Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucia. Pokaż wszystkie posty

1 mar 2020

Odejście

Żegnamy Alisz i całą jej gromadkę!

30 wrz 2019

Od Lucii C.D Althea

    Po zjedzeniu dosyć sytej kolacji, zaszyłam się w swoim pokoju. Schowałam stare już zeszyty wgłąb szafki i opadłam na fotel z głębokim westchnieniem. Oczywiście odpaliłam sobie zaraz potem laptopa i pozwoliłam na chwilę odmóżdżenia. W końcu miałam wakacje i po tym cięzkim roku szkolnym zasłużyłam na chociaż jedną chwilę wytchnienia. Przeglądałam internet bez celu i momentami zerkałam na Altheę, leżącą na kanapie przed telewizorem.

1 lip 2019

Od Lucii C.D Althea

    Nie wiem czemu, ale zgodziłam się, żeby pójść z moja siostrą na tę, że tak powiem niegrzecznie, zasraną wywiadówkę. Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego chce na nią iść, skoro doskonale wie, czego może się spodziewać. Wie, że mam dobre oceny, wie, że dobrze się zachowuje, wie, że nie mam z nikim żadnych spin. Althea wie praktycznie wszystko, jednak nie mogę jej zabronić iść na wywiadówkę, chociaż...

30 cze 2019

Od Lucii C.D Althea

    Obróciłam głowę w stronę drzwi, gdy usłyszałam dobrze mi znajomy, z lekka przestarzały i trochę popsuty dzwonek. Wiedziałam, kto może stać za tymi drzwiami i nie powiem, nie myliłam się. Kiedy Althea otworzyła mu drzwi, ten po prostu minął ją w drzwiach, wchodząc powoli do środka. Ściągnął z siebie swój płaszcz i powiesił go na wieszaku.
     - Nie wiedziałam, że będziesz aż tak szybko — przyznała Althea, podążając za nim swoim czujnym wzrokiem. Wiedziałam, że ta wciąż za nim nie przepadała, ani też nie ufała mu zbytnio. A ja, jako dobra i wyrozumiała młodsza siostrzyczka, nie będę jej do tego zmuszać. Sama musi się do niego przekonać i nie ma sensu tego pośpieszyć. Po prostu trzeba jej dać trochę czasu. — Mamy kogoś z małą sprawą do ciebie.

2 cze 2019

Od Lucii C.D Althea

    Sama nie wierzyłam w to, co robię. Przekonałam siostrę, by pozwoliła nam przenocować OBCEGO mężczyznę. Prawdopodobnie prędzej czy później będę tego żałować. Koniec końców to rodzina, prawda? Może nie mam stuprocentowej pewności, że to jest prawda, ale można chociaż ten raz być dla kogoś życzliwym. Jednak jednego jestem pewna - jak przekroczy granicę, to wyleci na zbity pysk. Jak Boga kocham. Znaczy, ja jestem niewierząca, ale tak się mówi.
    Kiedy razem uzgodniłyśmy wszystko z Altheą, podeszłyśmy do Javiera, by przekazać mu naszą decyzję. Jedna noc tutaj i ani nocy więcej. Powiedział nam, że później ogarnie sobie jakiś motel czy coś, bo na razie nie bardzo mu się chce wychodzić, gdy jest ciemno na zewnątrz. W pewnym sensie go rozumiem. Nie mieszkamy w jakiejś wyrafinowanej dzielnicy, tylko tam, gdzie gromadzi się największa patola tego miasta. Z tego co wiem, to parę budynków dalej jest burdel, a w budynku obok nas hodują zioło, także super sąsiedztwo. Naprawdę polecam. Z chęcią oddam. Zwrotów nie przyjmuję.

27 lut 2019

Od Lucii C.D Elias

    Wycieczka szkolna. Dwa słowa, które potrafią zniszczyć mój dzień. Osobiście nie chciałam jechać. Zostałam do tego zmuszona. Przez ojca i siostrę - uwzięli się na mnie. A mówiłam im, że osobiście wolałabym siedzieć w domu na dupie przed telewizorem i oglądać bezsensowne seriale z psem, leżącym na moich kolanach. Jednak nie. Skoro tata ma pieniądze, to czemu miałabym nie skorzystać? W końcu taka okazja już może mi się nigdy nie nadarzyć! No tak. Chwytaj dzień, jak to mówią. Ale kiedy się tak bardzo nie chce, to też mam to robić? Wygląda na to, że tak. No cóż, jestem niepełnoletnia. Odpowiada za mnie mój prawny opiekun - Althea “Super Siostra” Santos.
    Gdy nadszedł ten wiekopomny dzień, kiedy to ja - mała, głupia dziewczynka z plecaczkiem i walizeczką - przyjechałam pod budynek szkoły samochodem ojca. Oczywiście była to pierwsza wycieczka szkolna, na którą kiedykolwiek miałam okazję jechać. Bardzo ważna chwila w moim życiu, więc musiały być tu wszystkie bliskie mi osoby. W samochodzie nie byłam tylko ja i tata. Musiała z nami też jechać Althea. Brakowało tylko tego, żeby zaczęła płakać i mówić coś w stylu “Takie małe, a tak szybko dorastają”. Śmiech na sali.
    Wychodząc z samochodu, pożegnałam się z nimi aż nazbyt oschle. W końcu nadal miałam im za złe to, że wyjazd na wycieczkę nie był moją, a ICH decyzją. Zrobili to wbrew MOJEJ woli, a to tylko potęgowało moje zdenerwowanie tego dnia. Jednak nie dawałam po sobie tego poznać. Spokojnie podeszłam pod szkołę i nie stresując się zbytnio, podreptałam do Eliasa, który już stał i czekał na ostatnią garstkę moich rówieśników.
     - I komu tu tyłek odmarza? - parsknęłam pod nosem w jego stronę, gdy już jakiś czas staliśmy pod niemalże średniowiecznym budynkiem szkoły. W jednej dłoni trzymałam termos z ciepłą, dobrą, zieloną herbatą, którą zrobiła mi Althea przed wyjściem. Z błogością zaciągałam się jej ładnym zapachem, w tym samym czasie słysząc głos Eliasa.
     - Gdybym cię nie lubił, dostałabyś już ze dwie uwagi z marszu. - Zerknąłem na mój termos z pewną nadzieją. - Daj łyka i zapomnimy o sprawie.
    Po chwili namysłu i z pewną niechęcią podałam mu mój termos. Gdy z powrotem on do mnie wrócił, mężczyzna włożył ręce do kieszeni i zapytał:
     - Jakim cudem pojechałaś na trzydniową wycieczkę? Dofinansowanie tatusia?
    Podniosłam na niego wzrok, unosząc przy tym dumnie głowę. Trafił w czuły punkt, fakt, jednak nie chciałam tego pokazać. Mimo wszystko był to cholerny psycholog, więc pewnie i tak czy siak dostrzegł coś nienaturalnego i sztucznego w moim zachowaniu. Że też on musi być jednym z opiekunów na wycieczce.
     - Może? Chyba to jest bardziej prawdopodobne, niż żeby to wszystko było za ciężko zarobione pieniądze mojej siostry. - Wykonałam ten sam ruch, co on przed chwilą - włożyłam ręce do kieszeni. Zima się kończyła, fakt, jednak nadal było cholernie zimno. Nawet moja ciepła kurtka, szal, czy wygodne i miękkie buty w niczym nie pomagały. Dosłownie zamarzałam.
     - Tobie też nadal tyłek odmarza, młoda - powiedział Elias po chwili, gdy skierował na mnie swój przenikliwy wzrok. - Byłaś się zbadać na hemoroidy? - Uśmiechnął się do mnie, jakby to, co powiedział, było niesamowicie zabawne. Prychnęłam pod nosem.
     - Pożegnaj się z termosem i ciepłą herbatą.
     - O nie! - westchnął teatralnie, jak i również w ten sam sposób złapał się za głowę, chcąc ukazać, w jak bardzo tragicznej sytuacji się znalazł. - Jak możesz mnie tak karać!
    Przewróciłam oczami, zbywając jego komentarze. W tym czasie na zbiórkę doszła reszta mojej klasy i w końcu mogliśmy wsiąść do autokaru. Ciepłego, wygrzanego autokaru, w którym jebało tak, jakby coś tu zdechło. Szkolny budżet - nic dodać nic ująć. Ten pojazd pokazuje na jak bardzo wysokim poziomie jest nasza wyśmienita i jedyna w swoim rodzaju szkoła. Cuuuudownie.
    Zajęłam jedno z miejsc na końcu. Sama, oczywiście. Odkąd pamiętam nie miałam znajomych. W podstawówce, gimnazjum, czy też teraz - w liceum. Najlepsze jest to, że do liceum chodzę z moją starą klasą właśnie z gimnazjum. Czy nie mogę mieć jeszcze bardziej przejebane? A i owszem.
    Ściągnęłam z siebie kurtkę razem z szalem i niepotrzebnym nakryciem, a następnie położyłam je na siedzenie obok. Już chciałam zakładać słuchawki na uszy, by odciąć się od całego tego burdelu umysłowego, który mnie otaczał, gdy usłyszałam dobrze znajomy głos.
     - Santos. Bierz te szmaty gdzieś indziej. Twój król przybył, musisz go należycie przywitać.
    Spojrzałam się na niego jak na jednego wielkiego idiotę. Nic nie robiłam, nie ruszyłam się ani nic. Jedynie wgapiałam w niego swoje zażenowane spojrzenie.
     - Młoda, nie bądź taka sztywna, bo za niedługo kij, który ktoś ci wepchał głęboko w dupę, wyjdzie drugą stroną i już nie będziesz taka piękna - przychnął i bez większego pardonu przesunął moje ubrania w moją stronę, a sam zajął miejsce obok mnie. - Gdzie masz tą herbatkę.
     - Nie dla psa.
     - Minus pięć puntków dla Gryffindoru.
     - Zabawny jesteś.
     - Wiem, takiego mnie pan Bóg stworzył. Kij z tym, że on nie istnieje.
     - Skąd możesz to wiedzieć?
     - Możesz mi kurwa powiedzieć, dlaczego schodzimy na temat religii? Chcesz mi tu rozpętać trzecią wojnę światową?
    Zamilkłam na chwilę, by po chwili wyjąć termos z plecaka i przytulić go do piersi, patrząc na mężczyznę spod byka.
     - Nie dostaniesz mojej herbatki.


