, na co mogłam jedynie przewrócić oczami. Przecież mało kto przepadał za niespodziankami. Psuły plan dnia, łapały w nieoczekiwanych momentach, gdy nie byliśmy gotowi. A jednak, na tę ciężko mi było narzekać. — Plus Yamir jest na diecie. Na stare lata metabolizm daje mu w kość.
I niezbyt się z tym kryjąc, zlustrowałam całe Słońce wzrokiem. Od czubka głowy aż po końcówki palców stóp. Oakley, przesadzał, zdecydowanie przesadzał, na co mogłam jedynie pokręcić głową, wzdychając cicho i uśmiechnąć się jeszcze szerzej, o ile w ogóle było to możliwe.
— Spadaj, Oakley. — Złote oczęta chwilowo uciekły od mojej twarzy, by zgromić Oakleya. — Obejdzie się bez tego, Wandziu, naprawdę.
Zacmokałam, pokręciłam głową i nie do końca zorientowałam się, kiedy chwyciłam mężczyznę za polik, szczypiąc go jak te wszystkie stare ciotki, których nienawidziliśmy będąc brzdącami.
— Spokojnie, jeżeli tobie metabolizm dał w kość, to uderzył i we mnie, i w Nivana — tu przerwałam, podnosząc brwi i kątem oka zerknęłam na okularnika, parskając śmiechem pod nosem — więc naprawdę, nie masz czym się przyjmować. Po drugie, nie martwcie się, ciastka ze słonecznikiem i miodem znajdą się zawsze, akurat je trzymam właśnie dla takich... niespodzianek — oświadczyłam, podpierając ręce o biodra.
I w końcu, choć z ogromnym bólem, zdecydowałam się odwrócić na pięcie, ruszyć w kierunku drzwi prowadzących do klatki schodowej. Zerknęłam na chłopców zza ramienia.
— Idziemy czy będziemy tak stać i nic nie mówić? Macie mi dużo do opowiedzenia — parsknęłam, uśmiechając się ciepło. — I Yamir, musisz poznać Frytka. Nivan, odwróciłbyś plakietkę na drzwiach? Wolę, żeby żaden nieproszony klient nie przerwał nam naszego spotkania.

19 kwi 2019

Od Wandy CD Nivana

Skóra spotkała się ze skórą, czoło oparło się o czoło, a orli, potężny i ukochany nos zahaczył o zadarty czubek tego mniejszego. I cieszyłam się, może jak Ruski z roweru, ale kogo by to obchodziło, jeżeli nasze spotkanie wcale nie było taką błahostką czy malutką sprawą.
Przynajmniej nie dla mnie, pewnie i nie dla Yamira.
Palce dalej muskały ciepłą skórę, powolutku, delikatnie, ciesząc się i chłonąc obecność drugiego człowieka, za którym tak bardzo tęskniłam.
— Doskonale.
Parsknęłam głośnym śmiechem, odsuwając z czoła mężczyzny kilka niesfornych ciemnych loków, oczywiście nadal wpatrzona w niego jak w najpiękniejszy, najcudowniejszy obrazek, który dane mi było zobaczyć w niezbyt długim żywocie. Szczerzyłam się, prawie skakałam w miejscu, bo przecież, nie dość, że pogoda sprzyjała i w ogóle miałam dobry dzień, tak jeszcze miał być on przyozdobiony tą drobną-niedrobną niespodzianką.
Odsunęłam się od niego w końcu, dłońmi zjeżdżając po jego ramionach aż do paluszków, by złapać za nie i uścisnąć, jakby chcąc się upewnić, że jednak jest prawdziwy. Cały czas spoglądając w bardzo ładne oczy.
— Szkoda, że nic mi nie powiedzieliście, przygotowałabym już wszystko — stwierdziłam, przekrzywiając głowę i w końcu, choć z odrobiną niechęci, nawet jeżeli go uwielbiałam, przeniosłam wzrok na Nivana. — Kupiłabym ciastka, jakąś dobrą herbatę, a tak nawet nie mam, jak was ugościć — westchnęłam ciężko, pokręciłam głową i po chwili znowu stałam wpatrzona w Yamira z lekko nieobecnym uśmiechem a twarzy.

