Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Franciszek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Franciszek. Pokaż wszystkie posty

1 lip 2019

Czerwcowa czystka

postacie, które napisały ostatnie opowiadanie w dniach 15.05-30.06 zostają na blogu,
postacie, które napisały ostatnie opowiadanie w dniach 14.04-14.05 dostają upomnienie,
postacie, które nie wykazały żadnej aktywności do 13.04, zostają wydalone
postacie, które odchodzą z woli autora
trzy upomnienia — wyrzucenie
imię* - zawieszenie
mężczyźni
AARON*
ADAM
ANTONI
AXEL*
BELLAMI
BILLY JOE
CAMERON
CHARLES*
CONRAD*
DAMIEN
DANIEL*
ELIAS*
EVAN*
FELIX*
FRANCISZEK
GABRIEL
GARED
HANGAGOG
IVAN
JACOB*
JULIEN
JUNGHO
KEN
LAWRENCE
LIONELL
LUCAS
MICHAEL
MILO
NAFF
NEAL
NICOLAS
NIVAN
NOAH*
OLI*
RAFAEL
SAMUEL
SPENCER
THEO
THOMAS
TRACE
TYLER
kobiety
ALTHEA
AMY
ANASTAZJA
ANGELICA*
ASHLEY
AURORA
BRIDGET
BROOKE
CANDICE
CATNISS*
CHARLIE
CHLOE*
CRYSTAL
DEARDEN
DIANTHE*
ELISE
HARPER
IDA*
ISABELLE
IZZY
JULIA*
KATFRIN
KEHLANI
KITTY*
KOYORI
LAURENE*
LOUISE
LUCIA
LUCILLE
LUCY
NOELIA
ODETTE
ODEYA
PELAGONIJA
RACHEL
RAVEN
ROSE*
SANAE
SARAH*
SOFIA
SUE RACHEL
SUTTON
SYBIL
TAYLOR
TOVE*
VICTORIA
WANDA

Podsumowując:
Avenley River opuściło -  4 ♂ | 5+1 ♀
upomnienie uzyskało -  4 ♂ | 4 ♀
postacie bez upomnienia - 33 ♂ | 37 ♀
na blogu pozostało (włącznie z postaciami z upomnieniami) - 37 ♂ | 41 ♀
Prosimy również, aby postacie, które nie napisały jeszcze żadnego opowiadania, nadrobiły to w ciągu tygodni.

29 mar 2019

Od Franciszka CD Antoniego

I weszła moja mała alfa i omega, król psor, pan magister, et cetera, et cetera, et cetera...
Tak samo zmęczony, wypluty, wyzuty jak zawsze, z tym samym beznadziejnym błyskiem w wyczerpanym oku, tym samym znudzonym wyrazem twarzy, tym samym... Zwykle wycieńczonym jestestwem i wymalowanym na buźce błaganiem o pomoc.
Panie Antoni, nie chcemy tutaj być tak samo mocno, jak pan, jednak najwyraźniej nasze drogi musiały się związać. Byt wyższy o tym zadecydował.
Albo ta kurwa, dyrka. Jak kto woli.
— Słuchajcie, nie będę owijał w bawełnę i tak dalej. Mam wasze sprawdziany do sprawdzenia, jakieś próbne matury pewnie się znajdą, poprawy również, proponuję więc, żebyście zajęli się swoimi sprawami, ewentualnie mogę zadać wam jakieś zadania na ocenę, a ja sprawdzę wasze testy, bo nie zostało ich tak dużo, na koniec lekcji powinniście już znać oceny — mówił głośno, równie dosadnie wystukując rytm o wysłużony blat. — Wy będziecie mieć okazje do zdobycia jakiegoś nie najgorszego stopnia czy powtórzenia do kartkówki, ja nie będę musiał siedzieć do drugiej w nocy i może jutro stosunkowo się wyśpię i przyjdę do was w dobrym humorze. Co do robienia tematu, wasza klasa i tak jest do przodu, dużo nie stracicie. A więc jaka decyzja?
Oczywiście wszyscy, jak jeden mąż zadecydowali o własnych sprawach i sprawkach, bo jakże by inaczej. Panie Antoni, wszyscy wolą porobić w tym czasie matematykę. Bez urazy, pański przedmiot jest do dupy.
Tak mruczała cała klasa, gdy tylko nie zerkał.
Zapanował szum, niski szum, bo gromada facetów gadała, a ja jedynie kątem oka zerkałem na drogiego nauczyciela, który szykował się właśnie ze swoim pierdolonym długopisikiem.
Może tylko ukradkiem przyglądałem się długim, szczupłym palcom. Nieświadomie zakładałem nogę na nogę, dociskałem. Mocno.
— Psze pana? Może pan przypomnieć, kiedy mamy konsultacje? — spytałem w pewnym momencie. — Wciąż mam problem z definicją własności korpuskularnych.

