Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Walentynki 2019. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Walentynki 2019. Pokaż wszystkie posty

6 mar 2019

Podsumowanie eventu walentynkowego

Dzień dobry, Avenley River!
Zapewne każdy z Was już zauważył dość istotne zmiany w mieście — sklepikarze pozbywają się serc i zmieniają czerwony motyw na inny, najpewniej neutralny. W kwiaciarniach już nie ma takiego tłoku, więc nie trzeba czekać pół dnia, by zakupić bukiet najpiękniejszych kwiatów, podobnie zresztą opustoszały markety, gdzie zamiast słodkich bombonierek kupimy dwa kilo ogórków w cenie jednego.
To już koniec walentynek, zarówno w Avenley River, jak i na blogu — dwukrotnie przedłużany event odniósł swego rodzaju sukces, choć nie możemy mówić o prawdziwym powodzeniu z krwi i kości. Ale spokojnie, nie narzekamy, bo Louysa również miała małego lenia.

4 mar 2019

Od Harper do Tylera - Walentynki [2/2]

Trzymany przeze mnie notatnik notatnik prawie wypada mi z rąk, gdy czuję, jak ktoś szarpie mnie za ramię w okolicy nadgarstka. Przestraszona instynktownie próbuję wyszarpnąć się z niewygodnego uścisku, mimo iż stojący przede mną mężczyznę dzieli ze mną co najmniej piętnaście centymetrów różnicy we wzroście i pewnie jeszcze więcej w układzie sił. Bo ja, mimo iż całkiem wysoka, raczej szczupła, a facet... budową przypomina postać Luthera z komiksu, który czytałam jako dorastająca, zafascynowana całym światem science-fiction nastolatka. Ujmując całość krótko - kupa mięśni. Tylko, że bohater był zdecydowanie bardziej ciekawy, gdyż mieszkał przez pewien czas na Księżycu. 
- Hola, wolnego! - moje niezadowolenie jest nader widoczne, gdy obrzucam mężczyznę wściekłym spojrzeniem i próbuję go zatrzymać, gdy zaczyna ciągnąć mnie w jedynie jemu znanym kierunku. Usilnie staram się przywrzeć stopami do śliskich płytek, którymi wyłożonymi jest cała powierzchnia galerii handlowej, ale ruch ten przynosi jedynie odwrotny skutek. Podeszwy moich sportowych butów ślizgają się po podłożu. - Mówię, do cholery, żebyś zaczekał. Inaczej zacznę krzyczeć. 
Kiedy ten nie reaguje w żaden widoczny sposób, jestem jeszcze bardziej... wściekła? Nie, zdecydowanie nie wściekła. Bardziej zirytowana. I zdezorientowana, co potęguje moje niezadowolenie związane z całą tą sprawą. Jeśli czegoś nienawidzę bardziej niż, gdy się mylę, to są to chwile, kiedy nie mam pojęcia co się dzieje. A to właśnie jeden z takich momentów.
Próbuję wyrwać się z uścisku jeszcze jeden raz, a jest to ruch tak gwałtowny i silny, że moja dłoń, nieoczekiwanie, jest ponownie wolna. Oboje zatrzymujemy się w dokładnie tej samej sekundzie. Ja, stojąca prosto ze skrzyżowanymi na wysokości klatki piersiowej rękoma oraz tajemniczy nieznajomy, spoglądający na mnie z rosnącym zniecierpliwieniem. Intensywne spojrzenie mężczyzny wywołuje u mnie ciarki, dlatego, pozwalając swojemu instynktowi samozachowawczemu na podjęcie decyzji. Cofam się o krok do tyłu i szybko analizuję otoczenie. Od najbliższego głównego wyjścia dzieli mnie około stu metrów. Dotarcie do nich zajmie mi około dwudziestu sekund, gdyż nigdy nie byłam dobra w bieganiu na krótkie dystanse. Drugim wyjściem jest łazienka, jednak nawet ona znajduje się w pewnej, zdecydowanie zbyt dużej, odległości od mnie. Poza tym nie mogę mieć pewności, iż sylwetka kobiety na drzwiach powstrzyma mężczyznę. Niech to szlag.
Moje serce wybija zdecydowanie zbyt szybki rytm. Wycieram spocone ze zdenerwowania dłonie w materiał czarnych spodni konferencyjnych i, dokładnie w ten sam sposób, co zawsze, zagarniam kosmyk swoich ciemnych włosów za ucho.
- Naprawdę nie mam czasu na tłumaczenie ci tego teraz - próbuje sięgnąć ponownie po moją dłoń, ale w porę robię ponowny krok w tył. Głos rozsądku krzyczy do mnie, żebym uciekała stamtąd jak najszybciej, ale jestem zbyt zestresowana, by ruszyć się bardziej niż o kilka metrów. Nawet mój ognisty temperament zdaje się wygasać z każdą nasyconą stresem chwilą.
Dalej Harper, weź się w garść.
Jeśli nie zrobisz tego teraz, nie dostaniesz kolejnej okazji - rzucam na jednym wydechu, starając się brzmieć jak najbardziej pewnie. Z ulgą stwierdzam, iż udało mi się utrzymać spokojny, nieco ofensywny ton. - No dalej.
Wzdycha głośno, szybko przeczesując dłonią włosy i kiedy już nachodzi mnie myśl, iż odpuści i zostawi mnie w cholernym spokoju, ponownie wyciąga w moją stronę rękę.
- Okej, ale nie tutaj - wydaje mi się, że wyczuwam lekkie napięcie w jego głosie. Łamiąc wszelkie zasady zdrowego rozsądku, kiwam szybko głową. Przyciągam jednak dłoń do siebie, dając mężczyźnie wyraźnie znać, iż nie mam zamiaru ponawiać kontaktu fizycznego.
- Mogę chociaż poznać twoje imię?
Odpowiada dopiero po chwili. Zdecydowanie zbyt długiej jak na mój gust.
- Tyler.

~~*~~
To, czego się dowiedziałam, zdecydowanie nie poprawiło mojego stosunku do mężczyzny. Ba, jego wypowiedź zdawała mi się tak absurdalna i przy tym komiczna, że gdy staliśmy wspólnie u jubilera, nie mogłam powstrzymać cichego chichotu, który co jakiś czas przerywał jego wypowiedź. Cóż, nieczęsto słyszy się przecież, że jest się obiektem zainteresowania jakiegoś gangstera.
- Przepraszam, ale już nawet słynny tekst 'nie potukłaś się zbyt mocno, gdy spadłaś z nieba' byłby bardziej odpowiedni niż to, co mi właśnie mówisz, Tylerze - pozwalam sobie na lekką złośliwość, gdy już nie taki nieznajomy kończy mówić. - Powinieneś poćwiczyć zanim podejdziesz do dziewczyny - klepię go szybko po ramieniu i odwracam się by odejść, jednak ten mnie zatrzymuje. Przewracam oczami i uśmiecham się, tym razem już znowu zirytowana jego zachowaniem, jednak cierpliwie zwracam się twarzą ponownie w jego stronę.
- To się robi nudne, Tylerze.
Tym razem to on wydaje się rozdrażniony.
- Możesz mi nie wierzyć, ale, nie mając i tak nic ciekawszego do roboty, poczekaj ze mną przez jakiś czas - gdyby jego głos uderzył w bardziej uprzejme tony, mogłabym pomyśleć, iż jest to prośba. Jednak głos mężczyzny jest nadal tak samo płaski i wyprany z emocji jak wcześniej. Wygląda na to, że dobrze wyćwiczył tę umiejętność. - I tak nic na tym nie tracisz.
I właśnie w ten sposób kończę, oglądając z nim przeróżne wyroby jubilerskie. Zaczynając od okazałych, zachwycających kolii i naszyjników po subtelne, skromne wisiorki. Nigdy nie byłam fanką biżuterii, jednak teraz, mając z nimi dłuższy niż kilkuminutowy kontakt, zaczynam dostrzegać ich urok i to, dlaczego niektórym osobom mogą się one podobać. Z czasem towarzystwo Tylera przestaje mi nawet tak przeszkadzać. Nadal nie jest on osobą, z którą dobrowolnie spędziłabym czas, ale zdecydowanie nie jest tak źle, jak mi się wydawało.
Po całej tej sytuacji oferuje mi on nawet podwózkę. Z początku miałam zamiar zaoponować, ale stwierdziwszy, że czekanie na autobus byłoby dla mnie nader męczące, zgadzam się i wsiadam do jego samochodu. Dostałabym porządny wykład od ciotki, gdyby dowiedziała się, że przyjęłam ofertę od praktycznie obcego mężczyzny, który zaczepił mnie w galerii handlowej.
Kiedy chcę wysiąść, Tyler zatrzymuje mnie na moment i, zanim zdążę w jakikolwiek sposób zaoponować, wręcza mi niewielkie pudełko. Jest to dla mnie rzecz o tyle dziwna oraz zaskakująca, że instynktownie chcę oddać mu ten mały pakunek.
- Uznajmy, że to rekompensata za czas, który ci zabrałem - z tymi słowami odpala ponownie silnik i zręcznie wycofuje z wąskiego podjazdu.
Ja za to jeszcze przez długi czas siedzę na progu domu ciotki. Cały ten dzień był dla mnie tak dużą karuzelą emocjonalną, że wydaje mi się, iż jestem okropnie zmęczona. W końcu jeszcze jakiś czas temu byłam święcie przekonana, że Tyler porwie mnie gdzieś i zostawi moje martwe ciało w jakimś starym magazynie. Tyle dobrego, iż to nie miało miejsca.
Parskam śmiechem i kręcąc głową z niedowierzaniem, otwieram drzwi wejściowe.

+10 PD

3 mar 2019

Od Katfrin CD. Theo [Walentynki 2/2]

