Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brooke&Koyori. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brooke&Koyori. Pokaż wszystkie posty

18 lut 2020

Od Koyori C.D Brooke

Brooke wydawała się miłą, pomocną i ciekawą dziewczyną. Przyjemnie mi się z nią rozmawiało, gdy Shane miał jeden ze swoich „wenowskich huraganów” szaleństwa. Cóż, był w swoim żywiole. Mimo że często narzekał na drogie materiały, trudność rysowania projektów, problem z wyborem kolorów czy tematyki ubrań, bardzo to lubił. Widziałam to w jego roziskrzonych oczach i energiczniejszych ruchach. Wtedy też częściej chodził głodny. Pożeracz lodówki.

16 lut 2020

Od Brooke - CD. Koyori

     Uniosłam brwi, obserwując jak chłopak, a właściwie już mężczyzna o chłopięcym usposobieniu wbiega do jednego z pomieszczeń i z euforią zatrzaskuje za sobą drzwi. Pokiwałam w zrozumieniu głową, spokojnie przyjmując do wiadomości jego wybuch energii i wróciłam do głaskania miękkiej sierści kota rozłożonego na moich kolanach. Mało było rzeczy, które mogły mnie w życiu zaskoczyć. Po jednak chwili przeniosłam swoje spojrzenie na brunetkę stojącą naprzeciwko mnie i zabawnie marszczącą brwi.
     — On tak zawsze? — spytałam z uśmiechem. Wiele bym dała, by na co dzień móc otaczać się tak pozytywnymi osobami, jak ona miała okazję. Wesoła aura płynąca od ekscentrycznego projektanta była wręcz zaraźliwa. Czułam, że nawet mój nastrój się dzięki temu poprawia, a to niemal graniczyło z cudem. Jak widać, miałam do czynienia z prywatnym pogromcą zdepresjowanych nastolatek. Młode fanki sławnych piosenkarzy, nie mogące wybrać się na ich koncert i z tego powodu tnące się mydłem w płynie powinny leczyć swoje załamanie nerwowe u tego człowieka.
     — A nawet gorzej. — Przewróciła oczami, jakby niewerbalnie chcąc mi przekazać, że ten typ już tak ma. Na usta cisnął mi się kolejny uśmiech. Pokręciłam głową, rozbawiona.
     — Też kiedyś taka byłam, także dogadywanie się z wiecznymi dziećmi mam we krwi — powiedziałam. Zaczynałam lubić tę dwójkę, mimo naszego marnego początku. Jeśli przeznaczenie układa te wszystkie scenariusze z życia ludzi, to najwyraźniej był to znak od niebios, że aby znaleźć znajomych częściej muszę brudzić drogie płaszcze.
     — Teraz już nie? — spytała, wstając. Wyrwana ze swoich rozmyślań, w pierwszej chwili nie wiedziałam, co miała na myśli.
     — Co? — wyrwało mi się głupio.
     — Czy teraz już nie jesteś taka — wyjaśniła, idąc do kuchni. Najwidoczniej przypomniała sobie o tym, że przed nagłym nalotem Shane'a zaczynała robić obiad. Ja również zdążyłam o tym zapomnieć przez tą chwilę. Podążyłam za nią bezwiednie, nadal trzymając na rękach mruczącą kulę zwaną inaczej kotem. Chyba mnie polubił, bo reagował głośnym, zadowolonym mruczeniem na każdy mój dotyk. Skupiłam się na drapaniu go za uszami i oparłam się plecami o jedną z szafek, patrząc na Koyori rządzącą się w kuchni. Wyglądała, jakby była w swoim żywiole. Ja owszem, umiałam co nieco upichcić, ale nie znajdowałam w tym żadnej frajdy. Traktowałam to bardziej jak swój przykry obowiązek, bo właściwie to właśnie tym dla mnie ono było.
     — Nie wiem. — Wzruszyłam ramionami. — Na pewno jestem inna niż przed kilkoma miesiącami, ale zaczęłam wracać do formy. Gdzieś w sobie czuję tę dawną iskrę. Chyba muszę ją na nowo rozpalić. — Przyglądałam się, jak skupiona na wykonywanych przez siebie czynnościach dziewczyna marszczy zabawnie nos. Ja na przykład, gdy intensywnie nad czymś myślałam, skubałam zębami dolną wargą lub przeczesywałam włosy ze trzy razy na sekundę.
     — Cóż, jeśli poznasz Shane'a bliżej, nie będzie to trudne — podsumowała trafnie całą jego postać i puściła mi oko, a ja wybuchłam śmiechem, przypominając sobie jego nagłe olśnienie, przypominające scenę ze słynną "Eureką".
     — Jak dla mnie w porządku, liczę tylko na to, że więcej płaszczy przy tym nie ucierpi — oznajmiłam, oczywiście nie na poważnie. — Iskrę to będę miała, gdy moja współlokatorka się o tym dowie. A właściwie cały pożar.
     — Spokojnie, niczego się nie domyśli. Nasz cudotwórca nie zostawia po sobie śladów — wyszeptała konspiracyjnie drugie ze zdań, komicznie zasłaniając przy tym usta jedną dłonią. Uśmiechnęłam się na te słowa i gest. To naprawdę miło z ich strony, że zechcieli pomóc mi w naprawie szkód. Ktoś inny mógłby po prostu zostawić mnie samą z problemem. Czułam się wdzięczna za to, że poświęcali mi swój czas.
     — Pomóc ci w czymś? — spytałam, kiwając głową w jej stronę. Miałam oczywiście na myśli gotowanie, bo nie chciałam tylko tak stać i przeszkadzać. Chwilę się namyślała, jednak zapewne domyśliła się moich intencji i przydzieliła mi jakieś zadanie. Spokojnie odstawiłam kota na podłogę i do niej podeszłam, a w tym samym momencie drzwi do pokoju naszego projektanta otworzyły się z hukiem, zwiastując jego ponowne nadejście. Odwróciłam się w tamtą stronę, zastanawiając, jaką nowinę obwieści nam tym razem.