< Elias? xD >

1 lut 2019

Od Lucii C.D Evan

   Dopóki Evan się nie obudził, ja cały czas się o niego martwiłam. Stanął w mojej obronie, chociaż nie musiał. Dał się pobić, chociaż mógł z tego wyjść bez szwanku. Jednak wybrał inną drogę. Dlaczego? Żeby oni mi nic nie zrobili. Wtedy widziałam, że się bał. Dobrze to zauważyłam. Niby stał jakby niewzruszony, jednak po jego spojrzeniu było widać, że w środku trzęsie się ze strachu. Teraz to ja to robię, w obawie przed tym, że coś jednak mu się stało… I to wszystko z mojej winy. Gdybym nie stanęła wtedy w tamtym miejscu i nie dała się nagrać, nic podobnego by się nie wydarzyło. W każdym razie jedno jest pewne - nie wrócę do tej szkoły w tym tygodniu choćby nie wiem co. Alth na pewno zrozumie. Ona zawsze rozumie. Dobrze, nie zawsze. Zazwyczaj.
    Gdy Evan powoli otworzył oczy, spłynęła po mnie fala ulgi. Gdy zaczął mówić normalnie, mogłam odetchnąć z ulgą. Nic większego mu się nie stało, jedynie został pokiereszowany i ma siniaki na ciele - tak, jak ja, tylko pewnie w innych miejscach.
     - Co wy tu robicie? - ziewnął, patrząc na nas zmęczonym wzrokiem
     - Chciała się dowiedzieć co u ciebie. - Steve wskazał na mnie ruchem głowy, by po chwili zawiesić na mnie na dłużej swój wzrok. Cały czas peszyła mnie obecność Steve’a. Prawie co chwilę jego ciekawski wzrok lądował na mnie, a ja czułam jak jego spojrzenie sunie po całym moim ciele. On pewnie też widział ten filmik, więc fala zażenowania i wstydu wypełniała moje ciało za każdym razem, gdy jego wzrok spotkał się z moją osobą.
     - Przeżyję. - Machnął ręką i jęknął cicho. Prawdopodobnie dlatego, że całkiem z tego wszystkiego nie wyszedł, a na jego ciele nadal tkwiły niewielkie ogniska bólu. - Lepiej powiedz, jak sprawa z Samem.
    Podrapałam się po karku, rumieniąc dosyć widocznie. Obecność Steve’a za bardzo mnie peszyła.
     - Został zawieszony w prawach ucznia na tydzień - westchnęłam ciężko. - Raczej większych konsekwencji z tego nie wyciągną. Nie przyznał się nawet do tego, że to on rozpowszechnił ten… f-filmik z-ze mną w roli głównej… - Spuściłam wzrok na swoje dłonie wyraźnie zdenerwowana i wzięłam głęboki oddech. Spokojnie Lucia. - A dyrektor mu wierzy.
     - Dupek. - Usłyszałam obok siebie. Te słowa wydostały się z ust Steve’a, który ponownie przytłoczył mnie swoim wręcz za bardzo troskliwym wzrokiem. - Jak on mógł zrobić coś tak okropnego, tak świetnej dziewczynie, jaką jesteś ty.
    Przez chwilę milczałam, nie wiedząc co odpowiedzieć. Jedynie patrzyłam się na niego z lekkim zdezorientowaniem na twarzy, a mój wzrok delikatnie uciekał na twarz Evana, który był wyjątkowo zainteresowany, naszą… niezręczną wymianą zdań.
     - C-cieszę się, że tak myślisz - powiedziałam niepewnie, a moje policzki w tym czasie zdążył ozdobić naturalny róż, płynący z zawstydzenia. Jeszcze nigdy nie znalazłam się w takiej sytuacji. Może dlatego, że byłam niezauważalna? Teraz to wszystko się zmieniło… Dlaczego? Dlaczego dalej nie mogę siedzieć w kącie i być zupełnie niewidzialna? Tak było… o wiele łatwiej.
    Chłopak uśmiechnął się, co ja też starałam się odwzajemnić. Jednak bardziej wyglądało to jak grymas, niż uśmiech. Jednak ten nic na to nie powiedział. Siedzieliśmy w tej niezręcznej ciszy jeszcze jakieś parę chwil, dopóki do pokoju nie weszła matka Evana, razem z jego młodszą siostrą - Alycią, która od razu, jakby zniecierpliwiona podbiegła do łóżka swojego starszego brata.
     - Co się stałoo? - przeciągnęła ostatnią literę, wdrapując się na posłanie. Ani na chwilę nie spuściła wzroku z Evana. - Jak się czujesz?
     - Jest okej - odparł, jakby niechętnie, po czym skierował swój wzrok na matkę, która również do niego podeszła. Alycia widząc, że niespecjalnie interesuje brata swoją obecnością, skupiła swoją uwagę na mnie. Od razu wyszczerzyła się do mnie w delikatnie bezzębnym uśmiechu i zeskoczyła z łóżka, od razu do mnie podchodząc i wepchała się mi na kolana.
     - Hej Lucia. - Przytuliła mnie na powitanie, co ledwo odwzajemniłam, bardzo zdziwiona jej odważnym ruchem. W końcu… to dziecko. Dziecko, które potrafi ślepo zaufać każdemu, kogo spotka… Wyjątkowo rozbrykane dziecko.
     - Hej Alycia - uśmiechnęłam się i poklepałam ją delikatnie po plecach. Ta przez chwilę powierciła się na moich kolanach, chcąc ułożyć się w dobrej pozycji i oparła bok o moją klatkę, przebierając nogami w powietrzu.
     - Zagrasz mi coooś? - spytała z uśmiechem na ustach, na co ja niestety smutno pokręciłam głowę.
     - Niestety nie wzięłam skrzypiec - powiedziałam, odgarniając kosmyk jej włosów za ucho. - Ale jak następnym razem przyjdziesz z bratem do szkoły, to na pewno coś ci jeszcze zagram.
     - Tak! - powiedziała donośnym, wesołym głosikiem i klasnęła w dłonie zadowolona. Od tamtego czasu nie chciała zejść z moich kolan. Ba! Przykleiła się do mnie jak mucha do lepca, jednak no cóż, nie narzekałam. Całkiem dobrze się z tym czułam. Miałam niezły kontakt z młodą oraz przeczuwałam też, że ta wyjątkowo bardzo mnie lubi. Opowiedziała mi, co robiła dzisiaj w przedszkolu, “zapoznała” mnie ze wszystkimi swoimi koleżankami z przedszkola, oraz opowiedziała mi o jej ulubionych zabawkach i zabawach różnego rodzaju. W międzyczasie ja też starałam się wtrącać jakieś zdania, jednak młoda była tak rozgadana, że ledwo było to możliwe.
    W końcu nadszedł czas, żeby zebrać się do domów. Evan nie był aż taki poszkodowany, więc bez problemu dali mu wypis ze szpitala. A ja? No cóż, miałam już dzwonić do taty, żeby po mnie przyjechał, jednak mama Evana mi w tym sprawnie przeszkodziła.
     - Może chciałabyś zjeść z nami kolacje? - uśmiechnęła się ciepło w moją stronę, podając plecach synowi, który skierował na mnie swój zaciekawiony wzrok. - Nie przyjmuję odmowy.
     - Bardzo chętnie, ale… - już chciałam się jakoś wymigać, gdy ona przerwała mi wpół słowa.
     - Nalegam - ponownie uśmiechnęła się w ten swój matczyny sposób. - Steve, ciebie też zapraszam. - Chłopak od razu przystał na jej propozycję, a mi zajęło to jeszcze chwilę, bym w końcu kiwnęła głową z lekkim uśmiechem i zgodziła się na kolację w gronie rodziny Evana… i Steve’a, z którym niekoniecznie widziało mi się spędzać więcej czasu, ale miałam cichą nadzieję, że jednak ten nie będzie mnie w żaden sposób zaczepiał przez resztę wieczoru. Jego zachowanie w stosunku do mojej osoby nie tyle co mnie zawstydzało, co też przerażało.
    W ciszy wsiadłam do samochodu jego mamy i jak na nieszczęście musiałam akurat siedzieć na samym środku - pomiędzy Alycią a Stevem. Jak Alycia jest jeszcze fajna i dobrze mogę się z nią dogadać, tak fakt, że Steve siedzi obok mnie, dotyka swoim udem mojego i wręcz nie spuszcza ze mnie wzroku, sprawiał, że nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Ja nawet go, kuźwa, ledwo znałam.


< Evan? Wiem, spieszyłam się bardzo XD Ale może wynagrodzę ci to pomysłem, jaki wpadł mi do głowy c: >

+10 PD

Od Lucii C.D Althea

    Cały ten czas, który spędziłam samotnie w mieszkaniu, miał minąć zupełnie tak, jak zawsze. Oczywiście jednak niepokój, który siedział we mnie już od dłuższego czasu, nie chciał mi dać spokoju. Sprawiał, że kręciłam się od ściany do ściany, co chwilę spoglądając na siedzącego w kącie Ducha, który nie spuszczał ze mnie swojego czujnego wzroku. Miałam wrażenie, że jest pewnego rodzaju stróżem, który tylko czeka na moment, aż będzie mógł wkroczyć do akcji i pomóc mi w najlepszy możliwy sposób - rzucić się na mojego oprawcę. Tak, wydarzenia sprzed kilkunastu godzin nadal mnie dręczyły. Widok ich obleśnych uśmiechów, skierowanych w moją stronę. Dotyk szorstkich dłoni na moim ciele i w końcu ciężar ich martwych ciał na moim. Oczy, w których zgasło światło. Nigdy tego nie zapomnę.
    Nie wiedzieć czemu, ciągle czułam czyjąś obecność. Na początku starałam się to ignorować, jednak z każdą chwilą przejmowałam się tym coraz bardziej. Rozglądałam się gorączkowo po pokojach i oknach, a pies tylko śledził mnie swoim czujnym wzrokiem. Ostatecznie w końcu przystanęłam przy jednym z okien i wyjrzałam przez nie, kierując swój wzrok w dół, na chodnik. To co zobaczyłam, zmroziło mi krew w żyłach. Momentalnie dopadła mnie gęsia skórka, a ciśnienie podskoczyło. Duch bez problemu to wszystko dostrzegł i szczeknął ostrzegawczo, wręcz groźnie, jak na takiego niewielkiego psa. Chwil później stał już przy mnie, podskakując co chwilę, by chociaż spróbować łapami dosięgnąć parapetu i wyjrzeć przez okno. Szybko je jednak zasłoniłam zasłonią i wskoczyłam na kanapę, od razu przykrywając się kocem. Po prostu będę udawać, że mnie tu nie ma - myślałam. Jednak chwilę później w mojej głowie zaczęły się pojawiać coraz to poważniejsze i bardziej przerażające myśli. Może on wie, że ojciec zabił tamtych trzech mężczyzn? Może chce nas ukarać? Nie wiedziałam. Z każdym momentem spędzonym pod kocem i przytulaniem psa, bałam się coraz bardziej. Nie miałam pojęcia, co mam robić. Siedzieć bezczynnie, czy może dzwonić do rodziny i błagać o pomoc? Byłam rozdarta. Szloch cisnął mi się na usta, jednak nie wydałam ani jednego dźwięku. Oczy mi się szkliły, jednak nie wypuściłam ani jednej łzy.
    Trwałam tak następne parenaście minut, dopóki przez drzwi mieszkania nie przeszła moja siostra i nie ukoiła moich nerwów jednym, prostym słowem. “Jestem”. Ta wiadomość działała na mnie jak najsilniejszy lek uspokajający. Nic nigdy nie dało mi takiego poczucia bezpieczeństwa i spokoju, jak słowa siostry. Jej obecność, kojący dotyk. Od razu wstałam i podeszłam do drzwi, by się z nią przywitać i mocno przytulić. Zamiast tego z moich ust wydostało się zupełnie inne zdanie:
      - Pomogłaś mu?
      - Tak, może udało nam się wystarczająco dobrze zatrzeć ślady - powiedziała z wyraźnym zmęczeniem wymalowanym na twarzy. W tym samym momencie bez większego zastanowienia zgarnęłam ją w swoje objęcia i mocno przytuliłam do swojego serca. Głaskałam ją delikatnie i czule po plecach, gdy w końcu wyszeptałam:
     - Alti... ktoś ciągle się kręci przy bloku i patrzy w okna…
     - Kto? - Dziewczyna momentalnie się ode mnie oderwała i zmierzyła natarczywym wzrokiem, czekając na moją jak najszybszą odpowiedź.
     - N-nie wiem… Nigdy wcześniej go nie widziałam - szepnęłam ciszej. Alt mogła dostrzec bez problemu to, jaki strach buduje we mnie obecność tej osoby na zewnątrz. - B-boję się.
    Althea w tym samym momencie była przy oknie i momentalnie przez niego wyjrzała. Zmarszczyła tylko brwi na chwilę, a zaraz potem odpowiedziała:
     - Przecież nikogo tam nie ma... - Odwróciła się do mnie przodem i delikatnie uśmiechnęła. - Musiało ci się przewidzieć coś, skarbie. Po tym co... przeszłaś, - delikatnie chciała obejść temat, - mogło ci się przewidzieć. Wszystko jest w porządku. - Podeszła do mnie i objęła mnie ciepłymi dłońmi, przytulając do swojej piersi. - Co powiesz na jakiś film i dobry obiad?
    Kiwnęłam głową i delikatnie się uśmiechnęłam. Dobry film i pyszny obiad to coś, co bardzo skutecznie potrafiło każdego człowieka odwieźć od nawet tych najgorszych problemów. Ja byłam za, jeśli to mogło chociaż w jakimś mniejszym stopniu zmniejszyć cały ten stres, kumulujący się wewnątrz mnie.
    Przygotowanie obiadu nie zajęło nam jakoś dużo czasu. Robiłyśmy go razem i nawet wyszło nam z tego wszystkiego całkiem dobre spaghetti. Zadowolone z siebie nałożyłyśmy sobie równe porcje na talerze, a resztę, która została, przykryłyśmy przykrywką - będzie na jutro.
    Dokładnie w momencie, gdy siadałyśmy do obiadu, ktoś zadzwonił do drzwi. Domyślałam się, że to ojciec. Może chciał wpaść i sprawdzić, czy wszystko z nami okej? Pewnie tak. Mimo takiego długiego czasu rozłąki, nadal się o nas martwił. I to było widać dosyć wyraźnie.
    Z delikatnym uśmiechem na ustach, mówiącym, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, podeszłam do drzwi i delikatnie je otworzyłam. Nawet nie zdążyłam wystarczająco ich uchylić, gdy do mieszkania wręcz na siłę wepchał się mężczyzna. Ten sam, który kręcił się przez dobre parę godzin pod naszą kamienicą. Przełknęłam dosyć głośno ślinę, gdy ten zadał pytanie.
     - Jest siostra?
    Kiwnęłam przerażona głową. Nie potrafiłam w tym momencie nawet ruszyć palcem, ani co dopiero się odezwać. Jednak ostatecznie udało mi się zawołać siostrę i ruchem ust powiadomić ją, że “to on”. Od razu wiedziała, o co mi chodzi i zdenerwowana do niego podeszła.
     - Kim jesteś? - warknęła ostrzegawczo.
     - Waszym bratem.
    Że co proszę?


