Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Isabelle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Isabelle. Pokaż wszystkie posty

1 mar 2020

Odejście

Żegnamy Alisz i całą jej gromadkę!

29 wrz 2019

Od Isabelle C.D Taylor

     - Alan, nie wchodź tam! - Usłyszałam niewyraźnie głos mojej matki dochodzący zza drzwi. Był on jednym z bodźców, które przyczyniły się do mojego obudzenia. Jednak nic sobie z tego nie robiłam i mrucząc cicho pod nosem jakieś niewyraźne, pojedyncze słowa, przewróciłam się na drugi bok, przykrywając jeszcze szczelniej kołdrą. Ledwo co nadeszła jesień, a już daje nieźle w kość. Za przykład podając chorobliwie zimną temperaturę na zewnątrz i silny, zimny wiatr.

9 cze 2019

Od Isabelle Do Harper

    Od czasu, gdy przeprowadziłam się do Avenley River, minął już rok. Bardzo spokojny rok. Spędziłam go częściowo na pracy, odpoczynku w domu i sporadycznych spotkań ze znajomymi. Nie doświadczyłam absolutnie niczego, co choćby na chwilę zniszczyłoby mój spokój... Chociaż, jest jedna taka rzecz. Pewnego dnia prąd w całym moim domu szlag trafił, a ja musiałam bez niego wytrzymać parę dni. Najbardziej jednak dotknęło mnie wtedy to, że lodówka i zamrażarka przestały mi chodzić. Tak, to był niezaprzeczalnie jedyny koszmar, który spotkał mnie w tym roku. Tylko to, nic poza tym. Żadnych natrętnych pismaków ani psycho-fanów, których miałam często przyjemność spotykać. W sumie nic dziwnego, dałam sobie spokój z aktorstwem i zostałam ponownie wchłonięta w tłum zwykłego, szarego społeczeństwa.
    W końcu tego chciałam, prawda?

1 lut 2019

Od Isabelle C.D Charles

    Kiedy mężczyzna zniknął mi z pola widzenia, ja nadal trwałam w szoku po jego nagłym ruchu. Pocałował mnie. On naprawdę to zrobił. Co go podkusiło, żeby to robić? Otworzyłam się przed nim… może to dlatego? Nie wiem. Prawda jest taka, że ledwo go znam. Widzieliśmy się zaledwie parę razy, z czego tylko dzisiaj spędziliśmy ze sobą odrobinę więcej czasu niż zazwyczaj. Właśnie… a ja zdążyłam się przed nim otworzyć. No cóż, taka już jestem. Otwarta księga, strasznie wylewna w uczuciach. Emocje wypływają ze mnie strumieniami, a ja w żadnym stopniu nie potrafię tego ukrywać, kiedy jestem z kimś sam na sam. Powiedziałam mu o mojej niedalekiej przeszłości. O ranach, które jeszcze mimo wszystko nie zdążyły się dobrze zasklepić i wyryć widocznej blizny na psychice. Fakt, że mu o tym wszystkim powiedziałam, był dla mnie jak dobrowolne wyrwanie sobie szwów i doprowadzenie do kolejnego krwotoku. Ból wrócił na nowo, jednak nie tak nasilony, jak kiedyś. Szramy nie były już świeże, a ja zdążyłam przywyknąć do tego, co mnie spotkało. Czas zrobił swoje, jednak nie uleczył mnie całkowicie. Nadal gdzieś w głębi będę mieć cząstkę tego, co straciłam rok temu. Ta cząstka rani mnie, ale i jednocześnie przynosi ulgę w cierpieniu, a nawet wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Nawet gdybym mogła, to nie potrafiłabym się tego pozbyć. Nieważne, co bym robiła, to moje życie, jak i życie każdego człowieka, będzie zbiorem przypadkowych zdarzeń, wzlotów, upadków, a także i chwilowych załamań. Jednak jednego jestem pewna - nie żałuję niczego. Nie żałuję żadnej obranej przeze mnie drogi, podjętej decyzji, niczego. Uważam, że mam dobre życie i jestem z tego dumna, a to jest najważniejsze.
    Mój wzrok nadal był wlepiony w plecy Charles’a, który powoli oddalał się w stronę wejścia do budynku. Siedziałam w miejscu, nie potrafiłam się poruszyć, kiwnąć palcem, czy nawet mrugnąć. Pocałunek wprawił mnie w osłupienie. Nie wiedziałam, jak mam to odebrać. To było... ciężkie... bardzo ciężkie… Może to był przypadek? Może teraz sam też tego żałował? Nie wiem, nie siedzę w jego głowie, ani też nie słyszę jego myśli, jedynie mogę się domyślać, co ten pocałunek oznaczał. Może nic? Najpewniej. Był to zupełny przypadek, który zdarzył się pod wpływem chwili. Nic więcej.
    Westchnęłam ciężko i położyłam swoje dłonie na skroniach. Przymknęłam oczy i zaczęłam w miarę intensywnie je masować, jakby ta czynność miała sprawić, że wszystkie myśli, jakie napłynęły do mojej głowy tego dnia, idealnie się uporządkują i przestaną mnie dręczyć. Tak się jednak nie stało. Gdy wróciłam do domu, umyłam się, obejrzałam telewizję i położyłam spać - to ciągle we mnie siedziało i pukało do drzwi mojego umysłu, jak mały, nieznośny goblin, który nie potrafi sobie z czymś dać spokoju. Przez pół nocy nie potrafiłam zmrużyć oka, a gdy w końcu to zrobiłam, to dość szybko się budziłam. Ta noc była dla mnie wyjątkowo niespokojna.
