Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ken. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ken. Pokaż wszystkie posty

12 mar 2020

Odejście

Żegnamy Koyori, Amy i Kena!

25 sty 2020

Od Kena C.D Siheon

Jezu, jakie to wszystko stało się porąbane.
Okazało się, że na „imprezę” przedostał się jeden z niechcianych typów, Siheon albo znał prawdziwe imię Mii, ale tą coś jebnęło i podała mu swoją skróconą formę i czemu kur*a śpię z nim w jednym pokoju.
Aaaaaa mam dość.
Jednak Siheonowi należą się jakieś wyjaśnienia. Westchnąłem, kładąc się na ziemi. Miałem obolałe mięśnie, ale zignorowałem to. Zacząłem opowiadać.

21 sty 2020

Od Kena C.D Siheon

Zdziwiłem się, gdy rano, odpoczywając w łóżko po meczu i zajmując się pieszczotami Nutelli, dostałem wiadomość od siostry. To nic, ona napisała, że zaprasza mnie do siebie na imprezę. Znając ją, to po prostu było mieszkanie kogoś innego, które postanowiła wynająć, aby urządzić tą „imprezę”. Podejrzewałem, że to nawet nie wszystko, co Mia zaplanowała.
No ale nie miałem serca jej odmówić, więc musiałem iść. Ubrałem więc jakąś „lepszą” bluzę, zwykłe dżinsy, nawet wyczyściłem okulary i uczesałem włosy. Tak się wystroiłem.
A następnie wybyłem z domu, zostawiając Ellę w rękach Sky.

22 gru 2019

Od Kena C.D Brianne

Trochę się o nią martwiłem. Przez resztę próby, a także na treningu byłem tylko w połowie skupiony i trudno było sprawić, żebym przeniósł się na inne zajęcie. Przez to prawie wywróciłem kosz z piłkami do siatkówki, a moi koledzy z drużyny właśnie ćwiczyli bloki. Gdyby któraś z piłek przeturlała się do nich, mogłoby to się skończyć kontuzją któregoś z nich. A tego akurat chyba każdy wolałby uniknąć. W pewnym momencie nawet trener zwrócił mi uwagę i kazał usiąść na ławce, aby odpocząć. Choć tak naprawdę wcale nie byłem zmęczony.
W środku czułem się źle z tym, że pozwoliłem Brianne wrócić samej do domu z gorączką i spuchniętym nadgarstkiem. Gdzie to moje dżentelmeńskie zachowanie?
- Ken! Ziemia do Kena! No, Ken!
Czyjś głos wyrwał mnie z zamyśleń. Odwróciłem się do Benjamina, pragnącego mojej chwilowej uwagi. Podparł się rękami na biodrach. Oczywiście był bez koszulki. Po jego wytrenowanym brzuchu spływały jeszcze kropelki wody po prysznicu, który pewnie wziął kilka chwil wcześniej.
- Ken, od paru minut stoisz i gapisz się w swoją szafkę. Wszystko gra? - zapytał. Zdezorientowany spojrzałem na ubranie do treningu, którego jeszcze nie ściągnąłem. O wzięciu prysznica nie wspominając.
Naprawdę stałem kilka minut bez ruchu?
Delikatnie się uśmiechnąłem do libero.
- Nic się nie stało – odpowiedziałem tylko, zgarnąłem swoje rzeczy i poszedłem się umyć. Może zimna woda mnie chociaż otrzeźwi?
~*~
Dostałem polecenie „służbowe” od pana Franca i pani Vibes, żeby następnego dnia, na drugą już próbę, przyjść pół godziny przed wszystkimi, aby Brianne mogła poćwiczyć swój taniec. A przy okazji nadrobić zaległości z dnia poprzedniego, których się nabawiła przez omdlenie.
Zostałem więc niańką.
Trzeci raz w swoim dziewiętnastoletnim życiu.
A więc czekałem pod drzwiami do sali nawet czterdzieści minut szybciej. W dłoni trzymałem klucze, a także nadzieję, że piegowata baletnica za chwilkę się pojawi w teatrze i zaczniemy. Jednak jeśli ma gorączkę, to na jej miejscu odpuściłbym sobie dla dobra zdrowia.
W końcu przyszła. Lekko zdyszana i minutę przed czasem. Nie jest źle.
- Hej – powiedziałem do niej, odbijając się od ściany za sobą. Odpowiedziała mi tym samym, a ja otworzyłem kluczem salę treningową. Zdjąłem z ramienia swoją zwykłą torbę, którą miałem na co dzień i rzuciłem nią w stronę sceny. Wylądowała zaraz przed schodkami. Miałem w niej tę samą maść, co wczoraj, gdyby Brianne jej potrzebowała.
Odwróciłem się na pięcie do tancerki, która zamykała drzwi.
- Wczoraj pominęli kwestię twoją i tamtej drugiej dziewczyny i skupili się na czymś innym – powiedziałem do niej, robiąc kilka kroków w tył, żeby usiąść na scenie. - Ja swoje zdania pamiętam, więc został tylko twój taniec. Jak się czujesz? Ale mów szczerze.

Brianne?

23 lis 2019

Od Kena C.D Brianne

Mimo że dziewczyna z wczoraj szukała sali w teatrze, to nie do końca przeczuwałem, że jeszcze się spotkamy. No i nie wiedziałem, że tańczyła w balecie. Nie widziałem jej tańczącej w spódnicy nawet z cieniami pod oczami. Wyglądały dosyć paskudnie. Mogłem mieć tylko nadzieje, że nic się jej nie stanie i nagle nie postanowi zemdleć na próbie.
Kiedy dostrzegłem, że nieznajoma przypatruje się mojemu zdziwieniu, delikatnie się do niej uśmiechnąłem. Jednak ona wtedy odwróciła wzrok i zajęła się wiązaniem swoich butów. Nawet nie wiem, jak to fachowo się nazywa.
Skupiłem się na swoich kwestiach w scenariuszu, już wczoraj pozaznaczanych przeze mnie jaskrawo zielonym markerem. Długopisem miałem jeszcze notatki typu „Głęboki ukłon”, „Zdziwienie na twarzy” czy inne rzeczy.

