Wybrałem się na festyn wraz z zespołem po próbie. Za dwa dni mamy występować na scenie w parku, konkretnie, to mamy pomóc w zebraniu funduszy dla dzieci z domu dziecka. Nie mam nic przeciwko zaśpiewaniu za darmo, tym bardziej, jeśli to się robi dla kogoś. Poza tym, kim bym był, gdybym nie mógł robić czegoś, co kocham, nawet za darmo? Vincent zobaczył plakat, przyklejony do słupa obok sklepu zoologicznego, kiedy przejeżdżał tamtędy tramwajem. Harry znalazł wszystkie informacje w internecie i wszyscy się zgodzili na wypad na Letni Festyn. Poza tym okazja się powtórzy dopiero za rok, trzeba korzystać, póki można, bo kto wie, może za rok nas już nie będzie?
Nie potrzebowaliśmy żadnego pojazdu, ponieważ wszystko mieliśmy dosłownie pod nosem. Od domu Andrew’a wszędzie mamy blisko. Mieliśmy problem z wyborem – najpierw zajść do cyrku, w którym za chwilę rozpocznie się występ, czy zaliczyć od razu rzut w tarczę, by brunet siedzący na stołku wpadł do wody? Normalnie żaden z nas nie miałby takiego dylematu, ale sęk w tym, że nie było kolejki do rzucania piłeczką, a to wiadome, że gdy wszystko się rozkręci, nigdzie nie będzie można dojść. Wybraliśmy jednak cyrk.
Zajęliśmy miejsca pośrodku widowni. Gdy światła zgasły, zacząłem jeść popcorn i podżerać od Harry’ego chipsy.
- Panie i panowie! - po namiocie rozniósł się donośny głos mężczyzny w meloniku i w czarnej pelerynie, gdy został oświetlony żółtym promieniem. - Witamy w cyrku Happy Fun – machnął dłońmi, a z jego rękawów wyleciały gołębie. Gdy zapowiadał każdą rzecz, jaka nas dzisiaj spotka, ich twórcy wychodzili na scenę. Pierwsza była akrobatka w różowym stroju kąpielowym i z masą piór, która stała na kłusujących białych koniach, odzianych w kolorowy ekwipunek. Za nią pojawił się mężczyzna z zamaskowaną twarzą, który prowadził lwa i dwie tygrysice. Pojawili się połykacze ognia, ludzie, których nazywałem dymiarzami (to ci, którzy rzucali takie małe kuleczki, z których wydobywał się dym), inne akrobatki ujeżdżające żyrafę i słonia oraz masę klaunów. - Czas zacząć! - po tych słowach światło ponownie zgasło, a gdy wróciło, scena była pusta. Przez chwilę nic się nie działo, aż nagle na środku pojawił się dym, a z niego wyłoniły się kobiety w maskach. Zaczęły tańczyć, jedna drugą podrzucała ku górze, a ta rzucała na ziemię kulki, które wybuchały kolorowym dymem. Występ byłby nudny, gdyby nie fakt, że dym formował się w różne zwierzęta, a niektóre się nawet poruszały! Musiałem przyznać, że były świetne. Nagle na ich miejscu pojawiła się grupa połykaczy ognia, zdążyłem ich naliczyć siódemkę. Każdy trzymał w dłoni kij, którego oba końce nagle zapłonęły. Zaczęli tańczyć z ogniem; kręcili kijami, przerzucali z jednego człowieka do drugiego, podrzucali wysoko ku górze, by na końcu zionąć płomieniami w stronę widowni. Przyznam, w pewnej chwili myślałem, że wszyscy spłoniemy. Następny występ był poświęcony akrobatkom, najpierw tym, które tańczyły na zwierzętach. Jedna z nich stała na rękach na koniach, druga robiła salta na żyrafie, a trzecia przemieszczała się po słoniu, który stał na dwóch tylnych nogach. Brakowało tylko piłki, która by pękła pod jego ciężarem. Wszystkie były nie tylko znakomite, ale i śliczne, widziałem, jak Vincent ślini się widok akrobatki ujeżdżającej konie. Po nich kobieta i mężczyzna zachwycili nas powietrznymi akrobacjami na trapezach i linach. Widząc ich, miałem motywację, by samemu spróbować skakać, robić salta i fikołki w powietrzu, by złapać się nogami za trapez i chwycić swojego partnera. To musi