25 sty 2019

Od Franciszka cd Antoniego

Szok trwał zaskakująco krótko. Chwilę po nim nastąpiła jedynie faza przełamania, na co wskazywał ten dziki, dość szybki, przelotny uśmieszek. Szelmowski. Podobał mi się, mimo wszystko, bo odmładzał mężczyznę o te kilka lat. Jakby zmęczenie, chociaż na chwilę zniknęło, a zastąpiło je jedynie ciche, delikatne rozbawienie.
Wtedy szczupłe palce wybiły szybki, żwawy rytm o wypolerowany blat. Mężczyzna pochylił się do przodu, lekko zahaczając przy okazji o moją strefę bezpieczeństwa. Wszystko z tym bardzo ładnym i bardzo dzikim uśmieszkiem, który promieniował na twarzy, wspaniale komponując się z tym morderczym, świdrującym człowieka spojrzeniem. Definitywnie byliśmy po jednych pieniądzach, innej możliwości po prostu nie dostrzegałem.
— Nie wiedziałem, że wyglądam aż tak młodo, Żukowski — rzucił, syknął, warknął, za chwilę grzebiąc w portfelu, co spotkało się z niemałą aprobatą z mojej strony. Wyciągnął w końcu ten cholerny świstek, machnął mi nim przed nosem i nawet przewrócił oczami. Uśmiechnąłem się w reakcji na to wszystko.
Wyglądał na nim bardzo niekorzystnie.
Zresztą, czy ktokolwiek na dowodziku wyglądał, chociaż odrobinę znośnie?
— Czy teraz już mogę moje papierosy? Popełniasz ogromny błąd, nie dając mi ich jak najszybciej, Franciszku.
Westchnął. Bardzo ładnie, bardzo zrezygnowany.
— Zapraszamy ponownie — mruknąłem jedynie przed tym, jak opuścił sklep.
Jaka była moja uciecha, gdy następnego dnia zobaczyłem na kartce z zastępstwami wyraźne nazwisko pana Antoniego.
I jaka była moja uciecha, gdy mogłem usiąść w ławce centralnie naprzeciwko nieszczęsnego biurka pedagoga.