11 lis 2019

Od Kena C.D Brianne

Gdzie on był? To nie w jego stylu tak się spóźniać na próbę w teatrze. Znowu spojrzałem na zegarek, chcąc się upewnić, która godzina i ile już czekam. Dziesięć minut, może mało, ale nie miałem dzisiaj humoru na nic. Dosłownie, na nic.
Na kogo czekałem? Na Kazuomiego, mojego „kumpla” z teatru. Trzymaliśmy się razem i tak dalej… No i przeważnie przypominałem mu o próbach, żeby nie zapominał. Jednak teraz sam nie wiedziałem, czy zapomniał, mimo że do niego pisałem, o której ma być, czy może coś mu się po drodze stało.
Westchnąłem tylko, przymykając na chwilę oczy. Nie czuję się najlepiej, chyba bierze mnie migrena. Wtem usłyszałem czyjeś kroki. Z nadzieją, że to Kazuomi, otworzyłem oczy, jednak zamiast mężczyzny ujrzałem kobietę. Niską, z włosami ni to blond, ni to brąz. Za to miała piegi na całej twarzy. Wydawało się, jakby czegoś szukała. Numeru sali? Chyba mnie zauważyła, zaczęła iść w moją stronę.
– Hej, przepraszam, że przeszkadzam, ale wiesz może gdzie jest sala 81B? – zapytała, odgarniając włosy z twarzy. „Przeszkadzam” w niby czym? Staniu i czekaniu? Poza tym…
- Sala 81B jest zaraz obok wejścia do teatru, wbrew pozorom… - odpowiedziałem, przecierając oczy dłońmi. Jak można tego nie zauważyć?
- N-naprawdę? - wybąkała. Zerknąłem na drzwi naprzeciwko naszej dwójki z widniejącym numerem 309. Daleko zawędrowała, nie powiem.
- Naprawdę – dodałem, delikatnie się uśmiechając. Dostrzegłem u dziewczyny sińce pod oczami. - Ciężka noc? - wypaliłem, nim zdążyłem pomyśleć. Nieznajoma, wcześniej odwrócona do mnie plecami, jakby się rozglądała, znowu przeniosła na wzrok na moją postać. Wydawała się zbita z tropu, jakby nie wiedziała, o co mi chodzi. Wskazałem tylko palcem pod oko, co chyba zrozumiała. Odwróciła się ode mnie, wbijając oczy w podłogę.
- Powiedzmy… - odpowiedziała. Wow, ale jestem dzisiaj subtelnym człowiekiem. I takim delikatnym. A dzień dopiero, co się zaczął.
- Zaprowadzić cię do tamtej sali czy trafisz sama? - zapytałem. W mojej głowie brzmiało to delikatniej i subtelniej, ale jak powiedziałem to na głos… mam nadzieję, że nie wypadłem jako wredny człowiek. To nie był mój zamiar, przysięgam.
- Chyba będę potrzebowała pomocy… - odpowiedziała. I nie wyczułem w jej głosie podirytowanej nuty. Mam nadzieję, że to dobrze.
- To chodź – rzuciłem, ruszając spod filara. Jeśli podczas mojej nieobecności zastanę tu Kazuomiego, to go nie uduszę, na razie. Na razie.
Po jakiś dziesięciu minutach doszliśmy pod szukaną przez dziewczynę salę. Zauważyłem ulgę na jej twarzy. Wtem do teatru ktoś wszedł. Kazuomi! Kiedy mnie dostrzegł, stanął w miejscu i głupio się do mnie uśmiechnął.
- Ken! - zawołał, ruszając z miejsca i wyciągając dłoń w górę na przywitanie. Założyłem dłonie na torsie, przyglądając mu się z góry.
- Gdzie byłeś?
- Spóźniłem się na autobus… - odpowiedział. Odburknąłem mu tylko „Mhm”, po czym ponownie zwróciłem się do dziewczyny.
- Powodzenia – uśmiechnąłem się do niej, odwróciłem i ruszyłem z powrotem do miejsca, gdzie wcześniej czekałem na Kazuomiego.

~*~

- Moi drodzy, proszę o ciszę i o uwagę! - wśród rozmów rozległ się głos pana Franca, naszego „reżysera”. Wszyscy umilkli i zwrócili na niego uwagę.
- Ostatnio wpadłem na pomysł z panią Vibes, tą od baletu, żeby wystawić sztukę właśnie z baletem w tle. Dzisiaj dostaniecie scenariusze, a od jutra próby. Przygotujcie się, to nie będzie takie łatwe, jakbyście myśleli!

Brianne? Wiem, słabe cx

13 wrz 2019

Od Kena C.D Lucy

Zgadza się? Ona się zgadza?! O mój boże, tak! Na mojej twarzy od razu pojawił się szeroki uśmiech, głównie z ulgi. Nim się spostrzegłem, to mocno obejmowałem Lucy, niemal ją dusząc.
- Tak! Dzięki, ratujesz mi życie! - wyrzuciłem, jeszcze mocniej ją obejmując.
- K-ken… D-dusisz… - usłyszałem jej szept. Od razu się opanowałem, puszczając ją.

24 sie 2019

Od Kena C.D Lucy

Zaśmiałem się cicho, poprawiając okulary na nosie.
- Lucy, nie że coś, ale przypominam ci, że jest już po drugiej w nocy – odpowiedziałem na jej zaproszenie do siebie, które z kolei mnie zaskoczyło. - Poza tym zostawiłem psa na połowę dnia w domu, pewnie za mną tęskni. Ciężko znosi mój brak – dodałem. To był w sumie główny powód, dla którego chciałem jeszcze wracać do domu. Nutella.
- A, okey. No dobra – odpowiedziała. Próbowała chyba wypaść obojętnie, ale w jej oczach dostrzegłem nutę zawstydzenia.
- Może chcesz ją poznać? - wypaliłem bez namysłu. Po raz kolejny dzisiaj. Dziewczyna tylko się zdziwiła. - Mojego psa. To cocker spaniel, ma na imię Nutella. Masz jutro wolne przedpołudnie? - zapytałem.
- No mam…
- No to spotkamy się o… jedenastej trzydzieści w parku w centrum, co? Możemy również wpaść na kawę, czy herbatę… Co ty na to? - spytałem. Lucy się zaśmiała i kiwnęła ochoczo głową. Również się uśmiechnąłem. A, zapomniałbym. Wyciągnąłem telefon z kieszeni spodni.
- Możesz podać mi swój numer telefonu? Tak w razie czego – Po chwili miałem już rządek cyfr podpisanych jako „Lucy z baru (afera ze spódnicą)”, a następnie machałem jej na pożegnanie. Piętnaście minut później, kiedy jechałem autobusem nocnym do domu, przypomniałem sobie o mojej bluzie, która w końcu została na ramionach nowo poznanej dziewczyny. Może jutro mi odda. A jak nie, to niech ją zatrzyma. Przecież miałem pełno innych bluz.

