Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bridget. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bridget. Pokaż wszystkie posty

17 lis 2019

Odejście

Chciałabym w tej krótkiej wiadomości przeprosić, poprosić i podziękować.
Przepraszam za wszystkie niedokończone wątki, za sytuacje, w których sprawiłam komuś przykrość lub zawód. Dziękuję za wszystkie poprowadzone wątki, za sytuacje, dzięki którym mogłam się uśmiechnąć. Proszę, abyście kontynuowali swoje pasje, bo ja jednej z nich niestety nie uratowałam i w ten sposób znajduję się tutaj – żegnając się ze swoją postacią. Z Wami nie zamierzam – na pewno zajrzę raz na jakiś czas na bloga, zostanę na serwerze na Discordzie. Spełniajcie się, dążcie do marzeń i nie róbcie niczego wbrew sobie.
 -Mościk

28 wrz 2019

Od Bridget CD. Katfrin

Moja firmowa koszula nie nadawała się już do założenia i to wcale nie dlatego, że Orchidea pomyliła ją ze swoją kuwetą. Moja firmowa koszula była cała w szarlotce. Plamy na białym, udającym jedwab materiale, mogły się już nie odeprać. Gdy moja klientka zaczęła rozmawiać z Astrid, ja wyciągałam chusteczkę z kieszeni moich spodni (bądź co bądź, była zima, a jeżdżenie do pracy przepełnionym ludźmi autobusem zwiększało szanse na złapanie jakiegoś choróbska). Moja ręka zatrzymała się – nie spodziewałam się, że klientka będzie chciała wdać się z Astrid w dyskusję, bo w końcu to ja wyłożyłam się na jej stoliku i sprawiłam, że musiała poczekać na swoje ciasto dwa razy dłużej. Chwilę potem, po usłyszeniu słów czerwonowłosej, moja ręka omal nie podniosła się i nie wylądowała na jej policzku. Niesamowicie działała mi na nerwy już od momentu, gdy zobaczyłam jej podanie. Walliams często oddawał mi większość swoich obowiązków, zwłaszcza związanych z pracą papierkową. Wstępnie analizowałam nowych pracowników, których z miesiąca na miesiąc było coraz mniej. Zajmowałam się rachunkami. Wysyłałam kwiaty jego żonie, gdy wracał podpity do domu i nie chciała wpuścić go do środka. Stałam się jego asystentką pracującą za stawkę kelnerki, bo myślałam, że tak trzeba postąpić – był jedyną osobą, która chciała zatrudnić marnie wyglądającą dziewczynę, która przyjechała do wielkiego miasta na studia, choć jeszcze rok wcześniej leżała na polu obok wściekle machającej ogonem krowy. Momentami byłam tak okropnie nieasertywna, że gdy wracałam do domu, byłam zszokowana swoim własnym zachowaniem bardziej niż gustem Ellen, jeśli chodziło o facetów.

28 cze 2019

Od Bridget CD. Katfrin

— Kiedy w końcu rzucisz tę pracę w restauracji? — westchnęła cierpiętniczo Irma, jakby to jej działa się krzywda. Fakt, powiadomienie ludzi, których w życiu nie widziałam, że nie przyjdę na ich spotkanie towarzyskie, musiało być niesamowicie trudne i wymagające.
— Kiedy przestanę przedłużać umowę. Czyli może w wakacje, gdy za nic nie wejdę do tego śmierdzącego schowka. — Przejrzałam się w lustrze i stwierdziłam, że wyglądam jak siedem nieszczęść. Moja skóra przechodziła tę zimę z wyjątkowym trudem. Twarz była pełna przebarwień, a dłonie przesuszone.
Opatuliłam się szalikiem i po raz ostatni przed godziną dwudziestą drugą spojrzałam na Orchideę. Kotka nie wykazała żadnego zainteresowania moimi przygotowaniami do wyjścia. Łypała na mnie jednym niedomkniętym okiem ze swojego legowiska. Chyba tylko moja cera wymknęła się z rutyny. Wszystko inne było… po staremu.

31 mar 2019

Od Bridget do Charlie

     Irma powinna zostać pozbawiona połączenia z internetem. Albo przynajmniej dostać blokadę na wszystkie informacje na temat wydarzeń, na które mogłaby mnie zaciągnąć. Miałam o wiele lepsze zajęcia od szlajania się po mieście. Dodatkowo płatna zmiana w restauracji, zrobienie jakiegoś ciekawego rysunku, analiza konceptu otrzymanego od klienta, czy nawet drzemka z Orchideą gdzieś przy moich stopach. Można powiedzieć, że jestem wolnym człowiekiem i nie muszę się na nic zgadzać – dopóki nie zna się Irmy i jej umiejętności skutecznej perswazji. Jej magicznego “proszę!”.
     — Bridget, chodź tuuutaj — zawołała z głośnym ziewnięciem w środku “tutaj”. Była w swoim pokoju. Długa droga.
     — Jeśli czegoś chcesz, to ty przychodzisz do mnie. Pamiętasz? — Bo taka była umowa. Znudziło mi się chodzenie w tę i z powrotem.
     — O nie moja droga, to ja mam sprawić, byś ty czegoś chciała — odpowiedziała tajemniczo z cichym chichotem. — Nie daj się prosić. Kicia jest u mnie.
     Miała mocny argument. Mogłam zobaczyć jak miewa się kotka. Nie podważałam zaangażowania Sivan w życie domowe, ale powiedzmy sobie szczerze, że częściej patrzyła na nowe wiadomości na Rivenley, niż na to, co działo się poza ekranem, więc to przede wszystkim ja doglądałam naszego pupila. Zwlokłam się z łóżka z sapnięciem. Właściwie to nie do końca łóżka, a materaca, który znajdował się na niskiej, drewnianej konstrukcji. Mimo to, był wygodny i nie bałam się, że Orchidea sobie coś zrobi przy zeskakiwaniu z niego. Nawet nie patrząc się na podłogę, lecz w okno, odszukałam stopami kroksy. Tak, chodziłam w kroksach po domu. Na moje białe, puchate kapcie, została wylana kawa, którą Irma chyba próbowała zaleczyć efekty jakiejś sobotniej imprezy... Przy uchylaniu drzwi od swojego pokoju, natrafiłam na coś twardego. I to coś głośno zamiauczało.
     — Nie masz u siebie kota, kłamczucho — sarknęłam, zatrzymując się w miejscu. Jeśli go tam nie było, to po co miałam tam iść?
     — Ale miałam. Skoro już wstałaś, to chodź. Nie pożałujesz, obiecuję.
     — Żałuję każdej spędzonej z tobą minuty — odpowiedziałam śmiertelnie poważnie. Tak, jakbym mówiła to na serio. Irma często mówiła, że musi być wyjątkowo cierpliwa, bo zawsze akceptuje moje nieśmieszne żarty, które w gruncie rzeczy mogłyby nie być żartami. Wychodzi na to, że mój ton głosu rzeczywiście był bardzo monotonny.
     Nie otrzymałam odpowiedzi, więc (znów) westchnęłam i tym razem całkiem bezpiecznie dotarłam do pokoju. Scrollowała coś. Na laptopie. Usiadłam obok i zajrzałam jej przez ramię.
     — Nie ma tak — krzyknęła, momentalnie zgaszając ekran. — Co lubisz robić zaraz po rysowaniu?
     — Gotować — odparłam lakonicznie, nawet na nią nie patrząc, tylko drapiąc za uszami Orchideę, która właśnie do nas dołączyła.
     — No a co gotować?
     — Coś, co nie wymaga ode mnie wydawania połowy swoich oszczędności.
     — Jaką lubisz kuchnię? Oprócz orientalnej?
     — Lubię cukiernictwo.
     — Znalazłam ci super festiwal, na którym pogadasz sobie z takimi świrusami jak ty — powiedziała cichutko, dotykając mojej dłoni. Chyba udawała, że się o mnie troszczy.
     — Nie pójdę tam — pokręciłam głową. Uśmiechnęłam się blado. — Poza tym nie bardzo mam czas.
     — Kruczku, proszę. Może poznasz jakiegoś przystojnego szefa kuchni. Albo piekarza. Albo cukiernika. — Irma zaśmiała się tak głośno, że przestraszona Orchidea wybiegła w podskokach z pomieszczenia.
     Może nie chciałam poznać przystojnego szefa kuchni, ale po obejrzeniu galerii zdjęć i programu, który miał zostać przeprowadzony na festiwalu, nie mogłam odmówić. Poza tym trwał kilka dni i nie mogłam potwierdzić, że każdego dnia będę zajęta. Przecież nie mogłoby być aż tak źle.

***

     Starannie złożyłam swoją białą koszulę. Na czarne spodnie chłopak od zmywaka wylał mi resztkę zupy pomidorowej. Były już w pralni, przechodziłam w nich resztę zmiany, choć zapasowe były na miejscu. Złota plakietka z moim nazwiskiem odbijała światło starej, żółtej lampy. Zamknęłam swoją szafkę, po czym upewniłam się, że zrobiłam to dobrze. Mogłam spokojnie opuścić restaurację i udać się prosto do domu. Ignorowałam ciągłe brzęczenie mojego telefonu, bo charakterystyczny dźwięk rechotania żaby rozbrzmiewał tylko wtedy, gdy wypisywał do mnie jeden konkretny numer. Należał on do Irmy. Brzmiało to całkiem śmiesznie, zwłaszcza w komunikacji miejskiej. A ja właśnie wsiadałam do autobusu bez wcześniejszego wyciszenia telefonu lub odczytania choć jednej wiadomości.

