Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kendall. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kendall. Pokaż wszystkie posty

6 paź 2018

Kendall oraz April odchodzą!

Z dniem dzisiejszym żegnamy April Lavender oraz Kendall Tatum Collins. Powodem jest decyzja autorki.

16 sie 2018

Od Kendall cd. Igora

        Ciemność.
        Jedyna rzecz, jaka towarzyszyła mi w tej chwili, która ciągnęła się w nieskończoność, nie pozwalając na powrót do rzeczywistości, na festiwal. Nieznane, wręcz dziwne uczucie przepełniało moje ciało, a ja czułam się niczym dmuchawiec. W każdej chwili ktoś mógł mnie pchnąć, a ja rozlecę się w kawałki. Tak właśnie było. Nie czułam się źle, wręcz przeciwnie. Do mojej świadomości docierał męski głos, pełny troski, czegoś, czego nie doświadczyłam jeszcze nigdy. Na pewno nie był tak wyraźny, jak jakikolwiek inny na co dzień. Słyszałam pojedyncze wyrazy, które oddzielało westchnienie — to dłuższe, to krótsze, niekiedy była to zwyczajna pauza, bez jakiejkolwiek reakcji. Igor, a przynajmniej tak mi się wydawało, próbował dotknąć mojej dłoni. Momentami wyczuwałam, jak jego palce są już blisko, próbują przekroczyć barierę, aby musnąć skórę. Gdyby nie mój stan, z chęcią bym go odtrąciła, robiąc przy tym wyrzuty. Z drugiej strony wydawało mi się to urocze. Nie znałam chłopaka zbyt długo, ba! Procesowi poznawania się towarzyszyły procenty w mojej krwi, co na ogół nie prowadzi do dobrych skutków. W jakiś sposób mi zaimponował, choć wiele nie pozostawało w mojej pamięci.
        Nie spodziewałam się, kiedy nadejdzie ten moment.
        Byłam gotowa, aby rozchylić powieki. Wzrok powędrował w stronę mężczyzny, który, na ten widok, omal nie spadł z krzesła. Mogło brzmieć to dość, głupio, sama się tego nie spodziewałam, aczkolwiek reakcja Igora była najmniej dziwna. Nie znał mnie, co docierało do mojej głowy coraz szybciej. Nie znał mnie, a przyjechał za mną do szpitala. Nie znał mnie, a siedział tu od początku. Ale to nie znaczy, że może grać większą rolę. Wezwana pielęgniarka rzuciła się na mnie z najróżniejszymi lekami, wołając trzy pozostałe, a także lekarkę w kwiecie wieku. Kobieta zerkała na mnie spod opadających na nos okularów, powoli mierząc wzrokiem również Igora. Na jej twarz wkradł się mały uśmiech, kiedy, podobnie jak ja, zauważyła wyraz twarzy siedzącego obok. Przymrużyłam oczy, gdy ta zbliżyła się do mnie, każąc głośno oddychać. Na jej prośbę, znajomy opuścił salę, a ja odetchnęłam z ulgą, czego skutkiem był cichy śmiech lekarki.
        Zdaniem osób zajmujących się mną, to jest pielęgniarek, ordynatorka powinna zostawić mnie na obserwacji najmniej cztery dni do przodu. Tej decyzją pozostały dwa, po których powinnam udać się z powrotem do domu. Na całe szczęście, tabletki podane mi ukradkiem nie wyrządziły większych szkód, dzięki czemu dalsze zabiegi nie były w żadnym stopniu konieczne. Wraz z rankiem, przywitał mnie wyraźnie zmęczony Priskiewitz, któremu owe zmęczenie najwidoczniej nie zawadzało w odwiedzeniu mnie, nieco mniej padniętej koleżanki. Pierwszym zdaniem, jakie padło, było "Jak się czujesz?". Nieco zabawne, jednakże rozumiem, że... sytuacja nie należała do tych, które przeżywał na co dzień. To znaczy... sama nie wiedziałam, co spotykało go w życiu codziennym, niezbyt mnie to interesowało, przynajmniej aktualnie. Usiadł na tym samym stołeczku, co wcześniej, przy czym wpatrywał się we mnie tak, jak robił to na festiwalu. Niekiedy zerkał niżej, co karcone było odchrząknięciem. Igorze, czy ty uważasz mnie za idiotkę? Dziewczynom nie imponuje spoglądanie prosto w piersi, niczym w obrazek. Najlepszą opcją byłoby przyczepienie sobie małej tabliczki z napisem "Oczy mam wyżej", albo "Załatw sobie własne", ale niestety, dla jednego gościa nie będę się fatygować, pewnie kiedyś mu się znudzi. Jeśli nie, trudno, będzie musiał pogodzić się z golfami, a także długimi, obwisłymi dresami, tak dla wszelkiej pewności. Wracając do wydarzeń, zaproponował przejście się do sklepu. Wskazałam na podłączoną kroplówkę, dodając, że to niemożliwe. Poprawił się, mówiąc o sobie. Czyżby chciał mi coś kupić?
        — Pójdę, to kilkanaście metrów od szpitala. Zaraz wracam. — Machnął ręką, zakładając czapkę na głowę. Skąd wziął kolejną? Mniejsza o to. — Nie ucieknij.
        No dobrze, z każdym jego słowem, te żarty stawały się mniej śmieszne, tym bardziej w tej chwili. Ale cóż, z doświadczenia wiem, że na dobry kawałek chłopaka trudno trafić, nawet na takiego do znajomości, a nie szybkiego numerku. Schemat friends with benefits nie uśmiechał się do mnie, nie przepadałam za znajomościami tego typu. Preferowałam związki polegające na miłości, przyjaźnie na zaufaniu, a znajomości na dobrej zabawie, w którą niewplątane są przyjemności fizyczne, w tym przypadku seks. Ten delikwent wyglądał na takiego, który woli jedną noc z jedną dziewczyną, kolejną z kolejną, tak, aby zabawić się w ten korzystniejszy sposób, aczkolwiek nie wplątywać się w nic większego. Mimo wszystko, nie znałam go. To, że sprawiał takie wrażenie, nie oznaczało, iż jest to stuprocentowa prawda, a, lekko mówiąc, złudzenie, które wpaja mi, o ironio, nieprawdziwą prawdę, tylko po to, aby odciągnąć moje myśli od jego osoby. Czyżby odzywał się zdrowy rozsądek, który trzymał mnie na bezpieczną odległość? Czułam, że nic złego mi nie zrobi, że różni się od stereotypowych raperów, dla których narkotyki i wręcz groźne występki należały do porządku dziennego, choć pewnie nie stronił od alkoholu, papierosów, które z łatwością wyczuwalne były w jego otoczeniu. Nigdy nie lubiłam fajek, próbowałam niejednokrotnie, raz nawet na dłużej, lecz... to nie jest to, co chciałabym czuć w ustach. To znaczy, bez zbędnych skojarzeń. Innym razem spróbowałam elektrycznych. Zrobiły na mnie nieco lepsze wrażenie, aczkolwiek w dalszym ciągu pozostawiały niesmak, jaki odciągał mnie od pomysłu powtórzenia tego.
        Kiedy Igor wrócił, w dłoni zaciskał uszy od plastikowej, białej torebki. Jej zawartość wysypał na szafkę obok.
        Do cholery, był faktycznie miły.
Igorze?
Wybacz, że liczba słów jest trzykrotnie mniejsza od twojej, ale chcesz odpis, to masz.

6 lip 2018

Od Kendall

        Mój wzrok powędrował w lewo, kiedy to niebieski samochód z impetem uderzył w motocykl. Przerażeni ludzie zaczęli zbiegać się dookoła, zaś ja obserwowałam całe zdarzenie z pobocza. Widziałam, że mężczyzna na motorze był w nie najlepszym stanie. Osobą prowadzącą czterokołowy pojazd była kobieta znana mi jedynie z widzenia. Na jej szczęście, nie ucierpiała. Podbiegła do leżącego na ziemi kierowcy jednośladowca, podirytowana zaczęła wyzywać go, powtarzając, iż jechał za szybko. Nieprawda. Zresztą, to on miał pierwszeństwo. "Wezwij policję, Hela!", "Karetkę, karetkę!", ludzie przekrzykiwali się nawzajem. Wykorzystałam okazję i zbliżyłam się do tłumu, a właściwie poszkodowanego. Obserwował.
        — Spokojnie, żyję. Nie ma potrzeby ściągania tutaj pogotowia, policji tym bardziej. — Uniósł do góry lewą rękę, a kobieta westchnęła z ulgą. No tak, policja.
        Spróbował wstać, nieudolnie, wylądował ponownie na ziemi. Podkradałam się coraz bliżej, aby chociażby przypatrzeć się mężczyźnie. Chciałam ocenić, czy faktycznie mówił prawdę, tak, tak, z pewnością. Kask obok, skórzana kurtka niedbale odrzucona, co się dziwić, wypadek wypadkiem. Podobały mi się jego długie włosy, idealnie pofalowane, na dodatek nieco ciemniejsze niż brąz. Chwila, czy ja go już gdzieś nie spotkałam?