22 lip 2019

Od Kena C.D Lucy

Byłem prawie spóźniony. Ale szalenie głodny. Jedzenie czegoś przed meczem siatkówki nie jest dobrym wyjściem, ale inaczej umrę, czuję to. Wszedłem do pierwszej lepszej restauracji, najbliżej miejsca, skąd wysiadłem z autobusu. Poprawiłem swoją czarną sportową torbę na ramieniu i zająłem samotne miejsce. Gdy podeszła do mnie kelnerka, aby odebrać zamówienie, wspomniałem o tym, co chciałem i dodałem, że się śpieszę. I faktycznie, dostałem jedzenie dosyć szybko. Zwykła sałatka, a co. Lekka, więc nie będzie siedzieć mi na żołądku i pozwoli mi raczej spokojnie grać, a i czymś takim dawałem radę się najeść. Wbrew pozorom mój żołądek należał do tych mniejszych. Zostawiłem zapłatę wraz z jakimś napiwkiem i wyszedłem z restauracji, prawie biegnąc do hali sportowej niedaleko na mecz. Mam nadzieję, że mnie nie zabiją za spóźnienie.

7 maj 2019

Od Kena C.D Gared

Zdziwiła mnie prośba Gareda. Znaliśmy się zaledwie kilka godzin, a on chciał, żebym pojechał z nim do jakiejś… Victorii. Nie wiedziałem, kto to był, ale po jego minie można by sądzić, że jest dla niego bardzo ważna. Nie wiedziałem też do końca, o co mogło mu chodzić z policją, jednak… wizja pojechania taksówką przyprawiła mnie o dreszcze. I to ze strachu.
- T-taksówką…? Nie możemy inaczej…? - ostrożnie spytałem. Byłem pod działaniem alkoholu, a jeśli wsiądę w tym stanie do auta, to aż sam boję się wiedzieć, co mógłbym zrobić ze strachu i stresu.
- Tylko w ten sposób najszybciej dostaniemy się do Victorii – odpowiedział. No pięknie… - Czemu pytasz?
Zagryzłem swoją wargę.
- Mam uraz do samochodów z dzieciństwa. Bez innej opcji sobie radzę, ale teraz trochę wypiłem i sam nie wiem, jak zareaguje – zaśmiałem się głupkowato.
- W zasadzie, to powiedziałem Victorii, że będę za jakieś półtorej godziny, a nawet tak daleko się stąd nie idzie… To co, idziemy?
- Jasne, powiem tylko siostrze, że idę – rzekłem i odszedłem do naszej grupki. Wyciągnąłem na chwilę Miadellę z objęć jej chłopaka, aby z nią porozmawiać.
- Będę się już zbierał.
- Nie ma sprawy. Zadzwonię do ciebie w najbliższym czasie – odpowiedziała, po czym mnie objęła. Również się do niej przytuliłem, po czym wyszedłem z budynku, na zewnątrz którego czekał na mnie już Gared.
No, na nogach to ja mogę podróżować, dzięki Bogu. Ale do domu muszę wrócić już taksówką, nie ma bata.
- Dokąd w ogóle idziemy? Bo dużo mówią mi słowa „do Victorii” - zacząłem jakikolwiek temat. Jakoś nigdy nie przepadałem za chodzeniem w ciszy, gdy miałem towarzysza w postaci ludzkiej.
- Do mojego domu – odpowiedział. Aha, no fajnie.
- To na pewno dobry pomysł, żebym szedł z tobą? Nie poradziłbyś sobie sam? Wiesz, skoro to sprawa prywatna, to moja obecność byłaby raczej zbędna… Poza tym… kim jest ta Victoria?

Gared?

