Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aaron. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aaron. Pokaż wszystkie posty

31 mar 2020

Czystka

postacie, które napisały ostatnie opowiadanie w dniach 15.02-31.03 zostają na blogu,
postacie, które napisały ostatnie opowiadanie w dniach 14.01-14.02 dostają upomnienie,
postacie, które nie wykazały żadnej aktywności do 13.11, zostają wydalone

ANDREA
ANGELINE
BETTY
BRIANNE
BROOKE
CANDICE
CHARLIE
DEARDEN
HANBIT
HERMIONE
IRIS
IZZY
KATFRIN
KEYA
LOUISE
LUCILLE
MALLORY
MICHAELA
NOELIA
PRUDENCE
TAYLOR
VERONICA
AARON
ARCHIBALD
ASHTON
BELLAMI
CAIN
CAMERON
CARNEY
CONRAD
DYMITR
IVAN
JAYDEN
JONATHAN
JULIEN
KAI
LIAM
MICHAEL
MILO
NOAH
OLI
SIHEON
TRACE

Podsumowując dzisiejszą czystkę — żegnamy szóstkę postaci, w tym jedną odchodzącą z decyzji autora (zaznaczona kolorem zielonym Keya). Upomnienia zyskało pięć postaci.


administracja

30 lis 2019

Od Aarona - Przemyślenia

Cholera, jestem pod wrażeniem. Moje kontakty z bratem nie były tak dobre od ponad dwudziestu lat. Tylko że w naszym przypadku „dobre kontakty” to kilkuminutowa rozmowa przez telefon, raz na dwa miesiące, ale to i tak dużo! Nawet nie wiecie, jak ciężko jest powrócić do normalnej relacji po tylu latach skłócenia. Czasami, gdy wracam z pracy i rozsiadam się w swoim ukochanym fotelu, zerkając na palący się w kominku ogień, oddaję się rozmyślaniu. Jak potoczyłoby się moje życie, gdyby to Noah odziedziczył firmę, a ja musiałbym zamieszkać w obskurnej szeregówce?

25 lip 2019

Od Aarona

Poprawić krawat, iść do pracy, wrócić do domu, spać.
Poprawić krawat, iść do pracy, wrócić do domu, pracować w nocy.
Poprawić krawat, biec do pracy, wrócić późno do domu.
Poprawić krawat, iść do psychologa, wrócić do domu, spać.
Co to jest? Otóż moi drodzy, to grafik. Nieszczęsny grafik, który towarzyszy mi już od kilku dobrych miesięcy. Tak, uwielbiam pracować. I to wcale nie jest sarkazm! Wierzcie lub nie, ale stałem się pracoholikiem. Dokładnie takim jak mój ojciec. Zabawne. Zawsze myślałem, że jeszcze nie przekroczyłem granicy, że potrafię oddzielić życie prywatne od zawodowego i nie zdawałem sobie sprawy, do jakiego stanu się doprowadziłem.
*
Moją twarz zdobił kilkudniowy, nieokiełznany zarost. Fryzura, niegdyś idealnie przygładzona, teraz żyje własnym życiem. Oczy utraciły nieco przeszywającego błękitu, a twarz nabrała bladości i ostrych, zawziętych rys. Otworzyłem lodówkę, mruknąłem nerwowo, po czym wyciągnąłem z niej kilka składników i skleciłem coś zdatnego do jedzenia. Ci, którzy dobrze mnie znają, powinni zapytać się: Aaron, ty nie w pracy? Oj nie moi drodzy, nie tym razem.
Marszczę brwi i zerkam nerwowo na leżący na biurku dokument, po czym chowam go do jednej z szufladek, aby zniknął mi z oczu. Ten niewart niczego świstek to potwierdzenie, iż znajduję się na przymusowym urlopie. Nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego, jak moja rodzina zaborczo naciskała, abym wreszcie odpoczął. Najpierw ojciec próbował rozmawiać ze mną na osobności, później przechodziłem to samo z matką, a na końcu, jakby tego było mało – zorganizowali rodzinną pogawędkę, w której obrzucali mnie żałosnymi argumentami dotyczącymi mojego zdrowia fizycznego oraz psychicznego. Odnosiłem wrażenie, iż cała rodzina chciałaby, abym wziął urlop. Oprócz Noah. On chyba chciałby, żebym zdechł z przepracowania. Już wyobrażam sobie jego ironiczny uśmieszek, kiedy stoi nad moim nagrobkiem.
Pokrzątałem się trochę po domu, bo cóż innego miałem zrobić? Poprawić wyimaginowany krawat? Ubrałem się w pierwszą lepszą koszulkę polo i spodenki, po czym ruszyłem w stronę miasta, aby odpocząć od przytłaczających ścian mojego apartamentu. Spacerując po okolicy, rozmyślałem o tym, jak wiele się zmieniło. Szczerze powiedziawszy, jeszcze nigdy nie było tak źle ze mną, ale i z moimi bliskimi. Ojciec wyraźnie przejął się moim schorzeniem i próbuje organizować nam jakieś wspólne wypady, czy to na miasto, czy na ryby. Matka tym bardziej, Noah unika mnie jak ognia, a moja mała brandy odeszła, a na jej miejscu pojawiły się leki uspokajające i nasenne, a to wszystko przez to, iż chciałem jak najlepiej dla swojej firmy.
Słońce prażyło niemiłosiernie, a gdy w dalszym ciągu maszerowałem przez zieloną okolicę miasta, coś na ziemi błysnęło tak mocno, iż nie dało się tego ominąć. Zmarszczyłem z zaciekawieniem brwi, nachyliłem się i podniosłem cienką, złotą, [najprawdopodobniej – jestem facetem, proszę mi wybaczyć pomyłki w tej kwestii] bransoletkę.
— I co ja mam z tobą zrobić, co? — mruknąłem ponuro, obracając przedmiot w dłoni.
Tak, kochani. Jeżeli nie możesz rozmawiać z ludźmi, to próbujesz nawiązać kontakt z biżuterią.
— No cóż, wyglądasz mi na coś drogocennego, więc muszę oddać cię właścicielce.
Powolnym ruchem stuknąłem się kilka razy po tylnej kieszeni spodni znajdującej się na pośladku, czerwieniąc się przed spojrzeniem pewnej kobiety, która patrzyła na to z lekkim zdezorientowaniem. Moje poszukiwania nie trwały długo, gdyż po chwili zdałem sobie sprawę, iż telefon zostawiłem w domu. Wydałem z siebie ciche westchnienie, po czym mozolnym krokiem ruszyłem w kierunku apartamentu. Gdy tam dotarłem, zrobiłem zdjęcie przedmiotu i wstawiłem post na jednej ze stron na Rivenley, która zajmowała się taką tematyką. Cóż, moje oczekiwania nie trwały długo, gdyż po chwili otrzymałem wiadomość od nieznajomej kobiety, która upomniała się o zaginioną bransoletkę. 

Ktoś?

6 kwi 2019

Od Aarona CD. Catniss

Jako, iż wkrótce otwieram nowy dział w firmie, muszę zatrudnić kilku nowych pracowników, ale i zwolnić tych, których rezultaty pracy nie są dla mnie zadowalające. Można określić ten dzień, jako swoistą „czystkę”.
Właśnie kroczę długim, wąskim korytarzem, niczym drapieżnik wśród ofiar. Mijam kolejno pracowników, którzy wyglądają na bardzo zestresowanych, jednak silą się na uprzejme uśmiechy i proponują pomoc przy sprawach papierkowych. Ach, ależ nienawidzę takiej dwulicowości. Stawiam kolejne, pewne siebie kroki i surowym spojrzeniem mierzę kolejkę ludzi stojących przed drzwiami mego gabinetu, którzy zerkają na mnie niepewnie, trzymając w dłoniach teczki z CV.
Wyciągam z kiszeni marynarki klucz, wsadzam go do zamka i otwieram drzwi, po czym rozsiadam się wygodnie na obrotowym krześle, stukając palcami o mahoniowe biurko.
Do środka wchodzi pierwsza zainteresowana. Jest bardzo spięta i zaczyna się jąkać. Moi drodzy, oto co Aaron Brown robi z ludźmi.
— Dzień dobry. — unika ze mną kontaktu wzrokowego. Po kilku sekundach jestem w stanie śmiało stwierdzić, że ta osoba sobie tutaj nie poradzi. Potrzeba mi silnych psychicznie ludzi, którzy ociekają pewnością siebie, nawet podczas rozmowy z szefem. Jednak dajmy jej ostatnią szansę, może się wybroni.
— Do widzenia. — odparłem obojętnie, marszcząc delikatnie brwi.
Dziewczyna poczerwieniała, po czym wyszła bez słowa. Nawet się nie broniła, oblała mój test.
*
Julie właśnie kładzie na moim biurku mocną, czarną kawę, a do mojego gabinetu wchodzi kolejna kandydatka.
— Dzień dobry.
— Dobry. — odpowiadam surowo, po czym otwieram laptopa, rozpoczynając tym samym drugą próbę swojego przyszłego pracownika.
— Oto CV. — podsuwa dokument pod moją dłoń, jednak ja kontynuuję grę w pasjansa na swoim urządzeniu.
— Super, super. Proszę opowiedzieć mi o swoim doświadczeniu.
— Pracowałam w drobnej firmie swego ojca jako sekretarka, później firma podupadła, ale byłam zatrudniona na staż w kilku innych podobnych placówkach.
Nie odpowiedziałem, jednak z wielkim zaangażowaniem przekładałem kolejne karty, popijając powoli kawę. Jestem bezczelny - wiem, nie trzeba mi tego mówić, jednak dzięki temu jestem w stanie dobrze selekcjonować pracowników.
— Proszę Pana?
— Tak?
— Czy Pan mnie wysłuchał?
Kiwnąłem obojętnie głową i w dalszym ciągu kontynuowałem grę.

