Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koyori. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koyori. Pokaż wszystkie posty

12 mar 2020

Odejście

Żegnamy Koyori, Amy i Kena!

18 lut 2020

Od Koyori C.D Brooke

Brooke wydawała się miłą, pomocną i ciekawą dziewczyną. Przyjemnie mi się z nią rozmawiało, gdy Shane miał jeden ze swoich „wenowskich huraganów” szaleństwa. Cóż, był w swoim żywiole. Mimo że często narzekał na drogie materiały, trudność rysowania projektów, problem z wyborem kolorów czy tematyki ubrań, bardzo to lubił. Widziałam to w jego roziskrzonych oczach i energiczniejszych ruchach. Wtedy też częściej chodził głodny. Pożeracz lodówki.

14 sty 2020

Od Koyori C.D Ivana

- No weeeź, Koko! - odsunęłam od siebie telefon, chcąc zachować swój słuch na dłużej, gdy Shane zaczął krzyczeć i marudzić.
Tym razem mojemu współlokatorowi zachciało się przyprowadzić jutro swojego mentora do nas na obiad. I oczywiście to ja miałam gotować, no bo kto inny. Tego fajtłapę to nawet do kuchni bym nie wpuściła. Spaliłby wodę lub skończył bez palców. Tak zgaduję.
Wymarzył sobie, abym przygotowała jakąś przystawkę, pierwsze i drugie danie, a na końcu deser. No błagam! Bo ja mam czas, żeby cały dzień siedzieć i gotować dla niego. On może sobie być wolnym strzelcem, „panem wszystkiego” i robić tylko swoje ubrania, ale ja jednak mam studia i ostatnio doszło mi sporo nauki, na której wolałabym się skupić.

21 gru 2019

Od Koyori C.D Ivan

- Imię jest czymś ważnym. Próbujcie zawsze je zapamiętać. A teraz Koyori opowiedz nam jak się czujesz na scenie – usłyszałam, a profesor zaraz odwrócił się w moją stronę. Byłam zaskoczona, że mężczyzna, którego potrąciłam w kawiarni, prowadził dzisiaj wykład w mojej grupie. Przesz głowę przemknęła mi myśl, że może wywołał mnie na środek w akcie zemsty za wylanie na niego kawy, ale szybko porzuciłam ten pomysł. Przecież nie znał mojego nazwisko, a przecież wylosował je z kartki.
Jak się czuję na scenie? Pomyślmy…
- Trochę zaskoczona i skrępowana – odpowiedziałam.
- O, a opowiesz nam dlaczego?
Przebiegłam wzrokiem po całej sali i wzięłam głęboki wdech. Przy okazji poprawiłam okulary.
- Skrępowana spojrzeniami koleżanek i kolegów, które są we mnie utkwione – odpowiedziałam. Zauważyłam, jak niektórzy w zawstydzeniu odwracają oczy na swoje telefony bądź notatki, ewentualnie na inne osoby, z którymi znajdowałam się na środku sali. - Zaskoczona natomiast, że to profesora potrąciłam w kawiarni i wylałam na niego kawę – dodałam, sama trochę się pesząc.
- Ach, czyli mnie zapamiętałaś. Dobrze. Zauważyłaś, co inni zrobili, gdy powiedziałaś, dlaczego jesteś skrępowana? - zapytał. Jego wzrok głęboko utkwiony był we mnie. Czułam, jakby mnie prześwietlał i żaden mój ruch nie mógł się przed nim ukryć. Na jego pytanie kiwnęłam tylko potwierdzająco głową. Po chwili milczenia domyśliłam się, że na to powinnam jednak odpowiedzieć.
- Odwrócili wzrok speszeni moją uwagą. Niektórzy przenieśli go na notatki, inni na komórki lub na inne osoby.
Mężczyzna uśmiechnął się na moją odpowiedź. Była poprawna?
- Tak powinno się uważnie przyglądać reakcjom innych. Brawo, Koyori. Możecie już usiąść z powrotem na swoich miejscach.
Jak powiedział, tak zrobiłam wraz z pozostałą czwórką. Od razu po zajęciu miejsca pstryknęłam swój długopis i zanotowałam to, co kilka chwil wcześniej profesor mówił. Imię, obserwowanie… coś chyba jeszcze.
Kolejnym eksperymentem mężczyzny na dole było zmuszenie nas do kłamstwa i odróżnienia, czy ktoś mówił prawdę, czy jednak nie. Coś dla mnie. W międzyczasie dostałam wiadomość od Shane’a. Spojrzałam do komórki i weszłam w konwersację z nim. Ujrzałam tam zdjęcie Parapeta w… różowej sukience. Zasłoniłam usta dłonią, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Pod spodem widniał napis: „Moja nowa modelka. Piękna, prawda?”. Tak, Shane, przecudowna. Szkoda tylko, że ta „modelka”, to „model” i jest kotem… Wydaje mi się jednak, że projektantowi, jak i mojemu kocurowi oba fakty nie przeszkadzają. O dziwo Parapet urokliwie wyglądał i po dłuższym przypatrywaniu się mu odkryłam, że może mieć w tym jakikolwiek talent. Przynajmniej coś, co może nie zagrozi jego życiu.
- Koyori! - Usłyszałam, jak ktoś woła moje imię. Podniosłam wzrok znad komórki i ujrzałam profesora wpatrującego się we mnie. - Nie słuchasz mnie, Koyori. Możesz powiedzieć nam, co interesującego znalazłaś w swojej komórce, że próbujesz się nie zaśmiać?

Ivan? cx

17 lis 2019

Od Koyori C.D Brooke

Spoglądałam z ciepłem na Brooke, która gładziła Sherlocka za uchem. Widać było po niej, że lubi zwierzęta. Słysząc jej pytanie o poznaniu się, upiłam łyk zielonej herbaty i odstawiłam kubek na mniejszy stolik obok kanapy, żeby przypadkiem nie wylać podczas opowiadania.
- Studiuję kryminologię. Wynajmuję u Shane’a pokój i zajmuję mieszkaniem. Nie nadaje się na panią domu – wspominając o jego umiejętnościach, dostrzegłam cień strachu, który przebiegł po twarzy ciemnowłosej. - Spokojnie. Shane to projektant, więc o ubraniach wie wszystko i każde traktuje z wielką ostrożnością – dodałam, próbując w jakiś sposób uspokoić dziewczynę. Poprawiłam okulary, znowu spoglądając na białego owczarka. Acony poczuła się zmęczona i położyła się na fotelu nieco dalej, smacznie śpiąc. Było to do niej niepodobne, ale biorąc pod uwagę to, jak szalała w parku, mogła sobie pozwolić na odpoczynek. Wcześniej w pokoju dostrzegłam Inej w terrarium, więc został do znalezienia tylko Parapet. A tego, jak na zawołanie nie było w pobliżu. Aż byłam zdziwiona.
- A ty czym się zajmujesz, Brooke? - zagadałam do nowej koleżanki, biorąc ze stołu kubek z herbatą. - Jesteś głodna? Mam jeszcze carry z wczoraj – przypomniałam sobie i powoli wstałam z tapczana, poprawiając znowu swoje okulary.
- Nie, nie chcę sprawiać kłopotu… - usłyszałam za sobą. Odwróciłam się do niej, delikatnie uśmiechając.
- Nie masz nic do stracenia. Najwyżej Shane zje – Otworzyłam lodówkę, wyjmując garnek z potrawą. Ryżu wszakże nie ma, ale mogę nastawić nowy.
- Niech… będzie… À propos, właśnie zaczęłam pracę w kwiaciarni – dodała. Kiwnęłam głową w odpowiedzi, chcąc otworzyć szafkę, w której trzymałam różne makarony i ryże. Odskoczyłam do tyłu, gdy z półki wypadł kot. Jak on tam wlazł?!
- Parapet – jęknęłam, schylając się, aby go podnieść.
- Co to było? - Brooke musiała usłyszeć huk, który towarzyszył uderzeniu kocura o blat i spadnięciu na podłogę. W odpowiedzi zwierzak wydał z siebie miauknięcie, powtarzając je, gdy wzięłam go w ramiona. Wyszłam z kuchni, idąc do ciemnowłosej.
- Kot – odpowiedziałam, tuląc w ramionach jego ciało. - Wypadł z szafki kuchennej – dodałam.
- Zrobił sobie coś?
- Raczej nie… Na co dzień spada ze schodów, z blatu, z drapaka… Wiele przeżył – zaczęłam drapać go po głowie. Zaczął cicho mruczeć. - Chcesz go na kolana? - zapytałam. Dziewczyna w odpowiedzi usiadła z powrotem na kanapie, więc podałam jej kota. Na wpół rozwalił się na kolanach Brooke, wystawiając tylne łapy. Gdy zdążyłam się wyprostować, trzasnęły drzwi od gabinetu Shane’a.
- Mam wenę!! - zawołała, przybiegając, aby mnie uściskać. Wydałam z siebie jęk, gdy mnie puścił. Chciał jeszcze przytulić Brooke, ale sobie darował, widząc Parapeta na jej nogach. Zamiast tego wziął jej dłoń w swoje i energicznie nią potrząsnął.
- Dzięki tobie mam pomysły na kolekcję! - zawołał. Nie widziałam jego twarzy, ale mogłam się założyć, że jego oczy błyszczały z entuzjazmu. Puścił rękę dziewczyny i odwrócił się w moją stronę.
- To będzie kolekcja ze wzorami imitującymi plamy po napojach i jedzeniach! - znowu podniósł głos. Zrobił obrót i wskazał palcem na naszego gościa. - A ty zostaniesz moją modelką wraz z Koko! - dodał, po czym pobiegł do swojego gabinetu. I tyle go widzieli. Teraz będzie rysował projekty, aż nie padnie.

Brooke?

6 lis 2019

Od Koyori do Ivana

Od rana na uczelni słyszałam tylko, jak dziewczyny plotkowały między sobą o jakimś gościu. W sensie gościu na uczelni. Przyszedł gościnnie na kilka wykładów odnośnie do psychiki ludzi. Zaczęło się od samych plotek. Potem okazało się, że to prawda. I pojawiła się fala rozmów o tym „Jakie ciacho przyszło do nas na wykłady”. Dowiedziałam się przy okazji, że nazywał się Ivan Jeson, ale nie wiedziałam, jak dokładnie wyglądał.
Na początku jakoś mnie to zaciekawiło, ale bardziej w kierunku, o czym dokładniej będzie temat wykładu, ale dałam sobie spokój po kilku odpowiedziach „Nie obchodzi mnie!” i wielu podobnych. Parę razy przymierzałam się nawet do tego, aby zapytać męską część mojej grupy, ale sam ich wzrok mnie skutecznie zniechęcał. Nie byli zadowoleni z plotek o gościnnym wykładowcy.
Aktualnie miałam półgodzinną przerwę, więc wybrałam się z Shane’em do kawiarni nieopodal mojej uczelni. On również zrobił sobie krótkie wolne i czekał na mnie przed budynkiem, gdzie miałam swoje wykłady. Na powitanie przywitał mnie tekstem: „Co to za wykładowca, o którym dziewczyny tak piszczą?”.
- Ty też, Shane?
Wzruszył tylko ramionami i uśmiechnął się do mnie ze swoim typowym wyrazem twarzy, gdy myślał o poderwaniu kogoś.
- Nawet o tym nie myśl – skarciłam go, na co tylko prychnął. - Nie wiem, co to za człowiek. Mam z nim wykład dopiero za pół godziny.
- Musisz mi potem w szczegółach zdradzić, jak wygląda i wiesz… - W tym momencie znacząco poruszył swoimi brwiami.
- Ta, jasne. Uwaga, bo będę wiedzieć i ci powiem, jakiej jest orientacji.
Wyszliśmy z terenu uczelni i przeszliśmy się do kawiarni po drugiej stronie ulicy. Była popularna wśród studentów i mimo nieraz długich kolejek warto było tam stać. Ceny w normie, a kawa, nawet ta na wynos, smakowała bardzo dobrze.
Teraz, o dziwo, kolejka nie sięgała drzwi wyjściowych lokalu, a przed nami stały tylko trzy osoby. Stanęliśmy za nimi, Shane zaczął wybierać dla nas kawę, a ja rozchyliłam swoją torebkę, aby wyciągnąć portfel.
O mały włos, a wzięłabym dzisiaj Inej na wykłady. Dosłownie zaraz po wyjściu z domu zorientowałam się, że mam cięższą torbę niż zwykle i ją zaniosłam z powrotem do terrarium. Na końcu wydała mi się obrażona, bo odwróciła się do mnie ogonem, chowając głowę pod swoją kłodę w środku.
- Kurde, wziąłbym to piernikowe latte, ale pewnie jest z imbirem… – usłyszałam głos Shane’a, gdy liczyłam pieniądze, aby następnie dać je chłopakowi. Tak było zawsze. On wybierał napój, a ja płaciłam. Przeważnie albo oddawał mi pieniądze, albo potrącał mi z czynszu.
Podniosłam gwałtownie głowę i spojrzałam na niego krytycznym wzrokiem. Sam tylko podniósł dłonie w obronnym geście.
- Przecież nie biorę jej! - zawołał. I dobrze. Uczulenie na imbir nie jest zabawne, uwierzcie.
Po chwili zamówiliśmy kawę z syropem pomarańczowym, zapłaciłam i po otrzymaniu zamówienia skierowaliśmy się do wyjścia z lokalu. Wtem usłyszałam, jak zadzwonił mi telefon. Z gorącym kubkiem w jednej dłoni, drugą sięgnęłam do torby po komórkę i od razu odebrałam, nawet nie patrząc na to, kto dzwonił.
- Koyo! Cześć córeczko! Nawet nie wiesz, jak się za tobą stęskniłam! Przepraszam, że nie dzwoniłam, ale miałam trochę do roboty w pracy. Mam nadzieję, że ci nie przeszkadzam – głos mamy rozległ się po drugiej stronie. Faktycznie, już od kilku dni się do mnie nie odzywała i powoli myślałam, że się na mnie obraziła bez powodu. Jednak to nie było to. I w sumie dobrze.
Przełożyłam telefon między ucho, a ramię i próbowałam wrzucić portfel do torebki, żeby na koniec ją zasunąć.
- Cześć, mamo… Wiesz, tak naprawdę… - zaczęłam odpowiadać, gdy przez tę chwilę niewładności z czymś się zderzyłam. Mimo starań moja kawa wyślizgnęła mi się z dłoni, lądując na części mojej bluzy. Gdy postanowiłam podnieść głowę, aby zawołać do Shane’a i odpowiedzieć mu, czemu mnie nie ostrzegł przed ścianą, dostrzegłam mężczyznę. Na którego koszuli i kurtce również widniały plamy po prawdopodobnie mojej kawie. Jego twarz o dziwo nie wyrażała zdenerwowania, które zwykle towarzyszy przy takich wypadkach. Był tak samo zaskoczony, co ja.
- Przepraszam pana bardzo… - wydukałam, zabierając telefon z ramienia i rozłączając się z mamą. To nie był czas na rozmowy z nią. Wrzuciłam komórkę do torebki i zaczęłam szukać w niej chusteczek, aby chociaż trochę wytrzeć z siebie kawę. Być może przydałyby się też i mężczyźnie przede mną.