    Następne dni płynęły standardowym trybem - pracowałam i siedziałam w domu, na przemian. Całe szczęście z dnia na dzień myśl o pocałunku powoli znikała, a ja mogłam zająć się sama sobą, nie myśląc już o tego typu pierdołach. Jednak mimo wszystko coś podkusiło mnie, by wrócić do tej sprawy. Po południu jednego dnia - była to sobota - wzięłam telefon do ręki i wybrałam jego numer. Przypomniałam sobie akurat parę dni później, że zaproponowałam mu chodzenie z jego psem na spacery, a kompletnie o tym zapomniałam. Właśnie w tej sprawie chciałam zadzwonić, ale gdy do moich uszu doszedł dźwięk jego głosu, zdarzenia z poprzednich dni wróciły do mnie ze zdwojoną siłą, jednak nie dałam tego po sobie poznać. Zrobiłam dobrą minę do złej gry i w końcu się odezwałam:
     - Hej, miałam wpaść któregoś dnia i wyprowadzić twojego psa na spacer - uśmiechnęłam się, by po chwili spotkać się z jego zdziwionym głosem.
     - Serio? Nadal chcesz to zrobić?
     - Tak. Czemu nie? Wezmę jeszcze swojego psa i obskocze dwa za jednym zamachem - zaśmiałam się dźwięcznie, co spotkało się z jego wtórowaniem.
     - To co powiesz na małą kawę po spacerze? - zaproponował, na co ja od razu odruchowo pokiwałam twierdząco głową.
     - Jasne, z tobą zawsze - uśmiechnęłam się szeroko.
     - No to jesteśmy umówieni.
    W tym momencie właśnie nastąpiło przerwanie połączenia. Westchnęłam przeciągle i od razu udałam się do szafy po płaszcz. Szybko go narzuciłam na swoje ramiona, owinęłam się szalem i złapałam za smycz, wołając przy tym mojego psiaka. Ten w mgnieniu oka znalazł się przy mojej nodze, szczerząc się w moją stronę i merdając radośnie ogonem. Wzięłam go na ręce, jeszcze nie zapinając smyczy i wyszłam z domu, zamykając za sobą drzwi. Od razu wsiadłam do samochodu, sadzając obok siebie Brusha i ruszyłam spod budynku. Nim się spostrzegłam byłam już pod studiem, które Charles prawdopodobnie wynajmował. W tym też momencie zapięłam smycz na obroży mojego psa i nadal z nim na rękach, podeszłam do wejścia. Zapukałam parę razy, by po chwili drzwi otworzyły się przed mną, a w progu stanął wysoki mężczyzna z nogą w gipsie. Uśmiechnął się do mnie, jednak widziałam na jego twarzy znak, że jego kula u nogi (dosłownie) strasznie utrudnia mu normalne funkcjonowanie. Parsknęłam cichym chichotem, na co mój pies zareagował dosyć donośnym szczeknięciem.
     - Cześć - powiedziałam wesoło, na co ten odpowiedział mi tym samym. Chwilę później już mogłam dostrzec jego małego, puchatego przyjaciela, pałętającego mu się pod nogami. Nie minął moment, a ja już kucnęłam przed nim i pogłaskałam go po pyszczku. - Hej Loki - uśmiechnęłam się promiennie, - gotowy na spacer?
    Ten w odpowiedzi szczeknął radośnie. Brush zaczął mi się wyrywać, koniecznie chcąc należycie przywitać spotkanego przyjaciela. Bez większego zastanowienia postawiłam go obok Lokiego, by chwilę później dostać do dłoni smycz od bruneta. Podniosłam na niego wzrok i uśmiechnęłam się delikatnie, przypinając ją do obroży jego psiaka. Zaraz potem podniosłam się na równe nogi i chwyciłam obie smycze w jedną dłoń.
     - Pospaceruję z nimi jakieś pół godziny, może dłużej i wrócę - oznajmiłam przytrzymując smycze z psiakami jak najbliżej swojej nogi.
     - Nie musisz się spieszyć - uśmiechnął się, co od razu odwzajemniłam.
     - Wiem - zaśmiałam się dźwięcznie. Myśl o pocałunku nadal zaprzątała mi głowę, jednak nie dawałam tego po sobie poznać. Po prostu się rozluźniłam i poszłam na żywioł, że tak powiem. Całkiem nieźle się trzymałam. - No to do później! - Pomachałam mu i ruszyłam w drogę.
    Zima, mróz i wszechobecny śnieg. Dużo śniegu. O wiele więcej, niż było w poprzednim roku, jednak nie było aż tak zimno. Dało się przeżyć. Loki i Brush też nie narzekali. Mnie nawet robiło się powoli gorąco w jednym momencie. Wtedy też zdecydowałam się na zdjęcie mojego szalika i delikatne rozpięcie płaszcza, jednak już parę minut później musiałam się zapiąć, bo mróz dawał mi trochę w kość. Niestety, ale na moją ulubioną temperaturę mogę liczyć tylko jesienią.
    Mimo wszystko ten spacer nie trwał długo. Już po dwudziestu minutach chodzenia po parku, psy zaczęły mnie ciągnąć w stronę studia Charles’a. Widocznie im obecna temperatura na zewnątrz też nie przypadła do gustu. Niedługo później stałam z psiakami pod drzwiami budynku i zapukałam parę razy moimi czerwonymi od zimna palcami - głupia zapomniałam rękawiczek z domu. Mój nos też wcale lepiej nie wyglądał. To samo można też było powiedzieć o uszach. Nie czekałam długo, gdy w końcu Charles otworzył przede mną drzwi i wpuścił do środka. Pierwsze co zrobiłam to odpięłam smycze psom i pozwoliłam im swobodnie pobiec w głąb pomieszczenia. Później sama ściągnęłam z siebie płaszcz i buty, które położyłam przy drzwiach.
     - Zimnoo - przeciągnęłam ostatnią literę, pocierając dłońmi o swoje ramiona.
    Brunet zaś zaśmiał się dźwięcznie i poprowadził mnie do jego niewielkiej kuchni.
     - Wiem co cię rozgrzeje.
     - Co takiego? - zmarszczyłam brwi zainteresowana. Wtem Charles wyciągnął z jednej szafek dużą, litrową butelkę wina. Grzanego wina. - Ale ja jestem samochodem.
     - Masz jutro pracę?
     - Nie.
     - To będziesz mogła zostać na noc - uśmiechnął się, a ja od razu spaliłam buraka. Oj kusił.


