Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Damien. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Damien. Pokaż wszystkie posty

1 lip 2019

Czerwcowa czystka

postacie, które napisały ostatnie opowiadanie w dniach 15.05-30.06 zostają na blogu,
postacie, które napisały ostatnie opowiadanie w dniach 14.04-14.05 dostają upomnienie,
postacie, które nie wykazały żadnej aktywności do 13.04, zostają wydalone
postacie, które odchodzą z woli autora
trzy upomnienia — wyrzucenie
imię* - zawieszenie
mężczyźni
AARON*
ADAM
ANTONI
AXEL*
BELLAMI
BILLY JOE
CAMERON
CHARLES*
CONRAD*
DAMIEN
DANIEL*
ELIAS*
EVAN*
FELIX*
FRANCISZEK
GABRIEL
GARED
HANGAGOG
IVAN
JACOB*
JULIEN
JUNGHO
KEN
LAWRENCE
LIONELL
LUCAS
MICHAEL
MILO
NAFF
NEAL
NICOLAS
NIVAN
NOAH*
OLI*
RAFAEL
SAMUEL
SPENCER
THEO
THOMAS
TRACE
TYLER
kobiety
ALTHEA
AMY
ANASTAZJA
ANGELICA*
ASHLEY
AURORA
BRIDGET
BROOKE
CANDICE
CATNISS*
CHARLIE
CHLOE*
CRYSTAL
DEARDEN
DIANTHE*
ELISE
HARPER
IDA*
ISABELLE
IZZY
JULIA*
KATFRIN
KEHLANI
KITTY*
KOYORI
LAURENE*
LOUISE
LUCIA
LUCILLE
LUCY
NOELIA
ODETTE
ODEYA
PELAGONIJA
RACHEL
RAVEN
ROSE*
SANAE
SARAH*
SOFIA
SUE RACHEL
SUTTON
SYBIL
TAYLOR
TOVE*
VICTORIA
WANDA

Podsumowując:
Avenley River opuściło -  4 ♂ | 5+1 ♀
upomnienie uzyskało -  4 ♂ | 4 ♀
postacie bez upomnienia - 33 ♂ | 37 ♀
na blogu pozostało (włącznie z postaciami z upomnieniami) - 37 ♂ | 41 ♀
Prosimy również, aby postacie, które nie napisały jeszcze żadnego opowiadania, nadrobiły to w ciągu tygodni.

21 lut 2019

Od Damiena CD. Rose

W milczeniu przyglądałem się słowom miganym przez Rose i dopijałem końcówkę mojej kawy, zaraz potem wyciągnąłem dłoń po większą filiżankę należącą do dziewczyny.
- W poprzedniej szkole zapraszali mnie tylko, żebym mogła się poczuć głupio. Wiesz, byłam ładnym tłem dla znajomych, kiedy podrywały facetów - migała z trudem, sam musiałem się skupić, by zrozumieć o co czasami jej chodzi. 
- Może się nie starałaś wystarczająco - wzruszyłem ramionami i upiłem łyk latte, było okropne, bo dziewczyna je przesłodziła. 
- Łatwo ci mówić - na jej twarzy pojawiło się wyraźne rozgoryczenie. Faktycznie, było to nieco nietaktowne, ale postanowiłem nie drążyć tematu i nie przepraszać jej.
- Ty nie mówisz od niedawna - zauważyłem. Kiwnięciem głowy przyznała mi rację. - Dla twoich przyjaciół to musiała być duża zmiana, wiesz, w nowym gronie to, że milczysz będzie naturalne, wszyscy się przyzwyczają.
- Albo nie.
- Nie doceniasz naszej uroczej grupki - prychnąłem pogardliwie.
- Macie jakąś grupkę? - zainteresowała się.
- Można tak powiedzieć, że dobrze się znamy, bo trzymamy się od podstawówki razem, przedstawię ci ich może na imprezie, jak pójdziesz, ale pewnie będą też ludzie od Gossie. 
Twarz dziewczyny poweselała nieco, a ja duszkiem dopiłem niesmaczną kawę.
- Rozwali ci się serce od tego - Rose zwróciła mi uwagę, a ja zacisnąłem usta. Katie również wypominała mi to picie kawy w przesadnych ilościach. Westchnąłem cicho i odwróciłem się.
- Pójdę zapłacić - rzuciłem i skierowałem się w stronę kasy. Dziewczyna złapała mnie za ramię, a ja zerknąłem na nią pytająco.
- Czekaj, oddam ci połowę - wymigała i zaczęła szukać w torbie portfela. 
- Daj spokój - wyrwałem się jej i ją wyminąłem.
Po chwili szliśmy dość szybkim krokiem z przystanku autobusowego w kierunku mojego domu, było dość zimno i w dodatku zaczął padać śnieg. Naciągnąłem na głowę kaptur kurtki i wcisnąłem dłonie w kieszenie. Rose pociągnęła mnie za rękaw, ale nie miałem siły podnosić głowy, bo lodowaty podmuch sprawiał, że policzki szczypały.
- Pięć minut, jak się pospieszymy - odpowiedziałem cierpko, domyślając się, o co dziewczyna chce spytać. 
Szczęśliwi przekroczyliśmy próg mojego domu, w którym przywitała nas moja mama z Laurą. Siostra była tak podekscytowana, że nawet nie zwróciła uwagi, że kogoś przyprowadziłem. Nie zważając na to, że zdejmuję właśnie but i stoję na jednej nodze, zaczęła szarpać mnie z entuzjazmem.
Złapałem się ściany, by odzyskać równowagę i popatrzyłem na nią pytająco. 
- Laura musi ci się czymś pochwalić - zaśmiała się mama, a później zaciekawiona przeniosła wzrok na Rose.
Natomiast ja skupiłem uwagę na Laurze, która właśnie wcisnęła mi w ręce coś białego.
- Czy to ząb mleczny? - uniosłem brwi, na co dziewczynka uśmiechnęła się szeroko, pokazując mi szereg białych zębów, wśród których brakowało górnej jedynki.
Zaśmiałem się i pstryknąłem ją w nos.
- Obiecywałaś, że przywiążemy go do klamki od drzwi - wymigałem, a ona popatrzyła gdzieś w bok.
- Sam wypadł - odmigała i wzruszyła ramionami. Odwróciłem się i popatrzyłem na Rose, która uśmiechała się łagodnie i kryła gdzieś za moimi plecami.
- Mamo, to Rose, Rose, to moja mama, a to moja siostra, Laura - przedstawiłem wszystkich i powiesiłem kurtkę na wieszaku. 
Blondynka skłoniła nisko głowę ku mojej mamie w geście powitania. 
- Rose nie mówi, ale słyszy, jak coś - zaznaczyłem, jakby to była najnormalniejsza na świecie rzecz, a oczy mojej mamy rozbłysły jeszcze bardziej zainteresowane.
- No, no - odparła krótko - powieś sobie ten płaszczyk obok - wskazała jej wolne miejsce na wieszaku - zrobię wam coś do picia, jest zimno.
- Okej, my idziemy do pokoju, musimy się pouczyć.
Moja mama zrobiła tak wskazującą minę, że aż odruchowo popatrzyłem na Rose, czy nie widziała, na szczęście akurat była odwrócona.
- Zawołam cię za chwilę po herbatę - oznajmiła Irene, złapała Lau za rękę i powlokła ją do kuchni.
Wyszliśmy na piętro, otworzyłem drzwi do pokoju i puściłem Rose przodem, dziewczyna rozejrzała się zainteresowana i przyjrzała malowidłu na ścianie. Również rozejrzałem się, ale w celu ogarnięcia spojrzeniem, czy nigdzie nie leży nic, co mogłoby mnie kompromitować. Kopnąłem piętą czarne dresy pod łóżko i poprawiłem przekrzywiony koc na łóżku, gdy dziewczyna studiowała graffiti. 
- To też jest twoje? - spytała, patrząc na kobietę na ścianie.
- No, ale stare, znudziło mi się już, muszę zamalować nowym, ale to może na wiosnę, bo spraye śmierdzą, a teraz jest za zimno, żeby wietrzyć - odparłem, równocześnie sprzątając na biurku. - Nie posiadam czegoś takiego, jak podręcznik, albo zeszyt do biologii, więc muszę zdać się na ciebie.
Rose rozsiadła się na moim wygodnym, skórzanym obrotowym krześle, a ja musiałem zadowolić się tylko drewnianym stołkiem od toaletki, przyniesionym z pokoju mojej mamy. 
- Nie dziwie się, że ropuszyca chce cię uwalić na semestr - uśmiechnęła się lekko i obróciła dookoła. Zatrzymałem ją gwałtownie, łapiąc za oparcie.
- Miałaś mi pomóc, a nie mnie moralizować.
Dziewczyna pokręciła głową i wyjęła swoje książki z plecaka. 
- Twoja siostra nie słyszy i nie mówi - zagaiła temat, gdy położyła stertę notatek na stoliku. 
- Od urodzenia, stąd znam migi - wyjaśniłem - pewnie za chwilę tu przyleci, więc musimy się streścić.