Ivan? Tradycyjne rozpoczęcie wątku XD

13 wrz 2019

Od Koyori C.D Brooke

 - Shane, serio musimy szukać inspiracji w parku?
Dobra, może nie było tak źle, Acony i Sherlock miło spędzali ze sobą czas. No dobra, może tylko Acony, która biegała za patykiem rzucanym przeze mnie. Owczarek siedział obok i wszystkiemu się przyglądał.
- Wiesz, że w parku mam najlepsze pomysły – odpowiedział mój współlokator. Siedział na ławce po turecku z dłońmi na kolanach i zamkniętymi oczami. Tak się skupiał. Nawet nie wiem, po co mnie też wyciągnął z domu.

25 cze 2019

Od Koyori C.D Charlie

- Koyori! Ej, Koyori! - gwałtownie się zatrzymałam, odwracając w stronę, z której dochodził głos wołający moje imię. Dostrzegłam Miki, moją koleżankę ze studiów, biegnącą w moją stronę i machającą ręką. Była wysoka i szczupła, miała długie jasnobrązowe włosy i orzechowe oczy. Często słyszałam, jak mężczyźni, a nawet dziewczyny komplementowały jej urodę oraz ciało. Nic w sumie dziwnego. Sto osiemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, płaski brzuch, podobno niezły biust i tyłek, a do tego ładna buzia – z tym wszystkim śmiało mogłaby zostać modelką. Choć w sumie i tak już nią była, a przynajmniej dorabiała w ten sposób. Czasem mówi nieco za głośno na korytarzu. Zastanawiam się wtedy, czy robi tak przez przypadek, czy specjalnie się chwali swoimi osiągnięciami.
Kiedyś jakaś znajoma powiedziała mi, że gdyby nie mój wzrost, to z moją mimiką, urodą i ciałem też byłabym niezłą modelką. Wtedy tylko ją spławiłam, mówiąc, że chyba się myli. I to bardzo.
Miki w końcu mnie dogoniła. Na jej twarzy pojawiły się delikatne rumieńce z wysiłku. Chyba nie była przyzwyczajona do wysiłku, jakim było bieganie. A na dodatek w obcasach. Podziwiam. Poczułam się wnet jak mały krasnalek przy olbrzymie. Oczywiście powinnam być do tego przyzwyczajona i to bardzo, jednak… chyba zawsze będzie mnie zadziwiał mój wzrost, jak i przepaść między niektórymi moimi znajomymi a moją osobą. No cóż, genów się nie wybiera. Zwłaszcza że moi rodzice do wysokich nigdy nie należeli.

18 mar 2019

Od Koyori C.D Charles

Nie wiedziałam, ile już siedziałam na krzesełku w poczekalni weterynaryjnej. Godzinę, pół, dwie? Chyba nawet nie chciałam wiedzieć, jak długo zajmują się Sherlockiem.
Tępo wpatrywałam się w ciemne okno naprzeciwko siebie, słysząc popiskiwanie Acony pod sobą. Dłonie delikatnie mi się trzęsły ze stresu, ale lekceważyłam je, po prostu patrząc w ciemną noc. Dalej byłam w szoku. W końcu… Nożownik biegł na mnie, a gdyby nie Sherlock, nie wiadomo, jakby się to skończyło. Mój kochany pies… Automatycznie podniosłam dłoń w górę, wycierając swój policzek, po którym popłynęła łza. Oby przeżył…
- Koyori! - usłyszałam czyjś krzyk obok siebie, jednocześnie czując, jak ktoś potrząsa moim ramieniem. Leniwie odwróciłam głowę w stronę Charlesa, nieświadoma tego, co się dzieje.
- Weterynarz do ciebie – rzekł, na co swój wzrok od razu przerzuciłam na starszego mężczyznę. Gwałtownie też podniosłam się z miejsca, od razu tego żałując, gdyż zakręciło mi się w głowie.
- Co z Sherlockiem? - spytałam, kompletnie olewając wirujący świat. Doktor się uśmiechnął.
- Ma pani dzielnego i silnego owczarka. Sherlock, tak? Pomimo straty dużej ilości krwi, jego życiu nic nie zagraża. Choć przez chwilę bałem się, gdy jego serce nie biło do końca „zwyczajnie” - powiedział, na końcu cicho się śmiejąc.
- Sherlock ma wadę serca, nigdy się nie przemęcza i… - wyznałam, urywając zdanie. Z moich oczy poleciał prawdziwy strumień łez, którego nie mogłam zatrzymać. Upadłam na podłogę i zdjęłam swoje okulary, po prostu płacząc. Poczułam tak wielką ulgę, jak nigdy. Cały mój strach uciekł, a jego miejsce zastąpiło niewyobrażalne duże szczęście. W międzyczasie Acony postanowiła wepchać mi się pod dłonie i zacząć mnie lizać po twarzy. Uśmiechnęłam się, gładząc sunie po głowie. Przez chwilę miałam wrażenie, że w stu procentach wiedziała, co się stało i jak się przez cały ten czas czułam.
Gdy z pomocą małej klee kai się uspokoiłam i podniosłam na krzesło, ponownie na nim siadając, usłyszałam ze strony weterynarza „Jednakże”. Spojrzałam na mężczyznę ze strachem w oczach.
- Jednakże Sherlock musi u nas zostać na pewien czas – wyznał, podchodząc do stolika, przy którym siedziała młoda recepcjonistka.
- „Pewien czas”, czyli ile…? - spytałam ostrożnie, zaciskając nieco swoje dłonie.
- Do dwóch tygodni, nie umiem określić – odpowiedział, stojąc do mnie, jak i Charlesa tyłem.
- Dobrze… - cicho szepnęłam, wlepiając wzrok w podłogę pode mną.
- Zapraszam panią do siebie, musi pani coś podpisać – weterynarz ponownie zabrał głos. Zrobiłam to, o co prosił i dość chwiejnym krokiem podeszłam do tego samego stolika. Nie wiedziałam, czy to przez stres, czy zmęczenie, jednak nie zwróciłam uwagi na to, co wypełniam, wpisując różne i wymagane słowa we wskazane przez recepcjonistkę luki. Spytałam jeszcze, czy mogłabym zobaczyć Sherlocka, spodziewając się twierdzącej odpowiedzi, jednak starszy mężczyzna zaprzeczył, wyjaśniając, że potrzebuje spokoju i mogę zajrzeć ponownie jutro lub ewentualnie dzisiaj wieczorem. Przytaknęłam cicho, pożegnałam się i wyszłam z weterynarii wraz z Acony obok oraz Charlesem. Odwróciłam się w jego stronę, zadzierając głowę w górę i otwierając usta, aby coś powiedzieć. Jednak żadne słowa nie chciały przejść przez moje gardło, przez co zamilkłam i ponownie spuściłam wzrok. Burknęłam pod nosem kolejne „Dziękuję” w jego stronę. Oczami wyobraźni widziałam, jak chłopak się uśmiecha, a po chwili usłyszałam „Nie ma za co” z jego strony.
- Podwieźć cię do domu? - zapytał. Zdołałam tylko skinąć głową i od razu skierowaliśmy się w stronę jego samochodu. Po zaledwie dziesięciu minutach jechałam windą na odpowiednie piętro, na którym mieszkałam wraz z Shanem. Po wejściu do mieszkania dosłownie padłam na ziemię z hukiem, przewracając się na plecy i spoglądając na sufit. Byłam strasznie zmęczona. Czułam, że mogłam spać nawet przy drzwiach w ubraniach zimowych. Shane już spał, jak wychodziłam, więc w tym stanie mógł mnie zobaczyć dopiero rano, gdy wstanie. Zdołałam rozpiąć tylko swoją kurtkę, wzdychając. Mam dosyć, ale muszę wstać i pójść do swojej sypialni.
Właśnie miałam się podnieść, gdy Parapet postanowił wejść na moje ciało, kładąc mi się na brzuchu i zwijając się w małą nakrapianą kulkę. Ponownie westchnęłam, gładząc kocurka dłonią po główce i grzbiecie. Nawet się nie spostrzegłam, gdy moje oczy same się zamknęły, a ja zasnęłam. Obudził mnie okropny krzyk wołający „Koko”. Burknęłam coś pod nosem, otwierając leniwie oczy. Następne, co ujrzałam, to zmartwiona twarz mojego współlokatora.
- Koko!? Coś ci się stało?! - krzyki z rana nie są fajną rzeczą, oj nie… Pokręciłam głowę na boki, powoli wstając z podłogi, na której faktycznie zasnęłam. I to nic. Podnosząc się, zrzuciłam Parapeta z siebie, który miauknął i uciekł.
- Czemu tutaj spałaś? - spytał Shane. Ubrany był o dziwo dość normalnie, a w oczach dostrzegłam jego różowo-niebieskie soczewki. Sięgnęłam dłonią do sztywnego karku, chcąc go choć trochę rozmasować. Spanie tutaj jednak nie było dobrym pomysłem…
- Długa historia… - rzekłam, przymykając oczy z początkowego bólu.
- To później mi ją opowiesz. Może zgadniesz lub nie, ale wczoraj po dwudziestej czwartej zadzwonił do mnie człowiek w sprawie ostatniego wolnego pokoju. Ma tutaj niedługo być! - znowu zawołał. Zamarłam na chwilę i spojrzałam wprost na chłopaka obok.
- Nie żartujesz…? - spytałam ostrożnie.
- A skąd! Dlatego sio mi stąd i idź się ogarnąć! - zawołał, łapiąc mnie za rękę i ciągnąć w górę. Wstałam z jego nikłą pomocą, zdjęłam z siebie kurtkę, jak i buty i podreptałam na górę do swojego pokoju. Przywitało mnie w nim widok Inej na moim łóżku zamiast w terrarium. Westchnęłam tylko na ten widok, nie mając nawet siły, aby ją przenieść i rozebrałam się do bielizny. Zgarnęłam z garderoby grubą czarną bluzę z kapturem z jakimś napisem, jak i czyste spodnie wraz z bielizną i weszłam do łazienki. Szybki prysznic, ubranie się, jak i ogarnięcie twarzy zajęło mi pół godziny. Wyszłam, rozciągając się w górę, a następnie zerknęłam na samicę pytona nadal leżącą na mojej pościeli. Schyliłam się do niej, co wyczuła, otwierając oczy. Wzięłam ją na ręce i owinęłam wokół swojej szyi. Przed wyjściem z pokoju poczułam jeszcze, jak „całuje” mnie w policzek. Znajdując się na schodach, dostrzegłam, jak ktoś obcy siedzi na kanapie w salonie.
- Dzień dobry – powiedział mężczyzna, który pewnie miał być potencjalną osobą do wynajęcia pokoju. Odpowiedziałam mu z grzeczności, wypatrując wzrokiem Shane’a. Siedział w kuchni i coś robił.
- Koko, chcesz kawę? - spytał, nawet na mnie nie patrząc.
- Chętnie – odpowiedziałam, stawiając ostatni krok na podłodze. Przyjrzałam się nieznajomemu, który wstał i do mnie podszedł z wyciągniętą ręką. Wzrostem mógł dorównywać Shane'owi, jednak był mocniej zbudowany. Włosy miał ciemnobrązowe, krótko ostrzyżone, a oczy zielone. Mój wzrok przykuła szrama na twarzy, jak i ślad po zębach na dłoni wyciągniętej do mnie.
- Nazywam się Filip Dowel. Pani to pewnie pani Koyori? Shane o pani wspominał – przedstawił się. Uścisnęłam jego rękę.
- Koyori Okami, miło mi – odpowiedziałam, dalej przyglądając się jego ranom. Mężczyzna, jakby to dostrzegł, zaśmiał się nerwowo.
- Pracuję z psami, trenując je. Czasem zdarzają się agresywniejsze osobniki, które mnie nie oszczędzają – odpowiedział. Skinęłam głową, szukając wzrokiem mojej Acony.
- Acony – zawołałam. Zdołałam usłyszeć tylko znajomy pisk dochodzący ze strony dużego drapaka Parapeta, dostrzegając kawałek jej pyszczka. Wlazła do niego?
- Siedzi tam odkąd tylko Filip wszedł do mieszkania – rzucił Shane z tyłu, na co mocno się zdziwiła. Naprawdę? Przecież zwykle lgnie do każdego jak szalona...

Charles?