< Charles? BIERZ JOM, oddaje pałeczkę (jest uległa) >

+10 PD

9 gru 2018

Od Isabelle C.D Charles

    Gdy mężczyzna w końcu zajął miejsce w moim samochodzie i zamknął za sobą drzwi, ruszyłam z miejsca, kierując się w stronę wyjazdu ze stadniny. Charles chyba podejrzewał, że zamierzam go zawieźć do szpitala, jednak nic nie mówił. Jakby dobrowolnie zgadzał się z moją wolą, chociaż jeszcze chwilę wcześniej tak bardzo się upierał. No cóż, w końcu, to nie on prowadzi samochód. Jest więc skazany na mnie i na moje plany w stosunku do niego.
    Droga do szpitalu zajęła mi niecałe dziesięć minut. Dziesięć minut spędzonych na zupełnie niezobowiązujących rozmowach z moim poszkodowanym towarzyszem. Nadal się dziwiłam, że był w stanie tak długo ukrywać przed mną swój ból w kostce. No cóż, chyba wiedział, jakie konsekwencje by go wtedy spotkały. Zdecydowanie nie dałabym mu wtedy spokoju, dopóki nie miałabym gwarancji, że nic mu już nie grozi. Tak też było i teraz. Mimo jego protestów, pomogłam mu wysiąść z samochodu i dojść do wejścia budynku. Próbował mi wmówić, że nic mu się nie stanie, gdy te parędziesiąt metrów przejdzie się sam, jednak ja mimo wszystko nie chciałam, by ten zbytnio się nadwyrężał. Nie było takiej potrzeby - byłam ja do pomocy.
    W recepcji od razu zgłosiłam jego przypadłość i poprosiłam o jak najszybszą pomoc. Teraz wystarczyło tylko czekać. Usiadłam obok niego w poczekalni i rozpięłam moją cienką kurtkę.
     - Nie musiałaś mnie tu ściągać, sam bym sobie dał radę - powiedział, jak gdyby nigdy nic.
     - Musiałam - zerknęłam na niego kątem oka. - Jesteś głupi, że to przede mną ukrywałeś.
     - Jestem mężczyzną, nie okazuje słabości - powiedział, żartobliwie wypychając pierś do przodu. Tak, jakby miała z marszu uwierzyć w to, co ten powiedział.
     - Chyba chłopcem - parsknęłam cichym śmiechem, negując wszystko to, do czego ten chce mnie przekonać. - Przystojnym chłopcem - poprawiłam.
     - A dziękuję - powiedział z uśmiechem, spoglądając na mnie i skrupulatnie obczajając moje ciało od góry do dołu. Zauważyłam to, przez co na mojej twarzy ukazał się delikatny rumieniec. On nawet się z tym nie krył. - Ty też jesteś niczego sobie.
     - Dziękuję wasz mościu za waszą subiektywną opinię - zaśmiałam się. - Trochę wam zajęło stwierdzenie tego.
     - Musiałem dobrze się przyjrzeć, nie mogłem tego ocenić, bez mojego wszechwiedzącego spojrzenia. - Jego ręka wylądowała na oparciu mojego krzesła, przez co bezpośrednio stykała się z moimi plecami. Nawet nie drgnęłam na jego ruch, tylko wygodniej się usadowiłam i skierowałam na niego swój wzrok.
     - Twoja pewność siebie mnie rozwala - powiedziałam prosto z mostu. Ten jednak nie zdążył nic odpowiedzieć, bo lekarz już do nas podszedł. Charles gwałtownie wstał, przez co nie uważał i za bardzo przeciążył swoją skręconą kostkę. Zachwiał się i prawie upadł na krzesło, na którym wcześniej siedział. Jednak ja w porę podparłam go ręką, pomagając się utrzymać. Chwilę później już widziałam jak odchodzi razem z lekarzem w stronę jego gabinetu. Jego kroki były dumne, starał się nawet nie kuleć, co średnio mu wychodziło. Widocznie chciał mi zaimonować tym, jaki jest wytrzymały i męski.
    Minęło prawie pół godziny, gdy zobaczyłam go wychodzącego z gipsem na nodze. Parsknęłam śmiechem na ten widok. Mężczyzna wyglądał, jakby to wszystko, cała ta sytuacja odejmowała mu coś z męskości. Wstałam i podziękowałam doktorowi kiwnęciem głowy, po czym złapałam Charlesa za rękę i powoli pomogłam mu wyjść ze szpitala.
     - Nie musisz mnie asekurować, dam sobie radę. W końcu, jestem kaskaderem - zaśmiał się, wyrywając powoli z mojego uścisku. Z wielkim bólem, który osiadł na mojej dumie, pozwoliłam mu samemu dojść do auta, lecz jego wypowiedź nie obyła się bez mojego subiektywnego komentarza.
     - Poszkodowanym kaskaderem - parsknęłam cicho, otwierając samochód. - Potrzebujesz specjalnej opieki? - uśmiechnęłam się, puszczając mu oczko i chwilę później wsiadłam do pojazdu. To zabrzmiało dwuznacznie, wiem. Miało tak zabrzmieć.
     - Tak, bardzo proszę. - Odwzajemnił mój uśmiech, siadając obok mnie. Najwidoczniej zdołał dosyć szybko wyłapać podtekst, który znajdował się w tym zdaniu.
     - To z tym nie do mnie, - odpaliłam samochód, - nie znam się na lecznictwie.
     - Ach, szkoda. Może kiedy indziej?
    Kiwnęłam głową w odpowiedzi.
     - Może… chciałbyś wstąpić na jakiś czas do mnie do domu? Zrobię kawę, usiądziemy, pogadamy, jak znajomi - uśmiechnęłam się, proponując mu ten pomysł. Ten przez chwilę się zamyślił, lecz już parę sekund później odwzajemnił mój uśmiech i pokiwał głową.
     - Z chęcią.
    I tak właśnie znaleźliśmy się w moim domu. Oczywiście po wejściu powitał nas swoim radosnym szczekaniem mój pies - Brush. Kręcił się między naszymi nogami, obwąchiwał uważnie ubranie mężczyzny i szczekał na jego buty, jakby te ewidentnie coś mu zrobiły. Pomijam już to, że jak mój pies zobaczy swoje odbicie w lustrze, to od razu ucieka.
     - Energiczny jest - stwierdził po chwili Charles, obserwując uważnie mojego czworonożnego przyjaciela. Kiwnęłam głową z cichym śmiechem.
     - Taka jego natura. Wszystkie szczeniaki takie były. - Podrapałam się po głowie i weszłam do kuchni, wyciągając filiżanki i nastawiłam wodę na kawę. - Możesz pójść do salonu, zaraz do ciebie wrócę.
    Mężczyzna kiwnął głową i skierował się właśnie w tamtą stronę. Ja szybko zrobiłam to, co miałam zrobić i z tacką z filiżankami zapełnionymi gorzką cieczą, ruszyłam do pokoju, który znajdował się tuż obok. Położyłam to wszystko na stoliku i podniosłam wzrok na mężczyznę, który uważnie przyglądał się ścianie. Ścianie, na której widniały różnie zdjęcia i niewielkie pamiątki z planów filmowych. Wśród nich znajdowała się też moja ulubiona fotografia - przedstawiała mnie nagą w wodzie. Scena, w której bohaterka, którą grałam, ostatecznie zakończyła swój żywot.
     - Tak - uprzedziłam jego pytanie. - Jestem aktorką.