9 lut 2019

Od Aarona CD. Kehlani

Czas, czas, czas. 
Pośpiech, poranne nieuporządkowanie i walka z bezlitośnie upływającymi minutami. 
Poprawiłem krawat, założyłem zegarek, przygładziłem kruczoczarne włosy i wsiadłem do samochodu, wiedząc, że utknę w niekończącym się korku. 
Czym prędzej rzuciłem na sąsiedni fotel skórzaną, nieodłączną teczkę z wygrawerowanym „A.Brown”, a następnie odpaliłem silnik i ruszyłem w kierunku centrum miasta, a dokładniej – wielkiego, oszklonego drapacza chmur, który kryje w sobie siedzibę mojej firmy. 
Nerwowo wymijałem kolejne samochody i odruchowo poklepałem się po kieszeni od spodni garniturowych. 
— Cholera, zostawiłem paczkę papierosów. — burknąłem ponuro, a gdy zobaczyłem za rogiem jakiś drobny sklepik, skręciłem raptownie w jego stronę, a po chwili zaparkowałem auto i wszedłem do środka. 
Momentalnie poprawiłem marynarkę i zdałem sobie sprawę, że za ladą nikogo nie ma. Już miałem zapytać, czy ktoś w ogóle jest w środku, kiedy do moich uszu dotarł dźwięk tłuczonego szkła, a obok moich nóg pociekła strużka bordowego płynu, który najprawdopodobniej był winem. 
Czym prędzej położyłem teczkę na podłodze i ruszyłem w kierunku źródła hałasu, gdzie ujrzałem zarumienioną ze wstydu dziewczynę, która w popłochu zbierała ostre odłamki. 
Bez chwili zwłoki nachyliłem się i pomogłem nieznajomej, która była wyraźnie rozwścieczona. Dopiero gdy skończyliśmy, nasze spojrzenia przez moment się napotkały. 
— Dziękuję. — wymamrotała cicho, ciągle czerwieniąc się ze złości. 
Nie dziwię jej się. 
— Nie ma sprawy. 
Ruszyliśmy razem w kierunku zaplecza, aby wyrzucić kawałki szkła. Brunetka tymczasem chwyciła pierwszy lepszy mop, oparła go o ścianę i ruszyła za ladę. 
Podszedłem do niej i poprosiłem o jedną paczkę papierosów, a następnie zapłaciłem, odruchowo przygładziłem włosy i w pośpiechu wyszedłem, wiedząc, że będę spóźniony. 
Ponownie odpaliłem silnik, a po dwudziestu minutach dotarłem do celu. 
        Właśnie jechałem oszkloną windą na najwyższe piętro wieżowca, oglądając panoramę miasta. Gdy znalazłem się już na przestronnym holu, pognałem w kierunku korytarza, a raczej drzwi, które mieściły się na jego końcu. Prędko sięgnąłem do kieszeni spodni i wyjąłem kluczyk, po chwili otwierając swój gabinet. 
Klasycznie, odwiesiłem płaszcz na wieszak, poprawiłem metalową plakietę z napisem „Aaron Brown”, która leżała na biurku i rozsiadłem się na obrotowym, skórzanym krześle. Już włączyłem laptopa i miałem sięgać po stos dokumentów będących w teczce, kiedy zdałem sobie sprawę, że nigdzie jej nie ma. 
— Cholera. — rozejrzałem się gorączkowo po gabinecie, a po kilkunastu minutach poszukiwań postanowiłem się poddać. 
Może została w samochodzie? A co, jeśli wpadła w niepowołane ręce? 
Ze wściekłością uderzyłem pięścią w błyszczące, mahoniowe biurko. 
Witajcie w mojej rzeczywistości. 

Kehlani?
Przepraszam, że odpis zajął tak dużo czasu.

Od Aarona CD. Odette

            To dziewczyna inna niż wszystkie. Można rzec, że wypełnia ją dziecięca beztroska i radość, a chęć pomocy, którą mi okazuje, sprawia, że mam prawdziwą motywację do zmiany. 
Właśnie przewiązałem sobie wokół pasa ultra-atrakcyjny fartuszek, po czym stanąłem przed lustrem i wybuchnąłem salwą niekontrolowanego śmiechu, a raczej ryku. 
— Wyglądasz świetnie. — powiedziała, z trudem utrzymując powagę. 
— Oto drugie oblicze markotnego prezesa firmy. — jeszcze kilkukrotnie wydałem z siebie radosne parsknięcie, po czym nieco się opanowałem i umyłem dłonie. 
— Jestem gotowy. Co mam robić? — mój błękitny wzrok zatrzymał się na blondynce, a usta mimowolnie wygięły się w łuk. 
— Przygotujemy danie bardzo wysokich lotów, a mianowicie… Kanapki! 
Zmarszczyłem brwi i spojrzałem na kobietę z niedowierzaniem. 
— Że co? 
— Kanapki. 
— Nie. 
— Tak. 
— Robisz sobie ze mnie żarty? 
— Nie. 
Patrzyliśmy na siebie z dziwnym zmieszaniem, a po chwili zaczęliśmy głośno rechotać. 
— Musisz spróbować czasami czegoś innego niż kraby, czy małże. 
— No dobrze, niech ci będzie. 
— Ja pokroję chleb, a ty zajmij się przygotowaniem składników. 
— Już się robi, szefowo. — puściłem do niej oczko, po czym wygrzebałem z lodówki pomidory, ser, ogórki i sałatę. 
Dziewczyna wyjęła talerze i rozłożyła je na blacie, po czym poukładała na nich kromki suchego chleba i posmarowała je masłem. Ja tymczasem myłem warzywa i lekko je otrzepywałem, a następnie rozłożyłem deskę do krojenia i chwyciłem w dłoń dosyć ostry nóż. 
— Masz tu jakieś przyprawy? 
— Poczekaj, poszukam czegoś, a ty zajmij się obieraniem ogórka. — zachichotałem cicho, po czym uchyliłem drzwiczki szafki, szukając jakichś wykwintnych przypraw. Ostatecznie jednak, skończyło się klasycznie – na soli i pieprzu. — Mam. Zostawiam je tu na blacie. — spojrzałem na Odette, po czym wydałem z siebie wesoły okrzyk. — Nie! 
— Co się stało? — odskoczyła ze strachem, przyglądając mi się z przerażeniem. 
— Obierasz go od złej strony. — po raz kolejny nie wytrzymałem i wydałem z siebie cichy chichot. — Będzie gorzki. — ruszyłem kilka kroków do przodu i zatrzymałem się tuż za dziewczyną, po czym objąłem ją od tyłu i obróciłem warzywo w drugą stronę i dokończyłem jego obieranie. Ale wpadka, szefowo. — po wykonaniu czynności odsunąłem się do tyłu i położyłem dłonie na biodrach. — poczekaj, pomogę ci. 
Podzieliliśmy się pracą: ja zająłem się cięciem sera i pomidora na cienkie plasterki, a Odette dokończyła przygotowywanie nieszczęsnego ogórka i zabrała się za obrabianie sałaty. 
Następnie położyliśmy składniki na kromkach chleba, dodaliśmy przypraw oraz keczupu i wydaliśmy z siebie ciche westchnienie ulgi. 
— Myślałeś może o karierze kucharza? — zapytała studentka, obrzucając mnie wesołym spojrzeniem. 
— Wiesz co, chyba wolę siedzieć przed biurkiem i podpisywać papiery. 
            Rozłożyliśmy kolację na stole w jadalni, po czym przeszliśmy do przyjemniejszej części, którą była degustacja. Z lekką niepewnością chwyciłem kanapkę i przeanalizowałem ją na każdy możliwy sposób. Najpierw sprawdziłem zapach, następnie przyglądałem jej się tak, jakby była jakimś wyjątkowym stworzeniem, a na końcu wgryzłem się w nią i wydałem z siebie cichy pomruk. 
— O w cholerę. Dobre.
Widok mojej osoby z policzkami wypełnionymi jedzeniem i nosem ubrudzonym w keczupie sprawił, że Odette wydała z siebie niekontrolowany rechot, który opanowała dopiero po dłuższej chwili. 
— Mówiłam! — odparła radośnie i zmierzyła mnie triumfalnym spojrzeniem, po czym sięgnęła po serwetkę i wytarła sos z mojej skóry. 
Dalsza część kolacji była połączeniem niekontrolowanych wybuchów śmiechu wraz z rozmowami na różne, skrajne tematy, które diametralnie się od siebie różniły. 
— Poczekaj, pokażę Ci coś. 
— Co? 
— Zamknij oczy, chwyć mnie za ramię i chodź. 
— No dobrze. 
— Albo nie. Przed nami są schody. Wskocz mi na plecy, poniosę cię. Wolę uniknąć opatrywania twojego nosa, w razie, gdybyś się wywróciła. 
Blondynka wykonała moje polecenie, a ja upewniłem się, że ma zamknięte oczy i udałem się na górę, uchylając metalowe drzwi. 
Po nieco dłuższej chwili położyłem delikatnie kobietę i chwyciłem dłońmi za metalową balustradę. 
— Otwórz. 
Staliśmy właśnie na dachu mojego domu, a raczej specjalnie wydzielonej części, która była dla mnie miejscem swego rodzaju zadumy. Wielokrotnie przychodziłem tu, gdy miewałem w życiu różne rozterki. Niestety, odkąd zostałem prezesem, zaniedbałem to miejsce. Kiedyś zdobiły je dziesiątki roślin, teraz pozostał tu tylko stolik i dwa wiklinowe, wyblaknięte od słońca krzesła. O istnieniu tej części apartamentu nie wiedział nikt poza mną. 
Odette, odsłaniam przed tobą swoje głębsze oblicza. 
Zostałaś powierniczką moich tajemnic.

Odette?

Od Aarona CD. Catniss

         Stałem przy wielkiej, oszklonej ścianie, przyglądając się obojętnie panoramie miasta, gdy usłyszałem charakterystyczny dźwięk, który przypominał plask. Powolnym ruchem obróciłem głowę i spojrzałem przez ramię na swoją projektantkę, która leżała na świeżo polerowanej podłodze, wśród całej masy różnego rodzaju teczek i skrawków materiału. 
W gabinecie zapanowała martwa, niczym niezmącona cisza, po chwili jednak zaburzył ją stukot moich butów, które przemierzały pokój. 
— Uważaj na siebie. — chwyciłem kobietę pod ramię i podciągnąłem ją w górę, przywracając do pionu, po czym schyliłem się i zacząłem zbierać wszystkie porozrzucane rzeczy. 
Po wszystkim obrzuciłem ją surowym spojrzeniem i wskazałem dłonią na dalszą część gabinetu, w której mieściła się sofa wraz z fotelami, kominek oraz kredens na alkohole. Bez zbędnego pośpiechu zajęliśmy miejsca, a Catniss rozłożyła swój projekt na stoliczku do kawy. 
— Prezentuje się to tak. — stuknęła palcem w dokładnie naszkicowany rysunek, po czym uniosła swój wzrok na mnie, oczekując z napięciem na mą reakcję. 
Gdy zobaczyłem jej zestresowanie, na moją twarz wkradł się bezczelny, ledwo zauważalny uśmieszek, który zniknął tak szybko, jak się pojawił. 
— Cóż, zdanie się na twój gust było dobrym pomysłem. — wydałem z siebie cichy pomruk aprobaty i chwyciłem kartkę, przyglądając się z uwagą na każdy detal. Po kilku minutach wnikliwej analizy odłożyłem rysunek, a następnie powolnym ruchem przeczesałem spadające mi na oczy włosy. — Podoba mi się. 
— Świetnie. — wydała mi się teraz o wiele bardziej rozluźniona. — Teraz musi pan wybrać materiał. — podsunęła w moją stronę pliczek skrawków, obdarowując mnie życzliwym uśmiechem. 
— Mów mi Aaron. — moje błękitne spojrzenie zatrzymało się na niej i przeszywało ją na wylot, najwyraźniej sprawiając kobiecie niemały dyskomfort. 
— Dobrze, Aaron. — mruknęła cicho, po czym rozejrzała się po gabinecie w czasie, gdy ja z wielkim zainteresowaniem przeglądałem każdy materiał, pocierając po nim kciukiem. 
Minuty mijały, a ja nadal nie mogłem się zdecydować, jednak ostatecznie podjąłem decyzję. 
— Wybieram ten. — przysunąłem w stronę dziewczyny skrawek, stukając obcasem buta o podłogę. 
— W takim razie, pozostaje teraz tylko kwestia koloru. — ponownie ułożyła przed moimi oczyma kartkę, na której znajdowały się dostępne warianty kolorystyczne. 
Mimowolnie chwyciłem się za brodę, po czym pocierałem dłonią swój zarost, marszcząc brwi w geście zastanowienia. Może powinienem rozwiązać ten problem drogą eliminacji? 
Biel i popiel odpada, wszystkie inne odcienie też, gdyż stawiam na klasykę, ale co dalej? Przecież nie będę bawił się w losowanie, bo projektantka uzna mnie za skończonego wariata. 
Cholera. 
— Widzi mnie pani w czerni, granacie, czy może w innym kolorze? — obrzuciłem ją niespodziewanym spojrzeniem, moje brwi nieznacznie się uniosły, a na twarz wkradł się zaczepny uśmieszek łobuza. 
Aaron, nie powinieneś.