Koyori?

17 lis 2019

Od Koyori C.D Brooke

Spoglądałam z ciepłem na Brooke, która gładziła Sherlocka za uchem. Widać było po niej, że lubi zwierzęta. Słysząc jej pytanie o poznaniu się, upiłam łyk zielonej herbaty i odstawiłam kubek na mniejszy stolik obok kanapy, żeby przypadkiem nie wylać podczas opowiadania.
- Studiuję kryminologię. Wynajmuję u Shane’a pokój i zajmuję mieszkaniem. Nie nadaje się na panią domu – wspominając o jego umiejętnościach, dostrzegłam cień strachu, który przebiegł po twarzy ciemnowłosej. - Spokojnie. Shane to projektant, więc o ubraniach wie wszystko i każde traktuje z wielką ostrożnością – dodałam, próbując w jakiś sposób uspokoić dziewczynę. Poprawiłam okulary, znowu spoglądając na białego owczarka. Acony poczuła się zmęczona i położyła się na fotelu nieco dalej, smacznie śpiąc. Było to do niej niepodobne, ale biorąc pod uwagę to, jak szalała w parku, mogła sobie pozwolić na odpoczynek. Wcześniej w pokoju dostrzegłam Inej w terrarium, więc został do znalezienia tylko Parapet. A tego, jak na zawołanie nie było w pobliżu. Aż byłam zdziwiona.
- A ty czym się zajmujesz, Brooke? - zagadałam do nowej koleżanki, biorąc ze stołu kubek z herbatą. - Jesteś głodna? Mam jeszcze carry z wczoraj – przypomniałam sobie i powoli wstałam z tapczana, poprawiając znowu swoje okulary.
- Nie, nie chcę sprawiać kłopotu… - usłyszałam za sobą. Odwróciłam się do niej, delikatnie uśmiechając.
- Nie masz nic do stracenia. Najwyżej Shane zje – Otworzyłam lodówkę, wyjmując garnek z potrawą. Ryżu wszakże nie ma, ale mogę nastawić nowy.
- Niech… będzie… À propos, właśnie zaczęłam pracę w kwiaciarni – dodała. Kiwnęłam głową w odpowiedzi, chcąc otworzyć szafkę, w której trzymałam różne makarony i ryże. Odskoczyłam do tyłu, gdy z półki wypadł kot. Jak on tam wlazł?!
- Parapet – jęknęłam, schylając się, aby go podnieść.
- Co to było? - Brooke musiała usłyszeć huk, który towarzyszył uderzeniu kocura o blat i spadnięciu na podłogę. W odpowiedzi zwierzak wydał z siebie miauknięcie, powtarzając je, gdy wzięłam go w ramiona. Wyszłam z kuchni, idąc do ciemnowłosej.
- Kot – odpowiedziałam, tuląc w ramionach jego ciało. - Wypadł z szafki kuchennej – dodałam.
- Zrobił sobie coś?
- Raczej nie… Na co dzień spada ze schodów, z blatu, z drapaka… Wiele przeżył – zaczęłam drapać go po głowie. Zaczął cicho mruczeć. - Chcesz go na kolana? - zapytałam. Dziewczyna w odpowiedzi usiadła z powrotem na kanapie, więc podałam jej kota. Na wpół rozwalił się na kolanach Brooke, wystawiając tylne łapy. Gdy zdążyłam się wyprostować, trzasnęły drzwi od gabinetu Shane’a.
- Mam wenę!! - zawołała, przybiegając, aby mnie uściskać. Wydałam z siebie jęk, gdy mnie puścił. Chciał jeszcze przytulić Brooke, ale sobie darował, widząc Parapeta na jej nogach. Zamiast tego wziął jej dłoń w swoje i energicznie nią potrząsnął.
- Dzięki tobie mam pomysły na kolekcję! - zawołał. Nie widziałam jego twarzy, ale mogłam się założyć, że jego oczy błyszczały z entuzjazmu. Puścił rękę dziewczyny i odwrócił się w moją stronę.
- To będzie kolekcja ze wzorami imitującymi plamy po napojach i jedzeniach! - znowu podniósł głos. Zrobił obrót i wskazał palcem na naszego gościa. - A ty zostaniesz moją modelką wraz z Koko! - dodał, po czym pobiegł do swojego gabinetu. I tyle go widzieli. Teraz będzie rysował projekty, aż nie padnie.