dwa dni wcześniej...
        Buszując między sklepowymi regałami wyszukiwałam wzrokiem dość znaczącej części mojego śniadania, które tak na dobrą sprawę nadal nie powstało. Wykreowany w mojej głowie przepis na idealne musli z dodatkiem owoców zakończy się z pewnością w najlepszym przypadku przypaloną jajecznicą z odrobiną nieświeżej kiełbasy, a w tych gorszych dawno przejedzonymi kanapkami. Raz, jedyny w tym tygodniu chciałam zjeść coś innego, niż zapewniała mi prawie pusta lodówka, w której światełko znowu się zepsuło. Kiedy w końcu wyhaczyłam wzrokiem idealną paczkę musli, gęstowłosy, o ile takim określeniem mogłam go nazwać, zwinął mi ją sprzed nosa. Spojrzałam na niego wzrokiem definitywnie niezadowolonej dziewczynki, a na jego twarz wpełznął delikatny uśmiech, stopniowo zmieniający się w coraz weselszy. Prychnął, po czym wrzucił mi fioletowe pudełko w koszyk, śmiejąc się pod nosem. Przybiłam piątkę sama ze sobą, uśmiechnęłam się zwycięsko i odeszłam, w myślach dziękując Bogu za taki obrót sprawy. W końcu, niejedna osoba byłaby skłonna do oddania swojego śniadania nieznajomej, na dodatek oburzonej lasce z marketu.

teraźniejszość...
        Facet z supermarketu, no tak. Facet, który dał mi musli. Facet z gęstymi włosami. No dobra, był miły.
        Niecałe pół godziny po zajściu, do bruneta podbiegło dwóch mężczyzn, pomogło mu wstać, a także upewniło, czy aby na pewno wszystko będzie dobrze. Zapewniał, że tak, lecz mimo wszystko nikt nie chciał pozwolić na ponowną jazdę motocyklem. Gapie rozeszli się, pozostało nie więcej, niż czwórka ludzi, w tym ja. Jedna z dziewczyn zaproponowała pomoc w transporcie pojazdu, jako, iż niedaleko znajduje się jej ojciec, który jest w stanie zawieźć jednośladowca we wskazane miejsce. Mimo niechęci, dobroczyńca zgodził się. "A kto podwiezie jego?", zaciekawił się ktoś inny.
        — Ja. — Wysunęłam się nieco naprzód. — Mieszkam niedaleko, więc to nie problem.
        Wyraźnie zaskoczony odwrócił się w moją stronę. Skinął głową i podszedł do mnie bliżej, dając znak, abyśmy już szli.
        Droga nie była długa, dzięki czemu kilka minut później znaleźliśmy się przy moim mieszkaniu. Mruknęłam, aby pozostał tutaj, a ja skoczę po kluczyki do skutera. I w tym momencie jego zdziwieniu nie było granic. "Skutera? Skuter jest zbyt mały...", miałam ochotę odpyskować, żeby szedł na pieszo, skoro uważa mój pojazd za mały, co jednak przemilczałam.
        — Musimy już iść? — mruknął, przechodząc przez próg mieszkania. — Sebastian Laine.
        Przyjrzałam mu się spod przymrużonych oczu.
        — Kendall Collins, Kelly.

Sebastianie Laine?

8 cze 2018

Od Kendall

Zaśmiałam się w głos, kiedy nieszczupły Clliford stoczył się z drabiny, uderzając głową o podłogę. Alyssa zganiła mnie gniewnym wzrokiem, szeptając, iż sytuacja nie jest w żadnym stopniu zabawna. Opuściłam zniesmaczona wzrok, po czym skupiłam na niewielkim papierku po lodowych landrynkach, które codziennie ciumka Fred, powtarzając, że to "dla zdrowotności!". Doprawdy? Cukierki o smaku czegoś w rodzaju mięty połączonej ze smakowym lodem (czy coś takiego istnieje?) według mnie nie wpływają w jakikolwiek sposób na zdrowie, lecz co ja wiem. Jestem przecież młodsza, czym jest stały argument starego szefa. Zlustrowałam wzrokiem leżącą na ziemi postać, kształt męskiego ciała. Podniósł ociężałą głowę, mrucząc kilka mniej znaczących słów. Wraz ze współpracownicą wymieniłyśmy się rozbawionymi spojrzeniami, czego się nie spodziewałam. Zniżyłam głos, aby upodobnić go do tonu Fredricka (pana idioty).
— Nie, nie potrzebuję pomocy, sam sobie poradzę — przedrzeźniałam go, równocześnie kłapiąc dłonią. — Albo nie, połknę jeszcze siedemnaście cukierków, żeby drabina ugięła się pode mną.
Tym razem to Alys parsknęła szczerym śmiechem, przy czym ocierała niemałe oczy wskazującym palcem, aby pozbyć się kilku łez. Ten prychnął, gdy rozpromieniona podałam mu paczuszkę z "Lodi-Candy", która przepełniona po brzegi cukierkami szeleściła, jak i również kusiła spragnione podniebienie faceta z kruczoczarnymi tęczówkami. Wyciągnął potężne łapsko, żeby podkraść ulubiony smakołyk, lecz tym razem to ja cofnęłam rękę, jak zrobił to on przed moją ostatnią wypłatą. Opuściłam pomieszczenie, w którym temperatura atmosfery powoli przekraczała zdrowy limit. Alyssa Arfield z pewnością poradzi sobie z nim sama.
Spojrzałam na niewielką wizytówkę, dumnie prezentującą się na biurku, zaraz przy wejściu do studia. Sięgnęłam po nią ręką, przyjrzałam bliżej.

STUDIO FOTOGRAFICZNE
Avenley River, Neanay Street

F. A. Clliford - 139 xxx 336

Mimowolnie na moją twarz wpełzł niewinny uśmiech. Nie chciałam, aby ktokolwiek to zauważył. Na swój oryginalny sposób byłam dumna z sukcesu gburowatego szefa, studio rozwijało się, jak i wzbogacało o kolejnych klientów, kolejne polecenia przez tych, którzy skorzystali z naszej oferty. Gdyby on był choć trochę milszy, szłoby jak po maśle - lekko i przyjemnie. Niestety, z tego co mi wiadomo, charakterek odziedziczył po ojcu. Niejednokrotnie odwiedziła nas jego niespotykanie pełna energii mamusia, opowiadała historie, jak to mały Fredryś wylał na psa herbatę - i, choć była zimna, biedak wystraszył się i przez tydzień nie wychodził z budy, a szklanka stłukła. Albo, jak dzieciak biegał po domu w samej bieliźnie, powtarzając, że Kapitan Sik-Sik pędzi na ratunek bobasom. Przy kawie stwierdziłyśmy z Alyssą, że był pewnie uroczy. Aktualnie wyrósł na łysego kiedyś blondyna z czarnymi jak noc oczami, a w dodatku otyłego jak niejeden. Schowałam kilka karteczek, żeby na wieczór porozdawać je w parku przypadkowym osobom.
— Alison...
— Alyssa.
— Wiesz, że Alyssa to nie skrót od Alison? — przypomniałam. — Co ty na to, aby zawrzeć z kilkoma firmami i hotelami umowę, wiesz, nasze wizytówki na recepcji? Niegłupie, co?
Westchnęła.
— Kelly, nie możesz tak ingerować w to wszystko. Rób to, co do ciebie należy. I tak idzie dobrze, nie ma co. — Złapała mnie za ramię.
Porwałam kolejne sztuki wizytówek i spojrzałam na zegarek. Wskazał piętnastą. Kiedy usłyszałam "możesz już iść", opuściłam budynek. Zagwizdałam kilkukrotnie, jakbym wołała tego psa za znakiem. Jak na rozkaz - podszedł do mnie, wesoło machając długim ogonem. Wysoki, złoty pies wyglądał na mieszańca golden retrievera i jakiegoś mieszańca. Wydawał się przyjacielskim osobnikiem. I tak, osobnikiem, to z pewnością pies. Spoglądał na mnie bystrym wzrokiem brązowych oczu, sapiąc głośno. Uniosłam rękę, jego łapa wylądowała na mojej. Pogłaskałam go po łbie, był naprawdę uroczy. Mimo tego, nie mogłam rozpływać się nad nim cały czas. Podniosłam się z ziemi, poszłam dalej, starałam ignorować żałosne szczekanie samca.
Gdy doszłam pod blok, odwróciłam się w stronę towarzyszącego mi całą drogę zwierzaka.
— No mały, czego jeszcze chcesz? — Uśmiechnęłam się lekko.
Zaszczekał, jakby mnie rozumiał. Coś w środku było silniejsze niż ja, wpuściłam złotego do budynku.
Nowy przyjaciel dostał własną miskę, przypadkową plastikową z szafki. Wypełniłam ją mięsem i resztkami, które powinny wystarczyć mu przynajmniej na dwie-trzy godziny. Zdążyłam zauważyć, że należy do ułożonych. Czyżby miał właściciela? Uciekł? Na miejscu domniemanego właściciela założyłabym chociaż obrożę, nie mówiąc już o chipie. Chwilę głowiłam się nad tym, co ze znaleziskiem zrobić. Szczęście tkwiło w tym, że niedaleko znajdował się sklep z artykułami dla zwierząt, w którym często kupowałam czy to karmę dla Nela, czy zabawki. Przebiegłam przez pasy i wpadłam do pomieszczenia. Zgarnęłam z półki smycz, po czym podeszłam do kasy i jednego z tych piegowato-zakrostkowanych sprzedawców.
— Jeszcze szelki.
— Jakiej wielkości jest pies?
— Em... zaraz wrócę! — Pozostawiłam mu przyszły zakup.
Pędziłam z powrotem do mieszkania. Wzięłam pseudo-goldena do sklepu. Wybrał idealne szelki i przymocował smycz. Wydawał się miły. Zostawiłam na ladzie wizytówkę studia. Wybyłam z samcem na ulicę, kierując w stronę weterynarza. Co jak co, ale tylko on będzie wiedział, co zrobić z takim psem.
Maszerowaliśmy jak szaleni, a sam pies, ku memu zaskoczeniu, był naprawdę wytresowany i mądry.
— Jeju, jaki ty jesteś śliczny! — Szliśmy dalej, a ja mówiłam do zwierzęcia. — A jaki mądry, jaki cudny! No, no, to t...
Rozmowy z psem nie mogą skończyć się niczym innym, jak... zderzeniem. Z przypadkową osobą.
— Przepraszam... — wymruczałam do szatynki.
Zdezorientowana zaczęłam podnosić się z chodnika, gładziłam samca po grzbiecie.
— To twoje? — Podała mi kupkę wizytówek, jedną z nich trzymała w drugiej dłoni.
Złapałam je, uśmiechnęłam serdecznie i skinęłam głową.
— Kelly, Collins. Kendall Collins, tak na dobrą sprawę. — Podałam jej wolną rękę.
Odwzajemniła to, podając swoją.
— Selene Donelly.