< Charles? c: >

20 lis 2018

Od Isabelle C.D Charles

    Gdy wróciłam do domu, na mojej twarzy wymalowało się zadowolenie, spowodowane dzisiejszym spotkaniem z Charlesem. Kto by się spodziewał, że spotkam go dzisiaj w parku o tej porze? Jeszcze się dowiedziałam, że ma psa i to równie małego, co mój. Jednak dalej z lekka byłam speszona jego zachowaniem i bliskością jego dłoni z moim dekoltem. Samo wspomnienie o tym, przyprawia mnie o dreszcze, które były… całkiem przyjemne.
    Następny dzień przywitałam z uśmiechem na twarzy. Szybko doprowadziłam się do porządku po całej przespanej nocy i wyszłam z domu, zostawiając psa z dość dużą porcją jedzenia. Dość szybko przyjechałam do pracy, od razu zaczynając z grubej rury. Dziewczyna, którą miałam nauczyć podstaw skoków, już czekała na mnie na padoku razem ze swoją własną klaczą - podobno czempionka, nie wiem, nie mnie oceniać, lecz nie jestem zwolenniczką zaczynania nauki na takich zaawansowanych koniach. Jednak nie sprzeciwiłam się i pozwoliłam jej na niej jeździć. Lekcje nie szły źle, dziewczyna nawet nieźle sobie radziła, z czego byłam bardzo zadowolona.
    Przez jakiś czas czułam się obserwowana. Miałam wrażenie, że ktoś ciągle i bezustannie wodzi za mnie wzrokiem. W końcu tę osobę dostrzegłam - był to Charles we własnej osobie, jednak zdecydowałam się do niego podejść dopiero po zakończeniu lekcji.
    Z uśmiechem na ustach podeszłam do mężczyzny i oparłam przedramiona o ogrodzenie, zaczynając z nim zupełnie niezobowiązującą rozmowę, która pozwoliła mi się rozluźnić po stresie, jaki mną zawładnął podczas lekcji. Stałam się pełną energii ostoją spokoju, o ile coś takiego istnieje.
    Charles zaproponował mi przejażdżkę po pracy, na którą bez wahania się zgodziłam. Powiedziałam mu, żeby po ukończeniu szkolenia przyszedł do mnie. I właśnie tak zrobił. Szybko zwinęłam się z lekcjami z moją ofiarą - jak zazwyczaj nazywałam moich pseudo uczniów i natknęłam się na mężczyznę, idąc dokładnie w stronę stajni.
     - To co? Gotowa na przejażdżkę? - zagadnął na powitanie, na które momentalnie zareagowałam uśmiechem.
     - Prawie - westchnęłam cicho. - Dopiero co skończyłam zajęcia i nie zdążyłam pójść po konia i go osiodłać.
     - To zupełnie tak jak ja - zaśmiał się przyjemnie. - Pójdziemy po nie razem.
    Skinęłam głową i oboje ruszyliśmy w stronę stajni. Pierwsza wyprowadziłam z boksu konia, z którym najbardziej się tutaj zaprzyjaźniłam. Była to piękna, gniada klacz z białą strzałką na głowie, o dumnym imieniu - Shadia . Szybko wyczesałam jej sierść i grzywę, by później osiodłać ją bez większego problemu. Shadia miała to do siebie, że nie dawała się osiodłać, dopóki nie została dokładnie wyczesana. Można się śmiać, ale dobrze wiem, co ona czuje.
     - Ty już gotowa? - popatrzył na mnie zdziwiony Charles, dopiero wyprowadzając swojego konia ze stajni.
     - Nie moja wina, że tak długo wybierasz konia - zachichotałam, głaszcząc klacz po chrapach. - Wybrałeś akurat tego ogiera?
     - Tak, a czemu nie? - parsknął cicho, biorąc do ręki szczotkę, którą wcześniej używałam na Shadii. Podczas jego chwili nieuwagi, ogier odsunął się od płotka, do którego był przywiązany, specjalnie, by zbliżyć się do gniadej klaczy i delikatnie trącić ją łbem w szyję.
     - Właśnie dlatego - zaśmiałam się, zwracając na siebie uwagę mężczyzny. Gdy ten podniósł na mnie swój wzrok, wskazałam ruchem głowy na poczynania naszych dwóch rumaków.
     - Czemu ich zaloty mają być powodem? - uśmiechnął się. - Pozwólmy im trochę czasu spędzić razem, hm? - Nie odsuwając ogiera od klaczy zaczął go wyczesywać. Ja mimo wszystko weszłam między konie i odsunęłam trochę klacz od ogiera, na co ten podziękował mi złapaniem za moje włosy i gwałtownym ich pocignięciem.
     - Ała! - podniosłam głos odrobinę i obróciłam się przodem do konia, by wyciągnąć mu moje biedne kosmyki z pyska. - Nie rób tak więcej - powiedziałam do niego, tym razem patrząc mu prosto w oczy, na co ten, jakby obrażony, odwrócił łeb w przeciwną stronę. Mogłam kątem oka dostrzec, że mężczyznę bawi cała zaistniała tu sytuacja.
    Kiedy ten uporał się ze swoim rumakiem, nie zwlekaliśmy i od razu wsiedliśmy na konie, ruszając w teren. Tak jak się spodziewałam - ogier nie chciał ani na jeden krok odstąpić od klaczy. Może nie mieliśmy z tym jakiegoś niesamowitego problemu, jednak ciągłe zahaczanie o strzemię, w którym nie znajdowała się moja stopa, stawało się uciążliwe.
     - Może przyspieszymy tempa? - zaproponował Charles, powoli poganiając konia do szybszego biegu. Spojrzałam na niego, po czym bez żadnego słowa zaczęłam jechać szybciej i coraz bardziej zostawiać go w tyle. W tym czasie spoglądałam na niego przez ramię, by chwilę później ostatecznie odwrócić od niego wzrok i przyspieszyć jeszcze bardziej, wykorzystując przy tym w pełni potencjał konia. Wiedziałam, do czego Shadia była zdolna i jak wysoko znajdują się jej granice. Wiedziałam też doskonale, że koń, na którym jechał mężczyzna, do gorszych nie należał i w mgnieniu oka powinien się znaleźć obok mnie. W czasie gdy wybiegłam z niewielkiego lasku na polanę, a jego jeszcze nie było, zaczęłam się trochę przejmować. Stępem wkroczyłam ponownie na ścieżkę, by wrócić do zagajnika. W międzyczasie zastanawiałam się, gdzie ich mogło wciąć i miałam nadzieję, że szybko ich znajdę.


< Charles? c: >

23 paź 2018

Od Isabelle C.D Charles

    Po skończonych zajęciach, jak miałam w zwyczaju - w sumie, jak każdy - zamierzałam wrócić do domu. Już planowałam, co zrobię, gdy tam dotrę. Pewnie to, co zawszę - spacer z psem łamane na dobry serial bądź książkę i ciepłą herbatę. Niegdyś byłam wychwytywaną aktorką telewizyjną, codziennie bywałam na planie, na którym działy się naprawdę różne rzeczy. A teraz? Moje życie powoli zmienia się w rutynę. Można powiedzieć, że ledwo co mam kontakt z ludźmi, nie licząc czasu kiedy jestem w pracy. Fakt brakuje mi dawnego zajęcia, ale czy na tyle, bym musiała tam wracać? Żeby to wszystko przypominało mi o nim? Szybko wyrzuciłam tę myśl z głowy. Nie po to przez dobre pół roku walczyłam z myślami o nim, by teraz znowu do tego wrócić.
    Podeszłam pogrążona myślami do mojego samochodu. Moje ruchy były strasznie mechaniczne, a twarz spowiła obojętność, dopóki nie usłyszałam już znajomego mi męskiego głosu.
     - To jak z jutrem?! - krzyknął, na co ja momentalnie podniosłam wzrok, a na moją twarz wkradł się delikatny uśmiech. Szczerze? Nie spodziewałam się, że spotkam go po raz kolejny akurat na parkingu.
     - Nadal aktualne - odpowiedziałam głośno, by dał radę to usłyszeć z dość dużej odległości. Chwilę później zobaczyłam, jak jego twarz przecina subtelny, acz dosyć szeroki uśmiech, którego momentalnie odwzajemniłam. Jednak w pewnym momencie coś w głębi mnie, kazało mi czym prędzej wsiąść do samochodu i odjechać, nie odwracając się za siebie. Nie. Nie mogłam aż tak bardzo się odizolować od ludzi. Znowu. Nie po to przechodziłam przez te całe katusze, by teraz do tego wrócić i całkowicie pogrążyć się w ciemności, jaką rozpościerała za sobą moja przeszłość.
     - To do zobaczenia, już nie mogę się doczekać. - Prawie nie spuszczając ze mnie wzroku, wsiadł na motocykl, w czasie gdy ja się siłowałam z drzwiami samochodu, które krótko mówiąc, się zacięły.
     - Ja też - posłałam w jego stronę lekki uśmiech i mocniej szarpnęłam za drzwi, które jakimś cudem tym razem nie stawiały żadnego oporu, Ja zdziwiona i może nawet lekko tym przestraszona, odsunęłam się o dwa kroki w tył, robiąc wielkie oczy. Chwilę później usłyszałam cichy śmiech mężczyzny i warkot silnika, by po chwili podnieść wzrok i wbić go w jego plecy. Odjechał. Ale nie na zawsze, nie? No skoro usłyszałam od niego “do zobaczenia” to coś to musiało znaczyć, nie? Dobra, mój tok myślenia powoli zmierza w złą stronę. Nikt od ciebie nie ucieka, Isabelle.
    Zaraz później byłam w drodze do domu, gdzie pierwsze co zrobiłam to długą kąpiel. Nie miałam innego, większego pragnienia niż porządna, gorąca randka z wanną [zabawnie to brzmi]. Dokładnie po niej zamierzałam zrobić sobie jakąś kolację i usiąść przed telewizorem, lecz Brush wywrócił moje plany do góry nogami. Gdy wyszłam z łazienki, otulona jedynie białym, puchatym ręcznikiem, pies podbiegł do mnie ze smyczą w pyszczku, wesoło przy tym merdając ogonem. Za pierwszym razem pokręciłam przecząco głową i powiedziałam “nie”, by dać mu do zrozumienia, że nigdzie nie idziemy. Lecz kiedy ten zaczął cicho skomleć i położył się przede mną, wpatrując swoimi wielkimi, uroczymi ślepiami z widocznie wypisaną w nich prośbą, to nie mogłam się nie zgodzić.
    Westchnęłam cicho i delikatnie się uśmiechnęłam, kucając przy nim i powoli przyłożyłam dłoń do jego łebka, by go po nim pogłaskać.
     - Już, już… Pójdziemy na ten spacer - szepnęłam cicho z delikatnym uśmiechem na ustach. Brush, słysząc słowo “spacer", momentalnie się pobudził i szybko podniósł się na cztery łapy, by chwilę później skakać wokół mnie i szczekać radośnie. Zaśmiałam się cicho i wstałam, by przejść do sypialni i szybko przebrać się w najzwyklejsze ubrania, jakie miałam - białą koszulkę, spodnie i pierwszy lepszy kardigan, jaki był pod ręką. W drodze do wyjścia, trzymając smycz w jednej dłoni, już podpiętą do obroży mojego psa, wkładałam pierwsze lepsze buty jakie mi się nawinęły, Oczywiście nie szpilki, bo bym chyba umarła. Na spacery zdecydowanie są lepsze zwykłe tenisówki.