29 kwi 2019

Od Kena cd. Sarah

Szczerze to chciałem uciec, gdzie pieprz rośnie, gdy Chalcedony zaczął nieudolnie podrywać Sarah. Jednocześnie było to jednak bardzo śmieszne. Rzuciłem okiem na starszego brata.
Wychodząc z jej gabinetu, zaczepił mnie Try.
- Ella chyba jednak nie powinna tu być, wiesz? - zwrócił mi uwagę. No racja… - Zabiorę ją ze sobą do samochodu, poradzicie sobie raczej sami – rzekł.
- Na pewno? Nie będzie to dla ciebie problem?
- Żaden. Chyba że Ella nie będzie chciała się ruszyć – zaśmiał się. No tak. Kucnąłem, gładząc swoją suczkę po głowie.
- Idź z nim. Niedługo przyjdę – rzuciłem do niej. Spanielka w odpowiedzi tylko liznęła swój nos, a potem widziałem, jak oddala się wraz z Try’em. Ruszyłem dalej za moim rodzeństwem oraz nauczycielką jazdy konnej.
Zdziwiłem się i trochę przestraszyłem, gdy ujrzałem Kasjopee, klacz, na której miała jeździć moja młodsza siostra. Przez chwilę chciałem się zapytać kobiety, czy dobrze pamięta, iż Sky to początkujący jeździec, jednak… skoro jest tu instruktorką, to chyba dobrze wie, co robi. Prawda?
Obserwowałem, jak malutka Loretto uśmiecha się, szczotkując konia o wiele od niej większego. Stałem nieco dalej wraz z Chalcedonym, tak im się przyglądając. Kasjopea była duża, jednak nadal niższa ode mnie. Ciekawe, czy jakikolwiek koń byłby chociaż wzrostem podobnym do mojego. Westchnąłem. Czasem nienawidzę tego, jak wysoki jestem… No ale nic z tym nie zrobię, takie geny.
Ruszyliśmy dalej za Sarah i Sky na dużą salę, na której znajdowali się też chyba inni uczniowie. Cały czas obserwowaliśmy naszą siostrę, ale oczywiście sam przyłapywałem Chalcedonego na wpatrywaniu się w panią instruktor.
- Ale ty wiesz, że może być od ciebie starsza? - zwróciłem mu uwagę.
- Czy ty sugerujesz, że staro wygląda? - odpowiedział, na co już się uciszyłem. Oczywiście, że nie. Po prostu skoro była tu nauczycielką, to musiała mieć ukończone chociaż te dwadzieścia trzy lata. Przynajmniej tak myślałem, nie wiedziałem, jaka była prawda.
W międzyczasie zadzwonił jeszcze nasz ojciec z pytaniem, co aktualnie robimy. Chalcedony wszystko mu opowiedział, a głowa naszej rodziny od razu zażądała od nas zdjęć lub filmów. Założę się, że nie minie miesiąc i kupi małej Sky kucyka lub chociaż konia. Ewentualnie jeszcze osiołka.
Jak prosił, tak synek zrobił. Brat porobił siostrze kilka zdjęć, jak i filmów, po czym wysłał ojcu. Pewnie teraz chwalił się swojej prawej ręce, jaką to on ma zdolną córkę…
Jazda się skończyła, więc ruszyłem z bratem w stronę kobiety i małej dziewczynki. Sarah pomogła zsiąść Sky, która następnie zaczęła biec w moją stronę, aby na mnie skoczyć. Wziąłem ją na ręce, bo tego właśnie ode mnie oczekiwała.
- I jak się podobało?
- Było super! Mogę tu jeździć? Mogę? Mogę?
Założyłem jej włosy za ucho, żebym mógł widzieć jej twarz.
- Jak dla mnie i Chalcedonego tak, ale ostateczna decyzja należy do taty. Dobrze o tym wiesz – odpowiedziałem, na co tylko kiwnęła głową, widocznie przygnębiona. Nie wiem, czemu tak posmutniała. Myślałem, że dobrze wie o tym, jak dużym oczkiem jest w głowie naszego taty.
- W razie jakiejkolwiek decyzji formularz dostaliście, więc wystarczy go wypełnić i mi go oddać. Jeśli chodzi o lekcje, to właśnie pasowałoby w ten sam dzień o tej samej godzinie. Jakieś pytania? - głos zabrała Sarah. Już wiedziałem, co chciał Chalcedony odpowiedzieć, więc odłożyłem Sky na ziemię i zasłoniłem mu usta dłonią.
- Tak będzie dla nas lepiej – odpowiedziałem i zabrałem swoją rękę. Zwróciłem się do kobiety. - Odezwiemy się jeszcze. Czy jest możliwość wzięcia numeru telefonu i dopytania się jeszcze?
- Nie ma problemu – odpowiedziała. Po chwili miałem zapisany już jej numer kontaktowy podpisany jako „Instruktorka od jazdy konnej Sky”. Niby długie, ale było wiadomo, o kogo chozi.
Po kilku minutach już wsiadaliśmy do samochodu, a ja próbowałem nie zostać zabitym z miłości przez Nutellę. Cieszyła się tak, jakby mnie nie widziała z miesiąc. Taki urok psów. Następnie zadzwonił do mnie ojciec.
- Czy ten koń Sky nie był za duży dla niej? - zaczął prosto z mostu.
- Cześć. A nic ciekawego, dzięki, że pytasz – odpowiedziałem na nieistniejące pytania. - Może trochę, ale dobrze sobie na niej radziła. Dzwonisz po coś konkretnego?
- Tylko spytać się, czy kucyk byłby odpowiedni, skoro jeździ na dużym koniu – No i się zaczęło… Chce kupić jej konia. - Jednak taki kucyk żyje dość długo… A niedługo sama pewnie urośnie. Czyli co, koń? Dzięki za odpowiedź, później jeszcze się odezwę – I się rozłączył. Westchnąłem, chowając swój telefon do kieszeni spodni. Taki właśnie jest nasz ojciec… Ale to może i dobrze, że Sky będzie mieć swojego konika. Będzie mogła się uczyć jazdy na swoim własnym, a nie na stajennym. Choć z drugiej strony instruktorka naszego konia by nie znała i tak dalej i tak dalej… Mam już chyba powoli dosyć, zmęczyło mnie to trochę. Przynajmniej Sky będzie mogła jeździć konno.

Sarah?

8 kwi 2019

Od Kena cd. Gareda

Nigdy jakoś specjalnie nie piłem. Brak okazji, znajomych no i zawsze Feline krzywo patrzyła na alkohol w domu. Poza tym zwykle wystarczał mi sok jabłkowo-marchewkowy Sky. Dzisiaj jednak pod krytycznym wzrokiem Miadelli nie mogłem odmówić i zamówić jakiś inny napój.
Widząc siostrę klejącą się wręcz do jej nowego partnera i czując jednocześnie przytłoczenie całego klubu, postanowiłem wyjść na zewnątrz chwilę pooddychać w miarę normalnym powietrzem. Powiedziałem do szatynki, że zaraz wrócę i skierowałem się do wyjścia. Na zewnątrz ujrzałem tego samego mężczyznę, który jakiś czas temu przykuł mój wzrok swoim wyglądem. Cóż, był całkiem intrygujący.
Aktualnie palił papierosa, jednak wręcz od razu wyciągnął w moją stronę dłoń, przedstawiając się. „Gared”. Pasowało mu to. A do tego miał niezłe poczucie humoru. A może to wina alkoholu, że tak się śmialiśmy ze zwykłego „fajki mi się skończyły”? Walić to, przynajmniej nie było sztywno. Choć po chwili zapadła między nami cisza. Którą postanowiłem przerwać.
- Długo Mia jest w związku z tym waszym gitarzystą? - spytałem. Trochę wstyd mi było, że nie znałem jego imienia. Choć tu mogłem głównie winić Miadellę. Podczas naszego ostatniego spotkania jakieś dwa tygodnie temu, nic mi nie mówiła o żadnym chłopaku.
- Już dwa tygodnie. Są całkiem w porządku parą, nie widziałem ich kłócących się, co jest plusem. Choć czasem żałuję, że musi przeszkadzać mu i uniemożliwiać pomaganie nam przy koncertach. Jednak dzięki niej gra o wiele lepiej - odpowiedział, na co prychnąłem śmiechu. Miadella normalnie z kimś rozmawiała? Jak kompletnie ktoś inny… Odchyliłem głowę do tyłu, wpatrując się w ciemne niebo nad sobą. Ciekawe, czy ma jakiś konkretny powód, zadając się z tym gościem, czy to znowu ta jej samotność… No cóż, nawet jakbym się jej o to spytał, to mi nie odpowie. Tajemnicza szuja.
- Długo już gracie razem w zespole? - kolejne pytanie padło z moich ust.
- Siedem lat. W tym roku będzie osiem – odpowiedział, na co odpowiedziałem tylko „Nieźle”. Ciekawiło mnie jeszcze, czy od tylu lat mają taki sam skład, ale sobie odpuściłem. Cóż, nawet u mnie w drużynie nie graliśmy rok w stałym składzie. Ciągle zmieniają się gracze, dochodząc i odchodząc, polepszając się i pogarszając, przez co czasem mam problemy z odpowiednim wystawieniem piłki tak, aby atakujący był zadowolony, bo prawie każdy ma inne upodobania i przyzwyczajenia. A ja lubię się do nich dostosowywać.
- A ty czym się tam interesujesz? Ile w ogóle masz lat? - teraz on zadawał pytania. A niech pyta, co tam.
- Dziewiętnaście. Jestem początkowym aktorem oraz gram w siatkówkę.
- Aktor? No proszę. Grałeś w jakimś filmie?
- Tylko jako klient kawiarni lub pacjent szpitala. Udzielam się bardziej w teatrze – A mówiąc o teatrze… Jutro mieliśmy mieć spotkanie odnośnie do nowej sztuki. Mam nadzieję, że dam radę pójść. Liczyłem w końcu na główną rolę, zwłaszcza że ostatnią odegrałem praktycznie idealnie i najlepiej ze wszystkich innych aktorów.
- Wracamy już? - spytałem, mając dość ciemności wokół mnie. No i czasem Miadella stawała się wobec mnie zbyt opiekuńcza. W końcu powiedziałem, że wychodzę tylko na chwilę. Usłyszałem przytaknięcie ze strony Gareda, po czym ruszyliśmy z powrotem do baru. Wpadł mi do głowy głupi pomysł. Wyprzedziłem nieco mężczyznę, otwierając przed nim drzwi.
- Damy przodem – rzuciłem, głupio się uśmiechając.
- Ja pierd*lę, dzięki! - odpowiedział, po czym wybuchnął gromkim śmiechem, a ja wraz z nim.
- Z czego się tak śmiejesz, Ken? - spytała Miadella, gdy podeszliśmy do naszego stolika, a ja nadal nie mogłem się uciszyć. Opowiedziałem jej o moim „żarcie” i odpowiedzi Gareda. Chyba nie bardzo zrozumiała mojej intencji, przez co musiałem jej wytłumaczyć.
- Długie włosy, makijaż… Mówi ci to coś? - zaśmiałem się. Po chwili cała nasza grupa śmiała się wniebogłosy.