Selenko?

6 cze 2018

Od Kendall cd. Alexaviera

— Z tego, co mi wiadome — zaczęłam. — Odwiedziny w celu oddania ukradzionego portfela to całkiem nieobca ci sytuacja. — Wzruszyłam z udawaną obojętnością ramionami. — Nie pytaj, skąd wiem, że wcale go nie znalazłeś, oddaj go i pozwól przegonić się spod moich drzwi.
Uśmiechnęłam się wrednie, w duchu. Nie mogłam sobie pozwolić na to, aby akurat on zauważył moją niepożądaną reakcję. Głupi, nieświadomy kundel myśli, że tak zwane wykiwanie mnie jest aż tak proste. Doprawdy? Wyciągnęłam rękę, żeby gestem wymusić na nim oddanie mojej własności.
— Prędko, nie mam całej nocy — pospieszyłam go, gdy ten wgapiał się to przed siebie, to w portfel. — Myślę, że ty również, ale kto wie. Pewnie i tak spędzisz ją tak, jak z pewnością spędzasz ją co dzień.
Idiotyczny wyraz twarzy goszczący na jego twarzy w tym momencie spowodował mimowolne zaśmianie się pod nosem, co właściwie wyglądało, a raczej brzmiało jak mruczenie. Westchnęłam równie cicho, przewracając ciemnymi oczami. Poirytowana, spróbowałam wyrwać mu skórzaną portmonetkę, co zakończyło się przewidywalną porażką. Ściskał go wystarczająco mocno, abym w żadnym wypadku nie mogła pozwolić sobie na mały "bunt" i zabranie mu co prawda mojej rzeczy. Cwany, nie powiem, że nie. Z miną naburmuszonej dziewięciolatki, podniosłam delikatnie rękę, po czym podniosłam ją na wysokość mniej więcej jego policzka. Uśmiechnęłam się, dotykając jej zewnętrzną stroną policzka chłopaka. Wyraźnie zdezorientowany, a także zniesmaczony przyglądał mi się chwilę. Czując, że to odpowiednia chwila, niespodziewanie dałam mu z liścia, zabierając przy tym portfel.
— Dobranoc, Carstairs. — Pomachałam mu niewinnie, zamykając drzwi przed nosem Alexa.
Cóż za niespodzianka, idiota zaniemówił, nareszcie. Zachichotałam pod nosem, przy czym osunęłam się po drzwiach na podłogę. Przekręciłam zamek. Rozsiadłam się na kanapie niedaleko, lecz po chwili zdałam sobie sprawę z tego, która jest już godzina. "I tak jutro masz wolne" —przemknęło mi przez głowę. Przyjrzałam się bliżej drzwiom prowadzącym do sypialni. Potem prześledziłam wzrokiem cały pokój. Mieszkanie wydawało się puste, kot leżał w rogu, pomiaukując i przewracając się na to lewy, to prawy bok. Mimo jego obecności, brakowało mi czegoś. Czego? Czyjejś obecności. To może dziwne, ale taka była prawda. Wolałam mieć kogoś przy sobie, niż samotnie spędzać dnie, cholera. Nie chodziło mi o żadnego faceta, no dobra, trochę chodziło, lecz w większym stopniu... tak naprawdę sama nie wiedziałam, czego dokładnie chciałam. Zasłoniłam rolety w salonie. Poszłam spać.
Właściwie nie poszłam. Nie zasypiałam. Głowa przepełniona różnymi myślami pękała od bólu niewiadomego pochodzenia. Paraliżował mnie, stopniowo rozpoczynając od czubka głowy, kark, dochodził do pleców, gdzie u ich dolnej części kończył wędrówkę. Na co dzień zignorowałabym go, ponieważ byłabym z pewnością zbyt zajęta na zajmowanie się takimi bzdurami, głównie ze względu na dość napięty grafik niektórych moich dni.
Pierw pomyślałam o mamie.
Ciekawe, co u niej, tam na górze. Przygląda mi się, czy może jest duchem przy tacie i rodzeństwie, a właściwie tylko Joshu i Laurze, którzy zostali przy nim. Jeśli była tutaj, z pewnością pukała się w głowę, widząc ukochaną córeczkę w wielkim mieście, w dodatku, gdy nie dawała sobie zbyt dobrze rady. Była złotą kobietą, gołębie serce, chęć niesienia pomocy. Cała ona, calusieńka. Tęskniłam za nią okropnie, choć nie minął rok od jej śmierci. Niezagojone rany na sercu dawały o sobie wyraźnie znać, kiedy wspomnienia powracały.
A tata?
Ciekawe, czy daje sobie radę. Kochał ją, i to bardzo, bardziej niż jakiekolwiek z nas. Może zaczął pić? Może pali? Może wciągnął się w hazard, do którego ciągnęło go jeszcze za życia małżonki? Mogę gdybać, lecz nic nie jest pewne.
Nathana i Noaha nie ma, prawda?
Ciekawe, czy ułożyli sobie życie. Czy mają żony, dzieci, czy mają dom. Wyprowadzili się raczej dawno, w ciągu tych lat powinni znaleźć sobie cokolwiek, kogokolwiek. Chciałabym, aby im się powiodło w życiu. A może wrócili z podkulonym ogonem?
Pamiętam, jak Josh podtrzymywał mnie na duchu.
Ciekawe, jak tam u jego chłopaka. Pamiętam, że opowiadał mi, jaki to nie jest cudowny. Właściwie mógł mieć rację, nie znałam go, aktualnie nie pamiętam nawet, jakie nosił imię. Rodzina nie wiedziała, że Jo jest gejem. Szanowałam jego decyzję.
Laura...
Ciekawe, co teraz robi. Zmieniła się? To również jest ciekawe. Ach, o ile pozostała w rodzinnym domu. W razie czego, wolę, aby ojciec miał towarzystwo, bo wpadnie w kłopoty. No tak, on wiecznie potrzebuje towarzystwa.
Może, może, może.
Nagle coś uderzyło o okno. Podniosłam się spanikowana, mając nadzieję, że był to zwykły gołąb. Głupi ptak, który roztrzaskał się o moje szyby. Albo nie, nie chcę trupa na parapecie.
Wyjrzałam przez okno.
Idiota.
Uderzył.
W okno.
Butelką.
Plastikową, do połowy pełną.
Swoją drogą, ciekawe, ile razy próbował trafić albo trafił w to niewłaściwe.