23 sty 2019

Od Franciszka cd Charlie

Może nieco krzywiłem się, gdy dostrzegałem, jak Victor bez mrugnięcia, codziennie sprzedawał dziewczynie zatrważające ilości alkoholu. Nie śmiałem się odzywać, chociaż byłem świadomy faktu, że definitywnie nie jest, powiedzmy sobie szczerze, pełnoletnia.
Dzień. Drugi. Trzeci. Bez obaw, bez sporów. Namiętnie gryzłem się w długi jęzor, wlepiając puste, nieco zrezygnowane i może nawet wyprane z emocji, spojrzenie w szczotkę, która to monotonnie szurała po podłodze, prowadzona ruchem zesztywniałej już ręki.
Nie miałem siły sobie psuć sobie wieczoru, a po jakimś czasie po prostu zacząłem reagować na wszystko obojętnością, której od zawsze kazano mi się jakoś strasznie wystrzegać.
Gdy zaczynasz być obojętnym, zaczynasz być martwy, Franek.
Puste pierdolenie...
Otwieraliśmy jej sklep bez słowa, chociaż niejednokrotnie miałem ochotę już łupnąć ją po łydkach i zabarykadować drzwi, agresywnie wytykając godzinę zapisaną na poobdzieranej i zaznaczonej czasem kartce, która ledwo trzymała się już na wysłużonych drzwiach. Do tego ten wyszczerbiony dzwonek, łagodnie (wcale nie) brzęczący przy każdym kliencie.
I tak lepsze to od upierdliwego audio ze świergoczącym ptakiem, czy tam ryczącą mewą.
Szefostwo miało definitywnie dziwny gust co do takich pierdółek. Ale tak to chyba w dosłownie każdym istniejącym sklepie, sklepiku, kiosku, czy inną upchajdziurą w mieście.
Tego wieczora dużo się nie zmieniło, no, może poza tym, że była nieco wcześniej, niż zawsze. Weszła szybko, w drzwiach mijając się z Liwią, gdy porządkowałem papierosy, a Vi, standardowo podjadając lizaka o smaku zielone jabłuszko, odpakowywał z folii kolejne paczuszki. Udawałem, że blondyn wcale nie lampił się ostentacyjnie na mój tyłek, gdy wyginałem się, byle wszystko ładnie ułożyć w tej jebanej budce.
Obsłużył klientkę szybko, bez zbędnego marudzenia, stukając szczupłymi palcami o zmarnowany blat. Kasa zabrzęczała, paragon wydrukowano, zgnieciono i wyrzucono.
Mieliśmy wrócić do wypakowywania używek, gdy rozległ się huk tłuczonego szkła. Victor odruchowo się wzdrygnął, wydając z siebie dość głośne sapnięcie. Zerknąłem przez ramię na dziewuchę, która stała, jak ostatnia sierotka, trzymając torbę z połową dotychczasowej zawartości. Westchnąłem cicho, poprawiając koszulkę. Podwinęła się podczas monotonnego układania.
— Gdzie macie jakąś szufelkę, mop, cokolwiek? — spytała nagle, zwracając się w moją stronę.
Miałem ochotę machnąć ręką, ale w tym samym momencie Woods już zdążył rzucić jej mop. Posłałem mu niezbyt ciekawe spojrzenie, skrzywiłem się i westchnąłem, przekrzywiając się w miejscu i gubiąc gdzieś tę wytrenowaną przez lata posturę i spokój.
— Proszę cię, to należy do naszych obowiązków — mruknąłem w końcu, zwracając się do obu jednostek i może nieco pretensjonalnie zakładając przy okazji ręce na piersi.
— Rozbiła, zaproponowała i do tego po godzinach naszej pracy. Nie widzę problemu. — Natychmiastowa odpowiedź ze strony blondyna jakoś nieszczególnie mnie ukontentowała. Wręcz przeciwnie, zadziałała nieco jak płachta na, i tak już wcześniej rozwścieczonego, byka. Vi potrafił być momentami bezpośredni na tyle, by wchodziło to na tory zwyczajnego chamstwa.
— Na litość boską, Vi, już wystarczy, że przymrużyłem oko na fakt, że sprzedajesz jej to wszystko — bąknąłem, jedynie zwiększając na sile poddenerwowanego spojrzenia.
— Sam robisz dokładnie to samo za moim pośrednictwem, więc proszę, nie pierdol teraz o moralności — odparł. Ba, odwarknął, na co może nawet zacisnąłem pięści.
— Cokolwiek, Victor, to nie zmienia faktu, ze sprzątanie tu leży w naszych obowiązkach — skwitowałem wszystko, kierując się leniwie w stronę dziewczyny i chwytając mop, który zaciskała już w dość drobnej dłoni po odłożeniu zakupów na ziemię, w strefie wolnej od rozlanych napojów. — Przepraszam za niego.