< Allllltyja? c: >

11 gru 2018

Od Lucii C.D Elias

    Stałam w bramie i omiatałam spojrzeniem kolejno przejeżdżające samochody. Wpatrywałam się zahipnotyzowana w to, jak te jeden po drugim mkną za sobą w kolorowym korowodzie. Zapomniałam nawet o tym, że mam wyciągnięty telefon i że chciałam zadzwonić do taty, by ten po mnie przyjechał i odwiózł do domu. Ewentualnie standardowo wstąpilibyśmy do jakiejś knajpy niedaleko na obiad. Westchnęłam ciężko, gdy z transu wyrwał mi bardzo dobrze znany, męski głos.
     - Santos! - odwróciłam lekko głowę w stronę, z której dobiegał dźwięk. - Skończyłem swoją zmianę. Podwieźć cię? - spytał, a ja kolejno czułam jak zdziwione, wręcz oburzone spojrzenia lądowały na mojej osobie. Jedno po drugim. Tak. Jak ja mogę znać taką osobę, jaką jest Elias Jefferson?! Jak?! Przecież on jest taki okropny! No cóż, przywykłam do okropnych osób. I mówię tu głównie o osobach w moim wieku, czasami też o rok starszych.
    Mężczyzna stanął obok mnie i pomachał mi dłonią przed twarzą, bo nie robiłam nic innego, tylko stałam i wbijałam w niego mój natarczywy wzrok. Jefferson nie był z tego raczej zadowolony.
     - Młoda, zejdź ze mnie, twoje spojrzenie truje moją dupę - parsknął i wyciągnął kluczyki do samochodu, którymi pomachał zachęcająco. - Jedziesz?
     - Tak, przynajmniej mój tata zaoszczędzi na paliwie - powiedziałam z westchnieniem i spojrzałam na niego, uśmiechając się dumnie.
     - Zajebisty tok myślenia, tylko pozazdrościć. Kurwa same korzyści, ja też tak chce. Ta szkoła mnie rucha jak chce - oburzył się i z lekkim, trochę też fałszywym zdenerwowaniem zaczął prowadzić mnie w stronę parkingu.
     - Jak babcię w bambus.
     - Dokładnie, a żebyś wiedziała - powiedział, otwierając drzwi do samochodu i wpuścił mnie do środka. Od razu zajęłam miejsce, położyłam swoją torbę na kolanach i zapięłam się pasem. Gdy ten wchodząc do samochodu i rzucił swoją torbę na tylne siedzenia, lecz nie zapiął pasów, od razu zapytałam się, zdziwiona.
     - Nie zapinasz się? - Zmarszczyłam brwi, uważnie obserwując jego ruchy dłoni na kierownicy. Ten natomiast parsknął i ruszył z miejsca z piskiem opon.
     - Prawdziwi mężczyźni nie zapinają pasów. Zapamiętaj - uśmiechnął się, by chwilę później zatrzymać się w dosyć potężnym korku. Wystarczył jeden rzut okiem, by stwierdzić, że będziemy tu siedzieć co najmniej godzinę. - Kurwa mać.
    Można było się tego spodziewać. Między godziną czternastą a piętnastą najwięcej ludzi wraca z pracy do domów. Takie stanie w miejscu i czekanie na chociaż najmniejszy ruch wśród aut skupionych na drodze, jest strasznie drażniący. Szczególnie po męczącym i długim dniu w pracy. Przez dłuższy czas obserwowałam twarz mężczyzny. Z każdą minutą pojawiały się na niej kolejne zmarszczki, obwieszczające to, jak dużo frustracji przynosi mu stanie w tym chorendalnie długim korku. Czas mijał powoli, dłużył się niemiłosiernie. Miałam wrażenie, że siedzimy tu już co najmniej trzy godziny, a minęło tylko trzydzieści minut. Jefferson mruczył coś pod nosem, klnąc zapamiętale i narzekając na tutejsze drogi i skrzyżowania. Minęła godzina szesnasta, gdy udało nam się wyjechać z tego cholernego korka, by dosłownie chwilę później trafić na kolejny.
     - No kurwa mać no! Więcej was ta jebana matka nie miała? Nienawidzę was skurwysyny za te dziurawe drogi - warknął Elias, już wyraźnie poddenerwowany przez to wszystko.
     - Może podjedziemy do jakiejś knajpy coś zjeść? Mam pieniądze, sama za siebie zapłacę, a ty nie będziesz się denerwował przy tej kierownicy - westchnęłam i wyciągnęłam z kieszeni kurtki ostatnie 30 avarów jakie mi zostało. Co prawda miałam się dołożyć siostrze do butów, które chciała, oczywiście zrobiłabym to bez jej wiedzy. Jednak patrzenie na Eliasa jak się denerwuje i podnosi głos, wpatrując się z wkurwieniem w samochód przed nim, sprawia, że jego humor zaczyna mi się udzielać.
     - Ty wiesz co, młoda… - zamyślił się mężczyzna i po chwili szybko skręcił w ulicę obok. - Ty to jednak czasami masz łeb. Ale tylko czasami. Mi nigdy nie dorównasz - parsknął, co ja skomentowałam bezgłośnym przewróceniem oczu. Chwilę później już mogliśmy nacieszyć się widokiem jednej z popularniejszych knajp w okolicy. Od razu weszliśmy do środka, a ja rozejrzałam się po jego wnętrzu. Wszystko utrzymane było w ciepłych, miłych dla oczu barwach, z niewielką domieszką drewna i cegieł na ścianach. W rogu pomieszczenia stał kominek, w którym żarzyły się dosyć spore szczapy drewna. Właśnie do tamtego miejsca się udaliśmy i zajęliśmy miejsce przy najbliższym wolnym stoliku. Od razu do ręki wzięłam menu, z którego od razu rzuciła mi się w oczy jedna pozycja - frytki. Boże, jaką ja wtedy miałam ochotę na frytki. Bez zbędnego myślenia zamówiłam to i colę, jednakże Jefferson długo myślał nad tym co wybrać, lecz ostatecznie zdecydował się na danie, którego nazwy w dalszym ciągu nie potrafię wymówić.
    Pobyt tam minął nam w milczeniu, jednak ku naszej uciesze, gdy wyszliśmy z budynku, ujrzeliśmy wręcz lśniące pustką drogi. Widać było jak wielki uśmiech pojawia się na twarzy mężczyzny. Wesołym krokiem podszedł do drzwi od samochodu i od razu do niego wszedł. Oczywiście poszłam w jego ślady, by chwilę później być już w drodzę do domu.
     - W końcu kuźwa wywalę cię z samochodu i będę miał święty spokój - zaśmiał się, a ja westchnęłam ciężko. Już miałam coś odpowiedzieć, gdy przed nami pojawiła się policja, która zatrzymała samochód Jeffersona.


< Eliasku? > 

9 gru 2018

Od Lucii C.D Evan

    Gdy koleżanka pokazała mi ten filmik rano, zamarłam. Fakt, że ktoś podglądał mnie w szatni, gdy się przebierałam, przyprawiał mnie o niemalże obezwładniające dreszcze. Nie potrafiłam przyzwyczaić się do myśli, że ktoś spoza dziewczyn z mojej klasy widział mnie półnago, a teraz widzi mnie cała szkoła. Przechodząc przez korytarz, czułam na sobie spojrzenia ludzi, których mijałam. Niektórych nawet nie kojarzyłam. Wszyscy coś do siebie szeptali, a ja starałam się jak najbardziej skulić, by nikt nie mógł mnie zobaczyć. Chciałam zniknąć, zapaść się pod ziemię. Nie wiedziałam, że będąc cicho przez większość swojego życia, wieść o mnie rozniesie się po całej szkole w ciągu niecałych kilkudziesięciu minut. Chyba wszyscy już widzieli ten filmik. Niektóre dziewczyny patrzyły na mnie ze współczuciem, a niektórzy chłopcy śmiali się, podnosząc co chwila na mnie wzrok znad telefonów. Czekałam tylko na moment, jak wyjdę z budynku i zadzwonię do ojca, który będzie mógł mnie zabrać do domu. Już nie zważałam na to, że miałam jeszcze parę lekcji. Chciałam uciec. To było teraz dla mnie najważniejsze.
     - Hej, jak tam? - Usłyszałam głos chłopaka, który już chwilę później stanął przede mną, zagradzając mi drogę do wyjścia. Był to Evan, uśmiechał się do mnie. Proszę, zejdź mi z drogi. Nie chcę tu już być.
     - Hej, nie chcę teraz rozmawiać - odpowiedziałam niemal od razu, spuszczając wzrok na podłogę. O dziwo wydawała się wtedy bardzo interesująca.
     - Co się stało? - spytał wyraźnie zdziwiony, nie ruszając się z miejsca.
     - Nieważne - burknęłam, odpychając go lekko w bok, by mieć jak przejść. Wyjście było tak niedaleko. Miałam wrażenie, że jak przekroczę ich próg, to wszystkie problemy znikną, a drzwi tego rozdziału ostatecznie się za mną zamkną. Jaka byłam głupia, myśląc w ten sposób. Już po wyjściu z budynku, ktoś mocno mnie szarpnął za rękę. Nim się obejrzałam, stałam przyparta do ściany. Nie znałam mojego oprawcy, z resztą tak jak większości osób w tej szkole. Zwykłam siedzieć cicho i znałam jedynie osoby z mojej klasy, nikogo poza nią. Jedynie z widzenia. Tak samo było z nim. Widziałam go parę razy, ale nigdy nie poznałam jego imienia, ani też nie zamieniłam z nim słowa. Napewno nie był w moim wieku, wyglądał na odrobinę starszego, więc strzelam, że jest ode mnie o rok starszy.
    Chłopak uśmiechnął się obleśnie i położył dłonie po dwóch stronach mojej twarzy. Czułam jego oddech na jego twarzy, a moje oczy wyrażały tylko przerażenie, które zawładnęło nad całym moim ciałem. Nie mogłam się ruszyć, jedynie drżałam i stałam, tak jakby czekając na dalszy rozwój wydarzeń.
     - Widziałaś już ten filmik, który nagrałem? - powiedział z uśmiechem na ustach, który wręcz z każdą chwilą się powiększał. - Na początku chciałem nagrać Alice, tyle że ty się nawinęłaś. - Alice… to dziewczyna z mojej klasy. - Ale jak widać, pod tymi bluzami kryje się całkiem seksowne ciałko. - Jedną dłonią powędrował do rąbka mojej bluzy i złapał za nią, powoli podnosząc ją do góry i odsłaniając kawałek po kawałku mojej bladej skóry. Wtedy tak jakby się obudziłam. Złapałam za jego nadgarstek i z trudem odciągnęłam od swojego ubrania, zgrabnie wymykając się spod jego ciała. Już miałam zacząć biec w stronę bramy wyjściowej, gdy drogę zagrodziło mi kolejnych trzech chłopaków. Znowu znałam tylko ich twarze i kojarzyłam ich właśnie z tego, że trzymają się z tamtym gościem.
     - A tobie gdzie tak śpieszno? - uśmiechnął się jeden z nich do mnie, w taki sam sposób, jak tamten wcześniej. Wywoływali u mnie strach, przez który ledwo co mogłam mówić. Nie wiedziałam, że do tego może doprowadzić ten jeden, głupi filmik.
     - D-do domu - zająknęłam się, nie spuszczając z nich mojego przerażonego wzroku. Spróbowałam ich wyminąć, jednak jeden z nich ponownie mnie złapał i przyciągnął do siebie, krępując moje ruchy.
     - Ty chyba jeszcze nie skończyłaś lekcji, jeśli się nie mylę?
     - A ty n-nie powinieneś trzymać na mnie swoich brudnych łapsk! - warknęłam na niego, chcąc się wyrwać. Przerażenie tak jakby bezpowrotnie zniknęło, zostając zastąpione przez wszechogarniającą mnie złość. Szamotałam się, kopałam, w pewnym momencie desperacko chciałam jednego ugryźć w rękę, jednak ten szybko ją zabrał.
     - Zadziorna, lubię takie - zaśmiał się drugi, który chwilę później podszedł pomóc jednemu mnie przytrzymać. Aż trudno uwierzyć, że coś takiego dzieje się przed wejściem do szkoły.
     - Zostawcie ją - usłyszałam cichy, aczkolwiek wyraźny i stanowczy głos, dochodzący za mną. Od razu go rozpoznałam. Nadal się rwąc na wszystkie strony i powoli tracąc siły, odwróciłam głowę w tamtą stronę. Stał przed wejściem, patrząc na jednego z nich. Evan.


< Evan? Krótkie bo krótkie, ale mam nadzieje, że się podoba xD >

8 gru 2018

Od Lucii C.D Althea

    Nadal miałam to wszystko przed oczami. Ich rozpalone spojrzenia wlepione w moją osobę. Nerwowe ruchu ich dłoni, drżenie ciał i w końcu huk, który zabrał z ich oczu jakikolwiek wyraz. Odtwarzałam tę scenę w głowie cały czas, na okrągło. Z każdą chwilą te wydarzenia coraz bardziej mnie przytłaczały. Odbijały piętno na mojej psychice, którego prawdopodobnie ciężko będzie mi sie pozbyć. Cały czas nad moim ciałem panował strach, przerażenie i obezwładniająca rozpacz. Nie potrafiłam się ruszyć z miejsca, odkąd wdarłam się pod kołdrę. Szloch targał moim ciałem, a ja nie potrafiłam się pozbierać. To było zbyt ciężkie.
    W pewnym momencie usłyszałam, że ktoś wchodzi do mieszkania. Zza drzwi było słychać ściszone, bardzo znajome mi głosy. Althea rozmawiała z… ojcem. Ojcem… Powoli nie wiedziałam, jak mam go nazywać. Ojcem mordercą? Zabił tych trzech mężczyzn bez większego zawahania. Zrozumiałam, że tak naprawdę nie wiem, kim on jest. Pojawił się nagle parę miesięcy temu i oznajmił, że jest naszym ojcem. Prawdę mówiąc, znam go właśnie tylko te parę miesięcy, a wiem o nim tyle, co nic. Dlaczego ma tyle pieniędzy? Skąd ma broń? Dlaczego ma broń? Kim byli ci mężczyźni? Wszystko mi się powoli mieszało. Jego zabójstwo przysłoniło mi fakt, że tym mnie uratował od gwałtu. Zrobił to dla mnie. Nie dla własnego kaprysu.
    Wstrzymałam swój płacz. Chciałam przysłuchać się ich rozmowie. W końcu zmusiłam się do wstania z łóżka i podeszłam powoli do drzwi, do których chwilę później przyłożyłam ucho. Wszystko dobrze słyszałam, jedynie ich głosy były z lekka przyciszone i stłumione. Niemal nie ominął mnie żaden fragment rozmowy. Chwilę później jednak przypadkowo nacisnęłam na klamkę i otworzyłam drzwi. Byłam wręcz pewna tego, że ci to zauważyli i z delikatnym wahaniem wychyliłam się z pokoju. Spojrzenie Althei i ojca było wlepione w moją stronę. Pospiesznie otarłam łzy i pociągnęłam nosem, chcąc usunąć ze swojej twarzy jakiekolwiek oznaki mojego niedawnego płaczu.
     - C-co robicie? - To pytanie wyrwało się z moich ust nagle. Nie kontrolowałam tego i zdałam sobie sprawę, że należało ono do jednych z głupszych, które mogłam zadać.
     - Nic szczególnego, tylko rozmawialiśmy - odpowiedziała łagodnie na moje pytanie Althea. Widziałam w jej oczach troskę i przejęcie. Przecież nic mi nie jest. - Jak się czujesz, Lu? - Podeszła do mnie odrobinę i złapała za dłoń, przyciągając mnie do swojego ciała. Momentalnie ogarnęło mnie ciepło. Bardzo znajome ciepło. To ciepło, które było przy mnie całe życie. Którym obdarzała mnie właśnie moja siostra. Zawsze dbała o moje bezpieczeństwo i o to, żebym też czuła się bezpiecznie. Wiedziałam, że właśnie to chce mi teraz przekazać. Tym uściskiem, który wyrażał więcej niż dziesięć słów [mam ochotę na rafaello].
    - D-dobrze - zająknęłam się. Właśnie powiedziałam jeden z większych kłamstw, jakie zdołały się opuścić wnętrze moich ust. Wpatrzona z przerażeniem w ojca wiedziałam, że już nie dam rady patrzeć na niego tak, jak kiedyś. To było trudne. Za trudne. Za każdym razem, gdy mój wzrok natrafiał na jego posturę, w mojej głowie zaczął rodzić się strach, a wspomnienia zataczały koło, drążąc w moim umyśle jeszcze większą dziurę rozpaczy. Althea chyba to zauważyła i podniosła na niego swój ostry wzrok.
     - Won stąd - powiedziała ostro, nie siląc się na jakiekolwiek zwroty grzecznościowe. - Liczę do pięciu - dodała, gdy zobaczyła, że ten nie rusza się z miejsca, tylko wpatruje w nas ze współczuciem. - Raz - zaczęła, jednak ten nic sobie z tego nie robił. - Dwa - to samo. - Trzy… - przestała, gdy zobaczyła jak ten odwraca się na pięcie i chwilę później zatrzaskuje za sobą drzwi. Ja nawet nie odważyłam się protestować, czego z każdą kolejną chwilą żałowałam. Był moim ojcem. Uratował mnie. Jednak wzbudzał we mnie większy strach, niż tamci mężczyźni, którzy próbowali… Próbowali… Nie chcę już o tym myśleć, mówić. Czemu moje wspomnienia nie mogą zostać wymazane, a ja nie mogę normalnie i spokojnie żyć. Tak, jak wcześniej.
     - N-nie musiałaś go wyrzucać - powiedziałam przyciszonym głosem, na co ona pokręciła gwałtownie głową.
     - Musiałam. Od razu jesteś spokojniejsza, gdy go nie ma, zauważyłaś? - Spuściłam swój wzrok na stopy. Miała rację, jednak nie chciałam jej tego przyznawać. Nie chciałam, by dowiedziała się, że boję się ojca. - Nie musisz mi o niczym mówić, słońce - powiedziała ciszej. Wręcz wyszeptała, głaszcząc mnie czule po ramionach i przytulając do jej piersi. Słyszałam bicie jej serca. Ten dźwięk… mnie uspokajał.
     - A-a co jeśli n-nie wróci? - spytałam łamiącym się głosem. Dopiero teraz dotarło do mnie, co może się stać ojcu, gdy władze dowiedzą się, że to on winien jest zabójstwa trzech mężczyzn. Niedawno wrócił, po wielu latach naprzemiennej nadziei i zawodu. A teraz to wszystko może do nas wrócić, niczym bumerang. Znowu możemy go stracić i być skazanym na łaskę losu. Jak bardzo nie chciałam wracać do tamtego życia. Kiedy Althea wracała nad ranem do domu, po długich nocach spędzonych ze swoimi klientami. Był taki okres, że przez jakiś czas robiła to codziennie. Widziałam, jak po każdym powrocie coraz bardziej zaczyna się siebie brzydzić. W pewnym momencie nawet przestała się do mnie przytulać, co było dla mnie strasznie trudne, przez przyzwyczajenie do jej czułych gestów. Nie chcę do tego wracać, tak bardzo nie chcę…
     - To będę się cieszyła - powiedziała jak gdyby nigdy nic. Nadal za nim nie przepadała i nawet byłoby jej na rękę to, że on przepadnie. Po raz kolejny zostałybyśmy same, bez żadnego wsparcia od kogokolwiek innego.
     - A ja nie. N-nie mów tak - odpowiedziałam jej ciszej, mocniej się w nią wtulając. Włosy, z lekka już wilgotne od ciągłego płaczu, osunęły mi się na twarz, przez co dziewczyna nie mogła zobaczyć moich szklących się od łez oczu.