     — Zajrzy pani do tego telefonu, czy mam to zrobić za panią? — burknął jakiś nastoletni rudzielec siedzący obok mnie. Okulary zsuwały mu się z nosa, gdy grał w jakąś grę na swoim własnym urządzeniu.

     Chrząknęłam nieco nerwowo i sięgnęłam po komórkę. Pięćdziesiąt dwie wiadomości, z czego większość prawdopodobnie była powtórzeniem poprzednich. Mimo to, powoli zaczęłam czytać jedną po drugiej. I wtedy to do mnie dotarło. Miałam jechać na festiwal prosto po pracy, a ona jeszcze mi o tym przypominała! Najwidoczniej naprawdę zależało jej na poznaniu włoskiego ciacha. Bez podskakiwania i z opanowaniem wstałam ze swojego miejsca, aby popatrzeć na tablicę, na której wyświetlały się kolejne przystanki linii. Nie pamiętałam dokładnego adresu, ale mogłam być prawie pewna, że przewinął się gdzieś w SMS-ach od Sivan. Nazwa ulicy była mi kompletnie nieznana, więc spytałam o nią kierowcę na najbliższym postoju. Ten odburknął coś o przesiadce na Penelope Ave i śmierci chomika córki siostry, więc żeby nie zawracać mu głowy, sprawdziłam gdzie to jest i kiedy powinnam wysiąść, aby się tam dostać (bo po co nazywać przystanek tak jak ulicę, na której się znajduje).

     W końcu niezbyt szczęśliwa wygramoliłam się z pojazdu, nieco poluźniając mój szalik. Kwiecień pozwolił cieszyć się mieszkańcom ciepłą, słoneczną pogodą, sprzyjającą wyjściom do parku i rodzinnym piknikom na świeżym powietrzu. Wystarczył jednak jeden podmuch wiatru, aby zaserwować sobie chorobę na następny tydzień. O ile uczniowie mogli chcieć ominąć szkołę, tak ja nie posiadałam wystarczająco dużo płatnego urlopu i nie zamierzałam zbijać bąków, już nie mówiąc o tym, że… lubiłam swoje zajęcia. Bycie kelnerką trochę mniej od bycia grafikiem, ale przecież to też był potrzebny zawód, choć oblegany głównie przez osoby młode, ze średnim wyczuciem czasu. Bardzo dawało mi się to we znaki, bo nie raz pracowałam nie tylko na swojej zmianie – zgarniałam również te po swoich kolegach i koleżankach.

     Wkroczyłam do zatłoczonego centrum handlowego. Nie spodziewałam się niczego innego w piątkowy wieczór, a tym bardziej w TOLI. Festiwal miał trwać przez cały weekend, a ja postanowiłam sobie przychodzenie każdego dnia, o ile rzeczywiście będzie to tak fajne i kolorowe, jak przedstawiali to na ulotkach. Odgarnęłam włosy za ucho i przekroczyłam przez próg ruchomych drzwi. O mało co nie zostałam do nich przyciśnięta, bo do środka wpakowała się jeszcze banda dzieciaków. Westchnęłam cicho, nie siląc się na skomentowanie bluźnierstw, jakie wypadały z ich ust. Nie mogły mieć więcej, niż trzynaście lat, więc wyglądało to dość komicznie. Obok mnie stała zdecydowanie od nich starsza, ale młodsza ode mnie, o ciemnej cerze z kontrastującymi jasnymi włosami nastolatka. Na twarzy miała bezwiedny uśmiech i zdawała się być zamyślona. Już już miałyśmy obie uwolnić się z tej zgrai smarkaczy, gdy coś się zacięło. Zacięło się, ruszyło gwałtownie i znów zacięło. Jedno z dzieci miało w ręku porzeczkowy sok, sprzedawany w budce przed wejściem. Cała jego zawartość wylądowała na koszulce nieznajomej, której przed chwilą się przyglądałam.

     — O mój Boże… — mruknęłam, od razu przechodząc do szukania chusteczek w torebce. A cielaki dodatkowo się cieszyły i chichotały. — Co was tak bawi? Pośmiejmy się razem.

     Choć wciąż na gębach miały szelmowskie półuśmieszki, umilkły. A wszyscy wciąż byliśmy uwięzieni w przejściu.

     — Proszę. — Podałam dziewczynie chusteczkę, kątem oka obserwując sprawcę zdarzenia, który zdawał się być najbardziej zadowolony ze wszystkich. — Jestem pewna, że zaraz się stąd wydostaniemy i przemyjesz bluzkę…

     Przechylałam głowę to w jedną, to w drugą stronę, żeby zobaczyć przez szybę, czy coś się dzieje. Na razie ludzie tylko patrzyli się na nas jak na rybki w akwarium.

<Grahameczko, Pisaneczko, Pierniczku mój???>

+10 PD

5 lut 2019

Od Bridget CD. Althei

     Orchidea była przemiłą kotką. Tylko potrzebowała trochę wyrozumiałości. Głodne kobiety też nie są przyjemne w obyciu! Trzeba je zrozumieć i przygotować im jedzenie (lub kupić, jeśli jest się mężczyzną i ma się wątpliwe zdolności kulinarne). Tak samo moje kochanie nie mogło być potraktowane zbyt surowo. W końcu to kicia. Kicie nie robią niczego bez powodu! Może akurat miała zły dzień… Właśnie, mogła być głodna. Odprowadziłam ją wzrokiem do domu i zaraz przerzuciłam go na kobietę. Tak, było aż tak źle, że wypadało to opatrzyć. A bynajmniej nie wyglądało to dobrze i czułabym się bardzo źle, puszczając ją samą do domu. To mój pupil… wyrządził jej krzywdę? Nie, to był po prostu nieszczęśliwy wypadek i na pewno nie zrobił tego z premedytacją.
     — Po prostu chyba lepiej się tym zająć — odpowiedziałam, uśmiechając się blado, a jednocześnie zaciskając usta.
     Ledwo powstrzymałam się od odetchnięcia, gdy się zgodziła. Nie mogłam jeszcze rozgryźć czy na przekór swoim obawom chcę zaprosić ją do domu, czy rzeczywiście czuję się tak, jakbym była jej coś dłużna. Próbując nie analizować wszystkich dostępnych powodów, dla których mogłabym w każdej chwili ją wyprosić, zbliżałam się do swojego domu. Do którego zaraz wpuszczę kogoś prawie zupełnie obcego. No może nie aż tak obcego, skoro widział jak wylewam na siebie zwierzęcy mocz. Wiedziałam, że nie powinnam chować kluczy po kieszeniach. To było bardzo niebezpieczne, ale jednak odruchowo tam sięgnęłam i oczywiście, że i tym razem wyciągnęłam stamtąd cały pęk. Mieszkanie, biuro, mój domek na drzewie w rodzinnej posiadłości. Nie było tam jeszcze niczego, co by otwierało pojazd, ale za to łańcuch od roweru już tak. Usłyszałyśmy zgrzyt dwa razy. Irmy na pewno nie było w domu. Ona nie dość, że przeważnie nie zamykała drzwi, to jeśli już to robiła, to tylko na jeden zgrzyt. Jeden. Może miała cichą nadzieję, że ktoś ją porwie, wywiezie i będzie miała co opowiadać znajomym. Nie wnukom, znajomym. W końcu przekroczyłam próg drzwi. Bezwiednie uśmiechnęłam się do Orchidei, która niemal otarła się o moje nogi, po czym z chęcią wtuliła w swoje własne posłanie. Trzymała się na dystans od intruza, bacznie go obserwując. Prawdziwy kot obronny. Sięgnęłam po apteczkę z jednej z wiszących w przedpokoju szafek.
     — Usiądź… — Rozejrzałam się. — Gdziekolwiek.
     Wyjęłam to, co było potrzebne i resztę odłożyłam na miejsce. Organizacja nie polega na braniu rzeczy, tylko na ich odkładaniu. Jeśli wszystko wróci tam, gdzie było wcześniej, nie zrobi się bałagan. Moja współlokatorka miała trochę inne zdanie na ten temat, ale nie szkodzi. Grunt, że nie musiałam sprzątać w jej pokoju. Zazwyczaj. Mój gość, mój, nie Irmy, usiadł przy kuchennym stole, więc położyłam przed nim to, co miało przydać się do dezynfekcji rany.
     — Dasz sobie radę? — spytałam beznamiętnie, bo w środku czułam się trochę winna. Powinnam jej pomóc, ale kot sam się nie nakarmi.
     Na szczęście skinęła na potwierdzenie głową, więc ja mogłam wyjąć z lodówki opakowanie mokrej karmy i jego zawartość wsypać do białej miseczki z wygrawerowanym imieniem. Nie brzmiało ono “Orchidea”, lecz “Pimpek”, ale to nie szkodzi. I tak nikt nie poświęcał temu dużej uwagi. Raz zdarzyło się, że rudy kolega Irmy o odstających uszach zawołał tak na kotkę. Bezskutecznie, bo nie reagowała nawet na swoje własne imię, więc dlaczego miałaby na jakiekolwiek inne? Po chwili się odwróciłam. Althea stała przy zlewie. Wstrzymałam oddech, widząc, jak rana się pieni. Miałam widok od boku i wcale nie był on przyjemny. Wiedziałam, że Orchidea chodzi gdzie chce i na pazurkach może mieć dosłownie wszystko. Od resztek ofiary polowania, po różowe kłaczki swetra. Widziałam je i zastanawiałam się, gdzie musiała się szwędać. Widziałam również, jak ciemnowłosa poszkodowana uśmiecha się, przyklejając sobie kolorowe plasterki. Wcześniej nie zwróciłam na to uwagi i nawet nie próbowałam szukać jakichś innych. Ale kto nie chciałby mieć ręki w kolorach tęczy?
     — Gdzie schować resztę? — spytała, na co pokręciłam głową.
     — Nie musisz, zostaw wszystko na parapecie. — Mogłam ją tutaj gościć, ale pod warunkiem, że nie zrzuci na podłogę ulubionych perfum Sivan, które stały niebezpiecznie blisko apteczki. Czy pamiętałam gdzie co mam i w której szafce? Taaak. Chyba tak. W końcu dom nie był duży. Aż tak duży. Jak na domy na obrzeżach miasta.
     — Dzięki za pomoc. — Nie było w tym nic udawanego i chyba właśnie dlatego później stało się to, co się stało.
     — Odwdzięczam się tylko. — Prawie się uśmiechnęłam. I to nie po to, aby wyjść na miłą. Musiałam być okropnie promienną osobą. Ale jeszcze bardziej zadziwiające było to, co powiedziałam potem. — Cóż… kawy albo herbaty? — Nie spławiłam jej przy pierwszej lepszej okazji. Może to dobrze, że jednak nie myślałam o tym przed wejściem do domu.
     Wybrała herbatę. Lubiłam pić herbatę. Kawę zresztą też, ale to Irma piła ją częściej. Podczas gdy wertowałam torebki znajdujące się w poszczególnych pudełkach, kobieta spytała o rozpoczęcie projektu tutaj i teraz. Dlaczego miałabym się nie zgodzić? To ja weszłam w paszczę lwa. Dlatego przytaknęłam ruchem głowy.