30 gru 2018

Od Franciszka cd Antoniego

I tak już wystarczająco chłodne, niebieskie oczy, nagle błysnęły, jeszcze skuteczniej mrożąc krew w wąskich żyłach, tak pilnie starających się przepuścić, jak najwięcej krwi.
A ta krzepła, powoli, leniwie pod wpływem spojrzenia, zamierała i odciągała ciepło od dłoni.
Zimne powietrze smagnęło mnie po karku, przyprawiając o gęsią skórkę, szybki, dość mocny dreszczyk, który prędko przebiegł się po moim ciele.
Pedagog wyglądał na jeszcze bardziej podirytowanego niż zazwyczaj. Może na ten widok jedynie mocniej się uśmiechnąłem, lekutko podniosłem brew i jeszcze chętniej wbijałem roziskrzone, dzikie, ale jednocześnie nieco maślane spojrzenie w mężczyznę, który nie był raczej uradowany z powodu spotkania mnie akurat w tym sklepie, do tego w roli sprzedawcy.
Ale jak to mawiali od niepamiętnych czasów, klient nasz pan i jakoś niespecjalnie miałem ochotę podważać stare porzekadło, które jak dotąd w większości sytuacji sprawiało się wręcz rewelacyjnie.
— Po prostu daj mi setki Marlboro i odejdę w pokoju, obiecuję, nie będę wypytywać cię z hydrostatyki — rzucił nisko, pod nosem, rozwalając na blacie pełno słodkiego, na co drgnąłem, wyjątkowo nie utrzymując mięśni w miejscu, tak, jak powinienem to zrobić. Przekląłem w myślach.
Nie powinienem był gubić opanowania, a już, szczególnie gdy idzie tylko o fakt, że mężczyzna definitywnie ma jakieś niedobory cukru. A może ma dziecko, które przepada za łakociami?
Nie, pan Watson definitywnie nie wyglądał na jednostkę, która porwałaby się na potomstwo, no, chyba że byłoby ono nieszczęśliwym wypadkiem, wspomnieniem lat młodości. Był zbyt rozgarnięty na dzieciaka...
Chyba, w końcu niejednokrotnie pozory potrafią zmylić.
Zacząłem powoli kasować produkty, wielokrotnie przerzucając je w dłoniach, może nieco miętosząc, ale przede wszystkim dbając o to, by szczupłe palce prezentowały się jak najlepiej.
Skromne pierścionki na palcu środkowym i wskazującym tylko umilały widok.
— A dowodzik jest? — spytałem przekornie, gdy doszło do pochwycenia fajek.
Świadomy, że mogą to być ostatnie słowa, jakie z siebie wyduszę, zanim mężczyzna dokładnie wyliczy potencjalną parabolę lotu słoika z lizakami, który akurat stał obok jego prawej ręki.