▼▲▼▲▼▲▼

    Przez dobre pół godziny chodziłam po parku razem z Brushem i już miałam zawracać do domu, gdy napotkałam na swojej drodze znajomego mi już człowieka. Od razu posłałam mu uśmiech, na co ten zareagował tym samym. Chwilę później stał tuż obok mnie, a mój pies wesoło obwąchiwał jego, jak i jego towarzysza.
     - A cóż to za spotkanie - pierwsza się odezwałam, uśmiechając się dosyć szeroko. - Nie spodziewałam się spotkać tutaj ciebie. Miła niespodzianka.
     - Mógłbym powiedzieć to samo - zaśmiał się Charles. - Nie mówiłaś mi, że masz psa.
     - Bo nie pytałeś - odpowiedziałam momentalnie, zakładając kosmyk włosów za ucho. Naszą rozmowę chwilę później przerwało szczekanie i powarkiwanie naszych psów. Zerknęłam w ich stronę. Psie zaczepki, które sobie fundowały nasze czworonogi, nie wyglądały wcale groźne, więc nie zamierzałam ich rozdzielać.
     - Jak się wabi? - Wskazał ruchem głowy na mojego psa, przy okazji też skupiając moje myśli na jego osobie.
     - Brush, a twój?
     - Loki. Nazwałaś swojego psa “szczotka”? - Uniósł jedną brew w rozbawieniu, przenosząc swój wzrok na moją twarz. Zaśmiałam się cicho.
     - Tak jakby, trochę wymyślone na poczekaniu, a jako że skojarzyło mi się z jego sierścią, to jakoś tak wyszło. - Zerknęłam na niego kątem oka. Fakt jest taki, że nie rozważałam wyboru żadnego innego imienia dla mojego szczeniaka. Nie zastanawiałam się nawet nad tym dłużej. Pierwsze, co mi wpadło do głowy, jak go zobaczyłam, to szczotka no i w sumie… Tak zostało, ale nawet mi to nie przeszkadza. - A imię twojego psa jest zaczerpnięte z nordyckiej mitologii?
    Kiwnął głową.
     - Tak, jakoś tak mi się spodobało - uśmiechnął się, raz na parę sekund spuszczając wzrok na swojego futrzastego przyjaciela.
     - Loki, bóg oszustwa, nie pasuje mi do tego psiaka - zauważyłam, i kucnęłam przed psem, by podrapać go delikatnie za uchem. - Ale imię ładne. Zwierzak też cudny. - Na mojej twarzy zagościł szerszy uśmiech.
     - Twój też niczego sobie. - Poszedł w moje ślady i również kucnął przy psach. Na jego słowa uniosłam lekko brew do góry, a moja twarz przybrała lekko rozbawiony wyraz.
    Po niedługiej wymianie pieszczot z czworonogami zaproponowałam:
     - Może, skoro już się spotkaliśmy, nawet wcześniej niż planowaliśmy, to pójdziemy gdzieś razem? Fakt faktem, miałam wracać do domu, ale Brush raczej nie podziela mojego zdania. - Podniosłam na Charles’a wzrok, a moje dłonie cały czas gładziły puszyste sierści obydwu szczeniaków. Szczerze, to powrót do domu był rzeczą, której teraz najbardziej pragnęłam, ale powinnam się w końcu otworzyć na nowe znajomości i wrócić do życia, tak jak robiłam to kiedyś.