[puff, mamy koniec świąt]

O ile lato było upalne, nieznośne i byłam gotowa spisać testament na wypadek śmierci spowodowanej przegrzaniem, tak jesień była deszczowa i pozwoliła mi odetchnąć. Sprzyjało to melancholijnym nastrojom oraz dziwnemu smutkowi w moich oczach, lecz wszystko umilały nie tylko znakomite babeczki z piekarni, którą jakiś genialny człowiek postanowił otworzyć dziwnie niedaleko mojego domu, ale również sporadyczne spotkania ze znajomą, która ratowała mnie przed głodówką w letni, mokry z powodu ulewy dzień. Z którą uratowałam kotka i z którą ratowałam przychodnię weterynaryjną. Jeśli ktoś szukał kandydatów do nominacji na ratownika roku, powinien był się do nas zgłosić. W końcu przyszedł grudzień – w sklepowych witrynach można było oglądać wszystko, co było choć trochę powiązane ze świętami Bożego Narodzenia. Czekoladowe mikołaje, cukrowe laski, przecenione zabawki, super oferty na bilety do kina i billboardy zachęcające do pomocy organizacjom charytatywnym. Ja jednak nie spacerowałam ulicami w centrum miasta, tylko śliską, parkową ścieżką. Naokoło leżała średnia warstwa śniegu (wystarczająca, aby się na niej położyć i zrobić aniołka). Przykryła ona również drzewa, na których koronach przesiadywały ptaki – pozostające tutaj nawet zimą. Opatulona szalikiem, z rękawiczkami upchanymi w kieszeń grubej, czarnej kurtki, w miarę ciepłych butach do kostek i z wystającymi spod jasnoróżowej czapki z pomponem włosy, rękami skrzyżowanymi na piersi kurczowo trzymałam swój szkicownik. No i miałam ołówek schowany w jednej z rękawiczek. Westchnęłam cichutko i usiadłam na ławce, z której miałam najlepszy widok do narysowania. Sobotą zapanował chłód, ale nie sprawiał, że moja twarz odmarzała. Chciałam jak najprzyjemniej spędzić czas przed pójściem na swoją zmianę do restauracji. Szefowa nie była w dobrym humorze, więc irytowała jeszcze bardziej niż zazwyczaj. Musiałam nabrać dużo wewnętrznego spokoju, aby przypadkiem nie zdzielić ją garnkiem w głowę. Trochę koloryzuję, ale naprawdę mnie denerwowała. Przez nią omal nie straciłam pracy i to z głupiego powodu. Właściwie to za coś, czego nie zrobiłam. Na pewno każdy zna taką osobę, która przekłada swoje ambicje na innych i to w dość destrukcyjny sposób.
     Mogłabym dalej opowiadać dlaczego pani przełożona nie była przeze mnie lubiana, ale w parku stało się coś o wiele ciekawszego. Na początku usłyszałam tylko kroki i dźwięk psich pazurów na lodzie. Ktoś przyszedł tutaj na spacer. Nic wartego zainteresowania, gdyby nie to, że ten ktoś był Altheą, która zabrała ze sobą Ducha. To dzięki niemu jego właścicielka wiedziała, do kogo udać się z zagubionym kociakiem. Gdy tylko usłyszałam powitanie, szybko zamknęłam zeszyt i ścisnęłam mocniej ołówek. Oby żaden biały pies nie pomyślał, że to kij, którego chcę mu rzucić.
      — Cześć, eee… pani ratownik? — odpowiedziałam, cicho śmiejąc się z samej siebie. No to nie był śmiech, tylko zaśmianie się. Tak lepiej. — Nie mam nic przeciwko temu. Możemy się poznać, kawalerze.
     Gdy zwierzak przytknął nos do mojej dłoni i to do tej, w której miałam moje narzędzie pracy, szybko schowałam je do kieszeni. Niepewnie podrapałam go za uchem, na co zamerdał ogonem.
     — Może być trochę brudny. Ale tylko trochę. Błoto w autobusie — ostrzegła mnie Althea, a ja przyjrzałam się łapom psa. Miała rację.
     Zawsze wydawało mi się, że jego futro przypomina śniegowy puch, ale teraz, gdy mogłam je do siebie porównać – przypominał raczej piankę na kawie. Jego różowy nosek był mokry. To dobrze. Suche nosy zazwyczaj nie są zapowiedzią niczego dobrego. Moje rękawiczki nadal były schowane, więc ręce odrobinę zmarznięte. Mierzwienie sierści z resztkami śniegu wcale nie sprawiło, że się ogrzały. Gwałtownie wstałam, przez co Duch odskoczył trochę do tyłu. Najpierw wystawiłam rękę, później ją cofnęłam, stałam przez chwilę patrząc się w bok, aż w końcu niepewnie objęłam dziewczynę. To jeszcze nie był przytulas, ale chyba zrobiłam krok do przodu. Miałam tylko nadzieję, że moja twarz nie będzie przypominać pomidora, a pocztą nie przyjdzie do mnie powiadomienie o tym, abym postawiła się w sądzie i przyjęła zarzuty naruszania czyjejś przestrzeni osobistej. Chciałam być miła. I przyjazna. Naprawdę.

< Nie całuj się z Bellamim, tylko mnie przytulaj, Altheaaa >

+10 PD

31 gru 2018

Od Bridget CD. Althei

here we go again, wątek nadal toczy się latem

     Nie usłyszałam żadnej odpowiedzi z jej strony. Było już za późno na pogawędkę. Dlatego poczekałam grzecznie, aż pasażerowie wysiądą, abym sama wejść do autobusu. Z początku zastałam tam tłok. Byłam bliska przypuszczenia, że minie zaledwie kilka minut, a ja upadnę na brudną, zasypaną zarazkami podłogę. O ile znajdę szparę pomiędzy tą dwójką dzieci z obrzydliwie lepiącymi się lizakami w łapkach. Mimo wszystko, mocno trzymałam się poręczy i wpatrywałam w miasto widoczne za szybą. Nawet nie do końca oglądałam się za swoją nową znajomą. Nie miała pięciu lat i się nie zgubi, prawda? A nie. Moment. Nie wiedziała na którym przystanku wysiąść. Dlatego obserwowałam ją kątem oka, aby dać znak na wysiadkę. Nigdy nie lubiłam podróży komunikacją o takiej porze – zarówno dnia, jak i roku. Godziny szczytu w lecie. Pot, wywietrzone perfumy i gnijące w cieple owoce. W końcu, w końcu usłyszałam "Evening Alley". Z ulgą zaczerpnęłam świeżego powietrza. Nie miałyśmy stąd dalekiej drogi. Czyli już za moment pozwolę komuś wejść do swojego domu. Poczułam, jak węzeł na moim żołądku co raz to bardziej się zaciska. Tylko przez chwilę poświęciłam uwagę Althei, gdy mówiła coś o własnym samochodzie. Byłam zbyt zajęta przeżywaniem swojego dramatu. Im bliżej byłyśmy, tym bardziej dało się po mnie zobaczyć niepokój. Oczy, które wcale nie utrzymywały kontaktu wzrokowego z moją towarzyszką. Schowałam ręce w kieszenie spodni, bo zaczynały się pocić. Raz nawet cichutko chrząknęłam. Anioł Stróż chyba poznał się na moich obawach, skoro… no właśnie. Zrobił po prostu to.