< Al? Chujowe, ale nie miałam pomysłu >

2 gru 2018

Od Lucii C.D Evan

    Ze skrzypcami pod pachą powoli weszłam do mieszkania. Moje plany zakradnięcia się do pokoju i schowania ich pod łóżko legły w gruzach, gdy dość duża warstwa tynku oderwałą się od ściany i uderzyła z niewielkim łoskotem o podłogę.
    No i masz babo placek.
     - Lucia? - usłyszałam głos mojej siostry z salonu. Otworzyłam szeroko oczy przestraszona. Muszę jak najszybciej schować instrument… Tylko gdzie? Zdezorientowana włożyłam go do szafy z płaszczami i zamknęłam drzwi na tyle cicho, żeby tego nie usłyszała.
     - Tak? - spytałam, wchodząc w głąb mieszkania.
    Dziewczyna spojrzała na mnie zza kanapy zmęczonym wzrokiem. Leżała na niej okryta szczelnie kocem. Nie wyglądała za dobrze. Oczy jej się szkliły, mówiła jakoś… inaczej. Podeszłam do niej i położyłam dłoń na jej czole. Było rozpalone.
     - Jesteś rozpalona - stwierdziłam ze zmarszczonymi brwiami, zabierając rękę. - Wzięłaś leki?
    Kobieta kaszlnęła.
     - Nie mamy leków - powiedziała ciszej. - Zaparzyłam sobie herbatę i próbuję się wygrzać.
     - Mam jakieś pieniądze, pójdę po nie jak coś zjem - zaoferowałam, wiedząc, iż ta będzie chciała mnie odciągnąć od tego pomysłu. Jednak ze mną tak łatwo nie ma. To tylko moje kieszonkowe, którego nigdy nie mam okazji wykorzystać i zazwyczaj dokładam się jej do czynszu albo wydaje to na jedzenie. Ubrania kupuję dopiero wtedy, kiedy coś mi się zedrze i nie będzie za dobrze wyglądało. Czyli w ostateczności.
    Otwierając lodówkę, zauważyłam, że ta świeci pustkami. Jedyne co w niej zostało to niewielki kawałek masła, napoczęte mleko i spleśniały ser, który od razu chciałam wyrzucić do śmietnika. Westchnęłam ciężko i złapałam kawałek jedzenia w dłoń, po czym zamknęłam lodówkę.
     - Wstąpię jeszcze do sklepu, w lodówce jest pusto - odezwałam się, na co Althea powoli podniosła się do siadu.
     - Dam ci pieniądze.
     - Przestań mam swoje - powiedziałam z lekkim uśmiechem.
     - I one są twoje, to ja dbam o nasze utrzymanie, pełną lodówkę i leki - odparła chrapliwym głosem.
     - Czasami za dużo mówisz - uciszyłam ją, by po chwili dodać. - Pozwól, że tym razem ja się tobą zajmę.
    Nic już nie odpowiedziała, ja natomiast weszłam do swojego pokoju po pieniądze. Stamtąd jeszcze wymieniłam parę zdań z nie popierającą mojego zachowania siostrą i wyszłam z domu, biorąc przy okazji psa na spacer. Trochę późno wróciłam do domu, więc moje wyjście na niewielkie zakupy miało miejsce paręnaście minut przed dwudziestą. Najpierw obrałam sobie drogę do apteki, gdzie kupiłam siostrze leki na przeziębienie i tabletki na ból gardła - tak na wszelki wypadek. Nie mówiła mi, że ma inne dolegliwości oprócz gorączki. Później weszłam do spożywczaka, gdzie kupiłam ciemny chleb - Al by mnie zatłukła, gdybym wzięła jasny, masło, ser, szynkę. Same podstawowe artykuły, bo właśnie tego brakowało w naszej lodówce. Te zakupy wchłonęły cały mój budżet, jednak nie miałam z tego powodu wyrzutów sumienia. Wręcz przeciwnie. Cieszyłam się, że modę odciążyć moją siostrę w jakimś stopniu.
    Wyszłam ze sklepu obładowana siatkami, a raczej jedną, dosyć pękatą. W drugiej ręce zaś trzymała smycz przypiętą do obroży Ducha, który ciągle pruł do przodu, nie zważając na to, że ledwo co za nim nadążam.
    Zdecydowałam się przejść przez park, gdzie włochatej kupie energii zaczynało całkiem odbijać. Plątał mi się pod nogami, by w następnym momencie wypruć do przodu, niemal zwalając mnie z nóg. Wiedziałam, że coś takiego nie może się skończyć dobrze. I właśnie parę sekund później, jak o tym pomyślałam, to ktoś przewrócił się o smycz i zaliczył dosyć porządną glebę. Duch momentalnie zwrócił na poszkodowanego uwagę i podbiegł w tamto miejsce, uważnie zaczynając go obwąchiwać. Ja z lekka poddenerwowana tym, że coś mogło mu się stać, przykucnęłam przy nim.
     - O matko, nic ci nie jest? - spytałam zdenerwowana, pochylając się nad nim delikatnie i odciągnęłam od niego psa.
     - Chyba nie - chłopak podniósł się powoli z ziemi. Byłam wtedy w stanie dostrzec jego twarz. To był Evan - osoba, którą dzisiaj poznałam w szkole. Właśnie go potrąciłam smyczą… A raczej ja i mój pies. - Hejka - uśmiechnął się z lekka przygłupawo, przez co na moją twarz też wkradł się lekki przebłysk uśmiechu.
     - Cześć. - Podałam mu rękę by pomóc mu wstać, którą po chwili wahania przyjął i podniósł się z asfaltu. - Nie spodziewałam się ciebie tu o tej porze. - Schowałam kosmyk włosów opadających mi na twarz za uchem i zwinęłam smycz, przyciągając Ducha do swojej nogi.
     - Ja ciebie też nie - mruknął pod nosem i spojrzał na mojego kudłacza. - Nie wiedziałem, że masz psa.
     - A ja nie wiedziałam, że jeździsz na rolkach - parsknęłam cicho.
     - Zderzajmy się częściej, będziemy mogli się więcej o sobie dowiedzieć - mrugnął do mnie.
    W tym samym momencie ponownie popuściłam Duchowi smycz, by miał więcej swobody. Nie było to jednak dobrym pomysłem. Dlaczego? Nie byłam z nim na spacerze kilka dni = jest bardziej energiczny = znowu może odwalić jakąś akcję. Jednak w tym momencie tak jakby o tym zapomniałam i w mgnieniu oka Duch obiegł nas parę razy oplatając nasze nogi. Zwróciłam mu uwagę, nawet krzyknęłam, próbując wyplątać się z więzów, jednak gdy to robiłam, pies ujrzał jakąś wiewiórkę wśród traw i momentalnie pobiegł w tamtą stronę. Oboje straciliśmy równowagę. Najpierw upadł on, a później ja. Wprost na niego, przygważdżając go do zimnego podłoża. Zareagowałam na to cichym piskiem. Chciałam jak najszybciej z niego zejść, jednak przez zaplątane nogi było to strasznie problematyczne. Mówiłam ciche przepraszam prawie co chwilę, zakłopotana bliskością, jaką byłam w stanie doświadczyć. Najpewniej spaliłam buraka, jednak tego raczej nie mógł dojrzeć. Było wystarczająco ciemno. On natomiast był rozbawiony tą sytuacją. A raczej na takiego wyglądał. W każdym razie udało nam się wstać i odplątać smycz z naszych nóg. Ponownie przyciągnęłam Ducha do siebie, tym razem nie zamierzając go puszczać.
     - Może cię odprowadzę - zaoferował, wkładając dłonie do kieszeni.
     - Nie musisz, mieszkam niedaleko - uśmiechnęłam się delikatnie.
     - Skoro niedaleko to możemy się przejść i jeszcze trochę pogadać?
     - Nie, serio. Nie chcę - powiedziałam ostrzej, przez co wywołałam tym zdziwienie na twarzy chłopaka. - Cześć - dodałam po chwili, już całkiem zestresowana i odwróciłam się na pięcie, szybko zmierzając do jednej z alejek. Niemal biegłam. Nie mógł się dowiedzieć gdzie mieszkam. Nikt nie może tego wiedzieć. Już byłam wystarczająco upokarzana przez co, jak się ubieram. Co by było wtedy, gdyby dowiedzieli się, że mieszkam w starej, walącej się kamienicy, w której prawie w ogóle nie ma światła. Wystarczy im wiedzy na mój temat.


< Evan? Końcówka słaba, bo słaba, ale mam w zanadrzu parę pomysłów, jak możesz poprowadzić akcję c: >