Brooke?

15 lis 2019

Od Brooke - CD. Koyori

     Początkowo byłam wściekła, ale czułam też upokorzenie. Wszystkie te negatywne emocje skierowałam głównie w swoim kierunku, gdyż to ja jak zwykle nie poszanowałam czyjejś własności i pozwoliłam na zniszczenie płaszcza. Wypadki chodzą po ludziach, ale czemu zawsze tym człowiekiem, który obrywa, jestem ja? Było mi wręcz niewyobrażalnie głupio, bo nie dość, że Amber była na tyle miła, by za darmo udostępnić mi swoje mieszkanie i środki do życia, nawet pożyczyła mi te zdecydowanie drogie ubrania, to ja zamiast się jej jakoś dobrze odwdzięczyć, tak po prostu pozwoliłam zniszczyć się jej ulubionemu płaszczowi. Ledwo znalazłam pracę, nawet nie zaczęłam jej wykonywać, a już czułam, że nigdy w życiu nie wypłacę się ludziom za szkód, które im poczyniłam. Tym bardziej, że znałam kolosalną cenę tego nabytku dziewczyny i byłam pewna, że ja za tyle pieniędzy mogłabym mieć i dziesięć płaszczy. Miałam ochotę rwać sobie włosy z głowy w geście rozpaczy, ale ten sympatyczny koleś Shane uspokoił mnie na tyle, że jeszcze nie zdecydowałam się na tak drastyczny krok. Było w nim coś na tyle sympatycznego, że od razu nawiązałam z nim przyjemną rozmowę i nie czułam się przytłoczona jego towarzystwem. Gdzieś obok nas kręciła się dziewczyna, która wylała na mnie tę nieszczęsną kawę. Koyori, jeśli dobrze pamiętam. Mimo mojego początkowego wybuchu, nie miałam jej tego za złe i nie zamierzałam obwiniać jej o ten mały wypadek. Obok niej szły dwa piękne psy, które miałam wielką ochotę pogłaskać, ale jakoś głupio było mi w takiej sytuacji o to spytać. Zamiast tego łamałam sobie głowę nad tym, co powiedzieć Amber po moim powrocie do domu, gdy spyta, co się stało z jej płaszczem i dlaczego nie mam go na sobie. Bo wiadome było, że nie mogłam wrócić z nim do jej mieszkania dopóki jest w takim stanie. Obecnie całą trójką – a właściwie piątką, jeśli liczyć zwierzyniec – szliśmy do mieszkania Shane'a i Koyori. Jak już zdążyłam się dowiedzieć od tego pierwszego, byli współlokatorami. Zarzekał się, że da radę przywrócić płaszcz do jego pierwotnego stanu, więc postanowiłam mu zaufać, bo tak właściwie to i tak nie miałam innego wyjścia. Próbując doprać to sama, mogłabym przynieść jeszcze więcej szkód, bo nigdy nie miałam do czynienia z tak drogim i delikatnym materiałem. Zdałam się więc na nowo poznanego chłopaka, licząc na to, że nie będę tego żałować. Bezustannie odciągając nieprzyjemny, mokry materiał koszulki od mojego ciała podążałam za nim, rozglądając się wokół i starając się zorientować, gdzie dokładnie jesteśmy, żebym mogła wyszacować sobie, którędy powinnam później wrócić do Amber. Niestety niezbyt znałam te okolice, więc uznałam, że później będę się tym przejmować.