    Powstrzymywałam się od westchnienia z ulgi. Tak. To było nieoczekiwane, wręcz zaskakujące, ale kojące. Trochę śmiesznie gestykulowała, ale w tym przypadku bardziej skupiłam się na jej słowach. Co prawda oznaczało to, że dostanę jedną statuetkę mniej. Zawsze mogę się o nią upomnieć… później. Kiedyś tam. Przez chwilę nic nie mówiłam, ale zaraz moja twarz lekko się rozpromieniła i nie wyglądała już tak smętnie. Bo naprawdę ktoś mógłby mnie z powodzeniem porównać do pani po sześćdziesiątce, która jest jeszcze całkiem sprawna, ale mimo wszystko okropnie narzeka na życie.

    Nie wiem, jaki powinien być tego efekt, ale Althea postawiła sobie przy swoim imieniu, na liście znajomych w mojej głowie, ogromnego plusa. Nie wywierała na mnie takiej presji, jak to potrafiła Irma. Ona właściwie nie miała żadnych zahamowań. Czasami wydawało mi się, że muszę żyć w jakiejś alternatywnej rzeczywistości, przez którą nie rozumiem priorytetów Sivan. A tak naprawdę jestem sobą i tyle. Nic więcej.

    — Mam taką nadzieję — odpowiedziałam cichutko, choć dziewczyna już się odwróciła i zmierzała w swoją stronę. Ale czy wiedziała jak wrócić?... Nie, nie powinnam się martwić. Z pewnością sobie poradzi.

    Los jak zwykle wybrał za mnie.

    Orchidea. Głupie dziecko. Było właściwie o krok od przerobienia siebie na mięso. KOT-SAMOBÓJCA. Moja mała dziewczynka… Na szczęście ona ją uratowała. Ciężarówka pewnie nawet nie przejęłaby się zwierzakiem, który wylądowałby pod jej kołami. No, pojazd rzeczywiście miał takie prawo, ale kierowcy nie. Pojechali dalej, a mogę się założyć, że wcześniej widzieli kotkę zbliżającą się do jezdni. Delikatnie się skrzywiłam, gdy zobaczyłam swoją kotkę w rękach Althei. I to wcale nie z zazdrości, tylko ze współczucia. Bo gdy już do nich dobiegłam, stało się tak, jak się tego spodziewałam – kotka, delikatnie mówiąc, zostawiła ślady swoich pazurków na jej skórze i pobiegła w stronę domu.

    — Taak… moja — chrząknęłam, mimowolnie przyglądając się zadrapaniom. — Może dobrze będzie to zdezynfekować? Przynajmniej tyle mogę dla ciebie zrobić. Kto wie, gdzie latała przez te ostatnie kilka dni… Lubi zaglądać tu i tam.

    Orchidea nie zażywała kąpieli po każdej ucieczce, bo po pierwsze było ich zbyt dużo, a pod drugie nie dałaby się włożyć do zlewu czy pod prysznic. Wtedy również potrzebna byłaby dezynfekcja, ale skóry mojej lub Irmy.

    A ja tylko spoglądałam ze skruchą na Altheę. Uratowała mi mojego bubusia i na tym ucierpiała.

[Althya?]

26 gru 2018

Od Bridget CD. Althei

Wątek mieści się jeszcze w lecie.

    Chyba nigdy nie posądziłabym się o pomoc pani za ladą baru z alkoholem, z którą znalazłam zapchlonego kotka. A właściwie to o pomoc weterynarzowi, do którego mnie zaprowadziła. W sumie czworonogowi też pomagałam. Oczywiście było to moim obywatelskim obowiązkiem, ale przecież to stało się tak nagle i z dnia na dzień! Zdarzało mi się zapomnieć o wrzątku w czajniku, niezakręconej butelce wody, otwartych drzwiach dla Orchidei i milionach innych rzeczy, ale powodowały bardzo małe katastrofy. Może żeby ładnie porównać do tego ciekawego dnia, to raczej bardzo małe przygody. Absolutnie nie uważam tego za katastrofę. Było to zupełnie coś innego, coś, o czym będę mogła opowiedzieć swoim dzieciom, wnukom… Jak już będę ich miała, oczywiście. O ILE będę miała.
    Niestety na mojej prometejskiej postawie ucierpiały spodnie. W porę złapałam pojemniczek. Westchnęłam cicho. Nauczycielka od W-Fu byłaby duuumna. Zapach prawie, ale to tylko prawie wykrzywiał mi twarz. Mogłam kupić coś nowego lub pojechać do domu. Lub wrócić się do firmy i wyjąć coś z szafki Polly. Szafka Polly miała to do siebie, że nie byłoby rzeczy, której nie dałoby się tam znaleźć. Tam było WSZYSTKO. Od alkoholu po zabawki dla dzieci. O-okej. Mogłam jeszcze ewentualnie to wytrzeć… Dobry pomysł! Pan Welsh chyba czytał mi w myślach, skoro do rąk dostałam papierowy ręcznik. Wręczył mi również swój adres. Ach, Internecie, błogosławiony wynalazku. Nie będę musiała przyjeżdżać tu z każdym projektem.

    Byłam pewna, że kotkowi będzie tam dobrze. Mogła być mu tam ofiarowana czułość, której nie otrzymałby w najlepszym, pięciogwiazdkowym hotelu dla zwierząt! Dlatego spokojnie opuściłyśmy budynek, uprzednio żegnając się z sympatycznym staruszkiem. Nawet odwróciłyśmy się w stronę mało estetycznego szyldu. Tak, to miejsce zdecydowanie potrzebowało pomocy, żeby nie paść w przeciągu kilku miesięcy. Powoli nadciągała jesień, a za nią zima. Takie mrozy są bardzo trudne dla budyneczków podobnych temu. Nadal wycierałam swoje spodnie. Althea mówiła, że da się je odprać. I oby miała rację. Po prostu je lubiłam.
    — Pomóc ci z tym logiem u ciebie czy masz już pomysł? — zagaiła, uśmiechając się.
    — Chyba dam sobie radę, ale… — Wahałam się. — Ale nie mam nic przeciwko temu, żebyś pomogła.
    Statuetka najbardziej otwartego, przyjaznego człowieka ląduje u Bridget Janet Hemmings. Serio Bridg, serio? Później spytała mnie o to, czy daleko mieszkam i że tak w sumie, to nie ma co robić, a pogoda i tak jest kiepska. No racja, niebo nie wyglądało zbyt… promiennie.
    — Jasne. — Czy w tym przypadku powinnam dostać jeszcze statuetkę za naiwność?
    Zaprosiłam właściwie obcą mi osobę do własnego domu. Ponoć dla szczytnego celu, ale nadal szokowała mnie moja pewność siebie.  Tak, to na pewno dlatego, że byłam w amoku. W innym wypadku nie posunęłabym się… do czegoś takiego, prawda?
    — W takim razie… prowadź — rzekła dziewczyna, przerywając niezręczną ciszę.
    — Mogłybyśmy wrócić do punktu wyjścia, to jest pod moją pracę — odpowiedziałam, jednocześnie pokazując w stronę, w którą w takim wypadku powinnyśmy zmierzać. — Ale to chyba nie ma sensu. Lepiej znaleźć jakieś połączenie stąd.
    W odpowiedzi pokiwała głową. Wyciągnęłam telefon i szybko uruchomiłam odpowiednią aplikację. Po chwili wiedziałam już na który przystanek pójść i do autobusu z jaką cyferką wsiąść.
    — Tędy.
    Po kilku minutach sunięcia Avenleyowskimi ulicami, odczytywałyśmy już rozkład jazdy. Nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić, po prostu usiadłam na ławce obok jakiejś pulchnej pani. W powietrzu unosił się zapach świeżego pieczywa z piekarni za nami. Ulica o tej porze była dość ruchliwa i co jakiś czas dało się słyszeć trąbiących kierowców lub pomrukiwania śpieszących się przechodniów. Godziny szczytu NIE były przyjemne dla ucha w żadnym wypadku. Ba, były wręcz męczące, a już tym bardziej w zakotłowanych autobusach, dajmy na to, w środku czerwca. Nie idzie nigdzie nawet palca wcisnąć.
    — Masz bilet? — powiedziałam na tyle głośno, aby Althea była w stanie mnie usłyszeć nawet, jeśli sama nie podeszła do ławeczki. Nie rozejrzałam się i nie było na to czasu, bo właśnie jechała nasza linia.