+10 PD

16 sty 2019

Od Koyori cd. Charles

Nie spodziewałam się, że podczas mojego nocnego spaceru z psami, spotkam kogoś znajomego. Zwłaszcza, że tym znajomym miał być Charlesa, który hamując, spadnie ze swojego motoru. Pewnie by tego nie zrobił, gdybym nie zdecydowała się wejść na ulicę nawet się nie rozglądając na boki. Bo co miałoby jeździć po drugiej w nocy? No właśnie, jak widać, Charles mógł jeździć.
Na początku jednak nie wiedziałam, kim był kierowca, dopiero gdy do niego podeszłam, oczekując odpowiedzi na moje pytanie zadane z grzeczności, poznałam go.
- Koyori? Co ty tutaj robisz o tej porze? - zapytał. No tak, większość osób o tej porze pewnie śpi.
- Cóż, ostatnio mało czasu poświęcam psom, więc wyszliśmy na późny spacer. Poza tym Acony kocha bawić się w śniegu – wyznałam, specjalnie pomijając fragment z tym, że nie mogłam zasnąć. Następnie zerknęłam w stronę parku oraz dwójki moich pupilów. Grzecznie stali wśród drzew, nawet Acony, do której chwilę przed podejściem do Charlesa powiedziałam, by została.
- A ty czemu jeździsz w nocy? - przyszła kolej na jego tłumaczenie. Mężczyzna spróbował się podnieść. Wyciągnęłam dłoń w jego stronę, chcąc mu w tym pomóc. Chwycił ją i już po chwili stał obok mnie, idąc powoli w stronę leżącego motocyklu. Gdy podniósł maszynę, raczył mi w końcu odpowiedzieć.
- Byłem… na wyścigu. Potrzebowałem pieniędzy, a w ten sposób mogłem zgarnąć dość dużo – odpowiedziałam. No tak… Film wstrzymano, więc Charles mógł mieć zdecydowanie za dużo wolnego czasu. A do tego mógł przeze mnie coś sobie zrobić…
- Wybacz, że tak nagle wyszłam na ulicę. Nawet nie popatrzyłam, czy coś jedzie…
- Nic się nie stało, nie przejmuj się – odpowiedział, uśmiechając się. Mimo wszystko i tak miałam wyrzuty sumienia. Zwróciłam się z powrotem do moich psów, idąc powoli w ich stronę. Acony wystartowała od razu w moją stronę, następnie lądując w moich ramionach. Obdarzała mnie wielką ilością mokrych pocałunków, jednak nie przeszkadzało mi to. Starałam się jednak przechylać głowę w ten sposób, by przypadkiem nie dotknęła swoim językiem moich okularów. Nienawidziłam ich czyścić, więc zawsze starałam się jak najdelikatniej je dotykać. Więc gdy unikałam lizania w okolicach oczu, spojrzałam się przypadkiem w głąb parku, dostrzegając pewien kształt. Podszedł on pod latarnię, ukazując człowieka, a dokładniej mężczyznę, jeśli wzięłabym pod uwagę jego sylwetkę. Ujrzałam również jakiś przedmiot w jego dłoni. Pomyślałam, że to może być zwykły bezdomny z butelką w dłoni, jednak przedmiot… miał zupełnie inny kształt. Trochę się przeraziłam, robiąc jeden niepewny krok w tył. Wtem ten mężczyzna zaczął biec w moją stronę. Nogi niebezpiecznie się pode mną ugięły.
- Charles – jęknęłam, gdy nieznajomy zamiast zwolnić, przyspieszał. Mój wzrok utkwił w nim, a obudzić zdołałam się dopiero po usłyszeniu szczeknięcia Sherlocka. Samiec puścił się biegiem w stronę mężczyzny, skacząc na niego i powalając na ziemię. Stałam po prostu jak zaczarowana, przyglądając się całej tej sytuacji. Obcy coś krzyczał, jednak jego głos uciszało ujadanie mojego psa. Nagle rozległ się głośny pisk, a Sherlock upadł na ziemię, tym samym dając mężczyźnie drogę ucieczki, z której natychmiast skorzystał. Owczarek jednak nie wstawał z ziemi, a dodatkowo zdawało się słyszeć ciche skomlenie.
- Sherlock – cicho wyznałam. Chciałam się ruszyć z miejsca, podejść do Sherlocka i zobaczyć, co się stało, jednak moja chęć nie chciała się zgrać z mózgiem i nadal stałam jak ta zaczarowana.

Charles?

9 gru 2018

Od Koyori cd. Charlesa

Odetchnęłam z ulgą. Nie wiem czemu, ale przez chwilę przestraszyłam się tego, o co chciał zapytać. Jednak gdy dotyczy to tylko orientacji mojego współlokatora, śmiało mogłam się uspokoić. Poza tym Shane poprzedniego wieczoru wyznał mi, że zamierza zacząć podrywać Charlesa. Nie spodziewałam się jednak, że mężczyzna sam przyjdzie do mnie z tym pytaniem. Chociaż co, sam miał go o to zapytać? Shane i tak by się pewnie wykręcał, czy coś w tym stylu. Zagryzłam wargę. Przecież mu nie skłamię.
- Nie mylisz się, Shane jest gejem – odpowiedziałam. - Dziwnie mi by było z nim mieszkać, gdyby nie był homoseksualny – dodałam, powracając do swojego zajęcia, którym było rozpruwanie martwego chomika. Zbliżała się pora karmienia Inej, jednak z obliczeń wynikło mi, że nie zdążę podać jej jedzenia na czas, więc robiłam to już dzisiaj. Ostatnio nie gardziła wcześniejszym posiłkiem i miałam nadzieję, że tym razem będzie tak samo.
- Coś w tym jest… Ale ja nie jestem gejem! Co ja mam niby teraz zrobić? - Charles zaczął chyba panikować. Odwróciłam się do niego.
- Ja ci akurat w tym nie pomogę. Powiedz mu, że po prostu nie jesteś nim zainteresowany w „ten sposób”, to sobie odpuści - „chyba” dodałam już sobie w głowie.
- Jesteś tego pewna?
- Na sto procent nie, ale zawsze warto spróbować – wzruszyłam ramionami. Mężczyzna wypuścił jeszcze szybkie „dobra”, po czym powrócił do pracowni mojego współlokatora. Wróciłam do chomika, wkładając do środka jego brzucha witaminy.
- Wyjdź!! - krzyk Shane’a rozbrzmiał nagle w całym apartamencie. Przerwałam swoje czynności, zabierając przestraszonego Parapeta z blatu za mną i wyszłam na środek mieszkania. Z gabinetu pod schodami wyszedł Charles, wzrok wbity miał w ziemię. Zgarnął swoją kurtkę i wyszedł. Odłożyłam kocura na ziemię i przeszłam do pracowni jasnowłosego. W środku zastałam go płaczącego i siedzącego na krześle pod ścianą. No i masz ci babo placek… Stuknęłam w drzwi obok mnie, na co jasnowłosy podniósł swój wzrok.
- Można? - spytałam, gdyby mi też kazał wyjść. O dziwo jednak skinął głową, więc zrobiłam krok w jego stronę. Chwilę trwaliśmy w ciszy, póki Shane nie rozłożył swoich rąk, wstając i mnie przytulając. Oplótł mnie dłońmi w pasie, opierając się na moim ramieniu. Westchnęłam tylko, również go obejmując i klepiąc po plecach. Z nim jest jak z dzieckiem. Dosłownie…
- No już, przestań płakać… Zrobię ci kakao, dobrze? - spytałam, na co usłyszałam nikły dźwięk, który oznaczać miał z jego strony zgodę. Po chwili powoli podniósł głowę, przez co miałam wgląd na jego twarz i stwierdzam, że nie wyglądał najlepiej.
- Idź i zdejmij soczewki, a ja już idę do kuchni. Po drodze przeproś Parapeta, przestraszył się twojego krzyku - Shane ponownie skinął głową, po czym wyszliśmy z gabinetu. Skierowałam swoje kroki do kuchni, by zrobić to kakao. Przy okazji usłyszałam, jak chłopak naprawdę przeprasza mojego kocura. Zaśmiałam się cicho, jednak natychmiastowo spoważniałam. Widziałam porwany materiał leżący na podłodze w pracowni. Czyżby Shane go zniszczył? W sumie nie zdziwiłoby mnie to… Pewnie jutro będzie na siebie krzyczał i go zszywał, płacząc. Gdy kakao stało już na blacie i widziałam, jak Shane schodzi po schodach w swoim kigurumi pingwina, zgarnęłam chomika dla Inej. Rzuciłam do chłopaka, że zaraz wrócę i poszłam na górę. Otworzyłam drzwi od mojego pokoju, witając się z pyszczkiem pytona z terrarium. Ostatnio samica stała się coraz mniej ruchliwa. Może niedługo zrzuci skórę? Po nakarmieniu jej rzuciłam wzrokiem na mój telefon leżący na stoliku nocnym. Cóż, wątpię, że Shane mi powie, co się dokładnie stało w pracowni… Zanim się obejrzałam, już miałam telefon w dłoni i dzwoniłam do Charlesa. Gdy się zorientowałam, co robię, chcąc się rozłączyć, usłyszałam jego głos w słuchawce. Ugh, brawo Koyori.
- Charles…? Słuchaj, ja… chciałam przeprosić za Shane’a… - zaczęłam. Czy tylko według mnie wyszło to żałośnie? Znając siebie, to tak.
- Ach, Koyori… W porządku, to nie jego wina… Ja chyba również zawiniłem… Nie wiem już – zaśmiał się.
- Cóż, jedno jest pewne. Porwał swój projekt oraz się popłakał. Właśnie siedzi w salonie i pije kakao – Usiadłam na swoim łóżku.
- Blisko ze sobą jesteście, co? - zapytał.
- Tak… Nie zawsze jest akceptowany przez swoje hobby i orientację. Poza tym szukał współlokatora przez kilka lat, nim ja się zjawiłam – wyznałam. Przypomniałam sobie te czasy, gdy przyjechałam zobaczyć apartament. Był bardzo szczęśliwy, uśmiech nie znikał mu z twarzy i cały czas mylił nazwy pomieszczeń, które oglądałam. Wtedy stwierdziłam, że to jakiś wariat, jednak coś w jego zachowaniu przekonało mnie, by się zdecydować na wspólne mieszkanie.
- Słuchaj, Koyori, muszę już kończyć. Do zobaczenia.
- Jasne, do zobaczenia – odpowiedziałam Charlesowi, po czym się rozłączyłam. Wróciłam na dół i usiadłam obok Shane’a oglądającego jakiś film.

Charles? Totalna pustka xd

17 lis 2018

Od Koyori C.D Charles

Czułam się koszmarnie. Cały czas słyszałam, jak serce szybciej mi bije, a na dodatek dalej miałam mroczki przed oczami, przez co dość słabo, jak na mnie, kontaktowałam. Poza tym wystarczyło, żebym podniosła dłoń i już można by zobaczyć, jak mocno drży. Wzięłam kolejny głęboki wdech, jak polecił mi jeden ze strażaków, który, jak się okazało, kiedyś miał klaustrofobię. Wtem dostrzegłam, jak Charles zmierzał w moją stronę. Próbowałam choć w jakiś sposób się do niego uśmiechnąć, ale pewnie wyszedł mi tylko jakiś grymas.
- Jak się czujesz? - zapytał, zatrzymując się przede mną.
- Okropnie – odpowiedziałam, wpatrując się w czubki swoich butów. Zaczęłam żałować, że Shane poszedł w końcu z Sherlockiem i Acony na dwór, brakuje mi obecności i spokojnej aury owczarka. Charles stanął obok mnie, opierając się plecami o ścianę. Spojrzałam na mężczyznę.
- Możesz już wracać – powiedziałam. Jakoś nie chciałam, by ciemnowłosy musiał się martwić przez nasze utknięcie w windzie z moją klaustrofobią. Z drugiej strony, jakaś cząstka mnie w ogóle tego nie chciała, wolałaby, aby kaskader został. Właśnie, kaskader. Jestem pewna, że gdyby nie praca, jaką wykonuje, nie miałby tyle odwagi lub siły, by pójść po jakąkolwiek pomoc. Zaśmiałam się w duchu. Dużo jestem mu winna. I nie wiem nawet, czy zwyczajna szarlotka załatwi sprawę. Po około pięciu minutach ciszy między nami, na korytarzu niedaleko drzwi od apartamentu mojego i Shane’a, Charles w końcu mi odpowiedział.
- Pójdę, jak tylko wróci Shane – na końcu się do mnie uśmiechnął. Próbowałam zrobić to samo i jestem pewna, że tym razem wyszło mi to o wiele lepiej, niż wcześniej.
- A, właśnie – zawołał. Z kieszeni spodni wyciągnął moją wsuwkę, następnie mi ją podając. Zaśmiałam się na widok jej powyginanego wyglądu. Czy ona w ogóle jeszcze mi się do czegoś przyda?
- Zatrzymaj ją – powiedziałam, gdy już przestało mnie to śmieszyć. Mężczyzna schował wsuwkę z powrotem, gdy ja zaczęłam przyglądać się jakże interesującej mnie ścianie.
- Dziękuję – wyznałam.
- Nie ma sprawy.
Kolejna cisza, którą tym razem ja przerwałam.
- Charles, może… podasz mi swój numer telefonu? Gdybym znowu utknęła w windzie… Czy coś – starałam się zaśmiać, jednak sztucznie mi to wyszło. Nie dziwię, bo dzisiejsza przygoda naprawdę nie była dla mnie za przyjemna.
- Jasne – odpowiedział z kolejnym uśmiechem Charles. Po chwili miałam już zapisany w kontaktach do niego numer, zwyczajnie podpisany jego imieniem. Wtem usłyszałam, jak coś biegnie w naszą stronę, wydając przy tym jakieś niezrozumiałe piski. Z zakrętu, gdzie znajdowały się schody, wybiegła malutka Acony ciągnąca swoją smycz. W połowie drogi do mnie wyskoczyła w powietrze, a ja trochę nieudolnie ją złapałam. Alskan klee kai zaczął lizać mnie po twarzy jak opętany. Mocno musiała się o mnie martwić. Po jakiejś minucie z tego samego zakrętu wyszedł Shane, głośno dysząc i podpierając się rękoma, by nie upaść. No tak, zapomniałam. Winda przecież nadal nie działała, więc trzeba było użyć schodów, a Shane nie jest ich miłośnikiem, jak nie żadnego sportu. Widać jednak było, że Sherlock mocno go dopingował. W sumie się nie dziwię, mój współlokator musiał mieć wolniejsze tempo, dzięki czemu i samiec nie musiał się aż tak męczyć. Aż zaśmiałam się na ten widok. Wtem o czymś jeszcze sobie przypomniałam.
- Acony, jesteś morka! - zawołałam, gdy moją bluzkę i spodnie pokryła wilgoć. Przecież na zewnątrz pada!
- No co ty! - odpowiedział Shane, powoli kierując się do mnie i Charlesa. Gdy dotarł, natychmiast upadł na podłogę, dalej dysząc z wysiłku.
- Nienawidzę schodów, to oficjalne. Chyba zamontuje w domu windę, by nie musieć po nich wchodzić. Koko, czy ty zdajesz sobie sprawę, jak to małe coś mnie ciągnęło? Rezygnuję też z małych psów. Tylko ty, Sherlock, mnie rozumiesz – powiedział, na końcu łapiąc białego owczarka za szyję i go przytulając. Spojrzałam na Charlesa, który miał czekać ze mną do przyjścia jasnowłosego. Widziałam, jak odrywa się od ściany za nami.
- Będę się zbierał, Loki musi niewyobrażalnie tęsknić – rzekł. Popatrzył na mnie, a potem na Shane’a. - Cześć wam.
- Jeszcze raz ci dziękuję – dodałam, gdy zaczął odchodzić.
- Nie ma sprawy, Koyori – odpowiedział.
- Koko – wyznałam, lekko się uśmiechając. Mężczyzna się roześmiał i na dobre poszedł. Usłyszałam pod sobą znaczące „uuu” wydawane przez młodego projektanta. Nie skomentowałam tego, tylko z Acony na rękach ruszyłam do apartamentu. W środku powitał mnie Parapet, który następnie pobiegł na narożnik. Zerknęłam na wiszący na ścianie zegar. Jest dość późno… Wypuściłam suczkę z rąk, słysząc za sobą dźwięk zamykanych drzwi.
- Jak się czujesz, Koko? - spytał Shane, opiekuńczo łapiąc mnie za ramię. Uśmiechnęłam się.
- Jest już lepiej – odpowiedziałam. Po słowach: „Idę spać”, które skierowałam do chłopaka, zaczęłam wspinać się po schodach. Z góry gwizdnęłam jeszcze, by przywołać do siebie psiaki. Znajdując się w swoim pokoju, zerknęłam na Inej leżącą już w swoim terrarium. Tyle emocji w jednym dniu… Rozebrałam się, nakładając na siebie tylko długą bluzkę z wizerunkiem słonia i położyłam się do łóżka. Włosy rozpuściłam, gumkę kładąc na stoliku nocnym, niedaleko odkładając również okulary. Bez nich nie byłam aż tak ślepa, jak by się wydawało. Wzięłam jeszcze telefon w dłoń, bijąc się ze swoimi myślami. Napisać do Charlesa, by w razie czego wiedział, że to mój numer? Zaraz, mówił coś, że telefon mu nie działa. Ale równie może odczytać wiadomość, jak zacznie. Dobra. Szybko napisałam do kaskadera kolejne podziękowania, po czym zgasiłam ekran, położyłam się i zakryłam kołdrą, próbując zasnąć.