Gared?

27 mar 2019

Od Kena do Gareda

- Mia, czekaj! Gdzie ty tak pędzisz? - zawołałem za siostrą, po raz kolejny przepraszając osobę obok, którą niechcący szturchnąłem. Od momentu naszego spotkania i powiedzenia, że zabierze mnie w fajne miejsce, zaczęła pędzić jak szalona, a ja nie mogłem jej dogonić. Prosiła, abyśmy nie spotkali się dzisiaj z psami, więc zostawiłem Nutellę w domu, dzięki czemu nie musiałem wiecznie pilnować, czy za mną idzie. I dzięki Bogu, kiepsko radzi sobie z tłumami. A teraz serio wiele ludzi było na ulicy. W końcu sobota wieczór… Czy coś w tym stylu.
- Ken, co się tak wleczesz? Przez ciebie nie będzie już miejsca! - krzyknęła, po czym zniknęła w lokalu obok, do którego prowadziły schody w dół. Ostatni raz przeprosiłem kobietę z wygoloną połową głowy, po czym zszedłem za siostrą. Wyraźnie na dole panował klimat rocka bądź metalu – czerń i czerwień, a goście byli… dość specyficznie ubrani. A przynajmniej ich większość. Cholerna siostra. Rozejrzałem się za nią. Stała przy barze, śmiejąc się wraz z barmanem. Zaszedłem do niej od tyłu i znienacka dotknąłem, chcąc ją w ten sposób przestraszyć.
- A to mój młodszy brat, Ken – powiedziała, jakby miała oczy z tyłu głowy. Czasem ją o to podejrzewałem, serio… Usiadłem zaraz bok niej, gdy mężczyzna zwolnił stołek.
- Po co tu przyszliśmy? - spytałem. Wtem wszelkie rozmowy wokół umilkły, a ja dostrzegłem, jak ktoś wchodzi na miniscenę z tyłu pomieszczenia.
- Na to. Posłuchaj – odpowiedziała Mia, odwracając się do sceny. Na scenę weszła szóstka mężczyzn, która raz-dwa się ustawiła i zaczęła grać. Metal, bo taki gatunek raczej grali, nie był moim klimatem, jednak musiałem przyznać, że nie było to takie złe i całkiem mi się podobało. Po pierwszej piosence Mia głośno krzyczała, gdy ja ograniczyłem się do oklasków. Najwidoczniej znała ten zespół dłużej i mogła być ich niezłą fanką. Zaśmiałem się na jej reakcje. Następnie odwróciła się do mnie, mówiąc, że grają niesamowicie. Znowu się zaśmiałem, kiwając jej głową. Przez kolejne cztery utwory już do mnie się nie odezwała. Pod koniec piątej piosenki złapała mnie za dłoń i pociągnęła w kierunku sceny. Zespół najwidoczniej skończył już swój koncert, a moja siostra chciała do nich zagadać. Szczerze życzyłem jej powodzenia. Zdziwiłem się, gdy po chwili widziałem, jak wpada w ramiona mężczyzny, który grał na gitarze. Walić to, że było ich z pięciu. Po chwili odczepiła się od swojego chłopaka, jeśli mogłem go tak nazwać i klasnęła w dłonie tak, aby każdy z zespołu zwrócił na nią uwagę.
- Świetny koncert, graliście cudnie. Przestawiam wam mojego brata, o którym wcześniej mówiłam. Ken, nie wstydź się – powiedziała, wskazując swoimi dłońmi w moją stronę. Przełknąłem ślinę nieco głośniej, zastanawiając się, w co właściwie chciała wkopać mnie moja siostra. Przejechałem wzrokiem po wszystkich muzykach, zatrzymując się nieco dłużej na mężczyźnie z bardzo długimi czarnymi włosami i mocno pomalowanymi oczami.

Gared?