Catniss? 
Przepraszam za czas, który zajęło mi napisanie tego niedługiego odpisu i jakość, która nie jest powalająca :c.

12 sty 2019

Od Aarona CD. Odette


— Odette. — pełen opanowania głos rozniósł się echem po przestrzennym pokoju, a moja dłoń kurczowo zacisnęła się na ramieniu dziewczyny, nie pozwalając jej na najmniejszy ruch. 
Blondynka delikatnie drgnęła, po czym uwolniła się z uścisku i obróciła się w moim kierunku, patrząc na mnie z autentyczną skruchą. 
Nie rób tak więcej. 
— Chcesz przebaczenia? — mój błękitny wzrok utkwił na jej oczach, w których przez ułamek sekundy ujrzałem błysk zainteresowania. 
— Tak — pochyliła głowę, uciekając przed moim przeszywającym spojrzeniem. 
— Usiądź, proszę. — pierwszy raz nie użyłem wobec niej bezczelnego rozkazu, a wysiliłem się na prośbę. Zależało mi na tym, żeby wysłuchała, co mam jej do powiedzenia, bo było to bardzo osobiste, a z trudem przychodzi mi otwarcie się przed innymi. 
Rozsiedliśmy się na skórzanej sofie, nie spuszczając z siebie bacznego wzroku. 
— Posłuchaj, dobrze wiesz, że nie jestem typem człowieka, który mówi o swoich problemach. — 
w odpowiedzi usłyszałem cichy pomruk, który potwierdzał wypowiedziane przeze mnie słowa. — Jestem cholerną zagadką, której nikt nie potrafi rozgryźć. Ty też tego nie zdołasz osiągnąć, ale… — zamilkłem na moment, po czym nerwowo przeczesałem dłonią włosy. — całe moje życie obraca się wokół biura, a gdy wracam do domu, ogarnia mnie samotność. Zdarza się, że biorę nadgodziny tylko dlatego, żeby dłużej przebywać ze współpracownikami i nie wracać tutaj. 
Dziewczyna obserwowała mnie ze stoickim spokojem, jakbym powiedział jej coś oczywistego. 
— Ale jaki to ma związek z przebaczeniem? — szepnęła cicho, a ja przysunąłem się w jej kierunku 
i położyłem delikatnie palec na jej ustach. 
— Jeżeli będziesz cierpliwa, to się dowiesz. — oderwałem dłoń od jej warg, po czym wstałem, zdjąłem duszący krawat i rzuciłem go na najbliższy fotel. — Chodź. 
Ruszyliśmy korytarzem w kierunku mahoniowych drzwi, które znajdowały się na samym końcu drogi. Moja dłoń momentalnie wsunęła się do kieszeni i wyciągnęła z niej kluczyk. 
— Już tutaj byłaś. — wszedłem do pokoju i zaświeciłem światło, które obnażyło każdy kąt tego miejsca. — Oto mój gabinet. Część Brown Inc, która jest jedynie do mojej dyspozycji. — rozejrzałem się wokół, obrzucając obojętnym spojrzeniem idealnie poukładane teczki i segregatory, po czym położyłem się na wielkiej, skórzanej sofie i wyłożyłem buty na podłokietnik. — A wiesz, kogo w tym pokoju brakuje? — na moją twarz wkradł się szelmowski uśmieszek. 
— Kogo? — zapytała, opierając się o ścianę. 
— Ciebie. 
Odette momentalnie otworzyła szerzej oczy, ciągle przyglądając mi się z zaciekawieniem. 
— Pomożesz mi zwalczyć samotność. Co ty na to, aby z biura przenieść się tutaj? Twoje godziny pracy nieco się zmienią, ale dzięki temu zaistnieje powód, dla którego będę chciał wracać do domu. 
Blondynka nadal obrzucała mnie pełnym niezrozumienia spojrzeniem. 
— Kiedy wracam z biura, przeważnie pracuję jeszcze w domu przez kilka godzin. Chcę mieć cię przy sobie, ale nie jako sekretarkę, tylko jako towarzyszkę, z którą będę mógł spędzić trochę czasu. Nieco pomożesz mi z papierami i upilnujesz, abym nie sięgał po alkohol, ale główną myślą jest to, abyś po prostu była, a ja zajmę się tobą, najlepiej jak mogę. Będziemy jadać razem kolacje, cokolwiek będziesz chciała, oglądniemy od czasu do czasu jakiś film, porozmawiamy. — zerwałem się z kanapy i wyprostowałem zmiętą koszulę. — A ja cię za to sowicie wynagrodzę. 
Ruszyłem w kierunku dziewczyny i zatrzymałem się kilkanaście centymetrów od niej. 
— Mam nadzieję, że to przemyślisz i będziesz moją deską ratunku, bo się zatracam, Odette. — zapanowałem nad ogromną chęcią przytulenia studentki i jedyne na co się zdecydowałem, to muśnięcie jej ramienia. 
Nie otrzymałem odpowiedzi i uszanowałem to, że jasnowłosa potrzebuje czasu do namysłu. Odsunąłem się o kilka kroków, a następnie powolnym ruchem sięgnąłem do kieszeni spodni garniturowych i wyciągnąłem z nich telefon. 
— Przyjedź pod mój adres. Cześć. — rozłączyłem się i wyszedłem z gabinetu, zostawiając blondynkę samą. 
Ponownie zjawiłem się w pokoju, trzymając w dłoni kurtkę Odette, którą pomogłem jej ubrać. 
— Wróć do domu, już późno. Mój szofer podwiezie cię pod same drzwi. 
— Dz..dziękuję. — oboje ruszyliśmy w stronę samochodu i wymieniliśmy się wymownym spojrzeniem. 
— Jeżeli się zdecydujesz, przyjedź tu jutro o osiemnastej. A jeżeli nie, zignoruj moją propozycję. 
A teraz żegnaj, Odette. — otworzyłem jej drzwi od auta, a gdy wsiadła, przymknąłem je i stałem w śnieżycy, patrząc, jak odjeżdża. 

Odette?

27 gru 2018

Od Aarona do Catniss

Drzwi windy otworzyły się.
Objąłem surowym spojrzeniem długi korytarz, po czym chwyciłem w dłoń skórzaną teczkę i powolnym krokiem ruszyłem w kierunku gabinetu, zostawiając po sobie jedynie roznoszący się zapach ostrych, męskich perfum.
Pokonywałem kolejne metry, czujnie obserwując każdego mijanego pracownika i z lekkim podirytowaniem odpowiadając na utarte „dzień dobry” każdemu z osobna.
Zanim dotarłem do celu, zdążyłem przygładzić jeszcze kruczoczarną czuprynę i poprawić błękitny krawat, który nieco się skrzywił, przez co wywoływał u mnie dyskomfort psychiczny.
Przystojny jak zwykle.
Chwyciłem klamkę od drzwi gabinetu i wszedłem do środka, wydając z siebie ciche westchnienie ulgi. Po chwili zastanowienia zdjąłem płaszcz i rozsiadłem się w skórzanym fotelu, nie mogąc oderwać wzroku od subtelnych promieni słońca, które wdzierały się do gabinetu przez oszkloną ścianę, budząc mnie tym samym do życia po wczesnej pobudce.
Z porannej apatii wyrwało mnie ciche, nieco niepewne pukanie do drzwi.
— Wejść.
— Dzień dobry panie Brown. — założyła kosmyk swoich ciemnych włosów za ucho, uważnie mi się przyglądając.
— Dzień dobry Julie. — włączyłem laptopa, nie siląc się na to, aby unieść wzrok na swoją asystentkę.
— Mam dla pana papiery do wypełnienia.
— Dobrze, a teraz idź zrobić mi kawę, bo i tak nie masz nic lepszego do zrobienia.
— Taką jak zwykle?
— Tak.
*
Po kilku minutach drzwi gabinetu ponownie uchyliły się, a na moim mahoniowym biurku zagościł mocny, czarny napój, którego zapach wypełnił całe pomieszczenie.
— Zajęło ci to potwornie długo. Każda minuta mojego oczekiwania jest warta tyle, co cała twoja miesięczna pensja, więc następnym razem się pospiesz. — burknąłem ponuro, upijając haustem łyk.
— Postaram się, jak mogę. — wycedziła przez zęby z nieskrywanym oburzeniem, po czym wyciągnęła drobny notes i oparła się o ścianę. — Przypominam, że już za dwa tygodnie organizuje pan spotkanie dla pracowników, a dzisiaj był pan umówiony na wizytę u… — zmrużyła oczy — projektantki. Miała stworzyć dla pana smoking na tę okazję.
— Świetnie. O której godzinie mam się tam pojawić?
— O dziewiętnastej.
— W takim razie wszystko jasne. A teraz wyjdź, bo potrzebuję ciszy. — rozsiadłem się wygodniej w skórzanym fotelu, po czym wziąłem w dłoń część papierów, które musiałem skrupulatnie przeanalizować.
*
Nastał wieczór, mrok zaczął spowijać miasto, a tlący się w kominku ogień roztaczał w gabinecie przytulne ciepło i niszczył poczucie upływającego czasu.
Ze znużeniem spojrzałem na zegarek i kiedy ujrzałem, że dziewiętnasta wybije za niecałe dziesięć minut, ogarnęła mnie niekontrolowana wściekłość.
Czym prędzej zerwałem się zza biurka, schowałem papiery do teczki i zamknąłem gabinet, a na koniec trzasnąłem teatralnie drzwiami, dając wszystkim do zrozumienia, żeby nie wchodzili mi w drogę.
Wsiadłem do pierwszej lepszej taksówki i co kilka chwil poganiałem kierowcę, wywołując u niego wyraźne zakłopotanie.
— Trzydzieści ava… — nie zdążył dokończyć, gdyż wsunąłem mu w dłoń banknot warty ponad trzy razy więcej i czym prędzej wysiadłem z samochodu, kierując się w stronę celu.
Zwinnie omijałem grupki spacerowiczów i kiedy wreszcie znalazłem się w jednej z kamienic, a dokładniej przed konkretnymi drzwiami, wydałem z siebie ciche westchnienie ulgi i wcisnąłem dzwonek, patrząc triumfalnie na zegarek, który wskazywał godzinę dziewiętnastą.

Catniss? 