6 kwi 2019

Od Wandy CD Nivana

— Wanda.
Moje imię wybrzmiało tak ładnie, tak miękko i ciepło, a ja w innym czasie, innym miejscu zamruczałabym głośno jak rasowy kot, przymykając oczy.
Bo w jego ustach brzmiało cudownie, zaspokajało wszystko potrzeby i dla mnie mógłby przez całe życie wymawiać je, szeptać do mojego uszka.
Ścisnęłam mocniej ramiona mężczyzny, wspięłam się lekko na palce, zadarty nosek wbijając w szyję mężczyzny. Kołysząc się w upragnionych, utęsknionych wielce ramionach.
I na chwilę odsunęliśmy się od siebie, by spojrzeć na twarze. Zmęczone, wymarszczone, zdecydowanie poważniejsze, niż kiedyś. Starsze i brzydsze, nawet jeżeli mieliśmy na karku o maksymalnie osiem lat więcej, a jednak wcale to nie przeszkadzało. Oczka błyszczały, na buźkach widniały szerokie uśmiechy.
I tylko Nivan raz na jakiś czas pociągał nosem, na co oczywiście zwróciłabym uwagę. Ale później.
— Wanda — wypowiedział imię jeszcze raz, a ja po prostu uśmiechnęłam się jeszcze szerzej, jeżeli w ogóle było to możliwe. — Wanda. Wandziula. Wandalena, Słońce ty moje — powiedział, na jednym wydechu, a następnie przyciągnął jeszcze mocniej, niż poprzednio.
Zabrał dech w piersiach, oplótł ciepłymi ramionami i nie puszczał, a ja po prostu całkowicie mu się poddawałam, bo tak mi tego brakowało, tak bardzo jego mi brakowało. Westchnęłam cicho, parskając przy okazji śmiechem. Wesołym, ciepłym i przeszczęśliwym, bo w końcu mogłam spojrzeć w złote oczka.
— Yamir — i ja powtórzyłam drugie imię, i ja zatrzepotałam rzęsami, pokazując nawet i zęby w uśmiechu. — Yamirku ty mój, chyba sam wiesz, jak bardzo tęskniłam — powiedziałam, muskając z czułością policzek mężczyzny.

3 kwi 2019

Od Wandy CD Nivana

Słońce w końcu zaczęło wychodzić zza ciężkich, zimowych chmur. Grzało przyjemnie w kark, w blond włosy, gdy wychodziło się czy to na spacer z psem, czy na jednego, jedynego papierosa, bo przecież dwóch w ciągu dnia nie wypadało. I tylko głowa bolała niemiłosiernie, bo oczywiście wiosna uderzyła do głowy, zapomniało się raz o szaliku i lekkomyślną kobietę po prostu przewiało, bo już tak bardzo nie chciała wciągnąć rajstop na nóżki.
A teraz kaszlała, smarkała, a jednak do roboty wypadało iść, podatki i jedzenie samo się nie opłaci, choć pies zbytnio zachwycony tym pomysłem nie był, ba, skomlał, piszczał i łapał za kostki, byleby zostać w mieszkanku, pod kocykiem i z dłonią na wielkim łbie.
Przecież kwiatki same się nie podleją.
Dlatego w końcu zbiegłam zwinnie po schodach, w wyjątkowo grubym swetrze, jak na pogodę panującą na zewnątrz, a Frytek podreptał za mną, oczywiście powarkując i wydając z siebie inne dziwne psie dźwięki.
Ludzie wchodzili, dzwoneczek dzwonił raz po raz, a ja przeskakiwałam raz po raz, od lady do półek z kwiatami, od półek z kwiatami do schowka, bo trzeba było wyjąć jakąś wstążeczkę, kokardkę czy doniczkę.
I dzwonek w końcu zadzwonił ponownie, podczas gdy ja stałam plecami do wejścia, co można by potraktować jako małe faux paux. Co poradzić, jednak ucinanie gałązek czasami zbytnio zajmowało umysł.
— Dzień dobry, ja — klient zająkał się, głos zadrżał niebezpiecznie, a ja w końcu zdecydowałam powoli zacząć się obracać w jego stronę, by przynajmniej i również się przywitać.
Tak wypadało. I tak bardzo szkoda, że nie spodziewałam się, co, a raczej kogo zobaczę, bo może wtedy choć odrobinę opanowałabym emocje, nawet jeżeli całymi dniami i nocami miałabym się stresować. Szkoda, że nie wiedziałam, że w końcu dane mi będzie ponownie spojrzeć w złote, ciepłe oczy, że znowu zerknę na ten duży, ukochany nos, szalone włosy, choć może trochę mniej, niż gdy był młodszy. Zamarłam, oczy się zeszkliły i nawet nie zauważyłam, kiedy jedną dłonią podparłam się na ladzie, przy okazji odkładając nożyczki.
— Wandziu, pan chciał kupić ci twoje ulubione kwiatki — oświadczyła ta cholera z okularami, która najwidoczniej planowała wszystko już od dłuższego czasu, utrzymując całe wydarzenie w sekrecie przede mną.
— Nivan! — warknęło słońce, a ja w końcu uśmiechnęłam się promiennie i, choć nadal ze łzami w oczach, zwinnie ominęłam ladę, by rzucić się mu na szyję, zawisnąć i prawie go udusić.
Bo tak bardzo tęskniłam, bo tyle rzeczy zostało niewypowiedzianych i niewyjaśnionych, bo chyba oboje troszkę uschnęliśmy. Westchnęłam cicho, pociągając nosem, w końcu decydując się na odważniejsze zerknięcie prosto w te złote oczy.
— Yamir — wypowiedziałam jego imię, jakby starając się je sobie przypomnieć, bo przecież tak dawno nie opuściło moich ust.
Zawsze lubiłam być nadmiernie emocjonalna. Zbyt wrażliwa, zbyt teatralna.