20 gru 2018

Od Bridget CD. Althei

   Lekko podskoczyłam słysząc głośny protest kociaka. Nie był to z pewnością kontrolowany ruch, ale żałość w jego głosie krajała moje biedne serduszko na małe kawałeczki. Miałam przed oczami dokładnie taką scenę, jaką pokrótce przedstawił doktor. Małe, przerażone stworzonko niedaleko kół wielkiego potwora. Nie wyobrażałam sobie Orchidei w takiej sytuacji z jednego prostego powodu – była na to zbyt stara i zbyt doświadczona. Pokiwałam delikatnie głową. Choć Althea nie była pewna, czy będę chciała przyjść tu jeszcze raz, spokojnie odparłam, że z przyjemnością zobaczę, jak radzi sobie kotek. Jaka byłaby ze mnie opiekunka, gdybym nie obserwowała postępów swojego podopiecznego?
   Poczułam małe ukłucie w sercu. Takie lokalne, przytulne miejscówki miały szereg zalet, ale bardzo często ograniczony rozgłos.
    — Logo kliniki jest niezbyt widoczne i mało chwytliwe. Reklamy też w mieście nie widziałam, a to chyba klucz do sukcesu. Z pana osiągnięciami. ― Zerknęłam na ściankę dyplomów.
   Być może było to zboczenie zawodowe. Nawet na pewno. Irma zadzwoniłaby do wszystkich znajomych, a ja patrzyłam na to pod kątem marketingowym i… no… wizualnym. Jeśli pan Welsh chciał coś z tym zrobić, nie odrzuciłby pomocy, prawda?
   — Jeśli mogę zrobić coś jako ten mały, szary człowiek, to z chęcią.
  Bridget Janet Hemmings właśnie się uśmiechnęła. I to tak szczerze uśmiechnęła, ukazując szereg białych ząbków. Chciałam włożyć w projekt całe swoje serce. Został rozpoczęty, skoro już sobie coś postanowiłam.
   — Właściwie to na co dzień zajmuję się grafiką komputerową, więęęc… — zająknęłam się, poprawiając kaptur swojego płaszcza. — Więc mogę się tym zająć. Może potrzebny będzie mail lub numer telefonu, to niezwłocznie go podam!
Dokładnie zbadałam dłońmi po kolei każdą swoją kieszeń w poszukiwaniu notatnika i długopisu. Nie zajęło mi to długo i zaraz wyrwałam już jedną z kartek i podeszłam do pierwszego zauważonego blatu. Niestety ten pierwszy zauważony blat nie był dobry, bo znajdowało się na nim mnóstwo ampułek. Jedna z nich była najwidoczniej niedokręcona, bo gdy niechcący potrąciłam ją łokciem, cała jej zawartość wylała się na moje spodnie. Pachniała jak mocz.

Althea?

31 paź 2018

Od Bridget CD. Evangeline

    Jeśli kiedykolwiek myśleli państwo, że praca grafika to siedzenie przed komputerem i rysowanie myszką po pikselowej sztaludze – byli państwo w błędzie. W wielkim, ogromnym błędzie! Myślałam, że zejdę na zawał przez tę małą mendę. Jasne, znajdowałam cierpliwość do żółtodziobów prawie takich jak ja, ale do pewnej granicy. Ile razy można pytać o to, z której strony włącza się ‘ten przestarzały tablet’? Na świecie była tylko jedna taka osoba. Rachel Abram. Ona nie była ciekawa, ani dociekliwa – była wścibska i po minucie zapominała, co się do niej powiedziało. Byłam bliska podsunięcia pod nos szefa wypowiedzenia, lub chociaż pisemnej prośby o zmianę ‘czeladnika’. Polly świetnie sobie radziła z takimi osobami do momentu pokazania wyników. Nie była dobrym mentorem, gdyż połowę szkolenia potrafiła przegadać. A to nowy kolor paznokci, a to remont w mieszkaniu. Ciężko było jej się skupić na jednym zadaniu, więc tak ważnym było, abym czasem ją podpatrzyła i w konieczności przywołała do porządku.
    Westchnęłam głośno, gdy mogłam zagłębić się w fotelu, złapać za głowę i usłyszeć dźwięk zamykanych drzwi. Rachel w końcu wyszła.
    — Nie podobało ci się? — zapytał rozbawiony Harry. Droczył się ze mną!
    — A dajże spokój. Mam ochotę ją ukatrupić. Dlaczego tobie dostają się najspokojniejsi i najbardziej uzdolnieni? Zawsze dostanę taką Abram lub Opal! Hit, no po prostu hit! — wyrzuciłam z siebie, gwałtownie wstając z miejsca i dołączając się do nich w kuchni. Po chwili krzyknęłam: — Jak mnie doprowadzi do szczytu możliwości, powiem o tym Ronaldowi, zapewniam!
    — Wilma jest cudowna. Ma śliczne różowe włosy, widzieliście? — Nim Polly zdążyła zupełnie roztkliwić się nad fryzurą swojej podopiecznej, zadzwonił mój telefon.
    — Wybaczcie — szepnęłam, wracając do gabinetu. — Tak, słucham?

Evangeline?
Nie ma co lać wody (grunt, że limit jest), trzeba prowadzić akcję między nami!!! 

7 paź 2018

Od Bridget CD. Althei

    — Jasne. Smutno mi, jak na niego patrzę — rzekła kobieta, spoglądając na kulkę, którą trzymałam w rękach.
    — Ludzie bywają okropni — westchnęłam, jeszcze raz przyglądając się żałosnemu stanowi biedaka. Delikatnie pogładziłam go za uchem. Tego właśnie teraz potrzebował – uczucia.

    Gdy usłyszałam, że moja nowa znajoma również posiada pupila, podniosłam wzrok z kotka. Jeśli istnieją tematy, które mogę omawiać godzinami z przypadkowymi ludźmi, to jednym z nich są zwierzaki. A one same w sobie są już dobrymi rozmówcami, lepszymi słuchaczami niż niejeden człowiek. Co prawda ja za spowiednika miałam Irmę, ale jej czasem… po prostu nie było. Wtedy zdawałam się na Orchideę – choć jej zainteresowanie zazwyczaj spadało do minimum i ograniczało się do kpiących spojrzeń w moją stronę, wolałam przyjmować niezadowolone miny kota, niż pustkę i uczucie ciężkości. Przyzwyczaiłam się do jej charakteru. Była moja. To wystarczało.
    Jakby na zawołanie padło pytanie o Marudę. Opowiadając o niej, zwykle bym się uśmiechała, ale tym razem byłam zbyt przejęta zapchlonym maluchem. Mogłam już sobie wyobrazić, jakie syknięcia usłyszę, gdy moja podopieczna mnie powącha. Choć na co dzień tego nie okazuje, nie lubi, gdy poświęcam uwagę innym pupilom. Nawet nie zauważyłam, jak niebo znów zasnuwa się ciemnymi chmurami.

    — Właściwie z Orchideą jeżdżę do doktora Kennedy’ego, przy Placu Wolności. Kilka przecznic ode mnie — odpowiedziałam niepewnie, jakby obawiając się zdradzania jakże poufnych informacji. Dziewczyna sprawiała wrażenie sympatycznej, co chyba obudziło we mnie ufność. — Jest dość wybredna, jeśli chodzi o weterynarzy.

    Po pochlebnych słowach Althei spodziewałam się tłumów, starszych pań ze swoimi kocurami na kolanach, dziesięciolatek z chomikami w klatkach i wyrywających się ze smyczy beagle’ów. Było wręcz przeciwnie – oprócz nas nikt nie czekał na przyjęcie. Za to promienny uśmiech na twarzy mężczyzny otwierającego drzwi rozwiał wszelkie wątpliwości. Czasem spoglądając w czyjeś oczy możesz przejrzeć go na wylot, wyczuć pokrewieństwo dusz lub po prostu stwierdzić: “to dobry człowiek”. Mimo dobrego wrażenia, nieco sztywno uścisnęłam jego dłoń, którą wysunął jako pierwszy.

    — Miło mi was widzieć, co się dzieje? — zapytał, a zaraz potem ujrzał naszą przybłędę. — Och, cóż to za biedna istota?

    Po krótkim wyjaśnieniu sytuacji wkroczyłam do gabinetu. Nie przepadałam za tymi białymi kolorami, które miały utwierdzać klienta w przekonaniu, że zabieg będzie odbyty w jak najbardziej sterylnych warunkach. Jako mała dziewczynka marzyłam o zajęciu się weterynarią – plan spalił na panewce, byłam zbyt wrażliwa, aby codziennie patrząc na męczące się istotki. Prędzej wykrzyczałabym w twarz ludzkości, jak brutalna jest i zamknęłabym wszystkich, razem ze mną, w Azkabanie. Delikatnie odstawiłam słodziaka na blat, tak, aby nic mu się nie stało.

    — Wszystko będzie z nim w porządku, prawda? — rzuciłam pytanie w przestrzeń, ni to do lekarza, ni to do towarzyszki.

{Althea? Też w to nie wierzę – odpisałam! I know, emocje jak na grzybach!}

27 lip 2018

Od Bridget CD. Althei

    Kobieta z niesmakiem stwierdziła, że jej wybór nie był trafny. Zamiast obiadu znalazła alkohol. Nic nie zastąpi ciepłego posiłku, a już na pewno nie używki! Z ulgą przyjęła propozycję nowej znajomej. Choć nie mieszkała w mieście od kilku dni, a od paru lat, kolejne ulice wciąż stanowiły zagadkę. Owszem, znała okolicę w której mieszkała, jak i trasę, którą wykorzystywała na dotarcie do pracy czy uniwersytetu. Poza tym niewiele kręciła się po centrum. Czasem pojechała gdzieś z Irmą, lecz wtedy wysługiwały się taksówkami. Tylko przyjaciółka znała adres, zdradzając go dopiero podczas rozmowy z kierowcą. Uznała, iż musi to pozostać tajemnicą, częścią radości imprezowania, której miała zaznać Bridget. Pomimo wielu prób wciąż spędzała wieczory przed ekranem, czy to komputera, czy to telefonu. Spławiając spoconych mężczyzn, niekiedy nawet kobiety, przewracała oczami i wracała do internetu. Z takimi sytuacjami kojarzyła sobie chociażby zapach drinków oraz piwa, który unosi się pomiędzy zabawowym towarzystwem. Nie wierzyła, że nie uderzył ją przy samym wejściu.