27 lut 2019

Od Kena do Sarah

- Toffie, Julia, idźcie sobie w końcu – odgarnąłem po raz kolejny sfinksy od mojej miski z płatkami w środku. Jako kociaki jeszcze garnęły się do mleka, choć to na pewno nie jest takie, jakie zwykle piły. Te jednak nie rozumiały nic z moich słów i cały czas pchały swoje pyszczki do białej miski.
- Paniczu Ken, zostaw je. Niech się napiją, najwyżej będą miały potem nauczkę – głos zabrała kucharka Sylvia, która trochę dalej smażyła naleśniki na śniadanie. Ja sobie darowałem i zrobiłem płatki. Myślałem, że to będzie dobra decyzja, ale… chyba się trochę myliłem, biorąc pod uwagę to, że nie dają mi w spokoju zjeść.
Wyprostowałem się, pozwalając rodzeństwu na wypicie mleka i zerknąłem w stronę Nutelli. Jak zwykle jadła z niepewnością, rozglądając się co jakiś czas wokół siebie. Wróciłem wzrokiem do małych sfinksów, które w najlepsze chłeptały swoimi językami. Westchnąłem. To sobie pojadłem…
- Mówię nie!
Zwróciłem głowę w stronę wejścia do kuchni, z której dochodził do mnie krzyk Feline. Kobieta weszła do pomieszczenia wraz ze swoją córką. Sky ewidentnie nie była zadowolona, więc to jej musiała przed chwilą odmówić.
- Co się stało? - spytałem. Feline popatrzyła na mnie swoimi granatowymi oczami, otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć i zbyła mnie machnięciem ręki, podchodząc do soku pomarańczowego i nalewając go sobie trochę. Przeniosłem swój wzrok na małą Sky, oczekując od niej odpowiedzi. Odwzajemniła moje spojrzenie, po czym zrobiła z ust małą podkówkę.
- Leslie z przedszkola zaczęła chodzić na jazdę konną i chwaliła się, jak to fajnie jest jeździć. Też bym chciała spróbować… - wyznała, wbijając swój wzrok w podłogę. Nie musiała kończyć, domyśliłem się reszty tej historii. Jej matka nigdy nie przepadała za zwierzętami, nawet za sfinksami w domu, co jakiś czas również przyłapuję ją, jak niechętnie spogląda na mojego psa. Podejrzewam, że jeśli Sky spodobałaby się jazda, to ojciec kupiłby jej kucyka, a Feline z kolei nie byłaby zadowolona z kolejnego zwierzęcia, nawet jeśli nie byłoby bezpośrednio trzymane w domu.
- Nie zezwalam, mówiłam to już. Konie śmierdzą i są brudne. Poza tym nigdzie dzisiaj nie mogę jechać, muszę załatwić dużo spraw. Sama – Feline ponownie się odezwała.
- Właściwie to każde zwierze śmierdzi i jest brudne, Feline… - odpowiedziałem i wziąłem swoją miskę z płatkami w dłonie. Kocięta w końcu miały dosyć i poszły się pewnie pobawić. Dostrzegłem zmieszanie na twarzy Feline, jednak nic nie odpowiedziała. Pozbyłem się resztek mojego śniadania.
- A jeśli ty nie możesz, to ja jestem wolny i mogę się zaopiekować Sky i wziąć ją na tę jazdę – dopowiedziałem, wkładając naczynie do zmywarki. Ciemnowłosa od razu spiorunowała mnie wzrokiem. Ups, czyżbym zrobił coś, czego nie chciała? Jak mi przykro…
- Naprawdę?! - Sky za mną od razu się ożywiła. Odwróciłem się do niej z uśmiechem na ustach, a ta od razu podbiegła i mnie przytuliła. Pogłaskałem ją po głowie. Po spojrzeniu na Feline dostrzegłem na jej twarzy lekko drwiący uśmiech.
- Tylko jak wy tam dojedziecie? Nie macie samochodu.
- Ja ich zawiozę – do kuchni wszedł Chalcedony. Chyba pierwszy raz się uśmiechnąłem na jego widok.
- A nawet odbiorę, jeśli będzie taka potrzeba – dopowiedział, na końcu puszczając w moją stronę oko. Kochany brat. - W zamian za to, Kenuś, możesz posprzątać mój pokój – I czar prysł. Feline częściowo wkurzona wyszła z kuchni. Ja za to przybiłem z bratem żółwika. Sky wraz z Chalcedonym zajęli się jedzeniem śniadania, a ja w tym czasie poszedłem się przebrać do swojego pokoju. Przed wyjściem z domu wpadłem jeszcze do kuchni, zabierając swoje okulary, które ponownie zostawiłem.
Wpuściłem Nutellę pierwszą do samochodu brata, sam następnie siadając za kierowcą. Obok mnie na siedzisku usiadła Sky, a przed nią znajdował się przyjaciel Chalcedonego Try. Przez całą drogę mała Loretto cieszyła się na myśl, że jednak będzie mogła spróbować jazdy konnej. Śniła również wymysły nie z tej ziemi odnośnie konia, na którym będzie jeździła. Różowy z tęczową grzywą, może skrzydłami, może z rogiem, choć nie gardziłaby „pegazo-jednorożcem”. Nie miałem serca poprawić jej na „alikorna”. Wszyscy zaczęliśmy się śmiać z jej marzeń. Dojeżdżając na miejsce, wypaliła nagle, że żartuje i wie, iż takie konie nie istnieją i są w bajkach. Pogłaskałem ją po głowie.
W końcu dojechaliśmy. Czarny samochód brata zatrzymał się na piaszczystej drodze, po czym wysiedliśmy. Ciekawe, czy branie ze sobą Nutelli było dobrym pomysłem. Biorąc pod uwagę to, że są tu inne zwierzęta, to niekoniecznie. No ale mówi się trudno, w samochodzie raczej jej nie zostawię. Dostrzegłem, jak z oddali szła w naszą stronę pani ubrana w koszulkę polo z kozakami na nogach.
- Dzień dobry! W czym mogę pomóc? - spytała, nim żadne z nas zdążyło się ruszyć.
- Nasza siostra chciałaby zacząć uczyć się jazdy konnej – rzekłem, kładąc dłoń na głowie Sky obok mnie.
- Przybyli państwo w idealnym momencie, za chwilę zacznie się lekcja początkujących jeźdźców – powiedziała, składając swoje dłonie, jak do klaśnięcia. Następnie wskazała nam drogę, z której szła.
- Tą drogą prosto natrafią państwo na naszą instruktorkę, Sarah O’Hara. Szatynka z piegami, powinni ją państwo poznać. Proszę się ją spytać odnośnie lekcji, powinna wszystko wyjaśnić. A teraz przepraszam – wyjaśniła, po czym minęła nas i poszła dalej.

Sarah?