~*~

- Aha, jeszcze jedno – w sali rozbrzmiał głos jednego z wykładowców, który właśnie kończył swoje zajęcia i jedne z moich ostatnich tego dnia. Ponownie wyciągnęłam notes i długopis, oczekując na jego „jeszcze jedno”.
- Osoby, które chciałyby wziąć udział w warsztatach dotyczących prawidłowego prowadzenia śledztwa, prosiłbym o podejście do mnie i wpisanie na tę listę – dodał, wyjmując ze swojej teczki kartkę oraz długopis. Szybko się spakowałam i skierowałam na dół, by się zapisać. Nigdy nie przepuszczałam okazji, by się czegoś douczyć. Poza tym bardzo to lubiłam.
Po wpisaniu na listę wyszłam z sali wykładowej, kierując się również do wyjścia z budynku. To w zasadzie były moje ostatnie zajęcia i mogłam wrócić do domu, by wyprowadzić moje psiaki. Wtem usłyszałam dźwięk przychodzącej do mnie wiadomości. Przystanęłam na chwilę, sięgając po telefon. Na wyświetlaczu pojawił się napis „Shane”, a trochę niżej treść, żebym jak najszybciej znowu zaprosiła Charlesa, bo coś mu się w projekcie nie zgadza i go potrzebuje. Aha, więc to ja mam mu ponownie załatwić modela? Pewnie kryję się za tym też druga wiadomość, że zebrał w sobie na tyle odwagi, by zacząć go podrywać.

Charles?

30 paź 2018

Od Koyori C.D Charles

Trochę przestraszyłam się nagłego dźwięku głosu Charlesa. Najwidoczniej musiałam być tak zajęta nastawianiem ryżu, że nie słyszałam jego kroków. Wzięłam głęboki oddech, a gdy padło pytanie odnośnie do mojej ksywki, delikatnie się uśmiechnęłam. Rzadko wspominałam czasy, gdy powstało „Koko”, a przecież całkiem je lubiłam. Zajęłam się obieraniem zielonego ogórka.
- W szkole podstawowej poznałam dziewczynę, która miała wadę wymowy. Ciężko było jej wymówić moje imię i po kilku dniach, bez mojej zgody, zaczęła nazywać mnie „Koko”. Po tym zostałyśmy przyjaciółkami, prawie się nie rozstawałyśmy i chyba tylko ja perfekcyjnie rozumiałam jej „bełkotanie” - opowiedziałam, na koniec się śmiejąc. Feline była przyjazną dziewczyną, jednak przez tę wadę ciężko było jej się z kimkolwiek zaznajomić.
- Dalej utrzymujecie ze sobą kontakt? - kolejne pytanie Charlesa praktycznie mnie zamurowało.
- Nie… Feline nie żyje – odpowiedziałam i wtem mój wzrok zasłonił obraz tego feralnego dnia. Połowa gimnazjum, jak zwykle wracałyśmy razem do domu. Naszym rytuałem było odprowadzenie mnie do klatki, bym potem mogła patrzeć, jak Feline idzie na parking naprzeciwko, czekając tam, aż odbierze ją starszy brat. Tego dnia jednak się trochę spóźniał i zamiast czarnego audi, zajechało po nią inne srebrne auto. Pasażer z przodu odsunął szybę, po czym wystrzelił z pistoletu, uciekając na piskach z miejsca zbrodni. Po policję, jak i karetkę zadzwoniła jakaś pani wracająca z zakupów, która tak jak ja, widziała całe zdarzenie, choć znajdowała się dalej. Do końca dnia pusto wpatrywałam się w przestrzeń przede mną, nie chcąc z kimkolwiek rozmawiać. Po pogrzebie dowiedziałam się, że ojciec Feline był przemytnikiem broni, który zawalił robotę, więc go „ukarano”. Ze wspomnień uciekłam, gdy poczułam piekący ból palca. Zamrugałam kilka razy, widząc czerwoną ciecz wypływającą z lewego kciuka. Natychmiast puściłam warzywo wraz z obieraczką, odwracając się do kranu.
- Koyori? - zignorowałam głos mężczyzny po mojej prawicy, próbując złapać za kurek, by odkręcić zimną wodę. Widok jednak zasłoniły mi łzy, znajdujące się w moich oczach. Zacisnęłam powieki, chcąc się ich pozbyć. Nie teraz. Nie w tej chwili. Nie przy Charlesie. Wtem poczułam chłód w miejscu zranienia. Otworzyłam powoli swoje oczy, widząc, jak woda spływa po mojej dłoni. Przesunęłam wzrok nieznacznie w prawo, widząc jakby przerażoną twarz mojego gościa. Trochę mną to wstrząsnęło.
- Płaczesz? Aż tak bolało? - spytał, wyraźnie teraz widziałam wymalowaną u niego troskę. Szybko pomrugałam, podnosząc prawą rękę i próbując zetrzeć wilgoć z twarzy. Coś nie wyszło mi ukrycie ich, zresztą było to oczywiste, że je zauważy.
- Nie… - szepnęłam w końcu. - To… - zaczęłam, nawet nie kończąc. Nie chciałam. Po prostu umilkłam.
- Mógłbyś pójść do łazienki i przynieść z szafki obok lustra plastry? - spytałam Charlesa. Teraz w jakiś sposób chciałam się go pozbyć. Ciemnowłosy na chwilę zniknął, a ja postarałam się w całości wytrzeć swoje mokre oczy. Trochę mnie bolały, zresztą jak zawsze po płaczu. Niespodziewanie poczułam, jak coś próbuje spiąć się po mojej nodze. Widząc stroskaną mordkę Acony i słysząc jej piski, na mojej twarzy pojawił się delikatny uśmiech.
- Koyori, to miały być plastry w kształcie zwierzątek…? - usłyszałam niepewne pytanie wracającego do mnie mężczyzny. Zwróciłam się w jego stronę, odpowiadając twierdząco. Shane kochał takie rzeczy. Plastry w kształcie zwierząt, papier toaletowy z nadrukami jednorożców, a nawet mydło w najróżniejszych kształtach. Ostatnio przywiózł do domu takie w kształcie gofra z bitą śmietaną i truskawką na środku.
Po opatrzeniu zranionego kciuka powróciłam do zostawionego wcześniej ogórka, zabierając się do dalszego przygotowywania rzeczy na sushi. W międzyczasie Shane zaczął wołać Charlesa, przez co obaj znikli w pracowni. Miałam tylko nadzieję, że mój współlokator nie będzie naprzykrzał się naszemu gościowi i nie powie czegoś nieodpowiedniego, czego później mógłby żałować. W końcu Charles nie wie, że Shane jest gejem. I coraz bardziej zaczęłam myśleć nad tym, czy by mu tego nie powiedzieć.
Gdy oboje wyszli spod schodów, ja akurat kroiłam ostatnią rolkę sushi, którą zrobiłam. Wyłożyłam kawałki na talerz, położyłam obok małą rybkę, w której znajdował się sos sojowy, a na koniec zgarnęłam pałeczki z szuflady. Usiadłam na kanapie, pochylając się nad stolikiem.
- Śmiało, jedzcie – powiedziałam, sama łapiąc już kawałek z ogórkiem i awokado. Niektóre były jeszcze z paluszkami krabowymi i papryką. Oczywiście użyłam tylko połowę zakupów Shane’a. Pochowane zostały jeszcze krewetki, kalmary, a nawet łosoś. Je użyję jednak kiedy indziej.
Zaczęłam przyglądać się, jak Shane z nadzwyczajną jak na niego cierpliwością stara się odpowiednio ułożyć w swojej dłoni pałeczki, co w końcu dość opornie mu szło.
- Charles, jak nie umiesz jeść pałeczkami, to możesz użyć palców – zaśmiałam się, gdy mężczyzna nieudolnie próbował naśladować jasnowłosego, a następnie mnie. Po skończonym posiłku Charles wstał z narożnika.
- Chyba będę się już zbierał, wypadałoby wyprowadzić Lokiego – rzekł. Skinęłam twierdząco głową.
- Odprowadzę cię na dół. Shane, umyj naczynia – po wydaniu polecenia mojego współlokatorami, również się podniosłam, kierując się w stronę wieszaka. Może ja też bym wyprowadziła Acony i Sherlocka? Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Po chwili wychodziłam z mieszkania w towarzystwie moich psów oraz kaskadera. Do windy weszłam ze złym przeczuciem z tyłu głowy, jednak szybko je zignorowałam. Tak, wiem, że istniejesz klaustrofobio, ale to potrwa niecałą minutę, uspokój się. Podczas jazdy winda nagle się zatrzymała, a w środku zapaliło się awaryjne światło.
- Co się… - zaczęłam, szybko wyciągając telefon z kieszeni kurtki i dzwoniąc do portiera na dole. Odebrał po chwili i zaczęły się moje pytania. Co się stało z windą? Czemu się zatrzymała? Czemu pali się awaryjne światło? Po uzyskaniu odpowiedzi, że zerwała się gwałtowna burza, niespodziewanie sprawiająca, iż nastała przerwa w dostawie prądu i nie wiadomo kiedy elektryczność powróci, niechętnie się rozłączyłam. Powtórzyłam słowa Charlsowi obok mnie, który tylko westchnął.
- Więc zostało nam tylko czekanie… - powiedział. Ja za to poczułam, jak nogi zaczynają mi się trząść.
- Jest tylko jeden problem… mam klaustrofobię – dopowiedziałam i na tym skończył się mój spokój. Oparłam się o ścianę windy, czując zawroty w głowie.

Charles?