+10PD

16 lis 2018

Od Lucii C.D Elias

    Gdy do moich uszu dobiegł dźwięk dzwonka na lekcje, podniosłam się ociężale z krzesła i wzięłam torbę z podłogi. Przez chwilę patrzyłam zmęczonym spojrzeniem na Eliasa, co ten odwzajemnił, dosłownie kpiąc z mojego wyrazu twarzy. Burknęłam, ukazując mu, że nie nie za bardzo jestem zadowolona z jego zachowania, na co ten parsknął cichym śmiechem.
     - Idź już na te lekcje. Rozpraszasz mnie. - Wstał ze swojego fotela i podszedł do barku, na którym stała butelka z alkoholem. Pewnie jego ulubionym.
     - Psycholog nie powinien pić w pracy - uczepiłam się, uśmiechając niewinnie.
     - Kto tak powiedział? - spojrzał na mnie kątem oka, nalewając sobie trochę pomarańczowej cieczy do szklanki.
     - Regulamin.
     - Ja jestem zbyt zajebisty na regulamin.
    Uniosłam jedną brew, na co jego uśmiech rozrósł się na całą twarz, by chwilę później podnieść szklankę z napojem do góry w geście pozdrowienia i na moich oczach wypić całą jej zawartość.
     - A teraz uciekaj - powiedział, gestem dłoni wyganiając mnie z pomieszczenia. - Widzisz? Dbam o twoją edukację bardziej, niż twoja kochana siostrzyczka. Wujek Elias zawsze na propsie.
     - Żegnaj, wujku Eliasie - powiedziałam na odchodne i wyszłam z jego gabinetu, delikatnie zamykając za sobą drzwi.
    Szybko pomknęłam do klasy na biologię lekko spóźniona. Mruknęłam ciche “przepraszam za spóźnienie” i usiadłam w ostatniej ławce przy oknie - miejsce stale przez mnie zajmowane. Momentalnie w miarę dyskretnie odwrócił się do mnie mój kolega - Matthew. Jego twarz zdobił niewielki uśmiech, a na mojej ławce wylądowała kartka z niewielkim rysunkiem dinozaura, przedstawiającego naszą panią od języków obcych. Parsknęłam cichym chichotem na komizm, z jakim ona została ukazana.
     - To Kelly?
     - Tak - zaśmiał się, przez co nauczycielka uderzyła w biurko, by go uciszyć. Chwilę później dodał szeptem. - Widziałem, jak wchodzisz z Jeffersonem do gabinetu psychologa. Słyszałem, że wrócił do łask… Miałaś jakąś terapię z nim czy to romans? - parsknął, nie przestając się uśmiechać w moją stronę. Ja w tym czasie pospiesznie się rozpakowałam i otworzyłam zeszyt, chwilę później podniosłam na niego wzrok.
     - Jaki romans? Jest przyjacielem mojego taty. Dlatego mam z nim dobry kontakt. - Wzruszyłam ramionami i zapisałam temat.
     - O Boże - złapał się teatralnie za serce i zrobił wielkie oczy. - Współczuję.
     - Nie ma czego - zaśmiałam się cicho, ściągając na siebie uwagę nauczycielki, przez co przez kolejne minuty lekcji rozmawialiśmy ze sobą bardzo cichym szeptem, jednak mimo to skupiałam się również na lekcji i zapisywałam wszystko, co pani dyktowała. Lekcja minęła mi szybko i nim się obejrzałam, już stałam na korytarzu  ze starą torbą przerzuconą przez ramię. Chciałam przejść do następnej klasy, ale drogę zagrodził mi chłopak o rok ode mnie starszy. Jednym słowem - totalna oferma… No dobra, to były dwa słowa, ale mniejsza. Kątem oka mogłam też zauważyć, że jest obserwowany przez całą śmietankę towarzyską z jego klasy. Pewnie oni wymyślili to, co ten miał teraz odwalić.
    Chłopak zdenerwowany poprawił nerwowo okulary i zaczął mówić:
     - Co, mała, masz ochotę na małe co nie co? - spytał, a raczej stwierdził, jąkając się co drugie słowo. Parsknęłam nieszczerym śmiechem, nie odpowiadając nic i z lekkim zażenowaniem starałąm się go ominąć. Już myślałam, że uda mi się to zrobić, gdy nagle poczułam dosyć mocny ból w okolicach jednego z moich pośladków. Wiedziona instynktem i z każdą chwilą rosnącym rozdrażnieniem, obróciłam się i mocno zamachnęłam, uderzając okularnika pięścią w twarz… A może raczej w noc. To mało istotne.
    To wszystko zauważyła nauczycielka, stojąca na dyżurze. Nie zobaczyła jednak tego co się stało przed ciosem, więc chłopak pozostał bez winy, a ja jak zwykle zostałam obrana za cel. Tak, ja. Zdenerwowana i roztrzęsiona przez stres i złość zostałam skierowana do dyrektora. Najlepsze jest to, że później się okazało, iż dyrektora nie było w szkole, więc koniec końców zostałam wepchana do gabinetu psychologa. Naszego ukochanego Eliasa Jeffersona.
    Jefferson spojrzał na nas zdziwiony, jak gdyby nigdy nic popijając sobie ciepłą, gorzką kawę.
    Kobieta zabrała głos.
     - Lucia uderzyła kolegę w twarz, musi pan jej wytłumaczyć, że tak nie można rozwiązywać problemów, bo to znowu się powtarza - powiedziała, na co Elias kiwnął głową, po czym wyszła z pomieszczenia, zatrzaskując za sobą drzwi. Uderzenie było na tyle mocne, bym podskoczyła w miejscu, przestraszona głośnym dźwiękiem.
     - To jakaś ciota, że była w stanie go uderzyć dziewczyna taka, jak ty? - uniósł jedną brew, podśmiewając się cicho. Ponownie uniósł kubek z kawą do ust i wziął łyka. - Opowiadaj, co się stało, żeby nie było, że się opierdalam w robocie. Później dam ci jakąś reprymendę i odeślę.
    Przewróciłam oczami i usiadłam przed jego biurkiem, rzucając zamaszyście torbę pod nogi.
     - Boże, dziewczyno! Spokojnie! Nikt tu nie chce zgwałcić ci psa.
     - To było słabe.
     - Wiem, ale zaraz jebnę czymś takim, że się nie pozbierasz - zaśmiał się dźwięcznie. - Dobra, koniec tego pierdolenia, opowiadaj.
    Wzięłam głęboki oddech i zaczęłam mówić:
     - Szłam przez korytarz, gdy nagle stanął przed mną taki koleś z klasy wyżej. Totalna oferma. Zaoferował mi jakieś niemoralne propozycje, na które miałam mu ochotę wybuchnąć śmiechem w twarz, ale mniejsza. - Wzięłam oddech. - Obeszłam go i wtedy ten uderzył mnie w dupę. To co się będę? Odwróciłam się i mu przywaliłam - powiedziałam to takim głosem, jakby to było oczywiste.


< Elias? 8) >

13 lis 2018

Od Lucii C.D Althea

    Gdy spojrzałam na strój, który zrobiła sobie siostra, momentalnie wróciłam myślami do czasów, kiedy miałam zaledwie siedem lat i razem z nią oglądałam serial o dwóch łowcach. Od razu przypomniała mi się ten pamiętny wieczór, kiedy ja otulona kocem i wciśnięta w jej objęcia obserwowałam wydarzenia na ekranie. Jakbym to wtedy powiedziała: “Tam była brzydka, straszna pani, która robiła coś dzieciom i te umierały.” Wytłumaczone w najprostszy sposób. Prostszego nie ma.
    Ja po długim debatowaniu i myśleniu nad strojem, w końcu zdecydowałam się przebrać za… Nie wiem kogo, ale też za jakąś starą panią, tatę natomiast przebraliśmy w strój wampira, chociaż jedyne co zrobiłyśmy, to uszyłyśmy mu pelerynę, gdyż garnituru nie potrzebował.
    Od tamtej parady minęło już parę tygodni. Althea coraz bardziej dogadywała się z ojcem, z czego strasznie się cieszyłam. Nie posiadałam się z radości, gdy ujrzałam jak dziewczyna pierwszy raz uśmiechnęła się do taty. To było zaledwie parę dni temu, a ja nie potrafiłam o tym zapomnieć i od tamtego czasu ciągle byłam przepełniona pozytywną energią i promieniowałam wręcz świetnym humorem.
    Alti akurat została w domu lekko przeziębiona, więc tylko ja poszłam do taty na tak zwaną “kawę”. Rozgościłam się w jego mieszkaniu jak u siebie i rozsiadłam wygodnie na kanapie, zaczynając jakąś niezobowiązującą rozmowę. Nie minęła chwila, gdy dostałam kubek świeżej kawy i ciepły koc. Momentalnie się nim okryłam i włączyłam telewizję, oglądając jakiś lecący program. Razem z nim śmiałam się z ludzi tam występujących, jednak do czasu. Naszą sielankę przerwał dzwonek do drzwi, na którego dźwięk mój ojciec zmarszczył brwi [zrymowało się lol]. Wstał z kanapy i podszedł do wyjścia, z którego chwilę później wyszedł mężczyzna, którego pierwszy raz ujrzałam na oczy.
    Na pierwszy rzut oka - przystojny blondyn, mniej więcej w wieku mojej siostry, nie starszy. Za nim do mieszkania wszedli kolejni, Może i w jego wieku, ale już nie tak bardzo urodziwi. Można by rzec, że niektórzy byli wręcz szpetni. W sumie było ich trzech. Wyglądało to, jakby ten pierwszy był panem i władcą, a oni jego przydupasami. Blondyn nawet wzrostem ich przewyższał.
    Tata przez chwilę zamienił z nimi parę słów, po czym zaprosił ich ruchem dłoni, by usiedli do stołu. Nie oderwałam od nich wzroku ani na chwilę. Nie wiedzieć czemu, ale stresowała mnie ich obecność. Może to był fakt, że w ogóle ich nie znałam? Albo nie wyglądali za przyjemnie.
    Gdy ojciec wyszedł z mieszkania - kompletnie nie wiem w jakim celu, zostawiając mnie samą z trzema nieprzyjemnymi osobnikami płci męskiej. Starałam się na nich nie zwracać uwagi, lecz mój stres wzrósł, gdy ci przenieśli się do mnie na kanapę. Zerknęłam na jednego z nich kątem oka , zaciskając palce mocniej na kubku. Podniosłam go do ust i wzięłam małego łyka. Nim się obejrzałam, naczynie wylądowało rozbite na podłodze, wytrącone z moich rąk przez jednego z mężczyzn.
     - Co taka dziewczyna jak ty, robi u takiego człowieka, jak on? - spytał, obejmując mnie ramieniem w pasie. Gwałtownie się ruszyłam, chcąc się wyswobodzić z jego uścisku, lecz bezskutecznie. Jego palce mocniej zacisnęły się na moim biodrze, sprawiając wcale niemały ból.
    Zasyczałam cicho.
     - Jestem jego córką - powiedziałam cicho, w czasie gdy kolejny z mężczyzn zgarnął kosmyk moich włosów za ucho i zaczął delikatnie gładzić mój policzek wierzchem dłoni.
    Zadrżałam.
    Blondyn parsknął z pogardą.
     - Fabio i córka? Sprzedałby ją za pierwszą lepszą korzystną dla niego ofertę. Jak myslisz, za parę groszy mogłabyś się nam oddać co? Dobrze się tobą zajmiemy. - Na jego twarz wpłynął obrzydliwy uśmiech, podczas gdy to oznajmiał. Po moim ciele przebiegły nieprzyjemne dreszcze, które jeszcze bardziej wzmogły mój strach przed obcymi mężczyznami.
     - N-nie! - krzyknęłam przerażona, po raz kolejny próbując się im wyrwać i kolejny raz zostać przez nich skutecznie unieruchomioną. Prychnęłam w myślach. Co ja sobie myślałam? Że ja, szesnastoletnia dziewczyna będę w stanie oprzeć się trzem o wiele ode mnie silniejszym mężczyznom. Dobry żart.
    Serce zaczęło mi bić jak szalone, ręce drżały i  nie potrafiłam zapanować nad moim przyśpieszonym oddechem, a oni to wszystko mogli wykorzystać. Nim się obejrzałam, jeden z nich wziął mnie na ręce i rzucił na pobliski stół, podwijając nerwowym ruchem moją bluzę, odsłaniając przy tym mój brzuch razem z piersiami, dotychczas skrytymi również za materiałem gładkiego stanika. W dalszym ciągu próbowałam im się wyrwać, wydostać spod ich silnych objęć. Nadal miałam nadzieję na to, że uda mi się uwolnić, mimo przerażenia, które powoli zawładnęło nad moim ciałem i ich przewagi liczebnej. Jak można było się wcześniej domyślić, moje starania spełzły na niczym, gdy ich silne ręce ostatecznie przyszpiliły mnie do stołu. Straciłam nadzieję na to, że uda mi się jakkolwiek przed nimi obronić. Chwilę później zaczęli zdzierać ze mnie kolejne ubrania. Wiedziałam, że to za chwilę może się stać. Wiedziałam, że zaraz dojdzie do gwałtu. Chciałam krzyczeć, ale ich dłonie skutecznie tłumiły moje krzyki. Nie wiedziałam, co mogę jeszcze zrobić i powoli zaczęłam się godzić z moją rychłą przyszłością, gdy nagle usłyszałam strzał. Strzał, który był wycelowany prosto w głowę mężczyzny aktualnie nade mną wiszącego. Chwilę później ciężar jego ciała, przygniótł mnie, a ja usłyszałam kolejne dwa strzały, po których słychać było tylko głuche uderzenia o podłogę i przenikliwą ciszę, która była przerywana przez mój zrozpaczony szloch. Nie wiedziałam, co właśnie się stało. Nie wiedziałam, czy przypadkiem ja nie będę następna. Moje wątpliwości zakończył jednak widok twarzy mojego ojca, który zrzucił ze mnie zwłoki i podniósł mnie ze stołu, pomagając mi się ubrać.
     - Wróć do siostry - mówił, ścierając krew z mojej twarzy i ubrania. - Nie mów jej o niczym, zadzwonię do ciebie, jak sprawa się unormuje. - Wyjaśnił, zakładając na mnie kurtkę i zapiął mi ją pod samą szyję, przy okazji okrywając moją głowę obszernym kapturem.
    Kiwnęłam głową, pośpiesznie ocierając łzy i normując oddech. Chwilę później bez żadnego innego słowa zostałam wypchnięta za drzwi. Drzwi, za którymi mógł się rozegrać najgorszy koszmar w moim życiu. I rozegrał, ale nie tak, jak myślałam. Nadal miałam przed oczami te martwe, jeszcze ciepłe ciała. Ich oczy wlepione we mnie z niemym okrzykiem bólu.
    Nie chcąc o tym dłużej myśleć, pośpiesznie wyszłam z budynku. Ledwo stałam na nogach, jednak bez problemu doszłam do domu. Otworzyłam drżącą dłonią drzwi i weszłam cicho do środka. W tym momencie tama, którą wybudowałam podczas mojej drogi do domu, ostatecznie wybuchła, zalewając mnie wodospadem przykrych wspomnień.
    Upadłam pod drzwiami ze szlochem, zsuwając się powoli po drzwiach.