Nagle moje myśli zbłądziły. Uderzyłam kogoś kogo nie powinnam. O boże!
- Przepraszam! Nie chciałam, ja... zaraz coś z tym zrobię, chodź, tylko pierw daj mi kluczę - powiedziałam lekko przerażona. Chłopak podał mi kluczę, a ja od razu ruszyłam do drzwi.
- Uprzedzam psy mogą być pierw miłe, nie ufaj im tak od razu -rzekłam, a on skinął, trzymał swój nos, z którego leciała teraz krew. Otworzyłam drzwi i weszłam pierwsza do domu, za mną od razu chłopak. Veron i Niala od razu wylecieli by się przywitać.
- Siat - powiedziałam do nich jedynie, a te zdziwione wykonały moje polecenie. Wyczuły nową osobę jeśli jednak wszedł ze mną to znaczy, że nie jest on groźny.
- Chodź - rzekłam i nie ruszyłam od razu do kuchni. Wzięłam chusteczki, które leżały na stolę i podałam chłopakowi.
- Schyl głowę - odpowiedziałam nachylając się nad zamrażalką. Odszukałam szybko lód i wzięłam ścierkę. Zawinęłam lód i położyłam na karku chłopaka, który usiadł i pochylał głowę nad stołem.
- Jeszcze raz przepraszam za to. Nie przedstawiłam się, jestem Katfrin - powiedziałam.
- Theo - odpowiedział, a ja uśmiechnęłam się smutno.
- Proponuje kawę, albo herbatę - rzekłam, a on spojrzał na mnie przez co lekko podniósł głowę. Położyłam mu dłoń na niej i zniżyłam ją znów.
- Poproszę herbatę - odpowiedział, a ja skinęłam głową i wstawiłam wodę. Moje ręce jak zawsze drżały jednak przyzwyczaiłam się już do tego. Odwróciłam się do chłopaka, a ten już odłożyły lód, a pod jego nosem widziałam tylko trochę zaschniętej krwi. Zmoczyłam chusteczkę i podałam mu do dłoni.
- Dziękuje - powiedział, a ja skinęłam głową i wyjęłam herbatę by zalać ją wrzątkiem i położyć przed Theo kubek.
- Jeszcze raz przepraszam. Mogę jedynie zaproponować miły wieczór i kolacje - rzekłam chcąc po prostu w jakiś sposób go przeprosić.
- Zapraszasz nieznajomą osobę do siebie do domu? - zapytał i zmarszczył czoło.
- Uwierz jestem tutaj bezpieczna - odpowiedziałam, a on skinął głową i lekko się uśmiechnął.
- A więc wstawię popcorn bo uznam to za tak. Możesz iść do salonu i włączyć telewizor - powiedziałam.
- Dobrze - odpowiedział i wstał idąc w kierunku wyznaczonego pomieszczenia. Wyjęłam popcorn do zrobienie i znalazłam dużo więcej przekąsek. Nawet nie wiedziała, że one tu są... jak one się tu znalazły? Nie ważne. Wstawiłam popcorn do mikrofalówki, a czipsy i orzeszki przesypałam do miseczek. Zaniosłam wszystko do salonu i położyłam na stoliku. Chłopa siedział na podłodze oparty o sofę i trzymał pilot w dłoni.
- Idę jeszcze po popcorn - powiedziałam, a on skinął tylko głową. Akurat gdy weszłam do kuchni mikrofalówka dała mi znać, że przekąska jest gotowa. Wyjęłam ją i także przesypałam do miseczki. Wyjęłam energetyka z lodówki i wzięłam sobie też napój. Wróciłam do Theo i położyłam wszystko na stoliku, z którego także zabrałam paczkę papierosów.
- Przeszkadza ci gdy ktoś pali? - zapytałam wyjmując już papierosa. Oczywiście jakby chłopak powiedział, że mu przeszkadza wyszłabym na zewnątrz.
- Nie, ale zastanawiam się po co marnujesz swoje zdrowie - powiedział, a ja wzruszyłam ramionami i wstałam by włączyć wiatrak, który łapać będzie dym.
- Inni marnują zdrowie na alkohol, na problemy rodzinę, dzieci, ja na papierosy - odpowiedziałam i zapaliłam fajka zaciągając się nikotyną. Theo jedynie uśmiechnął  się, a ja wróciłam na sofę.
- Usiądź, nie siedź na ziemi - powiedziałam, a on tylko spojrzał. Chwila zawahania w jego spojrzeniu dała mi pewne obawy. Chłopak jednak usiadł na sofie, a ja znów się zaciągnęłam. Wzięłam pilot od Theo, który wyciągnął go w moją stronę.
- Nienawidzę walentynek, zawsze puszczają jakieś romanse i komedie - rzekłam skacząc na kanałach z powodu iż nie było nic interesującego.
- Zgadzam się z tobą - odpowiedział z lekkim uśmiechem.
- Co ty na to by włączyć horror? - zapytałam i spojrzałam na niego.
- Zgodzę się z tobą od razu - rzekł i tym razem to ja się uśmiechnęłam. Spetowałam fajka i wrzuciłam go do popielniczki. Poszłam po laptopa, który leżał obok telewizora i włączyłam go. Zdecydowaliśmy na wybrany horror po około pięciu minutach. Okazało się, że jesteśmy dość zgodni dlatego szybko poszło. Wstałam i podeszłam do barku, wyjęłam wino z ładnego rocznika bo 2020.
- To idealna okazja na wypicie. Trzymałam te wino zbyt długo by czekać na kolejną okazję - powiedziałam i położyłam butelkę na stół. Poszłam po korkociąg i dwa kieliszki do wina czerwonego. Wróciłam z nimi szybko. Położyłam wszystko na stolę, a Theo bez chwili wahania otworzył wino.

~~~~**~~~~~

- Ale poszekaj... patrz w jaskiniach często są klejnoty? Może kiedyś właśnie smoki je tam zbierały - przerwał ponieważ alkohol mu się odbił - a potem zdechły i one tam zostały! - krzyknął zadowolony i ja dolałam mu wina. Nie wiem, która butelka już poszła w ruch, ale okazało się, że Theo ma tak mocną głowę jak ja. Dlatego piliśmy na równo.
- Pierdolisz... ale poszekaj, ja się kurwa zastanawiam jak powstają centaury. No patrz - powiedziałam przerywając by znów pociągnąć solidny łyk alkoholu - noworodki nie umieją unieść głowy.  A konie biegają po narodze...
- Chuj prawda. Nie prawda - powiedział przerywając mi.
- Poszekaj... kurwa nie przerywaj mi - rzekłam gestykulując dłonią.
- No i kurwa wyobrażasz sobie ten widok? - zapytałam nawiązując do poprzedniego tematu.
- Ni chuja - rzekł i we dwoje wybuchliśmy śmiechem.
- To co jeszcze jedna butelka? - zapytałam podnosząc chyba pustą butelkę. Theo zabrał mi ją z dłoni.
- Jeszcze coś tu jest - powiedział i zaczął pić z gwinta jednak trochę mu pociekł po szyi.
- A tylko kurwa ubrudzisz mi sofę to zajebie ci. Obiecuje ci to. Ale pierw pójdę po kolejną butelkę - rzekłam i wstałam zataczając się lekko. To mimo wszystko były najlepsze walentynki jakie mogłam mieć. Mimo iż byłam najebana w trzy dupy. Cieszyłam się ze spędzonego czasu z nieznajomym mi chłopakiem.

2 mar 2019

Od Kehlani cd. Bellamiego - Walentynki [2/2]

Przez ostatnie tygodnie działo się naprawdę wiele. Zaczęłam swoją przygodę ze studiami, gdzie poznałam wielu interesujących ludzi. Między innymi pewną Sawyer, obok której najczęściej siadam na wykładach. Dziewczyna jest niezwykle utalentowana, jeżeli chodzi o rysunek. Natomiast, jeśli chodzi o uzdolnienia matematyczne, już nie radzi sobie tak dobrze. Zaproponowałam jej więc wspólną naukę do egzaminów, mającą na celu poprawienie się jej w danym przedmiocie. Ta długo nie myśląc zgodziła się, wynagradzając mi poświęcony czas wypadem do galerii handlowej. Chociaż niekoniecznie miałam ochotę latać po sklepach, pragnęłam spędzić z nią miły czas. Podczas owego spotkania Sawyer musiała mnie na chwilę opuścić, gdyż zostawiła swoją czapkę w jednej z przymierzalni. Gdy czekałam na nią, siedząc na publicznej ławce, podszedł do mnie pewien mężczyzna, który zapytał o drogę do dworca. Wydawał się bardzo uprzejmy, kiedy mu wszystko wytłumaczyłam, życzliwie podziękował. Już po kilku minutach zapomniałam o istnieniu tego człowieka, jednak prędko mi go przypomniano. Niecały tydzień po tym zdarzeniu zadzwoniono do mnie prosto z biura śledczego w sprawie śmierci napotkanego na mnie mężczyzny. Zauważono nas rozmawiających i stwierdzono, iż możemy się dobrze znać. Choć serce waliło mi jak szalone, postanowiłam nie stwarzać kłopotów i pojawić się tam już następnego dnia.
Od rana byłam zestresowana. Ciotka starała się mnie uspokoić, chociażby powtarzając, że w taki piękny czas nie można zadręczać się problemami. Piękny czas, ale wyłącznie dla uprzywilejowanych. Walentynek nigdy nie świętowałam i wtedy miałam nadzieję, iż na długo tak pozostanie. Walentynki są do dupy.
Na miejscu powitał mnie wysoki mężczyzna, ubrany elegancko, lecz schludnie. Gdy poprosił o podanie mi herbaty i zaczął zwracać się do mnie ciepłym głosem, od razu się rozluźniłam. Oczywiste jest to, iż wciąż przechodziły mnie dreszcze na myśl o widoku nieżywej osoby. Tak było aż do samego przejścia przez drzwi prowadzące do kostnicy. Na stole leżało ciało, którego z początku nie rozpoznałam przez drastyczne uszkodzenia. Dopiero, gdy przyjrzałam się głębiej rysom twarzy tej osoby, zrozumiałam, iż to naprawdę on. Powiedziałam patomorfologowi wszystko, co wiedziałam o tym mężczyźnie, po czym mnie wypuszczono. Wciąż roztrzęsiona po tym widoku wróciłam do domu, gdzie miałam rozpocząć randkę z referatem z fizyki. Takie walentynki.
Będąc już w moim gniazdku przystąpiłam do działania, w czym prędko coś mi przeszkodziło. Tym "czymś" była wiadomość od "szalonego wielbiciela", który zaprasza mnie na "szaloną randkę". Chociaż z początku uważałam to za totalną głupotę i miałam ochotę zignorował zaproszenie, przypomniałam sobie słowa matki, która zawsze mi powtarzała, iż w życiu trzeba otworzyć się na nowe rzeczy i osoby, próbować szaleństw, mogące wydarzyć się w życiu jedynie raz. Zaczęłam się nad tym zastanawiać przez dłuższą chwilę, co odbiło się na moim skupieniu. W końcu odłożyłam telefon, by kontynuować pracę i jak najszybciej zacząć przygotowywać się do wieczornego spotkania.
Nie potrafiłam sobie uświadomić, kim może być ten mój tajemniczy adorator. Przez głowę przemknęło mi wiele myśli, między innymi o znajomych z wykładów, klientach w sklepiku, czy pedofilach. Wzdrygałam się za każdym razem, gdy miałam przed oczami porwania bądź gorsze sytuacje, natomiast uspokajałam się faktem, iż restauracja położona jest na ruchliwej ulicy, więc w tłumie na pewno znajdzie się osoba, która zareaguje na moje wołanie o pomoc. Gdy skończyłam referat po blisko trzech godzinach, poszłam wziąć prysznic, ubrać coś, w czym nie będę się wstydziła pokazać, nałożyłam delikatny makijaż oraz spięłam włosy w luźnego koka. Moje przygotowania nie trwały dłużej niż półtorej godziny, dlatego już o osiemnastej byłam gotowa.
Nie chcąc się spóźnić, a zarazem stać przed restauracją kilkadziesiąt minut, wyjechałam w pół do dziewiętnastej, by przedostać się do samego centrum miasta. Zestresowana cały czas bawiłam się palcami. Jeszcze kilka godzin temu nie byłam świadoma, że to właśnie te walentynki tak naprawdę będą moimi pierwszymi. Stwierdziłam, iż nieważne jak to się skończy, z jakim humorem wyjdę z budynku, ten dzień i tak zapadnie mi w pamięć jako ten "pełen wrażeń" - dosłownie i w przenośni.
Wysiadłam z taksówki, dziękując przy tym kierowcy za bezpieczną podróż. Moją uwagę na samym początku przykuł podświetlany szyld z napisem "Lancasters", dopiero później zaczęłam szukać wzrokiem ponoć nieznanego mi "szalonego wielbiciela". Zbliżając się do wejścia, zauważyłam spoglądającego w zegarek, zarazem seksownie, jak i elegancko ubranego mężczyznę, którego z twarzy już kojarzyłam, co wywołało u mnie burzę myśli i powrotów do wspomnień. Nagle nasze spojrzenia się spotkały, a ja gwałtownie stanęłam. Znany mi patomorfolog uśmiechnął się szeroko, wyciągając zza siebie bukiet kwiatów i poprawiając marynarkę. Nie wiedziałam co robić. Zdawałam sobie sprawę z tego, iż jest ode mnie o co najmniej dziesięć lat starszy, uświadamiając sobie, że dla niego mogę być zwykłą, naiwną gówniarą. W końcu jednak ogarnęłam się i nie chcąc zrobić z siebie kompletnej idiotki, odwzajemniłam uśmiech, po czym podeszłam do mojego wieczorowego partnera.
- Witaj. - rzekł, wciąż promieniejąc. Objął mnie delikatnie na powitanie, a zaraz po tym powoli się odsunął. - Niesamowicie wyglądasz. - dodał, przekazując mi przepiękny bukiet kwiatów.
- Dz-dziękuję. - odpowiedziałam zawstydzona, pochylając lekko głowę. Odebrałam trzęsącymi rękoma garść roślin ozdobnych. Wtedy sobie uświadomiłam, że to, do cholery, nie dla mnie. Powinnam teraz siedzieć na kanapie i obżerać się chrupkami. Mimo wszystko nie miałam wyjścia, musiałam spędzić z nim kolejne kilka godzin.
- Oh, wybacz. Mam na imię Bellami, jednak przyjaciele zwracają się do mnie raczej Bell. - ponownie się uśmiechnął, wciąż wpatrując się głęboko w moje oczy. Zarumieniłam się, starając unikać kontaktu wzrokowego.
- Kehlani. - mruknęłam, spoglądając na wejście do restauracji. - Wejdziemy? - zapytałam, tym razem wracając spojrzeniem do mężczyzny. 