być świetne uczucie. Następnie na scenę weszli klowni, w swoich malutkich pojazdach, pomalowani na różne kolory. Oblewali się woda, obrzucali ciastami i chociaż z większości tych żartów wyrosłem i nie potrafiłem się nawet z nich śmiać, wszystkie dzieci śmiały się głośniej niż dotychczas. Przyrzekam, że gdy klowni zeszli ze sceny, usłyszałem jęk zawodu. Ostatni występ należał do prowadzącego magika, który wyczarowywał z kapelusza zwierzęta, z rękawów wyjmował długie kolorowe chusty związane jeden z drugim, by obwiązać je wokół królika i podrzucić go do góry; wtedy zamienił się w wielkiego orła, którego magik utrzymywał na chustach. Mimo iż nie wierzę w magię, czasem nie potrafię wytłumaczyć jego sztuczek. Zachwycili nas jeszcze połykacze mieczy, ludzie, którzy potrafili balansować na linie, stojąc na piłce i trzymając na czole krzesło, eskapalodzy (ci, którzy potrafią wyzwalać się z więzów), zaklinacze wężów, mężczyzna, który rzucał na ślepo nożami w swoją asystentkę i ani razu jej nie drasnął (!) oraz wielkie lwy, przeskakujące przez obręcze (jednak nawet płonęła!). Gdy występ się skończył, cała widownia razem z nami nagrodziła występujących oklaskami. Po wyjściu z namiotu cała nasza grupa nie mogła przestać gadać na temat akrobacji i innych zjawisk, jakie widzieliśmy.
- On połknął miecz, ohyda! Dziwne, że nic mu nie przecięło, pewnie nawet ostry nie był.
- Ta akrobatka na koniach była taka zwinna, miała śliczny strój…
- Mi najbardziej się podobał występ z ogniem. Też bym tak chciał umieć i nic nie podpalić.
- Jestem ciekaw, jak oni zrobili tę sztuczkę z dymem. Jak to się mogło poruszać?
- A ja nie chciałbym być asystentką tego nożownika i nie chciałbym też z nim zadzierać.
Spojrzeliśmy w kierunku naszego koleżki, którego chcieliśmy wrzucić do wody. Co się okazało? Że była strasznie długa kolejka, a facet na stołku siedział suchy i śmiał się z tych, którzy rzucali do tarczy (co się dziwić? Taką miał pracę).
- Będziemy tam stali wieczność – stwierdził Harry.
- No, chyba że ty tam postoisz, a my pójdziemy dalej – zaproponował z uśmiechem Andrew, który został lekko uderzony w łeb przez Harry’ego.
- Chodźmy dalej, później tu zawitamy – powiedziałem. Po tych słowach ruszyliśmy korzystać z innych atrakcji.
Zawitaliśmy do Labiryntu Luster, w którym czekaliśmy na Harry’ego, który się zgubił. Zaliczyliśmy wodną ślizgawkę, na którą musieliśmy czekać dwadzieścia minut przez kolejkę, potem poszliśmy na diabelne koło, w którym Andrew pokłócił się z Peter’em i chciał go wyrzucić za bramkę. Postanowiliśmy zagrać w wyławianie jabłek z beczki – oczywiście Vincent musiał nieco podtopić Harry’ego, przez co został przez nas wrzucony do małego zbiornika wodnego, w którym łowiło się ryby. Na odwet oblał nas wodą ze stoiska, w którym można było wygrać wielką pluszową pandę. Oczywiście całą amunicję zmarnował na nas, dlatego nie udało mu się jej zdobyć.
- To mógł być piękny prezent dla mojej dziewczyny – lamentował po porażce.
- Najpierw trzeba ją mieć – Harry poklepał go po plecach. Wróciliśmy do rzutu piłką, by wrzucić tego kolesia do wody, ale kolejka dalej była długa. Zmuszeni byliśmy stanąć w niej i czekać. Niestety, gdy przed nami było raptem pięć osób, pojawiła się kobieta, która wypuściła mężczyznę ze stołka i podała mu telefon. Wszyscy, którzy czekali na swoją kolej, stali i obserwowali. W końcu mężczyzna z bladą twarzą jak ściana pobiegł w kierunku parkingu, a kobieta oznajmiła, że atrakcja zostanie zamknięta. Każdy z nas był nie tylko oburzony, ale i zdenerwowany.