26 gru 2018

Od Aarona CD. Odette

              Słowa dziewczyny można śmiało przyrównać do lecącego w moją stronę sztyletu, od którego nie można się w żaden sposób uchronić. 
Musiałem stać przed nią, patrzeć na jej łzy i wysłuchiwać tego, że mnie okradała. 
Robiła to, bezczelnie wykorzystując moją naiwność, a ja bez zastanowienia dałem jej pracę, chcąc, aby ciągle była przy mnie. 
Kiedy pojąłem i uświadomiłem sobie, że to nie jest sen, a jej słowa są wiarygodne, poczułem ostry ból. Nie mam pojęcia, czy psychiczny, czy może nawet fizyczny. Moja twarz wykręciła się w grymasie cierpienia, a oczy zabłyszczały niekontrolowaną wściekłością, której moc z każdą chwilą ulegała spotęgowaniu. 
Momentalnie wziąłem zamach i z wielką siłą cisnąłem papierami o podłogę, marszcząc przy tym złowrogo brwi. 
Przez kolejne kilka chwil nie działo się nic. 
Zupełnie nic. 
Staliśmy naprzeciwko siebie, a furia powoli ustępowała miejsca ogromnemu rozczarowaniu i poczuciu zdrady. 
Niszczysz mnie, Odette.
Moje ociekające smutkiem spojrzenie mimowolnie skierowało się na czerwone od płaczu oczy dziewczyny. 
Oczy, w których codziennie odnajdywałem nowe pokłady radości. 
Teraz – przepełnione niewyobrażalnym żalem i autentyczną skruchą. 
Uporczywie milczałem, jednak po chwili wykonałem krok w jej kierunku i położyłem dłoń na jej policzku, na co lekko się wzdrygnęła. 
Czyżby myślała, że ją uderzę? 
Odette, nie jestem potworem. 
Tlące się gdzieś w sercu resztki gniewu dawały o sobie znać, jednak przez cały czas były dominowane przez przygnębienie, które utrzymywało moje choleryczne emocje w ryzach. 
Dziewczyna uniosła na mnie swój wzrok, a po jej policzku popłynęła łza, którą prędko otarłem swoim kciukiem, jednak po chwili odsunąłem dłoń i wydałem z siebie ciche westchnienie. 
Widząc, jak studentka dygocze z zimna, zdjąłem swój płaszcz i narzuciłem go na nią, a po niedługim momencie chwyciłem swoją teczkę i czym prędzej wszedłem do windy, nie bacząc na to, iż zostawiłem na korytarzu stertę porozrzucanych papierów. 
*
                  Taksówka zawiozła mnie we wskazane miejsce. Cel dzisiejszego wieczoru? 
Różowe światła, roznoszący się zapach taniego alkoholu, głośna muzyka, siwy dym spowijający parkiet i tłum ludzi, którzy chcą się zabawić przy akompaniamencie głośnej muzyki. 
Stara, zniszczona speluna nieopodal akademiku Odette.
Zaglądają do niej jedynie desperaci, którym nie przeszkadza zdarta farba, pękające ściany, czy trzeszczący parkiet, który ma więcej lat niż ja i mój ojciec razem wzięci. 
Co mnie podkusiło, żeby tu przychodzić? 
Omiotłem zdegustowanym spojrzeniem wszystkich wokół, po czym zająłem miejsce przy barze, aby zamówić jakiś alkohol nieznanego mi pochodzenia. 
Kelner zmrużył oczy i z zaciekawieniem przyglądał się mojej osobie, jakbym był co najmniej eksponatem w jakimś muzeum, po czym obrzucił mnie szerokim, niezbyt autentycznym uśmiechem. 
― Dobry wieczór. Co podać? 
― Macie brandy? 
― Oczywiście. 
― W takim razie poproszę z lodem. 
― Już się robi. 
              Z impetem uderzyłem o blat pustym kieliszkiem, głośno rechocząc, bez żadnego konkretnego powodu. 
Moja mała brandy. 
Zamówiłem jeszcze kilka dolewek, po czym wypijałem je haustem, zacierając entuzjastycznie dłonie. 
Rozsiadłem się wygodniej na krześle, a mój wzrok zatrzymał się na długich, smukłych nogach, które zatrzymały się bardzo blisko mnie. 
Uniosłem spojrzenie, a moim oczom ukazała się smukła brunetka o śniadej, latynoskiej cerze, która usiadła tuż obok, zarzucając do tyłu długie, falowane włosy. 
Cholera. 
― Ja chyba pana skądś znam. ― nachyliła się nieco w moim kierunku, a na jej twarzy wymalowało się swoiste zamyślenie. ―Aaron Brown? ― dodała po chwili, krzyżując nogi i omiatając mnie pełnym zainteresowania spojrzeniem. 
― We własnej osobie. 
― Jestem Sarah. Nie sądziłam, że stołuje się pan w takich miejscach. ― zaplotła dłonie na kolanie, bacznie mnie obserwując. 
― Bądźmy na ty. A co do stołowania… ― momentalnie wybuchnąłem głośnym, chrypliwym chichotem. ― jestem tu pierwszy i najprawdopodobniej ostatni raz. ― poprawiłem krawat i uniosłem kąciki ust w szelmowskim uśmiechu, aby nieco rozluźnić atmosferę. 
― Można się do tego miejsca przyzwyczaić. ― wstała, po czym pociągnęła mnie za ramię. ― Zapraszam cię na parkiet, Aaron. 
Jej perfumy przedzierały się przez wszędobylski zapach taniego alkoholu i roztaczały wokół cudowną, kwiatową woń. 
― Już wstaję, kruszyno. ― wyszczerzyłem zęby i przecisnąłem się przez tłum, aby wreszcie zająć miejsce na parkiecie i móc zatańczyć z nowo poznaną pięknością, która z każdą chwilą nabierała coraz większej pewności siebie. 
                Brunetka chwyciła mnie za krawat i przyciągnęła do siebie tak blisko, że dzieliły nas jedynie niebezpieczne centymetry, a ja w ramach odpowiedzi ułożyłem dłonie na jej biodrach, a może trochę niżej? Któż zwracałby na to uwagę. 
Tańczyliśmy powoli, łagodnie kołysząc się w rytm spokojnej ballady do momentu, w którym kobieta ujęła moją twarz i zaczęła składać na niej swoje krwistoczerwone pocałunki. 
Zapewne odwzajemniłbym ten gest, jednak poczułem czyjąś dłoń w kieszeni od spodni i momentalnie odwróciłem się do tyłu, spostrzegając tym samym jakiegoś mężczyznę, który usilnie próbował wyciągnąć mój portfel. 
Z furią chwyciłem jego dłoń, a po chwili rozpocząłem szarpaninę, która zakończyła się tym, iż razem ze złodziejaszkiem zostałem wyrzucony z klubu. 
               Ze wściekłością rzuciłem się na nieznajomego, wziąłem zamach i z pełnym impetem uderzyłem go w nos, powalając na ziemię. 
― Odechce ci się kradzieży. ― zaśmiałem się bezlitośnie, kopnąłem mężczyznę, mierząc go triumfalnym spojrzeniem, a jakby tego było mało, splunąłem tuż obok, po raz kolejny ukazując swoją wybujałą samoocenę. 
Dopiero teraz zrozumiałem, że ten człowiek musiał współpracować z latynoską pięknością, a myśl, że jej zadaniem było jedynie odciągnięcie mojej uwagi, sprawiała, że wpadałem w jeszcze większą złość, nad którą było mi coraz trudniej zapanować. 
                     Przeciwnik wstał i zamiast poddać się, zachowując resztki honoru, rozpoczął bezmyślną szarpaninę. 
― Aaron?! ― z amoku bijatyki wyrwał mnie zdecydowany, kobiecy głos. 
Odwróciłem głowę w kierunku źródła dźwięku, jednak napastnik wykorzystał chwilę nieuwagi i uderzył mnie w twarz, sprawiając, iż bezwładnie upadłem do tyłu, po czym przetarł krwawiący nos i uciekł. 
Aaron Brown. 
Z podbitym okiem i śladami czerwonej szminki na twarzy. 
― Odette, co ty tu robisz? 
Odette?

15 gru 2018

Od Aarona CD. Odette

                Po dosyć specyficznym zajściu z jasnowłosą zmarszczyłem złowrogo brwi i stanąłem przed wielką, oszkloną ścianą, próbując znaleźć ukojenie w widoku blasku księżyca i miasta nocą. 
Zakończywszy tę krótką chwilę, którą poświęciłem na ochłonięcie z jakichkolwiek emocji i ponowne przybranie obojętnej twarzy drania, zmierzyłem ponurym spojrzeniem kredens, po czym nalałem do kieliszka moją ukochaną brandy, która była zawsze ze mną, gdy jej potrzebowałem. 
Moje ciało mimowolnie rozłożyło się na szerokiej, skórzanej sofie, nogi zajęły miejsce na podłokietniku, a pozbawiony uczuć wzrok utkwił w blasku ognia wydobywającego się z kominka. 
Kiedy do moich uszu wreszcie dotarła wyczekiwana cisza, a oczy zaczęły leniwie opadać, ktoś zapukał do drzwi, po czym wszedł do gabinetu, zakłócając mój proces wyciszenia. 
Mimo świadomości, że ktoś wszedł do środka i najprawdopodobniej na mnie oczekuje, w dalszym ciągu leżałem na sofie, bezczelnie upijając ostatni łyk brandy. 
— Dobry wieczór. Czy zastałem Aarona? — usłyszałem niski, pewny siebie głos, który rozniósł się echem po sporym gabinecie. 
— Tak. To ja. — mozolnie odłożyłem kieliszek na stół, a następnie wydałem z siebie głośne westchnienie, nawet nie siląc się na to, żeby ukryć swoje zmęczenie. 
Nie myliłem się. 
Przed moimi oczyma stał mężczyzna w średnim wieku, jednak za jego plecami ujrzałem jakąś drobną dziewczynę, która wyglądała tak, jakby była tutaj z przymusu. 
Na widok nietypowej dwójki, uniosłem z zaciekawieniem brwi, po czym poprawiłem skrzywiony krawat i uścisnąłem gościom dłoń na powitanie, jednak na ręce kobiety złożyłem delikatny pocałunek – tak, jak miałem w zwyczaju. 
* * * 
— Czyli mam rozumieć, że objął pan stanowisko po swoim ojcu? 
— Tak, dosyć niedawno. 
Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że minęła już prawie godzina, a ja nadal prowadziłem ożywioną rozmowę ze swoim gościem i jego córką, co jakiś czas leniwie uzupełniając puste kieliszki swoją ukochaną brandy. 
* * * 
— Dobrze, jestem skory to przemyśleć, aczkolwiek żądam czasu. — odparłem twardo, kładąc na stół opróżnione z alkoholu naczynie. 
— Dobrze. W takim razie nasza wizyta u pana dobiegła końca. — wstał, po czym mocno uścisnął moją dłoń i wyszedł, delikatnie przymykając za sobą drzwi. 
Szczerze powiedziawszy, firmie przydałby się jakiś nowy kontrakt, który pomógłby nam jeszcze bardziej poszerzyć swoją działalność w kraju, jednak jego zawarcie wymaga czasu, ogromnej pracy księgowych i rozważenia wszystkich możliwych opcji. 
Kiedy skończyłem pakować wszystkie papiery i już chwytałem za klamkę od gabinetu, usłyszałem sygnał telefonu, na co przewróciłem z poirytowaniem oczyma i sięgnąłem prędko do kieszeni, aby odebrać. 
— Cześć, Ron. 
— Dobry wieczór, Julie. Dzwonisz w jakiejś ważnej sprawie? Bo zajmujesz mój czas. 
— Chciałam tylko powiedzieć, że wrócę do pracy dopiero za niecałe dwa miesiące. 
— Jest ku temu jakiś sensowny powód? Bo jeżeli kombinujesz i szukasz marnego pretekstu do urlopu, to nie ręczę za siebie. 
— Nie, mogę wysłać nawet kopię zwolnienia lekarskiego. 
— Mam nadzieję. Bo jeżeli kłamiesz, to się o tym dowiem, nawet, jeśli miałbym w tej chwili przyjechać do twojego domu i cię przebadać. 
— Z tego, co wiem, nie znasz się na medycynie. 
— Nie dyskutuj, chyba że chcesz biegać od jutra po mieście z podaniami o pracę. 
— Dobrze, Ron. 
— W takim razie… Co ci tak właściwie dolega? 
— Wykryto u mnie gastritis. 
— Że co? 
— Gastritis. 
— To jakaś choroba weneryczna? Mam powody do niepokoju? Trzymaj się ode mnie z daleka. 
— Nie. — w tym momencie dało się usłyszeć stłumiony chichot mojej kochanej, schorowanej Julie. 
— W takim razie możesz jaśniej, do cholery? 
— Zapalenie żołądka. 
— Nie spodziewałbym się. 
— Wiem. 
Nie wytrzymałem i po chwili sam zacząłem ochoczo rechotać, nie mogąc utrzymać powagi. 
— Co jest powodem tego problemu? 
— Nadmierna ilość alkoholu. 
Ponownie wybuchnąłem panicznym rykiem. 
Moja mała brandy czyni cuda. 
— Nie śmiej się z mojego nieszczęścia. 
— Od wydawania poleceń jestem ja. A teraz kończę, bo chcę być przed północą w domu. Żegnaj skarbie. Zdrowia. 
— Do usłyszenia! 
* * * 
             Rzuciłem skórzaną teczkę na tylny fotel taksówki i ze znużeniem obserwowałem oświetlone ulice miasta, po których [mimo późnej godziny], przejeżdżało co jakiś czas kilka aut. 
Podróż nie zajęła dłużej niż dziesięć minut, a moim oczom ukazał się luksusowy apartament, którego nie mogę już określić domem, gdyż w wielkim, przytłaczającym wieżowcu Brown Inc spędzam większość swojego dnia. 
* * * 
           Bez zbędnego pośpiechu zdjąłem krawat i garnitur, po czym z wielką ulgą położyłem się na sofie, aby zakończyć ten wykańczający dzień pracy i przygotować się na kolejny, który nadejdzie już za kilka godzin. 