31 mar 2019

Od Wandy CD Nivana

Łkaliśmy, ściskając drugiego człowieka, przyciągając siebie jak najbliżej, dusząc niemiłosiernie i głaszcząc cudze włosy. Pozostawało tylko zastanawiać się, jak długo w nas to siedziało.
Jak długo po prostu nie ryczeliśmy, wtulając się w to ukochane słoneczko zajmujące jakieś specjalne miejsce w serduszku, nawet jeżeli nie do końca określone. Jak długo nie czuliśmy tego charakterystycznego ciepła (i wcale nie mam na myśli po prostu zgrzanego i spoconego Nivana, bo tutaj też dużo się nie zmieniło), cudzej dłoni na plecach, poklepującej i wspierającej, oświadczającej jakoś to będzie.
Odsunęłam się odrobinkę, spoglądając w końcu na jego twarz. Prawdopodobnie z niezwykłymi oczami pandy, bo przecież cały tusz spłynął mi na policzki. W końcu po co mi wodoodporny, no po co, sportowiec ze mnie marny, nie pocę się litrami, cera sucha, to nie ma opcji, by się rozmazać. A jednak.
— Cieszę się, że w końcu się znaleźliśmy — oświadczyłam, uśmiechając się szeroko, nadal przez łzy. — Nawet jeżeli zrobiliśmy to przypadkiem i nawet jeżeli szukanie się zajęło nam odrobinę za długo.
Teraz pozostawało tylko nadrabiać stracone lata. Przy herbatce, przy psie leżącym na dywanie i nadal czujnie obserwującym biednego Oakleya, w pasiastych skarpetach i może ciasteczkach owsianych zamiast prażynek krewetkowych, choć i te znalazłyby się w jednej z szafek. Taka relacja, 12/10.
A herbatka smakowała jeszcze lepiej, niż zazwyczaj, przysięgam.

30 mar 2019

Od Wandy CD Nivana

Zaśmiał się cicho, naprawdę bardzo ładnie, a ja odpowiedziała mu tym samym. Odstawił kubek z kawą na stół, po czym spojrzał na mnie tymi swoimi głębokimi oczętami, których również mi niezwykle brakowało.
Po prostu nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo tęskniłam, jak bardzo ponownie chciałabym go zobaczyć. A teraz siedział przede mną, pił kawę, zabijał się wzrokiem z psem...
— Wszyscy, to dużo powiedziane, ale wiesz. Ja, ty, Antoni — odpowiedział, drgnęłam na ostatnie imię. W końcu po prostu nie chciałabym mieć z nim do czynienia, tak? — Renee czasem wpada, Falka też. Z tego, co wiem, Pelagonija? Eternum? Też się tu ulokowała? Tak mi się wydaje — dodał jeszcze, a uśmiech momentalnie ponownie wypłynął na moją twarz, bo jakbym nie mogła pamiętać Pel. I Falki, i Renuli, herszt bab, które tak często służyły pomocą, poklepały po pleckach, a i dały kopniaka w tyłek, gdy tylko było to potrzebne.
Częściej robiły to drugie.
— Kwiaciarnia wydaje się milsza, Wando. Po co ci taki monopolowy, tylko byś się z nieprzyjemnymi typami użerała — prychnął jeszcze, na co w odpowiedzi wzruszyłam ramionami, opuszczając wzrok.
Bardzo możliwe, że miał rację.
I nawet nie zwróciłam uwagi, kiedy pierwsze łezki uciekły z oczu, kiedy dłoń drgnęła, a głowa obniżyła się jeszcze bardziej, jeżeli w ogóle było to możliwe. Dzięki Stwórcy, że kubek udało mi się wcześniej odłożyć na stolik, przynajmniej nie ryzykowałam wylania na siebie gorącej herbaty.
No i w końcu się stało, innej możliwości nie było. Rzuciłam się na szyję Nivana Oakleya, przyciągnęłam mężczyznę do siebie i schowałam twarz przy jego barku.
— Tęskniłam, wiesz? — mruknęłam, szepnęłam, choć wydawało mi się, że i tak trudno było cokolwiek usłyszeć.