14 paź 2018

Od Koyori C.D Charles

- Wróciłam! - zawołałam w głąb mieszkania, trzaskając drzwiami wyjściowymi. Acony od razu zerwała się z kanapy i z piskiem zaczęła do mnie biec. Za to zza wysepki w kuchni wyłoniła się biała czupryna mojego współlokatora.
- Już jesteś? - spytał, prostując się. Wtem dostrzegłam siatki z produktami spożywczymi obok kuchennych szafeczek. Był na zakupach? Westchnęłam. Aż boję się wiedzieć, co dokładnie kupił.
- Aktor trafił do szpitala, realizacja filmu została przesunięta. A co u ciebie? - zagadałam, odpinając kurtkę i schylając się, by pogłaskać sunię po łepku.
- Nudne wykłady, zero zajęć od pana Kita, więc poszedłem na zakupy. Zrobisz znowu sushi i sernik? - zapytał. Już z daleko widziałam jego błaganie w oczach. Westchnęłam cicho. A co mi tam!
- Niech ci będzie – zaśmiałam się, prostując się i otwierając swoją torbę, by wyjąć z niej samicę pytona. Mocno się jednak zdziwiłam, gdy jej tam nie ujrzałam.
- Shane – zaczęłam, dalej wpatrując się w pustą torbę. - Powiedz, że Inej właśnie pełza po podłodze.
- Żartujesz sobie? - usłyszałam jego śmiech. Jednak w momencie, gdy na niego spojrzałam, jego wcześniejszy uśmiech od razu zbladł. Shane natychmiast zostawił zakupy, biegnąc do wieszaków, by ubrać swoją kurtkę, gdy ja już otwierałam drzwi od apartamentu.
Oboje wiedzieliśmy, jak poważne jest zniknięcie mojego węża. Jeśli przez przypadek podczas jazdy na motorze wypadła mi z torby, to ludzie mogli zadzwonić na policję, a oni z kolei po tych od dzikich zwierząt. Jak za chwilę jej nie znajdę, to mogą mi ją zabrać do sklepu zoologicznego lub do zoo! Z Shanem darowaliśmy sobie nawet czekanie na windę, byle jak najszybciej znaleźć się na dole. Wypadliśmy wręcz z budynku, nerwowo rozglądając się po ulicy i poszukując wzrokiem brązowego ciała Inej. Nie jest za szybka, więc może jeszcze tu jest?
Na prawo od wejścia do wieżowca zauważyłam idącego mężczyznę. Szybko znalazłam w telefonie zdjęcie węża i zaczepiając Shane'a, podeszliśmy do niego. Po pokazaniu mu ekranu i spytaniu, czy ją widział, pokręcił przecząco głową i poszedł. Ruszyliśmy dalej, gdy gdzieś za sobą usłyszałam, jak ktoś woła mnie po imieniu. Odwróciłam się i natychmiastowo ujrzałam Charlesa na motorze. Po przyjrzeniu mu się dostrzegłam Inej owiniętą wokół jego pasa.
- Jezu, Inej! - zawołałam i do nich podbiegłam. Z łzami w oczach próbowałam rozplątać ciemnowłosego i przytuliłam się do pytona. - Tak się martwiłam, Mała – szepnęłam do niej, czując na skórze jej łuski. Mimo że to wszystko nie trwało za długo, to strasznie się o nią bałam. W końcu była strasznie ciekawska, do zwierząt z chęcią się zbliżała, ale ciężko akceptowała innych ludzi.
Chwilę po naszym tuleniu odsunęłam węża od siebie, ale ta i tak się wyciągnęła, cmokając mnie w policzek. Kochana Inej… Oplotłam sobie ją wokół szyi, gładząc jej głowę. Następnie spojrzałam na Charlesa, zastanawiając się, co w takiej sytuacji powinnam zrobić. Zwyczajnie mu podziękować i sobie iść? Nie… Najpierw muszę to wiedzieć.
- Skąd ją miałeś? - spytałam. Ciemnooki się uśmiechnął.
- Z twojej torebki przeszła do mojej kieszeni w kurtce – rzekł, cicho się śmiejąc. Spojrzałam w oczy zwierzaka. Co za spryciula!
- Strasznie cię za to przepraszam. Inej jest strasznie ciekawska, ale nie podejrzewałam, że mogłaby zrobić coś takiego… – powiedziałam, spuszczając wzrok na ziemię. Było mi strasznie za nią przykro.
- Nic się nie stało, Koyori. Ważne, że cię znalazłem. Trochę spanikowałem, gdy po ujrzeniu Inej w kieszeni, ty już zniknęłaś – powiedział, delikatnie się uśmiechając. Byłam mu strasznie wdzięczna, że chociaż poczekał.
- Może… Chciałbyś wejść do nas na chwilę? Na kawę lub herbatę, mamy też jeszcze szarlotkę w lodówce – spojrzałam na Charlesa spod szkiełek okularów. Zaraz jednak przeniosłam swój wzrok na Shane’a, o którym częściowo zapomniałam. Wyłapał moje spojrzenie i również powiedział, że zapraszamy i nie pożałuje zjedzenia ciasta. Ciemnowłosy chwilę się zastanowił, póki nie wyznał: „Dobrze” i odstawił motor, po czym ruszył za mną i moim współlokatorem do budynku po naszej lewej stronie. Portier przywitał się z całą naszą trójką i odprowadzał nas wzrokiem, aż wsiedliśmy do windy. Znajdując się już na odpowiednim piętrze, wysiedliśmy z niej i po minucie Shane otwierał drzwi do naszego domu. Wystarczyło lekko je uchylić, by natychmiastowo Parapet czmychnął z mieszkania. Zanim zdążyłam zareagować na ucieczkę kocurka, Charles już miał go w rękach. Już chyba drugi raz dzisiaj mnie uratował… Westchnęłam cicho.
- Wybacz… znowu. Czasem się zdarza, że Parapet zechce sobie uciec. Aj, Acony, stój, siad! - krzyknęłam, gdy mały alaskan klee kai postanowił przywitać się z naszym gościem. Natychmiast mnie usłuchała i grzecznie usiadła, machając tylko energicznie swoim ogonkiem. Odwinęłam sobie Inej z szyi i położyłam ją na grzbiecie Sherlocka, który również do nas podszedł. Kochany piesek. A teraz… Zwróciłam się do Charlesa.
- Daj mi go – poleciłam. Już po chwili miałam kota w swoich rękach i zaczęłam iść z nim w kierunku kuchennej wysepki. Następnie ponownie zwróciłam się do ciemnookiego.
- Czuj się jak u siebie, buty możesz zdjąć, a toaleta jest za kuchnią prosto i w prawo. Jak zwierzaki będą ci się naprzykrzać, to mów – na końcu uśmiechnęłam się do niego, co odwzajemnił.
- Koko! Gdzie mój szkicownik! - usłyszałam krzyk Shane’a z pracowni. Westchnęłam, opierając się o kuchenny blat.
- W torbie zobacz! A jak nie, to w sypialni! - odkrzyknęłam mu, po czym sięgnęłam do włosów, by z koka związać je w zwykłego kucyka. Po skończonej przemianie spojrzałam na gościa i zadałam podstawowe pytanie.
- Kawa czy herbata?

Charles?

26 wrz 2018

Od Koyori cd. Charlesa

- Acony, wracaj do mieszkania… - westchnęłam, powtarzając to zdanie już chyba po raz setny. Suczka za żadne skarby nie chciała się mnie usłuchać i siedziała jak ten kołek na korytarzu, patrząc się prosto w moje oczy. Zwariuję zaraz…
Po wczorajszym incydencie i karnej rozmowie z reżyserem, panem Stevensonem, nawet nie śmiałam przyprowadzać psów. Może i była to najkrótsza droga do niebrania udziału w tym całym filmie, ale… Shane się podekscytował. Zagroził nawet, że podwyższy mi czynsz, jeśli zrezygnuję. A to jest dziad!
- Proszę, Acony… - zaczęłam, ale przerwał mi jej pisk. Niechętnie się podniosła i ze spuszczoną głową podreptała do apartamentu. W końcu! Szybko zamknęłam drzwi i wręcz biegłam do windy, która zaczęła się zamykać, gdy do niej dochodziłam. Zmęczona oparłam się o lustro w środku, wyciągając telefon z torebki opleciony przez Inej, by spojrzeć na godzinę.
Taksówka zamówiona dobre kilkanaście minut wcześniej jeszcze na mnie czekała, co było chyba kolejnym cudem. Szybko podałam adres kręcenia kolejnych scen filmu, mając nadzieję, że kierowca nie jest zły za moją zwłokę. Moja kolej miała nadejść dopiero jutro, ale już dzisiaj miałam poznać aktorów, z którymi miałabym zagrać. Szczerze, to stresowałam się tym spotkaniem. Wiadome było, że Shane dzisiaj by mi nie towarzyszył, więc… zdana byłam tylko na siebie. I może Inej, która właśnie próbowała wypełznąć z mojej torby. Westchnęłam cicho, sięgając po nią i owijając wokół szyi. Równocześnie poczułam, jak samochodem zarzuciło, a do moich uszu dotarł zdławiony krzyk mężczyzny za kierownicą.
- Matko święta! Skąd się to wzięło w moim samochodzie! – zawołał. Zauważył ją w lusterku…? - Dobra, nieważne! Niech tylko zostanie na pani szyi – dodał, ponownie skupiając się na drodze. Odetchnęłam w duchu. Już się bałam, że każe mi wysiąść z auta, a tego raczej bym nie chciała.
Po dojechaniu na miejsce zapłaciłam kierowcy i wysiadłam z pojazdu. Wyjście zza rogu i znajdowałam się w tej samej scenerii, co ostatnio i pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to Charles rozmawiający z panem Stevensonem. Od razu się uśmiechnęłam na jego widok i myśl, iż choć jeden znajomy będzie mi towarzyszył. Po jakiejś minucie reżyser sobie poszedł, a ciemnowłosy od razu na mnie spojrzał. Ruszyłam się z miejsca, podchodząc do niego.
- Hej… Co jest? - spytałam, widząc nie do końca zadowolony wyraz jego twarzy. Jestem pewna, że scena, którą wczoraj nagrywał po godzinie przerwy – jak mi zrelacjonował Shane, bo mi kazano iść do domu – wyszła mu dobrze i niepotrzebna była powtórka. Chłopak przeczesał dłonią włosy, wzdychając.
- Główny aktor trafił do szpitala i resztę scen szlag trafił. Zostały przesunięte o jakiś miesiąc – wyznał. Orientacyjnie spojrzałam się na pytona, myśląc, że jednak niepotrzebnie walczyłam z Acony. Z jednej strony to dobrze, że zostały przesunięte, przynajmniej dla mnie, ale z drugiej…
- Reżyser nie poniesie jakichś szkód przez to…? - cicho spytałam. Szczerze, to nie miałam pojęcia, jak wygląda to całe kręcenie filmów.
- No właśnie będzie kilkanaście tysięcy w plecy… - wyznał. Kiepsko to wygląda… Spojrzałam za Charlesa i zobaczyłam, jak ludzie za nim składają cały rozstawiony wcześniej sprzęt.
- To… co robimy…? - znowu zabrałam głos, naprawdę będąc tego ciekawa. Mam ot, tak teraz wrócić do domu? Szatyn uśmiechnął się do mnie.
- Cóż, ja nie jadłem śniadania, więc chyba skoczę coś zjeść… Chcesz iść ze mną? - Wmurowało mnie to trochę. Nie spodziewałam się żadnego zaproszenia z jego strony, ale… szczerze, to też nic nie jadłam. Kiepsko spałam i nie miałam sił, by coś zjeść.
- Jeśli ja i Inej nie będziemy przeszkadzać – powiedziałam, schylając głowę i poprawiając palcem zjeżdżające okulary.

Charles? Nic się nie stało

19 wrz 2018

Od Koyori cd. Valerie

- Jesteś tego pewny? - spojrzałam w oczy Shane’a, stojącego obok mnie. Wyraz jego twarzy nie wyrażał niczego, za to ja byłam w lekkim szoku. Po prostu to było niespodziewane z jego strony.
- Tak – odpowiedział, odwzajemniając mój wzrok.
- Zdajesz sobie sprawę z tego, że to będzie cię kosztować dużo cierpliwości? Przypominać ci ile jej posiadasz? - spytałam, nawet nie mając zamiaru skierować swoich oczu gdzie indziej.
- To postanowione, już napisałem wiadomość. Powiem więcej, oddzwoniła tego samego dnia i dzisiaj przychodzi – odpowiedział, schylając się i zgarniając w swoje ręce przechodzącego obok Parapeta. Po prostu nie mogłam w to uwierzyć!
- Shane! Ty chcesz kompletnie zmienić swój gabinet! Twój świat, w którym zawsze panował jeden wielki chaos! - który zresztą ja sprzątałam. Chłopak obrócił się do mnie, ponownie spoglądając w moje czarne tęczówki.
- Ale teraz chcę, by był bardziej poukładany – dodał, głaszcząc kocura po głowie. Podniósł dumnie głowę, wpatrując się w coś za moją osobą. Wyglądał jak ten zły charakter w filmach, szef jakiejś grupy przestępczej, co ma fioła na punkcie zwierzaka. Wiecie, o co mi chodzi.
Przyłożyłam swoją dłoń do czoła, wzdychając z bezsilności. Ja już zaczynałam się w tym wszystkim gubić. Zacznę od początku. Kilka dni temu odwiedził nas pan Kit, by zobaczyć, jak radzi sobie Shane ze swoimi projektami. Od razu po wejściu do gabinetu stwierdził, że wygląda „jak tani, ale dobry burdel”. Od tamtego momentu mój współlokator złapał doła, zastanawiając się, co powinien zmienić. Postanowił więc wynająć dekoratorkę wnętrz, by mu pomogła! Podobno była dobra, jak słyszał z opinii jednej dziewczyny z roku. O tym wszystkim dowiedziałam się dopiero godzinę temu, gdy wróciłam z zakupów na obiad. I od tamtej pory stoję z bluzą w dłoni i Acony pod nogami, która z zapiętą smyczą czekała, aż ją uwolnię.
Muszę w końcu się ruszyć… Schyliłam się do suni, głaszcząc ją i puszczając wolno. Po odwieszeniu rzeczy na wieszak chwyciłam za dwie siatki, kierując się z nimi do kuchni. Odstawiłam je na blat i zaczęłam wyciągać zakupy. Kupiłam kilka dodatków, które mogłyby się spodobać Shane’owi, ale dam mu je trochę później. Powinnam raczej zajrzeć do Inej.
- O której ma przyjść dekoratorka? - zapytałam stojącego przy schodach chłopaka. Wtem rozległ się dzwonek domofonu.
- Teraz – odpowiedział, na co tylko westchnęłam. Po prostu świetnie… Mam tylko nadzieję, że nie będzie mieć nic przeciwko moim zwierzakom.
Po dojściu na piętro otworzyłam drzwi od mojego pokoju, kierując swój wzrok na terrarium pytona. Podeszłam do niego i otworzyłam, biorąc samicę na ręce. Zasyczała cicho, gdy oplatałam ją wokół szyji, na końcu przykładając czubek swojego pyszczka do mojego policzka. Schodząc po schodach, dostrzegłam otwierane drzwi od mieszkania i wchodzącą do środka ciemnowłosą dziewczynę. Acony od razu do niej podbiegła, chcąc się przywitać, Sherlock przyglądał się im z daleka. Jeśli dobrze widziałam, to Parapet dalej tkwił w rękach mojego przyjaciela.
- Velerie Brown, prawda? Jestem Shane Lucrut, miło mi cię poznać – zaczął, wyciągając rękę w stronę dziewczyny. Od razu przeszedł do niej na „ty”. Poza tym miała ładnę imię.
- Mi również – odpowiedziała. Skierowała swój wzrok najpierw na Acony, potem na Parapeta, aż na mnie, gdy pokonałam ostatni przezroczysty schodek. Shane obrócił się za jej spojrzeniem.
- To Koyori, moja współlokatorka. A zwierzaki to… Acony, Parapet, Inej oraz Sherlock – odpowiedział na jej nieme pytanie, po kolei wskazując moich pupili. Sama skierowałam się do leżącego owczarka, odkładając obok niego węża, następnie zawracając do kuchni. Zostawiając tam Inej, byłam pewniejsza co do tego, że niczego nie zbroi, gdy mamy gościa.
- Usiądźmy może. Kawy, herbaty? - Shane dzisiaj przypominał mi wzorowego gospodarza. A gdy ja do niego przyszłam w kwestii mieszkania razem, to z trzy razy potknął się na płaskiej podłodze. O swoje nogi.

Valerie?