Od Franciszka do Charlie

— Franciszek to, Franciszek tamto, Franciszek sobie jeszcze wsadzi miotłę w dupę i pozamiata — warczałem pod nosem, domywając szklane drzwi lodówki, bo jakiś bachor uznał za świetny pomysł uwalenie swoich tłustych łapsk akurat na tym.
Tak, bo mamo, mamo, tu są mrożone frytki i ja chcę mrożone frytki, albo jeszcze lepiej, warzywa na parę, pierdolę, kto, do cholery jasnej, lubi warzywa na parę, patelnię, cholera wie, co jeszcze? Nikt, dokładnie. Dlatego się zastanawiałem, jakim cudem, to gówno jeszcze jest w obiegu. Jak bardzo ludzie chcą udawać, że są fit i przede wszystkim, przed kim chcą udawać? Bo mi to wyglądało i śmierdziało wmawianiem samemu sobie, że jednak robi się coś w życiu i nie jest to opierdalanie trzeciego kebaba z budki za rogiem, na którego, tak całkiem swoją drogą, właśnie wzięła mnie chętka.
Po pracy, zdecydowanie, po pracy postawię sobie potężnego, na grubym, z mieszanym, bo kto mi zabroni, no kto?
— Jak na to, ile masz obowiązków, zdecydowanie przesadzasz — rzucił Victor, który właśnie otwierał kolejnego lizaka, tym razem o smaku zielonego jabłuszka. Coca-colowy skończył dosłownie chwilę temu, a ewidentnie miał tego dnia parcie na słodkie, o czym świadczyły szeleszczące w kieszeni dość luźnej bluzy papierki. — Za coś ci płacą i definitywnie nie jest to jęczenie. Przynajmniej nie tutaj — dodał, wpychając słodkie do ust, a dłonie do kieszeni. Spojrzałem na niego, może odrobinę rozeźlony, po czym tylko fuknąłem pod nosem.
— Jej też za coś płacą i definitywnie nie jest to siedzenie na portalach społecznościowych — skwitowałem krótko, trzaskając drzwiczkami, prostując się i przecierając wierzchem dłoni czoło. Wszystko zwieńczone wkurwionym, świdrującym spojrzeniem, które padło na współpracowniczkę. Liwia nie należała do osób zarobionych, a i wydawała się bardziej rozpieszczona ode mnie, o ile się dało.
Woods wzruszył w odpowiedzi ramionami, po czym zgrabnie odepchnął się od starej ściany i podążył za mną, tym swoim rześkim, sprężystym krokiem, który nijak nie miał się do mojej sztywnej postury.
— Do jutra, Franiu — rzuciła nagle dziewczyna, przechodząc tuż przed moim nosem, po czym wyleciała ze sklepu, zostawiając mnie z Victorem, kluczami i całym monopolowym do ogarnięcia, bo przecież przed zamknięciem trzeba posprzątać i...
— Dobra, pomogę ci — westchnął Vi, unosząc jedynie dłoń, po czym sięgnął po mop.
A gdy już podchodziłem do drzwi z zamiarem zamknięcia całego tego pseudo dobytku, dosłownie wkładałem klucz do zamka, wtedy właśnie przed drzwiami zawitała niska, ładnie ścięta blondyneczka.
— Przepraszam, ale za... — zacząłem beznamiętny monolog, po czym zerknąłem na sklep, na Vi i ponownie na dziewczynę. — Albo mniejsza, tylko się pospiesz. — Otworzyłem drzwi na oścież, wpuszczając nastolatkę, bo co mi szkodzi?

29 gru 2018

Od Franciszka do Antoniego

Usta drgnęły niespokojnie. Niekoniecznie moje, prędzej jego.
Spojrzenia zostały wymienione. Niebieskie oczy zerknęły na mnie z wrodzoną wyższością. Inteligentne, niebieskie oczy.
Blisko, bardzo blisko. Mogłem poczuć zapach jego perfum. Niezbyt ciekawe, nie w takich gustowałem, a jednak idealnie pasowały do jego osoby. Wszystko od zawsze tworzyło melodyjną, spójną całość, harmonię barw, widoków, dźwięków i zapachów. Czy smaku nie wiedziałem. Nie dane było mi spróbować.
Pstryknął długopisem, w ten jeden, jedyny, charakterystyczny sposób, który zdążyłem już jakoś odnotować sobie w głowie. Był ciekawy, bardzo ciekawy.
Obserwowałem go już jakiś czas. Nie wiem, czy był to konkretnie rok, czy może nieco krócej. Nie pamiętam, jak wyglądało to na początku. Nawet nie wiem, czy go wtedy zauważałem.
Lubiłem.
Bo teraz ewidentnie, przepadałem za jego osobą. Za dobrze dopasowanymi chinosami, które opinały się na...
Tyłku, tak, tyłku. Bezczelnie się na niego lampiłem, gdy przechodził obok.
Dobrze, że jeszcze go w niego nie klepnąłem. A kusiło. Często, dotkliwie, aż świerzbiła mnie ręka, bo kurwa uwielbiał się szwendać, szczególnie w mojej okolicy.
Może w tym wszystkim zdążyłem zmrużyć oczy, uśmiechnąć się, dosłownie lekutko unieść lewy kącik ust, podeprzeć policzek na pięści.
Było leniwie, mało kto zwracał już uwagę na to, co się działo. Pozwalano na więcej, ignorowano niektóre zachowania.
Ale nie on.
Moje imię zabrzmiało, bo huknął na mnie, a ja, siedzący w trzeciej ławce, uniosłem leniwie łeb, licząc tylko na to, że spyta o coś łatwego.
Sinusy, cosinusy.
Jebane paralaksy, które łupał.
Nienawidziłem, kurwa, fizyki, nie rozumiałem jej za cholerę i nawet atrakcyjny pedagog nie był mi w stanie tego wynagrodzić.
Szczególnie że akurat ja byłem jego pieprzonym kozłem ofiarnym i to mnie zazwyczaj wyrywał do odpowiedzi.
To pewnie za ten tyłek.
Victor szturchnął mnie w bok z uśmiechem, który pokazywał jego wszyściutkie, krzywuśkie zęby, spomiędzy których wydobywały się ciche świsty, gdy tylko przyszło mu odetchnąć.