- To my tu tyle staliśmy, by sobie popatrzeć?!
- Bardzo przepraszam, ale nie mamy nikogo w zastępie – tłumaczyła się, ale Andrew oczywiście musiał się wdać w kłótnię.
- To czego on sobie poszedł? Przecież mu za to nie płacicie! - wykrzyczał zdenerwowany. Peter chwycił go za ręce i odciągnął do tyłu.
- Bardzo przepraszam, ale jego córka wylądowała w szpitalu. Nie miałam wyjścia – po tych słowach przeprosiłem ją za jego zachowanie i zawstydzeni odeszliśmy od stoiska. Wyzwaliśmy Andrew’a, który za karę miał stać w kolejce do wielkiej karuzeli, która kręciła się pionowo i poziomo, a sami poszliśmy zamówić coś do jedzenia. Wszyscy wzięliśmy hamburgery, wróciliśmy do Andrew’a, któremu także daliśmy jeden egzemplarz.
- Bardzo mądre – prychnął. - Jeść przed karuzelą – zjadł swoją bułkę.
Miał rację. Mimo iż ja, Peter i Vincent czuliśmy się świetnie, Harry poszedł zwymiotować do śmietnika, a Andrew skarżył się na dziwne uczucie w żołądku, ale mimo wszystko nie zwrócił hamburgera. Zrezygnowaliśmy z dalszego chodzenia po festynie, a aby polepszyć im humory, zawitaliśmy do baru.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Letni festyn 2018. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Letni festyn 2018. Pokaż wszystkie posty
2 wrz 2018
28 sie 2018
Od Lucii C.D Althea - zadanie #2
Po wielu godzinach czekania, w końcu dostałyśmy swoją upragnioną nagrodę. Znaczy moją. Po Alt widać było, że boi się tej maszyny jak cholera. W pewnym momencie chciałam zrezygnować specjalnie dla niej, lecz ona się upierała i sama popchnęła się w kierunku tego “szaleństwa”. Przez chwilę myślałam, że to tylko dlatego, by nie być gorszą od ojca. On na tym ze mną był, ona natomiast nie. Miałam wrażenie, że kieruje nią zazdrość, ale szybko wyrzuciłam to, jak i poprzednią myśl z głowy. Chciałam z nią spędzić zajebiście czas, a nie dręczyć się tym wszystkim.
- Chodź Al! - krzyknęłam szczęśliwa, ciągnąc ją za sobą do przodu. Nawet jakby nie chciała, to ja bym ją siłą tam wciągnęła. Co z tego, że proponowałam jej przejście do innego stoiska. Niestety, klamka już zapadła. Dziewczyna widocznie nie potrafiła się pogodzić z tą myślą i cały czas patrzyła na mnie przestraszona. - Spokojnie, wytulam cię, gdy już tam wejdziemy - powiedziałam z uśmiechem, chcąc dodać jej otuchy. Ta tylko mruknęła coś cicho pod nosem i ruszyła za mną. Jej kroki były pewniejsze niż wcześniej, z czego byłam zadowolona.
Szybko wsiadłam do jednego wagonika i poklepałam na miejsce obok siebie, wyszczerzając się. Dziewczyna patrzyła na moją rękę ze strachem, ale po chwili w końcu się przełamała i pod moim wpływem i tego, że kolejka powoli poruszała się do przodu, szybko zajęła swoje miejsce.
- Umrę - oznajmiła lekko drżącym głosem.
Zaśmiałam się.
- Sranie w banie, trzęsiesz się bardziej niż Duch podczas burzy - zauważyłam i poklepałam ją po ramieniu, gdy nasz wagonik powoli zmierzał ku górze. Tak. Duch bał się burzy jak cholera. Gdy tylko zobaczył błysk i usłyszał grzmot, zakopywał się w moją kołdrę, cicho skomląc. Czasami zdarzały się nawet momenty, kiedy chciał wejść razem ze mną do jednej koszuli. Raz się udało. Nie moja wina, że koszule, w których śpię, są o wiele większe ode mnie.
Kobieta złapała mnie za rękę, gdy usłyszała skrzypienie.