3 wrz 2018

Od Koyori cd. Charlesa

Shane miał rację. Mimo że dla niego większość facetów to „ciacha”, to tym razem… mogłam mu to przyznać. Ciemnobrązowe loczki, oczy w tej samej barwie. Pod garniturem na pewno skrywał mięśnie. Poza tym nigdy bym nie sądziła, że taki potężny mężczyzna, z takim uczuciem obchodziłby się z małym szczeniakiem. Pozory mylą. I to podwójnie, bo też nikt by się po mnie nie spodziewał węża na szyi. Do tego pytona.
- Szybko zaczęłaś mówić – zauważył Shane, gdy Charles już się od nas oddalił. Spojrzałam na chłopaka obok mnie, gładząc głowę Inej. Faktycznie, nawet tego nie zauważyłam. Zazwyczaj trochę trwa, nim się przyzwyczajam do czyjegoś towarzystwa, nie wspominając o poznaniu osoby, z którą przebywałam. Może to przez to, że od razu się przedstawił?
Wtem usłyszałam cichy pisk pode mną. Zerknąwszy w dół, dostrzegłam niecierpliwiącą się Acony, merdającą ogonem. No tak… Tu jest tyle nieznanych przez nas ludzi, że ta aż drży z podniecenia na myśl o ich poznaniu. Niestety, nie dzisiaj mała.
- Shane! - za nami rozległ się czyjś głos. Po odwróceniu się zauważyłam pana Kita. No tan, szkicownik! Szybko zajrzałam do swojej czarnej torby na ramię, wyjmując z niej gruby zeszycik w twardej okładce. Podałam go jasnowłosemu, który po wciśnięciu mi Lokiego w ręce, podbiegł do swojego mentora, od razu pokazując mu swój nowy projekt. Jego chyba popaprało dawać mi tego szczeniaka na ręce, gdy Inej owinęła się wokół mnie! Malec zaczął cicho popiskiwać, niekoniecznie bezpiecznie czując się w moich ramionach. Oj rozumiem go doskonale. Samica raczej nie lubiła przebywać tak blisko nowych osób, choć nie miała też bardzo możliwości zrobienia mu krzywdy. Jednak niedługo, a nawet jutro zbliżała się jej pora karmienia. Myślę, że byłaby w stanie zjeść takiego małego pieska, ale to nie znaczy, że naprawdę ma spróbować. Inej popatrzyła się chwilę na Lokiego, wystawiła swój język, po czym wtuliła się w moją szyję. Zaczęłam gładzić pieska po głowie, by choć trochę mniej się stresował i zrozumiał, że pyton raczej nie ma zamiaru go zjeść. Prawda?
Gdy Shane do mnie wrócił, najwyraźniej uszczęśliwiony za wsze czasy, od razu zwróciłam mu szczeniaka. W tym samym momencie zauważyłam nadciągającego w naszą stronę Charlesa w towarzystwie konia. Na śmierć zapomniałam! Mieliśmy przecież patrzeć na jego scenę z helikopterem. Po prostu ekstra.
- I jak wrażenia? - zapytał z uśmiechem na twarzy. Patrzył się raz to na mnie, to na Shane’a, który jakby się skurczył. Chyba nie mam innego wyboru.
- Wybacz – wyznałam, spuszczając trochę głowę – Nie widziałam jej, skupiłam się za bardzo na zwierzakach – dokończyłam, wzrokiem przejeżdżając po moich pupilach, jak i po Lokim. Usłyszałam ciche westchnięcie przed sobą.
- No cóż… Mówi się trudno, prawda? Tak w ogóle przedstawiam wam moją towarzyszkę, Ignis - z powrotem się uśmiechnął.
- Jaka piękna! - zawołał Shane, podchodząc do niej i wyciągając swoją dłoń, by pewnie ją pogłaskać. Klacz jednak miała inne plany i odsunęła się o krok od chłopaka. Zaśmiałam się cicho na to. Najwidoczniej go nie zaakceptowała, biedaczek. Jego wzrok mówił, jakby go mocno zraniono. Zaczął głaskać Lokiego na pocieszenie. Wtedy coś sobie przypomniałam.
- Cóż, tylko moich nie przedstawiłam. Wąż na mojej szyi to Inej, duży psiak Sherlock, a mniejsza nazywa się Acony. W domu tkwi jeszcze kot Parapet – opowiedziałam, na koniec poprawiając swoje okulary. Charles uśmiechnął się szeroko, co tylko odrobinkę mnie speszyło.
- Gdzie jest Charles!! - czyjś krzyk rozległ się chyba w całym mieście. Chłopak odwrócił się na dźwięk swojego imienia. W naszą stronę szedł ktoś na wzór reżysera. Założyłabym się, że nim był. Facet podszedł do nas i złapał ciemnowłosego za ramię.
- Musisz powtórzyć scenę. Była perfekcyjna, ale na nagraniu okazało się, że jakiś durny ptak, który na pierwszy rzut oka był niewidoczny, wleciał w kadr i wszystko szlag trafiło – Charles niekoniecznie wydawał się szczęśliwy z tego powodu. Wtem wzrok reżysera padł na mnie i moje zwierzaki.
- A ty to kto? - spytał, podejrzliwie mrużąc oczy. - Nie przypominam sobie, bym zatrudniał tresera zwierząt – rzekł, przejeżdżając po mnie wzrokiem z góry na dół. Kątem oka zauważyłam, jak Shane i Charles otwierają buzię, by coś powiedzieć, gdy mężczyzna zatrzymał ich ruchem dłoni.
- Podobasz mi się. Chcę cię w swoim filmie – uśmiechnął się do mnie. Ja jednak stałam jak ten słup soli, tylko siłą woli powstrzymując swoją szczękę, by się nie rozwarła z wrażenia.
- Będziesz sprzymierzeńcem głównego bohatera. Hackerką! A twoim wiernym towarzyszem będzie twój wąż, którego masz na szyi. Bo on jest twój, prawda?
- Tak, ale…
- To świetnie! Charles, zaprowadź… - zaczął, nie kończąc, chcąc użyć mojego imienia, którego nawet nie znał.
- Koyori…
- Zaprowadź Koyori do namiotu z charakteryzatorkami, mój asystent zaraz wszystko jej tam wyjaśni. Migiem! Muszę zmienić trochę scenariusz i powiedzieć jednej osobie, że wypada z filmu. A potem od razu wracaj na plan – rzucił to wszystko na jednym wydechu, następnie odchodząc. Ja jednak dalej byłam w szoku. Miałam grać w filmie…? Przecież ja nigdy w żadnym nie grałam!

Charles?

1 wrz 2018

Od Koyori cd. Dante

Nie czułam się tu komfortowo.
Shane miał kiedyś chłopaka Teodora, który postanowił odnowić z nim urwany kontakt. Dlatego kilka dni temu zaprosił go na urodziny swojego kolegi, Michaela.
Dzisiejszego wieczoru miałam siedzieć sama w domu, pijąc czarną herbatę pod kocem z Sherlockiem, Acony, Parapetem i Inej na szyi, dodatkowo oglądając jakiś film. Nic by się nie zmieniło, gdyby nie to, że dzisiaj mój współlokator przypadkowo zobaczył, jak płaczę i postanowił, że wybiorę się z nim na poprawę humoru. Już wolałam siedzieć sama, pewnie robiąc jakieś ciastko na pocieszenie. Miałam ochotę na coś słodkiego. Ale stałam pod ścianą ze szklanką coli w dłoni, patrząc, jak Shane wygina się pod wpływem muzyki. Zaczął się nawet całować ze swoim byłym. Sama odmówiłam jednemu tańca, chcąc mieć na uwadze jasnowłosego, który najpewniej zaraz by coś zmalował.
Nigdy nie czułam się najlepiej w nieznanym towarzystwie, a dzisiaj kompletnie nikogo nie kojarzyłam, pomijając jasnookiego, jednak ten zajęty był kimś innym. Pominę fakt, że Shane zmusił mnie do zrobienia koka z kucyka, by odsłonić kark, a tym sam mój tatuaż z motylami. Dodatkowo wręcz wcisnął na mnie swój ostatni projekt. Sukienka była za ładna, bym ją nosiła. Zrobił ją z czarnego delikatnego materiału, tworząc zwykłą sukienkę na ramiączkach z rozkloszowanym dołem, sięgającym mi do połowy ud. Dodał siatkę pokrywającą ramiona oraz dekolt z szyją, doszywając materiałowy kołnierz. Jednak na tym nie skończył. Postanowił wyciąć rząd serduszek na krawędzi spódnicy oraz rękawów.
Do chodzenia wzięłam pewne buty na koturnie z zapięciem na kostce, które kiedyś kupiła mi mama. Dawno w nich nie chodziłam i mogły być moim najgorszym dzisiejszym wyborem. Nogi zaczynały mnie boleć.
Zerknęłam w stronę kanapy, która magicznym sposobem nagle się zwolniła. Już miałam zacząć iść w jej stronę, gdy moją uwagę zwrócił Shane wpadający na jakieś gościa. Z cichym westchnięciem zauważyłam, że jego drinki wylały się na podłogę. Pora pomóc łamadze, z którą mieszkam. Dwa kroki, byłam przy kuchni i sięgnęłam po ręcznik kuchenny. Jeszcze kilka i już stałam przy moim współlokatorze.
- Wytrzyj – rzekłam, wciskając mu w ręce papier. Gdy chłopak, ogarnąwszy, po co mu ręcznik w dłoniach i zrozumiawszy, co mu powiedziałam, kucnął, by wytrzeć plamę na podłodze. Ja tymczasem spojrzałam w górę na nieznajomego obok nas. Jasne oczy i włosy, z wygolonymi bokami. Kolczyk w nosie i jeśli dobrze spojrzałam, to w uchu też. Od razu dostrzegłam, że mi również się przyglądał, więc skinęłam głową, zamykając oczy, mając nadzieję, że ujrzy w tym moje przeprosiny.
Gdy Shane skończył sprzątać, wzięłam od niego mokre chustki, jak i ręcznik, kierując się ponownie w stronę kuchni. Po odstawieniu papieru na miejsce zaczęłam wypatrywać śmietnika.
- Pod zlewem – usłyszałam za sobą, automatycznie się odwracając. Chłopak z wcześniej. Skinęłam głową, w ten sposób mu dziękując i otworzyłam drzwiczki, wyrzucając śmieci. Odwracając się do wyjścia z kuchni, przypomniałam o swojej coli, którą zostawiłam kilka chwil temu na pastwę losu. Wolałabym już jej nie szukać, i tak pewnie znajdowała się na straconej pozycji. Po prostu sięgnęłam do kupki jednorazowych kubeczków, biorąc ten z samej góry. Czekając, aż jasnooki odłoży colę, bym mogła ją sobie nalać, cicho westchnęłam, opierając się o kuchenny blat.
- Zrobić ci drinka? - zapytał, choć w pierwszej chwili nie do końca ogarnęłam, czyj to głos. Spojrzałam w jego oczy, delikatnie kiwając głową na bok. - Na pewno? - tym razem skinęłam. Podał mi butelkę, której zawartość zaczęłam przelewać do kubka.
- To był twój kolega? -
Szybko zerknęłam na niego i kiwnęłam głową.
- Przyszliście razem? -
Ta sama reakcja.
Zakręciwszy colę, odstawiłam ją na bok i wzięłam jej łyk. Ciekawe, ile jeszcze będą trwać te urodziny…

Dante?