Rose? jakieś takie marne, ale nie mam ochoty na więcej teraz

15 lut 2019

Od Damiena - CD. Rose

Nie wiem co sobie myślałem wybierając biologię jako przedmiot uzupełniający.
To znaczy, wiem, co myślałem. Pod koniec pierwszej klasy, biologii u humanów uczyła na pół etatu słodka Lizzie, która była świeżo po studiach, a na jej lekcjach nie robiło się nic. Wszystko zmieniło się w drugim semestrze drugiego roku, gdy Lizzie dostała cały etat w innej placówce i została zastąpiona przez to przebrzydłe ropuszysko Edmunds, gorsze nawet niż Stöcker. Od tamtej pory ledwo udawało mi się zdawać pojedyncze sprawdziany, nie mówiąc już nawet o klasyfikacji pod koniec roku, podczas której musiałem się całkiem mocno wygimnastykować, żeby dostać promocję.
Od zawsze byłem twierdzenia, że nie muszę być we wszystkim najlepszy, a zwłaszcza w tym, co zupełnie mnie nie interesuje. Biologia właśnie taka była, nudna, każde słowo wypluwane przez biolożkę wywoływało u mnie coraz większą senność. Oczywiście, kosą była okropną, jakbyśmy wszyscy nie mieli nic ciekawego do roboty, poza wkuwaniem definicji transkrypcji, czy budowy kwasu deoksyrybonukleinowego.
Nawet nie byłem zaskoczony, gdy wezwała mnie po lekcji, by przypomnieć mi o moim proponowanym niedostatecznym na półrocze. Wszystkimi siłami powstrzymywałem się od włożenia rąk w kieszenie bluzy, żeby ropuchy przypadkiem nie urazić.
- Zdajesz sobie sprawę ze swojej sytuacji, prawda? - spytała. Kiwnąłem głową. - Co masz zamiar w związku z tym zrobić?
- Jakbym mógł coś poprawić… - zacząłem niepewnie drapiąc się za głową.
- Tych sprawdzianów jest tak dużo, że nie dasz rady się nauczyć na wszystkie w ciągu tygodnia - stwierdziła oschle.
- Nie wierzy, profesor, we mnie - wzruszyłem ramionami.
- Dość żartów - przerwała stanowczo. - Poprawiasz ostatni sprawdzian z genetyki na minimum dostateczny i pomagasz klasie biologiczno-chemicznej w przygotowaniu Dnia Biologii, jest w przyszły wtorek.
- Słucham? - uniosłem brwi.
- Nie będę powtarzała, albo te dwie rzeczy, albo poprawka całego semestru podczas przerwy zimowej.
Przewróciłem oczami i westchnąłem ciężko, po czym zabrałem mój plecak, leżący na ławce pod biurkiem. Zostałem tu bezceremonialnie przesadzony na lekcji organizacyjnej.
- Do widzenia - burknąłem pod nosem i skierowałem się w stronę drzwi.
- Albo ktoś ci pomoże, albo zawalisz semestr. Damien, to moje ostatnie ostrzeżenie - usłyszałem na wychodne. Przytaknąłem pod nosem, ale ropuszyca nie mogła tego słyszeć, wyszedłem na korytarz i pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to siedząca na podłodze Rose, zajadająca się swoim ciastkiem.
Ja swoje zeżarłem już z rana, razem z Darylem, szybko po tym, jak zostały mi podarowane. W sumie był to dość miły gest ze strony dziewczyny.
- Co tam? - zaczepiłem ją. Popatrzyła w górę i uniosła kciuk w górę. - Co masz? - spytałem, chcąc zagaić rozmowę. Wskazała dłonią na gabinet biologiczny i przełknęła ciastko, a mnie olśniło.
- Jesteś w biologiczno chemicznej - bardziej stwierdziłem, niż zapytałem, a ona zgodziła się ze mną. Usiadłem obok i przedstawiłem mój problem. Rose wysłuchała mnie ze skupieniem, a potem zamyśliła się głęboko.
- Nie wiem, czy dam rady, wiesz, miganie na temat biologii… - odparła niepewnie.
- Wystarczy, że mi to wyjaśnisz w jak najprostszy sposób - westchnąłem - poza tym, tak czy siak będziesz pomagała przy Dniu Biologii, wkręcisz mnie - wzruszyłem ramionami.
- Nie wiem, muszę to przemyśleć - miałem wrażenie, że gra na zwłokę, co tylko zdenerwowało mnie bardziej, a już i tak byłem zirytowany. Po chwili dziewczyna pstryknęła na palcach i uśmiechnęła się szeroko. - Usuniesz żenujące zdjęcie - oznajmiła. - Wtedy ci pomogę.
- Chyba śnisz - prychnąłem kpiąco, a ona wyciągnęła z torby telefon.
- Nie, to nie, twoje zagrożenie to nie mój biznes - podsunęła mi pod nos napisaną wiadomość i wyjęła również słuchawki.
- No dobra, niech będzie - jęknąłem w końcu, a ona posłała mi kolejny, zwycięski uśmiech. - To kiedy masz czas? Przyjdziesz do mnie, albo ja do ciebie, czy coś - zaproponowałem.
- Jutro kończę wcześniej, ale mamy chyba próbę do Dnia Biologii po lekcjach, po niej możemy iść do ciebie. Poza tym też się tam przydasz, w tym roku tematyka to płazy i gady.
- Myślisz, że mogę narysować plakat z ropuszycą Edmu… - Rose zasłoniła mi dłonią usta, zanim zdążyłem dokończyć zdanie.
- Nie, ale słodkie żółwiki będą super - uśmiechnęła się wesoło.
- Słodkie żółwiki? - zrezygnowany uniosłem brwi. Dziewczyna wzruszyła ramionami, a wtedy zadzwonił dzwonek. Podniosłem się, bo pod salą pojawiło się sporo innych osób z klasy Rose. - To do jutra - kiwnąłem jej głową i wyminąłem niewielki tłum.