< Alti? C: >

2 lis 2018

Od Lucii C.D Evan

    Kolejny zwykły dzień. Pójdę do szkoły, nałapię jakichś ocen, wrócę do domu, zajmę się psem, może też posprzątam, spędzę trochę czasu z siostrą, pouczę się i pójdę spać - tak wygląda praktycznie każdy już dzień. Sam ten fakt sprawia, że nie mam żadnej ochoty wstawać z łóżka, ubrać się i wyjść z domu. Najchętniej zakopałabym się głęboko pod kołdrą z jakąś książką i dobrą herbatą. Lecz to nie będzie mi dane przez dobry tydzień. Poniedziałki zawsze niszczą mój humor.
    Powoli podniosłam się z łóżka, czym wybudziłam Ducha, który leżał w jego nogach. Podniósł leniwie głowę i rozejrzał się po pomieszczeniu, by już chwilę później znowu położyć łeb na swoich łapach i zapaść w sen. Jak ja ci zazdroszczę, przyjacielu...
    Szybko doprowadziłam siebie do porządku, zakładając pierwsze lepsze dosyć już starte, stare spodnie i ciemnozieloną bluzę, która była na tyle długa, żeby zasłonić trochę rozdarty materiał z boku jeansów. Włosy na szybko przeczesałam i rzuciłam szczotkę na bok - nie miałam już czasu. Jedyne co mi pozostało to zgarnąć kanapkę z blatu w kuchni, którą przygotowała mi Alt i wyjść pośpiesznie z domu. Ba! Niemal z niego wybiegłam. Nie chciałam się spóźnić… znowu. Poza tym pierwszy miałam sprawdzian, więc po drodze szybko sunęłam wzrokiem po notatkach, które uprzednio wyciągnęłam z torby.
    Zapowiada się ciężki dzień.
    Rzeczywiście taki był. Pod koniec lekcji myślałam, że zaraz sobie coś zrobię. Nauczycielki jakby się na mnie uwzięły i przymusowo zapisały mnie na parę konkursów, mówiąc i argumentując swoje decyzje tym, że na pewno dam sobie radę. Może i dałabym, ale nie chce całymi dniami ślęczeć nad książkami, no ludzie. Litości trochę.
    Na rozluźnienie przed końcem lekcji po raz kolejny pożyczyłam skrzypce od nauczyciela muzyki i zaszyłam się w sali muzycznej, gdzie starałam się nauczyć nowej, trochę trudniejszej melodii. Na sam początek, gdy wzięłam do dłoni smyczek i zaczęłam sunąć nim po strunach, rozpoczęłam od dobrze mi znanej piosenki. Moje ciało grało, a w głowie nuciłam sobie jej słowa. Czułam się jak w swoim własnym świecie. Powoli odpływałam od brzegu, na którym zasiadała rzeczywistość do zupełnie innej krainy. Jednak skończenie podróży przerwał mi głos małej dziewczynki.
     - Hej! Bo mój braciszek chciał mi tutaj pokazać jakiś bajer i myślę, że chodziło o ciebie. Tak ładnie grasz. Pan Guzik naprawdę jest pod wrażeniem. - Speszyłam się lekko na jej słowa i zaczęłam się powoli rozglądać, chcąc, by te słowa jednak nie były skierowane do mnie. Jednak moje prośby nie zostały wysłuchane i ostatecznie delikatnie uśmiechnęłam się do dziewczynki, bo przez moje gardło nie potrafiło przedostać się najprostsze “dziękuję”.
     - Ehem... - Usłyszałam odchrząknięcie i spojrzałam w stronę otwartych drzwi. Stał w nich chłopak, wyraźnie zdziwiony moją obecnością. W ręku trzymał futerał na gitarę z nią samą i spoglądał w moją stronę z lekka zdziwiony, a może zawiedziony? Nie wiem, trudno było cokolwiek wyczytać z jego twarzy. - Przepraszam za moją młodszą siostrę, ale myślałem, że sala będzie wolna i chciałem tutaj sobie poćwiczyć grę na gitarze. No, ale nie będziemy przeszkadzać. - Gdy z jego ust wypadły te słowa, zaczął powoli wypychać swoją prawdopodobnie młodszą siostrę z sali. Cicho parsknęłam na widok, jak oburzona sześciolatka próbuje się oprzeć i wrócić, by posłuchać pięknej melodii, jaką wydają skrzypce.
     - Możecie tu zostać, jeśli chcecie - uśmiechnęłam się delikatnie, nie chcąc być wredną, jak to po ciężkich dniach mam w okazji. - Nie gryzę.
     - Tak! - Do moich uszu momentalnie dobiegł wesoły głos dziewczynki, która nie zważając na protesty brata, ponownie wbiec do pomieszczenia i usiąść dokładnie obok mnie. - Zagrasz coś jeszcze? - spytała uśmiechnięta, spoglądając na moje dłonie, w których aktualnie trzymałam skrzypce wraz ze smyczkiem. Zanim jej odpowiedziałam, obserwowałam. jak jej brat z westchnieniem wszedł do sali i usiadł niedaleko nas. Na pierwszy rzut oka można było zobaczyć, że trochę nie był zadowolony faktem, że będzie grać przed kimś obcym.
    Boże, nie przemyślałam tego.
    Będę grać przed nimi…
    Nie, gdy szybko się zwinę…
     - Nie wiem - odpowiedziałam po chwili. - Możliwe, że zaraz już pójdę. Nie chciałabyś może brata posłuchać? Na pewno też dobrze gra - uśmiechnęłam się do niej, by chwilę później przenieść swój wzrok na chłopaka siedzącego naprzeciwko. Akurat wtedy nasze spojrzenia się skrzyżowały, a ja, standardowo, jak to miałam w zwyczaju, momentalnie wróciłam wzrokiem na twarz jego siostry. Nigdy nie przepadałam za takim kontaktem. Strasznie mnie peszył.
     - Nie, ja chce posłuchać ciebie - żachnęła się, nie chcąc odpuścić. Westchnęłam cicho i przewróciłam oczami. Można było powiedzieć, że ta dziewczynka była naprawdę denerwująca. Nie mogę na nią nakrzyczeć, rzecz jasna. Nie przy jej własnym bracie, na co akurat miałam ochotę. Źle przebyty dzień i dziecko, które nie chce z ciebie zejść to mieszanka wybuchowa. Nikomu jej nie polecam.
    Ale nie mogę odmówić tej dziewczynce. Nie chcę, by jej było przykro. Mogłabym jej odpowiedzieć “nie”, mimo wszystko, ale coś w głębi podpowiadało mi, bym tego nie robiła, bo mogę tego żałować. Westchnęłam cicho i kiwnęłam głową, zgadzając się na zagranie jakiejś innej, równie prostej melodii.
     - Dobrze, wygrałaś. Ale tylko raz - zaśmiałam się cicho.
     - Dobrze! Tylko raz - odpowiedziała dziewczynka z uśmiechem, lekko sepleniąc i usiadła przede mną na ziemi, wpatrzona we mnie, jak i skrzypce jak obrazek. Parsknęłam cicho na ten widok.
     - Może chociaż bratu raz pozwolisz się wykazać. Jak się w ogóle nazywasz? - spytałam się dziewczynki, uśmiechając się do niej w miarę szeroko, żeby jej nie przestraszyć moim dzisiejszym, wręcz grobowym humorem.
     - Alycia, a ty? - odwzajemniła mój uśmiech i nim zdążyłam jej odpowiedzieć, to ta dodała - a mój brat nazywa się Evan.
     - Sam potrafię mówić - powiedział do dziewczynki z lekkim uśmiechem, na co ona tylko wzruszyła ramionami.
     - Ja jestem Lucia, miło mi poznać.
     - Mnie również - odpowiedział i lekko skłonił się przede mną, na co ja odpowiedziałam tym samym, cicho parskając pod nosem. Gdy z powrotem przeniosłam na niego wzrok, nasze spojrzenia po raz kolejny się skrzyżowały. Tym razem wytrzymałam dłużej pod jego naporem i uśmiechnęłam się delikatnie, kładąc skrzypce obok mnie na ławce.
     - Może nam coś zagrasz? - zaproponowałam, przysuwając krzesło bliżej niego. Dosłownie chwilę później Alycia poszła w moje ślady i biorąc jedno z krzeseł, ustawiła je obok mnie i usiadła, zawzięcie dopingując brata. Zaśmiałam się krótko, tylko na moment spuszczając wzrok z chłopaka.
     - Panie mają pierwszeństwo. - Zgrabnie próbował się wywinąć, przy okazji uśmiechając się do mnie. Przez ten czas nawet nie wyciągnął gitary z futerału.
     - Ja grałam, jak wy wchodziliście. Dawaj, Evan, na pewno nie jesteś najgorszy - zaśmiałam się, krzyżując dłonie na piersi i opadłam powoli na oparcie krzesła, czekając na jego reakcje, która już chwilę później zakwitł na jego twarzy wyraz zdziwienia.
     - “Nie najgorszy?” - zacytował moje słowa, po czym prędzej chwycił gitarę w dłoń, uprzednio wyciągając ją z futerału. - To teraz patrz. - W jego oczach była widoczna lekka iskierka rywalizacji. Kąciki moich ust uniosły się odrobinę wyżej, gdy ujrzałam ten widok.
    Moment, w którym dotknął palcami strun i delikatnie wprawił je w drganie, zaczynając grać dosyć znaną mi melodię, był tym, że dosłownie opadła mi szczena i musiałam uklęknąć, by ją pozbierać i skleić do kupy. W życiu nie spodziewałam się tego, że jakikolwiek chłopak z tej szkoły będzie miał jakieś muzyczne zainteresowania. Siedziałam jak zahipnotyzowana, wpatrując się w jego zwinne palce, które mknęły po strunach tak płynnie, jakby robiły to już od dobrych paręnastu.
    Gdy piosenka dobiegła końca, uśmiechnęłam się szeroko i zaklaskałam parę razy, chwilę później oznajmiając:
     - Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się aż takich dobrych wrażeń.


< Evan? Powiedz mi, czy w miarę dobrze odwzorowałam jego charakter, bo miałam wątpliwości xD >

21 paź 2018

Od Lucii C.D Althea

     - Masz młoda. - Jefferson podsunął mi pod nos szklankę z trunkiem, uśmiechając się delikatnie. - Masz szesnaście lat, pora spróbować czegoś lepszego, niż jakiegoś jebanego moczu, którego dodają do tych zasranych soków.
    Parsknęłam cicho.
     - Mówił ci ktoś kiedyś, że coś z tobą nie tak? - zapytałam, starając się przenieść rozmowę na inny tor. Zostawanie sam na sam z dosyć niezrównoważonym psychologiem to nie była jedna z moich lepszych decyzji. Wręcz przeciwnie, była to okropna decyzja. Boje się, że to całe nasz spotkanie odbije dosyć mocne piętno na mojej psychice i będę takim samym pojebem, jak ten podstarzały mężczyzna.
     - Tak, wiele osób, nie jesteś pierwsza. Wiem, że chciałabyś, ale ni chuja, nie ma tak łatwo - zaśmiał się i ponownie przysunął pod mój nos szklankę z kilkuprocentowym napojem. - Pij, będziesz mi dziękować później.
     - A może ja nie chce pić?
     - Chcesz, wszyscy gówniarze chcą, a ja daje ci taką okazję. Pij i nie marnuj mojego czasu, dziewczyno. - Podniósł szklankę, wręcz wciskając mi ją w dłoń. Parsknęłam cicho pod nosem i zaciągnęłam się przez chwilę zapachem trunku. Zmarszczyłam nos, gdy poczułam palącą woń, która wręcz odradzała smakowania tego napoju.
     - Ale to cuchnie -  mruknęłam, powoli przyzwyczając się do swobodnej atmosfery, jaką stwarza wokół siebie Jefferson. Może namawianie mnie do picia to nie było nic dobrego, ale miał rację. Chciałam tego spróbować. Więc po chwili zastanowienia, przechyliłam kieliszek, wypijając całą jego zawartość.
    Jefferson posłał mi dumny uśmiech i poklepał po plecach, gdy zobaczył, jak się wykrzywiłam.
     - Moja krew, będą z ciebie ludzie - zaśmiał się, odbierając mi naczynie. Chwilę później wlał sobie do niego jeszcze trochę alkoholu. W tym czasie do lokalu zdążyli wrócić Alth razem z ojcem.
     - Althea, a czy ty czasem nie pracujesz w barze?! - Jefferson uśmiechnął się w jej stronę, przykłądając kieliszek do ust. Nie spuszczał wzroku z mojej siostry
     - W każdym razie nie tutaj - zakaszlała głośno, zajmując miejsce obok mnie. Tata poszedł w ślad za nią i usiadł naprzeciwko nas. - Możemy już stąd wyjść?
     - Wyjść? My dopiero się rozkręcamy. Twoja bardzo grzeczna, młodsza siostrzyczka świętowała swój pierwszy alkohol. Cholera, mówię ci, będą z niej ludzie! - Zmarszczyłam brwi na słowa Jeffersona. Szczerze mówiąc to miałam nadzieję, że nie piśnie o tym ani słowa mojej siostrze, ale no cóż… Myliłam się
     - Al, nie wierz w to, co mówi. Jest już chyba pod wpływem - wtrąciłam się, przecierając zmęczona oczy wierzchem dłoni.
     - Dogadałam się z ojcem. Daję mu szansę - oznajmiła Al po chwili, na co momentalnie oprzytomniałam. Nie mogłam uwierzyć w to co słyszę. Na mojej twarzy rozrastał się wielki, szczery uśmiech. Nie mogę nawet określić, jak bardzo wtedy ucieszyłam się z tej wieści. Myślałam, że ten moment nigdy nie nastąpi. A jednak, stało się.
     - W końcu! - Wtuliłam się mocno w moją siostrę, przymykając oczy. Ciepło jej ciała dawało mi pewne poczucie bezpieczeństwa, którego nigdy nie zaznałam od rodziców. W sumie, teraz to się chyba zmieniło. Nie tylko ona daje mi to poczucie, ale też ojciec, który zrozumiał swój błąd i wrócił do nas. Dwóch córek, które kiedyś zostawił
    Jefferson zaczął klaskać, by chwilę później powiedzieć:
     - Nie przypuszczałem, że to zrobisz - mruknął tylko. - Ale widzicie? Wszystko kończy się dobrze, jak w pierdolonej telenoweli. I wiecie co? To nie moja zasługa, a tej młodej. Gdyby startowała kiedyś na panią prezydent, to masz moje pełne poparcie.
    Zaśmiałam się cicho na jego słowa, nie odrywając się od siostry i czekając na moment, aż wrócimy do domu. Nie zajęło to nawet dużo czasu, bo już jakieś pięć minut później ruszyliśmy do wyjścia z baru. Dosyć szybko dotarliśmy do mieszkania, taty, w międzyczasie odstawiając lekko wstawionego psychologa do jego własnego domu.
    Będąc już w mieszkaniu, zamówiliśmy pizzę, o której jeszcze parę miesięcy temu z Al mogłyśmy tylko pomarzyć. Spędziliśmy wieczór w trójkę, pierwszy raz w całym naszym życiu. Nawet Althea nie wiedziała, jak bardzo o tym marzyłam. To jeden z wielu dowodów, że marzenia się spełniają. Przez cały ten czas uśmiech nie schodził mi z twarzy. Nawet gdybym chciała go z niej usunąć, nie dałabym rady, tak mocno był do niej przykleszczony.
    Po obejrzeniu paru filmów zupełnie w losowym momencie zasnęłam, będąc obejmowana przez siostrę. O dziwo rano obudziłam się w tej samej pozycji. Mimo to, że Al się zgodziła dać szansę tacie, to widziałam, że czym prędzej chce wyjść z jego mieszkania i wrócić do naszej własnej klitki w zniszczonej kamienicy. Zjadłyśmy jeszcze szybkie śniadanie i pożegnałyśmy się z Antonio, by chwilę później być już w drodze do domu. Sama zostałabym u niego dłużej, lecz nie chciałam by moja siostra siedziała tam wbrew własnej woli. Ukrywała to dosyć dobrze, jednak mnie nie da rady oszukać. Za dobrze ją znam.