— Franciszek, porozkładaj towar — rzucił rozleniwiony parch, oglądając swoje neonowe, różowe paznokietki, żując gumę i przełączając zakładkę w internecie na kolejny poradnik makijażowy. Westchnąłem, może nieco zbyt ciężko, po czym chwyciłem zapieczętowany karton z rocznym zapasem zupek chińskich, by zniknąć gdzieś między półkami i zamknąć się w świecie pełnym etykietek, na których większość słów była w obcym języku, który zrozumieć mogli tylko wybrani...
Dzwoneczek.
Kolejny pieprzony klient.
Szwendał się po sklepie z charakterystycznym stukotem charakterystycznych butów. Docisnąłem ostatnią paczkę na półkę, modląc się pod nosem, byle to wszystko na mnie nie runęło, bo naprawdę, nie chciało mi się drugi raz tego wszystkiego na siłę upychać.
Zgniotłem karton, nożyczki zawiesiłem na małym paluszku i ruszyłem w stronę lady, konkretniej kosza, który był za ladą, bo nie chciało mi się pomykać na zaplecze, do obrzydłej mi już do reszty współpracowniczki. O ile można było ją tak nazwać. Nie wiem, za co jej kurwa płacili, bo póki co widziałem ją tylko przewracającą parówy na grillu, który i tak się, kurwa, kręcił, więc nie wiem, po chuj to robiła.
Chwilka na napicie się wody i za chwilę trzeba było uśmiechnąć się ładnie...
W stronę znanych, niebieskich oczu, które trzymały jakieś produkty, na które nie za bardzo zwracałem uwagę.
— Dobry wieczór, psze pana — mruknąłem, rzucając mu jednocześnie nieco wyzywające spojrzenie.
Antoni Watson miał powody, by szczerze mnie nienawidzić.
Byłem tego absolutnie świadomy.