Na przygotowania po lekcjach przyszedłem spóźniony, ponieważ Jade namówiła mnie na papierosa za szkołą, po tym, jak zostaliśmy zaskoczeni kartkóweczką na ostatniej lekcji. Wszedłem do sali i od razu zostałem zmierzony wzrokiem bandy kujonów, włożyłem ręce do kieszeni i rozejrzałem się w poszukiwaniu Rose. Siedziała na ławce w kącie i coś wycinała, a włosy opadały jej na twarz. Postanowiłem do niej dołączyć i przysiadłem się. Popatrzyłem na nią z wyczekiwaniem, mając nadzieję, że moje zadanie nie będzie zbyt wymagające.
Dziewczyna zdawała się nie zwracać na mnie uwagi. Posiedziałem przy niej w ciszy przez około minutę, a później chrząknąłem, wtedy postanowiła uraczyć mnie spojrzenie. Nie wypuszczając z rąk papieru i nożyc ruchem podbródka wskazała mi leżący na podłodze arkusz papieru wraz z farbami.
- Co to za przedszkole? - spytałem, uśmiechając się złośliwie. Dziewczyna tylko wzruszyła ramionami i wróciła do swojego zajęcia. Po turecku przycupnąłem przy kartce i popatrzyłem na nią z namysłem. - Serio mam narysować tu gada?
Rose pokiwała głową i ruchem dłoni zaproponowala, by faktycznie były to żółwie.
- Zważając na fakt, że niedługo mamy egzaminy, przygotowywanie rysuneczków na jakieś dziecinne dni kujonów wydaje się… - zacząłem monolog, równocześnie wyciągając z torby jakiś stary ołówek. - Najważniejszym i najbardziej rozwijającym zajęciem, które mogę teraz robić.
Podniosłem wzrok na Rose, która tylko potępiająco pokręciła głową i dokończyła wycinanie litery O.
- A, bo ty też się łapiesz do tej intelektualnej śmietanki, co? - zaczepiłem ją, ale nie dane mi było poznać jej odpowiedzi, ponieważ znikąd wyrosła przy nas Gossie.
- Co ty tu robisz? - zapiszczała zszokowana, patrząc na mnie wielkimi oczami.
- Edmunds - odparłem krótko, a ona spojrzała na mnie ze współczuciem. Jako naczelna plotkara przez chwilę wypytywała mnie o szczegóły mojego zagrożenia, ja tymczasem zastanawiałem się, jakim cudem będąc tak głupią, bez problemu radzi sobie ze ścisłymi przedmiotami.
- W ogóle, to robię osiemnastkę w przyszły weekend, mam nadzieję, że wpadniesz - uśmiechnęła się. - Starzy jadą w piątek na jakieś termy, a wracają we wtorek, więc będzie domóweczka prima sort.
Prychnąłem śmiechem pod nosem, no jakże bym miał odpuścić domóweczkę. W dodatku urodzinową. Nie ma takiej opcji.
- Jasne - przytaknąłem - będzie ktoś ode mnie?
- Daryla już pytałam, popytam jeszcze Michaela i resztę, a, Jade też - pokiwała głową, a potem jej wzrok utknął w niezwracającej na siebie uwagi do tej pory Rose. - Ty też przyjdź, jak masz ochotę - uśmiechnęła się urzekająco. Blondynka nerwowo odgarnęła włosy za ucho.
- Ja nie wiem, czy się odnajdę - wymigała niepewnie.
- Rose się boi, że się nie dogada - wyjaśniłem Gossie, a ta tylko zaśmiała się perliście.
- Skarbie, jak popijesz, to dogadasz się z każdym, w każdym języku, albo... niejęzyku, zobaczysz - powiedziała z przekonaniem. - Przyjdź, serio.
- Zastanowię się jeszcze - odparła z wymuszonym uśmiechem. Po chwili Goss zostawiła nas samych. W ciszy zabrałem się do malowania głupich żółwi, po jakichś trzydziestu minutach, były mniej więcej skończone. Oparłem się o ścianę, by rozprostować plecy, które rozbolały mnie od dłuższego pochylania się nad arkuszem papieru. Rose również dokończyła swoją papierkologię, i z zaciekawieniem popatrzyła na malowidełko.
- Jest… Ładne - stwierdziła z niemałym zaskoczeniem.
- Dzięki, możemy już stąd iść? Kupię sobie po drodze kawę - popatrzyłem na nią prosząco.