29 mar 2019

Od Wandy CD Nivana

— Dwa latka — odparł, marszcząc czoło.
A ja zrobiłam to samo, bo dwa lata to nie był krótki okres, ba, tyle rzeczy mogło stać się w ciągu tych dwóch lat, tylu nowych ludzi mógł poznać, tyle nowych relacji zawiązać, jak i przeżyć tyle nowych przygód.
A co dopiero w ciągu tych... siedmiu, sześciu lat, może nawet i większej ilości, podczas których się nie widzieliśmy. Słuch po prostu o nim zaginął, zapadł się pod ziemię i przepadł całkowicie.
Ale czy ja nie zrobiłam podobnie ze złotookim wtedy jeszcze chłopcem? Uśmiechnęłam się niezwykle gorzko pod nosem i wzięłam szybki łyk herbaty pomarańczowej, która tylko podbiła całą gorycz kryjącą się gdzieś w zakątkach ciała.
— I nie wiem, jak. — Skinęłam głową, bo w końcu kto z nas wiedział, jakim cudem wylądował właśnie tam, gdzie przebywał? W większości czysty przypadek, przysięgam. — Pierwsze lepsze, gdzie można było zamieszkać, to złapałem się, jak tonący brzytwy. Wiesz. Przydało się w końcu ustatkować, czy coś — oświadczył, parskając cichym, niezbyt wesołym śmiechem. — Serio, nic ciekawego. Taki wyjazd w ciemno i do tego dość sporo szczęścia... Na tyle, żeśmy wszyscy tu trafili summa summarum.
Podniosłam brewki, może i w małym szoku, oddalając wargi od krawędzi kubka.
— Wszyscy? — dopytałam się cicho, mrugając chaotycznie, szybko, w zdziwieniu i szoku.
Bo słowo wszyscy raczej nie ogarniało jedynie dwóch osób. Ogarniało trzy, cztery, ba, może i więcej. Ale na pewno nie tylko naszą dwójkę.
— Przysięgam, następnym razem założę kawiarnię lub sklep monopolowy, do tych przynajmniej chodzą nasi znajomi i może by raz na jakiś czas wtedy przypadkowo pojawili się w drzwiach — stwierdziłam, wzdychając ciężko. — A tak to wylądowałam z kwiaciarnią, gdzie spotykam się i plotkuję głównie ze starszymi paniami. Choć narzekać nie wolno, wiem dosyć dużo ciekawych rzeczy.

27 mar 2019

Od Wandy CD Nivana

Prychał, przewracał oczami, a mi pozostawało tylko uśmiechać się pod nosem wraz z parującą herbatką pomarańczową w dłoniach. Nic a nic się nie zmienił, oj nie.
— Uznajmy, że nasze energie życiowe nie są zgrane — mruknął, przy okazji sięgając po kawę, upijając łyk, no i oczywiście wzdychając ciężko, bo tylko tego brakowało do świętej trójcy Oakleyowskiej. — Długo tu mieszkasz? — zapytał w końcu, marszcząc brewki.
A jednak była czwórca.
Pokręciłam głową, sama ściągając czoło, bo nawet nie zastanawiałam się, ile do końca już w tej dziurze siedziałam. Dwa miesiące? Trzy? A może...
— Chyba niecały rok — stwierdziłam, odkładając kubek na stoliczek, by wolną dłonią móc przełożyć te niesforne pasma włosów przez ucho. W moim przypadku też wiele się nie zmieniło. — Kwiaciarnię mam dosłownie od kilku miesięcy, wydaje mi się, że nie więcej niż sześć, zakładałam ją pod koniec lipca, gdy tylko ogarnęłam się — przerwałam na chwilę, gestem ogarniając całe otaczające nas pomieszczenie — o tutaj. Wiesz, malowanie, wciąganie mebli z Fomą i Saszą... — mruknęłam, uśmiechając się jeszcze szerzej na wspomnienie próby przeniesienia nieszczęsnego fotela przez małą klatkę schodową.
No i same drzwi wejściowe, gdy pierwszy etap udało się przejść pomyślnie.
— A ty? W ogóle jak tutaj trafiłeś, opowiadaj, w końcu nie widzieliśmy się tak długo... — zapytałam, by po chwili westchnąć ciężko.
Zdecydowanie za długo.

26 mar 2019

Od Wandy CD Nivana

Dziesięć sekund minęło. No może dwadzieścia, trzydzieści, czy nawet przedłużyło się do tych nieszczęsnych pięciu minut, ale cóż ja mogę na to poradzić, jak przygotowanie najlepszej kawy wymagało poświęcenia. W salonie za to panowała niebywała cisza, co powoli zaczynało mnie niepokoić, dlatego wzięłam nasze oba kubki – ten w kropki, jak i mój, w żółciutkie kurczaczki i ruszyłam do drugiego pomieszczenia.
By tam ujrzeć istne zabijanie się wzrokiem, pojedynek godny westernu. Dwójce mężczyzn brakowało jedynie prawdziwych czerwonych chust, rumaków oraz kowbojskich kapeluszy.
No i rewolwerów, ale, szczerze, wolałabym obejść się bez tych.
Parsknęłam cichym śmiechem, stawiając naczynia na małym stoliczku przed kanapą.
— Błagam, panowie, wystarczy mnie dla was obu, nie ma sensu się tak puszyć — oświadczyłam, podpierając dłonie na biodrach i cmokając kilka razy.
Przeniosłam wzrok na psa, gwiżdżąc do niego, na co ten posłusznie przybiegł pod same nogi. Pomiziałam potwora po ogromnym łbie, by chwilę później przenieść wzrok na Oakleya.
— No nie mów mi, że zacząłeś bać się psów, nie pamiętasz, jak przyjechaliście po mnie na wakacje? — zapytałam, uśmiechając się szeroko. — Wtedy jakoś doskonale bawiłeś się z naszym poczciwym wilczurem, a teraz z Frytkiem zabijacie się wzrokiem, no słońce wy moje — stwierdziłam, kręcąc głową i wzdychając ciężko.
Ostatecznie zostawiłam psa w spokoju i usiadłam obok Oakleya, bo przecież to właśnie jego na codzień nie miałam.