- Oczywiście. - odpowiedział, łapiąc mnie za talię i kierując do wejścia. Wciąż czułam się spięta i nie miałam pojęcia, co ja w ogóle tam robię.
Czas mijał powoli, niezręczne minuty ciszy zabijały całkowitą atmosferę, jaką oddawała ta przytulna restauracja. Zamówiliśmy jedzenie oraz trunki, po czym nieudolnie prowadziliśmy rozmowę, przerywaną co kilkanaście sekund przez brak wspólnego tematu. Zażenowanie mnie nie opuszczało, a dołączył do niego również żal do tego, że wciąż nie jestem tak otwartą osobą. Kontakt z nowymi osobami nigdy nie był dla mnie łatwym zadaniem, a spędzanie kilka godzin z praktycznie nieznanym mi facetem wcale tego nie ułatwiał. 
- Kontynuujesz naukę? - odezwał się w końcu Bellami, któremu jak dotąd nieświadomie utrudniałam ciągnięcie rozmowy. 
- Tak, uczęszczam na studia na kierunku architektura. - odpowiedziałam, biorąc łyka czerwonego wina. 
- Architektura? Ambitnie... - mruknął, wpatrując się w moje oczy. - Musisz być niezwykle utalentowana. - dodał tym głosem, który zawsze wywołuje u mnie pojawienie się gęsiej skórki. Dotąd słyszałam takie jedynie w filmach, więc przeżycie tego na żywo było o wiele bardziej efektowne.
- No, może trochę. - zaśmiałam się cicho, spuszczając delikatnie głowę. To było zarówno tak bardzo żenujące, jak i zabawne, ale raczej w tym pozytywnym znaczeniu. Poznałam go dzisiaj, właściwie w kostnicy. Kompletnie mnie nie znając zaprosił mnie na randkę, a ja bezmyślnie się zgodziłam. Doprowadziło to do tego. Tego spotkania, którego zapewne prędko nie zapomnę.
- Skromna, idealnie. - wymamrotał z szerokim uśmiechem, na co gwałtownie podniosłam głowę. Standardowo, skończyło się to wypadkiem, spowodowanym moją niezdarnością. Wylałam na biały obrus moje czerwone wino. Równie czerwona zrobiłam się także ja. Natychmiast starałam się to jakoś uratować, powtarzając cicho "przepraszam, przepraszam". Bellami chichotał tylko patrząc się na moją niesforność. Spojrzałam się na niego zakłopotana, na co ten pokręcił głową ze śmiechu. W końcu zrozumiałam, iż niepotrzebnie się poirytowałam. Również wybuchnęłam śmiechem, który zapewne usłyszały sąsiednie stoliki, jak nie cała restauracja. 
Reszta wieczoru minęła naprawdę sympatycznie, czego kompletnie się nie spodziewałam. Rozluźniłam się, dzięki czemu nasze rozmowy stały się lekkie i przyjemne. Podejmowaliśmy się każdego tematu, jaki przychodził nam do głowy. Przy pomocy alkoholu szło nam jeszcze lepiej. Wciąż się uśmiechaliśmy, nie mogąc przestać. Wyszliśmy dopiero, gdy zamykali restaurację. Chociaż Bellami zapraszał mnie do siebie, musiałam odmówić, gdyż tego samego dnia czekały mnie kolejne godziny pracy i nauki. Gdyby nie to, to i tak pewnie bym się do niego nie wybrała. Mimo wszystko, miło z jego strony, że o mnie pomyślał. Jakkolwiek pomyślał, po prostu pomyślał.
Teraz walentynki są trochę mniej do dupy.

Przepraszam za to coś, to nie powinno ujrzeć światła dziennego. Sama czułam zażenowanie, gdy to pisałam.

28 lut 2019

Od Juliena do Crystal - Walentynki [1/2]

Czasem coś zmusza mnie do przybycia na to miejsce. Jakaś nieodparta potrzeba, chęć poczucia obecności osoby, której już nie ma, a którą poczuję jedynie tu. Nie gra tu roli żądna potrzeba religijna, czy jakaś zasada. To przychodzi nagle i niespodziewanie. A ja nie lubię niespodzianek.
Ogromne lipy, o naprawdę rozłożystych gałęziach, wiosną tworzą tu zielony nieboskłon z liści. W powietrzu roznosi się cudowny zapach, a jeśli się chce, to i pszczoły można usłyszeć. Wcale nie przypomina to szarego cmentarza.
Ale jest zima. W dodatku ta z kategorii "rypnę ci mrozem, żeby potem zaczęło padać". Teraz rozciąga się aura samotności i smutku, choć są walentynki. To całe święto nie jest najgorsze, nawet w swojej bezsensowności. Chociaż konsumpcjonizm ludzi w tym dniu wybija się wyjątkowo dobrze. Można na nim zarobić i uważam to za jakiś plus. W końcu pieniądze szczęścia nie dają, ale jakoś życia poprawiają.
Krzywię się z powodu swojego wewnętrznego dialogu prowadzonego samemu ze sobą. Nie jest to dziwne, ale niepokojące robi się w momencie, gdy zaczynasz rymować. Większego hipokryty nie znajdzie nikt na świecie.
Chwytam za swoją kurtkę. W miejscu, na który teren zaraz wkroczę, zawsze było zimno i wiało. Szczególnie o tej porze roku.
Zabieram z tylnego siedzenia kwiaty i kieruję się w stronę furtki. Jest otwarta, ale nie zauważam wielu ludzi. Po tylu latach już wiem, kiedy będę w miarę sam. Potrafię wybrać najodpowiedniejszą chwilę, ale muszę uważać, aby się nie zasiedzieć. Ostatnio mi to nie grozi, lecz za każdym razem, jak już przebywam tutaj, trudno mi odejść. Jakby coś mnie trzymało i podejrzewam, że to nie tyle, co z mojej winy, ale powodem jest przeszłość, która przytwierdza mnie do zimnej ławki, jak mocne spoiwo. W zależności, które wyrzuty zamierza we mnie wzbudzić, ciągnie mnie, albo do jednego, albo do drugiego miejsca.
Dzisiaj ciągnie mnie do obydwóch miejsc.
Skręcam w boczną uliczkę. Automatycznie. Stały punkt programu. Trafię tu z zamkniętymi oczami. Kiedyś nawet policzyłem kroki. Musiałem być wtedy naprawdę zdesperowany.
Grób mamy jest na uboczu. Tak chciała jej siostra, jak i cała wspaniała druga część naszej małej społeczności, którą powinienem nazywać rodziną. Chyba już wolę być absolutnie sam, niż znajdować się w gronie tych ludzi. Jeśli będę chciał się poczuć częścią czegoś większego, to wsiądę w autobus w godzinach szczytu i tyle mi starczy.
Przystaję obok nagrobka. Nie chcę spędzać tu dużo czasu. Robię to w całym roku i tak nadmiernie, ale mam wrażenie, że tylko ja to robię, nie licząc rodziny od strony matki. Jakoś trudno mi uwierzyć, aby ojciec fatygował się specjalnie, narażając się na niezadowolenie swojej zdzirowatej narzeczonej u boku. Odkąd nie musi udawać, jak bardzo nam współczuje, sytuacja obróciła się o całe sto osiemdziesiąt stopni. I doskonale zdaje sobie sprawę, że mi i tak nikt nie uwierzy. To nasza indywidualna wojenka.

26 lut 2019

Od Thomasa do Dianthe [Walentynki 2/2]

Czekaliśmy na szczęśliwą wybrankę, która wybierze sobie partnera na dzisiejszy wieczór. Każdy trzymał kciuki za Vincenta, ponieważ on jedyny był wolny, przed występem uśmialiśmy się także, co by było, gdyby fanka wybrała mnie; zajętego geja, który ma problem ze swoim chłopakiem. Co by z tego wynikło? Nie chciałem wiedzieć, ale szansa, że zostanę wybrany, była jak jeden do pięciu.  Mimo to moje szanse nieco wzrosły, ponieważ byłem tak jak Vincent, byłem piosenkarzem, a zazwyczaj to nich lecą dziewczyny; tylko czemu?
Drzwi garderoby się otworzyły, stanęła w nich szczupła, dość wysoka brunetka o długich włosach, spiętych w wysoki kucyk z prostą grzywką i dużych brązowych oczach z nosem na okularach. Delikatnie się uśmiechnęła.
- Dzień dobry.
- Cześć, ty jesteś szczęśliwa fanką? - dziewczyna lekko pokiwała głową, starając się uśmiechnąć. Nie wyglądała na typową zakochaną w nas dziewczynę, przypominała bardziej kogoś, kto pojawił się przypadkiem. To też by tłumaczyło jej zachowanie podczas losowania, w ogóle nie zdała sobie sprawy, że została wybrana.
- Świetnie. Nie tracąc czasu, z którym z nas chciałabyś pójść na romantyczną kolacje? - zapytał Harry, wskazując głównie na mnie i na Vincenta. Posłałem mu rozbawione spojrzenie i poklepałem po plecach, machając głową w jego stronę, dając znać dziewczynie, by wybrała jego. Ta bez ogródek zgodziła się na Vincenta, na którego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
- Dobry wybór – posłałem nieznajomej kciuki w górze i puściłem oczko. Vincent chwycił kurtkę i miał się już zbierać z „nową dziewczyną”, kiedy do pokoju wszedł kierownik występy. Miał zdezorientowane oczy, spojrzałem jakby sparaliżowanym wzrokiem na Vincenta, który był już w progu.

Od Bellamiego do Kehlani - Walentyniki [1/2]

Wstałem jak zawsze dość wcześnie, wiedziałem, że dzisiejsze święto jest jakże "ważne". Postanowiłem, że dzisiejszy dzień będzie tak samo "niezwykły" jak inne. Wstałem z łóżka i szybko skierowałem się do łazienki by tam wykonać poranną rutynę. Gdy wyszedłem z pomieszczenia już gotowy do pracy, której oczywiście nie mogłem opuścić z powodu iż miałem wiele spraw ne głowie czyli ciał wiedziałem, że nawet te ważne święto należy sobie odpuścić. Skierowałem swoje myśli na to co zrobić sobie do jedzenia i w to się zagłębiłem. Praca jest w pracy, problemy w domu zostawiamy w nim. Od kilku lat już tak robię i jakby żyło mi się lepiej. Zrobiłem sobie szybko jajecznice, no i oczywiście szejka składającego się z dawki białka, która zawsze musi być w moich posiłkach dość duża. problemy z tyciem ma mniejsza ilość społeczeństwa jednak są one dość widoczne. Gdy zjadłem i dałem psom jeść wyszedłem do garażu by wsiąść do samochodu i skierować się do pracy. Tam oczywiście już czekałam na mnie osoba do zidentyfikowania ciała. Okazało się, że jest to pewna dziewczyna, która dość niedawno osiągnęła pełnoletność. Ciało mężczyzny, które znajdowało się w naszej kostnicy jest to jeden z jej bliskich znajomych. Ale to tylko nasze przypuszczenia. Widziana była ona z nim w dniu jego śmierci w jednej z galerii, jednak nie wiemy czy są oni sobie znani. Stanąłem pod budynkiem zajmując moje miejsce i wyszedłem z samochodu od razu zamykając go. Ciekawe czy Tymon- mój sekretarz zrobił mi moją kawę. Wszedłem do budynku, pierwszy rzut oka na kubek stojący na ladzie sprawił, że się uśmiechnąłem. Następnie huk wydobywający się tuż obok mnie sprawił, że moje spojrzenie z kawy przeniosło się na dziewczynę, której upadł telefon.
- Dzień dobry - powiedziałem do niej, a ta spojrzała na mnie i także się przywitała.
- Jesteś pewnie do identyfikacji zwłok jeśli się nie mylę tak? - zapytałem.
- tak - odpowiedziała jedynie, a ja skinąłem głową.
- Tymon, proszę zrób pani herbatę albo kawę, ja pójdę wynieść wybrane ciało - rzekłem, a mój pracownik skinął od razu głową. Wziąłem szybko kawę i ruszyłem w kierunku kostnicy pijąc po drodze napój. Tak to będzie dobry dzień. Wszedłem do chłodni, chłód jaki mnie przywitał był już dla mnie normą dlatego nawet nie dygnąłem jak robi to większość osób gdy tu wchodzi. Znalazłem ciało. Było całe poharatane. Tylko twarz była w dobrym stanie. Oczywiście wiedzieliśmy kto to jest, jednak dziewczyna musiała o tym zapewnić oraz chciałem zadać kilka pytań. Wyciągnąłem ciało tak by było pierwsze w kolejności. Odkryłem jedynie głowę by dziewczyna nie przeraziła się resztą widoku. Wyszedłem z chłodni i ruszyłem do głównego pomieszczenia gdzie na pewno czekała na mnie dziewczyna.
- Zapraszam - powiedziałem gdy ją zobaczyłem, trzymała w dłoni kubek zapewne z herbatą. Siedziała wpatrzona w nią jakby zahipnotyzowana.
- Idę - rzekła i wstała z fotela i skierowała się w moją stronę. Ruszyłem znów w tym samym kierunku. Otworzyłem dziewczynie drzwi, a ta weszła pierwsza, oczywiście dygnęła na co ja uśmiechnąłem się. Podszedłem do ciała, a dziewczyna stanęła krok przed nim.
- Znasz go? - zapytałem, a ona przyjrzała się twarzy. Pierw zaprzeczyła jednak potem zauważyłem w jej oczach gest zawahania.
- Podszedł do mnie w galerii, pytał o drogę, był dość miły - odpowiedziała niepewnie.
- Nie wiesz jak się nazywa? - zadałem kolejne pytanie.
- Mówił, jednak nie pamiętam - odpowiedziała szybko i spojrzała na mnie. Skinąłem głową.
- Pamiętasz gdzie chciał pójść? - zapytałem.
- Pytał o najbliższy bankomat - odpowiedziała od razu. Jak dla mnie za szybko jednak ciało zostało znalezione wczoraj, dlatego dziewczyna może dobrze to pamiętać.
- Dziękuje za odpowiedź, no i przepraszam za problem w tak ważnym dniu - rzekłem i uśmiechnąłem się smutno. Wskazałem drzwi i zakryłem głowę chłopaka.
- Zapraszam do wyjścia, podpiszę Pani tylko karteczkę i będzie Pani wolna - rzekłem, a ona skinęła, Otworzyłem jej drzwi, a ta wyszła. Skierowała się do głównego pomieszczenia, a ja poszedłem za nią. Tymon siedział za biurkiem, a na ladzie już czekał długopis i druk. Dziewczyna szybko się podpisała i wyszła żegnając się.