Rose? spierdalamy z tej budy

24 sty 2019

Od Damiena C.D. Rose

Położyłem siatki na stoliku stojącym w kuchni i potarłem zmarznięte dłonie, rozważając propozycję pani Liliany. Pierwszą myślą była odmowa, jednak po chwili stwierdziłem, że może jednak warto się trochę zagrzać przed powrotem do domu. 
- Naprawdę nie trzeba - odparłem cicho.
- Nalegam - uśmiechnęła się ciepło kobieta. 
- Niech będzie, nic się nie stanie - odwzajemniłem uśmiech i zdjąłem z głowy czapkę, a zaraz po niej kurtkę, Rose wzięła ją ode mnie i powiesiła na wieszaku w przedpokoju. Usiadłem przy stoliku, a dziewczyna zaczęła rozpakowywać zakupy, natomiast starsza kobieta włączyła czajnik i wyciągnęła z półki komplet ładnych filiżanek.
- Malinowa? Żurawinowa? Czarna? - wymieniała, grzebiąc pomiędzy kolorowymi pudełeczkami z herbatą.
- Najzwyklejszą, z cytryną, jeżeli to nie problem.
Pod wpływem gwałtownych ruchów staruszki, saszetki posypały się na ziemię. Podniosłem się i pozbierałem je, zanim pani Liliana zdążyła nawet się zgiąć.
- Och, dziękuję, jestem strasznie roztrzepana - zaśmiała się - z resztą, to rodzinne - dodała, wymownie patrząc na Rose. Dziewczyna przewróciła oczami i westchnęła teatralnie, by w jakikolwiek sposób zaprotestować. Kobieta wyszła na moment z kuchni, a dziewczyna oparła się z założonymi rękami o blat kuchenny, patrząc na mnie wymownie.
- Coś się stało? - spytałem, odkładając szybko kartoniki, a później skupiając na niej całą uwagę.
- Zrobiłeś się strasznie u p r z e j m y - zauważyła, migając z wahaniem ostatnie słowo. Zmarszczyłem brwi, jej uwaga nieco mnie zirytowała.
- Jestem uprzejmy odkąd cię rano zobaczyłem, o co ci chodzi? - odmigałem, bo nie chciałem, by jej babcia usłyszała naszą rozmowę. Dziewczyna zamyśliła się na chwilę, a potem spuściła wzrok.
- Masz rację, przepraszam - woda zagotowała się, więc blondynka podniosła czajnik i zalała wrzątkiem filiżanki. Pani Liliana akurat wróciła, niosąc w dłoniach dużą blachę i tym samym przerwała niezręczną ciszę. Pokroiła ciasto i położyła je na stoliku, wokół którego zaraz potem usiedliśmy. 
- Cieszę się, że się dogadaliście - powiedziała radośnie kobieta, a ja uśmiechnąłem się pod nosem na wspomnienie nie do końca przyjemnej wymiany zdań, mającej przed chwilą miejsce. Wbiłem wzrok w herbatę, mieszając ją gwałtownie łyżeczką. - Chodzicie razem do klasy? - spytała.
- Nie - pokręciłem głową. - Do przeciwnej, jesteśmy na innych profilach - wzruszyłem ramionami i spróbowałem pierwszego kawałka ciastka. Kruszonka niemalże rozpływała się mi w ustach, pyszności.
- Rozumiem, Rose, jak ci się podobało w szkole? 
- Było w porządku - dziewczyna zaczęła opowiadać babci o swoim dniu, a ja w zamyśleniu patrząc w okno, spożywałem deser przygotowany przez staruszkę. Dobra chwila minęła, zanim zorientowałem się, że kobieta zwraca się tym razem do mnie.
- Damien, bardzo mi kogoś przypominasz - stwierdziła, a ja popatrzyłem na nią niezrozumiale.
- To raczej niemożli… - potarłem się po karku, ale nie dałem rady skończyć zdania.
- Mógłbyś mi powiedzieć jak masz na nazwisko? - przerwała mi, ale dość uprzejmie.
- Heatcliff - odparłem, a kobieta pstryknęła na palcach. - Wiedziałam! Jesteś identyczny, jak twój dziadek w młodości! - zaśmiała się i klasnęła w dłonie. 
- O... - odmruknąłem, nie wiedząc co mam odpowiedzieć więcej, jednak kobieta pozostawała niezrażona. 
- Pamiętam dobrze twojego dziadka, babcię z resztą też. Chodziłam z nim do klasy w podstawówce - uśmiechnęła się ciepło. - Nawiasem mówiąc, twoja babcia często mnie odwiedzała, zdarzało się, że nawet z tobą, jak byłeś taki malutki, nie wiem, być może coś pamiętasz? - wylał się z niej potok słów. Z zastanowieniem wbiłem wzrok gdzieś w sufit, próbując wykrzesać z siebie choć jedno, małe wspomnienie, niestety w głowie miałem jedynie pustkę. Za to przypomniała mi się moja babcia. Uśmiechnąłem się na myśl o niej, zmarła jakieś dziesięć lat temu, a dziadek krótko po niej. Rodzice mamy mieszkają w Bovem, dlatego rzadko ich odwiedzamy. 
- Niestety nie - pokręciłem głową i zrobiłem duży łyk herbaty, która zdążyła już trochę przestygnąć. 
- Bawiliście się z Rose, ty czegoś nie pamiętasz, słońce? - zwróciła się tym razem do dziewczyny. Tamta również zaprzeczyła. - Właściwie, to nic dziwnego, ile mogliście mieć lat? Dwa? - zaśmiała się perliście. - Ale mam zdjęcia, dużo zdjęć, w albumach, na pewno coś się znajdzie! - pani Liliana energicznie poderwała się z miejsca przy stole, a Rose złapała ją za przegub. Ze złością i bezradnością zaczęła protestować, ale jej babcia niewiele sobie z tego robiła, niemalże wytruchtała z kuchni i po chwili wróciła, dzierżąc gruby, stary album, w pożółkłej oprawie z motywem kwiatów. - Zaraz wam wszystko przypomnę! - ucieszyła się i otworzyła pierwszą stronę, na której był nikt inny, jak Rose, jako niemowlak. Dziewczyna założyła ręce na piersiach i miałem wrażenie, że ze zdenerwowania zamknęła oczy, czekając tylko, aż powiem, że te fotografie właściwie w ogóle mnie nie interesują. Po części, trochę tak było, ale z jednej strony chciałem dopiec trochę dziewczynie za wcześniejszą przytyczkę, a z drugiej… Nie wolno być niekulturalnym, zwłaszcza wobec osoby, która uraczyła cię tak pysznym ciastem, jak to, które zjadłem przed chwilą. Dlatego też z największym zaciekawieniem nachyliłem się wraz z panią Lilianą nad albumem.
- O, patrz! Tu jesteście - kobieta wskazała palcem na jedno z zdjęć, na którym zauważyć można było dwójkę, maksymalnie trzyletnich dzieci, bawiących się w piaskownicy, dziewczynka z burzą blond włosów na głowie trzymała malutkie, plastikowe grabki i stała do zdjęcia z obrażoną miną, cała naga. - Rose, prosiłam cię wtedy milion razy, żebyś założyła chociaż do zdjęcia tą sukieneczkę, która tu leży, ale prawie się rozryczałaś, więc dałam ci spokój… - prychnąłem pod nosem śmiechem i podparłem brodę na dłoni. Rose była niemal czerwona, nie wiem czy ze zdenerwowania, czy ze wstydu. 
- To faktycznie moja babcia - odparłem, patrząc na kobietę, która siedziała na bujanej ławce w tle. - Mógłbym sobie zrobić tego zdjęcie? Pokażę ojcu, jak będę w domu, jestem ciekawy, czy kiedyś widział tą fotografię, on bardzo lubi przeglądać stare zdjęcia… Zwłaszcza te, na których jest babcia - zagaiłem.
- Ależ oczywiście, proszę - uśmiechnęła się, a ja zrobiłem sobie kopię. Po chwili zerknąłem na godzinę, niedługo miał odjeżdżać mój autobus, więc serdecznie podziękowałem za poczęstunek i pożegnałem się z kobietą, która wyraźnie mnie polubiła.
Natomiast pod bramkę odprowadziła mnie Rose.
- No to na razie - uśmiechnąłem się złośliwie. 
- Po cholerę ci było to zdjęcie? - spytała, marszcząc brwi.
- Przyda się mi, jak będę czegoś od ciebie chciał - wzruszyłem ramionami, a ona spojrzała na mnie osłupiała. Tak naprawdę, to bym jej nie szantażował, ale ona tego nie wie, co jest moją przewagą. 
Naprawdę jedyna osoba, z którą jako jestem w stanie się dogadać, jest takim kaktusem? - pokręciła z niedowierzaniem głową. 
- Miałaś na myśli kutasa? - poprawiłem ją, migając szybko, a ona westchnęła przeciągle.
- Tylko spróbuj komuś to pokazać, to cię zabiję - ostrzegła, ale odwróciłem się w połowie jej zdania i odszedłem w stronę przystanku.
- Do zobaczenia jutro! - zawołałem, nie odwracając się.

Rose? 