3 lut 2019

Ken Aslan Loretto

Źródło: Pinterest
Motto: „Jeśli boisz się oddać strzał, to czemu trzymasz pistolet?”
Imię: Ken Aslan. Oprócz obraźliwych ksywek nigdy żadnych nie posiadał ze względu na krótkie imię, jednak jego brat kocha zdrabniać jego imię do „Kenuś”. Osobiście jemu to nie przeszkadza.
Nazwisko: Loretto. Nieraz, gdy się przedstawia, powiewa grozą przez to, że tak samo na nazwisko ma jeden z najgroźniejszych ludzi w Avenley River. Niestety chłopak nie może zaprzeczyć, że nie jest z tą rodziną powiązany.
Wiek: Ken przeżył już ładne dziewiętnaście lat, choć nieraz ludzie biorą go za piętnastolatka. Na nasze szczęście już się nie irytuje, gdy ktoś go odmładza, a zbywa to kiwnięciem dłoni bądź wzruszeniem ramion.
Data urodzenia: Dwudziesty grudnia.
Płeć: Mężczyzna
Miejsce zamieszkania: Ken mieszka w… dość dużej posiadłości gdzieś na obrzeżach miasta wraz z ojcem, macochą, dwójką rodzeństwa oraz pokojówkami i innymi ludźmi dbającym nie tylko o wygląd willi. Cały dom składa się z naprawdę wielu pomieszczeń, więc postaram się wymienić tylko te najważniejsze. Na parterze znajduje się główny gabinet Magnusa, sala do ćwiczeń sztuk walki, jak i salon wraz z kuchnią, jadalnią i mini biblioteką. Pierwsze piętro to głównie sypialnie mieszkańców oraz osób zajmujących się posiadłością. Piwnica to głównie cele lub pokoje przesłuchań Magnusa. Na zewnątrz domu znajduje się dość duży basen, choć i tak rzadko kto z niego korzysta. Na terenie całej willi są oczywiście kamery, jak i ochroniarze należący do rodziny.
Orientacja: Biseksualny, choć to słowo nigdy nie przejdzie mu przez gardło.
Praca: Początkowy aktor. Udziela się trochę w teatrze, ale również chodzi na przesłuchania do filmów. Poza tym uczęszcza na treningi siatkarskie, gdyż jest w drużynie na pozycji rozgrywającego. Oprócz tego czasem pomaga w obowiązkach ojcu bądź starszemu bratu. Od czasu do czasu robi też za ochroniarza siostry.
Charakter: Szatyn to spokojny, emocjonalny i opanowany młodzieniec. Mówi wtedy, kiedy trzeba, a także, kiedy nie trzeba. Dokładnie kilka razy studiuje zdanie, które chce powiedzieć, szybko wypalając je na głos, nie martwiąc się konsekwencjami… Zaraz, zaraz… Co ja pierdzielę? Boże…
Będąc poważną, tak naprawdę nie umiem jakoś ujednolicić charakteru młodego Loretto. Raz zachowuje się niczym prawdziwa oaza spokoju i wzorowy człowiek żyjący na ziemi, a raz jest z niego prawdziwa świnia, która ma kompletnie gdzieś uczucia innych ludzi. Może być kimś, kto kompletnie nie posiada poczucia humoru, nie widząc niczego śmiesznego w żartach znajomych, a następnego dnia będzie się śmiać ze wszystkiego, jak i z niczego, tak jakby wcześniej coś brał. W pewnym momencie można pomyśleć, że nie ma milszego człowieka, niż czarnooki, a następnie będzie kompletnym śmieciem raniącym najbliższych.
Jedno jest u niego pewne i od lat niezmienne – ma przeogromny szacunek do kobiet. Tych w wieku pięciu lat, jak i trzydziestu aż po kompletnie starsze i pomarszczone babcie. Praktycznie nie potrafi żadnej odmówić, jak i sam pali się do pomocy im. Może to dlatego Sky uważa go za najlepszego brata na świecie, a Miadella z chęcią utrzymuje tylko z nim jakikolwiek kontakt? Nie wiem, musiałabym się je spytać, ale założyłabym się, że nie uzyskałabym odpowiedzi od żadnej z nich.
Aslan należy głównie do osób, które nie potrafią utrzymać swoich myśli w głowie i nawet nie czują, jak wymawiają je na głos. Często przez to wychodzi na osobę niekulturalną, przez co musi przepraszać z głębi swojego dużego serduszka.
Będąc małym chłopcem, bardzo przejmował się opiniami swoich rówieśników o to, jaki duży jest i jak szybko rośnie. Wyzywali go od „Drzew” czy „Wielkoludów”, „Potworów” i bardzo go to bolało. Dzięki rozmowie z mamą, której już nie pamięta, przestał brać wszystkiego do siebie, machając tylko ręką na takie uwagi z czyjejś strony. Poza tym zawsze był z niego wylewny człowiek. Uwielbiał się przytulać do mamy. Ba! Kocha się przytulać i dzisiaj! Szkoda tylko, że do Elli czy Sky. Nieraz marzy o tym, aby mieć dziewczynę, chłopaka – osobę, dla której z chęcią by wstawał, do której by się uśmiechał i którą przytulał. Jednak jak tylko myśli o swojej pierwszej dziewczynie, od razu boi się, że zostanie wykorzystany.
Hobby: Przede wszystkim – aktorstwo, to chyba niedziwne. Lubi to, sam nie wie, czy mógłby bez tego żyć i normalnie funkcjonować. Poza tym ma przecież siatkówkę. Dotyk piłki, spocenie się, krzyki „moja”, skakanie do bloku – to też kocha. Oprócz treningów biega co drugi dzień wraz z Ellą, aby nie stracić kondycji. Poza tym polubił strzelanie z pistoletu, musiał się tego nauczyć jako syn mafiozy. Nie idzie mu źle, o dziwo raz sam strzelił do człowieka, gdy towarzyszył ojcu w pewnych odwiedzinach. Zawsze trzyma przy sobie mały pistolet, tak w razie czego.
Aparycja|
- wzrost: Dwa metry i jeden centymetr. Według niektórych kosmita, dla innych tytan, ale jedno trzeba przyznać – w siatkówce ten wzrost mu się przydaje.
- waga: Siedemdziesiąt pięć kilogramów.
- opis wyglądu: Ken to brązowowłosy chłopiec z wieczną dżunglą na głowie z równie ciemnymi tęczówkami… a nie, wróć, jego oczy są całkowicie czarne. Czasem wyglądają, jakby brakowało w nich jakiegokolwiek życia, choć to tylko pozory. Serduszko ładnie mu bije pod jego rumianą skórą, która z kolei ozdabia jego wyrobione poprzez siatkówkę mięśnie. Może biceps nie jest jakiś gigantyczny, ale zarys sześciopaku ładnie się prezentuje wieczorami, gdy kładzie się spać. Rzecz, na którą zwraca się uwagę w wyglądzie dziewiętnastolatka oprócz wzrostu, to jego długie palce. Zgrabnie odbierają piłkę, by następnie wyrzucić ją w górę i wystawić ją swoim kolegom z drużyny.