Od Wandy CD Nivana

Wyglądał uroczo, stojąc na środku malutkiej kuchni z kubeczkiem w kropki pomiędzy palcami. Zagubiony, nieporadny, a przy tym przepełniony niebywałą dumą.
Uśmiechnęłam się czule pod nosem, w myślach stwierdzając, że miałabym ochotę wytarmosić go za te czarne włosiska i za szorstkie policzki.
Robiłam się jak stara ciotka z psem.
— Jak zauważę — odparł ostatecznie, pokiwał głową, odwdzięczyłam się tym samym.
Przysięgam, dalej przypominał mi malutkie dziecko, czy to już matczyny instynkt? Zegar biologiczny tykał?
W dodatku jeszcze kichnął, niezwykle głośno, co przypominało wręcz te kichnięcia starszych panów, które przerażały mnie za młodu. A teraz pozostawało jedynie parsknąć głośnym śmiechem i odetchnąć z ulgą na widok niezbitego słoika z herbatą. W dodatku pomarańczową.
— Prawda — oświadczył, gdy już się wyprostował, a ja w odpowiedzi podniosłam brewkę, zastanawiając się, czy aby na pewno nie czyta mi w myślach. — A masz może kawę?
Usta rozchyliły się w małe "o", proces myślowy przebiegał niezwykle wolno, a ja po prostu zacięłam się, stałam w miejscu i zastanawiałam się, by następnie gwałtownie wybudzić się z tego małego zamyślenia.
— Och, tak, tak, oczywiście, już ci robię — odpowiedziałam w końcu, prawie podskakując w miejscu, by następnie rzucić się do kawy i zająć się, dosyć prostą na szczęście, robotą. — Idź usiądź, pies domaga się głaskania, bo najwidoczniej wystarczająco go nie rozpieszczam — prychnęłam, słysząc te ciche skomlenie z salonu. — Zaraz przyjdę, obiecuję, dziesięć sekund, możesz liczyć.

23 mar 2019

Od Wandy CD Nivana

— Dobrze, mamo — usłyszałam to nędzne burknięcie Oakleya, na co odpowiedziałam prychnięciem. Głośnym, dosadnym, by i to dotarło do uszu mężczyzny, bo przecież nie będę sobie pozwalać!
Takie odzywki nie w tym domu, oj nie w tym.
Nivan prawdopodobnie zajął się rozglądaniem wokoło, podziwianiem tego małego, raczej niezbyt bogatego mieszkanka, podczas gdy ja wlewałam wody do czajnika, grzebałam po szafkach w poszukiwaniu kubków i tak dalej.
— Ładny piesek, ładne mieszkanie, ładna panienka. — Przewróciłam oczami, może i odrobinę się rumieniąc, gdy ten wkroczył do kuchni. — Rozumiem, że zagarnęłaś sobie moją część estetyki, gdy ją gdzieś tam rozdawali? — Parsknął śmiechem. — Pomóc ci coś? — dopytał, ostatecznie stając za mną.
Pokręciłam głową, marszcząc czółko.
— Przecież jesteś gościem, siadaj i odpoczywaj, a nie — przerwałam, widząc to charakterystyczne spojrzenie. — No dobrze, możesz wybrać sobie kubeczek. I powąchaj herbaty, stoją w tych szklanych słoikach na półce, wybierz tę, która ci odpowiada — zadecydowałam w końcu.
Bo w sumie to miał coś do zrobienia, a przy okazji nie wchodził w moją krzątaninę, a ta ciężka również zbytnio nie była.
Westchnęłam, mrużąc oczy i podpierając dłonie na biodrach, w poszukiwaniu tych nieszczęsnych ciastek, które najwidoczniej całkiem nieźle się ukryły w momencie, gdy akurat były potrzebne. Kupiłam cholerstwa specjalnie dla gości, codziennie biedną mnie kusiły, a teraz, kiedy nadeszła chwila, po prostu rozpłynęły się w powietrzu.
— Nivuś, gdybyś zauważył błękitny słoik, to postaw go na stole w salonie, dobrze? — powiedziałam, uśmiechając się odrobinę szerzej i obserwując Oakleya wkładającego nos w każde z ziółek.