22 gru 2018

Od Damiena cd. Rose

- Heatcliff, zdejmij czapkę - usłyszałem piskliwy głos Stöcker. Przerwałem machinalne rysowanie malutkich kółeczek na marginesie mojego zeszytu, chwyciłem za kraniec daszka i położyłem czapkę na stoliku, po czym bez słowa wróciłem do bazgrania. Stöcker zamilkła zszokowana i przyglądała się mi przez parę sekund.
- Bez awantury? - spytała z niedowierzaniem matematyczka.
- Bez - mruknąłem, oparłem na dłoni twarz, nie podnosząc wzroku nawet na moment. Kobieta wydała z siebie cichy pomruk, jakby chciała coś dodać, jednak w trakcie zrezygnowała. Matematyka i kolejne dwie lekcje ciągły się mi okropnie. Najgorsze w tym wszystkim było to, że jakkolwiek bym nie próbował choć na chwilę się rozchmurzyć, to albo po prostu nie potrafiłem się do tego zmusić, albo od razu nachodziły mnie przykre myśli. Pierwszą połowę dnia spędziłem głównie słuchając muzyki i nie rozmawiając zbyt wiele z nikim. Akurat szedłem korytarzem na wf, kiedy mój względny spokój miał zostać zaburzony, z naprzeciwka szła Gossie, ciągnąc obok siebie pod ramię jakąś nieznajomą mi blondynkę.
- Damien! - wydarła się, gdy tylko mnie zauważyła, na tyle głośno, by w jej stronę odwróciło się jakieś dziesięć innych osób. Dziewczyny zaraz znalazły się przy mnie, zdjąłem słuchawki i zmierzyłem Goss wzrokiem, równocześnie marszcząc brwi.
- Co się stało? - spytałem, niezbyt zainteresowany zachciankami dziewczyny, za którą nawiasem mówiąc, szczególnie nie przepadałem. Była plotkarą aż do przesady, w dodatku fałszywą.
- Musisz kogoś poznać, to Rose - wskazała na blondynkę, która chyba skądś kojarzyłem, ale nie mogłem przypomnieć sobie skąd. Dziewczyna wyraźnie była zdezorientowana, zrobiła do mnie duże oczy i wyglądała jakby chciała natychmiast uciec i zamknąć się w łazience.
- Cześć, jestem Damien - odparłem, po czym włożyłem ręce do kieszeni mojej bluzy. Rozmowa z sekundy na sekundę robiła się coraz bardziej niezręczna, natomiast Rose spuściła wzrok gdzieś w dół.
- Rose to ta niemówiąca, która będzie teraz chodziła ze mną do klasy, na pewno ktoś ci o tym wspominał, stwierdziłam, że może byś się z nią poznał, no bo... Sam wiesz - wytłumaczyła szybko Gossie, wprowadzając blondynkę w jeszcze większe zakłopotanie, mnie w sumie również. Na dokładkę Goss zaczepiła inna dziewczyna, mówiąc coś o jakiejś spódnicy, po czym porwała ją i razem zniknęły, zostawiając nas z Rose samych. Dziewczyna skołowana zaczęła nerwowo szarpać za kołnierzyk swojego grubego golfa, a ja potarłem się w zamyśleniu karku.
- Jakim cudem potrafisz się dogadać z Gossie? - zapytałem, a Rose wyjęła szybko swój telefon z kieszeni.
Ona do mnie mówi, a ja jej odpisuję i pokazuję - dziewczyna podetknęła mi ekran pod nos, z napisaną wiadomością.
- Miałem na myśli, jakim cudem potrafisz nadawać z nią na jednakowych falach, bariera językowa, czy coś w ten deseń to dla niej do żaden problem - zaśmiałem się cicho, a ona uśmiechnęła i ponownie zaczęła stukać w klawiaturę smartfona. Zatrzymałem ją ruchem dłoni. - Możesz do mnie migać, jeśli tak ci łatwiej, bo rozumiem, całkiem sporo.
Dziewczyna uniosła wysoko brwi, po czym nieco trzęsącymi się rękami przeprosiła mnie za to zawracanie głowy, bo nie chciała, tylko po prostu Gossie uparła się na to, by ją ze mną zapoznać. Zrobiło mi się jej trochę szkoda, bo pewnie przytłoczył ją ekstrawertyzm Goss, która upatrzyła ją jako cel na swoją nową psiapsiółę, a teraz porzuciła na środku wielkiej szkoły, której nie znała, w dodatku z zupełnie obcym kolesiem.
- Gdzie masz teraz lekcje? Zaprowadzę cię, jak coś - wzruszyłem obojętnie ramionami. Rose nie wiedziała, więc w pomocnym geście, znalazłem jej plan zajęć na stronie szkoły oraz klasę, w której dziewczyna miała zajęcia. Popatrzyła na mnie wyraźnie wdzięczna, a ja usilnie próbowałem sobie przypomnieć, gdzie widziałem ją wcześniej.
- Mam wrażenie, że cię skądś kojarzę - zacząłem z zastanowieniem, ale akurat wtedy obok nas przeszła Katie. Przeniosłem wzrok z Rose na byłą dziewczynę i ścisnęło mnie gardle, gdy nasze spojrzenia na moment się spotkały, a potem jej oczy przeciągle zmierzyły rozmawiającą ze mną blondynkę. - Sorry, muszę iść - rzuciłem gwałtownie i odszedłem, w stronę Kate.
- Hej, poczekaj - dogoniłem ex, a ona popatrzyła na mnie cierpko. - Masz tu coś - zdjąłem długą, białą nitkę, która wyraźnie odznaczała się na bordowym rękawie jej sukienki.
- Cześć, Damien. - odparła, akcentując w nieprzyjemny sposób moje imię. - Damien, ja naprawdę prosiłam cię, żebyś...
- Nie - przerwałem jej, szukając choć cienia niepewności, czy braku przekonania w jej oczach. Pustka.
- Odpuść, choć jeden raz odpuść - westchnęła ciężko i wyminęła mnie. Odprowadziłem ją wzrokiem, zaciskając mocno usta, a gdy zniknęła, odwróciłem się i niemiłosiernie wkurwiony ruszyłem w stronę szatni. Poczułem się jeszcze gorzej, niż wcześniej, w sumie to chciało mi się usiąść i rozryczeć jak małe dziecko. Ostatecznie skończyło się to na tym, że w szatni, poszarpaliśmy się nieco z Davidem, który akurat się nawinął i był w tamtym momencie (w każdym innym z resztą też) najbardziej denerwującą osobą na świecie
Ostatecznie, stojąc z rozbitą i siną dolną wargą, szczęśliwy na myśl o powrocie do domu, czekałem w stoickim spokoju na spóźniający się już dobre piętnaście minut autobus do domu. Ludzie otulali się ciasno kurtkami, a niektórzy chowali pod wiatką przystanku, chroniąc przed padającym obficie śniegiem. Pomiędzy tymi drugimi dopatrzyłem poznaną tego samego dnia Rose, i wtedy przypomniało mi się, jak olałem ją przed wuefem. Zrobiło mi się głupio, ale zupełnie wypadła mi z głowy. Dziewczyna studiowała ze skupieniem rozkład przystanków, najwyraźniej nie kojarząc jeszcze zbyt dobrze, jak kursują tutaj autobusy. Z poczuciem winy podszedłem do niej i szturchnąłem ją lekko w ramię. Odwróciła się zaskoczona, a potem zmarszczyła na mój widok brwi.
- Wiesz, jak wrócić? - spytałem od niechcenia. Blondynka z początku wyglądała, jakby chciała odrzucić moją pomoc, ale potem westchnęła przeciągle.
- Niezbyt.
- A gdzie mniej więcej mieszkasz?
Rose wytłumaczyła mi pobieżne w jakim miejscu znajduje się jej dom, skojarzyłem, że jej autobus najpierw przejeżdża przez jej przystanek, a potem robi pętlę blisko mojego, więc wyjaśniłem jej to i zaproponowałem, że do niej dołączę.

Rose? tylko słuchaj, f a b u ł a  d o  p r z o d u 

20 gru 2018

Od Damiena do Rose

Do: Katie
Widzimy się dziś? :* Poszedłbym na łyżwy.

Wysłałem wiadomość i podniosłem się z łóżka. Sobota, godzina dwunasta w południe. Idealny początek dnia, nie ma to jak się wyspać po ciężkim tygodniu nicnierobienia. Zanim doczekałem się odpowiedzi od dziewczyny, zdążyłem zjeść śniadanie, umyć się i pokłócić z bratem. Kate ostatnio strasznie ociągała się z odpisywaniem mi na sms'y.

Od: Katie
Przyjdź po mnie o 15.