~~~~**~~~~

- Daj mi kartkę tej dziewczyny z rana - powiedziałem do Tymona, który zmarszczył brwi ze zdziwienia jednak dał mi druk. Szybko znalazłem numer dziewczyny i wysłałem jej wiadomość: Witaj. Jestem szalonym wielbicielem, który chciałby zaprosić cię dziś na szaloną randkę. Jeśli chcesz spędzić ten wieczór w ciekawym towarzystwie zapraszam cię do Lancaster. Będę czekał na ciebie do zamknięcia. jednak wolałbym byś nie kazała mi czekać i przyszła na umówioną godzinę rezerwacji restauracji na godzinę 19.Wysłałem ową wiadomość i schowałem telefon w kieszeń.
- Zarezerwuj restauracje Lancaster. Jeden z ich pomieszczeń, całe pomieszczenie. Na moje nazwisko. Od razu zapłać. No i zamów jakieś kwiaty czy coś - rzekłem i wyszedłem z pomieszczenia.

Kehlani? wybacz, że dopiero teraz ale naprawdę nie miałam jak

25 lut 2019

Od Althei C.D Noah - Walentynki [2/2]

     Analizuję jego milczenie i grymasy niezadowolenia na twarzy, lecz sama nie wiem, czy są one skutkiem tego pytania czy towarzyszą mężczyźnie już od dawna. Wydaje mi się nieco niechętny do rozmowy — ba, może nawet, gdyby nie miał szacunku do klienta, już znajdowałabym się za drzwiami. Próbuję dojść do tego, na ile mogę sobie pozwolić, ale ostatecznie rzucam spojrzenie używanemu samochodowi i milczę. Uspokojona myślami, że to nie moja sprawa ani nic, co mnie obchodzi, podchodzę bliżej ściany i opieram się o nią, ostatecznie zbywając głębszy temat, a zahaczając o płytki.
     - Może to i dobrze, że nie jesteś jak ten z Brown Inc. — Wydaje się, że mówię do siebie. Noah z niemiłym dla ucha piskiem metalu otwiera maskę nieco starszego samochodu. — Wydajesz się mniejszym snobem, ale mogę się mylić.
     Cały czas ganiany był moim wzrokiem. Nie wiem, skąd moja ciekawość względem niego, ale mam to do siebie, że lubię się dowiadywać czegoś o kimś. Ale nigdy, przenigdy nie spieszę się ze zdradzaniem swoich danych. Nie fair? Może.
     Noah reaguje na moją wypowiedź dyskretnie. Było to zaledwie spojrzenie kątem oka, które może mówić mi o wielu różnych emocjach, jakie ujawnił, a równocześnie chciał trzymać w sobie.
     - Jak udało ci się na to wpaść? — Słyszę wyraźny sarkazm, ale jego głos staje się mniej markotny.
     - To nic trudnego.
     Ciemnowłosy zaczyna grzebać pod maską samochodu, ale nie robi tego zbyt długo, bo jego telefon ukryty w kieszeni roboczego ubrania wibruje głośno. Natychmiast go sięga i odbiera z westchnieniem, ale już odwrócony do ściany, a raczej półki z narzędziami umazanej czarnym smarem. Staram się nie podsłuchiwać, ale jak nie usłyszeć chociaż słowa, gdy dzielą nas zaledwie metry, a ton, jakim się posługuje, nie jest cichy. Szybko wnioskuję, że to jego dziewczyna, co w sumie jest nielada zdziwieniem, biorąc pod uwagę temperament. Przy okazji do mojego ucha wpada wzmianka o walentynkach. Cholera, walentynki. Uproszczona przez wszystkich okazja na wyznawanie sobie miłości, dokładnie tak, jakby nie było do tego każdego dnia. To święto miłości wszelkiego rodzaju i od stuleci nie zmienia swojego znaczenia, co potwierdza, że tego dnia każdy zasługuje na małe zasmakowanie pięknego uczucia. Nigdy nie popierałam jednak tego, że uczucia wyznaje się odświętnie, ale cóż poradzić? Walentego można potraktować jako pretekst. Ważne, by dać się poczuć wyjątkowo tej osobie, która na to zasługuje. A ton Noah nie doceniał tej dziewczyny w telefonie, co pozwala mi łatwo stwierdzić, że walentynek nie uznaje za warte zachodu święto.
     - Druga połówka dzwoniła? — mamroczę, nie umiejąc powstrzymać tego pytania. Bardziej z żałości wobec jego dziewczyny. Współczuję jej.
     Mężczyzna spogląda na mnie tak, jakby wcale nie chciał usłyszeć tego pytania od nieznajomej.
     - Tylko ona wierzy w tak płytkie święto.
     - Ja też wierzę — odpowiadam. — Choć drugiej połówki nie mam.
     - Wspaniale — rzuca mi obojętnie. Ciężki przypadek.
     - Więc twój ton jest tak samo obojętny jak twoje uczucie względem tej dziewczyny? — Krzyżuję ręce na klatce piersiowej. Noah mierzy mnie surowym spojrzeniem, zmuszając mnie do myślenia, że teraz, właśnie w tym miejscu popełniłam duży błąd. Przestaje grzebać pod maską auta.
     - Chyba nie tobie to oceniać. — Parska arogancko. — Walentynki to kiepski żart, bo ludzie nie mieli czym zająć miejsca w kalendarzu. Budzą się, by zadowalać swoją drugą połówkę, i co w tym prawdziwego? Zwykła pokazówka, ot co.
     - Trafny argument. — Odbijam się od ściany. Kontynuuję tę rozmowę tylko z tego powodu, że budzi się we mnie nieokreślone współczucie. — Nie chcę się wtrącać, ale codziennie myśli się o romantycznej kolacji? Codziennie myśli się o zaręczynach? Walentynki to może szajs dla niektórych, ale dla tej wyjątkowej osoby, której na tym zależy, cóż, można zmienić nieco kąt.
     Zerkam na Noah. Patrzy w maskę samochodu, ale wiem, że mnie słucha.
     - Mów z sensem, bo mi uszy więdną.
     Zaciskam na te słowa palce w pięść, powstrzymując w ten sposób emocje.
     - Mówię o tym, że walentynki to może być po prostu okazja dla was. Tak jak urodziny. Tak jak rocznica. Nie powiesz każdego dnia „wszystkiego najlepszego”, tak jak nie zabierzesz nikogo na kolację bez powodu. Powodem jest nawet poprawienie relacji. Walentynki to okazja dla wyrażenia uczuć, a związek składa się z dwóch jednostek, z tego, co mi wiadomo. Spójrz też na... dziewczynę z telefonu, jakkolwiek ma na imię. Doceni to, że się dla niej starasz. — Kończę, czekając na jego reakcję, a jednocześnie myśląc, czy nie ruszyłam za daleko.
     - I co w związku z tym? Mam do niej przyjść i wręczyć jej bukiet róż, które i tak zwiędną, a na koniec uraczyć kiczowatym balonikiem z napisem „Kocham Cię”, jakbym nie mógł powiedzieć jej tego prosto w twarz? — Niespodziewanie wplątuję się w nim w nieoczekiwaną dyskusję. 
     - A potrafisz? — pytam ciszej. — Kiedyś myślałam, że dla drugiej połówki można zrobić wszystko, ale tak jak te święto traci na prawdziwej wartości, tak związki wiszą na włosku przez własne ego. 
     Mężczyzna marszczy brwi z poirytowaniem i już otwiera usta, ale nie mówi niczego. Wgapiam się w niego przez dłuższy czas w oczekiwaniu na jakąkolwiek odpowiedź, która nie nadchodzi. Zamiast tego Noah ze sporą dozą niechęci wypuszcza z ust westchnienie. 
     - Dobra, wygrałaś — burka ponuro i się prostuje nad maską samochodu. 
     Uśmiecham się dyskretnie i chwycę się pod boki.
     - Świetnie — mamroczę. — Ile przegląd może trwać? — Zmieniam temat, sądząc, że to najlepszy moment, by dać mu spokój. 
     Mechanik patrzy na mnie tak, jakby właśnie usłyszał coś nienormalnego. Nie dziwię mu się.
     - Godzinę.
     - Zostawiam pieniądze i do zobaczenia.
     Mężczyzna kiwa nieznacznie głową, nie interesując się jednak zbytnio tym, co właśnie powiedziałam. Nie chcąc pozostać tu ani chwili dłużej, odwracam się na pięcie i tyle co widziałam się z nowo poznanym Noah.

24 lut 2019

Od Dianthe do Thomasa [Walentynki 1/2]

Artykuł... Artykuł... JAK?! Jak miałam znaleźć jakikolwiek pomysł na artykuł w momencie, kiedy wszystko od dobrych trzech dni obciekało czekoladkami, różem, różami i całą tą... walentynkową przesadą. Termin zbliżającego się tygodnika zbliżał się niemiłosiernie szybko, a ja wciąż nie miałam wywiadu. Z nikim. Nawet planu na wywiad. Ani tym bardziej osobistości, z którą miałabym ten wywiad przeprowadzić.
- Anabelle... - jęknęłam do swojej asystentki, która obecnie z szerokim uśmiechem przeglądała jakąś stronę na laptopie.
- Coś się stało? - reakcja była natychmiastowa. Zaraz jednak westchnęła, jakby wszystko rozumiała. - Znów artykuł?
- Jego brak - stwierdziłam żałosnym tonem, chowając twarz w dłoniach. 
- Słyszałam, że The Bite przyjeżdżają na koncert do Avenley... - zaczęła ostrożnie.
W całej tej rozpaczy pozwoliłam sobie na cichy chichot.
- Dobra, nawet kupiłam bilet - jęknęła, słysząc moją reakcję. - Ale wiesz... Martin zaprosił mnie na randkę.
Moja kobieca strona zawyła po cichu. No tak. Prawie trzydziestka na karku, a ja nawet z nikim się nie całowałam... Potrząsnęłam delikatnie głową, chcąc przypomnieć sobie, że to nie czas na takie myślenie.
- W dodatku słyszałam, że skoro mają koncert w dniu walentynek, to mają losować jeden z biletów, by jego właściciel mógł spędzić z zespołem cały wieczór - Anabelle wyglądała, jakby rozpromieniła się jeszcze bardziej, o ile w ogóle było to możliwe.
- A co mnie do tego? - jęknęłam, czując wielką ochotę przywalenia głową w biurko.
- Możesz napisać reportaż - wzruszyła ramionami, jakby to co mówiła, było największą oczywistością świata.
Westchnęłam cicho, ale Ana miała rację. Reportaż, a może nawet wywiad z gwiazdami, czy też ze szczęśliwą dziewczyną, której bilet został wylosowany, był czymś, czego potrzebowałam do gazety.
Dziewczyna po chwili wyciągnęła bilet z portfela i położyła go na moim biurku, tym samym oficjalnie przypieczętowując mu los. Koncercie. Szykuj się.

Od Michaela cd. Odette - Walentynki [2/2]

Odchylam biały rękaw, spoglądając na zegarek. Cóż, nie mam dzisiaj konkretnych planów, więc co mi szkodzi pomóc studentce w desperacji? No dobrze, może nieco przesadziłem z określeniem jej uprzejmej prośby, której pojawienie się było dosyć logicznym następstwem wykazania się mojej wiedzy. A co do rzeczy, która może mi przeszkodzić, to mogły być to jedynie walentynki znajdujące się w moich dłoniach - o przeróżnych kształtach i kolorach, w których prym mimo wszystko wiodła czerwień i róż. Wszystko rządzi się swoimi prawami.
- Za niedługo kończę pracę. Możemy pójść coś zjeść na mieście i wtedy powiem ci wszystko, co sam wiem i odpowiem na ważne pytania - proponuję połączenie nauki z miłym spędzeniem czasu, nie biorąc pod uwagę, że i tak musiałbym pójść od razu po pracy po jakiś posiłek. To może być dobrym, a nawet jedynym momentem, w którym będę mieć cokolwiek w ustach od dłuższego czasu.
Odette unosi ramiona i uśmiecha się na znak zgody. Nie ma nic przeciwko, choć obydwoje pewnie wiemy, że do zrobienia jej "zadania domowego" jakieś miejsce do pracy jest potrzebne. W miarę spokojne. Przynajmniej w moim przeświadczeniu.
- Ale dopóki nie rozniosę tego po oddziałach, nie będziemy mieli spokoju - unoszę nieco wyżej trzymane kartki walentynkowe, na które dziewczyna spuszcza wzrok - Właściwie to urwanie głowy grozi tylko mi, ale co powiesz na przysługę za przysługę?
- Jeśli nie napiszę tej pracy, profesor pewnie i mnie nie oszczędzi, więc zgoda. Życie za życie - Odette zgina kartkę z tematem i chowa ją z powrotem do torebki. Sięga po część walentynek, zabierając mniej więcej połowę z entuzjastycznym uśmiechem.
Obydwoje ruszamy wzdłuż korytarza ku oddziałowi, na którym pracuję. Najlepiej zacząć od tej znanej części dla samego siebie, ale jeśli mnie wzrok nie myli, to będziemy musieli jeszcze zahaczyć o oddział neurologii dziecięcej, a tam rozdawanie walentynek może nam zająć więcej czasu. Choć starsi pacjenci potrafią być bardziej rozgadani niż dzieci.
- Poza tym, to ciekawe doświadczenie. Coś czuję, że nigdy taka okazja się może nie powtórzyć - zatrzymujemy się przy drzwiach do gabinetu pielęgniarek. Zanim Odette zada mi pytanie, dlaczego próbuję się tutaj dostać, zdążam jej wytłumaczyć.
- Znajdziemy dla ciebie jakiś fartuch medyczny, co by się nie przyczepili - otwieram ramieniem drzwi - I... muszę coś załatwić - posyłam jej uśmiech i wchodzę do środka.
Dziewczyna niepewnie robi krok do przodu i staje w przejściu, przytrzymując drzwi. Odkładam kartki na stolik i wchodzę w głąb pomieszczenia. Sięgam po jakiś biały żakiet medyczny, wzrokowo oceniając, czy będzie w miarę ładnie leżał. Biorę jeden z mniejszych rozmiarów i przerzucam go sobie przez rękę.
- Kradzież fartuchów też powinno się zgłaszać? - odwracam się na znajomy od niedawna dźwięk głosu młodej dziewczyny, która od niedawna jest pielęgniarką na oddziale.
Blond warkocz Aimee spływa po ramieniu, a ona sama wygląda dziś naprawdę ładnie.
- W potrzebach medycznych - przechylam delikatnie głowę w bok z poszerzającym się uśmiechem, wraz z jej coraz większym uniesieniem kącików ust - Oddam, obiecuję.

Od Noah do Althei - Walentynki [1/2]

               Tak, dziś Walentynki. Całe tabuny ludzi stają na głowie, biegają po sklepach, myszkują po lokalach i główkują nad tym, jak sprawić, aby ich druga połówka była zachwycona. Wokół mnie wiszą czerwone plakaty, balony w kształcie serca, kiczowate ubrania z żałosnymi nadrukami, które w zamyśle autora miały być zabawne i całe mnóstwo dziwacznych gadżetów, ozdobionych przeuroczymi serduszkami. Dla mnie – miejscowego dziwaka, widok otyłych aniołków z łukiem w dłoni, czy wszędobylskich róż, będących do nabycia wywołuje swoisty dreszcz, dlatego staram się zignorować środowisko przesiąknięte miłością ‘na pokaz’ i uznać ten dzień za niczym się niewyróżniający.
Pomaga mi w tym stary Smith, który zaczął nienawidzić Walentynki po tym, jak zmarła jego żona. Obaj stoimy właśnie oparci o ścianę zakładu, otoczeni siwą chmurą gęstego, papierosowego dymu.
— Cholerna pokazówka.
— Racja, Noa. Kiedyś miłość była uczuciem łączącym ludzi na całe życie, teraz spłyca się jej znaczenie i to, czy kupisz dziewczynie chrzaniony balon w kształcie serca, definiuje, czy kochasz swoją partnerkę. — zdeptał peta i wydał z siebie ciche westchnienie.
Mnie i staruszka dzieli przepaść. Nie tylko pod względem wieku, ale i wielu przekonań, jednak mam wrażenie, że ten mężczyzna rozumie mnie lepiej niż mój własny brat, czy jakikolwiek rówieśnik.
— Dobra, koniec obijania się, młody. Właśnie ktoś nadjeżdża. — kiwnął głową w kierunku zbliżającego się do nas eleganckiego samochodu.
— Ładna bryka. — mruknąłem do siebie, a Smith odszedł w kierunku swojego ciasnego gabineciku, zostawiając mnie z klientką, która właśnie wysiadła z pojazdu.
— Dzień dobry. — subtelny, kobiecy głos rozniósł się w pobliżu, a drobna sylwetka brunetki rozpędziła chmurę unoszącego się dymu, zmuszając mnie do rzucenia papierosa na ziemię.
Z zaciekawieniem zmarszczyłem brwi i zaplotłem dłonie na klatce piersiowej, zastanawiając się, co taka kruszyna robi w takim miejscu.
— W czym mogę pomóc?
— Potrzebuję przeglądu samochodu, panie… — uniosła na mnie swój przeszywający, szaro-błękitny wzrok w oczekiwaniu na odpowiedź.
— Brown. — po zmierzeniu jej surowym spojrzeniem, wysunąłem do przodu rękę, co odwzajemniła, zwieńczając to ostrożnym, aczkolwiek pewnym siebie uściskiem.
— Brown… Coś mi to mówi. — powtórzyła moje nazwisko z zaintrygowaniem, usilnie próbując wydobyć coś ze swojej pamięci, na co zareagowałem niezbyt entuzjastycznym westchnieniem, domyślając się, co zaraz nastąpi.
— Aaron Brown? — zmarszczyła brwi i ponownie obrzuciła mnie spojrzeniem, jednak nie wyglądała na przekonaną tego, co mówi. — Wygląda pan inaczej niż w gazetach.
— Bo to nie ja, a mój brat. Jestem Noah.
Otworzyła szerzej oczy, przyglądając mi się z zainteresowaniem. Zapewne do jej głowy cisnęły się dziesiątki pytań, które chciała do mnie skierować, jednak nasza świeża relacja na to nie pozwalała. Dlaczego brat biznesmena nie pracuje razem z nim w biurze? Dlaczego nikt nie wie o moim istnieniu? Jakie były motywy wyboru Aarona na prezesa, a nie mnie? Jakie są powodu tego, że ojciec nie zapewnił mi lepszej pracy, ani nie wspiera mnie finansowo? Dlaczego jestem tym gorszym – wyrzutkiem? Problem w tym, że sam nie znam odpowiedzi na te pytania. Przeważnie, gdy ktoś je zadaje, wzruszam obojętnie ramionami i zatracam się w myślach, po raz kolejny próbując samemu odnaleźć rozwiązanie.
Dlaczego ja?
— To dlaczego znajdujesz się tu, a nie w biurze? — utkwiła wzrok na wybijającym się na tle miasta wieżowcu i ponownie jej oczy zatrzymały się na wysokości mojej twarzy.
Nie otrzymała odpowiedzi. Jedyne, na co się wysiliłem, to cichy pomruk dezaprobaty, który miał za zadanie zakończyć ten cholernie niewygodny dla mnie temat.