▼▲▼▲▼▲▼

    Parę tygodni później przypomniałam sobie o paradzie z okazji Caramellen, która miała się odbyć dokładnie dwa dni później. Jakby oświecona zadzwoniłam do ojca, pytając się go czy ma czas i pieniądze na kupno materiałów na kostiumy. Z marszu się zgodził i parenaście minut później pod szkołą mogłam zobaczyć jego samochód. Pojechaliśmy na zakupy do… Nie wiem nawet gdzie to było, ale jazda samochodem naprawdę się dłużyła. Koniec końców nakupiliśmy tego dosyć dużo, pomimo tego, że wcale tyle nie zamierzałam tego brać.
    Po dwóch godzinach pobytu na mieście w końcu razem z tatą tymi wszystkimi materiałami podjechaliśmy pod mój dom. Z trudem donieśliśmy to wszystko na górę, a ja nosem nacisnęłam dzwonek do drzwi, by chwile później pojawiła się w nich Al z groźnym wyrazem twarzy, który był prawdopodobnie skutkiem tego, że nie wróciłam do domu na czas. Ja natomiast z uśmiechem na ustach pokazałam jej te wszystkie materiały.
     - Bierzemy udział w paradzie czy tego chcesz, czy nie.


< Al? Dno totalne, przepraszam :/ Nawet nie sprawdzałam >

14 paź 2018

Od Lucii Do Eliasa

     - Lucia? - usłyszałam cichy głos mojej siostry i poczułam lekkie szturchnięcie w ramię. - Lucia! - dziewczyna podniosła głos, przez co momentalnie zerwałam się z łóżka i przypadkowo zrzuciłam kołdrę razem z poduszką na podłogę. Przerażona zaczęłam się rozglądać po całym pomieszczeniu, by po chwili ogarnąć, że jestem w nim sama razem z Al i nie grozi mi żadna krzywda.
     - Co? - mruknęłam chwilę później, przecierając powiekę jedną dłonią i ziewnęłam przeciągle.
     - No ja za ciebie do szkoły nie pójdę - wyjaśniła, podnosząc się z mojego łóżka. - Jest pięć po ósmej, już się spóźniłaś.
    Poderwałam się jak poparzona i doskoczyłam do szafy, szybko przebierając w ubraniach. Jednocześnie mówiłam wtedy do siostry z pretensją:
     - Czemu mnie wcześniej nie obudziłaś?!
     - Myślałam, że cię już nie ma - zaśmiała się. - Sama wstałam jakieś dziesięć minut temu.
    Westchnęłam pod nosem, wyciągając pierwszą lepszą bluzę i porządnie znoszone spodnie.
     - Zrobisz mi kanapki? Muszę się pospieszyć - spytałam, by po chwili spojrzeć na nią kątem oka i dodać: - Proszę?
    Kiwnęła głową w geście zgody i wyszła z mojego pokoju. Szybko doszłam ze sobą do porządku i nawpychałam do torby wszystkie potrzebne mi książki. Po drodze jeszcze dopchałam tam butelkę wody i wsadziłam bułkę żytnią z twarogiem. Skrzywiłam się, gdy pierwszy raz ją zobaczyłam.
     - Nie mogłaś mi jej zrobić tak jak zawsze z szynką i serem?
     - Co za dużo, to niezdrowo - powiedziała z uśmiechem na ustach i zaczęła smarować swoje dwie kromki - oczywiście z ciemnego chleba - tym nieszczęsnym twarogiem. Miała dzisiaj wyjątkowo dobry humor i nie powiedziałam już ani słowa więcej, by jej go nie psuć swoim nadmiernym marudzeniem, jak to rano miałam w zwyczaju. Na pożegnanie pogłaskałam Ducha, który jak zawsze pałętał mi się pod nogami i krzyknęłam “cześć”, zamykając za sobą drzwi.
    Szybko doczłapałam się na moich krótkich nóżkach do znienawidzonego przeze mnie budynku, wypchanego niezliczoną ilością osób, za którymi nie przepadam, albo może inaczej - nie cierpię, bo na zwykłe “nie przepadanie” to nie wygląda. Sami nauczyciele nieraz mnie doprowadzali do szału, z żadnym nie można było normalnie porozmawiać, szczególnie z katechetą. Facet zawsze uważał, że jego słowo jest święte, a ja mając swoje własne zdanie odnośnie religii, jestem frajerem. Nienawidzę takich ludzi.
    Wchodząc do szkoły, zrobiłam to, co zawsze - rozejrzałam się na boki. Chwilę później zaś, usłyszałam bardzo mi znajomy, z lekka zachrypnięty głos.
     - Kogo my tu mamy? Lucia Santos! Mój ulubiony gówniarz. Życie od razu stało się piękniejsze, gdy cię zobaczyłem. - Uśmiech Jeffersona zamieszkał na dobre na jego twarzy. Nie minął moment, gdy ten znalazł się obok mnie i poklepał mnie po ramieniu. - Spóźniłaś się? Twoja siostra nie zapięła dzisiaj wystarczająco głośno?
     - Boże, ale ty jesteś upierdliwy - mruknęłam, podnosząc na niego swój wzrok.
    Zaśmiał się, jak on to miał w zwyczaju.
     - Dostałem swój własny gabinet. Czuje się kurwa jak jakaś ważna osobistość. Zaraz znowu zbiegną się do mnie tłumy, a ja będę musiał im tłumaczyć, że nie są chujowi - parsknął, na co ja uniosłam jedna brew do góry. - Może wpadniesz na kawkę?
    Westchnęłam cicho. W sumie lepsze to niż siedzenie na religii i kłócenie się z facetem o to, że homoseksualizm to nie choroba.
     - Lepsze to, niż religia.


< Elllllias? >

5 paź 2018

Od Lucii C.D Althea

    Dziwnie się czułam na tym całym “terapeutycznym wyjściu ukrycia” albo “terapii w plenerze”. Dobra, to i to nie pasuje do tego, co chciałam teraz powiedzieć. W każdym razie, jakie według Jeffersona jest najlepsze miejsce na terapię rodzinną? Bar. Tak, bar. Piękny, cudowny, przepełniony zapachem nikotyny, alkoholu, zmieszanego ze smrodem żuli, którzy swoje ostatnie pieniądze chcieli przesrać na parę drinków. Uroczo.
    Nie był to dla mnie ani trochę dobry pomysł. No bo powiedzmy sobie prawdzie w oczy. Nikt tej terapii nie chciał, prócz Jeffersona. Tego siwiejącego psychologa, o ciętym języku i charakterze piętnastoletniego chłopaka. Nie jest z naszą rodziną ani trochę blisko, ale i tak czy siak zagłębia się, nieproszony, w nasze sprawy. Ja rozumiem, że od tego jest. Ale nikt go o to nie prosił, ludzie święci. Dawno nie widziałam takiego upartego człowieka… albo jednak nie, odwołuję. Widziałam. Altheę we własnej osobie.
     - Ktoś tu nie lubi gry wstępnej. Dobra. - To były pierwsze słowa, które usłyszałam, i które wyrwały mnie z otępienia, które sprawił mi mój kochany umysł. Zmarszczyłam brwi i skupiłam się na jego dalszych słowach. - Zacznijmy od młodej. Jaki powód leży pod tym twoim całym walczeniem o tę rodzinę, co? Nie znasz Antonio. Nie powinnaś mu też ufać. Powiedz mi. Powiedz mi tak właściwie co tylko chcesz.
    Spojrzałam na niego zdziwiona. Taką reakcję wywołało u mnie między innymi to, jak szybko zmienił swój nastrój. Jak wcześniej tryskał energią i szalonym poczuciem humoru, tak teraz całkowicie spoważniał, wpatrując we mnie swoje lekko przeszklone oczy. Już otwierałam usta, żeby coś mu odpowiedzieć, lecz od razu coś mnie powstrzymało. Nie wiem co, jakaś wewnętrzna siła, która odebrała mi głos. Przestałam wiedzieć nawet o co mnie zapytał, ani też w jakiej galaktyce jestem i która godzina.
     - Mógłbyś powtórzyć - spytałam, z lekka speszona moim zachowaniem.
    Westchnął głęboko i zacisnął palce na nasadzie nosa, z powrotem kierując na mnie swoje zmęczone spojrzenie.
     - Nie, nie mam replayu we łbie  - przewrócił oczami. - Czemu walczysz o rodzinę?
     - Czemu jesteś taki nieprzyjemny? - uniosłam jedną brew, zbaczając na zupełnie inny temat, nie dotyczący nas, ani tego, po co się tu zebraliśmy. - Twoje żarty powoli przekraczają granicę dobrego smaku.
     - Czy ty wiesz, dziecko, co to jest granica dobrego smaku? - popatrzył na mnie z pogardą i wziął do ręki szklankę z alkoholem, po czym wlał go sobie trochę do gardła. - Ja też nie. Dla mnie nie ma czegoś takiego. Jestem Bogiem!
     - Jesteś idiotą - poprawiłam, uśmiechając się sztucznie. - A Boga nie ma.
     - Oh nie - złapał się za głowę. - Jedna z moich ulubienic nie chce mnie czcić, co za pech - westchnął, po czym chwilę później wrócił do tematu. - Więc, czemu walczysz cały czas tak zacięcie o rodzinę?
     - Bo chce ją w końcu mieć w komplecie - odpowiedziałam po chwili wahania i powoli przeniosłam wzrok w stronę mojej siostry. - Wiem, że tego nie uda mi się osiągnąć, bo mama nie żyje, ale chociaż żebyśmy w trójkę mogli spróbować jakoś żyć… - złapałam delikatnie Alt za rękę i ścisnęłam ją, uśmiechając się delikatnie. - Mama na pewno by tego chciała.
     - Mama by tego chciała, jeśli ten tchórz by nie uciekł. Kto wie, za kogo by to teraz miała - spojrzała na naszego ojca nieprzyjemnie, a ten tylko odwrócił wzrok.
     - Ach, Inez - Jefferson przerwał mojej siostrze tonem, który wskazywał na to, że próbował wygrzebać jakieś myśli, wspomnienia z czeluści swojego umysłu. Nie pomyślałabym, że mógł znać naszą mamę. - Złota kobieta. Zarywałem do niej, ale z jakiegoś powodu wybrała waszego ojca. - Podrapał się po głowie oburzony. - Nadal się kurwa zastanawiam, dlaczego.
     - Nie mówcie o niej - mruknął mój ojciec pod nosem. Najwidoczniej nie był zadowolony tym, w którą stronę poszła nasza rozmowa. Widać było, że nie chce rozmawiać o mamie. Zmarszczyłam brwi, skupiając swój wzrok na jego twarzy. Chciałam wiedzieć, dlaczego nie chce o niej mówić i unika tego tematu jak ognia. Dopiero teraz zauważyłam, jak rzadko wspominał mamę na przestrzeni tych tygodni spędzonych w jego towarzystwie.
     - Czemu? Chciałabym wiedzieć o niej więcej. Ty prawie w ogóle o niej nie wspominasz - wyraziłam swoje zdanie i przeniosłam swój przepełniony nadzieją wzrok na Jeffersona. - Powiesz mi… to znaczy nam o niej trochę więcej?
    Mężczyzna zmarszczył brwi, patrząc na mnie i wziął kolejnego, ostatniego łyka alkoholu.
     - O kurwa, już nic nie ma - pomyślał głośno, po czym odłożył pustą szklankę na blat. Chwilę później odpowiedział na moje pytanie. - Mógłbym, ale aktualnie znaleźliśmy się tu z innego powodu. - Próbował się wymigać. Mimo, że dobrze to ukrywał, to zauważyłam, że w tej kwestii nie chciał się sprzeciwić swojemu przyjacielowi. Widocznie rozmowa o Inez Santos była bardzo delikatna.
     - Idę się przewietrzyć - Antonio westchnął i podniósł się z krzesła, chwilę później całkiem opuszczając lokal. Spojrzeliśmy wszyscy po sobie z lekka zdziwieni jego działaniem.
     - Alt? - szepnęłam, zerkając kątem oka na moją siostrę.
     - Hmm?
     - Zobaczysz co z nim? Może jakoś poprawicie swoje relacje - zaproponowałam, kierując na nią swój błagalny wzrok. Nikt nawet nie wiem, jak bardzo chciałam, by jej relacja z ojcem uległa poprawie. Wiem, że nas zostawił, skrzywdził, odcisnął piętno na naszej psychice, ale wciąż zasłużył na szansę.