< Charles? :3 >

13 paź 2018

Od Isabelle Do Charles'a

    To była już piąta noc spędzona w moim nowym domu po przeprowadzce. Tak, będę je liczyć, dopóki nie zapomnę, że w ogóle to robiłam. Tak jest zawsze. Ludzie robią coś regularnie, a później raz, dwa, pięć razy zapomną i przestają.
    Z niewielkim grymasem na twarzy podniosłam się powoli do siadu i paroma ruchami dłoni wymacałam telefon, który leżał tuż pod moim prawym udem. Ociężale go podniosłam i odblokowałam, by sprawdzić, która godzina. Ósma. Super. A do pracy dopiero na czternastą. Co ja mogę zrobić o tej godzinie? W sumie, jakby tak pomyśleć, to dużo rzeczy. Zjeść śniadanie, wypić bardzo dobrą, poranną herbatkę, obejrzeć piąty raz z rzędu serial, w którym występowałam, czy też przeczytać niezłą powieść. Najgorszy jednak był ten duży wybór. Zazwyczaj to on sprawiał, że przez dobre paręnaście minut zastanawiałam się nad ostateczną decyzją. Koniec końców jednak runęłam na łóżko i owinęłam się kołdrą na kształt naleśnika, przy okazji rzucając mój telefon na niewielką szafkę nocną. Trochę czasu mi zajęło ogarnięcie, że jednak już nie zasnę i powoli, wręcz niechętnie zwlekłam się z łóżka.
    Po wyjściu z sypialni i narzuceniu na ramiona szlafroka weszłam do łazienki, gdzie załatwiłam się na amen. Taki żart, ha ha[;-;], zabawny[bardzo]. Ogarnęłam siebie w miarę na tyle, żeby nie wstydzić, się wyjść z domu. Taka standardowa, poranna rutyna. Koło godziny dziewiątej byłam już prawie gotowa na podbój świata - brakowało tylko śniadania. Co prawda, fakt, do pracy miałam na czternastą, ale później będzie wystarczyło tylko poprawić makijaż i przebrać się w coś bardziej “roboczego”. W końcu do pracy przy koniach nie założę sukienki do podłogi i dosyć niegrzeszącym wielkością wycięciem na plecach. Co nie znaczy, że akurat teraz miałam to na sobie założone. Cały czas siedziałam w piżamie.
    Następne cztery godziny były jak odliczanie do wyjścia z domu. Kręciłam się po wszystkich pomieszczeniach, z książką w jednej dłoni i herbatą w drugiej. Kiedyś wspominałam, że nie potrafię usiedzieć w miejscu? Nie? A to właśnie akurat teraz zaprezentowałam idealny tego przykład. W międzyczasie nie zapomniałam nakarmić mojego psa. Brush to moje oczko w głowie, jak mogłabym o nim zapomnieć? Oczywiście, że o nim nie zapomnę, traktuję go jak własne dziecko. Dobra to trochę przesada, używać takiego określenia. Może inaczej. Traktuję go jak członka rodziny. Bardzo ważnego członka rodziny. Jedynego, który będzie mi towarzyszył przez następne paręnaście lat życia i nigdzie nagle nie odejdzie, chyba że na tamten świat, albo ucieknie, albo ktoś go porwie. Dobra, to już inne kwestie, można by je roztrząsać przez następne pół godziny.
    Gdy w końcu doczekałam się mojej upragnionej godziny, niemalże z uśmiechem na ustach wyszłam z domu. Wsiadłam do samochodu i odjechałam, by dziesięć minut później zaparkować przed stadniną dosyć pokaźnych rozmiarów. Witaj praco - cisnęło mi się na usta, które, póki co wykrzywiły się w dosyć dużym uśmiechu. Jako że byłam przed czasem, dokładnie jakieś czterdzieści minut, postanowiłam się trochę poszwendać. To dopiero mój drugi dzień tutaj w pracy, a ja nadal nie pamiętam podstawowych rzeczy. Gdzie jest siodlarnia, paszarnia. Przynajmniej pamiętam drogę do stajni i to jest jedyna rzecz, którą ogarnęłam do perfekcji wczorajszego dnia.
    Rozeznanie się od początku po całym terenie ośrodka zajęło mi nie więcej niż dziesięć minut. Jedyne, co muszę zrobić to powtarzać sobie te wszystkie drogi i miejsca po parę razy, żeby w końcu je wszystkie zapamiętać.
    Zerkałam na zegarek i odliczałam czas, do mojego rozpoczęcia pracy, gdy usłyszałam dosyć głośne rżenie i dźwięk kopyt uderzających o ziemię. Momentalnie podniosłam swój wzrok i ujrzałam, jak obok mnie przebiega wyraźnie rozwścieczony, kary koń, a tuż za nim biegnie mężczyzna. Zmarszczyłam brwi, jak ogier po prostu przemknął żwawo przez cały dziedziniec i przeskoczył przez płot, udając się w stronę lasu.
     - Chyba go zdenerwowałeś - zaśmiałam się cicho do nieznajomego mężczyzny, gdy ten przystanął obok mnie.
     - Myślisz?
     - Od razu widać - odparłam momentalnie. - Pomogę ci go złapać, na pewno nie uciekł za daleko. - Uśmiechnęłam się, kierując swój wzrok na nowopoznanego osobnika i chwilę później podałam mu dłoń. - Isabelle jestem.