- Miałaś mnie wytulać do cholery jasnej. - Myślałam, że zaraz oczy wyjdą jej z orbit. Zaśmiałam się cicho i objęłam ją mocno, wtulając w swoją pierś. Poklepałam ją lekko po pleckach i wpatrzyłam się w widok zachodzącego słońca na horyzoncie. Pomarańcz nieba i ostatnie promienie słońca, skąpały niewielki las i parę domów przed sobą.
Uśmiechnęłam się pod nosem i szturchnęłam lekko Al, wskazując jej w tamtym kierunku.
- Misia, patrz.
Dziewczyna jak na zawołanie podniosła lekko wzrok i zaczęła się wgapiać w ten widok, a jej usta lekko otworzyły się z wrażenia. Widziałam, jak jej oczy syciły się tym widokiem, póki mogły. Uśmiechnęłam się na jej reakcję i delikatnie pogłaskałam po głowie.
- Gdy byłam tu z ojcem, nie było takich widoków - szepnęłam, by chwilę później ujrzeć w jej oczach błysk satysfakcji. Nie kłamałam, mówiąc jej to. Z ojcem byłam tu tylko w dzień, a nie podczas zachodu słońca, tak jak z Al. Poza tym z nim to nie to samo co z siostrą, która opiekowała się tobą przez większą część twojego życia. Wspierała, troszczyła się i wpajała najważniejsze wartości, których sama się nauczyła w ciągu swojego życia. Czasami nie mogłam się nadziwić tego, jaka ona jest silna. Tyle dla mnie zrobiła, tyle poświęciła… Zwykłe “dziękuje” nie wystarczy. Nie można wyrazić tego słowami ani czynami. Tego, jak bardzo jestem jej wdzięczna za wszystko i jak bardzo ją kocham. Alt jest jedyna w swoim rodzaju i nic nie jest w stanie tego zastąpić.
Nim się obejrzałam, już musiałyśmy wyjść z wagonika i obrać sobie na cel następną atrakcję. Złapałam kobietę za rękę mocno i od razu zauważyłam nasz następny cel. A raczej wielgachnego misia pandę. Muszę ją mieć.
Pociągnęłam Al delikatnie za ramię i wskazałam w kierunku budki, z której wystawała wesoła mordka pluszaka.
- Chodźmy tam, ja chce tamtego misiaka - powiedziałam to z takim entuzjazmem w głosie, jak nigdy. Nie czekałam w sumie nawet na jej odpowiedź i od razu wyprułam w stronę stoiska. Strącanie puszek - łatwizna.
Al zmarszczyła brwi.
- Okej, ale ty rzucasz, ja mam dwie lewe ręce - zaśmiała się cicho i poszła za mną jak posłuszny piesek. - Jaką nagrodę już sobie upatrzyłaś?
Wskazałam jej na miśka, wiszącego dokładnie na samej górze i wyszeptałam ciche “on musi być mój”, na co moja siostra zareagowała śmiechem i poklepała mnie po głowie.
- Będzie twój - powiedziała pewnie.
Wyjrzałam zza pana przede mną na resztę kolejki. Ona wcale nie była lepsza niż ta do diabelskiego młyna. Możliwe nawet, że były identyczne. Ludzi od cholery, że aż nie ma czym oddychać. W sumie, czego ja się spodziewałam? Wiadomo, takie coś zdarza się raz na parę lat i zawsze trzeba skorzystać z okazji, bo może to już nam się nie przytrafić.
Kolejka ciągnęła się jak krew z nosa, a może nawet i gorzej. Westchnęłam cicho, gdy dopiero po jakimś kwadransie ruszyłyśmy się do przodu. Ludzi zostawali na dwie, trzy tury. Jeden facet nawet rzucał 10 razy z rzędu i za żadnym nie trafił. Nie dziwota, widać było, że ewidentnie wcześniej nie żałował sobie alkoholu i pewnie parę godzin wcześniej wlewał go w siebie litrami.