26 sie 2018

Od Koyori do Charlesa

- Acony… Przestań… - wymamrotałam, czując, jak coś moczy mi całą twarz. Dosłownie. Z brody przeszła pyszczkiem na usta, potem na nos, jeden policzek, drugi, aż w końcu na czoło. Gdy poczułam, jak wsadza mi czubek języka do oka, przewróciłam się na plecy, następnie wpatrując się w biały sufit. Zaraz wzrok jednak zasłoniła mi mordka psinki. No naprawdę, nawet w sobotę nie mogę dłużej leżeć w łóżku. Uniosłam dłoń, kładąc ją na głowie suczki, głaszcząc ją. Przymknęła oczy, oddając się pieszczocie. Zaraz jednak usłyszałam dzwonek mojego telefonu, który jak zwykle leżał na szafce nocnej obok łóżka. Z westchnięciem sięgnęłam po niego, następnie go odbierając. Założę się, że to Shane, bo czegoś zapomniał i chcę, bym mu to przyniosła. Właśnie miałam tradycyjnie powiedzieć: „Halo?”, ale mój współlokator był szybszy.
- Koko? Wstawaj i się ubieraj! Zapomniałem szkicownika, a mam tam rysunek nowego projektu. Chcę go pokazać panu Kitowi! Zaraz wyślę ci adres.
I się rozłączył. Wygrałam. Nie wiedziałam, że dzisiaj znowu wybrał się z panem Kitem. Kim on był? Mentorem Shane’a, u którego odbywał czasem staż, pomagając mu przy projektach. Facet szył niebywałe ubrania, a chłopak bardzo chciał iść w jego ślady. Po usłyszeniu dźwięku przysłanej wiadomości z adresem, postanowiłam w końcu powstać. Acony zeskoczyła z mojego łóżka, dzięki czemu mogłam na nim usiąść, spuszczając swoje stopy na mięciutki biały dywanik. Przekręciłam głowę na bok, dostrzegając czarno-białe ciało ciekawie leżące na podłodze. Głowa kota zatopiona w dywanie, łapy rozstawione po obu jej bokach, a tylne jeszcze znajdowały się na łóżku. Ogon śmiesznie zwisał na pyszczek kocura. Cóż… jak Parapetowi jest tak wygodnie, to niech tak leży. Wtem do pokoju wszedł Sherlock, w pysku niosąc moje kapcie w kształcie psiego pyszczka. Po założeniu ich i wstaniu z materaca, poprawiłam sobie kucyka, powoli zmierzając do garderoby. Wyszłam z niej już ubrana w bluzkę Marvela i czarne getry. Następnie zaliczyłam łazienkę, by skończyć w kuchni, robiąc sobie śniadanie. Wzięłam gryza kanapki z serem, patrząc, jak Sherlock z Acony zajadają się psią karmą, którą chwilę temu im nasypałam. Niebieska miska z napisanym na nią imieniem kota czekała, aż właściciel się zbudzi. Zerkając w stronę schodów, akurat dostrzegłam nakrapiane stworzenie.
- Dzień dobry, Parapet – rzekłam, machając mu. Kocur chwilę na mnie popatrzył, miauknął, po czym poleciał do przodu, spadając ze schodów. Będąc na podłodze, znowu zamiauczał i zaczął się czołgać w moją stronę.
- Ja tego nie skomentuje, dobrze?
Szybko jeszcze się wróciłam po moją torbę na ramię, po czym zaszłam do gabinetu Shane’a. Szkicownik jak zwykle leżał pod materiałami na jego biurku. Po założeniu trampek za kostkę w zebrę, zajęłam się zapinaniem smyczy moim psom. A w zasadzie Acony. Jest tak ruchliwa i mała, że boję się, iż kompletnie zniknie mi z oczu. O Sherlocka aż tak nie muszę się martwić. Choć nie strasznie nie lubię, gdy ludzie każą mi założyć mu kaganiec. „To duży pies! A jak kogoś ugryzie?!”.
- Pa Parapet! - rzuciłam, wychodząc i zamykając drzwi na klucz. Mam nadzieję, że kocur nic sobie nie zrobi. Wychodząc z apartamentowca, spojrzałam do telefonu na rozkład jeżdżących autobusów. Ten, którym miałam zaraz jechać, powinien niedługo być. To dobrze, nie lubię długo stać i czekać na przystanku. A na niego przybyłam w idealnym momencie! Na moje nieszczęście był praktycznie cały zapełniony. Wzięłam Acony na ręce, nie chcąc, by została zdeptana i stanęłam pod oknem. Zerknęłam orientacyjnie na Sherlocka, który spokojnie usiadł jak najbliżej moich nóg. Dobry piesek. Wróciłam myślami do kota w domu. Zaczynałam się trochę o niego martwić. Jakiś tydzień temu, gdy wróciłam do domu, zastałam wywróconą doniczkę jednego kwiatka, który magicznym sposobem znalazł się na głowie Parapetu, smacznie śpiącego na blacie kuchennym. Choć i tak długo na nim nie wytrzymał, bo chwilę potem z niego spadł. Wtem przypomniałam sobie o czymś. A raczej o kimś. Nie zajrzałam do Inej! A jeśli… Natychmiastowo zajrzałam do swojej torby. Powitał mnie pyszczek węża, z którego zaraz wydobył się rozwidlony język. Wiedziałam… Widziałam, jak pyton powoli pnie się w górę, chcąc się rozejrzeć.
- Acony… Przestań… - wymamrotałam, czując, jak coś moczy mi całą twarz. Dosłownie. Z brody przeszła pyszczkiem na usta, potem na nos, jeden policzek, drugi, aż w końcu na czoło. Gdy poczułam, jak wsadza mi czubek języka do oka, przewróciłam się na plecy, następnie wpatrując się w biały sufit. Zaraz został jednak przysłonięty przez psią mordkę. No naprawdę, nawet w sobotę nie mogę dłużej leżeć w łóżku. Uniosłam dłoń, kładąc ją na głowie suczki, głaszcząc. Przymknęła oczy, oddając się pieszczocie. Po chwili usłyszałam dzwonek mojego telefonu, który jak zwykle leżał na szafce nocnej obok łóżka. Z westchnięciem sięgnęłam po niego, następnie odbierając przychodzące połączenie. Założę się, że to Shane, bo czegoś zapomniał i chcę, bym mu to przyniosła.
Właśnie miałam tradycyjnie powiedzieć: „Halo?”, ale mój współlokator był szybszy.
- Koko? Wstawaj i się ubieraj! Zapomniałem szkicownika, a mam tam rysunek nowego projektu. Chcę go pokazać panu Kitowi! Zaraz wyślę ci adres.
I się rozłączył. Wygrałam.
Nie wiedziałam, że dzisiaj znowu wybrał się z panem Kitem. Kim on był? Mentorem Shane’a, u którego odbywał czasem staż, pomagając mu przy projektach. Facet szył niebywałe ubrania, a chłopak bardzo chciał iść w jego ślady. Po usłyszeniu dźwięku przysłanej wiadomości z adresem postanowiłam w końcu powstać. Acony zeskoczyła z mojego łóżka, dzięki czemu mogłam na nim usiąść, spuszczając swoje stopy na mięciutki biały dywanik. Przekręciłam głowę na bok, dostrzegając czarno-białe ciało ciekawie leżące na podłodze. Głowa kota zatopiona w dywanie, łapy rozstawione po obu jej bokach, gdy tylne jeszcze znajdowały się na łóżku. Ogon śmiesznie zwisał na pyszczek kocura. Cóż… jak Parapetowi jest tak wygodnie, to niech tak leży.
Do pokoju wszedł Sherlock, w pysku niosąc moje kapcie w kształcie psiego pyszczka. Po założeniu ich i wstaniu z materaca poprawiłam sobie kucyka, powoli zmierzając do garderoby. Wyszłam z niej już ubrana w bluzkę Marvela i czarne getry. Następnie zaliczyłam łazienkę, by skończyć w kuchni, robiąc sobie śniadanie. Wzięłam gryza kanapki z serem, patrząc, jak Sherlock z Acony zajadają się psią karmą, którą chwilę temu im nasypałam. Niebieska miska z napisanym na nią imieniem kota czekała, aż właściciel się zbudzi. Zerkając w stronę schodów, akurat dostrzegłam nakrapiane stworzenie.
- Dzień dobry, Parapet – rzekłam, machając mu. Kocur chwilę na mnie popatrzył, miauknął, po czym poleciał do przodu, spadając ze schodów. Będąc na podłodze, znowu zamiauczał i zaczął się czołgać w moją stronę.
- Ja tego nie skomentuje, dobrze?
Szybko jeszcze się wróciłam po moją torbę na ramię, po czym zaszłam do gabinetu Shane’a. Szkicownik jak zwykle leżał pod materiałami na jego biurku. Po założeniu trampek za kostkę w motyw zebry, zajęłam się zapinaniem smyczy moim psom. A w zasadzie Acony. Jest tak ruchliwa i mała, że boję się, iż kompletnie zniknie mi z oczu. O Sherlocka aż tak nie muszę się martwić. Choć nie strasznie nie lubię, gdy ludzie każą mi założyć mu kaganiec. „To duży pies! A jak kogoś ugryzie?!”.
- Pa Parapet! - rzuciłam, wychodząc i zamykając drzwi na klucz. Mam nadzieję, że kocur nic sobie nie zrobi.
Wychodząc z apartamentowca, spojrzałam do telefonu na rozkład jeżdżących autobusów. Ten, którym miałam zaraz jechać, powinien niedługo być. To dobrze, nie lubię długo stać i czekać na przystanku. A na niego przybyłam w idealnym momencie! Na moje nieszczęście był praktycznie cały zapełniony. Wzięłam Acony na ręce, nie chcąc, by została zdeptana i stanęłam pod oknem. Zerknęłam orientacyjnie na Sherlocka, który spokojnie usiadł jak najbliżej moich nóg. Dobry piesek. Wróciłam myślami do kota w domu. Zaczynałam się trochę o niego martwić. Jakiś tydzień temu, gdy wróciłam do mieszkania, zastałam wywróconą doniczkę jednego kwiatka, który magicznym sposobem znalazł się na głowie Parapetu, smacznie śpiącego na blacie kuchennym. Choć i tak długo na nim nie wytrzymał, bo chwilę potem z niego spadł. Wtem przypomniałam sobie o czymś. A raczej o kimś. Nie zajrzałam do Inej! A jeśli… Natychmiastowo zerknęłam do swojej torby. Powitał mnie pyszczek węża, z którego zaraz wydobył się rozwidlony język. Wiedziałam… Widziałam, jak pyton powoli pnie się w górę, chcąc się rozejrzeć.
- Inej, siedź cicho – szepnęłam, zamykając torbę. Aż żałuję, że nie ma w niej suwaka! Spokojnie, trzeba teraz uważać na to, by Inej się nie wychyliła, a tym bardziej uciekła. Mimo że była praktycznie niegroźnym zwierzęciem i dość przyjaznym, tylko ciekawskim, to większość ludzi i tak nie przepadała za pytonami. A do nich samych niespecjalnie docierała wiadomość, iż jest zupełnie niegroźna.
Po jakiejś minucie jazdy Acony niemiłosiernie zaczęła mi się wiercić. Już minutkę, chwilkę, poczekaj. Jednak dopiero po czterech wysiedliśmy, do tego z pewną trudnością, bo wjechał wcześniej wózek i Sherlock nie mógł praktycznie wyjść. Odstawiłam alaskana klee kai na ziemię, przejeżdżając dłonią po głowie samca obok. Oddalając się od przystanku, dostrzegłam idącego w mojego stronę Shane’a z… psem w rękach? Nie mówcie, że znowu…
- Shane…?
- Spokojnie, nie ukradłem go staruszce – Widziałam powagę w jego oczach. Kamień spadł mi z serca. Shane strasznie lubi zwierzęta, im mniejsze, tym dla niego słodsze. Jednak sam żadnego nigdy nie wziął, bo „zapewne po chwili by o nim zapomniał”. Mógłby być do tego zdolny.
Pewnego razu na spacerze spotkaliśmy starszą panią, która wyszła na spacer ze sznaucero-podobnym zwierzęciem. Chłopak wziął go na ręce, by go pogłaskać, a następnie z nim odszedł, bo o nim zapomniał. Na szczęście kobieta nie miała nam tego za złe.
- Za rogiem jest plan nowego filmu akcji i kręcą scenę kaskaderską. Ten słodziak należy do faceta, który właśnie naraża swoje życie. I powiem ci, niezłe z niego ciacho – Tego chyba w nim nie lubiłam. Shane jako osoba homoseksualna, interesuje się tylko i wyłącznie mężczyznami. Choć nieraz zdarza mu się i obgadać kobiety, zwłaszcza przy mnie. I nie powiem, nieźle się przy tym oboje bawimy. Jednak jeśli chodzi o mężczyzn, to nie zna granic przy ich opisywaniu. Ale zawsze wstydzi się zagadać! Jedno musiałam mu przyznać. Piesek był po prostu przesłodki!
- Wygląda trochę na pudelka – powiedziałam, podchodząc do jasnowłosego. Wystawiłam rękę, by szczeniak ją obwąchał, po czym pogłaskałam go po główce. Jaką on ma cudną sierść!
- Wabi się Loki – rzekł, kucając, by malec mógł się zapoznać z moimi towarzyszami. Też się zniżyłam, bacznie obserwując reakcję Acony oraz Sherlocka. O samca jakoś specjalnie się nie martwiłam, jednak suczka mogłaby zareagować trochę zbyt impulsywnie. Na szczęście oboje byli dość spokojni w kontakcie z malcem.
- Em… Koko… - Spojrzałam na Shane’a, który z kolei swój wzrok zatrzymał na mojej torbie. No chyba nie…
- Inej… - wyznałam, widząc głowę ciekawskiego węża wystającą z torby. Zasyczała cicho, kierując się na moje ramię. Zaczekałam, aż kompletnie owinie się nie tylko wokół ręki, ale też i szyi. Wspięła się jeszcze wyżej, dając mi całusa w policzek. No cóż, teraz już jej nie zdejmę. Podniosłam się z ziemi, jak również i Shane, z Lokim w rękach. Chciałam już sięgnąć ręką do torby po szkicownik chłopaka, jednak ten zatrzymał mnie podniesieniem dłoni.
- Chodźmy na plan. Zobaczysz, jak wygląda. Tam mi go oddasz.