Jeśli chodzi o jego styl ubierania się, to… dżinsy, bluza, sportowe buty i tyle, do widzenia. Nienawidzi eleganckich strojów, ale jak w domu odbywa się przyjęcie, to innego wyboru zbytnio nie ma. Jednak zawsze czuje się w nich niewyobrażalnie mocno skrępowany.
- pozostałe informacje: Nie ma tatuaży ani kolczyków, nigdy go to nie kręciło.
- głos: Paweł Skiba
Historia: Rodzina Loretto zawsze była zapisana w Avenley River. Żyła w tym mieście przez kilka dobrych pokoleń. Miasto było świadkiem wzlotów, jak i upadków rodziny. Gdy zbliżał się koniec panowania ojca Magnusa, wszyscy przypuszczali, że następnym donem zostanie jego starszy brat – Milo. Nawet nie wiecie, jakie zdziwienie poruszyła wiadomość, że następną głową rodziny zostaje Magnus. Nie obyło się oczywiście bez nienawiści braterskiej, a następnie bratobójczej walki. Magnus pokonał Milo z palcem w nosie i szczerze wam powiem, że to był najlepszy okres rodziny, jeśli chodzi o jej rozgłos oraz dochód.
Minęło kilka lat i pojawił się drugi syn obecnego dona – Ken. Nie był on problematycznym dzieckiem, jak Chalcedony, nie płakał co noc i nigdy niczego nie chciał, płacząc na środku sklepu. Skromny, miły i zwykły dzieciak. Potem przeżył śmierć swojej mamy, wypadek samochodowy – wszyscy martwili się o psychikę chłopca, jednak ten radził sobie świetnie. No i dalej brnie do przodu, tylko od czasu do czasu patrząc w tył.
Rodzina:
Magnus Ark Loretto – ojciec, a zarazem głowa rodziny Loretto. Mężczyzna z pięćdziesiątką na karku, a także ojciec czwórki dzieci, który żenił się trzykrotnie. Magnus na co dzień jest surowy względem wszystkich, jedynymi wyjątkami jest jego córka, jak i żona. Jednocześnie nie zna litości dla nikogo i kiepsko znosi przepraszanie. Zajmuje się głównie narkotykami, alkoholem, sprzedażą broni oraz nie do końca legalnymi hodowlami psów (amstaffy, owczarki niemieckie oraz cocker spaniele), które potem sprzedaje policji lub innym chętnym klientom. Nieraz organizuje również walki psów, choć tak naprawdę żadne z jego dzieci o tym nie wie. Poza tym ma słabość do sfinksów, przez co pełno ich w domu.
Rize Loretto z domu Valeria – matka szatyna oraz druga żona Magnusa. Urodziwa kobieta z wielką pasją do aktorstwa, którą zaszczepiła swojemu synowi już w dzieciństwie. Zmarła na raka równo w dziesiąte urodziny swojego syna. Czasem za nią tęskni.
Feline Loretto z domu May – macocha, jak i trzecia żona Magnusa. Wpływowa kobieta interesująca się sztukami walki, osobista trenerka swoich dzieci. Wpływowa kobieta, zawsze dążąca do tego, co sobie zaplanuje. Nie zaprzecza, że marzyła o byciu żoną mafiozy, ale równocześnie nie wyznaje tego na prawo i lewo.
Chalcedony Tetris Loretto – starszy brat, jakiś czas temu skończył dwadzieścia jeden lat. Ma siostrę bliźniaczkę, a jego matką była Nala, która podczas napadu na prawie pustą rezydencję, ukryła swoje dzieci. Niestety sama nie zdążyła się schować, przez co została zamordowana. Pierwszy syn, więc naturalnie musiał iść w ślady ojca. Z natury spokojny i opanowany, choć potrafił pokazać swoją złą twarz. Lubi dokuczać młodszemu bratu, a młodsza siostra mu nie przeszkadza.
Miadella Iso Loretto – siostra bliźniaczka Chalcedonego. Bardzo umiejętna i utalentowana dziewczyna, która miałaby prawdziwe predyspozycje do zostania głową rodziny, gdyby nie jej ucieczka z domu. Magnus chciał, by wyszła za syna z innej rodziny, ta jednak pragnęła pozostać jako Loretto, przez co wybuchła między nimi kłótnia. Upozorowała swoje samobójstwo, a tak naprawdę ukrywa się w najciemniejszych miejscach Avenley River. Jedyną osobą, z którą się kontaktuje, jest ciemnooki. Co jakiś czas spotykają się w kawiarni na pogawędce.
Sky Angel Loretto – pięciolatka, córka Feline i prawdziwa księżniczka w rodzinie. Nie ma osoby, która by jej nie kochała, w końcu jest najprawdziwszą słodkością. Mimo wszystko wykazuje się wielką inteligencją, widać, że nie jest jak swoja matka i nie zamierza taka być. Najbardziej lubi Aslana, zwłaszcza gdy bierze ją na barana.
Partner: Dziewiętnastolatek pomimo nie bycia tak przystojnym, jak Chalcedony, i tak miał wierny wianuszek najprawdziwszych fanek jego osoby. Mimo wszystko nigdy nie był w związku, a przynajmniej takim poważnym. Jego pierwsza dziewczyna wykorzystywała to, z jakiej rodziny pochodził, przez co nie byli jakoś specjalnie długo.
Potomstwo: Nie.
Ciekawostki:
- nie lubi ciepła,
- często zdejmuje swoje okulary, przez co o nich zapomina, zostawiając je w różnych miejscach,
- zna się na samoobronie, a także na podstawach niektórych sztuk walki.
Inne zdjęcia: -
Zwierzęta: W posiadłości rodziny Loretto znajduje się sześć sfinksów, które na co dzień urozmaicają domownikom życie. Wabią się: Yuri, Kotoribako, Afrodyta, Tuńczyk, Toffie oraz Julia. Sam Ken posiada jeszcze suczkę z hodowli cocker spanielów ojca, która zwie się Nutella. Urodziła się bez węchu, więc od razu było wiadome, że nikt nie będzie jej chciał, a i w policji się nie przyda. Za to szatyn od razu ją pokochał i przygarnął jako swojego psa. Ella (bo tak też jest zwana) zwykle nie ustępuje swojego pana na krok, chętnie z nim biega, a także bawi i przytula. Toleruje wszystkie koty, choć one niekoniecznie ją lubią. Bez węchu radzi sobie doskonale, choć kiepsko wygląda jej karmienie.
Pojazd: Ma uraz do samochodów. W dzieciństwie, gdy jechał wraz z ojcem i jego kierowcą, jakaś grupa próbowała zabić mafiozę, wjeżdżając w jego auto. Oprócz kierowcy nikt nie zginął, jednak to wydarzenie silnie oddziałało na psychice Aslana. Ciemnooki porusza się na swoich własnych nogach, bądź komunikacją miejską. Oczywiście jest też w stanie wsiąść do auta – ale tylko w ostateczności.
Kontakt: ZłotyPies (howrse)