Odette?
Wybacz za brak jakiejkolwiek akcji, ale wypadłam z rytmu.

24 lis 2018

Od Aarona

                Napięty tydzień w pracy po raz kolejny dawał się we znaki i sprawiał, że ze swego rodzaju ulgą zamknąłem grubą, skórzaną teczkę z wygrawerowanymi inicjałami, zamknąłem swoje biuro na klucz, naciskając dla pewności klamkę po raz drugi i ruszyłem w stronę windy, sunąc ze zmęczeniem nogę za nogą i wręcz modląc się w głowie, aby przyjechała najszybciej, jak się da.
* * *
              Walizka opadła na przednie siedzenie samochodu, a ja czym prędzej odpaliłem silnik i z lekkim poirytowaniem przemierzałem kolejne szare przecznice, kląc pod nosem, gdy światło przełączyło się na czerwone.
Ulice Avenley River o godzinie dwudziestej drugiej były już nieco opustoszałe, a jako iż był piątkowy wieczór, jedyny ruch stanowili niesforni imprezowicze, czy nieco podpite jednostki, które mimo usilnych starań trzymania się przyzwoitym stanie - zataczały coraz większy slalomy, co jakiś czas potykając się o nieistniejącą przeszkodę.
* * *
              Po dłużącej się w nieskończoność chwili, światła przełączyły się na upragniony, zielony kolor, pozwalając mi ruszyć do swojego apartamentu.
Jakiś czas później dotarłem na miejsce, zaparkowałem samochód w obszernym garażu, chwyciłem w dłoń teczkę i ruszyłem w kierunku penthouse'u, mojej ostoi, utopii, w której pragnąłem spędzić calutki weekend na popijaniu mojej ukochanej brandy i oglądaniu bezsensownych reality show.
No dobrze, nie oszukujmy się - nie będzie tak. Na pewno wypadnie mi jakieś niespodziewanie spotkanie lub dostanę stos nowych papierów do wypełnienia.
Wizja kolejnych godzin spędzonych na konferencjach, czy rozmowach telefonicznych z nieobeznanymi klientami wywołała u mnie nieprzyjemny dreszcz, ale czym prędzej wyparłem negatywne myśli z głowy i spróbowałem cieszyć się, że jestem już pod drzwiami domu.
***
               Na zewnątrz było ciemno, ale moje spojrzenie nieoczekiwanie natknęło się na spore, groźne ślepia, które bacznie się we mnie wpatrywały, a raczej przewiercały spojrzeniem.
Momentalnie postawiłem teczkę na ziemi i utrzymywałem kontakt wzrokowy ze zwierzęciem, dopóki nie wyłoniło się ono zza krzaka i nie ukazało w całej swej okazałości.
— O, cholera.
Pies usiadł kilka centymetrów przed moimi butami i wyszczerzył delikatnie zęby, bezczelnie próbując mnie nastraszyć.
Cóż, najchętniej bym go pogonił, ale poczułem dziwny respekt do tegoż czworonoga.
Masywna postura, dumne spojrzenie, które mierzyło mnie z wyższością i spiczaste, postawione w górę uszy sprawiały, że przez moment zupełnie nie wiedziałem, jak zareagować.
Po chwili dezorientacji chwyciłem klucze, wyminąłem psa i otworzyłem drzwi do domu, ciągle nie spuszczając zwierzęcia z oczu, jednak gdy tylko uchyliłem odrobinę drzwi, parszywe stworzenie wbiegło do mojego apartamentu i zaczęło obwąchiwać zuchwale każdy jego kąt.
— To jest chyba jakiś żałosny żart.
Rozsiadłem się wygodnie na fotelu i obserwowałem czworonoga, który zrobił to samo.
Przez kilka dobrych chwil przyglądaliśmy się sobie z wrogością, traktując się jak intruzów.
Dopiero teraz, w świetle lamp zauważyłem, że jest to najprawdopodobniej pies rasy husky i może to zabrzmi dosyć głupio, ale odnosiłem dziwne wrażenie, że ten futrzak jest moim odzwierciedleniem. Bystre, błękitne oczy, które dumnie obserwowały każdy najmniejszy ruch, bujna, czarno-biała sierść i dominujący charakter, który budził wokół respekt.
— I co ja mam z tobą zrobić? — wydałem z siebie cichy pomruk niezadowolenia i stuknąłem palcami o stolik do kawy. — Jeszcze rozprzestrzenisz mi w domu jakieś robaki i co ja pocznę? — zmarszczyłem z poirytowaniem brwi, gdy złapałem się na tym, iż rozmawiam z psem.
Po dobrych kilkunastu minutach złowrogiego wpatrywania się w siebie odkryłem, że zwierzę nie posiada obroży.
Cudownie.
Będę musiał użerać się z jakąś przybłędą.
Wstałem z fotela, otworzyłem na oścież drzwi wejściowe i usilnie próbowałem wyrzucić czworonoga z domu, jednak ten w dalszym ciągu siedział w drugim końcu pokoju, mierząc mnie dziwnym spojrzeniem, które było mieszaniną triumfu i rozbawienia.
Moje wysiłki nie zdały się na nic, więc próbowałem użyć siły, jednak skończyło się to jedynie kilkoma złowrogimi warknięciami skierowanymi do mojej osoby.
— Egh. — wydałem z siebie ciche westchnienie, po czym wyjąłem telefon i obdzwoniłem wszystkie schroniska, pytając, czy nie zgubił się komuś pies rasy husky, jednak nie uzyskałem odpowiedzi, na którą liczyłem.
Wszystko wskazywało na to, że to zwykła, niezależna przybłęda, która żeruje na takich tchórzach jak ja, którzy boją się psa, gdy tylko ten wystawi swoje kły.
— Poddaję się. Wygrałeś. Parszywy kundlu. — ruszyłem w kierunku sypialni, zatrzasnąłem za sobą drzwi i bezwładnie opadłem na łóżko.
***
            Oderwałem głowę od miękkiej, puchowej poduszki i poprawiłem przed lustrem swoje kruczoczarne, zmierzwione włosy, które tego dnia wyjątkowo nie chciały ze mną współpracować.
Zapomniawszy o całym wczorajszym zajściu, ruszyłem z szerokim uśmiechem w stronę kuchni, aby zrobić sobie śniadanie i napić się mocnej, czarnej kawy, jednak moje spojrzenie napotkało czworonoga, który jak gdyby nigdy nic leżał sobie na cholernie drogiej, skórzanej sofie.
Moja niechęć do zwierząt zdążyła już osiągnąć swoje apogeum, a głowa wymyślała już setki sposobów na bezbolesne wyrzucenie tego parszywca z mojego apartamentu.
Zaraz, mam plan.
***
              Nie pytajcie, w jaki sposób znalazłem się w sklepie zoologicznym, trzymając w dłoni paczkę przysmaków dla psów, smycz i kolczastą obrożę.
Pora wypłoszyć tę bestię z mojej utopii.
***
                Biegałem po całym mieszkaniu, próbując założyć temu potworowi obrożę na szyję.
Udało mi się to po czterdziestu dwóch minutach, gdy podstępem udało mi się złapać futrzaka, wybiegającego z mojej łazienki.
Czym prędzej zapiąłem smycz i chwyciłem w dłoń wielką kość, po czym [pomijając krótką szarpaninę], wyciągnąłem psa na dwór, nie unikając groźnych warknięć, którymi tym razem nie pozwoliłem się zastraszyć i dumnie kroczyłem ulicą, z kamienną twarzą znosząc coraz to silniejsze szarpnięcia psa, któremu najwyraźniej nie podobało się tymczasowe ograniczenie wolności.
W sumie, przydałby mi się taki zwierzak, który płoszyłby wszystkich reporterów, czy nachalnych dziennikarzy.
Po kilkunastominutowej "walce" usiadłem na ławce i ponownie napotkałem wzrok zwierzaka na sobie.
— Nazwę cię... — zastanowiłem się na moment nad tym, jak absurdalne są moje słowa. Czy ja zamierzam go adoptować? Ja, który całe życie wzbraniałem się przed posiadaniem nawet najdrobniejszego futrzaka? — Boss. — pies po raz pierwszy zamerdał wesoło ogonem, jednak po chwili wypatrzył zbliżającą się osobę i pobiegł w jej kierunku, tym samym prawie zrzucając mnie z ławki.
Czworonóg obiegł nieznajomą mi osobę wokół, plącząc jej nogi smyczą, po czym triumfalnie usiadł i obrzucił mnie złośliwym spojrzeniem.
— Najmocniej przepraszam. — uniosłem wzrok na nieco zdezorientowaną kobietę, która musiała widzieć moje perypetie z niesfornym zwierzęciem.
Najpierw powinienem przemyśleć kwestię adopcji, zanim popełnię największy błąd w swoim życiu, pozwalając temu potworowi wtargnąć w moje życie.