10 mar 2019

Od Wandy CD Nivana

— Jak się wabi? — zapytał Oakley, opierając się o blat, ba, prawie siadając na nim i spoglądając na psiaka, któremu nigdzie się nie spieszyło.
Nic nowego.
Prychnęłam, pokazując palcem na mężczyznę.
— Zeskakuj z blatu, nie po to go rano zmywałam, żebyś teraz na niego wskakiwał — stwierdziłam i spiorunowałam czarnowłosego wzrokiem. — W teorii Fryderyk, a w praktyce Frytek, Fryciu, wszystkie chwyty dozwolone — odpowiedziałam w końcu, wzruszając ramionami i podeszła do mężczyzny, któremu wcale nie było spieszno do zeskoczenia z blatu. — Na dobry piesek też reaguje.
I w końcu zdecydowałam się za pochwycenie swojego płaszcza pod pachę wraz z rękawiczkami, po czym zerknęłam na Nivana kątem oka.
— To co, idziemy? — zapytałam, kładąc dłoń na klamce drzwi znajdujących się tuż z boku, za ladą, ukryte za toną kwiatów.
I ruszyliśmy, powolutku po schodach, oczywiście z psem, który nagle odzyskał swoją energię i praktycznie pokonywał po dwa, trzy schodki za jednym skokiem, by chwilę później czekać na nas i spoglądać z góry, machając włochatym ogonem. Dotarliśmy ostatecznie na drugie piętro, otworzyłam kolejne drzwi i wpuściłam całą wesołą gromadkę do środka.
— Tylko zdejmij buty! — rzuciłam jeszcze do Oakleya, zostawiając go za sobą, by przenieść się do kuchni i wstawić wodę na herbatę.

8 mar 2019

Od Wandy CD Ophelii

Dłoń kobiety przyjemnie zjechała wzdłuż kręgosłupa, praktycznie zahaczając o jego końcówkę. I możliwe, że było to pewne przekroczenie granic, bo przecież nie wymieniłam z nią ani jednego słowa więcej prócz swego imienia wypowiedzianego w niezwykłym pośpiechu, a jednak to był chyba ten wieczór, noc zatapiania wspomnień, żali i smutków w dłoniach, cieple i ustach nieznajomego czy nieznajomej.
Nawet jeżeli niektóre rany należały do tych jeszcze babrzących się, niezasklepionych w odpowiedni sposób, z brzydkimi bliznami, od czasu do czasu nawet bolesnymi.
Westchnęłam cichutko, pozwoliłam się obrócić, a następnie zostać porwaną w kierunku baru, po czym w jeszcze szybszym tempie na bok, tuż przy wyjściu, jakbyśmy obie szukały świeżego powietrza.
W dosłownym i przenośnym znaczeniu.
I zaczęła się zupełnie niewinna, nic nieznacząca gadka, o której miałam zapomnieć kolejnego dnia, budząc się w cudzej pościeli tak, jak pan Bóg stworzył. By szybko się ubrać, by nie zostawić numeru, bo po co i wyślizgnąć się zza trochę skrzypiących drzwi na wolność... A przecież niewinnie zaczęło się od warg na kciuku jeszcze obcej mi dziewczyny, która chwilę później zdejmowała mi rzęsę z policzka. Niby nic, a granica posuwała się coraz dalej, powoli, powolutku do przodu, ewidentnie w chaotyczny sposób.
— To marzenie, zdmuchnij, a się spełni — mruknęła, a mi pozostało tylko posłusznie wykonać polecenie.
Chyba ponownie marzyłam o ciepłym spojrzeniu złotych oczu.
— Pozwolisz, że nie zdradzę swojego marzenia, w ten sposób tylko skuszę — stwierdziłam, przejeżdżając czubkiem palca o krawędź kieliszka, by następnie zrobić to samo, co dziewczyna mi. — A to niespodzianka, najwidoczniej tego wieczoru mamy szczęście — stwierdziłam, nie skrywając uśmiechu i pokazując jej palec z rzęsą, którą przed chwilą ściągnęłam ze skóry dziewczyny.

7 mar 2019

Od Wandy CD Ophelii

I nie wiedziałam, kto wyciągnął kogo na parkiet, kto chwycił za cudzą dłoń, splótł palce i po prostu pociągnął za sobą, w której minucie całej zabawy się to stało. Chwila, moment przymroczenia i nieuwagi, dłoń na policzku, na biodrze czy talii, cudzy oddech na skórze i włosy muskające twarz. Muzyka dudniła w uszach, ogłuszała, a jaskrawe barwy niezwykle oślepiały, przez co po prostu trzeba było zmrużyć oczy, odrobinkę je przymknąć, by móc rozejrzeć się wokół, nawet jeżeli miałam niezwykłą ochotę cały czas spoglądać w te błyszczące oczy tuż przede mną.
I wtedy mignęły, charakterystyczne i prawie zapomniane złote tęczówki, bardzo ładne złote tęczówki, za którymi tęskniłam, których tak bardzo pragnęłam i brakowało mi ich w codziennym życiu. I możliwe, że nagle chciałam wyrwać się z tańca, przepchać przez tłum i złapać za cudzą dłoń z chęcią ponownego spojrzenia w te lśniące oczy, uśmiechnąć się, rzucić na szyję czy ucałować policzki, nos, czółko.
Albo po prostu już całkowicie dać odejść, bo przecież spodziewałam się niezwykłego rozżalenia, złości i smutku.
Dłoń na mojej talii zacisnęła się jednak mocniej, nie dając w pośpiechu uciec, pozostawało więc już skupić się tylko na kobiecej twarzy tuż przed moim nosem. Posłałam dziewczynie uśmiech, odrobinę szelmowski i sama ułożyłam palce na jej biodrach, może i ściskając je delikatnie oraz starając się po prostu zakopać wspomnienia, które ukradkiem próbowały wydostać się na zewnątrz.