Nawet nie wiecie, jaki uśmiech rozkwitł na mojej twarzy, gdy w końcu znalazłyśmy się na początku kolejki. To już! Wygram swojego miśka! Ale zaraz… Nie było go tam, gdzie wisiał wcześniej… Nie było już żadnego miśka. Skończyły się? Niemożliwe! Może ktoś je ukradł? Chociaż… kto by się odważył to zrobić w miejscu, ciągle tętniącym życiem. Wszędzie można było dostrzec ludzi. Gdzie by nie spojrzeć, wszędzie jakaś twarz, czy to człowieka dorosłego, starego, czy też dziecka. Lecz ludzie mnie w tej chwili zbytnio nie interesowali. Zacisnęłam dłoń na ręce Alt i warknęłam pod nosem, gdy zobaczyłam, jak kobieta zamyka budkę. I kolejne godziny czekania poszły jak krew w piach! Czemu?! Jak ta babeczka mogła mi to zrobić. W sumie… Al znowu mogłaby kogoś okłamać, że wyszłam na zwolnienie ze szpitala. Może bym coś za to dostała? … Nie. Nie jestem takim okropnym człowiekiem.
- Zaraz się pochlastam - wyszeptałam to Al do ucha i patrzyłam w każdą stronę, zastanawiając się i dopatrując tej charakterystycznie ubranej kobiety w tłumie.
W końcu ją zobaczyłam. Szła z moim ukochanym miśkiem w rękach, a jej śniadą twarz zdobił piękny, szeroki uśmiech. Tak! Będę mogła go wygrać! Dobrze, że jestem pierwsza w kolejce.
Gdy właścicielka stoiska do otworzyła, ja momentalnie podeszłam i złapałam w moje łapki dokładnie trzy piłeczki, a Al już zbierała się do wyciągnięcia pięciu avarów z portfela. Kobieta natomiast pokręciła szybko głową i kazała schować mojej siostrze pieniądze do portfela, a mi pozwoliła rzucać. Nie potrzebowałam nawet trzech piłeczek, by zbić wszystkie puszki, za pierwszym razem zbiłam już trzy, a za drugim drugie tyle. Zaśmiałam się w głos i zatarłam rączki, otrzymując w nagrodę moją wielką pandę.
- Słyszałam, że wyszłaś na przepustkę ze szpitala, więc nie chciałam, żebyś płaciła - uśmiechnęła się do mnie ciepło, a ja odwzajemniłam to, momentalnie przypominając sobie kłamstwo mojej siostry, użyte na klaunie z poprzedniej kolejki.
O cholera.
- Chodź Al! - krzyknęłam szczęśliwa, ciągnąc ją za sobą do przodu. Nawet jakby nie chciała, to ja bym ją siłą tam wciągnęła. Co z tego, że proponowałam jej przejście do innego stoiska. Niestety, klamka już zapadła. Dziewczyna widocznie nie potrafiła się pogodzić z tą myślą i cały czas patrzyła na mnie przestraszona. - Spokojnie, wytulam cię, gdy już tam wejdziemy - powiedziałam z uśmiechem, chcąc dodać jej otuchy. Ta tylko mruknęła coś cicho pod nosem i ruszyła za mną. Jej kroki były pewniejsze niż wcześniej, z czego byłam zadowolona.
Szybko wsiadłam do jednego wagonika i poklepałam na miejsce obok siebie, wyszczerzając się. Dziewczyna patrzyła na moją rękę ze strachem, ale po chwili w końcu się przełamała i pod moim wpływem i tego, że kolejka powoli poruszała się do przodu, szybko zajęła swoje miejsce.
- Umrę - oznajmiła lekko drżącym głosem.
Zaśmiałam się.
- Sranie w banie, trzęsiesz się bardziej niż Duch podczas burzy - zauważyłam i poklepałam ją po ramieniu, gdy nasz wagonik powoli zmierzał ku górze. Tak. Duch bał się burzy jak cholera. Gdy tylko zobaczył błysk i usłyszał grzmot, zakopywał się w moją kołdrę, cicho skomląc. Czasami zdarzały się nawet momenty, kiedy chciał wejść razem ze mną do jednej koszuli. Raz się udało. Nie moja wina, że koszule, w których śpię, są o wiele większe ode mnie.
Kobieta złapała mnie za rękę, gdy usłyszała skrzypienie.
- Miałaś mnie wytulać do cholery jasnej. - Myślałam, że zaraz oczy wyjdą jej z orbit. Zaśmiałam się cicho i objęłam ją mocno, wtulając w swoją pierś. Poklepałam ją lekko po pleckach i wpatrzyłam się w widok zachodzącego słońca na horyzoncie. Pomarańcz nieba i ostatnie promienie słońca, skąpały niewielki las i parę domów przed sobą.