Alth?

Od Dearden do Oliego - Walentynki [2/2]

Przegryzam nerwowo wargę, zastanawiając się po jaką cholerę w ogóle, wtrącałam się do nieporadnej próby zdobycia numeru telefonu, której podjęła się moja znajoma z pracy - Yvette. Szatynka jest naprawdę sympatyczną dziewczyną, jednak jeśli coś dorównuje jej życzliwości i oddaniu, to jest to brak umiejętności flirtu, z czego zdarza nam się, to znaczy mnie i Patrickowi, czasami naśmiewać. Staramy się robić to jednak w na tyle delikatny sposób, by nie urazić zanadto Yvette. W końcu w żartach nie chodzi o to, by kogoś zranić. 
Przekroczywszy próg studia, zwracam się do Oliego:
- Nie znalazłbyś dla mnie chwili? Od pewnego czasu zastanawiam się nad nowym tatuażem, ale jakoś nie było nigdy okazji go w końcu zrobić - wyznaję, krzywiąc się przy tym nieznacznie. 
Chłopak zatrzymuje się w miejscu i powoli, jakby z celowym ociąganiem lustruje mnie spojrzeniem. Widocznie zastanawia się nad odpowiedzią, porównując wszystkie 'za' i 'przeciw', jednak po jakimś czasie jego głowa porusza się nieznacznie w wyrazie zgody.
Kąciki moich ust drgają w pogodnym grymasie. 
- Co to miałby być za wzór? - zadaje typowe pytanie, wypełniając ciszę, która zapadła, gdy zaczęłam ściągać kurtkę i firmowy fartuch. Dzięki Bogu, że właśnie kończyłam zmianę. Walentynki udało mi się, jakimś cudem, wziąć jako dzień wolny. 
- Nic specjalnego, konstelacja Byka na obojczyku - odpowiadam szybko, sięgając od razu po telefon i wpisując nazwę gwiazdozbioru do wyszukiwarki internetowej. Zaraz po tym pokazuję Oliemu wyniki wyszukiwania.
- To twój znak zodiaku? - pyta, gdy siedzę już gotowa na fotelu. Kiwam szybko głową w odpowiedzi, po czym po chwili dodaję jeszcze:
- Mój i mojej mamy. Miała taki sam tatuaż.
Szybko spuszczam wzrok na splecione na brzuchu dłonie i zaciskam zęby, gdy maszyna zaczyna wydawać ten charakterystyczny dla niej, brzęczący dźwięk. Nie boję się bólu podczas wykonywania tatuażu, ale odgłos zbyt mocno przypomina mi gabinet dentystyczny. I to nie w dobrym znaczeniu, gdyż nie cierpię chodzić do stomatologów. Nie ma nic gorszego niż to bzyczenie i metaliczny, przyprawiający mnie prawie o zawał serca zapach. 
- Miała? - pyta. Podejrzewam, że wiedzie nim czysta ludzka ciekawość, toteż uśmiecham się krzywo. Biorę szybki wdech, zanim zdecyduję się rozpocząć wyjaśnienie. odpowiedzieć.
- Nie żyje - gdybym nie musiała leżeć nieruchomo, najpewniej podczas mówienia wzruszyłabym ramionami. Oli rzuca mi szybkie spojrzenie, odrywając się na moment od pracy, więc zmuszam się do pogodniejszego grymasu. - Zresztą, to nie jest dobry temat na rozmowę. Pozwól, że zapytam, jak radzisz sobie ze społeczeństwem? Tyle się mówi teraz o tolerancji i członkach LGBT, ale nadal często można natknął się na nienawiść w stosunku do osób nie-hetero. 
Chłopak parska krótko.
- Naprawdę uważasz to za lepszy temat do rozmowy? - w jego głosie pobrzmiewa widoczne rozbawienie. 
- Tak? - odpowiadam, ale nieznaczna melodyjność na końcu nadaje mu bardziej pytającego wydźwięku. Zagryzam wargę, by się nie roześmiać. - Nie? 
- Jest w porządku - stwierdza, a gdy w końcu odpowiada na moje pytanie, wyraźnie szczędzi w słowach. Nie zamierzam jednak grymasić.
- Wybrałeś już jakiś prezent dla niego na Walentynki? 
Odpowiada, ale tym razem nie podnosi oczu znad tworzącego się tatuażu. Nie żeby mi to przeszkadzało.
- Nie. 
Kiwam głową, ale nie komentuję tego. Po prostu przymykam oczy i pozwalam Oliemu pracować. Kiedy chłopak kończy, czyści obszar pokrywanej tuszem skóry i dezynfekuje go. Czekam cierpliwie aż owinie go folią i zaklei papierowym plastrem, po czym, już po zapłaceniu, zwracam się do niego:
- Wiesz, jeśli naprawdę wam na sobie zależy, nie musisz wymyślać nic wyszukanego. Jeśli lubi dobre jedzenie, ugotuj coś smacznego albo zaproś go do swojego ulubionego miejsca. A jeśli często ogląda filmy, zróbcie to razem. Walentynki nie polegają tylko na wymienianiu się prezentami, ale też na spędzaniu wspólnego czasu.
Uśmiechnąwszy się po raz ostatni, wychodzę na zewnątrz.

21 lut 2019

Od Tylera do Harper - Walentynki [1/2]

    Walentynki. Święto, którego absolutnie nie ma w moim kalendarzu. Okazja, na której media i sieci różnych sklepów mogą dużo zarobić. Dla mnie jednak jest to po prostu zwykły dzień, który musiał zapełnić nieznośną pustkę w naszym kalendarzu. Miałem go spędzić tak, jak wszystkie inne tego typu dni. Praca, praca, praca i odrobina przyjemności, na którą zasłużyłem po ciężkiej robocie. Już od samego początku miałem umówione parę spotkań, które miały zapchać plan i dostarczyć mi jako takie korzyści. Prawdę mówiąc to nie miałem ochoty nic dzisiaj robić. Najchętniej zaszyłbym się we własnym mieszkaniu razem z moją kochanką, jednak nic z tego. Praca musi być wykonana, a ja nie lubię mieć zaległości.
    Siedziałem przy stole pełnym jedzenia w rodzinnej posiadłości z gazetą w jednej ręce i filiżanką kawy w drugiej. Dzisiejszy poranek spędzałem właśnie tam - przy rodzinnym stole. Po mojej lewej stronie siedział ojciec, naprzeciwko mnie siostra, a po mojej prawej matka. Wszyscy byli pogrążeni w swoich niewielkich zajęciach. Adrie prawdopodobnie umawiała jakieś spotkanie przez telefon, Richard, tak jak ja, czytał gazetę, a Celine, jak to do niej podobne, trzymała na kolanach małego rottweilera i rozpieszczała bardziej niż mnie, gdy byłem dzieckiem. Westchnąłem cicho, czym zwróciłem na siebie jej uwagę i ponownie zanurkowałem spojrzeniem w jeden z artykułów. Matka pozwoliła szczeniakowi zejść ze swoich kolan i odchrząknęła dosyć głośno, chcąc otrzymać trochę mojego zainteresowania.
     - Jesteś chora, kochanie? - Pierwszy zwrócił na nią uwagę mój ojciec, który podniósł wzrok znad gazety i odezwał się do niej zatroskanym głosem.
    Celine przewróciła oczami, w tym czasie ja też odłożyłem lekturę na bok.
     - Chciałam zwrócić na siebie uwagę syna - westchnęła, wskazując na mnie ręką. - Zamierzasz coś zrobić dla Althei na walentynki? - Tym razem te słowa skierowała w moją stronę.
     - Po co? - Tylko to pytanie cisnęło mi się na usta. Taka prawda. Nie czułem nawet najmniejszej potrzeby, żeby jej coś dawać. Prezent to powinna być nagroda, a jak na razie ona na nic takiego nie zasługuje.
     - Są walentynki, powinieneś coś jej dać - powiedziała, jakby to była oczywista oczywistość i nie powinna mi tego nawet tłumaczyć. - Złoty naszyjnik albo bransoletka? Sukienka? Buty? Dobra kolacja w restauracji i miły wieczór? Na miłość boską, Tyler, czemu jesteś taki bezuczuciowy?
     - Nie jestem bezuczuciowy - wszedłem jej w słowo. - Nie zasłużyła na żadną z tych rzeczy. Gdyby była posłuszna, dostałaby coś ode mnie. Kiedy sytuacja wygląda tak, jak wygląda, nie powinna dostać nic, bo jeszcze poczuje się pewniej i znowu zacznie warczeć.
     - Słońce, kobieta to nie pies - wyjaśniła Celine, mając dość poruszania tego samego tematu po raz kolejny. - Walentynki to czas, kiedy powinno się coś komuś dać bez żadnego większego powodu. Bezinteresownie, prosto od serca. - Uśmiechnęła się. - Tak jak twój ojciec załatwił nam romantyczną kolację, a twoja siostra dostała od niego bukiet kwiatów i… jakąś dziwną piżamę.
     - To kigurumi - weszła jej w słowo Adrie, nie odrywając wzroku znad telefonu.
     - Nieważne, ale wiesz, o co mi chodzi, Tyler. - Matka złapała mnie za rękę i uśmiechnęła się do mnie krzepiąco. - Nie rób tego dla siebie, tylko dla Althei. Jestem pewna, że to doceni i zacznie cię postrzegać w lepszym świetle.
    Westchnąłem ciężko. Nie chciałem tego robić. Od samego początku miałem co do tego mieszane uczucia. Jednak sam fakt, że moja matka mnie upomina i zwraca uwagę, ma coś na rzeczy. Nie jestem maminsynkiem, jednak nie zmienia to faktu, że Celine była i jest najważniejszą osobą w moim życiu. Wiem, jaką sympatią pała do mojej kochanki i nie chciałbym sprawić jej przykrości.
     - Jakiego jubilera polecasz? - spytałem w końcu, tym samym przystając na słowa mojej matki. Ona uśmiechnęła się i ścisnęła moją dłoń jeszcze mocniej.
     - Tego w centrum, w galerii handlowej. Mają tam ładne naszyjniki - powiedziała, biorąc do ręki jedną z kanapek, która leżała na jej talerzu. - Bransoletki też są niezłe.
    Kiwnąłem głową. Tak więc postanowione. Pójdę tam po pracy, kiedy będę miał więcej czasu, żeby się namyślić. Później zabiorę Altheę z jej… okropnego domu i wezmę ją do siebie. Ogarnę jakieś standardowe i znane jej jedzenie, a reszta wieczoru jakoś tam pójdzie. Mam być miły i się opanować tego dnia? Dobrze, spróbuję się hamować. Dla matki, bo dla Althei na pewno bym tego nie zrobił. Za bardzo się rządzi mała suka.
    Punkt za kwadrans jedenasta wyszedłem z domu i odjechałem na pierwsze ze spotkań. Minęło ono dosyć szybko, tak samo, jak kolejne. Jednak z ostatnim nie było tak łatwo. Mężczyzną, z którym byłem umówiony, to Stanley Moore, zajmujący się, jak wszystkim wdrążonym w ciemną stronę Avenley wiadomo, handlem dziwkami. Sam ma w mieście parę burdeli, w których towarem są porwane kobiety. Kobiety, które są siłą zmuszane do oddawania swoich ciał w zamian za ciepły, nie zawsze pożywny posiłek. Te, które nie spełniają wymagań i się buntują, są zabijane. Tak po prostu. Okrutny biznes, jednak przynosi mu duże korzyści. Jeśli mam być szczery, sam kiedyś myślałem o rozkręceniu czegoś takiego, jednak szybko z tego zrezygnowałem. Wystarczy, że policja zna mnie ze sprzedaży narkotyków i handlu żywym towarem. Dobrze, że pod innym nazwiskiem.
    Spotkaliśmy się w jednej z kawiarni w galerii. Przyszedłem tam sam, on jednak musiał mieć obstawę. Był przyjacielem mojego ojca, więc nie musiałem się go specjalnie obawiać. Mężczyzna mimo wszystko nie do końca mi ufał. Wszyscy jego ludzie swój wzrok wlepiony mieli we mnie, czekając, aż zrobię chociaż najmniejszy, niepokojący ruch.
    Westchnąłem pod nosem i wziąłem małego łyka kawy, którą zamówiłem, by chwilę później zacząć pertraktacje. Wszystko szło zgodnie z planem, gdy Stanley w pewnym momencie nie wypatrzył kobiety, stojącej przy kasie w kawiarni. Była ubrana w dość… elegancki sposób. Kojarzyłem ją nawet z twarzy. Była asystentką dyrektora firmy, której nazwy niestety już nie pamiętam. No cóż, nie moja wina, że mój mózg uznał tę informację jako zbędną i niegodną uwagi. Panu Moore’owi przyznam jednak racje - potrafi wypatrzeć niezłe sztuki w tłumie. Miałem przyjemność spotkać już ją nie raz na wszelkiego rodzaju bankietach i imprezach w tym stylu. Nawet urodził mi się plan w głowie, żeby wdrążyć ją do grona moich kochanek. Oczywiście tym samym sposobem co inne - groźbą. Mało która idzie za mną, zachwycona moim ponurym urokiem osobistym. Duża część ich się mnie boi i idzie za mną tylko dlatego, żeby nie podpaść i nie stracić czegoś ważnego. Niestety, teraz została mi tylko jedna. Pora powiększyć te grono o parę innych ślicznotek, nieprawdaż?
     - Dużo bym za nią dostał… - Moje przemyślenia przerwały głośne myśli mojego partnera biznesowego. Chciał ją porwać, złamać i sprzedać jakiemuś bogatemu frajerowi jak zabawkę. Kobietę, którą uznaję za moją potencjalną kandydatkę na kochankę. Mam być szczery? Nie chciałem do tego dopuścić. Włączył mi się tryb egoisty (którym z resztą i tak często jestem. W końcu, to moja cecha charakteru, czyż nie?) i za Chiny ludowe nie chciałem do tego dopuścić.
     - Chce pan ją sprzedać? - Zadałem naprawdę oczywiste pytanie. Oczywiście doprawiłem je oburzonym wzrokiem. Typ chciał wbić szpony w moją zdobycz. Jak miałbym nie być zły i naprawdę wkurwiony? Tak się nie da.
     - A nie widać tego? - zaśmiał się gorzko. - Dobra dupa. Jeszcze podszkolić do tego i owego i może nawet piętnaście kawałków za nią dostanę? Antoine? - Zwrócił się do swojego agenta, która stał obok niego. - Obserwuj ją. W razie czego idź za nią, wiesz co masz robić.
    Jego podwładny kiwnął głową i od razu dyskretnie wlepił wzrok w kobietę. Kurwa. Ona miała być moja. W głowie zapaliła mi się czerwona lampka. Musiałem działać. I to natychmiast. Szczególnie to uczucie nasiliło się we mnie, kiedy kobieta odeszła, a wcześniej wspomniany Antoine ruszył za nią w bezpiecznej odległości. Musiałem ją złapać przed nim, bo może być za późno.
     - Myślę, że już załatwiliśmy to, o czym miała być mowa. - Wstałem od stolika, poprawiając krawat. - Mam rację?
     - Ależ oczywiście, Tylerze. - Mężczyzna uśmiechnął się i również wstał, wyciągając swoją dłoń, którą zgodnie z etykietą uścisnąłem. - Interesy z tobą to czysta przyjemność. Myślę, że twój ojciec będzie zadowolony.
     - Ja również - Odwzajemniłem jego uśmiech. - Do zobaczenia.
     - Do zobaczenia.
    Po jego słowach, starając zachować spokojny krok, ruszyłem w stronę, gdzie wcześniej udała się kobieta wraz z jednym z jego ludzi. Nie minęło dużo czasu, kiedy ją znalazłem, a zaraz obok stał Antoine. Nie tracił jej z pola widzenia i tylko czekał na okazję, by ją pochwycić. Szybko wykorzystałem moment i podszedłem. Ba! Podbiegłem wręcz i złapałem ją za nadgarstek, w miarę delikatnym szarpnięciem obracając ją do siebie przodem.
     - Wybacz, ślicznotko, ale musisz iść ze mną. Jesteś w tarapatach, ale później ci to wytłumaczę - powiedziałem szybko i nie czekając zbyt długo na jej reakcję, zacząłem ją ciągnąć za sobą.