Alexavier?
Coś mi ten, nie.

29 maj 2018

Od Kendall cd. Mallory

Zmierzyłam wzrokiem podrapaną twarz dziewczyny. Zresztą, nie znałam nawet jej imienia.
— Dlaczego to cię tak zainteresowało? — wysyczałam, odwracając wzrok. — Moja sprawa, słonko.
Uśmiechnęłam się wrednie, wyraźnie dając jej do zrozumienia, że nawet jeśli, to nie takie jak ona. Sam wygląd nie świadczył o niej najlepiej, ale hej!, to ponoć liczy się najmniej. Mimo tego, laska nie była w stanie wydobyć ze mnie chociażby krzty jakiegokolwiek uczucia. Dziewczynki, czy lubię dziewczynki.
— Tak wyszło, że lubię i dziewczynki, i chłopców — zamrugałam uroczo. — A teraz wstań, jeśli twoje zmęczone po biegu nóżki nie odebrały ci sił.
Niespodziewane. Jej pewność siebie nie ucierpiała w żadnym stopniu, wręcz przeciwnie. Wzrosła.
— Jak sobie życzysz, Kendall. Następnym razem nie ciągnij mnie, bo mogę sobie pomyśleć, że chcesz... — urwała wpół zdania. — Czegoś więcej. — Zbliżyła się do mnie jeszcze bardziej, bliżej. Czułam jej oddech. To zaszło za daleko.
Ku mojemu zadowoleniu, podniosła się delikatnie, odciążając mnie przy okazji. Moje spojrzenie wędrowało wyżej, począwszy od stóp, stopniowo przez całe nogi, przechodząc następnie do talii. Z niej powędrowało na piersi nieznajomej, lecz szybko poleciało dalej, gdy zawstydzona tym przymknęłam na moment oczy. Zauważyła to? Najwidoczniej nie. Ocknęłam się, kiedy drzwi budynku uchyliły się. Chwilowo zastygłam w bezruchu, kiedy przestraszone serce mówiło "stój".
To tylko ona.
— Idziesz? — Wskazała na przejście.
— Idziesz.
Zebrałam się z zimnej podłogi, po czym otrzepałam dokładnie z każdej strony.
Mruknęła coś.
Coś jak... Madlory?
To jej imię?
Nieważne, niech to nie leży mi w głowie, aktualnie powinnam stąd iść, zostawiając tą całą Madlory czy jak ona tam ma. To mi się po prostu nie podobało, cała sytuacja nabrała dziwnego tempa, a ta pozbawiona grama niepewności bądź niewinności szatynka przekroczyła wyznaczoną przeze mnie granicę, którą kurwa wymyśliłam na poczekaniu, żeby mieć jakiś argument. Nawet jej nie znałam, cholera jasna.
— Ty, Madlory — zawołałam.
— Mallory — poprawiła mnie.
— Co tu się dzieje, kim ty jesteś, co tu robisz właściwie i... i... dobra, odpowiedz pierw na te trzy pierwsze pytania.
— Nagle stałaś się taka rozgadana — zauważyła, mówiąc z ironią. — Ciekawość, ach, ciekawość. Poza tym, wyobraź sobie, że ja również lubię dziewczynki.
Puściła mi oczko, skubana. Starałam się ignorować te znaczące gesty. Wyprzedziłam ją, lekko zdenerwowana stawiałam kroki, jeden za drugim. Nie mogłam się obrócić, właściwie... nie chciałam się obracać. Około metra sześćdziesiąt, najpewniej niecałe sto siedemdziesiąt centymetrów. Buty na koturnach, niezły pomysł, mademoiselle. Pełne, czerwono-różowe usta i ciemne oczy. I nie, nadal się nie odwracałam, po prostu zdążyłam to zapamiętać. Stawiała lekkie kroki, tak jak lekko podniosła się ze mnie. Pamiętam również, że jest niezwykle szczupła, waga zapewne pasowała do jej wzrostu, ewentualnie mogła być zbyt chuda. Nie należała do brzydkich, o nie, nie. Można uznać, że była w miarę urocza, ładna, jeden jeż. Miałam wrażenie, że patrzyła na mnie wzrokiem mówiącym "boisz się odwrócić w moją stronę?", co stresowało mnie kilkukrotnie bardziej.
— Gdzie mamy iść? — zapytałam, kiedy stanęłyśmy na rogu.
Zaśmiała się pod nosem, mrucząc przy tym kilka zbędnych słów. Szczerze mówiąc, nie usłyszałam ani jednego z nich. Głos również miała ciekawy, jakkolwiek to brzmi. Przymrużyłam oczy pod wpływem wiosennego słońca, po czym rozejrzałam dokładnie wokoło, w poszukiwaniu jakiegoś ciekawego miejsca. Choć mały sklepik za rogiem wydawał się być miłym miejscem, odrzucił mnie niepokój wiążący się z klimatem czy też samym wyglądem dzielnicy, w której aktualnie się znajdowałyśmy. Żadne z miejsc znajdujących się w moim polu widzenia w żadnym aspekcie nie nadawało się na te „idealne” miejsce do wspólnej przesiadki, wypicia kawy, herbaty czy innego napoju. Sama Madl… Mallory nie wyglądała na chętną do pogaduszek dziewczynę, więc z drugiej strony nie warto ją zamęczać czymś tego pokroju. Skręciłam w lewo, pomykając przy ścianie ledwo stojącego budynku niegdyś mieszkalnego, aktualnie z pewnością opuszczonego, tak mi się wydawało. Odwróciłam głowę w stronę idącej za mną nowopoznanej, wyraz twarzy szatynki był niezwykły, jakby miała zaraz roześmiać się w głos, z pozornie wiadomego powodu. I cholera, tak, był niezwykle wiadomy i widoczny. Ironio, uderzyłam głową w latarnię. Ciemność. Chwila, przez którą nie widziałam kompletnie nic wydawała się dłużyć i dłużyć, tak w nieskończoność. Cichy chichot (nadal uważam, że zaczęła śmiać się specjalnie) przebijał się przez inne hałasy, wskazując mi drogą, po przejściu której z pewnością wpadłabym na Mall. Owszem, będę używać również pseudonimu, a właściwie skrótu od jej imienia. Zaklęłam ponownie pod nosem, podnosząc się z zimnego chodnika i pocierając wnętrzem dłoni obolałą głowę, dokładnie czoło siniejące z każdą sekundą. Kiedy tylko „odzyskałam” wzrok, ponownie rozejrzałam się wokół siebie. Gdzie poszła Mallory. Ani śladu, byłyśmy zbyt daleko od jakiegokolwiek zakrętu, tę opcję wykluczałam, ale równie dobrze mogła najzwyczajniej w świecie uciec, powrócić do gonitwy czy ucieczki, jeden sens. Nie zamierzałam jej wołać, cóż, trudno, nie chciała się ze mną użerać, a więc nie ma co. Pokręciłam delikatnie głową, a następnie uśmiechnęłam sama do siebie. Sztucznie, do tego stopnia, że wewnętrzna Kelly miotała się na lewo i prawo. Laska wydawała się ciekawą osobą, ale wolała odejść, po prostu. Co się dziwić, nie znałam jej, rozmawiałyśmy zaledwie kilka minut.
— Główka już nie boli? — Zza ściany cukierni wychyliła się ciemna postać. — Już się przeraziłaś, że sobie poszłam?
Cho-le-ra jasna.
—Tak, promyczku mój. W środku byłam jak przerażona księżniczka w wieku przedszkolnego dzieciaka, jak za mamusią — prychnęłam, unosząc kąciki ust. — Niewiarygodne, jak wysoko podnosisz sobie samoocenę.
No dobrze, jej towarzystwo w mniejszym czy większym stopniu odpowiadało mi, ale błagam, nie przeraziłam się, a jedynie… zdziwiłam, tak zdziwiłam, że tak szybko mnie opuściła. Zamruczała, podobnie jak całkiem niedawno, wyrażając niemałe rozbawienie.
Złapałam ją za nadgarstek, automatycznie, odruchowo, nie chciałam i nie planowałam tego.
Mocno pociągnęłam ją za sobą, nie odzywałam się w ogóle, tylko biegłam. Nie wiedziałam gdzie, po prostu przed siebie, nie zwalniałam, ale i nie przyśpieszałam, utrzymywałam stałe tempo.
Minęło około dwudziestu minut, gdy dotarłyśmy na jedno z Avenley’owskich wzgórz, z których panorama miasta była idealnie widoczna, pomimo delikatnego powiewu wiatru. Jeziorko niedaleko było nieskazitelnie czyste, co dodawało punktów owemu miejscu. Czekałam, aż zada pytanie „Po co tu jesteśmy?”, lecz nic takiego się nie wydarzyło. Wpatrywała się w błękitne niebo, na nim kilka obłoczków mknęło przed siebie, jakby wyprawiły podniebny wyścig. O wiele piękniej było tu nocą, gdy błyszczące jasnym światłem gwiazdy towarzyszyły białemu rogalowi, innym razem księżycowi w pełni, jeszcze innym nadgryzionemu jabłku. Dzisiaj też nie było najgorzej, prawda?
Kiedy brązowa kaczka zanurzyła swój niewielki łebek w wodzie, do głowy przyszedł mi niby niemądry pomysł. Słońce przygrzewało niemiłosiernie, powodując zalanie niektórych falą potu (choć ja nie pociłam się wyjątkowo bardzo). Chwilę wahania przerwało zachęcające kwaknięcie kaczuszki, czyżby zauważyła? Skinęłam sama do siebie głową, spoglądając szybko na Mallory. Ściągnęłam koszulkę, zdjęłam buty, torebka skończyła na trawie, wśród niebieskich kwiatków. Pierw zamoczyłam nogę, aby przejść do następnej fazy — całkowitego zanurzenia.