Franciszek Żukowski

Na zdjęciu: Timothée Chalamet
Motto: Vanitas vanita… Cokolwiek.
Imię: Franciszek
Nazwisko: Żukowski
Wiek: Lat siedemnaście.
Data urodzenia: Dwudziesty szósty listopada. Pieprzony strzelec.
Płeć: Mężczyzna.
Miejsce zamieszkania: Okupuje bursę, w końcu jak wysłali go do szkoły do innego miasta, to przydałoby się, żeby miał przynajmniej gdzie dupę powylegiwać. Przeciętny pokój. Biurko, łóżko piętrowe, bo dzieli mieszkanie z pewnym nietypowym jegomościem. Nie ma co spraszać gości, pani Halinka z recepcji zawsze się o to fuka, a powoli braknie nam drobniaków na przeprosinowe serniczki z cukierni za rogiem.
Orientacja: Przynajmniej tutaj Franciszek jest pewien. Jest pewien, że nie jest w stanie się sprecyzować. 
Praca: Jako przykładny uczeń liceum, na kierunku matfiz (chociaż każdy ryknie wam w twarz, że powinien był spierdzielić na humana), który pewnie po wszystkim wsadzi sobie głęboko w dupę z chęcią podarcia świadectwa, na który wylał siódme poty, a który mało co mu da, robi w monopolowym na rogu jakiejś pokracznej ulicy. Grunt, że płacą dobrze.
Charakter: Urodą, pozorami i nonszalancją od zawsze z łatwością przyciągał do siebie ludzi. 
Franciszek ma po prostu wrodzony wdzięk, urok i talent. Charyzmę, która sprawia, że lgną do niego, jak muchy. A wszystko zakrapiane może nieco parszywym uśmiechem, który tkwi w pamięci długo. Naprawdę długo i naprawdę głęboko.
Klną na niego, co prawda, to prawda, bo jak nie kląć na chłopaka, który oprócz ludzi, idealnie przyciąga do siebie kłopoty? Wręcz notorycznie prosi się o guza, szwendając się tam, gdzie nie powinien, kręcąc się w towarzystwie, które ewidentnie nie jest dla niego i działając, czasem wbrew moralności, jak i prawu.
A potem miele tym jęzorem, ubiera wszystko w słodkie, jak ulepek słówka, wygina usta w dyskretnym uśmieszku i kręci, jakże on kręci, byle odwrócić kota ogonem i wyjść z sytuacji cały i zdrowy. 
Nie potrafi ponosić konsekwencji za swoje własne czyny, a co dopiero czyjeś. Zawsze stara się jakoś zgrabnie wywinąć, może przy okazji narażając jednostki, z którymi ma jakikolwiek związek, ale czy to jakkolwiek mu wadzi? Oczywiście, że nie. Cholerny narcyz i egoista, którego nikt jak dotąd nie nauczył, że czasem warto spojrzeć na innych i może nieco odpuścić, bo z tak wysoko zadartym nosem zbyt daleko się nie dobrnie. 
Oczywiście, nie można jednak patrzeć tylko na te negatywne cechy i robić z Franciszka pseudo czarnego bohatera, który pod osłoną nocy w pelerynie knuje przeciw światu. Potrafi uśmiechnąć się szczerze, potrafi wyciągnąć do innych dłoń, a i nawet okaże serce, gdy sytuacja będzie tego wymagać.
Jednak w zdecydowanej większości…
Nie, na Franciszku nie ma co polegać.
Hobby: Trudno powiedzieć, by cokolwiek, co robił dotychczas w życiu, było zainteresowaniem jego, a nie rodziców.
Zauważył, że lubi oglądać filmy, a i szczególną frajdę znajduje w nieudolnym brzdąkaniu na gitarze, którą kiedyś dostał od świętej pamięci już dziadka. 
Może też całkiem bawiły go tańce ludowe, ale dawno i nieważne.
Aparycja|
- wzrost: Metr osiemdziesiąt. Nie jest źle, wręcz przeciwnie. Nawet ładnie. 
- waga: Jak ostatnio się ważył, było coś koło siedemdziesięciu. Cholera wie, jak to teraz wygląda, pewne jest natomiast to, że rzeczywiście, szczupaczek z chłopaka. 
- opis wyglądu
Szarlatan w owczej skórze. Od pierwszej chwili, gdy tylko wejdzie do pomieszczenia, zagości w nim tym swoim luźnym, ale wciąż kurczowo kontrolowanym krokiem, byle prezentować się tak dobrze, jak tylko się da, bo nawet to opanował do perfekcji, idzie stwierdzić jedno. Los obdarował chłopaka zaskakującą, a i przyciągającą oko urodą.
Nie śmieje się. Nie dlatego, że nie ma humoru. Po prostu się nie śmieje, a przynajmniej nie głośno i szeroko, świadomy, że wygląda wtedy, jak koń, bo nie poszczęściło mu się z kształtem szczęki i żuchwy. Pozwala sobie jedynie na delikatny uśmieszek, któremu czasem potowarzyszy ciche parsknięcie.
Dba o swoją prezentację. Dba o poskręcane, ciemne włosy, Dba o to, by patrzeć w odpowiedni sposób, by łagodnie błyskać zielonymi, nieco zmęczonymi ślepiami. Dba o to, by ulubiona, schodzona, czarna, jeansowa kurtka wyglądała jak wyciągnięta ze sklepu w typie vintage, a nie, jakby rzeczywiście, coś już zdążyło ją przejechać.
Zawsze ma czyste buty. Nauczony, nie zapowiada się na to, by miało stać się inaczej, a każdą grudkę, plamkę, czy cokolwiek innego, zbywa tak szybko, jak tylko może.
Franciszek, możliwe, ma lekkiego fioła na punkcie swojego wyglądu. Ale tylko lekkiego.
Może też przez to zdarza mu się podgryźć paznokcie, aczkolwiek i z tym nałogiem zdaje się prowadzić nieustanną wojnę. Póki co jednak nie zapowiada się, by któraś ze stron złożyła kapitulację.
- pozostałe informacje: Zdaje się, by blizna na brodzie nie za bardzo mu wadziła.
- głos: Mimo młodego wieku, zdążył już złapać chrypę, zedrzeć gardło i zbrukać jak dotąd melodyjny głos. Nie wygląda na to, by za bardzo się tym przejmował. Wciąż przecież hipnotyzuje.