Nie miałem ochoty siedzieć jeszcze dwóch godzin w domu, dlatego poszedłem już wcześniej, nie było dziś zbyt zimno, nie padało, a na ziemi zalegało jeszcze trochę śniegu. Z rękami w kieszeniach mojej czarnej kurtki skierowałem się w stronę parku. Przyglądałem się rozwieszonym między latarniami i drzewami światełkom, minąłem wielką, kolorową choinkę rozłożoną w centralnej części, a potem podszedłem ku budce, w której sprzedawano bilety na ślizgawkę. Kupiłem dwa, dla mnie i Katie, w międzyczasie spotkałem kilku znajomych z klasy, gdy skończyłem z nimi rozmawiać, było już przed piętnastą, czyli idealna pora, by wyjść po dziewczynę.
Stanąłem pod drzwiami jej dużego domu, położonego nieopodal parku i zapukałem. Przez dłuższą chwilę nikt nie otwierał, aż w końcu pojawiła się pani Bratford. Przywitałem się, a ona zawołała Kate, dziewczyna powiedziała mi krótkie "hej", mając przy tym bardzo nietęgą minę, co sprawiło, że w mojej głowie zaświeciła się czerwona lampka. Gdy opuściliśmy już jej posiadłość, i szliśmy obok siebie w milczeniu śliskim chodnikiem, poczułem się naprawdę niepewnie.
- Coś się stało, skarbie? - spytałem, wyciągając ku niej dłoń. Obstawiałem, że jej rodzice znowu się pokłócili. Dziewczyna nie złapała mojej ręki, co sprawiło, że zmarszczyłem brwi i zatrzymałem się.
- Musimy porozmawiać - wydusiła z siebie zdławionym tonem. Serce zabiło mi mocniej.
- Chodź, usiądziemy, opowiesz mi - odparłem, siląc się na spokojny ton. Weszliśmy z ulicy, na parkowe alejki, cały czas w nerwowej, niezręcznej ciszy, coś nie grało i to bardzo. Znaleźliśmy niezajętą ławkę w nieco bardziej odludnym miejscu i zajęliśmy miejsca, spojrzałem poważnie w błękitne oczy Katie, a ona poprawiła blond lok i odwróciła wzrok. Pogładziłem ją po policzku i uśmiechnąłem się lekko.
- Kochanie, co jest? Tylko mi nie mów, że będziemy mieli...
- Damien - przerwała mi, strąciła moją dłoń ze swojej twarzy i westchnęła głośno. Nie parzyła na mnie, niespokojnie zacząłem wyłamywać sobie palce, dziwiło mnie jej zachowanie. - To już trochę trwa, prawda? - zaczęła.
- Ale co trwa? - spytałem ze zdziwieniem.
- My - wydukała. - Nasz związek - dodała po chwili przerwy.
- No tak, prawie trzy lata. Mam ci się już oświadczyć, czy co? - zerwałem z siebie czapkę i zmierzwiłem włosy, nie miałem co zrobić z rękami, więc zacząłem w nich miętolić pompon mojego nakrycia głowy.
- Po prostu... To długo trwa, za długo dla mnie. Jesteśmy za młodzi, ja po prostu... Chciałabym spróbować czegoś nowego, jestem po prostu już znudzona - powiedziała na wydechu, jakby trzymała w sobie te słowa od dłuższego czasu. Otworzyłem szeroko oczy, patrząc na nią z niedowierzaniem.
- Co? - jedynie tyle zdołałem z siebie wydobyć.
- Przepraszam cię, jesteś naprawdę bardzo fajnym chłopakiem, z resztą przecież dobrze o tym wiesz - zaczęła gorączkowo się tłumaczyć, ale nie słuchałem jej. Cholera jasna, co jej mogło nie odpowiadać? Od trzech lat przekładałem ją niemalże ponad wszystko, potrafiłem zmienić wszystkie plany, tylko ze względu na nią, wymyślałem wszystko, co tylko się dało, byśmy spędzali ze sobą jak najwięcej dobrych chwil, robiłem z siebie kretyna, tylko po to by się choć trochę uśmiechnęła. A ona jest po prostu... Znudzona?
- Damien... - powiedziała głośniej, wyrywając mnie z natłoku myśli. Popatrzyłem na jej dość zasmuconą twarz, oczy jednak miała przepełnione ulgą. Teraz wszystko poskładało mi się w całość, dlaczego była ostatnimi czasy taka markotna, dlaczego nie chciała ze mną pisać, dlaczego tak tłumaczyła swój brak czasu natłokiem nauki.
Pochyliłem się i wbiłem wzrok gdzieś w ziemię.
- Nie możemy tego naprawić? Ja się zmienię - spytałem cicho, lecz bez cienia nadziei. Katie nie rzucałaby takich słów na wiatr.
- Damien, nie w tobie jest problem - odmruknęła. Wziąłem głęboki oddech i starając się powstrzymać łzy, spojrzałem jej prosto w oczy.
- Ale ja cię kocham, Katie, ten cały wspólny czas, to wszystko, tak po prostu to przekreślisz? - dalej nie dowierzałem, tak bardzo chciałem, by po prostu powiedziała, że to wszystko to tylko głupi żart.
- Dziękuję ci, to były wspaniałe lata, naprawdę - wyszeptała i podniosła się. - Mam nadzieję, że następna szczęściara doceni to bardziej, niż ja - pokręciła głową. Jej słowa brzmiały dla mnie tak pusto, dziwnie, nigdy nawet nie brałem pod uwagi opcji, że ona kiedyś po prostu ze mną zerwie. Była już tak długo, świat po prostu byłby innym miejscem, gdyby jej nie było.
Poprawka, świat będzie teraz innym miejscem, bo jej już nie będzie.
- Mogę cię pocałować ostatni raz? - spytałem, stając przed nią. Zaprzeczyła ruchem głowy.
- Im wcześniej zapomnimy, tym lepiej - odparła. - Trzymaj się - dodała, delikatnie dotykając lekko mojego ramienia, a potem wyminęła mnie i pozostawiła samego na brukowej alejce parkowej, teraz pokrytej szarą śniegową breją. Usiadłem z powrotem na ławeczce i wyciągnąłem dwa bilety, popatrzyłem na nie tępo i pociągnąłem mocno nosem, takiego obrotu spraw nie spodziewałbym się chyba w najgorszym koszmarze.
Trwałem w bezruchu przez dobrą chwilę, nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić, dokąd pójść, czym się teraz zająć, było mi tak źle, pusto, jakby ktoś mi wyrwał coś ze środka.
Wstałem, w jakimś zamyśleniu, letargu, nawet nie zauważyłem, kiedy znalazłem się pod tym cholernym lodowiskiem, przyjrzałem się jeżdżącym ludziom, niektórzy wywracali się co chwila, inni krążyli powoli wokół, inni na środku wyczyniali jakieś piruety. Wszyscy roześmiani, rozgadani z towarzyszami. Nie mając innego pomysłu po prostu wypożyczyłem te cholerne łyżwy i wyszedłem na lód. W ogóle nie zwracałem uwagi na cokolwiek wokół mnie, po prostu snułem przemyślenia i wspominałem wszystkie momenty, które mogły doprowadzić Katie do takiej decyzji. Minuty mijały szybko, a ja sunąłem tyłem po lodowisku, nieszczególnie przyglądając się, czy nikogo za mną nie ma. I to był mój spory błąd, bo idealnie na moim torze ruchu pojawiła się jakaś dziewczyna, która niezbyt radziła sobie z równowagą, stojąc na dwóch cienkich, metalowych płozach. Zachwiała się i upadła na kolana, a ja nie chcąc się z nią zderzyć, musiałem wyhamować i gwałtownie skręcić, jednak zahaczyłem o jej łyżwy i w efekcie przywaliłem nieco w boczną bandę, która otaczała lód. Rozmasowałem obolałe od uderzenia żebra i podjechałem do dziewczyny, by sprawdzić, czy nie stała się jej przypadkiem jakaś krzywda.