< Charles? Dupy nie urywa, ale na początek może być XD >

11 paź 2018

Isabelle Grace Miller

Na zdjęciu: Emilia Clarke
Motto: ”Szczęście lubi odwzajemniać uśmiech, dlatego unika ponuraków.”
Imię: Isabelle, natomiast jej drugie imię brzmi - Grace.
Nazwisko: Miller.
Wiek: Kobieta ma dokładnie dwadzieścia dwa lata.
Data urodzenia: Siedemnasty listopada.
Płeć: Kobieta - powinno być widać.
Miejsce zamieszkania: Nieduży dom, na obrzeżach miasta składający się z parteru, pierwszego piętra i niewielkiego, ale ładnie urządzonego ogrodu. Na parterze jak to zawsze bywa, znajduje się kuchnia połączona z niewielką jadalnią i salonem plus mały garaż, oddzielony od reszty pomieszczeń ścianami. Na pierwszym piętrze zaś jest jej sypialnia, gabinet, niewielka garderoba i łazienka.
Orientacja: Heteroseksualna.
Praca: Aktorka telewizyjna i filmowa na niewielkim urlopie. Póki ma czas pracuje jako instruktorka jazdy konnej w pobliskiej stadninie.
Charakter: Zacznijmy może od ogólnej prezentacji naszego bohatera. Tak więc, na muszce mamy Isabelle Grace Miller - dwudziestodwuletnią aktorkę, charakteryzującą się pogodą ducha i uśmiechem, który nigdy nie schodzi z jej twarzy. Dobra, trochę przesadziłam z tym “nigdy”. Izzy jest człowiekiem i jak każdego człowieka denerwuje ją wiele rzeczy, wścieka się, płacze i czasami ma doła - nic dziwnego. W końcu to żywa istota i ma prawo odczuwać wiele emocji. Niemniej jednak większość osób, która ją zna i się z nią przyjaźni, wie, że nieodłącznym aspektem tej dziewczyny jest ciągłe zadowolenie i optymistyczne podejście do świata.
    Isabelle ma w zwyczaju to, że lubi się wydurniać. Jest to jedna z oczywistych części jej osobowości, zaraz obok jej ogromnego dystansu do siebie i dużych pokładów poczucia humoru. Nie jest drętwa, jak większość gwiazd, na które duże grono osób miało szansę się natknąć. Wręcz przeciwnie. Nie odnosi się ze swoją sławą, często nawet żartuje sama z siebie, wspominając wywiady i zdjęcia robione na czerwonym dywanie, oraz jej dziwne zachowania, których często nawet sama nie jest w stanie wytłumaczyć. Na planach filmowych jak wypowie źle jakąś kwestię, zapomni, albo też potknie się o cokolwiek, to nie potrafi się zestresować. Zaczyna się śmiać jakby sama z siebie. Dzięki jej urokowi osobistemu i śmiechowi, o którym powyżej wspomniałam, twórcy produkcji nie potrafią się na nią zdenerwować, kiedy coś spaprze, co się dzieje nierzadko. Dziewczyna podchodzi do tego na luzie i z dystansem, przez co to wszystko, cała praca, jaką wykonuje, przychodzi jej z łatwością.
    Przez te wszystkie lata, podczas których żyła i miała się dobrze, wydoroślała i dojrzała do większości spraw. Mimo jej dosyć obszernego poczucia humoru dziewczyna potrafi zachować powagę w odpowiednich do tego momentach. Nie zaśmieje się w kościele ani na takim pogrzebie, bo nie dość, że trochę niefajnie to by wyglądało, to jeszcze przy smutnej okazji nie wypada. W ciężkich chwilach służy pomocną dłonią i z chęcią wysłucha problemów otaczających ją osób, wesprze dobrą radą i porządnie wytula. Wspominałam już, że dziewczyna uwielbia się przytulać? Nie? To teraz już wiadomo.
    Bierze odpowiedzialność za popełnione przez siebie czyny i otwarcie się o nich przyznaje. Nie czuje potrzeby, by ukrywać jej niekoniecznie dobre decyzje. Żyje ze świadomością, że i tak się one kiedyś wyjdą na światło dzienne i tak, więc woli je wcześniej zdemaskować, niż denerwować się przez następne pół roku.
    Jest otwarta na nowe znajomości. Chętnie poznaje nowe osoby i bez większych problemów rozkręca często nawet i niezręczne rozmowy. Prawdę mówiąc, ma w tym wprawę, ale specjalnie się z tym nie obnosi. Woli nadal żyć w świadomości, że jest trochę nieśmiałą dziewczyną, co jest absolutnym kłamstwem, gdyż rzeczywistość prezentuje się zupełnie inaczej.
    Odnosząc się do sytuacji opisanej powyżej, kobieta jest niesamowicie uparta. Mimo tego, że wie, że ktoś ma rację, to ona nadal trzyma się swojej opinii i zdania, jakby była nie wiadomo jak święta i ważna. Kiedyś powiedziała bardzo “mądre” słowa, z których do dzisiaj dyskretnie się śmieje - “Nawet, gdy nie mam racji, to mam rację.”
    Izzy uparcie dąży do upragnionych i ustanowionych sobie celów. Jest w stanie zrobić wszystko… No dobrze, prawie wszystko, żeby spełnić swoje nawet najmniejsze marzenia. Jej przykład mówi, że wszystko jest możliwe. Jako młoda nastolatka marzyła o byciu sławną aktorką i co? Została nią, dzięki swojej ciężkiej pracy i wysiłkom, jakie włożyła we wspinanie się na szczyt.
    Otwarcie obnosi się ze wszystkimi swoimi uczuciami… Nooo, prawie wszystkimi. Jeśli jest jej smutno, czuje się przybita, albo też powoli zakochuje się w jakimś mężczyźnie, to ukrywa te emocje jak tylko może. Dziewczyna nigdy nie daje się poznać, jaki aktualnie ma nastrój. Wszystko idealnie zakrywa pod obszerną maską, zwaną potocznie aktorstwem.
    Jest odrobinę albo może trochę bardziej niż odrobinę nerwową osobą. Jeśli jakiś szczegół uwiera jej wyjątkowo długo, ta w pewnym momencie wybucha. I to nie byle jak, bo dosyć porządnie. Raz nawet po jednym takim incydencie wybiła sobie palec, chcąc się wyładować na ścianie. Strasznie tego żałowała, jednak to powtórzyło się kolejny raz, a Izzy uświadomiła sobie, że nie potrafi tego kontrolować.
    Kobieta jest człowiekiem, jakby ktoś nie wiedział. I (prawie) każda kobieta, podobnie jak (prawie) każdy mężczyzna lubi sobie czasami przekląć. Nie jest to nic dziwnego, a jednak trochę to dziwne, że istota o takim usposobieniu, potrafi rzucać mięsem na prawo i lewo. To idealny tego przykład.
    Czyli w skrócie (jeśli komuś nie chce się czytać całego charakteru) - Izzy to wesoła, pewna siebie, pełna pozytywnej energii i poczucia humoru dziewczyna. Uparcie dąży do ustanowionych sobie celów. Jest miła i pomocna - nierzadko rezygnuje z rozwiązywania swoich problemów na rzecz skomplikowanych żyć innych ludzi. Z łatwością nawiązuje nowe znajomości i dosyć szybko się przywiązuje do nowo poznanych osób. Dobrze ukrywa swoje uczucia (aktorstwo na coś się przydaje) i często bywa nerwowa. Lubi sobie także czasem porzucać mięsem, a nawet często, gdy ktoś naprawdę ją wkurzy.
Hobby: Jej pasje? Hmm, wszystko i nic. Mogłabym tu wymienić bez problemu rzeczy, których nie lubi robić, a są nimi - sprzątanie, pranie, prasowanie i inne typowo ograniczające się do porządku domowego prace. Jak sama mówi, jest na to za leniwa. Często można zauważyć wiele pustych butelek po wodzie, walających się po podłodze w całym domu - to jest jedna z jej słabości. Nigdy nie pamięta o tym, żeby je wziąć, zanieść do piwnicy i wyrzucić. Tak, to jest dla niej o wiele za bardzo wymagająca praca.
    Wracając do jej prawdziwych pasji, jedną z nich jest jej praca. Tak. To osoba, która pracuje i ta praca sprawia jej przyjemność, chociaż co prawda na razie jest na takim ni to urlopie, ni bezrobociu. Musiała się oderwać od aktorstwa na jakiś czas i zaszyć się gdzieś, by poprawić swój stan psychiczny, który naprawdę był masakryczny po stracie dwóch najważniejszych osobach w jej życiu.
    Również jednym z jej hobby jest jazda konno. Zaczęła uprawiać ten sport jakieś dwanaście lat temu, kiedy to pierwszy raz zobaczyła żywego konia na oczy i dosłownie wybłagała swojego ojca o lekcje jazdy. Jednym z jej marzeń było również posiadanie własnego rumaka, jednak nigdy się na to nie zdecydowała. Stwierdziła, że jej tryb życia strasznie by przeszkadzał w zajmowaniu się zwierzęciem.
    Ostatnią pasją, którą powinnam uwzględnić, jest oglądanie seriali. Chociaż… to jest hobby? Prawdopodobnie tak. Dziewczyna spędziła na tym prawie połowę swojego życia i o jaki serial byś jej nie zapytał, ta wie o nim wszystko. Dosłownie wszystko. Nawet datę wyemitowania pierwszego odcinka i ich ilość w poszczególnych sezonach. Taki trochę maniak.