Historia: 

Urodził się jako jedno z tych dzieci, które na starcie mają wszystko. Od pozycji, przez pieniądze, aż po fakt zaplanowania przez rodziców całego życia.
Zawsze śmiali się z niego, że przy urodzeniu dostał pieczątkę z napisem „Akademia Medyczna”, kielichem i wężykiem, tak charakterystycznym dla tej ścieżki zawodowej. Miał być chirurgiem, bo babcia tak chciała. Co z tego, że od dzieciaka mdlał na widok krwi, a myśl o rozkrajaniu ludzi całkiem mu obrzydła. Chirurg. Lekarz. Cokolwiek, co zahacza o ten zawód.
W szkole zawsze mówili, że powinien kształcić się w kierunku stricte humanistycznym. Ze swoimi zapędami do czytania, z lekkością w pisaniu, z łagodnym, nieco artystycznym spojrzeniem na świat.
Pokręcili głową, widząc, że oceny z języków i historii ma wyższe od tych z biologii, czy z matematyki, którą też uważali za niezwykle ważną.
Gdy przyszło wybierać kierunek, w jakim się uda, trzasnęli dłonią o blat, bezkompromisowo wyrzekając martwe „biolchem”. Rzucili go do Avenley, wierząc w to, że synowi trzeba odciąć w końcu pępowinę, by sam zaczął odpowiedzialnie zarządzać sobą i pieniędzmi.
Nie każdy musi wiedzieć, że po trafieniu do jednego z lepszych liceów, wziął los w swoje ręce i szybko poprosił o przeniesienie do klasy matfizowej, nie zawiadamiając nikogo z rodziny.
Miał przecież radzić sobie sam.

Rodzina:

O Żukowskich bywało głośno wszędzie, gdzie się pojawili. Z fiu-bździu na punkcie nietypowych imion, ciągnących się od lat, dość głęboko zacietrzewioną tradycją, jeśli chodzi o ścieżkę zawodową i chłodem w zielonych, dziedziczonych z pokolenia na pokolenie, oczach.
Antonina była prawdopodobnie najnormalniejsza ze wszystkich, dopiero po latach „Tośka” została zgnieciona przez nazwisko przyjęte po ojcu Franciszka, Benedykcie.
Wszyscy, nieuchronnie i najmłodszy, lekarze.
Babcia? Mirosława, oczywiście, była szanowaną panią doktor, teraz wykładającą na uniwersytecie. Dziadek? Waldemar oczywiście był chirurgiem.
Franciszek? Franciszku, chcesz to zaprzepaścić? Ostatni tego nazwiska?
Nie psuj rodziny, nie bądź zgniłym jabłkiem, bo cała szarlotka pójdzie na kompost.
Partner: Kiedyś pocałował jakąś tam dziewuchę. Czy chłopaka. Cholera wie. Kto by to pamiętał.
Potomstwo: Pusto.
Ciekawostki: Ulubiony pedagog? Oczywiście, że pan Watson. My się z Antosiem mamy za pan brat.
Inne zdjęcia: x, x, x 
Zwierzęta: Miał rybki. Pozdychały.
Pojazd: Lubimy tułać się tramwajami
Kontakt: malinowy.krolewicz@gmail.com