Ktoś?

29 paź 2018

Od Aarona CD. Odette

                    Moje ciało bezwładnie upadło na skórzany fotel, a dłoń mimowolnie ścisnęła się w pięść i uderzyła w blat biurka z taką mocą, że wszystkie przedmioty na nim podskoczyły, wydając z siebie głuchy brzdęk, roznoszący się echem po pustym gabinecie.
— I co ja mam z nią zrobić? Cholera. — burknąłem ponuro, mrużąc pociemniałe od emocji oczy.
— Z kim?
Moja głowa w ułamku sekundy podniosła się w kierunku źródła głosu, a grymas malujący się na twarzy momentalnie zgasł, pozostawiając po sobie obojętne, ciut lekceważące spojrzenie.
— Arthur, tyle razy mówiłem ci, żebyś pukał, zanim wejdziesz. Jesteśmy cywilizowanymi ludźmi, a nie zwierzętami w chlewie, które pchają się wszędzie bez pytania. — wstałem od biurka, aby wygodnie rozsiąść się na skórzanej sofie i chwycić w dłoń kieliszek brandy.
— Spokojnie, coś taki nerwowy? — usiadł obok, marszcząc z niezrozumieniem brwi.
— Ja po prostu... — wypiłem haustem alkohol i uderzyłem pustym naczyniem w stolik. — Nie wiem.
— Chodzi o twoją nową asystentkę? — uniósł brwi, a na jego ustach wymalował się podejrzany uśmiech.
— Być może. — odwróciłem wzrok w kierunku kominka, a dokładniej - tlącego się w nim ognia.
— Wiedziałem! — zaśmiał się dźwięcznie, nalewając sobie brandy. — Odpowiedz mi Aaron, gdyż zawsze mnie to ciekawiło. Zatrudniasz swoje asystentki ze względu na wygląd, czy kompetencje?
Bezczelny.
Jak śmiał zadać to pytanie.
Przecież odpowiedź jest... Oczywista.
— Jasne, że ze względu na kompetencje. — z moich ust wydostał się cichy chichot, który całkowicie zdradził kiepskie kłamstwo.
— Sam jesteś sobie winien, Ron. Poza tym powinieneś mieć się na baczności. Chyba nie zapomniałeś, jakim echem rozniosła się wieść o twoim poprzednim romansie. To był istny armagedon. Tłumy reporterów dobijających się do drzwi, zaglądający tam, gdzie nie powinni, aby uzyskać chociaż jeden pikantny szczegół. 
— Tak, doskonale to pamiętam. — momentalnie moje myśli zostały spowite wspomnieniami z tamtego okresu, o którym wolałem nie wspominać.
— A wracając do Odette. Widzę jak się przy niej zachowujesz, ale nie masz się o co martwić - możesz na mnie liczyć, wszystko pozostanie w tajemnicy.
— Dziękuję.
***
             Stałem przy wielkim oknie, oglądając ożywiające się miasto i próbując wyrzucić z głowy coraz bardziej nasilający się dźwięk stukotu obcasów.
— Dzień dobry.
Drugi dzień tortur Aarona Browna czas zacząć.
— Witaj. — zaplotłem ręce na wysokości klatki piersiowej, w dalszym ciągu nie odrywając wzroku od widoku Avenley River.
— Jest coś do zrobienia?
Dopiero na te słowa powoli odwróciłem się i kroczyłem w kierunku dziewczyny do momentu, w którym za jej plecami znajdowała się ściana.
Odległość, która nas dzieliła była cholernie niewielka, jednak pierwszy raz czułem się tak, jakbym w pełni kontrolował całą sytuację.
Moje dłonie oparły się o ścianę tak, że pomiędzy nimi znajdowała się głowa zarumienionej studentki.
— Znalazłem potencjalnego klienta. Żeby go zdobyć, musimy działać bardzo, ale to bardzo delikatnie. — mówiłem powoli, nachylając się nad uchem kobiety. — Tak delikatnie, jak to tylko możliwe. — lewa ręka mimowolnie oderwała się od ściany i musnęła ramię dziewczyny. — A gdy już go zdobędziemy, będziemy mogli działać mocniej. — tym razem dłoń chwyciła biodro blondynki w silnym, zaborczym uścisku. Moje błękitne spojrzenie pełne niezakłóconego spokoju pociemniało, a na twarzy zagościł triumfalny uśmiech. — Dlatego zadzwoń do tego klienta i umów nas na spotkanie. Numer leży na twoim biurku. — odsunąłem się nieco i przekrzywiłem krawat, który już po chwili wrócił na swoje miejsce.
Oto moja odpowiedź na wczorajszy incydent, Odette.
Zastanów się, czy chcesz rozpocząć taką gierkę.
Ale pamiętaj, Aaron nigdy nie przegrywa.
On zawsze dostaje to, czego chce.
***
— Co pan sądzi o takiej ofercie?
— Nie odpowiada mi. — zmarszczyłem nerwowo brwi.
— Dorzucę jeszcze kilka bonusów.
— Nie przystaję.
— Sześćdziesiąt do czterdziestu.
— Nie. Do widzenia. — burknąłem ponuro, załamując się brakiem godności klienta, który usilnie próbował zawrzeć ze mną cholernie niekorzystną dla Brown Inc. umowę.
Czym prędzej wstałem od biurka i położyłem się na skórzanej sofie, zerkając ze znużeniem na tykający zegar.
— Odette? 
— Tak? — usiadła na fotelu obok, zakładając nogę na nogę.
— Długo jeszcze będziesz bawiła się ze mną w kotka i myszkę?
Czuję, że to pytanie rozbije mnie na tysiące kawałków, których nie da się już skleić.

Odette?