6 mar 2019

Od Wandy do Ophelii

Czasami po prostu trzeba było wziąć bordową szminkę pomiędzy palce i rozsmarować ją na wargach. Upiąć włosy, założyć ciut wyższe szpilki i ubrać się trochę ładniej, bardziej elegancko niż zazwyczaj, nawet jeżeli ktoś z zewnątrz mógłby pomyśleć, że to żadna zmiania. Umalować oko, przejechać rozświetlaczem po kościach policzkowych czy nosku i ładnie uśmiechnąć się do lustra z myślą, że niezła ze mnie laska.
W dodatku w końcu z wydepilowanymi nogami, bo i na to naszła mnie ochota.
Po raz ostatni zajrzałam do torebki, sprawdzając i upewniając się, czy aby na pewno wszystko się w niej znajdowało. Portfel, telefon, papierośnica i zapalniczka (którą i tak pewnie ktoś miał mi zabrać za kilka godzin, złodzieje zapalniczek zdecydowanie się nie oszczędzali), klucze, no i podstawowy asortyment pomocniczy znajdujący się w malutkiej kosmetyczce.
Przezorny zawsze ubezpieczony.
I wyszłam na to nieszczęsne miasto, może i w poszukiwaniu przygody. A mama przecież zawsze powtarzała, że Wandziuchna, nie wychodź na miasto sama, jeszcze ktoś ciebie porwie, udusi czy zgwałci, dosypie do napoju i co będzie. Nogi same poniosły na pierwszą lepszą uliczkę i do pierwszego lepszego baru, do pierwszego lepszego blatu i barmana z ładnym uśmiechem, gdzie zamówiłam pierwszego lepszego drinka, oczywiście, bez szaleństw, a więc z czymś w miarę bezpiecznym.
Wszyscy wiemy, że i tak zostałabym zrugana przez rodziców, jak i wszystkich przyjaciół czy tych wykładowców mówiących o samoobronie kobiet. To po prostu nie należało do rzeczy ostrożnych.
A następnie spojrzenie mimowolnie spojrzało w pierwsze lepsze błyszczące ładnie oczy.
I pozostało jedynie odwzajemnić tę iskierkę odrobinę szerszym uśmiechem, niby przypadkowo zahaczając wargami o krawędź kieliszka.

4 mar 2019

Od Wandy CD Nivana

Dłoń przyjemnie poruszyła się na plecach, w tak znajomy już sposób, który choć trochę uspokajał czy przywoływał wspomnienia.
O nocnych pogaduszkach, o upijaniu się i o wypłakiwaniu w ramię, wtedy jeszcze niebieskowłosego (przez moment również różowo), chłopaka, o tych szaleńczych wycieczkach do sklepu i żartowania z siebie nawzajem.
O pierwszych pocałunkach, o dłoni na policzku, bynajmniej nie z czułości, o łzach i tej beznamiętności, która w pewnym momencie okazała się dosyć prostym nieporozumieniem, zagubieniem.
Uśmiechnęłam się pod nosem z jakąś tam nostalgią i tym razem to ja wtuliłam się w mężczyznę, po prostu stęskniona. Tak cholernie stęskniona.
— Już naprawdę, co raz różnica — odparł, parskając wyjątkowo ciężkim śmiechem. Ale chyba dla niego nie było to nic nowego. — Przeżyłem gorsze rzeczy. — I pokiwałam głową, bo przecież mogłam się domyślać, przecież znałam Oakleya, a przez tyle lat po prostu mogło wydarzyć się dużo. — Ale tak, chodźmy. Jeszcze to ty się przeziębisz, zobaczysz — dorzucił jeszcze od siebie, po czym poprawił poły mojego płaszcza.
I uśmiechnęłam się jeszcze szerzej, podszczypując policzek chłopaka jak te wszystkie stare ciotki, po czym wyprostowałam się dumnie.
— No to komu w drogę, temu czas — oświadczyłam, by nie czekając na mężczyznę obrócić się na pięcie i wejść do kwiaciarni, gdzie już oczekiwał nas dosyć znudzony pies.

3 mar 2019

Od Wandy CD Nivana

Do uszu dotarło krótkie mruknięcie z barwą akceptującą, a do płuc przestało dopływać powietrze.
Bo zacisnął się i to mocno, niezwykle spragniony jakiejkolwiek czułości, jak wody, gdyby tylko wybrał się na dłuższy spacer po pustyni. Ściskał, korzystał i wręcz wysysał potrzebną mu energię, a ja na to pozwalałam, bo przecież zrobiłabym dla tego mężczyzny dzieciaka wszystko, co tylko w mojej mocy.
W końcu potrafił się tak ładnie uśmiechać i obdarzać innych uśmiechem numer trzydzieści cztery.
— Ale jeszcze chwilka. Proszę — dodał jeszcze, ewidentnie starając się uspokoić rozedrgany oddech.
Co zbytnio nie wychodziło, bo kilka sekund później złapał nieszczęsną czkawkę, a mój szalik był już całkowicie mokry. Pozostawało więc muskać cudzy policzek dłonią, ustami całować w czółko i powtarzać jak mantrę to cholerne jakoś to się ułoży, będzie dobrze.
Choć miałam wrażenie, że fatum niezwykle się na nas uwzięło. Kto wie, może byliśmy postaciami w greckiej tragedii, a nasza pycha sama zaprowadziła nas w to okropne miejsce?
Westchnęłam w końcu, decydując się na jakikolwiek ruch, jakąś decyzję, więc niechętnie odsunęłam niebieskookiego od siebie, by następnie spojrzeć mu stanowczo w głębokie oczy.
— Idziemy — oświadczyłam. — Bo jeszcze zamarzniemy, a szkoda by było, żebyś się całkowicie mi rozchorował, nieprawdaż? — zapytałam, palcem w rękawiczce ściągając z policzka zagubioną łzę.