< Harper? >

+10 PD

19 lut 2019

Od Oliego do Dearden - Walentynki [1/2]

Otworzyłem oczy i jęknąłem. Czemu poranki przychodzą tak szybko? Czemu nie mogłem jeszcze spać? Podniosłem się pół przytomny i strąciłem z piersi ramię, które mnie obejmowało. Ten szczęściarz miał jeszcze pół godziny snu. Podniosłem się cicho i poszedłem do łazienki. Czystość to podstawa. Po porannej toalecie zabrałem się za śniadanie. Niby tak niewiele, ale dobre jedzonko poprawia nastrój. Zerknąłem odruchowo na niewielki kalendarz na stoliku. Dzisiaj walentynki. Ta wiadomość mnie przeraziła. Nigdy nie obchodziłem tego święta... No może nie obchodziłem go w konwencjonalny sposób. Moje walentynki kończyły się w klubie, a potem z kimś... No wiadomo jakie nawyki miewałem. Wychyliłem głowę z kuchni i popatrzyłem na słodko śpiącego Thomasa. Marszczył lekko nos.
- Nie udawaj, nie umiesz udawać, aktorem nie zostaniesz – Fuknąłem i wróciłem do kuchni. Szybko ogarnąłem kawę na wynos i kanapkę. Druga czekała na mojego.... Chyba powinienem nadać temu jakąś nazwę. Może to święto mi się na coś przyda? Podsunąłem chłopakowi talerz z kanapką pod nos i wyszedłem z krótkim:
- Wrócę wieczorem, mam dzisiaj dużo w pracy - Droga do salonu zeszła mi na cichym mruczeniu tekstu jakiejś nowej piosenki, którą ćwiczył Thomas. O dziwo jego muzyka wpadała mi w ucho, wiec nie mogłem nawet puścić sobie tego, co mnie męczy. Ciężko posłuchać, czegoś, co nie istnieje jeszcze w fizycznej formie. Zanim zaszedłem do pracy, wpadłem do okolicznego lokalu po jeszcze jedną kawę. Ta z mlekiem smakowała dobrze nawet po wystygnięciu. Młoda brunetka z uśmiechem przyjęła moje zamówienie.
- Wesołych walentynek – Podała mi niewielkie piernikowe serduszko. O cholera.
- Em? Dzięki?
- Jezu, serio? Zapytaj go o numer i daj już sobie spokój? - Głos zza moich pleców mnie rozbawił. Kolejna brunetka, ta sięgała mi do brody. Miała zadarty nos i iskierkę w oku.
- Niestety, ale, nie mogę. Jestem trochę zajęty – Posłałem dziewczynie za barem uśmiech i zapłaciłem za napój.
- I co dasz swojej dziewczynie tuzin róż na walentynki? -Sarkastyczny głos znów obił się o moje uszy. Zdążyłem już opuścić kawiarnię, więc zaskoczył mnie upór lafiryndy.
- No nie, nie mogę. - Teraz słowa brzmiały już o wiele mniej przyjaźnie z moich ust.
- A to czemu? Nagle jej nie masz?
- Nie bardzo widzę w tym twój biznes, słonko -Wysyczałem przydomek.
- Oj daj spokój, przecież ci dokuczam - Prychnęła
- Oh tak? Więc może dokuczaj komuś, kogo znasz? Będziesz miała pewność, że ci nie jebnie?
- Kobiet się nie bije - Prychnęła i założyła ręce na piersi. Jej słowa nie były wypowiedziane w tym typowym sposobie. Jaki był typowy sposób na wypowiadanie tego stwierdzenia? Naiwny, pusty, lalkowaty. A ona powiedziała to aż wyzywająco.
- Bije się, ale tak, żeby nie było widać. Każdy zasługuje na równość, wpierdol, się do tego zalicza- Prychnąłem.
- Dawaj
- Nie zasłużyłaś, jeszcze - Dodałem ostatnie słowo i powoli odwróciłem się i ruszyłem do salonu.
- To, co jej dasz?
- Nic, bo to nie ONA - Nie odwracając się, odkrzyknąłem.
- Czekaj co? - Dłoń na moim ramieniu mnie rozbawiła.
- Nie wyglądam ci na pedała - Wysyczałem stwierdzenie z lekkim uśmiechem.
- No nie... - Wzruszyła ramionami. Oparłem się o framugę drzwi salonu i czekałem na coś więcej. Popatrzyła na lokal, który na mnie czekał.
- Pracujesz tu?
- Yup, masz przed sobą tatuażystę... Artystę istnego
- Oh..., Wow...
- No... Już powiedziałaś, to co chciałaś?
- Dearden – Wystawiła w moim kierunku rękę.
- Oli – Uścisnąłem lekko mała dłoń i otworzyłem drzwi od lokalu.
<Dearden?>

13 lut 2019

Od Theo do Katfrin - Walentynki [1/2]

     To był luty. Przynajmniej miesiąc zapamiętałem, kiedy ostatnio przyszło mi widzieć kalendarz, ale co za liczba mogła jeszcze znajdować się obok? Porzuciłem szybko te pytanie, widocznie nie czując nawet potrzeby, by sobie na nie odpowiadać. W mojej głowie dryfowały dziesiątki zupełnie niepotrzebnych myśli, które miały za zadanie tylko sprawić, że czas popłynie jeszcze szybciej, prowadząc mnie przez życie zatrważającym tempem. Zatem dzień jak co dzień — z jabłkiem w ręku spokojnym krokiem pokonywałem długą ulicę wypełnioną dzisiaj wyjątkowo pokaźną liczbą straganów. Na pierwszy rzut oka nic nowego, bo w Avenley River bywały dni, w których pojawiała się masa ludzi z zewnątrz, lub stąd, co postanowili skorzystać z okazji i zarobić parę avarów na sprzedawaniu aktualnych produktów. Coś jednak poruszyło mój spokój w tym niewinnym, wręcz idealnym obrazie miasta. Obściskujące się częściej niż zwykle pary, z jakich robiły się gdzieniegdzie tłumy — czy to w kawiarniach, czy w sklepach albo parkach. Zdarzyło mi się zobaczyć nawet plakaty z najnowszymi premierami kinowymi, ale puszczali same romanse. No i komedie romantyczne, ludzie, dajcie spokój, żadnego fantasy? 
     I zapuściłem się głębiej w nurt rozweselonego tłumu przechadzającego się od straganu do straganu. Biegające stąd dotąd dzieci niemal wchodziły mi pod nogi, próbując nie wypuścić z rąk olbrzymich, czerwonych lizaków w kształcie serca. Słodkości były większe od nich głów. Szedłem jednak dalej, olśniony dopiero za sprawą dosyć widocznego sloganu zawieszonego na między dwiema lampami miejskimi — „Szczęśliwych Walentynek!”. Walentynki. Dzisiaj są walentynki. Powtarzałem sobie w głowie, jakby próbując uzmysłowić sobie, że święta na świecie cieszą się jeszcze jakąkolwiek uwagą. Ale takiej się nie spodziewałem. Od poznania tego zaskakującego faktu, wszystko dookoła zabarwiło tysiące tematycznych kolorów, przez co nawet lekko mnie zemdliło. Nigdy nie obchodziłem walentynek, czasem nawet umykały one mojej uwadze i w kalendarzu były tylko kolejnym dniem, jaki trzeba przeboleć na ulicy przy lutowej pogodzie. A w lutym wcale nie jest ciepło. Miłość mizdrzących się dookoła osób też wcale nie sprawia, że temperatura się podnosi, a resztki śniegu topnieją. Nie chcąc być jednak sknerą, dałem szansę temu świętu. Zwiedziłem wzrokiem parę stoisk, dostrzegając na nich głównie tonę pluszaków z doszytym serduszkiem, które większość trzymała w łapkach. Dalej były same lizaki, czekoladki zawinięte w czerwone, eleganckie wstęgi, do tego dzieci mogły poczuć się niemal jak amorki, bo sprzedawano łuk oraz skrzydełka w ramach zabawy. Wszystko dopieszczone dziesiątkami balonów w barwach bieli i czerwieni, rzadziej różu, a myślałem, że Walentynki skupiają się głównie wokół właśnie koloru piękna, miłości. No nic, mniej moje oczy ucierpią. 
     W końcu nadszedł koniec długiego łańcucha stoisk. Znalazłem się na równie wypełnionym parkingu, na którym jednak panowała o wiele większa cisza niż w samym sercu targów. Chciałem całkowicie opuścić ten obszar, ale nagle dźwięk spadającego na posadzkę metalu sprawił, że niemal natychmiast zwróciłem się w kierunku źródła. Nieopodal ujrzałem przeciskającą się między samochodami kobietę wyjątkowo pochłoniętą rozmową telefoniczną — pewnie dlatego nawet nie zauważyła, że wypadły jej klucze. Stałem w miejscu jak ta ciota na pasach, rezygnując z jakiegokolwiek krzyku czy nawoływania. Ocucił mnie dopiero moment, w którym odrzuciła swoje czarne, kruczoczarne włosy i wsiadła na Kawasaki Ninja. Tak, doskonale poznawałem ten motor jeszcze z czasów, kiedy jako dzieciak z kolegami oglądałem gazetki z pojazdami, wykrzykując „ten będzie mój, ten będzie mój!”. Tak, to były pojazdy, nie pornosy — są osoby, które w młodym wieku nie spędzały co drugiej nocy na masturbowaniu się do półnagich kobiet na motorach. 
     W chwili mojej zwłoki tajemnicza kobieta zwyczajnie odjechała z piskiem opon, a ja potem ruszyłem do przodu po klucze. Podniosłem je powoli, jakby obawiając się, że ktoś nagle wybiegnie zza rogu i udowodni mi, że było to zaplanowane. Ale głupie... przyjrzałem im się z każdej strony i moje skupienie w końcu pozwoliło mi odkryć niedużą przywieszkę z, jak mi się wydawało, adresem domu. Jeżeli tylko dobrze kojarzyłem, to oznaczało, że czekała mnie długa wędrówka na obrzeża miasta. Pogoda była w porządku, nie za zimno, nie za ciepło — nic więc nie zatrzymywało mnie przed rozpoczęciem spaceru. Skierowałem się długimi jak cholera ulicami, za którymi z dala już dostrzegłem granicę terenu zabudowanego.