Droga Mallory?
+20PD

17 maj 2018

Od Kendall cd. Alexaviera

Tak, kochanie, szczerz się dalej, przy czym udawaj zainteresowanego mną pedała. Nie, nie jestem homofobem, nic z tych rzeczy.
— Nie  — odparłam rozpromieniona. — Nie jestem idiotką ślepo zapatrzoną w takiego jak ty. Sukinsyn, nie dość, że pije i ćpa, do tego kradnie i pieprzy facetów na boku. Gratulacje, masz niezłe zajęcia na wieczory, takie jak te.
Bezcenna mina goszcząca na jego twarzy, godna zapamiętania. Nie wątpię w to, że niejedna już go tak spławiła, lecz on nadal głupi wierzył, że ochla ofiarę i okradnie, by przy następnym (najpewniej przypadkowym spotkaniu) udawać nieznajomego, taktyka była jasna. Nie zdążyłam go poznać, a mimo alkoholu bez problemu rozpoznałam plan działania, wzrok mówił zbyt wiele. Temu Pascalowi współczuję, biedak ma zbyt długi język, lecz z drugiej strony nie należał do najgorszych. Ale hej, co ma piernik do wiatraka? Nic.
Wracałam do bloku pod osłoną nocy, idąc coraz szybciej i szybciej, przy czym żywiłam nadzieją, że żaden zaciekawiony mężczyzna nie podąża za mną, aby później złapać mnie w pasie i zaciągnąć w ślepą ulicę. Nie ukrywam, bałam się przeokropnie. To zawsze było we mnie, strach, przed jeżdżącymi nocą samochodami, a w nich samotnych mężczyzn lub tych w grupie, kiedy zwolnił, puls podskoczył kilkukrotnie, nie dając zachować spokoju. Życie niejednokrotnie zmuszało mnie do wracania o tej porze, nie lubiłam tego. Tak było i teraz, światło małego poloneza oświetliło szarą ulicę, przy okazji oślepiając wszystkich wokoło. Tylko nikogo nie było, tak mi się wydawało od samego początku. Na pewno?
Otworzyłam lekko drzwi budynku, nosząc się z zamiarem wsunięcia przez szparę do środka.
Poczułam uścisk męskich dłoni na biodrach.
Powtarzałam sobie, żeby nie wracać późno.
Wróciłam.
Tak to się kończy, cholera jasna.
Wystraszona próbowałam wyrwać się z obcych rąk, szarpiąc na wszystkie strony. To było odruchowe, to przyszło mi do głowy jako pierwsze. Nie pomyślałam, że równie dobrze mogę podnieść nogę i uderzyć w jego kroczę szpilkiem, to było drugie. Wyrwywanie się nie zadziałało, na nic. Trzymał mocno. Wzięłam zamach nogą, podniosłam ją mocno do góry, oddając cios. Nie skończyłam na tym, mężczyzna jęknął, puszczając mnie jedną ręką. Złapałam za lewą, która trzymała mnie nadal, po czym wykręciłam mocno. Wylądowała na plecach. Zamruczałam coś pod nosem, równocześnie uderzając niedoszłego gwałciciela w głowę.
— Nie tak prędko. — Uniosłam triumfalnie głowę, kopiąc go po kostkach.
Ciekawe, czy i jego kostki są tak delikatne, jak większości. Och, tak, są, niespodzianka. Wyjęłam telefon, wybierając numer policyjny. Złożyłam dokładne zeznanie, podałam z dokładnością adres i z radością oczekiwałam na przyjazd glin. Pomyślałam, że dobrym pomysłem jest wyjęcie dokumentów z jego kieszeni, wystają, to widać. Przygwoździłam łysego do betonu, wysunęłam jego czarny portfel, na końcu zajrzałam do środka.
Benneth Thomilson. Lat 47.
Zachciało mu się zaczynać z laskami. Nie przewidział, że nie wszystkie są bezbronne i płaczliwe. Zresztą, znam osobę, która rozłożyla samowolnie nogi, nie wyrywała się, a w dodatku bez zastanowienia oznajmiła, że ma HIV i okres. Każda taktyka jest dobra, o ile skuteczna.
Dziesięć minut później zajechał niebieski wóz z syrenami, z niego wyszła dwójka mężczyzn w mundurach. Standardowo - wysłuchali mnie, zabrali faceta i odjechali, życząc miłej nocy.
Nie byłaby miła, gdyby udało mu się.
W ogóle nie mogła być miła.
Zatrzasnęłam się w łazience, ignorując żałosne pomiaukiwanie osamotnionego Nela. Niech rozmawia ze sobą. Rozebrałam się, następnie wskakując pod prysznic. Godzina spędzona w łazience, jeden z moich rekordów. O pierwszej wróciłam do sypialni. Zagarnęłam kota do siebie. Zasnęłam.

Alexavier?
Piszę to w autobusie, ok? Potem ogarnę błędy i poprawię, jak będę miała czas.

Od Kendall

— A więc... dopiero zaczynasz, tak? — zwróciłam się do nowej pracownicy tonem pozbawionym emocji. — Nie martw się, ja też jestem nawet świeża. Clifford kazał zapoznać cię ze studiem.
Oprowadzanie tej dziewczyny nie należało do najprzyjemniejszych rzeczy, a w dodatku sama nie znam budynku na tyle, aby opowiadać o nim niczym profesjonalny przewodnik, a za takiego najwyraźniej uważa mnie Fredrick. Mógł sam się za to zabrać, nie byłoby nieścisłości. Uśmiechnęłam się lekko, nie chciałam, żeby nowa była tak zestresowana, jaka jest aktualnie. Westchnięciem podsumowała cały mój monolog na temat wchodzenia do gabinetu szefa bez pukania, kolejna rzecz na liście pod tytułem "Czego nienawidzi Fredrick Albert Clliford".
 — Kochanie, jeśli masz zamiar zbywać mnie zwykłym wzdychaniem urażonej księżniczki, odpuśćmy sobie tę nędzną pogadankę i poproś Alyssę o opowiedzenie ci wszystkiego. Od A do Z, hm? — Wyraźnie zdenerwowana zwróciłam jej uwagę.
 Bezczelna.
 Cisza.
 A w dodatku niemowa.
 — Może porozmawiamy o pogodzie? — zaproponowałam ironicznie. — Alyss. — odwróciłam się do zajętej piłowaniem paznokci dziewczyny. — Weź ją, proszę. Nie mam siły, ani tym bardziej ochoty na dalszą rozmowę.
 Zamruczała.
 — Alysso, weź ją.
 Tym razem wstała, zagarniając ramieniem blondynkę. Odetchnęłam z ulgą. Gdyby nie to, że szlachetny Fred zostawił ją pod moją opieką, wybywając ze studia, wyszłabym z pracy pół godziny temu. Teraz to było możliwe, dlaczego nie skorzystać?
 Osiemnasta. Sześć godzin do północy.
 Zaśmiałam się pod nosem, kiedy do głowy przyszedł mi zadziwiający pomysł. Może to odpowiedni moment, aby zaszaleć, po raz pierwszy od... długiego czasu? Opcja ta wydawała się korzystna, nie mogłam się oprzeć.
 Potrzebowałam kilku dłuższych chwil, aby trafić kluczem w zamek, a następnie otworzyć go. Rzuciłam torbę na kanapę, wyjmując pierw telefon. Skoczyłam do sąsiedniego pokoju, inaczej mówiąc mojej sypialni. Poszukiwania odpowiedniej sukienki w stercie t-shirtów, spodni i innych bzdet nie uśmiechało się do mnie, podobnie jak nie uśmiechała się do mnie dzisiaj poznana współpracownica.
 Wpół do dwudziestej, w pełni przygotowana opuszczałam mieszkanie. Zapowiadała się ciekawa noc.
 Muzyka, pamiętam, że była głośna, dudniąca w uszach muzyka. Zresztą, jak w każdym klubie.
 — Do pełna! — Męski głos obok dotarł do moich uszu, właściciel był nawet przystojny.
 — Poproszę również. — Zza niego wychylił się drugi facet.
 Obserwowałam ich ruchy za każdym razem, jeden z nich sporadycznie zerknął w moją stronę, po czym szeptał na ucho drugiemu. Brzmiało to pewnie: "Tamta laska się gapi, idiotka". Prychnęłam pod nosem, prosząc rudego barmana o pierwszego drinka, słabego. Nie chciałam zaczynać ostro, nie piłam nic z procentami od dawna. Do moich rąk trafiła spora szklanka wypełniona po brzegi zielono-przeźroczystym płynem, wewnątrz topiła się limonka, na wierzchu pływały listki zamoczonej mięty, zaś dno zasypane było nierozpuszczonych cukrem. Wyglądało jak mohito, najpewniej mohitem było. Byłam pewna jednego, było nieziemsko dobre. Poprosiłam o kolejne, i kolejne, wpadając w wir, dopóki nie ruszyłam na zaludniony parkiet, ale wtedy to był mój najmniejszy problem. Wszyscy wokoło skakali i krzyczeli, bawiąc się świetnie. Mimo procentów obecnych w mojej krwi, nie czułam się najpewniej w towarzystwie nieznajomych mi osób. Ludzie byli w grupkach, to znajomi, to pary, to wszystko na raz (grupy przyjaciół, w tym para bądź dwie osoby w friendzone).
 Chciałam przejść dalej, na nieszczęście weszłam na jakiegoś chłopaka.
 — Odsuń się, idioto — mruknęłam niechętnie.
 Niech odejdzie, muszę iść dalej.
 — Odejdź w bok, gdziekolwiek. Idź do baru, przysięgam, że drinki są najlepsze.
 Pewnie to wiedział. Wyglądał na stałego bywalca, ciekawe po czym to poznałam.