    Poczuła tylko gorycz, gdy dowiedziała się, iż na rzecz miejsca, gdzie ludzie upijają swoje smutki, została poświęcona zwykła jadłodajnia. Zaciekawił ją fakt, że Althea dokładnie wiedziała, kiedy kończy swoją zmianę. Może patrzyła przed chwilą na zegarek. Z jej oczu wcale nie płynęła sympatia, gdy wodziła po ścianach pomieszczenia. Hemmings czasem robiła dokładnie to samo, lecz w restauracji. Nie była dziurą, lecz z upragnieniem czekała, aż będzie mogła porzucić pracę tam. Grafik komputerowy potrafi dużo zarabiać w dobrym miejscu, w niewielkiej firmie z kryzysem przez ostatnie miesiące wcale nie dostawała pełnych pęczków banknotów. Żadna praca nie hańbi, tak?
    Podobało jej się imię dziewczyny. Różniło się od Kate, Cath, Cassie, Seleny i Skye. Przyjemne dla ucha, zapadające w pamięć przez swoją wyjątkowość. Bardziej spektakularne.

    Uśmiechnęła się, gdy zobaczyła małe stworzenie ocierające się o nogi. Maluch wyglądał doprawdy nędznie. Skołtuniona, brudna sierść nie była od dawna czesana, a kurz, pyłki oraz zanieczyszczenia źle wpływały na oczy drobnego kocięta, które łzawiły i zamykały się jednocześnie. Kąciki ust za chwilę opadły. Mógł się zgubić, ale również jakaś bestia mogła go wyrzucić. Nie wszystkie koty żyjące na ulicy wyglądają jak on. Wyglądał o wiele gorzej. Całą swoją postawą wyrażał zmęczenie oraz tęsknotę za ciepłem. Brunetka kucnęła, przyglądając się z bliska. Nie raz odwiedzała kliniki ze znalezionymi zwierzętami. Ten garnął się do człowieka, w przeciwieństwie do reszty, która korzystała jedynie z resztek obok barów. Dzieciaki straszą, starsze panie machają torebkami, a dorośli zapatrzeni w komórki brną przed siebie, potrącając nogami. Dłoń powoli przysuwała do pyszczka istotki. Istotce to nie przeszkadzało, polizała skórę i wtuliła się w kogoś, kto obdarzył ją zainteresowaniem. Janet spróbowała ostrożnie podnieść dachowca.
    — Trzeba go zabrać do weterynarza, nie sądzisz?
Althea?

6 lip 2018

Od Bridget do Althei

Chwyciła czarny plecak, zakładając go pokracznie na plecy, jednocześnie wciskając na siebie trampki. Niedokładny kucyk mówił wszystko o czasie, który miała rano na przygotowanie. Nie, to jeszcze nie ten etap. Nie wyglądała jak psu wyjęta z gardła, lecz luźna biała koszulka i dżinsy dopełniały wizerunek spóźnionej nastolatki. Jedyną różnicą był brak makijażu. Uznała go za niepotrzebny w takiej sytuacji.
- Wychodzę! – krzyknęła na całe mieszkanie, choć nie było opcji, aby Sivan ją usłyszała. Głęboki sen borsuka oraz zamknięte drzwi zapewniały jej ciszę, jakiej potrzebowała, gdy zaspana współlokatorka niezręcznie się tłukła.
Nie było szans, aby pojechać odpowiednim autobusem. Nie śpieszyła się, gdy wyszła na zewnątrz. Właśnie w tym momencie pojazd przejechał jej pod nosem. Wywróciła oczami i ruszyła na przystanek. Ruchliwe miasto nie powinno odczuć jej zagubienia.

»»»

Kliknięcia myszki, wyschnięte oczy, przygryzanie kolczyków. Brunetka wykonywała swoją pracę z muzyką w uszach. Nie rozmawiała tak jak Polly. Skupiała się jedynie na zadaniu, skrupulatnie spełniając obowiązki. Muzyka dawała natchnienia, a krople ukojenie dla popękanych naczynek. Po urlopie z powodu choroby nie była przyzwyczajona do takiego czasu przed ekranem. Nie wytrzymała - nerwowo spojrzała na zegar ścienny. Pozostała jeszcze godzina do przerwy. Tym razem był to koniec zmiany. Miała jeszcze zwolnienie, lecz mimo to przyszła, więc nie musiała zostać do wieczora. Nieco uspokojona zabrała się znów za przeglądanie zamówień. Te najprostsze zostawiała sobie na robotę w domu. Ktoś poklepał ją po ramieniu. Zdezorientowana zdjęła prędko słuchawki, po czym się odwróciła.
- Zamawiamy coś? Nie chce mi się wychodzić w taką beznadziejną pogodę - zagadała blond koleżanka, wskazując na szybę całą w kroplach deszczu.
- Właściwie to miałam iść do domu - odpowiedziała cicho Bridget, spoglądając na dziewczynę przepraszającym wzrokiem.
- Co nie zmienia faktu, że masz okazję do jedzenia z taką osobistością, jaką jestem ja - roześmiała się.
Hemmings tylko delikatnie się uśmiechnęła, przecząc ruchem głowy. Na twarzy współpracowniczki pojawił się chwilowy zawód, ale zaraz znów przybrała postać radosnej optymistki, jedynie nieznacznie wzruszając ramionami. Wróciła na swoje stanowisko, nie mówiąc już ani słowa.

Uradowana wyszła z biura. Nie wzięła parasolki, do dyspozycji miała dużą bluzę. Szybko zarzuciła kaptur i poczęła biec. Aby nie napotkać swojej znajomej, której na dzień dzisiejszy miała już dość, nie poszła do knajpy naprzeciwko. Wsiadła w pierwszy lepszy autobus. Zajęła miejsce, wyciągając z plecaka telefon. Szybko uświadomiła sobie, iż zostawiła swoje proste, białe słuchawki na biurku. Nie wracała po nie, tylko sprawdziła, gdzie jest najbliższy bar mleczny. Wydostała się z pojazdu na odpowiednim przystanku i wierząc elektronicznemu, złośliwemu urządzeniu kluczyła ulicami. Przemoczona przekroczyła próg tej jednej, jedynej placówki. Cichy dzwonek wyciągnął zza lady ciemnowłosą, młodą dziewczynę. Kąciki jej ust lekko się podniosły, kiedy zobaczyła klienta w tak smętny dzień. Ludzie nie włóczyli się po mieście, a co za tym idzie, jedli odgrzewaną pizzę z supermarketu. Janet usiadła na stołku tuż przed barmanką.
- Dzień dobry - westchnęła, spoglądając prosto w jasne oczy. - Jakieś danie dnia?