Charles?
+20PD

25 sie 2018

Koyori Leokadia Okami

Na zdjęciu: Bae Joo-hyun
Motto: „Widzisz tę gąsienicę oczami i widzisz obślizgłe stworzenie. Ja patrzę na nią sercem i widzę pięknego motyla”
Imię: Koyori Leokadia. Matka często woła na nią Koyo, jednak jej ulubioną ksywką jest Koko. Tylko tym, których uważa za bliskich, pozwala tak do siebie mówić. Zdarzały jej się przezwiska od drugiego imienia. Leo i Lodzia były używane najczęściej.
Nazwisko: Okami
Wiek: 20 lat
Data urodzenia: 28 lipca
Płeć: Kobieta
Miejsce zamieszkania: Koyori obecnie zamieszkuje jeden z apartamentowców niedaleko parku, a jednocześnie swojej uczelni. Oprócz niej i jej pupili mieszka tam prawowity właściciel mieszkania – Shane Lucrut. Poszukiwał współlokatora, z którym mógł dzielić swoje dwupiętrowe mieszkanie odziedziczone po zmarłych w wypadku samolotowym rodzicach. Jednak przez jego odmienny sposób ubierania, nie było to za łatwe. Jednak szatynce to nie przeszkadzało, ważniejsze było dla niej to, by mogła zamieszkać wraz ze swoimi zwierzakami. Dla chłopaka nie było problemu, polubił je – i tak zaczęli żyć razem.
Na pierwszym piętrze jest się otwarta kuchnia z salonem i stołem z sześcioma krzesłami, małą toaletą oraz wyjściem na taras balkonowy. Pod schodami umieszczone są drzwi do gabinetu. Na piętrze znajduje się sypialnia Shane’a oraz Leo, w których również mieszczą się osobne łazienki i garderoby. Dodać trzeba, że jest jeszcze jeden pokój, ale pusty, do którego właściciel ciągle szuka lokatora. Poza tym chłopak był na tyle miły, że udostępnił szatynce puste półki regału w swoim gabinecie, na których umieściła swoje książki.
Orientacja: Heteroseksualna
Praca: Studentka kryminologi. Dostaje dość pieniędzy od rodziców, by jeszcze nie podejmować żadnej pracy.
Charakter: Jaka jest Koyo? Skryta, cicha, spokojna. Te słowa aż cisną się na usta, gdy się ją ujrzy. Nie bardzo lubi mówić o sobie, nie jest typem mówcy. Zdecydowanie woli słuchać, i to z niesamowitym jak na nią skupieniem. Po przeanalizowaniu czyiś słów jest w stanie wyciągnąć momenty najważniejsze oraz te, które pomogą jej w doradzeniu, jeśli taka potrzeba istnieje. Niestety trzeba dodać, że nie sprawdza się w tym najlepiej, choć najgorzej też nie.
Na początku można uznać czarnooką za osobę nieśmiałą, ale to tylko pozory. Po prostu nie przepada za rozmową z kompletnie obcą osobą, więc milczy, ograniczając się do drobnych gestów i ruchów głowy. Po poznaniu się z kimś zaczyna powoli się otwierać. Zacznie mówić, może o coś zapytać. Gdy będzie się śmiać, wiedz, że już w pełni cię zaakceptowała.
Można czasem brać ją za osobę bez uczuć, z sercem zrobionym z kamienia, obojętnie patrzącą na świat dookoła nas, jednak to określenie bardzo ją boli. Co ma zrobić ze swoją naturą? Nie chciałaby się zmieniać na siłę. Pominę fakt, że w taką przemianę w ogóle nie wierzy. A sama należy do ludzi łatwowiernych, od razu łykającą najdrobniejsze kłamstwo. Za to też siebie nie lubi. Co prawda jeszcze nie została w ten sposób zraniona, jednak czasem przychodzą do jej głowy absurdalne pomysły. Lodzia przyznaje jednak, że swoich uczuć nigdy nie okłamywała. Gdy kogoś polubiła, pokochała lub znienawidziła, mówiła to na głos, a to, że do siebie samej czy któregoś ze zwierząt, to jej własna osobista sprawa. Nigdy nie miała problemu z nazwaniem swoich uczuć, szybko się ich orientując i próbując je zadusić. Dlatego czasem można ujrzeć, jak bez powodu płacze. Od czasu do czasu odczuwa taką potrzebę. Najczęściej w swoim pokoju bez niczyjego udziału udaje im się ujść. Gdy już wie, że to wszystko, co z siebie wyciśnie, szybko się ogarnia i natychmiast robi jakieś ciastko. Tak na poprawę humoru, wiecie. Ma do nich słabość. Ogólnie do rzeczy słodkich, nie tylko w formie jedzenia. Zwierzęta najbardziej na nią oddziałują. Nie wyobrażałaby swojego dalszego życia bez któregoś ze swoich pupili. No ale kiedyś umrą, wiadomo, śmierć jest nieunikniona. Co by wtedy zrobiła? Jakby zareagowała? Sama nie wie, choć nieraz łapie się na myśleniu o śmierci swojej, czy osób wokół siebie.
Jest to osoba tolerancyjna, mało zwracająca uwagę na to, kto jak się ubiera, wygląda, czy zachowuje. Po prostu to akceptuje, sądząc, że gdyby wszyscy byli tacy sami, świat nie byłby taki ciekawy i inspirujący.
Mimo wszystko ekscytuje się na myśl o zakładzie. Wiecie, gdy chcecie się założyć o jakieś pieniądze z na przykład kolegą obok, że ta i ta postać zginie w tym i tym filmie. Lubi takie momenty, a zwłaszcza, gdy osoba, której to proponuje, zgodzi się. Raz wygrywa, raz nie. Różnie to u niej bywa, ale zwykle się tym nie przejmuje. Poza tym ma silne poczucie sprawiedliwości. Gdy tylko widzi, jak ktoś oszukuje, krew zaczyna buzować w jej życiach i mało brakuje od tego, by nagle wybuchła z krzykiem. Nie polepsza tego fakt, że bardzo dobra z niej obserwatorka i czasem zauważa rzeczy, których w ogóle nie powinna.
Jest do niczego w kłótniach. Nie umie brać w nich udziału, bronić się, odpowiadać. Dlatego też stara się ich unikać, tym samym uważając je za niepotrzebne światu.
Hobby: Koko najbardziej interesuje kryminalistyka. Morderstwa, kradzieże, zagadki, kocha te klimaty. Głównie miłość do tego zaszczepiło jej dzieło Arthura Conan Doyle’a. Po przeczytaniu pierwszej części „Sherlocka Holmesa” zapragnęła sama stać się detektywem. I tu przechodzimy do jej miłości. Książki są dla niej prawie wszystkim. Komiksy wraz z mangami też lubi. Naprawdę kocha czytać i nie wyobraża sobie dnia bez przeczytania choć jednej strony rozpoczętej lektury. Do tego przy naprawdę dobrej może odpłynąć, a żeby wrócić do rzeczywistości, trzeba ją wtedy mocno szturchnąć. Jej ulubione tytuły do dzisiaj? „Sherlock Holmes”, „Młody Samuraj”, „Bracia Lwie Serce”, „Kroniki pradawnego mroku”, „Szóstka wron” oraz „Exitus Letalis”.
Czym jeszcze mogłaby się interesować? Gotowaniem, to jej prawdziwy konik. Posiada swój własny zeszyt, w którym zapisane ma wszystkie przepisy, które kiedykolwiek wykorzystała i się jej spodobały. Co najczęściej gotuje? Japońskie jedzenie, które kocha nad życie. Sushi, ramen, teriyaki, różne słodycze.
Zwykle nie przepada za sportem, ale jest jeden, który chciała kiedyś trenować. Tenis stołowy. Bardzo lubi dźwięk uderzanej piłki o paletkę, czy o sam stolik. Jednak nie za często gra, głównie dlatego, że nie posiada swojego sprzętu, a jak ktoś jej go pożyczy, to nie ma z kim rywalizować.
Aparycja|
- wzrost: 150 cm
- waga: 43 kg
- opis wyglądu: Dziewczyna, jak widać, należy do grona osób niskich, jednak od wielu słyszy, że dzięki temu jest też urocza. Osobiście nie podziela tego zdania. Posiada szczupłe ramiona, ręce i nogi. Grubszą szyję i palce u dłoni. Wcięcie w talii słabo dostrzec. Brzuch? Strasznie płaski, czasem sprawia wrażenie wklęsłego. Tyłek i piersi są raczej u niej średnie.
Usta należą do tych drobnych i wąskich, jednak o naturalnej malinowej barwie. Ciągle sprawiają wrażenie suchych i popękanych, mimo że ciągle nawilżane są balsamem o owocowym zapachu.
Jej oczy, skrywane za okrągłymi okularami, są skośne. Ich kolorem jest głęboka czerń, dzięki czemu przypominają one dwa okrągłe węgielki. Nie podkreśla ich cieniami, czy kredkami, kreskami. Wychodząc z domu, szybko przejedzie rzęsy tuszem. Choć i tak najczęściej w ogóle o nim nie pamięta. Jednak proszę nie myśleć, że nie potrafi się malować. Na ważne okazje potrafi się „odwalić”.
Okami śmiało może się pochwalić swoimi włosami. Uważa je za najpiękniejszą rzecz w niej samej. Ich barwa? Czekolada w świetle słońca. Na co dzień wyglądają na niemal czarne, ale to tylko jeden z najciemniejszych odcieni brązu. To, w jaki sposób są ułożone, zależy trochę od nastroju Koyori. Rozpuszczone — pracuje i woli, by jej nie przeszkadzano. Kucyk — rozluźnia się. Kok — chce się skupić. Warkocz — zamierza się zabawić.
Styl jej ubioru podchodzi pod luźny, nieraz uważany za sportowy. Góra? Koszulki, bluzy, czasem swetry. Zawsze i wyłącznie o rozmiarze L lub XL. Dlaczego? Nie lubi odkrywać tyłka, a w takich ubraniach jest jej najwygodniej. Nie obchodzi ją fakt, że najczęściej wygląda w nich jak „worek ziemniaków”. Poza tym nakłada na siebie tylko spodnie. Dżinsy bądź czarne getry, świętem jest ubranie spódnicy czy sukienki. Latem stawia na szorty. Na stopy nakłada ukochane przez nią sportowe buty. Trampki, adidasy, posiada ich po kilka par, niektóre o dość ciekawym wyglądzie. A skarpetki? Zdecydowanie kolorowe, nie przepada za jednolitymi. Preferuje też te dłuższe, ale różnie z tym u niej bywa.
- pozostałe informacje: Na osiemnastkę odważyła się pójść zrobić tatuaż, o którym marzyła przez dobre pięć lat. Na karku zostały umieszczone trzy czarne motyle, wspinające się po szyi. Nigdy nie żałowała decyzji zrobienia go.
- głos: Rikarin
Historia: Szatynka urodziła i wychowała się w pełnej rodzinie. Mama i tata na miejscu, szkoła niedaleko. Jednak nigdy nie poznała swoich dziadków. Ani z jednej, ani z drugiej strony rodziców. Uważa swoje dzieciństwo za szczęśliwe. Klasy w podstawówce i gimnazjum kończyła ze świadectwem z paskiem. Tak samo było w liceum.
Już od dawna wiedziała, że chce być jak Sherlock Holmes, studiować na dobrym uniwersytecie, jak nie najlepszym. Rozmawiając ze swoją wychowawczynią w szkole wyższej, zaproponowała jej uczelnię w Avenley River, mówiąc, że jej brat tam wykłada i utrzymują wysoki poziom. Od razu podjęła decyzję.
Rodzina:
Ojciec Ryuunosuke Okami – z zawodu tłumacz. Tylko raz wyjechał z rodzinnego miasta, by zobaczyć jedno muzeum, ale został tam na zawsze po poznaniu miłości swojego życia – Lidii. Od razu do niej zagadał, pytając, czy umówi się z nim na kawę. Po jej zgodzie wiedział, że to miłość aż do grobu. Gdy dowiedział się o tym, że będzie ojcem, nie mógł usiedzieć w miejscu ze szczęścia. Po narodzinach Leo pokochał ją od razu. Jest to człowiek stanowczy, choć niesurowy. Zawsze trzymał za swoją Koko kciuki, nigdy nie przestając w nią wierzyć. Do dzisiaj tak jest.
Matka Lidia Okami z domu Avalon – przepiękna kobieta wychowana w domu z wieloma tradycjami. Od razu została wydziedziczona, gdy rodzina dowiedziała się, że kocha mało zamożnego mężczyznę. Jednak się tym nie przejęła. Swoją rodzinę kocha nad życie i prawie codziennie dzwoni do ukochanej córeczki, by się dowiedzieć, czy sobie radzi. Czasem żałuje, że puściła Koyo do obcego miasta do obcych ludzi tylko ze zwierzętami u boku, ale już nic z tym zrobić nie może.
Partner: -
Potomstwo: -
Ciekawostki:
- Chciałaby w przyszłości kupić jeszcze jedną suczkę, by następnie skrzyżować ją z Sherlockiem,
- Posiada klaustrofobię.
- Strasznie boi się burz i piorunów.
- Uczulona na kokos i imbir,
- Co jakiś czas prosi rodziców o przysłanie jej konkretnych mang.
- Kiedyś uczyła się grać na pianinie. Do dzisiaj potrafi zagrać tylko jedną melodię. Piosenka nosi tytuł „Kołysanka dla Belli”.
- Biorąc prysznic, potrafi nieświadomie nucić bądź śpiewać.
- Strasznie wstydzi się swojego głosu.
- Potrafi perfekcyjnie posługiwać się pałeczkami, zdarza się jej jeść nimi częściej, niżeli sztućcami.
- Jeszcze nigdy nie paliła papierosów, a jeśli chodzi o alkohol, to stroni od niego.
Inne zdjęcia: 1, 2
Zwierzęta: Mimo że węże u niektórych wzbudzają strach, czarnooka kocha te stworzenia. Inej jest samicą pytona. Razem są od prawie roku, jednak wyraźnie widać między nimi nić przyjaźni. Inej to strasznie ciekawskie stworzenie, dzisiaj dokładnie zna dosłownie każdy kąt w domu, niestety w niektórych udało jej się aż zaklinować. Lodzia osobiście wyciągała ją z tych wszystkich pechowych miejsc. Wspomnieć trzeba jednak, że jest też przerażająco inteligenta, czego na co dzień nie ukazuje. Potrafi sama wyjść z terrarium i niepostrzeżenie wślizgnąć się do torby swojej pani, by następnie wyruszyć z nią na spacer po mieście lub na uczelnie. Za każdym razem budzi grozę u prawie każdego, kto ją zobaczy. Jednak to nie wszystko. Po obserwowaniu ludzi nauczyła się również otwierać drzwi z klamką, pisać na klawiaturze (nawet tej dotykowej) oraz przełączać światło, jak i kanały w telewizorze. Mimo woli rzadko używa owych umiejętności, sprytnie kryjąc je przed ludzkim wzrokiem. Do ufnych zwierząt jednakże nie należy. Może minąć dużo czasu, zamiast kogoś zaakceptuje, a okazuje to przyłożeniem czubka pyszczka do jego policzka. W taki sam sposób okazuje miłość. Poza tym często używa ludzi bądź innych zwierząt to transportu. Nie zalicza się jej do szybkich stworzeń.
Jednak oprócz węży bardzo lubuje się w psach. Sherlock to prawdopodobnie owczarek szwajcarski, jak porówna się go do opisu rasy, choć nikt tego pewien w stu procentach może nie być. Został wzięty ze schroniska w rodzinnym mieście Koko, gdy je zamykali. I mimo dorosłego wieku szybko złapali wzajemny kontakt. Głównie właściciele pozbyli się go po wykryciu wady z sercem, przez którą nie może za bardzo się męczyć. I jakby to czuł, nie przepada za gonieniem ogona, piłki, frisbee czy patyka. Całe dnie woli przeleżeć przy swojej właścicielce. Dodać też trzeba, że strasznie ciche i spokojne z niego psisko, a jego cierpliwość określa się mianem anielskiej.
Oprócz Sherlocka zajmuje się też Acony. Często uważana jest za córkę, czy siostrę owczarka, lub szczeniaka rasy husky. Oba twierdzenia są błędne. Acony jest czystej krwi alaskanem klee kai, raczej mało popularnej rasy, jednak dziewczyna zakochała się w niej od pierwszego przeczytania w internecie. Suczka została przez nią kupiona u jednych ludzi, którzy marzyli o zaczęciu hodowania tej rasy. Jest to strasznie energiczny piesek, którego wszędzie pełno. Nie umie usiedzieć kilku minut w miejscu, co owocuje codziennym krzykiem „Acony!” padającym z ust jej pani. Jednak sunia należy do inteligentnych, wie, kiedy zaprzestać swych czynów. A do tego jest zdolna i każda psia sztuczka to dla niej drobnostka. Należy też do grona przyjaznych psów, każdego wita merdaniem ogona, a strach to u niej nieistniejące słowo.
I dochodzimy do końca jej „zwierzyńca”, jak to określają państwo Okami i Shane. Ostatnim lokatorem jest… Parapet. Proszę, nie śmiejcie się z imienia kocurka. Wzięła go od znajomej ze studiów, która postanowiła zająć się ciężarną bezdomną kotką. Po ujrzeniu na świat piątki kociąt zaczęła szukać dla nich domów, a że Koyori obiecała sobie kiedyś, że weźmie kota i nazwie go Parapet… W taki o to sposób się u niej pojawił. Jest to zabawny kocur, często nazywany głupim. Dlaczego? Inteligenty kot raczej wie, co to szyba, nie uderza cały czas w ścianę, chcąc wyjść z pokoju i nie spada z kanapy, śpiąc na niej. Należy też do mniej zgrabnych zwierząt. Powód? Spadł z balkonu, chodząc po poręczy. Na szczęście nic poważnego mu się nie stało. Uważa się, że pomimo ciapek, ktoś wcześniej musiał pochlapać jego czarne futro białą trwałą i nietoksyczną substancją, dzięki której dopiero wtedy stał się czarno-biały. Bo w takim razie skąd wziąłby się jego pech? Mimo wszystko genialne dogaduje się i z Sharlockiem i z Acony, a najlepiej mu idzie z Inej.
Pojazd: Nie posiada. Powód? Jakoś nigdy nie ciągnęło jej do tego, by mieć czyjeś życie na sumieniu. Nawet swoje. Zdecydowanie woli przemieszczać się na piechotę lub komunikacją miejską.
Kontakt: ZlotyPies (howrse)