27 paź 2018

Od Aarona CD. Odette

                 Na najwyższym piętrze wieżowca, na którym już od jakiegoś czasu urzędowałem, nie kręciło się zbyt wiele osób, dlatego bez większego problemu do moich uszu dotarł dobrze słyszalny stukot obcasów, który roznosił się echem po korytarzu i wypełniał moje ciało dziwną ekscytacją. 
Drzwi od gabinetu uchyliły się, a mój wzrok mimowolnie oderwał się od cholernie ważnych papierów i utkwił na smukłych nogach, ze zdecydowaniem kroczących w moją stronę. 
— Dzień dobry, szefie
Szefie. 
To brzmi lepiej niż „Panie Brown”
— Witaj, Odette. — dopiero teraz moje błękitne spojrzenie powędrowało w górę, zatrzymując się na promiennej twarzy studentki, która wydawała się zafascynowana nowym otoczeniem i możliwością poznania firmy od wewnątrz. — Usiądź, omówię z tobą szczegóły. — wyszczerzyłem zęby w szerokim uśmiechu i mimowolnie przeczesałem palcami grzywkę. 
Dziewczyna w milczeniu wykonała moje polecenie, a po chwili wyciągnęła notes i długopis, aby móc zapisać sobie najważniejsze informacje, które zamierzałem jej przekazać. 
Ach, gdyby Julie również była tak rzetelna. 
Dobrze, pora zacząć wywód na temat nudnych, oklepanych zasad, których trzeba przestrzegać. 
Zacznijmy od najważniejszego. 
— Obowiązuje cię uniform, na który składa się spódnica. I koszula, rzecz jasna. 
Idioto. 
Mimowolnie wydałem z siebie stłumiony śmiech, który nie umknął uwadze blondynki. 
— Stało się coś? — zmierzyła mnie zielonym spojrzeniem, które było aż nadto wyniosłe. 
— Nie, nic. — czym prędzej zapanowałem nad swoim rozbawieniem i w celu rozluźnienia atmosfery zacząłem stukać w blat biurka, wygodnie prężąc się w skórzanym fotelu. — Nie chcę zbytnio obciążać cię noszeniem i analizą niektórych dokumentów, dlatego do twoich „kompetencji” będzie należało zrobienie kawy, dbanie o gabinet, przekazywanie mi informacji o konferencjach, organizowanie spotkań i kontaktowanie się z potencjalnymi klientami. — chwyciłem w dłoń cienki plik kartek i przesunąłem go w stronę dziewczyny. — A i twoim zadaniem będzie również poprawianie mojego krawata. Będę go celowo skrzywiał, żebyś robiła to jak najczęściej. 
Aaron, lepiej się po prostu przymknij. 
Dziewczyna zareagowała na to zaczepnym chichotem, który został przerwany przez pukanie do drzwi. 
— Wejść. — odparłem surowo, mierząc poddenerwowanym wzrokiem mojego przyjaciela, który przerwał mój jakże wyrafinowany flirt. 
— Hej, Ron. Przeszkodziłem wam w czymś? 
Tak, w analizowaniu spódnic – uniformów, znaczy… W spisywaniu umowy. 
— Nie. — burknąłem ponuro, stukając butem o wypolerowaną podłogę. — Odette, to Arthur, mój doradca. Arthur, to Odette, nowa asystentka. 
Dwójka uścisnęła sobie dłonie, a charyzmatyczny przyjaciel momentalnie zainicjował żywą rozmowę [z której mnie wykluczył], wplatając co jakiś czas niewinne żarciki. 
—Uważaj na Aarona. Ponoć z byłą asystentką miał romans. Przyłapałem ich obściskujących się w windzie. Cicha woda brzegi rwie. — szeptał do jej ucha, myśląc, że tego nie słyszałem. 
— Arthur, idź sporządzić bilans zysków i strat z ostatniego miesiąca. Zajmie ci to najbliższy dzień i noc w sumie też, więc się za to zabierz, bo jak nie dostanę tego jutro, to utnę ci wypłatę o połowę. 
Racja, cicha woda brzegi rwie. 
Uwielbiam pastwić się nad moimi pracownikami.
Mężczyzna zaśmiał się cicho, po czym wyszedł z gabinetu i ponownie zostawił nas samych. 
— Na czym skończyliśmy? Ach tak. Przeczytaj umowę. Znajdziesz tam informacje o wynagrodzeniu, regulaminie i innych tego typu formalnościach, o których wspominaniu postanowiłem sobie darować, żeby cię nie zanudzić. 
Dziewczyna po dłuższej chwili odłożyła papiery, a na ich końcu złożyła czytelny podpis, oficjalnie stając się pracowniczką firmy Brown Inc. Moją pracowniczką. 
— Doskonale. — schowałem dokument do skórzanej teczki i wydałem z siebie ciche westchnienie ulgi. — Witaj w naszych szeregach, Odette. Mam nadzieję, że zarówno dla ciebie, jak i dla mnie, praca tutaj będzie czystą przyjemnością, a teraz zapieczętujmy naszą współpracę kieliszkiem brandy. — powolnym ruchem wstałem od biurka i sięgnąłem do oszklonej półki, w której stały rzędy butelek, wypełnionych różnego rodzaju wykwintnymi alkoholami. 
— Mogę usiąść? — wskazała dłonią na wielką, skórzaną sofę w kącie gabinetu. 
— Nie musisz się pytać o takie rzeczy. Czuj się tu jak u siebie. — postawiłem na stole kieliszki i nalałem do nich mieniącego się pomarańczowymi barwami brandy. 
— Za wspaniałą współpracę! — stuknęliśmy się symbolicznie, po czym haustem wypiliśmy alkohol, lekko się przy tym krzywiąc. — Ach, zapomniałbym. Na końcu tego korytarza znajduje się archiwum z dokumentami z poprzednich miesięcy, czy lat. Często muszę do nich wracać i porównywać z aktualnymi, dlatego niejednokrotnie będziesz musiała znaleźć dla mnie jakieś konkretne papiery, ale bez obaw. Wszystko jest dokładnie uporządkowane. Oto klucz. — wcisnąłem go w dłoń dziewczyny, odkładając jednocześnie kieliszek na stół. — Cóż, poradzisz sobie. A teraz wybacz, muszę wracać do pracy. — ponownie zająłem miejsce przy biurku i w wielkim skupieniu przeglądałem kolejne [spisane drobnym druczkiem] umowy, czy zawiłe wykresy przedstawiające dochody firmy na przełomie ostatnich dni. 
— Jest coś konkretnego do zrobienia? 
— Jeżeli chcesz, możesz zrobić mi kawę. Mocna, czarna, trzy łyżeczki, jedna saszetka cukru. A i przy okazji zaglądnij do archiwum i przynieś mi wykresy wydatków z ubiegłego miesiąca. — mój wzrok przez moment odprowadzał wychodzącą z gabinetu dziewczynę, po czym na nowo utkwił w ekranie laptopa. 
*** 
— Proszę. — Odette ostrożnie położyła filiżankę tuż obok mojej ręki i założyła kosmyk włosów za ucho. 
— Bardzo dziękuję. — czym prędzej chwyciłem kubek z gorącym napojem i upiłem spory łyk, wydając z siebie cichy pomruk zadowolenia. — Idealna. — moja brew mimowolnie uniosła się w górę, a usta wygięły się w szarmanckim uśmieszku. 
— Miło mi to słyszeć, a teraz jeszcze skoczę po te dokumenty. 
*** 
                Studentka już od dobrych kilku minut nie wracała, więc przez głowę przeszła mi myśl, że najprawdopodobniej zgubiła się w całym natłoku papierów i segregatorów, którymi wypełniona była sala.  
Zdecydowanym ruchem zerwałem się z fotela i ruszyłem wzdłuż korytarza do archiwum, mierząc surowym spojrzeniem napotkanych po drodze pracowników. 
Gdy dotarłem na miejsce, szarpnąłem za klamkę i tak jak się spodziewałem, ujrzałem Odette, która przeglądała zawartość kilku segregatorów, a na mój widok dziwacznie się wzdrygnęła. 
— Ja tylko… — zaczęła niepewnie, odkładając dokumenty na półkę. — Szukałam tego, co mi kazałeś. 
Jej zakłopotanie sprawiło, że moje serce zmiękło, a na usta mimowolnie wkradł się ledwo zauważalny uśmiech. Wykonałem kilka kroków do przodu i stanąłem tuż za plecami dziewczyny tak, że dzieliło nas zaledwie kilka centymetrów, a mój gorący oddech delikatnie muskał jej włosy. 
Przestań, Aaron. 
Nie możesz. 
— To czego szukałem, leży tu. — moja ręka zwinnie powędrowała tuż obok jej głowy, aby zdjąć z półki bordową grubą, bordową teczkę. 
Kiedy tylko dostałem to, czego chciałem, wyszedłem z archiwum, walcząc z ekscytacją, która towarzyszyła mi już od samego ranka i uporczywie nie chciała odejść, a z każdą chwilą jedynie się nasilała, prowokując mnie do różnych nieprzemyślanych zachowań, które zamierzałem za wszelką cenę wytępić. 
Aaron Brown nie może pozwolić sobie na takie incydenty, nawet, jeżeli ma styczność z kobietą, która na nowo rozsiewa w nim to, co uporczywie wypleniał przez całe swoje życie. 
Blondynka dorównała mi kroku, a na jej twarzy zagościł widoczny rumieniec. 
— Wykonaj telefon do tego klienta. — wcisnąłem jej w dłoń karteczkę z numerem i przekazałem dziewczynie najważniejsze informacje. 
— Już idę, szefie
No dobrze, popatrzmy na to realistycznie. 
To będą dla mnie cholernie ciężkie dwa miesiące. 

Odette?

Od Aarona CD. J.C.

              Mrok zaczął spowijać miasto, a ja w dalszym ciągu siedziałem w swoim domowym gabinecie, podpisując papiery, pijąc [zimną już] kawę i rozmawiając jednocześnie przez telefon z jakimś lichym klientem, który nie miał nic interesującego do zaoferowania i usilnie próbował wcisnąć mi kolokwialny „kit” i wyciągnąć ze mnie jak największą ilość pieniędzy. 
— Nie jestem zainteresowany pańską ofertą. 
— Ale dorzucę jeszcze w pakiecie… — bez jakiegokolwiek poczucia godności zaczął wręcz błagać o podpisanie umowy, myśląc, że jakieś marne dodatki zmienią moje zdanie. 
— Nie jestem zainteresowany. — powtórzyłem twardo, po raz kolejny ukazując swoje stanowisko w tej sprawie. — Do widzenia. — czym prędzej się rozłączyłem, a z moich ust wydobyło się głośne westchnienie ulgi. 
Czym prędzej posegregowałem papiery, a następnie zająłem miejsce na wielkiej, skórzanej sofie, patrząc się obojętnie na tlący się w kominku ogień i trzymając w dłoni kieliszek wybornej brandy. 
Usilnie próbowałem oczyścić swoje myśli i choć na moment zapomnieć o 
konferencjach, które muszę przeprowadzić, 
papierach, które muszę przeanalizować 
i telefonach, które muszę wykonać. 
Pragnąłem choć na moment zacząć żyć własnym życiem i znaleźć coś, co pomogłoby mi na pewien czas odłączyć swe istnienie od wielkiego, oszklonego wieżowca Brown Inc, który z każdym dniem niczym pasożyt, wysysał ze mnie resztki entuzjazmu i zwykłej, nieszkodliwej beztroski. 
*** 
             Niespodziewanie do moich uszu dotarł rzadko słyszany przeze mnie dzwonek do drzwi, który zapewne zwiastował wizytę jakiegoś kumpla, który po raz kolejny będzie udzielał mi mnóstwa rad o szczęściu, podziale życia zawodowego od osobistego i pracoholizmie. 
Ze znużeniem położyłem pusty kieliszek na stole i delikatnie uchyliłem drzwi, a moje błękitne spojrzenie napotkało dziewczynę, dziwnie znajomą, która przedstawiła się jako Marie. 
— Ach, to ty. Pamiętam cię. — mój umysł momentalnie został spowity wspomnieniami z ostatniej imprezy, podczas której bezwstydnie flirtowałem z panią detektyw do momentu, w którym przerwała nam w tym banda nastolatków, do której wliczała się stojąca przede mną dziewczyna. — Wejdź. — otworzyłem szerzej drzwi, tym samym wpuszczając ją do środka. 
Nastolatka z uwagą pochłaniała spojrzeniem każdy skrawek mojego penthouse’u, po czym rozsiadła się wygodnie na sofie w oczekiwaniu, aż zrobię to samo. 
— A więc, jak się czujesz, Marie? — wyjąłem z szafki brandy i uzupełniłem na nowo zawartość kieliszka. 
— Wypuszczono mnie ze szpitala, więc domyślam się, że wszystko jest w porządku. 
— To dobrze. — haustem wypiłem alkohol, lekko się krzywiąc. — Sprowadza cię coś konkretnego? 
— Tak. Chcę pana ostrzec. — jej spojrzenie momentalnie stało się puste, pozbawione emocji, przerażające. 
— Przed czym? — z ciekawością przyglądałem się dziewczynie, której cera lśniła od blasku ognia z kominka. 
— Przed moją siostrą. 
Po raz kolejny przerwał mi dzwonek, a raczej ich cała salwa. Ktoś bardzo nachalnie pukał, a raczej walił w drzwi. 
Moje brwi mimowolnie zmarszczyły się w geście poirytowania. 
— Wybacz na moment. — zerwałem się z sofy i otworzyłem, a moim oczom ukazała się J.C. 

J.C.?

10 paź 2018

Od Aarona CD. Odette

— Ponoć widziano cię wczoraj w Red Velvet z jakąś studentką. Jak było? — niski głos mojego asystenta roznosił się echem w wielkim, pustym gabinecie na najwyższym piętrze wieżowca.
Nie zważając na jego słowa, w dalszym ciągu siedziałem wygodnie na sporym, skórzanym fotelu, trzymając w dłoni kieliszek brandy i patrząc obojętnie w jeden, stały punkt za oknem.
— Aaron? — nachylił się nade mną, próbując nawiązać jakikolwiek kontakt. — Ron, co jest?
Moja pięść mimowolnie uderzyła w znajdujący się pod ręką stolik do kawy, wywołując tym samym nieprzyjemny dla ucha huk i brzdęk leżących na nim talerzyków.
— Nic. — mój poirytowany wzrok nadal tkwił w widoku miasta rozciągającym się za wielką, oszkloną ścianą.
— Nie unoś się, możesz mi wszystko powiedzieć.
Na samą myśl o tym, co działo się ubiegłej nocy, przez moje ciało przeszedł dreszcz.
Cholera.
Przyjemny dreszcz.

— Skąd doszła do ciebie ta pogłoska? — zdecydowanym ruchem uniosłem kieliszek i upiłem łyk brandy, lekko się przy tym krzywiąc.
— Cóż, kilku moich znajomych cię tam widziało. — oparł się o ścianę, mierząc mnie badawczo spojrzeniem, jakby wchodził na kruchy lód i usilnie próbował sprawdzić, ile może powiedzieć, zanim dostanie ode mnie solidną reprymendę.
— I? — zmierzyłem go obojętnym wzrokiem, aby zdobył się na odwagę i powiedział mi prosto w twarz to, o czym doskonale wiedziałem.
—Z tego, co słyszałem, przez większość czasu obściskiwałeś się z jakąś młodą blondynką.
— Wracaj do pracy, a nie wtrącasz się w moje życie prywatne, Arthur. Przydaj się do czegoś i zrób mi kawę.
Mężczyzna czym prędzej wyszedł, zamykając drzwi tak delikatnie, jak było to możliwe, aby nie wprowadzić mnie w jeszcze większą wściekłość.
Aaron, co ty zrobiłeś?
Jak mogłeś popełnić tyle niewybaczalnych błędów podczas jednej nocy?
I co gorsza, dlaczego ci się to podobało?