13 wrz 2019

Od Koyori C.D Brooke

 - Shane, serio musimy szukać inspiracji w parku?
Dobra, może nie było tak źle, Acony i Sherlock miło spędzali ze sobą czas. No dobra, może tylko Acony, która biegała za patykiem rzucanym przeze mnie. Owczarek siedział obok i wszystkiemu się przyglądał.
- Wiesz, że w parku mam najlepsze pomysły – odpowiedział mój współlokator. Siedział na ławce po turecku z dłońmi na kolanach i zamkniętymi oczami. Tak się skupiał. Nawet nie wiem, po co mnie też wyciągnął z domu.

14 sie 2019

Od Brooke do Koyori

          Powrót do normalności był ciężkim zadaniem, ale nie z takimi rzeczami dawałam już sobie radę. Po kilku dniach spędzonych u koleżanki Rosalie, pięknej szatynki Amber, która mieszkała w Avenley River i – za prośbą mojej kuzynki – udostępniła mi pokój w swoim pięknym mieszkanku, bym mogła dojść do siebie po wydarzeniach, które obie nazwały "traumatycznymi", uznałam, że czas porządnie wziąć się w garść. Nie mogłam znieść współczujących spojrzeń dwóch przyjaciółek i ich dopytywań o to, jak się czuję i czy czegoś mi potrzeba. Wątpiłam, by tak naprawdę wiedziały cokolwiek o tym, co teraz przechodzę. Rose przez swoje złe doświadczenia nienawidziła ciąż, dzieci i wszystkiego co jest z tym związane, zaś Amber, która – jak już zdążyłam się zorientować – prowadziła dość rozwiązły tryb życia, przeszła już ponad dziesięć aborcji. Przynajmniej sama tak twierdziła. Nie powiedziała tego mnie, ale słyszałam, jak z Rosalie śmieją się z tego, że w klinice aborcyjnej ma już zniżki. Mnie ten temat nieszczególnie bawił.
          Wizytę w domu rodzinnym oczywiście zdążyłam zaliczyć już na drugi dzień po moim wyjściu ze szpitala, gdy tylko zameldowałam się u Amber. Nie było tak źle, jak myślałam, może dlatego, że był pusty. Moja matka musiała gdzieś wyjść, a po jej facetach nie było tu śladu. Wszędzie panował jednak brud, smród i ubóstwo, a stęchliznę i zapach mocnego alkoholu czuć było w każdym kącie. Brudne, nie myte od wielu tygodni naczynia gniły w zlewie, na meblach osiadła się kilkupiętrowa warstwa kurzu, wszędzie walały się śmieci, głównie puste butelki po trunkach, a w sypialni mamy, do której wolałam nie zaglądać, śmierdziało jakby ktoś tam umarł. Pokoik mój i babci wydawał się dziwnie pusty, teraz, gdy jej już na tym świecie nie było. Z cichym westchnięciem wyjęłam z szafki wielki wór na śmieci, do którego wrzucałam wszystko, co spotkałam na swojej drodze. Z niechęcią zajrzałam do sypialni. Po podłodze walały się zużyte kondomy, w kącie leżało coś, co przypominało zbyt długo rozkładającego się szczura. No tak. Światło nie chciało się włączyć, musieli nam odciąć prąd. W półmroku skończyłam zbierać śmieci, wyrzuciłam je do zsypu i rozpoczęłam zamiatanie podłóg oraz ścieranie kurzy. Nie miałam jak umyć naczyń, wody również nie było. Z wściekłości na wszystko wokół w moich oczach pojawiły się łzy.