Aleeex?
Tu też coś nie poszło.

Od Kendall

Pośpiech zdecydowanie był moim sprzymierzeńcem w walce z czasem, zresztą nierównej. "Gdy się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy", czy aby na pewno? Do ósmej brakowało kilku minut, a ja zwinnie wymijałam ludzi na dziurawym chodniku, co było niezwykłym utrudnieniem, pomijając to, że przeszło dwa razy to wskoczyłam w dziurę, to źle stąpnęłam. W takich niedawno nadwyrężona kostka dawała o sobie znać, zmuszając mnie do utykania na prawą nogę. Od studia dzieliło mnie półtora kilometra, co raczej nie zajmie mi tylko kilku minut. Wzdychając, kontynuowałam przedzieranie się przez tłum, obserwując zgiełk miasta. Mieszkanie w centrum mi nie służy, choć dotarcie w różne miejsca wydawało się na ogół proste, to był tylko mit. Przejście z parku do mojego mieszkania zajmowało niemniej niż dwadzieścia minut pieszo, skuterem nieco krócej, w niedzielę zaś nie warto było wychylać nosa zza ściany budynku. Dziś był piątek, choć uderzająco podobny do poprzednich dni, tak naprawdę inny, bo ostatni. Za to najbardziej pracowity. Swoją drogą, ciekawe co dziś zgotuje mi szef. Z pewnością kolejne zlecenie.
Zdyszana przekroczyłam próg studia Clifforda.
— Raczyłaś się zjawić — skwitował krótko Fredrick, biorąc kolejnego gryza grubszej od niego samego kanapki. Spojrzał na zegarek. — Ósma... siedemnaście. Coś ty robiła tyle czasu? Nie jesteś w stanie pojąć prostej rzeczy, to jest, że nie toleruję spóźniania się, a zdjęcia tego ślubu same się nie zrobią.
Ślubu?
— Ślubu? — powtórzyłam na głos pytanie, które zadałam sobie pierw w głowie. — Jest...
— Piątek — dokończył za mnie. — Sesja w plenerze, twoje zadanie. Zaczynasz o dwunastej, park kilka ulic stąd. To ważne, nie możesz zawalić.
Skinęłam głową, na znak zgody i zarazem obietnicy. Skoro według Freda miałam się postarać, musiałam to zrobić. Konsekwentny i pełny ambicji nie dałby mi kolejnej szansy, gdyby nowożeńcy nie byli zadowoleni ze zdjęć, to do przewidzenia. Każdy jego ruch był do przewidzenia, po trupach do celu. Czy go lubiłam? Nie, nie lubiłam. To też było do przewidzenia. Clifford jest tego świadomy, ale mimo wszystko nie myślałam o innej pracy. Gdyby nie on, lubiłabym to studio, wnętrze ma swój klimat, ładnie urządzone, sprzęt profesjonalny, nigdy nie narzekaliśmy na brak zleceń bądź pracy. Czułam się dobrze.
Dlaczego tak się denerwował, skoro dopiero na dwunastą przybyć miała para młoda, chcąca zrobić sobie plenerowe zdjęcia? Poprosiłam Alyssę o kubek gorącej kawy, bo chociaż nie piłam jej często, zmęczenie wzięło górę, zmuszając mnie do wypicia "małej czarnej". Nie zajęło mi to dużo czasu, przed dziesiątą byłam w pełni przygotowana do wyjścia. Nie, przeczekanie dwóch godzin nie uśmiechało się do mnie.
— Wolne? — szepnęłam, chowając się za ladą do Alyss.
Kiwnęła energicznie, odpowiadając, że szef poszedł do marketu niedaleko. Wyskoczyłam zza mebla, śmiejąc się w głos. Oświadczyłam koleżance, że wrócę wpół do dwunastej i poprosiłam, aby skłamała, wymyślając pierwszą lepszą wymówkę typu "Poszła do domu, bo zapomniała telefonu", co swoją drogą do najbezpieczniejszych wymówek nie należało, mógł mnie skarcić za słabą pamięć i wyjście z pracy. Trudno, nie miałam zamiaru kisić się w jednym pomieszczeniu tyle czasu. Moim celem stała się galeria handlowa, a w niej jedna z małych knajpek, należąca do ulubionych. Należało coś zjeść, mój żołądek był niemal pusty, wyłączając poranną kawę.
Podążałam wyuczoną na pamięć drogą, która prowadziła do owej galerii, kiedy moim oczom ukazała się czarnowłosa postać, ubrana w podarte ciuchy. Przemykała się za płotem, najwyraźniej licząc, że nikt jej nie zobaczy. Nie wyszło.
Niby dziewczyna jak dziewczyna, ale... przykuła mój wzrok. No to pobawimy się w stalkerkę.
Mknęła niczym strzała między uliczkami, przeskakując przez płoty i śmietniki, aby dostać się do kolejnego zaułku, ciemnego jak przeważająca część innych. Po długim biegu zatrzymała się, oddychając głęboko.
— Scena jak z filmów, przeskakująca rozmaite przeszkody laska, a za nią przypadkowa osoba, zaciekawiona, co zrobi dalej. — przeskoczyłam z nogi na nogę. — Collins, Kendall Collins.


Mallory?
Przepraszam, nie wyszło, ale grunt, że coś!