10 lat wcześniej
    Wigilia. Patrze przez oszronione okno na zewnątrz już trzecią godzinę. Obserwuje spadający śnieg, ruchy gałęzi na wietrze. Zwracam uwagę na każde przejeżdżające auto, głęboko wierząc, że jedno z nich podjedzie na naszą posesję, a z niej wyjdzie nasz tata. Lecz z każdą minutą, każdym kolejnym samochodem przejeżdżającym obojętnie obok naszego domu, traciłam nadzieję.
     - Zrobiłam nam kola… - słyszę głos Al, dobiegający zza moich pleców. - Znowu gapisz się w to okno?
     - On przyjedzie - mówię przekonana.
    Dziewczynka wzdycha.
     - Nie przyjedzie. - Podchodzi do mnie i głaszcze mnie po ramieniu. - Tak jak rok temu, dwa, trzy…
    Moje oczy szklą się od nadchodzących łez. Powoli zaczyna do mnie docierać to, że tam ma rację.
     - C-czemu on nas nie chce? - szlocham, odwracając się do mnie przodem. Starsza siostra, widząc mój stan, od razu zagarnia mnie w czuły uścisk i głaszcze delikatnie po plecach.
     - Nie wiem… Może ma jakieś kłopoty? - zastanawia się, chociaż po jej tonie głosu słychać, że nie bardzo w to wierzy.
     - Może trzeba mu pomóc? - odrywam się od niej i ocieram swoje mokre policzki z łez. - Musimy mu pomóc. Wiem! wyślemy mu jedzenie - uśmiecham się szeroko i wybiegam szybko z pokoju, kierując się do kuchni. Tylko słyszę za sobą, jak siostra poszła w moje ślady.

     - Po co mam tam iść? - prychnęła, przewracając oczami. - Nie mam zamiaru rozmawiać z tym gno…
     - Zamknij się i zrób coś dla dobra rodziny - Jefferson wtrącił się do rozmowy, na co ja zmarszczyłam brwi, a siostra spojrzała na niego zdziwiona. - Jeśli jednak nie chcesz tego robić dla dobra rodziny, to chociaż zrób to dla dobra siostry. Nie widzisz jak się kurwa stara, chcąc was pogodzić? Oboje jesteście siebie warci, jak dwie krople wody. Ty i on - prycha.


< Misiu pysiu tulisiu? c: >
Kocham Cię <3

23 wrz 2018

Od Lucii C.D Althea

    Mimo tego, że mężczyzna szeptał, i tak mogłam wyraźnie usłyszeć to, co chciał przekazać mojej siostrze.
     - Dalej zaglądasz mężczyznom w rozporki, gdy przychodzi taka potrzeba? - szepnął jej do ucha, a jej twarz momentalnie przybrała wygląd strasznie czerwonego buraka. Nagle, jak grom z jasnego nieba, wróciły do mnie stare wspomnienia. Wieczory, kiedy siostra wracała późno w nocy, z siniakami na ramionach i nadgarstkach, z nie za dużym plikiem pieniędzy w dłoni, próbując mi wcisnąć kit, że są z napiwków. Zdarzały się też chwile, kiedy takie powroty o pierwsze, drugiej czy też trzeciej w nocy stawały się normą. Nigdy nie pytałam o to, gdzie była, bo podświadomie dobrze wiedziałam, że robi coś okropnego, bym to ja nie musiała tego robić. Naprawdę szanowałam jej działania, ale zawsze miałam wrażenie, że istnieje inne wyjście. I na pewno takie gdzieś było.
     - No co? Jestem miastowym monitoringiem skuteczniejszym niż te babcie w oknach. Wiem wszystko. To, że ładna, młoda dziewczyna czasami się kurwi, też wiem. Niefajnie. Nie, kurwa, fajnie - powiedział głośniej Jefferson, po zobaczeniu reakcji mojej siostry.
     - Idź do diabła - warknęła mu prosto w twarz, zaciskając ręce w pięści. Po jej spojrzeniu można było poznać, jak strasznie ranią ją wypowiedziane przez niego słowa. Wszyscy dobrze wiemy, że [według niej] nie miała żadnego innego wyboru. Niepotrzebnie zaczął rozdrapywać stare, już zarośnięte rany, doprowadzając je na nowo do krwawienia. Gdybym mogła cofnąć czas, to z pewnością połowę jej ciężaru wzięłabym na swoje barki. Nawet jeśli miałabym to zrobić bez jej wiedzy.
    Westchnęłam cicho i weszłam im w rozmowę, chcąc ukrócić mojej siostrze katusze.
     - Pytał cię ktoś o zdanie w tej sprawie? - spytałam, podnosząc na niego powoli swój wzrok. Złapałam wtedy jednocześnie za rękę mojej siostry, ciągnąć ją bardziej w swoją stronę, by w końcu zatopić jej ciało w moim czułym uścisku.
     - M… - zaczął słowo, lecz nawet go nie skończył, bo momentalnie mu przerwałam.
     - To zamknij swoją zarośniętą jadaczkę i przestań kurwa rozdrapywać stare rany, co? Zajebisty z ciebie psycholog.
    Na moje słowa i on i moja siostra zmarszczyli brwi. Raczej nie spodziewali się usłyszeć przekleństwa, wydostającego się wprost z moich ust. W tej samej chwili do pomieszczenia wrócił ojciec, wkładając sobie telefon do tylnej kieszeni spodni.
     - … Coś się stało? - spytał, patrząc na nas trzech i dziwiąc się, że siedzimy w całkowitej ciszy. Nim ktokolwiek zdążył się odezwać, do “boju” wkroczył on. Jefferson.
     - Za niedługo twoja młodsza córka będzie większym skurwysynem niż ja. Chociaż nie, tego nie dałoby się zrobić. - Przewróciłam oczami na jego słowa, nadal trzymając w ramionach moją siostrę, albo raczej teraz to ona trzymała w nich mnie. Brodę miała położoną na mojej głowie i powoli sunęła dłonią po moich plecach, czule głaszcząc.
     - O czym ty... - Mężczyzna zmarszczył brwi, a zdanie przerwał mu Jefferson krótkim, można było wyczuć, że sztucznym śmiechem.
     - Mniejsza. Skupmy się na was, pszczółki. Dźganie się waszymi żądłami nie ma końca. Wiecie, co się dzieje z pszczołą, gdy kogoś ujebie i straci żądło? Umiera. ... Trochę złe porównanie, bo wy nie umrzecie. To wasza relacja powoli umiera. Ha! Nadal jestem zajebisty w metaforach! - Jego monolog przerwał kolejny śmiech, wydostający mu się z ust. Przez chwilę zastanawiałam się, co z nim jest nie tak. Za dużo marihuany, LSD, czy co on tam bierze, że jest taki “wesoły”. Nie wiem czemu, ale nie bardzo mi to w nim pasowało. No ja rozumiem, że taki jest jego charakter, ale… No dobra, nie przywykłam do widoku tak beztroskiego i pierdolącego otaczający go świat człowieka. To jest dla mnie nowość.
     - Masz coś jeszcze do po… - zaczął mówić mój ojciec, lecz niestety, po raz kolejny głos zabrał mu jego przyjaciel.
     - Zaczynamy terapię dziwki! I to nie taką byle jaką terapię, a terapię rodzinną - uśmiechnął się szeroko, na ten swój popieprzony sposób i spojrzał na nas wszystkich. - Ach, no wiem, że się cieszycie. Jeszcze robię to za darmo. ZA DARMO! Pojebało mnie!
     - Tak, ale ja się nie pisałam na żadną terapię rodzinną - Althea weszła mu w słowo, odrywając mnie powoli od siebie i marszcząc drzwi.
     - Chuj mnie to obchodzi, trzeba was postawić do pionu, bo jesteście jak małe rozwydrzone bachory. Idziemy na miasto spędzić trochę czasu ze sobą. - Jego głos nie wyrażał propozycji. Można powiedzieć, że był jak rozkaz.
    No to się wpakowaliśmy…


< Alti misiu? >

10 wrz 2018

Od Lucii C.D Althea

    Mimowolnie się uśmiechnęłam, gdy zobaczyłam jak moja siostra w końcu, po wielu prośbach, błaganiach i namowach zgadza się zrobić coś, do czego pewnie nie byłaby zdolna jeszcze przez długi czas, gdyby nie deklaracja ojca, że wycofa wniosek o przejęcie praw rodzicielskich. Widziałam ulgę na jej twarzy, gdy ten to powiedział. Ja z resztą również jej doświadczyłam. W końcu nie musiałam stawać przed sądem i mówić przeciwko jednemu z nich. Czułabym się źle w tym momencie. Zresztą pewnie nie ja sama.
    Z uśmiechem na ustach przytuliłam się do kobiety siedzącej przy stole, mówiąc głosem przepełnionym szczęściem z zaistniałej sytuacji.
     - Nawet nie wiesz, jak się cieszę! - krzyknęłam rozradowana, dosłownie siadając jej na kolanach. Czułam na swoich plecach wzrok naszego ojca, jednak nie był on uciążliwy. Cieszył się tak jak ja, a może nawet i bardziej z tego, co tu się stało.
     - Robię to tylko dla ciebie - powtórzyła, wzdychając cicho i objęła mnie w pasie, głaszcząc delikatnie swoimi czułymi dłońmi po moich plecach. Ciepło rozpłynęło się po moim ciele, a ja nie miałam żadnej ochoty odrywać się od siostry i z niego rezygnować.
     - Wiem, ale staraj się chociaż trochę go zaakceptować - poprosiłam ją z widoczną nadzieją w głosie. Widziałam w jej oczach, że się opierała, ale koniec końców mi uległa, a ja z jeszcze większym uśmiechem na ustach wtuliłam się w jej ciało. - Dziękuję - wyszeptałam, po chwili czując, jak Al przykłada swoje wargi do mojej skroni, składając na niej krótki pocałunek.
     - To… kiedy tam jedziemy? - spytała kobieta niepewnie. W momencie, gdy ojciec otwierał usta, by jej odpowiedzieć, ja od razu mu przerwałam i zaczęłam mówić za niego.
     - Możemy nawet teraz - powiedziałam z uśmiechem. - Tylko wezmę mojego miśka i możemy jechać - dodałam, odrywając się od siostry i ruszając w stronę sypialni. Szybko zabrałam swoją nagrodę z poprzedniego dnia i wróciłam do pomieszczenia, w którym siedziała reszta towarzystwa.
    Tata zrobił wielkie oczy, gdy zobaczył pluszaka.
     - Skąd to masz, Lu?
     - Z festynu - uśmiechnęłam się - byłam tam z Al - dodałam. Kątem oka zauważyłam, jak dziewczyna spogląda w stronę ojca triumfalnie. Tak, jakby będąc dumna z tego, że to ona spędziła wtedy ze mną czas, a nie on. Drażniło mnie odrobinę jej zachowanie. Czemu cały czas traktuje relacje z nim jak rywalizację? Nie pasowało mi to i nie będzie pasować. Rywalizacja między nimi wywołuje tylko i wyłącznie kłótnie i nie chce, by jakaś z nich powstała w najbliższym czasie.
     - To co. - Zwróciłam na siebie wzrok siostry moim głosem. - Komu w drogę temu coś tam? - zaśmiałam się cicho, łapiąc dziewczynę za rękę, a ona na mój gest westchnęła głośno. Dziewczyna pozbierała do swojej torby jeszcze parę niezbędnych przedmiotów i ciuchów, po czym wyszliśmy w trójkę z mieszkania, a chwilę później już siedzieliśmy w drogim aucie ojca. Al, gdy je zobaczyła od środka, zrobiła wielkie oczy. No cóż, miałam taką samą reakcję, gdy zobaczyłam w nim telewizor i schowek z jedzeniem pod siedzeniem. Tam nawet była mała lodówka…
     - Widać, że sra tymi pieniędzmi - szepnęła mi do ucha, starając się jakoś wygodnie rozsiąść w pojeździe. W sumie za każdym razem mam tak samo. Nie potrafię się przyzwyczaić, że te siedzenia są takie miękkie i miłe w dotyku. Zupełnie inne niż w autobusach. Mimo wszystko spojrzałam na nią karcąco i odpowiedziałam na jej uwagę:
     - Nie gadajmy o pieniądzach, proszę. - Wiedziałam, że przez to może się rozwinąć kolejna kłótnia. Jak nie ja, to pieniądze. Jak nie pieniądze, to mama. Jak nie mama, to wezwanie do sądu, a jak nie wezwanie do sądu, to znowu ja. I tak w kółko, nieustannie, wręcz cały czas. Chciałam temu zapobiec i zdusić w nich od razu jakiekolwiek chęci na zaczepkę.
    Nie zajęło nam dużo czasu dojechanie pod jeden z większych i bogatszych apartamentowców, w którym mieszkał nasz ojciec. Sprawnie wyszliśmy z samochodu i pojechaliśmy windą na samą górę. Wchodząc do mieszkania, odruchowo rozejrzałam się po jego wnętrzu. Zdążyłam już przywyknąć do tego miejsca i powoli zaczynałam traktować jak mój drugi dom. Jednak mój jeden jedyny, prawdziwy dom będzie zawsze tam, gdzie Alt. Nie ważne czy to w jakimś bogatym domu, czy pod mostem. Pójdę za nią wszędzie, dosłownie.
    Nie myśląc zbyt dużo, rzuciłam miśka na kanapę i od razu się na nim położyłam. Chwilę później poczułam uginający się pode mną materac i spojrzałam do góry, otwierając oczy. Nie minęła dłuższa chwila, gdy przeczołgałam się do dziewczyny i ponownie wtuliłam stęskniona w jej ciało. Chwilę później usłyszałam wystukiwanie jakiegoś rytmu w drzwi, a zaraz później otworzenie je na oścież. Podniosłam wzrok w tamtym kierunku, a zaraz potem w moje ślady poszła Al, która ze zmarszczonymi brwiami razem ze mną śledziła wzrokiem mężczyznę mniej więcej w wieku naszego ojca. Szczerze, to pierwszy raz go na oczy widziałam.
     - Cholera! Kiedy ja tu byłem. Trochę się pozmieniało. Kolor ścian? Może więcej pleśni? Ta podłoga wydaje się niewypastowana. - Rozejrzał się wzrokiem dookoła, po czym skupił swoją uwagę na mnie. - Ale, skarbie, ciebie dawno nie widziałem! Ile masz lat?
     - Szesnaście. - Nie spuszczałam z niego wzroku, chciałam coś dodać, lecz ten od razu mi odpowiedział.
     - Naprawdę? Myślałem, że z pięć mniej - parsknął pod nosem, a ja korzystając z okazji, od razu zadałam nurtujące mnie pytanie.
     - A pan, kim jest?


< Jerk? >