27 lut 2019

Od Wandy cd Nivana

— Nie układa — zaczął, a ja już się skrzywiłam, już drgnęłam, choć nadal skupiałam się na końcówce papierosa, który nagle zaczął mi niezwykle ciążyć. — Wiesz, Renee ma dziewczynę i kawiarenkę — kontynuował, a przecież zaczynało się całkiem nieźle, więc pozostawało pokiwać głową i uśmiechnąć się trochę szerzej. — Yamira narzeczona jebie na kasę.
I słowo narzeczona wybrzmiało w uszach niezwykle gorzko, papieros nagle stał się jednak przydatny, spojrzenie mimowolnie przeniosło się na palec serdeczny, na którym jeszcze rok czy dwa lata temu widniał ogromny, zielony kamień, a w głowie była jakaś nadzieja.
Już nie ukrywałam ewidentnego niezadowolenia i skrzywienia na twarzy. Po co, jak Nivan i tak raczej bez problemu mógł się domyśleć.
— Watson mieszka w okolicy, ale już wiesz, bo inaczej by mnie tu nie było, nie — dodał jeszcze, parskając śmiechem i uśmiechając się, a ja to odwzajemniłam, nawet jeżeli z ciężkością. Watsona po prostu wolałam unikać. — Falka jakoś sobie radzi, zresztą, Xav też. Oboje gdzieś wybyli. Rav się ustawił, ma żonę... Dziecko.
A uśmiech zniknął, niebieskie oczy zalśniły i dłonie zacisnęły w piąstki. Westchnęłam głośno, szybko rzucając niedopałek na ziemię i przydeptując go obcasem, by następnie szybko rzucić się na szyję mężczyźnie, przyciągnąć, pogłaskać po włosach i do uszka wyszeptać, że przecież będzie dobrze.
— No już, Nivuś, słońce ty moje, nie ściskaj tak piąstek, bo jeszcze zrobisz sobie krzywdę — mruknęłam, przyciągając go jeszcze odrobinę mocniej, mając nadzieję, że przynajmniej go nie uduszę. — Chodź, schowamy się do mnie, zrobię ci herbatę, pogłaszczesz psa... Nie ma sensu stać na tym mrozie.

27 sty 2019

Od Wandy CD Tim

— Mam beznadziejną rękę do roślin, a nie chcę niczego zabijać poprzez odwodnienie, więc sukulenty brzmią ładnie i dobrze. — I uśmiechnęłam się nawet pod nosem, bo przecież i na twarzy dziewczyny widać było, i w jej głosie słychać było, że nawet nie do końca wie, czym sukulenty w ogóle są.
A więc wyborem były idealnym, trzeba to przyznać. W końcu w tych oczach błyszczała ogromna ilość chęci, słodyczy i nawet trochę nieporadnej odpowiedzialności, co połączone razem dawało osóbkę idealną do sukulentów. Bo przecież raz czy dwa zapomni podlać, a przy tym nazwie i będzie codziennie spoglądać na roślinkę z miłością.
I o to chodziło.
Dziewczyna ostatecznie wstała od skomlącego wręcz psa, na co tylko prychnęłam z oburzeniem pod nosem. Bo przecież gdy ja go głaskałam, to sugerował wręcz oburzenie tym, że waham się w ogóle tknąć lśniącą sierść.
A ja mu jedzenie dawałam!
— Przyznaję się, nie wiem, czym są dokładnie sukulenty, ani jak wyglądają. Może pani wierzyć, bądź nie, ale jestem beznadziejnym i trudnym przypadkiem.
Wybuchnęłam w odpowiedzi śmiechem i machnęłam ręką.
— Nie tak beznadziejne przypadki widziałam, nie masz czym się martwić, słońce — stwierdziłam. — To, że już tutaj zajrzałaś jest naszym małym sukcesem, są przecież i tacy, co w kwiaciarni w ogóle nigdy stopy nie postawili — dodałam, prychając jeszcze na sam koniec. — No, a teraz, sukulenty to nawet kaktusy, te pewnie znasz, więc wcale w tym taka początkująca nie jesteś. — Obróciłam się na pięcie i skinięciem głowy zasugerowałam, żeby ruszyła za mną. — Jakieś preferencje? Duże, małe, kolorowe, bardziej zielone, mniej? Mów śmiało, znajdziemy twojego wymarzonego.