13 maj 2018

Kendall Tatum Collins


Na zdjęciu: Lucy Hale
Motto: Nie posiada takowego.
Imię: Jeśli spoglądając na zdjęcie ukazanej wyżej kobiety przez myśl przeszło wam pytanie typu "Ale jak ona może mieć na imię?", w tym podpunkcie poznacie ową tajemnicę. Zanim je usłyszycie, a właściwie przeczytacie, dodam, że to imię pasuje do płci pięknej, gdyż pasuje ono do obu płci. Powitajmy gorącymi oklaskami (chociaż obędzie się bez nich) Kendall. Ale, ale, nie tylko Kendall. Jaka jest historia imion? Od początku była Laura i Tatum, czyli siostra przedstawionej i sama ona. Ariana uparła się, aby najmłodsze dziecko nosiło imię bliskiej ciotki - Tatum. Uległy mąż zgodził się na żądania żony, nadając jej drugie imię. Kendall Tatum, czyż nie brzmi świetnie? Pseudonimy... Warto zauważyć, że dzieli się to na dwie kategorie, mianowicie - od imienia Kendall oraz od imienia Tatum. Pierw zabierzmy się za tą pierwszą, Kendall. Zbyt długie, co? Bez przesady. Mimo wszystko mam propozycję, nawet więcej niż jedną. Podobne w małym stopniu, lecz używane najczęściej, Kelly. Skąd? Nie wiadomo. Tak było od początku, a więc tak jest. Kendy (Kendi), choć nie brzmi najlepiej, tolerowane tak jak inne, typu Ken, Dall i różne takie.
Przejdźmy dalej - Tatum. Co przeszło przez myśl jako pierwsze? Tat, krótkie, trzy litery składają się na pierwszy skrót, którego używa, choć nie tak na co dzień. Tym częściej używanym jest Tate, uderzająco podobne do pierwszego, aczkolwiek według Tate o niebo lepsze, nie warto się spierać. Następne, Tatu, czyli kolejne, tym razem różniące się zaledwie jedną literą. Tatuś, Tatek, Tatumi, cytując samą dziewczynę, "litości".
Nazwisko: Nierzadko spotykane, pospolite, mianowicie Collins. Kendall Tatum Collins.
Wiek: Należy do młodych kobiet, na karku ma jedyne 19 lat, a już posiada pracę, własne mieszkanie i tym podobne, czym szczyci się niesamowicie, ponieważ jej młodsza o zaledwie pół minuty siostra nadal tkwi w rodzinnej wsi, zajmując się zwierzętami gospodarczymi.
Data urodzenia: 13.11
Płeć: O ile nie zdążyłeś, bądź zdążyłaś, zorientować się po przeczytaniu powyższych podpunktów, oświecę cię. Kobieta, panna Kendall, na co wskazuje "panna".
Miejsce zamieszkania: Trafiło jej się czteropokojowe(włącznie z łazienką) mieszkanie w samiuśkim centrum Avenley River. Wszystko utrzymane w kolorach biało-brązowych, dosyć duży salon, a w nim nieduży telewizor powieszony na ścianie, sofa w kolorze białym oraz dwa fotele, stojące naprzeciwko siebie, skierowane w stronę ściany, na której wisi sprzęt elektryczny. W kuchni wysepka, w której skryty jest piekarnik, a z drugiej strony krzesełka. Sypialnia nieduża, aczkolwiek bez problemu zmieściło się tam spore, dwuosobowe łóżko, biała szafa, biurko, lusterko oraz inne, mniejsze bądź większe meble albo bzdurki. Łazienka to najmniejsze pomieszczenie w i tak małym mieszkanku, a w niej prysznic, toaleta i umywalka, a nad nią lusterko.
Orientacja: Dziewiętnaście lat spędzone na zastanawianiu się, "jakiej jestem orientacji". No dobrze, może nieco mniej, nieco dużo mniej, gdyż około sześć. Całując się nie raz z chłopakiem, a następnie kilka razy z dziewczyną, śmiało stwierdza, że należy do osób biseksualnych.
Praca: Jest to dosyć skomplikowane, gdyż dziecięce marzenia zupełnie nie zgadzają się z marzeniami nastolatki, zaś te nastolatki zupełnie odbiegają od kierunku jej studiów, a właściwie braku studiów, gdyż najzwyczajniej na nie nie poszła. Z początku chciała zostać księżniczką, później baletnicą, następnie rezygnując z tańca przeszła na wokalistkę, jako nastolatka zaś pragnęła zająć posadę aktorki, jednak jej dykcja i brak umiejętności gry aktorskiej wykluczyło ją, a więc zaczęła szukać nowego zainteresowania. Zajęło jej to trochę czasu, aż w końcu odnalazła się jako fotografka, rozpoczynając od robienia zdjęć psu, następnie wiosce. Tak się pasja rozwinęła, została fotografką, póki co nieposiadającą własnego studia fotograficznego.
Charakter: Sam uśmieszek widoczny na jej drobnej twarzy wyraża wiele. Zacznijmy jednak od początku. Dosyć osobliwy pogląd na świat, z drugiej strony często spotykany. Dziewczyna doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że żyje się tylko raz (tak jak dziewięćdziesiąt pięć procent młodych ludzi), ale robi wszystko powoli, a dokładnie, jakby ignorowała czas, goniący i goniący. Realistka odznaczająca się trzeźwym myśleniem, które zanika pod wpływem procentów. Często zaskakuje charakterem, wydaje się spokojnym typem osoby, lecz po dogłębniejszym poznaniu pokazuje swoją prawdziwą osobowość, szalonej Kelly, nie lękającej się żadnego wyzwania. Może i podoba ci się ta opcja, ale jest jeden haczyk, pomyślisz zapewne "jak zwykle", owszem, i według Kendall wszędzie znajdzie się "ale" utrudniające wszystko. Z poznaniem nie jest do końca tak łatwo, otwiera się dopiero przy bliskich jej sercu osobach, nie rozżala się na lewo i prawo, wręcz przeciwnie, większość emocji tłumi w sobie, nie dając nic po sobie poznać, ukrywanie uczuć przychodzi jej łatwo, tylko nie tych głębszych, czyli miłości. Nietrudno rozpoznać kto jej się podoba, a jeszcze prościej czy w ogóle ktoś jej się podoba. Wtedy jest niezwykle rozkojarzona, zapomina o świecie, o otaczających ją ludziach i skupia się na tej osobie, a jeśli jest w tym towarzystwie, odwraca wzrok, gdy ta bądź ten spojrzy tylko na nią, po czym rumieni, wstydząc się niesamowicie. Tylko w takich chwilach zapomina o całej pewności siebie, każdy inny moment wzbogacony jest o obowiązkową dawkę śmiechu i żartów, ale i najczęściej zbędnych, negatywnych komentarzy na temat jednego z zebranych, od tego nie można się uchronić. Nie znaczy to, że należy do osób czepiających się o bzdetę, pierdołę, taki jest jej charakter, według niektórych nazywa się to chamstwem. Ironia i sarkazm, to również jest ważne i należy to tutaj wymienić. Powyższe dwa słowa opisują sporą część osobowości wykształcanej w Kelly od dziecka, za sprawą braci, z których wedle słów matki brać przykładu nie powinna, co było utrudnione, gdyż w dodatku Laura stawała się małą kopią Noaha i Natana. Młodszy, Josh, pokazał jej, że to nie wszystko i nie naprawi niczego, co zostało zniszczone przez wszechogarniające ludzi zło, wyrządzone słabszym. Udowodnił, że to oni potrzebują jej pomocy, tak narodził się w niej zalążek empatii, nauczyła się współczucia, już nie mijała skrzywdzonego psa, chorego człowieka, i tak zostało do dziś. Nieraz usłyszysz od niej niemiłe słowo, gdy jesteś jej niezbyt znany, przy przyjaciołach to zamienia się w słowotok, krytyka na niższym poziomie, przy nieznanych próbuje okazać choć trochę kultury. Nie myśl, że cię nie lubi, zachowaj przede wszystkim spokój i nie broń się atakiem, a wyjaśnij. Swoją drogą warto dodać, że rzadko kiedy przyznaje się do popełnionego błędu, wykręcając na wszelkie sposoby, ale gdy to ty się pomylisz, bez zbędnego czekania wykrzyczy ci w twarz słowa "A nie mówiłam?", śmiejąc się przy tym wrednie. Powróćmy na moment do kwestii miłosnych. W przeciwieństwie do rozwijania znajomości, zakochuje się zdecydowanie zbyt szybko, wystawiając serce na próbę, ponieważ spotyka się ono z odrzuceniem w prawie większości sytuacji, a najzabawniejsze jest to, że niemal zawsze sympatia dowiadywała się o uczuciach Tate od osób trzecich, wiedzących o nich doskonale od samej dziewczyny, mówiąc przypadkiem lub specjalnie, nie złośliwie, do tego przekonuje ich myśl, że robią to dla dobra przyjaciółki. Niestety, odkochuje się długo, długo, jeśli zależało jej na danej osobie i uczucie, którym darzyła drugą osobę było na tyle silne, aby dać wciągnąć się w związek. Zawiedzenie się, złość na siebie, że dała się znów pokusić i zakochać, smutek, dzięki któremu jest w stanie płakać w poduszkę kilka godzin, ukrywając to przed każdym pytającym, co się stało z jej makijażem, bo rzecz jasna zapomniała go poprawić, wychodząc na miasto czy otwierając drzwi znajomej, zmartwionej losem Kendall. Gdy już wspomniałam o pamięci, niesamowicie krótka i niedobrze zbudowana, działająca na zasadzie: zapamiętam rzeczy nieważne, ale te kluczowe wypadną mi z głowy po kilku dniach. Staje się to denerwujące i zawadzające, gdy mówisz do niej, a ona przytakuje jedynie, nie wiedząc nawet o czym mówisz, najzwyczajniej zapomniała. Inni sądzą o niej różne rzeczy, od wariatki, przez pozytywną osobę z cząstką wrednej dziewczyny, kolejni mogą uznać ją za spokojną duszę towarzystwa, zdania niezwykle podzielone. Gdy przywiąże się do kogoś, może być trudno z zostawieniem jej, na wszelkich przyjaźniach zależy jej jak na niczym innym, a stratę przeżywa przeokropnie.