- Wszystko okej? - pochyliłem się i wyciągnąłem ku niej dłoń. Dziewczyna pokręciła przecząco głową, na znak, że nic się jej nie stało, była wyraźnie zawstydzona. - To moja wina, przepraszam, powinienem bardziej uważać - westchnąłem, a ona potarła kolano i tylko popatrzyła na mnie przeciągle. - Tak w ogóle, wyprostuj bardziej nogi i plecy, łatwiej ci będzie utrzymać się w pionie - dodałem po chwili. Nie odpowiedziała mi, zacisnęła mocniej usta i skinęła lekko głową, po czym odjechała, wyglądając na dość zdenerwowaną.
Mój czas na lodowisku właśnie się kończył, dlatego nie zastanawiając się dłużej, zwróciłem łyżwy i nie mając co ze sobą zrobić, wróciłem po prostu do domu, gdzie zamknąłem się w pokoju i przez resztę weekendu nie odzywałem się do nikogo, wychodząc tylko czasem do łazienki, bo nawet jeść mi się zbytnio nie chciało. Pytania, dociekania reszty rodziny były cholernie męczące, zmieniło się to dopiero w poniedziałek, gdy zmusiłem się do pójścia do szkoły, która akurat tego dnia niemal huczała od plotek. Moje liceum ma to do siebie, że nie chodzi tam akurat zbyt wiele osób, dlatego prawie wszyscy się znają, oczywiście jednym z głównych tematów było moje, i Katie rozstanie, bo wszyscy sądzili, że kiedyś się pobierzemy i będziemy mieli ósemkę dzieci i psa.
Jednak zaraz po drugiej lekcji, gdy siedziałem i robiłem zadanie z matmy, pojawiła się obok mnie moja przyjaciółka, Jade, również niosąc nową wieść, która na całe szczęście, nie dotyczyła mnie, ani Kate.
- Słyszałeś, że do naszej szkoły chodzi jakaś głuchoniema? - przerwała mi, głośno rozsiadając się tuż obok na ławce.
- Jakby była głuchoniema, to by musiała iść do specjalnej - odmruknąłem, nie odrywając wzroku od zeszytu.
- Gossie tak mówiła, że do jej klasy - dodała.
- Najlepsze źródło informacji - odparłem ironicznie, faktycznie, Gossie wiedziała wszystko o wszystkich, ale miała to do siebie, że mówiąc, przekręcała wszystko, tworząc tym samym jakieś idiotyczne plotki i niedomówienia. Jade trzepnęła mnie w daszek od czapki, tak, że opadła mi ona prosto na oczy, zdenerwowałem się i strąciłem jej rękę.
- Nie sądziłam, że umiesz taki być, normalnie byś dopytywał o co chodzi - zauważyła Jade.
- Chuj mnie to obchodzi, szczerze mówiąc - dokończyłem pisać ostatnie równanie i wrzuciłem zeszyt do plecaka. Jade westchnęła, a dzwonek zadzwonił na lekcję.
- Przykro mi, że Katie tak cię potraktowała, jednak nic ci nie da wyżywanie się po mnie.
Najgorsze jest to, że faktycznie miała rację, ale byłem cholernie rozdrażniony obecnością wszystkich tych odzywających się do mnie ludzi, po prostu chciałem odrobiny ciszy i spokoju. Nie uzyskałem tego jednak nawet po powrocie do domu, bo od razu dopadła mnie Laura. Z obrażoną miną i rękami skrzyżowanymi na piersi. Popatrzyłem na nią zmęczonym wzrokiem i czekałem, aż urządzi mi swoją cichą awanturę.
- Obiecałeś mi, że pójdziemy wczoraj na plac zabaw, zrobić bałwana, a nawet nie zwracałeś na mnie uwagi - wymigała.
- Nie miałem na to siły, dziś też, może jutro, dobra? - odpowiedziałem jej i potargałem jej brązowe loki. Tupnęła nogą.
- Nie.
- Laura - zmarszczyłem brwi, natomiast w jej oczach pojawiły się proszące łzy. Westchnąłem głośno i uległem siostrze. - Idź się ubierz, odłożę tylko rzeczy i z tobą pójdę.
Dziewczynka rozpromieniła się i rzuciła się biegiem w stronę kurtek, a ja mówiąc "papa" mojemu zamiarowi zrobienia sobie długiej drzemki, poszedłem za nią.
Ze względu na opady w parku znalazło się o wiele więcej śniegu niż w sobotę, na co Laura niezmiernie się ucieszyła. Znajdowało się tam zaledwie parę osób, więc mieliśmy sporo miejsca tylko dla siebie. Zamiast bałwana, pomogłem siostrze zrobić małe igloo, a potem, jako złośliwy, okropny, starszy brat wykąpałem ją w tym śniegu, z nadzieją, że to nakłoni ją do szybszego powrotu do domu. No, ale niestety nadzieja jest matką głupich, bo Laura postanowiła się zemścić i jakimś cudem nasypała mi pod bluzę śniegu, a sama nie wyglądała na ani odrobinę przemarzniętą. Przed szesnastą, gdy robiło się już ciemno, Lau stwierdziła łaskawie, że możemy już iść, ale pod jednym warunkiem. Oczywiście warunek, to było odpowiedzenie na jej pytania.
- Czemu jesteś taki smutny? - spytała mnie, całkiem poważnie.
- Czasami tak po prostu jest - wzruszyłem ramionami.
- Chodzi o Katie?
- Nie.
- Zdjąłeś wasze zdjęcie z biurka - cholera, mała była naprawdę bystra i spostrzegawcza.
- Dlaczego mi szperałaś w pokoju? - spytałem wymijająco.
- Zerwaliście? - przytaknąłem na jej pytanie.
- I dobrze, była trochę głupia - odparła prosto, a ja wybuchnąłem śmiechem. Laura nie przepadała za Katie, bo tamta raz nie zrozumiała jakichś zasad jej gry. Później zawsze, gdy Kate u mnie była, Laura przychodziła, uśmiechała się szeroko do dziewczyny, migała do niej jakieś głupie odzywki, których Katie nie rozumiała, a ja tak, i potem musiałem na poczekaniu wymyślać, co niby Lau do niej powiedziała.
- Nie mów tak o niej - uśmiechnąłem się blado. - Katie nigdy nie wyraziła się o tobie źle.
- A spróbowałaby - dziewczynka podniosła się, kończąc tym samym wypytywanie mnie.
Zaczęliśmy powoli wracać do domu, a  ja byłem zdecydowanie w lepszym humorze, Laura zawsze potrafiła mi go poprawić, niezależnie od wszystkiego.