< Altheo? >

9 cze 2018

Od Bridget cd. Oliviera

Jestem sierotą życiową i pierwsze opowiadanie Bridget niechcący usunęłam.
- Chyba nie mam wyboru - uśmiechnęłam się, przestępując nerwowo z nogi na nogę.
Lubiłam u mężczyzn zarost. Jego ciemne oczy emanowały subtelną inteligencją, a część włosów kręciła się w loki. Czarne, zadbane BMW nie zmniejszyło moich obaw, ale jego mowa już tak. Donośny głos miał w sobie “to coś”.
- Zapraszam - odpowiedział, gestem głowy zachęcając do wejścia.
Złożyłam parasolkę i już miałam skocznym krokiem otworzyć tylne drzwi, gdy znów usłyszałam Oliviera:
- Jeśli tego nie dodałem, to na miejsce obok. Z tyłu mam graty.
Bez słowa ominęłam czterokołowy wynalazek, rozejrzałam się – lewo, prawo, lewo. Jestem zbyt młoda, by umierać, right? Osiedlowe ulice nie są ruchliwe, ale przyzwyczajenie robi swoje. W końcu zajęłam miejsce, co prawda lekko przemoczona, ale z szansą na przybycie do pracy o stosownej godzinie.
- Dziękuję – wydukałam po dobrych kilku minutach jazdy.
- W porządku. Skoro ja przedstawiłem się tobie, to ty przedstawisz się mi? – spytał niepewnie, jakby z napięciem wyczekując mojej reakcji.
- Och, przepraszam. Bridget, mam dwadzieścia pięć lat, a w Avenley River mieszkam od sześciu lat. Tu też studiowałam, po prostu zostałam. Pochodzę ze wsi.
Mruknął coś pod nosem, gdy jeden z kierowców przejechał na czerwonym świetle. Nie zamierzałam się powtarzać, ani nie oczekiwałam od niego odpowiedzi. Odwróciłam się tylko i wędrowałam wzrokiem po obrazie za oknem. Poszczególni ludzie biegnący w pośpiechu mnie nie interesowali. Ważniejszy był ogół, dźwięki, wzajemne popychanie się, zagubione dzieci, przemykające pomiędzy nogami zwierzaki. Mogłam sobie tylko wyobrazić, jak skończą, gdy przyjedzie hycel.
- Zdążyłem się domyśleć, w którą stronę jedziesz zapamiętując numer autobusu, lecz wciąż potrzebuję adresu.
- Madison Ave, na rogu.
Kilka słów przerwało ciszę, a później? Później znów coś zakneblowało mi usta i wcisnęło mnie głębiej w fotel. Przed oczami stawały mi kolejne niezręczne rozmowy, zarówno sprzed dwóch, jak i dziesięciu lat. Przypominało o tym, jak bardzo nie nadawałam się do rozmów. Moja frustracja narastała z każdą chwilą. Byłam dla niego nieznajoma, obojętna, ratuje mi tyłek przed spóźnieniem, a ja zachowuję się tak, jakby w ogóle go tu nie było.
- Dziękuję – powiedziałam z trudem.
- Już to mówiłaś. Nie ma sprawy. – „Widzisz? Poruszając ustami nie powinien się wydobywać z nich żaden dźwięk, zdajesz w ogóle sobie sprawę, że cały czas się ośmieszasz?”.
Chwyciłam swój czarny plecak oraz zaczęłam go przeszukiwać. Z triumfalną miną wyjęłam długopis oraz chusteczkę. Na kolanie napisałam kilka cyfr.
- Nie jestem dobra w dotrzymywaniu towarzystwa, ale w razie czego masz mój numer. Pewnie spotkam się w schronisku z twoją siostrą – rzekłam, rozpoznając okolicę. Dzieliło nas jeszcze tylko kilka minut od wieżowca. Spojrzał na mnie pytająco. – Zaglądam do wolontariatu.
Pokiwał głową i znów skupił się na drodze. Kąciki moich ust delikatnie się uniosły. Chwyciłam ten zwitek trzech warstw cienkiego papieru w dłoń, zacisnęłam ją. Wychodząc z samochodu, rzuciłam ją na siedzenie.
- Cześć, jeszcze raz dziękuję – dygnęłam, po czym powolnie truchtając zaraz znalazłam się za drzwiami budynku.
Zegarek w holu wskazywał kilka minut przed ósmą. Rychło w czas. Po przeczekaniu parunastu sekund, przeglądałam się w lustrze windy. Ręką delikatnie poprawiłam kosmyk włosów wypadających z koka. Wyprostowałam białą koszulę, włożyłam w dżinsy. W końcu osiągnęłam piętro trzynaste. Długi korytarz z sześcioma drzwiami po każdej stronie. Trzymałam się lewej. Minęłam pomieszczenie gospodarcze i przekroczyłam próg następnego. Powitał mnie szeroki uśmiech Polly.
- Widziałam cię przez okno – wyszeptała powoli, prowadząc mnie przez pokój. Usiadłam na krześle. – Co to za samochód?
- Zobaczył, jak nie zmieściłam się w autobusie i mnie podwiózł.
- Kto?
- Nie wiem. Ma na imię Olivier, przeprowadził się tu z Meksyku.
- Podsumowując zgodziłaś się na propozycję obcego chłoptasia?
- Tak jakby.
- To do ciebie niepodobne.
- Nie chciałam się spóźnić – wzruszyłam ramionami. Odwróciłam wzrok, ostrożnie włączając komputer.
Blondynka jeszcze przez chwilę mi się przyglądała, aż zajęła miejsce koło mnie.
- Witam panią – do pokoju wszedł Harry, trzymając dwa kubki kawy. – Wróciłem tylko z zaplecza, a chyba mam jeszcze jedną klientkę do obsłużenia. Jestem miły i mogę odstąpić ci swoją.
- Nie mam nastroju na kofeinę, pij – odparłam, dalej przeglądając skrzynkę mailową.
Harry Cook to niewinny, niski brunet o zielonych oczach. Homoseksualista z rękawem tatuaży na prawej ręce, uwielbiał rysować tak jak każdy z nas. Grendel - studio składające się z kilkunastu osób, wliczając w to menadżera Ronalda. Tworzyliśmy zgraną ekipę. Oprócz tej trójki – Polly Cooper, mnie i Cooka – nikt inny nie znajdował się w biurze.
Z czasem przyszły dwie spóźnione panny, Sarah i Joline. Później słyszałam jeszcze krzątającą się po gabinecie Adelaide, sekretarkę Rona. Lepiej opisać to jako pomoc w ‘menadżerowaniu’ i zarządzaniu firmą. Ten bożek w końcu zstąpił na Ziemię, dokładnie tłumacząc nam, co dzisiaj należy do naszych obowiązków. Całe osiem godzin spędzone na kreśleniu ilustracji do książki dla dzieci. Oprócz przerwy na lunch.
Koło godziny czternastej wyszłam z Polls do Edany. Mieściła się naprzeciwko bloczyska Grendelsów. Zajadałyśmy się sałatką, plotkując. Znałyśmy się dopiero dwa miesiące – jedyny powód, dla którego nie nazwałam jej jeszcze przyjaciółką. Patrzyła na świat zupełnie inaczej niż Irma, która swoją drogą nie wiedziała nic o relacji łączącej mnie z współpracowniczką. Cooper była spokojna i uczuciowa. Takiej osoby mi brakowało. Sivan bardzo często machała na wszystko ręką, wybuchając śmiechem. Mimo to, rozumiała mnie jak nikt inny. A wtedy miałam wrażenie, że Polly powoli wkracza do mojego życia coraz poważniej. Zależało mi na niej, chciałam się z nią lepiej poznać. Taka sympatyczna, niewinna istotka.
- Harry ostatnio cały czas mówi o Christianie. Bóg wie, kto to! – Uwaga, uwaga. Ten pan to jej brat. Adoptowany. Matka zielonookiego została potrącona przez samochód, gdy czterolatek harcował w przedszkolu. Opowiadał o tym całej drużynie, nie mieliśmy przed sobą tajemnic. Zazwyczaj.
Paplała jak nakręcona. Dzięki temu mogłam milczeć i żywić nadzieję, że nie wrócimy do tematu „Pana-Załatwiającego-Sprawunki-Aka-Podwózki”. Moja miska świeciła pustkami, a dziewczyna ledwo zjadła połowę. Potok słów nosił ze sobą wszystkie ostatnie informacje. Czasem odpowiadałam jej półsłówkami. Właśnie opowiadała o nowej, genialnej komedii, gdy po lokalu rozległ się dźwięk dzwonka. Zwiastowało to nowego klienta. Rutynowo odwróciłam się w tamtą stronę. Zatkało mnie to. Szybko spojrzałam na koleżankę, modląc się w duchu, iż nic nie zauważyła. W knajpie stał właściciel czarnego, zadbanego BMW. U jego boku stała ładna nastolatka. Nie, nie. To jego siostra, o której opowiadał. Zdecydowanie. Selene, widziałam ją przecież raz przed wejściem (przy pewnym charakterystycznym samochodzie), jak i w bazie na stronie schroniska. Miała swoją kartę, którą w wolnym czasie przelotnie obejrzałam. Tam wychwyciłam imię Olivier. Wszystko logicznie się ułożyło.
Biłam się z myślami. Ja mam podejść? On podejdzie? Po prostu się miniemy?
< Olivieeer? Poproszę punkciki, +1000 >