Sumując powyższy tekst, mówiąc w skrócie, mamy do czynienia z zapominalską wariatką, patrzącą na życie z przymrużeniem oka, kochającą po grobową deskę z nutą ironii w głosie, a także sposobie bycia. A ty? Co o niej sądzisz?
Hobby: Oczywiście fotografia, która stała się częścią jej życia. Poza tym w wolnych chwilach maluje bądź rysuje, niekiedy inspiruje się swoimi zdjęciami.
Aparycja|
- wzrost: Należy do grupy kobiet, które w szpilkach są wyższe od swoich partnerów (chociaż takowego kobieta nie posiada, jednak gdyby miała, a on byłby wysoki na załóżmy metr dziewięćdziesiąt byłaby). Pełne metr osiemdziesiąt pięć, oczywiście bez butów.
- waga: Wskaźnik BMI twierdzi, iż ma niedowagę, chociaż po Kelly tego nie widać. Waga przy jej wzroście powinna wahać się między 63 a 86 kilogramów, jednak ona waży nieco mniej. Wskazuje jednak okrągłe 60 kilogramów.
- opis wyglądu: Ten uśmiech, choć niewidoczny na zdjęciu, rozpoznawalny, często szczery, a zęby białe jak śnieg, ten czysty śnieg. Oczy? Duże, brązowe, głębokie spojrzenie, nadzwyczajnie długie rzęsy. Skoro jesteśmy już przy twarzy urokliwej Kell, różowe usta bez szminki, jeśli z, to tylko z jej ulubioną, ciemno-różową. Włosy sombre, z brązu w ciemniejszy blond, delikatnie falowane, rankiem nie wyglądają najlepiej, gdyż całe potargane i powywijane we wszystkie strony. Niemal w ogóle ich nie wiąże. Przechodząc dalej, czyli figura i podobne. Szczupła posiadaczka długich, zgrabnych nóg. Ostatnia kwestia, czyli jej styl. W jej szafie królują ubrania koloru czarnego oraz białego, często znajdziemy ciemną czerwień czy brudny róż, najczęściej są to grube, krótsze bluzy z sznureczkami, przepada za nimi, podobnie jak za koszulami. Na lewej ręce nosi czarny zegarek.
- pozostałe informacje: Nic specjalnego, poza naszyjnikiem, który zyskała od matki, złoty łańcuszek z zawieszką w kształcie małego serduszko, a na nim wygrawerowane imię dziewczyny w skróconej wersji, Kelly. Kendall nosi go cały czas, nie zdejmuje go nawet na noc.
- głos: Anne-Marie
Historia: Była Ariana, był Philip, niezwykle normalna rodzina, taka jak każda inna na wsi, którą zamieszkiwali Johansonowie. Pierw dwójka dzieciaków, potem kolejna sztuka, aż do drugiej parki, tym razem bliźniaczek, jak powiem niżej, w tym Kendall. Wszystko było idealne, dzieciaki rosły, chociaż czasem nieposłuszne, zawsze kochane. Kelly, aniołek numer dwa zajęty swoimi bardzo poważnymi sprawami laleczek i innych zabawek, ale także poświęcony nowej pasji, bo dlaczego miałaby nie spróbować baletu? Ano spróbowała, tak minęło... pół roku? Najpewniej. Siedmioletnia szukała nowego zajęcia, tym razem padło na śpiewanie. I tutaj proste - umiesz śpiewać albo nie, jak nie to wypadasz i koniec. I tak było z Ken, niestety nie udało jej się zakwalifikować choćby do ćwierćfinału, więc na tym się skończyło. Potem próbowała z teatrem, ale też nici. Straciła nadzieje na cokolwiek, lecz... pojawiło się to coś, czym był pierwszy profesjonalny aparat. Odbiegając od jej zajęć, dlaczego wyjechała? Nie było specjalnego powodu, po prostu chciała odciąć się od rodziny i żyć na własny rachunek. Niedługo przed wyjazdem choroba Ariany rozwinęła się na tyle, że zostały jej ostatnie dni życia. Córka poczekała, chciała być przy matce do końca. Wręczyła jej łańcuszek, który nosi do dziś. Wtedy mogła wyjechać, choć było jej ciężko, ale czerwony skuter i Nel zawsze poprawiali jej humor.
Rodzina: Rodząc się, w pakiecie uzyskała dosyć pokaźną rodzinę składającą się z między innymi rodziców, kilkoro braci, siostry, dwóch babć, również dwóch dziadków i całej gromady wujostwa, a wraz z nimi kuzynostwa. Ariana, szatynka o zielonych oczach, którą udało się zdobyć Philipowi, następnie poślubić. A jak wyszło? Dzieciaki, sporo dzieciaków. Pierwsza ciąża przyniosła dwójkę braci, Noah i Natana. Chociaż teraz są już dawno pełnoletni, wtedy nazywani byli diabełkami, łobuziakami. Trzecim dzieckiem, choć z drugiej ciąży, był Josh, zupełne przeciwieństwo starszych bliźniaków, istny aniołek. Żadne z nich nie chciało rodzeństwa, tym bardziej dziewczynek, jednak gdy Ariana z dosyć dużym brzuchem oznajmiła dzieciom, że niedługo na świat przyjdą ich dwie siostrzyczki, Natan niemalże zemdlał, Noah panikował, zaś mały Josh przykleił do brzucha mamusi i zaczął gadać do niego, a właściwie siostrzyczek. Minęły cztery miesiące, na świat przychodzą Laura i Kendall. Każdy dobrze wiedział, że starszy o cztery lata Natan z całego serca nie lubił ostatniej Tate. Uwierzcie na słowo, pewnego dnia odjechał z wózkiem, w którym leżała mała Tat, chciał się jej pozbyć. Laura była ulubienicą i taty, i braci, typowa chłopczyca. Kelly miała bardzo dobry kontakt z mamą, czego zazdrościła siostra, choć utrzymywała, że nie lubi czułości i miłości. Podsumowanie? Dwójka rodziców i piątka dzieci, w tym aż trójka chłopców równa się zamieszanie, krzyk, hałas i zabawki w całym domu.
Partner: W przedszkolu była ich trójka, nawet nikt nie pamięta ich imion, w szkole zakochany po uszy Gacek... nie, on miał na imię chyba Gustaw, ale to było dawno. Dopiero szkoła średnia przyniosła prawdziwy związek już dojrzałych ludzi, zakochanych w sobie. Erick, pierwsza miłość, która kwitła przez cztery lata związku, jednak gdy przyszedł koniec szkoły, koniec Kerick nastąpił także. Teraz jest sama i raczej nie zamierza tego zmieniać.
Potomstwo: Nie miała do czynienia z dziećmi młodszymi od siebie o znaczą liczbę lat, to jest... nigdy nie zajmowała się nimi, więc nie wie jak się do tego zabrać. Nie jest matką, nie adoptuje dzieci i nic takiego w planach nie ma.
Ciekawostki:
↳ Kiedyś paliła, jednak rzuciła nałóg pod wpływem chłopaka.
↳ Jej ulubionym gatunkiem muzyki jest hip hop, rap, a także pop, nie przepada za metalem.
↳ Miała anemię.
↳ Nie lubi warzyw, najbardziej pomidora i papryki.
↳ W kwestii jedzeń jest naprawdę wybredna, je dużo, ale tylko rzeczy, które lubi.
↳ Wierzy w Boga, jest chrześcijanką, aczkolwiek nie uczęszcza zbytnio na msze.
↳ Opanowała język angielski i zaczyna z hiszpańskim, nie zdziw się jednak, gdy pomyli słowa, początki.
Zwierzęta: Widzisz tę szarą kulkę w kącie? To Nel, roczny kot Kend. I nie, teraz się od niego nie uwolnisz. Pogłaskałeś go, patrz jak się czai, chce na ciebie skoczyć i się pobawić. Albo wytulić, tego nie rozpoznasz. Uwaga, gdy uśnie ci na kolanach, nie ma zmiłuj, albo go przekładasz na kanapę albo siedzisz nieruchomo i drapiesz delikatnie Nela za uchem.
Pojazd: Gdyby nie to, że łaskawy Josh podarował jej swój jedyny pojazd, najpewniej chodziłaby pieszo. I nie, nie jest to samochód, nie jest to motor, a skuter, co prawda delikatnie wyremontowany, ale nadal jest to skuter. Właściwie zawsze był to skuter, tyle że czarny.
PD: 150
Kontakt: Malavia [Howrse] | Tilesty [DoggiGame] | zuzaaa1311@gmail.com [mail] | Facebooka podaję prywatnie