Usiadłem przy biurku, a uwagę moich błękitnych oczu przykuło leżące na wierzchu zwolnienie Julie.
Ma problemy zdrowotne.
Nie będzie jej od miesiąca, do nawet dwóch.
Cudownie.
Kto teraz będzie nosił mi kawę i zapalał światło w gabinecie?
*** 
W dalszym ciągu znajdowałem się na obrotowym krzesełku, oglądając ze znużeniem widoki Avenley River o zachodzie słońca.
Z dziwnego stanu otępienia wyrwało mnie delikatne, nieco nieśmiałe pukanie do drzwi.
Odette.
***
— Nie powinniśmy się już widywać.
Moim ciałem targnęła nieokiełznana złość, której za żadne skarby nie pozwoliłem po sobie poznać.
Natura, którą usilnie próbowałem kontrolować, właśnie znalazła ujście.
Dlaczego jesteś zdenerwowany, Aaron?
— Coś jeszcze?
— Nie.
— Dobrze. Wyjdź. — odparłem tak szorstko, że moje słowa mogłyby posłużyć za papier ścierny.
Twarz dziewczyny przybrała dziwny, nieodgadniony wyraz, którego za żadne skarby nie byłem w stanie rozszyfrować.
Aaron, jesteś dupkiem.
*** 
Kolejny dzień w biurze.
Kolejny dzień bez ani jednego znaku od Odette.
Zresztą, co się dziwić, potraktowałem ją bezwzględnie.
Moje surowe spojrzenie utkwiło na jednej z kandydatek, która chciała zatrudnić się na posadzie asystentki podczas nieobecności Julie .
Usiadła naprzeciwko mnie, komicznie się prostując. Już otworzyła usta, aby mydlić mi oczy swoimi zdolnościami, ale przerwałem jej.
— Nie jestem zainteresowany pani osobą. Proszę wyjść.
Kilkukrotnie wypowiedziałem ten zwrot, odsyłając wszystkie zainteresowane posadą kobiety do domu.
Sam będę sobie robił kawę i podlewał kwiatki w gabinecie.
Co się ze mną dzieje? Nie mam pojęcia jaki powód kryje się za moim nieuzasadnionym gniewem, ale muszę przyznać, że przez ostatnie kilka dni zachowuję się jak palant, dlatego postanowiłem, że naprawię chociaż jeden fragment tego, co zrujnowałem.
1111111111111111111111111111111111111111111111111111111
Do: Odette.
Wpadniesz do mojego gabinetu? Potrzebuję kogoś, kto poprawi mi krawat. ;)
1111111111111111111111111111111111111111111111111111111
Skrycie liczyłem, że ten drobny, żałosny żart wplątany w tę wiadomość przyniesie jakikolwiek skutek i spowoduje, iż jasnowłosa czym prędzej pojawi się w progu mojego biura, abym mógł ją przeprosić za to, że jestem Aaronem Brownem.
*** 
Właśnie spakowałem niewypełnione papiery do czarnej, skórzanej teczki z wygrawerowanym A. Brown, po czym zgasiłem światło i wyszedłem z gabinetu, zamykając go tym samym na klucz.
Odette, dlaczego mi to zrobiłaś?
Uderzyłem pięścią w przycisk windy i stukałem butem o błyszczącą podłogę w oczekiwaniu, aż drzwi otworzą się i pozwolą mi nareszcie wydostać się z tego wieżowca i wrócić do apartamentu, w którym będę mógł przepić swoje żałosne smutki z ostatnich dni.
Po dłuższej chwili nieszczęsna winda uchyliła się, a mój wzrok powędrował w górę, napotykając tym samym zielone spojrzenie studentki, która ściskała w ręce stertę papierów.
Odette, twoje oczy mną zawładnęły.
Niszczysz mnie.

Odette?

3 paź 2018

Od Aarona CD. Odette

— Jamie wyraźnie na ciebie leci, a ja… Ja chyba jej utrudniam, nie sądzisz? — delikatnym ruchem uniosła kieliszek i upiła łyk drinka, ciągle utrzymując ze mną kontakt wzrokowy.
— Ach, Jamie. — moje palce mimowolnie zaczęły wystukiwać na blacie rytm jednej z piosenek, wyrażając tym samym moją niecierpliwość w oczekiwaniu na zamówione brandy. — Nie wiem, co mam z nią zrobić. — z zakłopotaniem przetarłem dłonią po karku. — Znaczy, nie jest w moim typie.
Blondynka uniosła brwi, a na jej twarzy przez ułamek sekundy wymalował się smutek.
— Musisz jej to jakoś łagodnie powiedzieć, zanim zrobi sobie większe nadzieje. Cóż, ona widzi w tobie ideał.
— Tak, tak. Kiedyś to zrobię. — kelner nalał do mojego kieliszka zamówiony alkohol i przeprosił za to, że zajęło mu to tyle czasu.

Moja mała brandy.

Uprzedzając wszystkie wątpliwości, nie jestem alkoholikiem, tylko mam problemy z zachowaniem umiaru. Niestety nie tylko wtedy, kiedy chodzi o picie, ale i w wielu innych aspektach mojego życia.
Co najgorsze, zaraz na własnej skórze przekonacie się, że zimny jak lód Aaron Brown, wreszcie przestanie być kołkiem, ba! Aż nadto pozwoli ponieść się drinkom i przeraźliwie głośnej muzyce.
***
W dalszym ciągu siedzieliśmy przy barze, jednak tym razem prowadziliśmy żywszą, dużo luźniejszą konwersację, która obu stronom przyniosła wiele wybuchów niekontrolowanego śmiechu.
— Pamiętam, jak dziś awarię windy i to, jak utknąłem w niej razem z Julie. — zachichotałem, odkładając na blat czwarty, opróżniony już kieliszek brandy. — Myślałem, że jak zaraz stamtąd nie wyjdę, to nabawię się choroby psychicznej.
Jasnowłosa reagowała na moje opowiadania salwami uroczego śmiechu, który sprawiał, że stawałem się weselszy.
— Teraz pora na coś wolnego, zapraszamy wszystkich na parkiet! — usłyszałem głos DJ’a i nie zwlekając, wstałem z krzesełka i chwyciłem dłoń Odette.
— Zatańczysz?
— Mo — czkawka — gę zatańczyć. — jej buraczane policzki i błyszczące oczy wskazywały na to, że była w niedużo lepszym stanie ode mnie.
Tyle, że nie wypiła nawet połowy tego, co ja.
Przeciskaliśmy się przez tłum, aby wreszcie dostać się na upragniony parkiet i choć przez moment móc odetchnąć od niewyobrażalnego ścisku, który panował w lokalu.
*
Pewnym ruchem położyłem dłonie na biodrach dziewczyny i mocno przyciągnąłem ją do siebie tak, że nasze ciała delikatnie się ze sobą zetknęły.
— Chyba pozwalam sobie na zbyt wiele. — mój zachrypnięty szept dotarł wprost do jej ucha, przez co poczułem, jak drgnęła w moim uścisku.
Dziewczyna w odpowiedzi zaplotła swoje ręce na moim karku, a jej spojrzenie napotkało moje.
— Mówił ci ktoś, że masz cholernie seksowne oczy? — wypowiedziałem to bez większego zastanowienia, nie zdając sobie sprawy z wagi tych słów.

Aaron, miałeś być neutralny.
W każdym momencie.
Spieprzyłeś, już na samym początku imprezy.

Wiem, że nie działałem sam.
Byłem świadomy, kto jest winowajcą mego niezbyt stosownego zachowania.

Moja mała brandy.

A raczej nie taka mała, bo wypita w ogromnych ilościach.
— A tobie ktoś mówił, że wyglądasz cholernie seksownie w tej koszuli? — przybliżyła się, aby móc delikatnie ugryźć płatek mojego ucha, doprowadzając mnie tym do wewnętrznego szału.

O, w mordę.
Aaron, czerwona lampka.
Odsuń się, nie daj się ponieść upojeniu.

Wydałem z siebie cichy pomruk zadowolenia i jeszcze bardziej wzmocniłem uścisk, a moje oczy pociemniały z pożądania.

Odette, obudziłaś drzemiące we mnie demony.
Miałem nad nimi kontrolę.
Do teraz.

Dłonie, jak gdybym nie miał nad nimi kontroli, upadły niebezpiecznie nisko, a usta wpiły się w szyję kobiety, obdarowując ją licznymi, pełnymi zaborczości pocałunkami, które zabraniały jakiegokolwiek sprzeciwu. 
Do moich uszu dotarł szybszy oddech jasnowłosej, która odchyliła delikatnie głowę do tyłu, tylko ułatwiając mi zadanie.

Odette, zapanuj nad moimi demonami. 

Dziewczyna chwyciła w dłoń moją kruczoczarną czuprynę, po czym przyciągnęła mnie bliżej, łącząc nasze wagi w pocałunku, który nie miał nic wspólnego z delikatnością, subtelnością i czułością.
To była walka, bitwa, próba udowodnienia sobie czegoś.
Imprezowicze patrzyli na nas, marszcząc z poirytowaniem brwi lub odwracali wzrok.
Nie dziwię im się.
***
Właśnie popijałem kolejny kieliszek brandy i rozsiadłem się wygodnie na jednej z sof.
— Aaron...? — wybełkotała, zajmując miejsce obok mnie. — Mam jutro — czkawka — rano zajęcia, a już...? Która jest godzina? — spojrzała na zegar wiszący na ścianie, jednak zmrużyła oczy i nie zdołała rozczytać z niego godziny.
— Kilka minut po północy, a cooo? — odparłem przeciągle, odkładając kieliszek na stoliku.
— Odwieziesz mnie do domu?
— Zamówię taksówkę, skarbie.
Powolnym ruchem wyciągnąłem telefon z kieszeni spodni i wykręciłem numer do pierwszego lepszego taksówkarza.
***
Właśnie staliśmy przed drzwiami do mieszkania Odette, mierząc się kokieteryjnymi spojrzeniami.
— Dziękuję za tą noc! Było odjazddd...! — zachichotała — owo. — wykonała krok do przodu, zmniejszając odległość pomiędzy nami do minimum.
— Polecam się na przyszłość. — zaśmiałem się ochryple, a dziewczyna chwyciła mnie za kołnierzyk od koszuli i przyciągnęła do siebie.
Moje oczy ponownie pociemniały, ręce wędrowały beztrosko po jej ciele, nie zważając na nic.
Przycisnąłem studentkę do ściany i pogłębiłem nasz pocałunek, czując jednocześnie, jak jej serce  gwałtownie przyspiesza swój rytm.
Bezwstydnie trwaliśmy dłuższą chwilę w namiętnym pocałunku, wydając z siebie tylko ciche pomruki.
*
— Aaron? Odette?! Co to ma znaczyć? — w progu drzwi stanęła rudowłosa, a my odskoczyliśmy od siebie niczym poparzeni, mimo tego, że nie chcieliśmy przerywać.

Uspokój moje demony, Odette, zanim się w nich zatracę.


Odette?
Za ewentualne błędy przepraszam, pisałam to nieco przed północą, przez co moja umiejętność lokalizowania błędów już wygasła.