+20PD

28 maj 2018

Bridget Janet Hemmings

Źródło: Pinterest, wizerunek: Adelaide Kane
Motto: No więc jasne, że będziesz popełniał błędy. I będziesz się na nich uczył, żeby ich nie powtarzać. Kiedy narobisz bigosu, nie próbuj udawać, że wszystko w porządku. A przede wszystkim nie próbuj oszukiwać samego siebie i wmawiać sobie, że tak właśnie należało postąpić. Do pomyłki należy się przyznać, zwłaszcza przed samym sobą, a potem uczynić wszystko, by ją naprawić.
Imię: Bridget Janet, zwana również Kruczą Królową i Jej Wysokością.
Nazwisko: Hemmings.
Wiek: 25 lat.
Data urodzenia: 14.02. Jeszcze jeden powód, aby pozostać singlem.
Płeć: Kobieta.
Miejsce zamieszkania: 13 Evening Alley. Skromny, nieduży dom z niedużym ogrodem przy skrzyżowaniu, zamieszkany przez Bridget Janet Hemmings oraz Irmę Sivan. Dwa pokoje (jeden z nich należący do Irmy, drugi do Bridget), kuchniasalon (z wyjątkiem tej rzeźby przy oknie), łazienka i kpina z ogrodu, czyli niewyrównany trawnik, ławka i kocie zabawki.
Dopisek: Wysłużyłam się zdjęciami z pexels. Wystarczy kliknąć na nazwę danego pomieszczenia!
Orientacja: Kocha się osobę, a nie płeć. Bridget się nie określa i nie jest pewna swojej orientacji.
Praca: Kelnerka w Roseland i grafik komputerowy. Oprócz tego udziela się jako wolontariuszka w schronisku.
Charakter: Nie oceniaj książki po okładce. Tego nauczyli ją rodzice. Dlatego nie skreśla nikogo prosto z bridgetu mostu. Patrzy trochę dalej, za te wszystkie powierzchowne cechy i pojedyncze zachowania. Nie jest obojętna na pierwsze wrażenie, ani nie bierze go na poważnie. W przeciwnym razie, nigdy nie zaprzyjaźniłaby się z Sivan. Serio. Podczas gdy ona paplała jak najęta, Bridget zawsze wolała milczeć i za dużo nie mówić. Nie potrzebuje mieć ostatniego słowa. Słucha i nie zabiera głosu. Nie wysuwa się z szeregu i nie zamierza nikomu udowadniać, że nie jest życiową sierotą, która nie umie przeprowadzić rozmowy. Nie chwali się ani nie walczy o bycie na pierwszym planie. Zna swoją wartość, nie da sobie czegoś wmówić – wie swoje. Ma swoje maniery – komplementy grzecznie przyjmuje i dziękuje, zamiast zaprzeczać.
O wiele lepiej wychodzi jej przelewanie uczuć na rysunek, niż w słowa. Byłaby świetnym pocieszycielem, gdyby pocieszała malunkami. Odkąd pamięta, na szkolnej ławce zawsze miała swój czysty zeszyt, w którym kartki zapełniały się jedna pod drugiej na każdej lekcji. Skarb był wielokrotnie zamykany na kluczyk w nauczycielskiej szafce lub rekwirowany przez panie z sekretariatu, a odbierali go dopiero rodzice. Nie umiała się wyzbyć swojej marudnej wyobraźni, która zaczepiała ją nawet w najmniej odpowiednich momentach. Nie jest jednak marzycielką prosto z książki czy z filmu. Albo przynajmniej teraz już nie. Słucha się bardziej rozumu, niż serca. Z bardzo mądrej opowieści pochodzi zdanie, iż tym drugim, to jest sercem, patrzy się najlepiej, ale zabiegana kobieta w dużym mieście czasem o tym zapomina. Oczywiście to bardzo niedobrze, że zapomina, ale trzeba znaleźć dla niej garstkę wyrozumiałości. To ona nosi spodnie we współlokatorskim związku i dba o zapłacone rachunki. No i resztę przyziemnych spraw. Jest perfekcjonistką. Lubi mieć wszystko poukładane, a jeśli pracuje, to już koniecznie musi mieć wokół siebie porządek. Stara się dopiąć wszystko na ostatni guzik, dać z siebie wszystko. W końcu to osoba bardzo obowiązkowa, a zarazem asertywna, która nie da sobie wejść na głowę i weźmie na siebie stosowną ilość zobowiązań. Jeśli wie, że nie wyrobi się na termin, którego wymaga od niej klient, otwarcie o tym mówi i nie owija w bawełnę. W końcu będzie bardziej niezadowolony, gdy nie otrzyma swojego zamówienia na czas! Uważa, że choć prawda często nie jest przyjemna, to jest o stokroć lepsza od kłamstwa i da się ją dobrze przedstawić.
Dba o swoich bliskich i starannie pielęgnuje relacje (nie, żeby miała ich sporo…). Nieodwzajemnione zainteresowanie oraz brak zaangażowania drogich jej sercu ludzi troszkę ją kłuje. Chce dla wszystkich jak najlepiej, nigdy nie życzy komuś źle. Nie ma nieograniczonej cierpliwości, ale wybacza i daje drugie szansy. Wierzy, że żaden człowiek nie ma w sobie “wrodzonego zła”, a właśnie dobro! Tylko czasem o nim zapomina i zakopuje, nawet nieświadomie. Dla niej, jako człowieka, normalnym obowiązkiem jest niesienie pomocy i promyczków słońca, które ogrzeją najchłodniejsze serduszko. Nie narzuca się ze swoimi intencjami, po prostu stara się czynić… dobrze i słusznie. Tak, żeby nie siedzieć w nocy i nie zastanawiać się, a co by to było, gdyby zrobiła coś inaczej. Zdarza jej się wpadać w taki dołek, z którego ciężko się wygrzebać i syczy na wszystko i wszystkich wokół, ale po poważnych monologach wyczarowuje sobie drabinę. Wspina się szczebel po szczebelku i jest super. C-czasami podwinie jej się noga i spadnie jeden szczebel w dół, ale to tylko czasami. Ma specyficzne poczucie humoru i zdarza jej się coś wziąć do siebie, zwłaszcza, gdy nastrój jej niekoniecznie dopisuje.
Hobby:
— Rysunek. Zawsze w pogotowiu ma przy sobie notatnik i coś do pisania. Ołówek, pióro, długopis, cokolwiek.
— Grafika komputerowa, którą zajmuje się już ‘profesjonalnie’.
— Bardzo lubi kuchcikować, szczególnie upodobała sobie cukiernictwo i kuchnię orientalną.
Aparycja|
- wzrost: 170 cm.
- waga: 63 kg. Kiedyś borykała się z nadwagą, ale wyszła z tego etapu.
- opis wyglądu: Jest szczupła, ale nie drobna. Ma swoje kobiece krągłości, ładną szczękę, prosty, aczkolwiek nie taki malutki, zbierający latem piegi nos i kształtne usta. Duże, ciemne oczy, spoglądające na ciebie neutralnym spojrzeniem (do czasu). Fajnie się błyszczą. Brunetka ma gęste włosy trochę za ramiona i lubi ich naturalny kolor. Czasem związuje je w mało skomplikowanego, "domowego" koka, który niestety nie wygląda jak ten żywcem wyjęty z Avengramu. Na pewno nie spaceruje jak księżniczka, ale robi to całkiem zgrabnie. Woli płaskie obcasy, chociaż zdarza jej się na różne okazje wejść w szpilki. Tak samo nie przepada za sukienkami, a mimo wszystko ma ze dwie w swojej szafie. Zazwyczaj chodzi w dżinsach, jakichś czarnych spodniach, swetrach, grubych bluzach, t-shirtach i sportowych butach. W chłodniejsze dni przyodziewa się w dopasowany do jej figury beżowy płaszcz i biały, bawełniany szalik robiony… na drutach przez babcię.
W jej kosmetyczce górują matowe szminki. Lubi podkreślać rzęsy. Brwi z natury teoretycznie są już wyraźne, ale zdarza jej się je machnąć. Poza tym makijaż Bridget niewiele różni się od takiego, który wykonuje większość kobiet. No chyba, że się śpieszy. Wtedy ogranicza się do najpotrzebniejszych kosmetyków i poprawek.
- pozostałe informacje: Nosi po jednym kolczyku w obu uszach. Takie zwykłe, małe, białe kryształki.
- głos: Katy Perry
Historia: Bridget urodziła się na wsi. Avenley River jest największym miastem w pobliżu Hallis. Dziewczyna jest przyzwyczajona do śpiewu ptaków o poranku, rżenia koni i poszczekiwania kundli. Chętnie wraca do rodzinnych stron. Tam też poznała swoją współlokatorkę i najlepszą przyjaciółkę – Irmę Sivan, która po śmierci ojca przeprowadziła się z mamą do babci, mieszkającą tylko jedną posiadłość dalej od Hemmingsów. Z powodu podobnego wieku, Irma i Bridget zbliżyły się do siebie. Wraz z upływem lat, udały się również na ten sam uniwersytet. Jedna poszła na dietetykę, druga na grafikę komputerową. Odpowiadało im duże miasto, które ma w sobie klimat i malownicze okolice naokoło, więc w nim zostały.
Rodzina: W Hallis zostawiła rodziców, Marię i Daniela, bardzo poczciwych ludzi, ale również młodszą o 8 lat siostrę, Willow Elizabeth. Niegdyś był tam również Harold, strażnik domostwa, potężny bernardyn, ale wywędrował za tęczę ze starości. Dziadkowie od strony mamy znajdują się w jakichś zimnych krajach, a od strony ojca zginęli parę lat temu w wypadku samochodowym.
Partner: Brak.
Potomstwo: Brak. Chyba, że kot się liczy… 
Ciekawostki:
— Lubi organizować sobie dzień na zasadzie listy zadań.
— Jej ulubionymi gatunkami muzycznymi są klimaty indie i alternatywy. Zdarza jej się puścić muzykę klasyczną, zwłaszcza do czytania.
— Uwielbia zapach lawendy i kwiaty orchidei.
— Jej ulubiony smak herbaty to wiśniowy, lub jakiś z owocami leśnymi. Malinami na przykład!
— Jeśli chce się ją udobruchać, najlepiej ją przytulić. Nie mówi tego głośno ani nie pokazuje, ale bardzo lubi się przytulać. Może dlatego ma dużego misia w pokoju, którego dostała pod choinkę już lata temu.
— Nie potrafi spać dłużej, niż do dziesiątej.
— Jej ulubioną porą roku jest jesień.
— Kiedyś bardzo interesowała się motylami i pamięta jeszcze kilka nazw.
— Nauczyła się pływać dopiero na studiach.
— Nie potrafi zasnąć bez skarpetek. Latem również.
— Nie lubi grzać się w słońcu na wakacjach, woli zwiedzać.
Inne zdjęcia: x | x | xx
Zwierzęta: Orchidea, czyli kotka o fiołkowych oczach, jest bardzo… nieprzewidywalną istotką. Zazwyczaj ignoruje gości, ale jak ktoś naruszy jej prywatność, wyciąga pazurki. I to tak dosłownie. Pozwala się brać na rączki jedynie mamusiom. Uwielbia patrzeć na cały pokój, ba, na wszystko z góry. Często ucieka z domu na kilka dni, ale później wraca do pełnej miseczki i ciepłego posłania.
Pojazd: Ma swój biały rower, ale poza tym jest skazana na komunikację miejską. I swoje własne nogi, oczywiście.
PD: 150
Kontakt: Morvan, yursille@gmail.com