Aparycja|
 - wzrost: 157 cm
 - waga: 55 kg
 - opis wyglądu: Izzy to szczupła, wysportowana i elegancko wyglądająca kobieta. Sport od zawsze był nieodłączną częścią jej życia, przez co można dostrzec na jej nogach, rękach, czy też nawet brzuchu lekko zarysowane mięśnie. To w połączeniu ze zdrowym trybem życia sprawiło, że utrzymuje swoją figurę przez cały czas i nie ma nawet najmniejszych problemów z wagą.
    Niczego jej nie brakuje - a przynajmniej w jej mniemaniu. Ma to, co kobieta mieć powinna - zgrabny tyłek, satysfakcjonującej wielkości piersi i piękny uśmiech. Gdy się śmieje, razem z nią śmieje się cały świat… Nie no, dobra. Z tym to żartowałam.
    Jej twarz jest owalna, a kości policzkowe wyraźnie zarysowane, lecz nie aż tak bardzo, by mocno rzucały się w oczy. Nos ma niewielki i lekko zadarty, a usta zgrabne i pełne. Z centrum jej twarzy wyglądają zielone [chociaż wyglądają na lekko niebieskawe] oczy, podkreślone gęstymi rzęsami i całkiem przyzwoicie wyregulowanymi brwiami. Głowę zaś ozdabiają brązowe włosy, opadające falami na jej ramiona. Kobieta nigdy nie narzekała na swój wygląd. Nie uważała, że jest brzydka, gruba, że jej nos jest nie taki, jaki powinien być. Od zawsze w pełni siebie akceptowała i podobała się sobie. Nawet gdy zrobiła coś głupiego - w tym przypadku tatuaż blisko dolnej części bielizny - gałązka z rozkwitającym kwiatem wiśni. Historia tego jest taka, że robiąc sobie ten tatuaż, była pijana i zawsze, gdy o tym opowiada, to mówi, że nie wie, co on oznacza i dodaje, że cieszy się, iż nie zrobiła sobie żadnego innego, broń Boże o wiele gorszego.
    Doszliśmy w końcu do tego momentu. W czym chodzi? Co najczęściej na siebie zakłada? Szczerze? Wszystko. Od dresów, przez zwykłe dżinsowe spodnie, aż do szykownych sukienek. Nie można określić jej stylu. Wszystko zależy od okazji i miejsca. No, na pewno nie założy na siebie dresów na czerwony dywan. Chyba spaliłaby się ze wstydu. Już widzę te nagłówki - “Miller w dresie na czerwonym dywanie? Tylko u nas!”.
 - pozostałe informacje: Niewielki tatuaż przy dolnej części bielizny, na wysokości miednicy - gałązka z kwitnącym kwiatem wiśni. Poza tym ma niewielkie blizny na nadgarstkach, po pewnej wpadce scenarzystów na planie filmowym. Długa historia.
 - głos: [x]
Historia: Długa? Może nie długa, ale pełna marzeń, wzlotów, upadków, chwil szczęścia i tych, o których raczej człowiek chciałby zapomnieć.
    Isabelle przyszła na świat dokładnie siedemnastego listopada, w dniu urodzin jeszcze wtedy żywej prababki. Dziewczynka była wcześniakiem, przez co trzeba było poświęcać jej mnóstwo uwagi. Można powiedzieć, że już wtedy była ciekawa świata, bo jak najszybciej chciała wyjść z łona matki. To fakt, ale ciekawa była nie tylko wtedy.
    Z każdym rokiem Izzy robiła się coraz to bardziej energiczna i ciekawska. Nie potrafiła usiedzieć w miejscu i często też drażniła rodziców, by pokazali jej, jak się robi jedne z tych rzeczy, które robią “dorośli”. Ojciec jej tłumaczył, że sama się o tym przekona, a teraz ma czas, żeby się wyszaleć do woli ze swoimi znajomymi z podwórka. Ona jednak cały czas robiła na przekór temu, co powiedział jej tata. Jemu to wyjątkowo lubiła dokuczać, nie ma co. Jeśli chodzi o matkę, to ta nie odganiała jej od razu, jak jej mąż, tylko powoli uczyła ją i pokazywała jak się robi niektóre rzeczy. Izzy tak bardzo pragnęła być samodzielna, że w wieku czterech lat sama zaczęła sobie zszywać dziurawe skarpetki i przetarte spodnie. Jej rodzice nie mogli się nadziwić temu, jak szybko ta się uczy.
    Wraz z jej wiekiem pojawiało się coraz to więcej marzeń. Jednym z nich było zostanie aktorką, więc gdy w wieku szesnastu lat dowiedziała się, że szukają na plan serialu osoby w jej wieku, to nie mogła się nacieszyć. Dosyć szybko ubłagała o to rodziców i poszła na casting. I zgadnijcie co? Wygrała! To był jej jeden z pierwszych, większych sukcesów. Na tym jednak nie poprzestała. Niedługo później poszła zgodnie z planem do akademii teatralnej, z czasem dostając kolejne, coraz to większe role. Farciara, nie? Ona zawsze, gdy dostawała od kogoś maila, zastanawiała się, czy to przypadkiem nie fake i czy aby na pewno nie chcą jej wkręcić. Jednak to wszystko było prawdziwe, a jej wielkie, prawie że nieosiągalne marzenie, żeby zostać aktorką, w końcu się spełniło.
    Gdy miała skończone osiemnaście lat, w jej życiu nastał przełomowy moment. Bowiem na planie jednego serialu poznała mężczyznę o parę, dosłownie niewiele, bo tylko trzy lata starszego. Los chciał, by ta zakochała się w nim do szaleństwa - podobnie jak on w niej. Po krótkiej znajomości - bo minął tylko tydzień - zaczęli ze sobą chodzić. Pół roku później wynajęli razem mieszanie, a po następnych dwóch latach się zaręczyli. Izzy spodziewała się nawet dziecka. Niestety ich szczęście szybko zostało zburzone przez tragiczny w skutkach wypadek samochodowy, w którym to straciła i ukochanego i syna. Kobieta strasznie to przeżyła, popadła w depresje oraz miała dwie próby samobójcze, które się nie powiodły. Jej matka za bardzo pilnowała jej na każdym kroku.
    Jednak nadszedł ten czas, kiedy dziewczyna doszła do siebie i postanowiła się przeprowadzić z rodzinnego miasta do Avenley River. Kupiła nieduży dom na obrzeżach za swoje oszczędności i zamieszkała tam razem ze swoim psem. Na chwilę obecną oderwała się od show-biznesu i można powiedzieć, że ma trochę świętego spokoju. Prasa i paparazzi, póki co skupiają się na aktorzynach działających aktywnie, do których na razie nie zalicza się Izzy.
Rodzina: 
Alan Miller - ojciec, porządnie zadbał o jej wychowanie. Co prawda robił to twardą ręką i cenił sobie dyscyplinę, ale to między innymi dzięki niemu, jego dzieci wyrosły na porządnych ludzi. Nieważne, jaki czasem potrafił być na nich zdenerwowany, nie zmieniało to faktu, jak bardzo ich kochał.
Susan Miller - matka. To była ta z miękkim sercem. Czasami nie zważała na to, co ojciec powiedział i pozwalała robić dzieciom co tylko chcą, podczas nieobecności jej męża. Złota kobieta. Można ją poprosić prawie o wszystko, a ona nie dość, że ci pomoże, to jeszcze upiecze placek w gratisie.
Tyler Miller - starszy brat Izzy. Jej oparcie w gorszych chwilach i zawsze niezawodny materac, na którym można się położyć i wypłakać ze wszystkiego, co leży człowiekowi na duszy. Obecnie mieszka w Fydorie, z dala od siostry, razem ze swoją żoną i jeszcze nienarodzonym synem.
Partner: Po niedawnej stracie swojego ukochanego w wypadku samochodowym, nie chce się już plątać w żadne związki. Ale kto wie, może kiedyś?
Potomstwo: Była kiedyś w ciąży, lecz poroniła. Strasznie przeżyła tamto wydarzenie i już nie chce czuć podobnego bólu po stracie dziecka.
Ciekawostki: 
 - Pochodzi z innego państwa, można u niej także usłyszeć charakterystyczny akcent dla przedstawicieli jej ojczyzny.
 - Miłośniczka zwierząt i wszelkiego rodzaju herbaty.
 - Jej torebka to kopalnia złota - rzadko kiedy chowa drobniaki do portfela, tylko wrzuca je raczej luzem do torby, a po kilku tygodniach wnętrze torebki dosłownie pływa, zapełnione masą monet.
 - Nie boi się dentystów, za to czuje dyskomfort i zdenerwowanie, gdy idzie do fryzjera.
Inne zdjęcia: [x] [x] [x] [x] [x] [x] [x] [x] [x] [x]
Zwierzęta: Jest właścicielką niewielkiego owczarka szetlandzkiego. Obdarowała go skromnym, aczkolwiek bardzo ładnym według niej imieniem Brush, tłumacząc na polski wychodzi - Szczotka. Nazwała go tak, z powodu jego pięknej, gęstej sierści, którą skazana jest codziennie wyczesywać. Psiak jest bardzo energiczny i przywiązany do swojej właścicielki. Często ma z nim problemy, a raczej z jego żywą naturą. Brush często coś strąca, biegając na złamanie karku po całym jej domu. 
Pojazd: Dziewczyna wozi się czerwonym Fordem EcoSport.
Kontakt: Pandame