Bez słowa zabieram się za czyszczenie koszuli. Z doświadczenia wiem, jak uciążliwym przeciwnikiem jest sok porzeczkowy i praktycznie mogę pożegnać się z dość świeżym ubraniem kupionym zaledwie tydzień temu. Jednakże problem był inny — mimo wszystko, nie jestem w stanie pójść na festiwal i zaprezentować się tam w zabrudzonej odzieży, co raczej nie jest zbytnim zaskoczeniem. Kątem oka zerkam na dzieciaki, które nie przestawały śmiać się z własnych żartów. Nie mam im tego za złe, sama doskonale pamiętam ten czas, kiedy kilka lat temu byłam dosłownie taka sama, jak ta zgraja. Ignorowałam dorosłych, nie przepraszałam, nie dziękowałam, nie prosiłam i nie czułam wyrzutów sumienia, równocześnie korzystając z młodości na sto procent. Jak się okazuje, wtedy to było nieco prostsze, niż jest teraz. I tak trąc i trąc, powoli tracę nadzieję, więc wsuwam chusteczkę do kieszeni w plecaku. Następuje kolejne zawirowanie — winda przebywa może pół metra i trzęsie się niespokojnie. Na skutek tego, jedna dziewczynka z grupy dzieciaków oznajmia dość cicho, że jest jej niedobrze. Kolejny wstrząs można nazwać jeszcze gorszym, ponieważ owa dziewczyna właśnie wymiotuje prosto na klatkę piersiową jednego z chłopców. Przyglądam się nietypowej sytuacji, gdzie zawstydzona rudowłosa wysłuchuje obelg na swój temat. Na samym początku ignoruję przepychankę słowną, nie bacząc na wrogi wzrok drugiej kobiety w pomieszczeniu. Dostrzegam jednak, że niezbyt przyjemna kłótnia nie skłania się ku końcowi, więc łapię dziewczynę za ramię i delikatnie przyciągam do siebie. Poddenerwowana wbija we mnie żółto-złoty wzrok, a gdy wyczuwa, iż w kącikach jej oczu namnażają się łzy, przeciera je lekko. Na mojej twarzy pojawia się cień uśmiechu, kiedy nieznajoma, z pewnością starsza dziewczyna, podaje paczkę z chusteczkami młodszej. Z kieszeni plecaka wyjmuję niegazowaną wodę, której wciąż nie miałam okazji otworzyć. Przekręcam korek i podaję butelkę, aby dziecko mogło napić się choć trochę.