Rose? 8) tylko uważaj na błędy i przecinki, bo nie damy ci żyć z Lou hehe

17 gru 2018

Damien Boris Heatcliff

Źródło: -
Motto: “Kolor biały niepraktyczny, jak życie bez pomyłek.”
Imię: Damien Boris
Nazwisko: Heatcliff
Wiek: Liczy sobie siedemnaście lat.
Data urodzenia: 09.08
Płeć: Mężczyzna.
Miejsce zamieszkania: Od kilku lat wraz z rodziną mieszka w dużym domu jednorodzinnym, znajdującym się około dziesięć minut drogi autobusem od centrum. Jest to budynek urządzony w dość nowoczesnym stylu, bez zbędnego przepychu. Dom otoczony jest niewielkim, ale zadbanym i pełnym kwiatów ogrodem. Pokój chłopaka wyglądem odstaje od reszty estetycznego domu - panuje w nim nieporządek, pootwierane szafy, ubrania wędrują z łóżka na krzesło i z krzesła na łóżko jak w błędnym kole, jedna ze ściań pokryta jest ogromnym graffiti, autorstwa lokatora, które przez jakiś czas było obiektem ogromnych awantur ze strony pani Heatcliff.
Orientacja: Heteroseksualny.
Praca: Brak.
Charakter: Młodość ma swoje prawa, z których Damien konsekwentnie korzysta - jest lekkomyślnym lekkoduchem, pewnym siebie i upartym, nielubiącym chodzić na kompromisy. Jest osobą rozmowną i towarzyską, lubi poznawać nowe osoby, prowadzić dyskusje, kłócić się, często nawet gdy nie ma racji (i sam doskonale zdaje sobie z tego sprawę). Lubi dokuczać, dogadywać, robić wszystko na przekór, w szkole od zawsze był tym, który niszczy pół lekcji, podburza klasę do buntu, a potem z uśmiechem wędruje do dyrektora i obiecuje poprawę. Nienawidzi być ograniczany, chętnie wędruje własnymi drogami, jego zdanie liczy się dla niego najbardziej, nie ma żadnego problemu z wyrażeniem własnego zdania, dezaprobaty, a przy tym potrafi zrobić to tak, by nakierować innych na swój sposób myślenia i przy okazji nikogo nie urazić. Ma do siebie duży dystans i poczucie humoru, przez co jest raczej lubianą osobą. 
Ma duszę artysty, spory zasób wyobraźni, dobrze radzi sobie z przedmiotami humanistycznymi, jednak ma spory problem z koncentracją, ciężko mu usiedzieć na miejscu przez dłuższy czas i skupić się podczas zajęć, szczególnie tych nudnych, takich jak biologia, czy matematyka. 
Hobby: Interesuje się sztuką i wszystkim, co jest związane z malarstwem, kocha oglądać obrazy, chodzić na wystawy młodych artystów i do muzeów, kiedyś sam malował i rysował, jednak parę lat temu przerzucił się na graffiti. Często wykrada się wieczorami, by "niszczyć" publiczne mienie i dokonywać innych aktów wandalizmu, przez co całkiem okazała liczba miejsc w Laville pokryta jest malunkami jego autorstwa, a konkretnie te, podpisane drobnym FF w lewym dolnym rogu. 
Oprócz tego lubi jeździć na deskorolce, gdy tylko robi się trochę cieplej chłopak od razu bierze jakąś pod pachę i biegnie do najbliższego skateparku, by rozbijać sobie kolana i łokcie, podczas nauki coraz to nowszych i bardziej wymagających trików.
Aparycja|
wzrost: Około 184 centymetry wzrostu.
waga: 74 kilogramy.
opis wyglądu: Chłopak o zwyczajnym, jak dla mężczyzny, wzroście i odpowiedniej do niego wadze, odrobinę się garbi, co można zauważyć po dokładniejszym przyjrzeniu się jego osobie. Najczęściej można zauważyć go w luźnych, wygodnych ubraniach, dresach, bluzach, przydużych kurtkach i koszulkach w stonowanych kolorach, takich jak czarny, szary czy biały, a także wszelakich czapkach - z daszkiem, materiałowych, z pomponem, które kolorem zazwyczaj kontrastują z resztą ubioru. Włosy ma średniej długości, w kolorze ciemnej czekolady, oczy są podobnej barwy, nad nimi widoczne są gęste brwi. Cerę ma w ciepłym, zdrowym odcieniu, pokrywają ją liczne piegi.
pozostałe informacje: Posiada sporo blizn, szczególnie na nogach, a w okresie wiosenno-jesiennym wszystkie jego kończyny pokryte są zadrapaniami, otarciami i drobnymi rankami. Natomiast jego dłonie i palce często są zafarbowane różnymi kolorami, które pozostawiają po sobie spray'e. 
- głos: https://www.youtube.com/watch?v=_fh64GbFSw4
Historia: Urodził się w Avenley River, żył, mieszkał, uczył się w tym miejscu od zawsze. Kilka lat temu, gdy jego rodzice dorobili się niewielkiego majątku, przeprowadzili się z mieszkania do domu jednorodzinnego. Generalnie chłopak nie nosi na sobie ciężaru jakiejkolwiek traumy, nigdy nie żyło mu się zbyt ciężko. Jest z dobrego domu, jednak gdy wkroczył w wiek dojrzewania i urodziła się jego młodsza siostra, zaczął sprawiać niewielkie problemy wychowawcze. Rodzice, zajęci niepełnosprawną córeczką, przymykali oko na drobne bójki, małe ucieczki z domu. Mama od czasu do czasu załamie nad nim ręce, jednak nie narzeka, bo przecież mogło być znacznie gorzej. Inaczej z ojcem, który lekkoduszną postawę chłopaka traktuje z ogromną dozą sceptyzmu, według niego Damien powinien natychmiast wziąć się w garść i zacząć myśleć o przyszłości, a nie zajmować się pierdołami.
Rodzina: 
Kenneth Heatcliff - tata chłopaka, adwokat, poważny mężczyzna w średnim wieku, ciężar wychowania dzieci zrzucił raczej na swoją żonę, a sam zajął się stroną finansową. Damien nie ma z nim najlepszego kontaktu, jednak nie może powiedzieć, że jest złym ojcem, po prostu nie nadają na podobnych falach.
Irene Heatcliff  - mama, Pani Domu, jak zwykł w żartach mówić Damien. Jest sporo młodsza od swojego męża, pracuje w bankowości i zajmuje się domem. W przeciwieństwie do ojca, z nią Damien dogaduje się wspaniale.
Phillipe Heatcliff - dwa lata młodszy brat, w oczach Damiena jest to zwykły niedojrzały gówniarz. Uważa go za bardzo rozpuszczonego, często się kłócą, no ale jednak to bracia. W razie czego to jeden zawsze stanie za drugim murem.
Laura Heatcliff - malutka, bo sześcioletnia siostrzyczka, oczko w głowie. Kochana, słodka, utalentowana. I pokrzywdzona przez los, bo głuchoniema od urodzenia. Damien bardzo ją kocha, od zawsze spędzał z nią mnóstwo czasu. 
Partner: Brak.
Potomstwo: Nie posiada.
Ciekawostki: 
- Kocha wszelakie sporty zimowe, co roku stara się wyjechać w góry na narty.
- Zna język migowy ze względu na swoją młodszą siostrę.
- Każda z jego deskorolek ma własne imię.
- Uwielbia zadbane, kobiece dłonie.
- Zdarza się mu czasami nielegalnie pożyczyć samochód jego ojca, oczywiście w największej tajemnicy.
Inne zdjęcia: Brak.
Zwierzęta: 
Abba - trzyletnia kotka, chłopak znalazł ją pewnego wieczoru przy śmietnikach, prawdopodobnie komuś uciekła, ale nikt się po nią nie zgłosił, więc Heatcliffowie po prostu ją przygarnęli.
Pojazd: Kilka deskorolek, z czego jedna zazwyczaj pod pachą, gdzie by nie poszedł, w majątek jego domu wchodzi również czarny samochód jego ojca.
Kontakt: amir [discord/shoutbox]