***

     Nie wiedziałem nawet, na nuceniu jakich piosenek udało mi się przebyć tę wielokilometrową drogę. Ze dwa razy w ciągu około dwóch godzin, może mniej, złapała mnie kolka — wynik nieprawidłowego wdychania powietrza, i gdyby nie ta dolegliwość, zapewne doczłapałbym się tam o wiele wcześniej. A mówiąc „tam”, na myśli miałem piękne, rozległe łąki, lasy, dachy domów wystające gdzieniegdzie pośród gęstych koron zimowych drzew. To wszystko wywołało reakcję w stylu wow. Drugą sprawą było jednak odnalezienie odpowiedniego domu i choć nie było to tak trudne w otoczeniu paru budynków w obrębie paru kilometrów, pochłonęło jeszcze jakieś pół godziny, dopóki przed moimi oczami nie znalazł się duży, biało-czarny dom. Bezradnie chwyciłem się pod boki, zastanawiając się, jak sprawdzić, czy chociażby na terenie nie ma żadnych wściekłych psów-obrońców, bo takie już nie raz i nie dwa mnie wypędziły. Mnie, biednego bezdomnego, który nie ma niczego na sumieniu. Mając nadzieję, że dotyk kluczy do tego mieszkania uratuje mnie przed wszelkimi siłami, wszedłem na posesję. Ładnym, dobrze prezentującym się chodnikiem powiodłem do drzwi, choć gdy zaledwie się do nich zbliżałem, ponownie usłyszałem mocny, kobiecy głos z niedalekiej odległości. Jak się okazało, w cieniu gasnącego już słońca stała ta sama osoba, jaka odjechała wcześniej z parkingu. Pozbywając się obaw, pewniejszym krokiem podszedłem bliżej, i — o zgrozo — wykonałem ten jeden, fałszywy ruch. 
     - Hej, czy... 
     Kobieta, najwidoczniej zdziwiona moją obecnością, najpierw wypuściła telefon z ręki, potem w okamgnieniu zareagowała, czyli jej o dziwo mocna pięść spotkała się z moim nosem. Zaniosłem się cichym stękiem, automatycznie łapiąc za nos, a w zaciśniętej szczęce próbowałem zdusić cały ból. 
     - Kim jesteś i co tu robisz? Gadaj, już! — Syknęła, nadal w takiej pozie, jakbym co najmniej miał plan ją porwać albo gorzej. Zabić. No na pewno. 
     - Panienko, wyluzuj! Jedyne co chciałem to oddać ci klucze. — Z grymasem na twarzy wyjąłem je ze swojej kieszeni. — Widziałem, jak wypadły ci na parkingu w Avenley River. 
     
Katfrin? xD

12 lut 2019

Od Louise do Adama - Walentynki [1/2]

          Walentynki.
          Wa-lę w tyn-ki.
          Wszechobecny klimacik porównywalny nawet do tego świątecznego, albowiem gdzie tylko nie spojrzysz, twoim oczom ukazują się tony brokatu, miliony serc, romantyczna muzyka i na pozór idealne prezenty poustawiane na półkach każdego sklepu. Jak zdecydowana część populacji Avenley River, do pewnego czasu wcale nie szalałam za tymże świętem. Jeżeli mam być tak dokładna, nie lubiłam walentynek nawet w zeszłym roku, choć spędziłam je z Sam na walentynkowym olewaniu walentynek. Jeszcze kilka tygodni temu wydawało mi się, że czternasty luty spędzę świetnie, ponieważ wtedy między mną a Noah było świetnie. Później sytuacja z Aaronem, wszystkie moje nadzieje poszły się walić. A teraz jest dobrze, a w formie kolejnych przeprosin zastanawiam się nad prezentem dla mojego chłopaka.
          Hej, nareszcie nie będę musiała obchodzić dnia singla piętnastego lutego.
          Sięgam po telefon i przeglądam Rivenley w poszukiwaniu pomysłów na podarunki. Natrafiwszy na post z dużą ilością komentarzy, wchodzę w tę sekcję i przeglądam wypowiedzi kobiet.
          April Ginny Smith: Dla mojego męża zamówiłam koszulkę z własnym nadrukiem. Myślę, że to super pomysł :D
          Pomimo tego, iż w niektórych związkach może być to świetny pomysł, nie jestem przekonana — uważam, że to nieco… dziecinne. Nie tyle, co dziecinne, ale bezsensowne. Przecież on nie będzie w tym chodził.
          Felicity Bon: Z racji, że Alec uwielbia kino, kupiłam nam bilety na trzy seanse. Właściwie to jest to długi seans.
          Kino początkowo wydaje się być opcją świetną, więc wchodzę na stronę internetową najbliższego, szukając odpowiednich filmów. Niestety, żaden z nich nie wydaje się być idealnym, więc skaczę na kolejną stronę i tak do znudzenia. Wszędzie grają komedie romantyczne, a zanudzanie Noah tego typu rozrywką byłoby dosłownym grzechem. Wracam na Rivenley i scrolluję dalej.
          Kelsey James: Życie z miłośnikiem rajdów jednośladów nie jest proste, ale tego jednego dnia spróbuję go uszczęśliwić i dam mu bilety na najbliższe wydarzenie nieopodal stolicy. A, dorzucę jeszcze czekoladę, bo tak się składa, że dostałam ostatnio taką ogromną, a, niestety, jej nie lubię. Chłopak jeszcze jej nie widział, więc nie ma żadnych przeszkód, haha!
          Rajd nieopodal stolicy? Czyżby w naszej okolicy ktoś szykował motocyklowy event? Wchodzę na stronę miasta i szukam jakichkolwiek informacji na ten temat. Gdy trafiam na post związany z tym, zagłębiam się w temat. Kilka chwil zastanawiam się jeszcze, czy Noah lubuje się w tematyce jednośladów. Ostatecznie rezygnuję, obawiając się nietrafnego prezentu.
          Marylin McDave: A ja idę za głosem tradycji i dzisiaj wybieram się do jubilera kupić zegarek. Chociaż wydaje mi się, że i tak będzie się spóźniał, eh.
          Och, tak! Zapomniałam o klasyce, jaką jest zegarek. Nie widywałam żadnego na jego nadgarstku, więc, czym prędzej, biegnę do ojca na parter, by zapytać go o kilka spraw.
          Sączy kawę w salonie, oglądając najnowszy odcinek Hero to Zero. Siadam na fotelu obok.
          — Gdzie kupiłeś ten zegarek? — wskazuję na złoty dodatek na jego przedramieniu.
          — W sklepie — mruczy. — Poczekaj, oglądam.
          — Tato! — prycham. — U jubilera w Fair Rocket?
          — Nie, dlaczego tak uważasz? Nie byłoby mnie stać. To prezent od twojej matki, kupiła go bodajże w Bijoux w Delcie. Tak właściwie to tani też nie był — przyznaje w końcu, nie spuszczając wzroku z telewizji. — A dlaczego pytasz?
          Powiem mu prawdą, co za sekret?
          — Walentynki. Szukam prezentu dla Noah i wydaje mi się, że to naprawdę dobry pomysł — odpieram. — A z racji, że ty niemalże zawsze zegarki nosisz, pomyślałam, że mógłbyś mi doradzić.
          — Mamy iść razem do galerii handlowej? — dziwi się, a ja tylko kręcę głową. — Na całe szczęście. Nie wytrzymałbym nawet, gdybyśmy kupowali coś, na czym się znam. — Pusty kubek odstawia na stół, przybliża się do mnie i odsłania swój zegarek. — To cacko kosztowało ją całą wypłatę.
          — Byłbyś milszy!
          — A idź do diabła.
          Mruczę coś i w końcu odchodzę. Wróciwszy do pokoju, pakuję potrzebne rzeczy do torebki i sięgam po telefon, wybieram numer Sam i dzwonię.
          — Cześć, Lou, dawno cię nie słyszałam. No… co z Noah? — Przez jej ciepły głos wracam myślami do tej sytuacji w kawiarni, gdzie dowiedziałam się dość istotnej rzeczy. — Znowu…
          — Nie, nie — zaprzeczam. — Wszystko jest dobrze, moja droga przyjaciółko. I tak, gratulacje, chodzi właśnie o Noah. Bo są walentynki, a ja chcę kupić mu coś na prezent. Zdecydowałam, że to będzie zegarek.
          — Co mi do tego? — pyta dość poddenerwowana.
          — O matko, Samatha, co się stało? Zachowujesz się, jakby ktoś cię zmuszał do tej rozmowy — wzdycham na zachowanie przyjaciółki. — Chciałabym, żebyś poszła ze mną do Delty i wybrała zegarek, ot, co ci do tego — wyjaśniam. — Ale widzę, że jesteś niezbyt chętna.
          Czuję na nogach coś ciepłego — nim nadążam spojrzeć, rozlega się głośnie miauknięcie. Wolną dłonią głaszczę Kota.
          — Pozdrów Kota, bo on też domaga się towarzystwa. Tak samo, jak ja! — warczy. — Odkąd masz tego swojego Noah to non stop słyszę tylko o nim, ciągle z nim wychodzisz. Facet zajął pierwsze miejsce w twoim życiu! Och, jeszcze ten Theo, który nagle okazał się być lepszym przyjacielem, niż wieloletnia Sam. Bo co? Jest bezdomny i nagle, ach, jaki silny, jaki kochany. Boże, Louise, jesteś naiwna. Ale, ale, hej, któż to zdradził Noah z jego brate…
          — Przestań, Sam! — przerywam jej w końcu. — Nie mogę tego słuchać. Jesteś… egoistyczna. Naprawdę nie potrafisz mnie wesprzeć, tylko zaczniesz robić mi sceny, że akurat teraz pogorszył nam się kontakt? Litości, moje życie nie obraca się wokół ciebie, nie masz prawa robić mi wyrzutów na ten temat. Wiesz co? Pójdę do tej pieprzonej Delty i nawet nie myśl, że teraz wszystko będzie okej. I ja, i ty jesteśmy dorosłe, a zachowujesz się jak przedszkolak, dobry Boże.
          Rozłączam się, unikając ciągnięcia rozmowy. Wydaję z siebie przeciągłe jęknięcie i rzucam się na łóżko, uważając, by nie uszkodzić leżącego na mnie Kota.
          Po pół godziny zbieram się w końcu z domu, dając znak rodzicom, iż wrócę pod wieczór. Zbliża się piętnasta — godzina szczytu. Wszyscy wychodzą z pracy, a jeżeli nie teraz, to za godzinę. Tworzy się sajgon, a teraz, przed walentynkami, napotkam z pewnością dziesiątki par i ludzi, którzy wybierają prezenty dla swojej połówki. Będę hipokrytką, gdybym powiem, że ich nie lubię, w końcu ja sama przychodzę tam w owym celu.
          Nieomylnie. Cała galeria kipi od tłumów (z tego względu zrezygnowałam z pożyczenia samochodu od mamy i przystałam na komunikacji miejskiej, choć i tak czułam, że brakuje mi powietrza i przestrzeni), więc z trudem wciskam się do środka. Nie rozbieram się, a jedynie rozsuwam suwak od kurtki. Lawirując między ludźmi uważam, by nie nastąpić na jakiegoś psa, których, pomimo zakazu, było tu od groma. Rzadko kiedy widuję aż tyle ludzi w Delcie. Ach, cóż się dziwić, nie bez powodu okrzyknięta jest największym centrum handlowym w całym kraju. Zastanawiam się kilka chwil, gdzie mogłabym znaleźć zegarek idealny za cenę niższą, niż pozwoli mi moje konto bankowe. Wtedy przypominam sobie sklep, z którego pochodzi zegarek ojca — Bijoux. Nie wiedząc, gdzie znajduje się ten jubiler, podchodzę do dużej tablicy elektronicznej i wyszukuję. Trzecie piętro, zaraz przy strefie gastronomicznej. Chwila moment, dlaczego są dwa Bijoux… och, boże, zgubię się tutaj prędzej czy później. W końcu podejmuję decyzję o odwiedzeniu tego niżej, na piętrze pierwszym. Widząc tłok przy windzie i schodach ruchomych, wybieram zwykłe, choć i tak wciąż obijam się o ramiona niewinnych turystów i tubylców. Po piętrze chodzę jakieś pół godziny, zanim nareszcie znajduję wyczekiwanego jubilera. Z ulgą wymalowaną na drobnej twarzy wchodzę, lecz automatycznie zostaję wypchnięta przez… więcej ludzi. Słowo, w tej chwili nie ma gdzie patyczka wstawić, bo wszędzie ktoś stoi, ktoś się kręci, ktoś podziwia, ktoś kupuje. Zrezygnowana opuszczam Bijoux i stoję tak dobre kilka minut, aż wpadam na pomysł numer dwa — sklep na piętrze trzecim. Już ze zrezygnowaną miną wlekę się dwa poziomy wyżej, przeżywając tę samą katorgę. A gdy, powiedziałoby się, nareszcie, staję przed lokalem z niemałym wyczerpaniem, zdaję sobie sprawę z faktu, iż jest… zamknięty. Po prostu zamknięty. Na szarej kurtynie wywieszona jest kartka, że został przeniesiony na pierwsze piętro, czyli tam, gdzie byłam kilka chwil temu. Błąd systemu, pieprzonego systemu. Przeklinam Noah w myślach i smętnym krokiem kieruję się w stronę strefy gastronomicznej, gdzie czeka na mnie lodziarnia. Zamawiam duży przysmak z czterema gałkami lodów (orzech włoski, sorbet malinowy, czekolada i jogurt wiśniowy) i zajmuję… wróć, żadnego miejsca nie zajmuję, bo pieprzone rodziny z dziećmi postanowiły zająć dziewięćdziesiąt dziewięć stolików w ca-lu-siej strefie, przez co jestem zmuszona ponownie stąd wyjść, by po-now-nie wsunąć się między pie-przo-ne tłumy ludzi w Delcie. Biorę trzy oddechy i odwracam się. Nie, nie wyjdę stąd. Nie, usiądę gdzieś. Mam w dupie szczęśliwe familie i zakochane pary. Po prostu podchodzę do pierwszego lepszego stolika, pytam, czy krzesło jest wolne i biorę je, ustawiając gdzieś w kącie. A więc, niczym najgorsza idiotka, siedzę gdzieś w totalnym zadupiu strefy gastronomicznej i zajadam się lodami, cieszę się jak dziecko i ogólnie serdecznie polecam właśnie takie spędzanie okresu przedwalentynkowego. Samotnie. Pośród tysięcy ludzi. Jedząc czterogałkowy deser. Zajebista zabawa.
          Po godzinie męczarni z lodami i sprawdzaniu Rivenley w oczekiwaniu na przeludnienie, nareszcie udaje mi się wepchnąć do Bijoux. Krążę złotymi alejkami i rozglądam się na lewo i prawo. Zegarki, które znajdują się zaraz przy biżuterii damskiej, są naprawdę przeróżne, a ich ceny wahają się od stu do nawet trzech tysięcy avarów. Chcąc odnaleźć idealny, patrzę zarówno i na wygląd, i na cenę. Cechą, którą musi posiadać mój przyszły zakup, jest skórzany pasek. Przeglądam wszystkie, oddając się pięknu każdego z nich.
          — Jakie śliczne… — wymsknęło mi się.
          Wtem odwrócił się do mnie nieznajomy mężczyzna.
          — Do mnie pani mówi? — pyta, uśmiechając się lekko. — Faktycznie, te bransoletki mają swój urok.
          O. Mój. Boże. Dlaczego, po co i jeszcze raz, dlaczego. Na moich policzkach pojawia się rumieniec, co ukrywam pod rudymi włosami, kręcąc lekko głową. Jest mi tak cholernie wstyd.
          — Nie — wyduszam w końcu. — I tak, ma… t-to znaczy, są śliczne.
          — Zegarki? — Rzuca wzrokiem przez moje ramię. — Ciekawy pomysł.
          — Dla chłopaka — mówię już nieco pewniej. — Podejrzewam, że szukasz czegoś dla dziewczyny — rzucam. Po chwili zaczynam żałować tych słów, lecz chłopak, wydawałoby się, nie ma nic przeciwko temu… stwierdzeniu. — N-nie chcę być wścibska.
          — Nie, nie. — Jego kąciki ust ponownie unoszą się. — Dla przyjaciółki. W końcu walentynki są nie tylko dla par.
          — No… tak. Na pewno będzie jej bardzo miło — mówię, podchodząc bliżej do gablotki z biżuterią damską. Na lewej ręce mężczyzny zauważam błyszczący się dodatek. — Znasz się może na zegarkach?
          Okazuje się, że faktycznie co nieco wie i, dzięki niemu, ratuję prezent dla Noah. Doradza mi, a wpół rozmowy przerywa nam cukierkowy głos tutejszej pracownicy.
          — Dzień dobry, proszę państwa. Dzisiaj możecie skorzystać z naszej promocji dla par. Obejmuje caały asortyment! — Wskazuje ręką na caały asortyment. — Wystarczy zgłosić się do kasy.
          Czuję, jak jego łokieć trąca mój bok, więc spoglądam wymownie w stronę nieznajomego.
          Do kas idziemy, niestety, razem.
          — Witamy państwa serdecznie. Czy wasze zakupy podlegają pod rabat?
          Już otwieram usta, by udzielić przeczącej odpowiedzi, ale znów dostaję kuksańca od pana zaoszczędzę-więcej-pieniędzy-na-nieświadomej-dziewczynie.
          — Tak. Jesteśmy zainteresowani pewnym zegarkiem i zestawem biżuterii — odpowiada za mnie.

Mój drogi ADAMIE?

11 lut 2019

Od Odette do Michaela - Walentynki [1/2]

     Sen jeszcze długo wkradał mi się na ciężkie powieki, ledwo pozwalając na wpatrywanie się w nudną tablicę. Leniwie śledziłam rękę wykładowcy, który w zatrważającym tempie rozpisywał temat zajęć na szerokiej, zielonej tablicy. Parę razy posunął po niej kredą zbyt mocno, przez co rozbrzmiał rozdzierający pisk przyprawiający o zawroty głowy osoby nadwrażliwe. Mnie tylko wybudzały ze stanu zaśnięcia. Zaczynałam odczuwać bardzo wyraźne skutki przegadanej z mamą nocy - spośród całej rodziny to ona najbardziej przeżywała pogorszony stan swojego ojca, a mojego dziadka. Wymagała całodobowej serii wspierających słówek, wytrwałego w narzekaniach ucha, zatem gdy ojciec miał już tego dosyć, dzwoniła do mnie. Trafiała na osobę, która wręcz nie miała sumienia do tego, by się rozłączyć, dlatego krótka z pozoru rozmowa rozciągnęła się na całą Bożą noc, czego efektem było nieustanne ziewanie na wykładzie. 
     - Blackwell, zabrakło ci energetyka? — Wykładowca spiorunował mnie szorstkim głosem. Rzeczywiście zbyt często przyłapywał mnie z pustą puszką tego świństwa na ławce.
     Przetarłam jeszcze raz oko i zerknęłam na niego z konsternacją.
     - To co innego, profesorze. — Twarz Filcha na te słowa uległa nieznacznemu skrzywieniu. 
     - Wiem, co cię rozbudzi. — Klasnął w dłonie z wyraźnie udawaną radością i zakończył swoją wędrówkę po sali tuż przy swoim drewnianym, widocznie starym już biurku, które zaskrzypiało, gdy mężczyzna sięgnął do szuflady.
     - Co takiego? — Już z odległości paru metrów, próbując dojrzeć treść karteczki, jaką gniótł w dłoni, zastanawiałam się, czy śmiać się czy płakać. 
     Z jego ust najpierw uciekł cichy rechot. Uciszył tym resztę studentów.
     - Karne prace, mówi ci to coś, Blackwell? — Zatrzymał się przy mojej ławce, na co odpowiedziałam mu autentycznym niezrozumieniem w zielonych oczach. Podchody to ostatnie, czego chciałam w tej chwili.
     - Daje mi pan karną pracę?
     Skinął głową i w okamgnieniu uderzył ręką o powierzchnię blatu, pozostawiając na nim pomiętą nieco kartkę.
     - Co za błyskotliwa uwaga. Tak, nikt nie będzie ziewać na moich wykładach. A temat jest, cóż, bardzo na czasie! 

9 lut 2019

Od Kitty do Samuela - Walentynki [1/?]

Czternasty lutego. Dzień zakochanych tak? Obudziła mnie dzisiaj, po raz pierwszy od kilku lat w ten dzień, wiadomość od Michaela. Z niedowierzania aż kilka razy przetarłam oczy, jednak później sobie przypomniałam, że przecież rozstał się z Ginger. Wiadomość była jasna i przejrzysta: "Dzisiaj, 18:00, filmy, gry, jedzenie. U mnie.". Dosłownie wszystko czego dzisiaj oczekiwałam. Prosto zauważyć moje nastawienie do tego dnia, kiedy się zna mój charakter i wie się, jak długo nie miałam chłopaka, z którym chętnie spędzałabym to "święto". Właściwie jak dla mnie to tylko dzień, który wywyższa się na siłę, aby jak najwięcej na nim zarobić. Taka prawda, nie oszukujmy się. Jakby ludzie chcieli sobie zrobić kuźwa święto miłości, to nie wydawaliby tysięcy na słodziutkie upominki, od których mi osobiście robi się niedobrze, tylko zostaliby w domu, zrobili sobie kolację przy świecach, obejrzeli jakiś film razem, zakończyli to udanym sportem w sypialni i byłoby dobrze. Co więcej, zaoszczędziłoby im to wielu stresów. Niestety tylko ja tak myślę... a przynajmniej mam takie wrażenie.
Cały dzień krzątam się bez sensu, pakując sobie do torby na "nocowania" jakieś ubranie na jutro, ulubione gry, które Mike ma skłonność zostawiać w moim mieszkaniu. W końcu robię sobie jakieś jedzenie, ponieważ mój brzuch daje mi znać, że jeszcze chwila i dosłownie zacznie mnie kopać po żebrach, żebym coś zjadła. Niewiele myśląc stwierdzam, że płatki kukurydziane z mlekiem mu starczą, jednak pojawia się kolejny problem. Nie chce mi się stać nad tym głupim mlekiem, żeby nie wypłynęło z rondla i nie oblało mi połowy kuchni... Wzdycham ciężko i decyduję się tym razem zjeść płatki z zimnym mlekiem, czego właściwie nienawidzę, ale moje lenistwo nie daje mi wyboru. Rozsiadam się na kanapie z miseczką pełną jedzenia i włączam telewizor mając nadzieję, że może on mnie odciągnie od myślenia o tym, jak wielu ludzi spędzi dzisiejszy dzień z kimś, komu na nich zależy, a kogo ja nie mam. Leci jakiś film, który nie porywa mnie ani żartem ani historią, jednak jest całkiem dobrym odmóżdzeniem, co zauważam już po kilku minutach oglądania go. Jednak jednak wiemy i doskonale rozumiemy, telewizja musi się z czegoś utrzymać, więc nagle w środku dialogu ucinają to niskiego polotu działo kina, aby zamęczyć potencjalnego widza reklamami. Mam wrażenie, że każda z nich jest taka sama. Wielka okazja, dzisiaj Walentynki, masz jeszcze czas kupić coś swojej drugiej połówce, o warto jeszcze puścić kilka reklam prezerwatyw, pomimo że jest środek dnia, oglądają to dzieci, które później będą zadawać niewygodne pytania rodzicom, a zakończmy to lekiem na erekcję. Moja ręka automatycznie wędruje do pilota, aby wyłączyć to wszystko. Przez chwilę siedzę ze zmarszczonymi brwiami i patrzę się na już czarny ekran. Co to właściwie było? Dźwięk wiadomości w moim telefonie powoduje, że dosłownie podskakuję z kanapy i dziękuję losowi, że zdążyłam już zjeść te płatki, chociaż nie pamiętam do końca, kiedy to się stało. Biorę do ręki telefon i odczytuję wiadomość.


7 lut 2019

Walentynki


Wprowadzenie
          Walentynki to święto popularne zarówno jak i w naszym kraju, i za granicą. Jego początki przypisywane są okresom Cesarstwa Rzymskiego, gdzie mężczyźni losowali z wielkiej urny imiona kobiet, a następnie starali się o jej rękę, próbując najróżniejszych sposobów. Również w średniowieczu celebrowano czternasty lutego, lecz już odbiegano od tradycji panujących za czasów antycznego Rzymu. Nieco później szerzej rozsławione przez Waltera Scotta święto zostało oficjalnie dniem zakochanych. Tego dnia pisano miłosne utwory wierszowane, które następnie trafiał do rąk sympatii, często autor podpisywał się jako tajemniczy wielbiciel, innym razem jako nieznajomy, jeszcze rzadziej po prostu ujawniał się (co było raczej niezbyt popularnym ruchem). W XXI wieku walentynki stoją pod znakiem różowych serc, czerwonych róż i słodkiego zapachu, który unosi się ponad Avenley River. Lizaki kupić można w niemalże każdym sklepie, sprzedawcy handlują także gotowymi do wypełnienia kartkami, jeżeli ktoś preferuje właśnie takie. Niejedna osoba wyznaje swoje uczucia w ten dzień, dla innego to idealna pora na oświadczyny.
          Pierwszy w historii bloga event walentynkowy pozbawiony będzie ciekawej historii i zadań do wyboru. W miejsce tego pojawi się... zamiana par!
Zamiana... par
Krótkie wyjaśnienie
          Dość osobliwa zabawa, której celem będzie nic innego, jak świetna zabawa i mnóstwo śmiechu przy (niepożądanych) wątkach. W podsumowaniu stycznia poprosiłyśmy o zgłoszenia osoby chętne do wzięcia udziału w Walentynkowym Zamieszaniu — zgłosiło się 26 postaci, które podzielone zostały na kobiety oraz mężczyźni. Wylosowałyśmy po jednej osobie z każdej kategorii, dzięki czemu utworzyły się dość zabawne połączenia (rozpiska poniżej). Na czym tak w ogóle polega zabawa? Zasady są dziecinnie proste!
Zasady
1. Wylosowane pary wymieniają ze sobą opowiadania — nie ma różnicy, kto zaczyna i jak długie one są (choć muszą być ponad ustalony próg słów). Zależy nam na tylko jednym opowiadaniu z każdej strony (większa ich ilość nie zostanie zaakceptowana).
2. Wątek wcale nie musi być romantyczny, choć jest to pochwalane. Akcja może polegać również na przykładowo kupowaniu prezentu dla drugiej połówki jednej z postaci, tak przykładowo. Warunek jest jeden — wątek musi obracać się wokół walentynek i obejmować okres jednego dnia (14.02).
3. Wątki nie mogą być agresywne ani na swój sposób brutalne. Pomimo dowolności w opowiadaniach chcemy, by to święto upłynęło bardziej... w radosnej atmosferze.
4. Pary nie mogą zamieniać się między sobą.
5. W tym evencie nie ma punktów, rozpiska dotycząca kryterium oceniania opowiadań znajduje się dwa akapity niżej.
6. Opowiadania muszą zawierać co najmniej 450 słów.
7. Kiedy jedna ze stron nie odpisze na opowiadanie, para zostaje zdyskwalifikowana.
8. Za nienapisanie opowiadania postacie uzyskują karę, która wybiega poza event. Dotyczy ona obu osób i nie dzieli się na dwa.
9. Do opowiadań dodajemy etykietę postaci oraz "Walentynki 2019".
10. Opowiadania tytułujemy w następujący sposób: Od x do y - "Walentynki [1/z], gdzie z to liczba części. 
Wylosowane pary
Louise - Adam
Kehlani - Bellami
Charlie - Aaron
Cheryl - Felix
Odette - Michael
Catniss - Cameron
Crystal - Julien
Kitty - Samuel
Dianthe - Thomas
Harper - Tyler
Dearden - Oli
Katfrin - Theo
Althea - Noah
Kryterium oceniania i etap końcowy
          Opowiadania będą oceniane pod kątem oryginalności i kreatywności opowiadania. Punkty ujemne zdobyć można za: zbyt duże odbieganie od tematu walentynek, napisanie opowiadania poniżej czterystu pięćdziesięciu słów, specjalną brutalność (spokojnie, wyklinanie walentynek to nie brutalność, mowa o sytuacjach niezwiązanych z tym świętem). Na końcu wyłonimy trzy pary podiumowe (pierwsze, drugie oraz trzecie miejsce) oraz dwa wyróżnienia (ex aequo czwarte miejsce). Reszta uczestników również zostanie nagrodzona.
Bonus walentynkowy
          Jak wiadomo — niejedna kobieta marzy o oświadczynach czternastego lutego. Z tego względu solidnie zaganiamy wszystkich do wyznawania swojej miłości sympatiom i nagradzamy wysoką nagrodą dla obu postaci!
Event trwa od 07.02 do 21.02.
Miłej zabawy, gołąbki!
Administracja~