Uśmiechnęłam się pod nosem i szturchnęłam lekko Al, wskazując jej w tamtym kierunku.
- Misia, patrz.
Dziewczyna jak na zawołanie podniosła lekko wzrok i zaczęła się wgapiać w ten widok, a jej usta lekko otworzyły się z wrażenia. Widziałam, jak jej oczy syciły się tym widokiem, póki mogły. Uśmiechnęłam się na jej reakcję i delikatnie pogłaskałam po głowie.
- Gdy byłam tu z ojcem, nie było takich widoków - szepnęłam, by chwilę później ujrzeć w jej oczach błysk satysfakcji. Nie kłamałam, mówiąc jej to. Z ojcem byłam tu tylko w dzień, a nie podczas zachodu słońca, tak jak z Al. Poza tym z nim to nie to samo co z siostrą, która opiekowała się tobą przez większą część twojego życia. Wspierała, troszczyła się i wpajała najważniejsze wartości, których sama się nauczyła w ciągu swojego życia. Czasami nie mogłam się nadziwić tego, jaka ona jest silna. Tyle dla mnie zrobiła, tyle poświęciła… Zwykłe “dziękuje” nie wystarczy. Nie można wyrazić tego słowami ani czynami. Tego, jak bardzo jestem jej wdzięczna za wszystko i jak bardzo ją kocham. Alt jest jedyna w swoim rodzaju i nic nie jest w stanie tego zastąpić.
Nim się obejrzałam, już musiałyśmy wyjść z wagonika i obrać sobie na cel następną atrakcję. Złapałam kobietę za rękę mocno i od razu zauważyłam nasz następny cel. A raczej wielgachnego misia pandę. Muszę ją mieć.
Pociągnęłam Al delikatnie za ramię i wskazałam w kierunku budki, z której wystawała wesoła mordka pluszaka.
- Chodźmy tam, ja chce tamtego misiaka - powiedziałam to z takim entuzjazmem w głosie, jak nigdy. Nie czekałam w sumie nawet na jej odpowiedź i od razu wyprułam w stronę stoiska. Strącanie puszek - łatwizna.
Al zmarszczyła brwi.
- Okej, ale ty rzucasz, ja mam dwie lewe ręce - zaśmiała się cicho i poszła za mną jak posłuszny piesek. - Jaką nagrodę już sobie upatrzyłaś?
Wskazałam jej na miśka, wiszącego dokładnie na samej górze i wyszeptałam ciche “on musi być mój”, na co moja siostra zareagowała śmiechem i poklepała mnie po głowie.
- Będzie twój - powiedziała pewnie.
Wyjrzałam zza pana przede mną na resztę kolejki. Ona wcale nie była lepsza niż ta do diabelskiego młyna. Możliwe nawet, że były identyczne. Ludzi od cholery, że aż nie ma czym oddychać. W sumie, czego ja się spodziewałam? Wiadomo, takie coś zdarza się raz na parę lat i zawsze trzeba skorzystać z okazji, bo może to już nam się nie przytrafić.
Kolejka ciągnęła się jak krew z nosa, a może nawet i gorzej. Westchnęłam cicho, gdy dopiero po jakimś kwadransie ruszyłyśmy się do przodu. Ludzi zostawali na dwie, trzy tury. Jeden facet nawet rzucał 10 razy z rzędu i za żadnym nie trafił. Nie dziwota, widać było, że ewidentnie wcześniej nie żałował sobie alkoholu i pewnie parę godzin wcześniej wlewał go w siebie litrami.
Nawet nie wiecie, jaki uśmiech rozkwitł na mojej twarzy, gdy w końcu znalazłyśmy się na początku kolejki. To już! Wygram swojego miśka! Ale zaraz… Nie było go tam, gdzie wisiał wcześniej… Nie było już żadnego miśka. Skończyły się? Niemożliwe! Może ktoś je ukradł? Chociaż… kto by się odważył to zrobić w miejscu, ciągle tętniącym życiem. Wszędzie można było dostrzec ludzi. Gdzie by nie spojrzeć, wszędzie jakaś twarz, czy to człowieka dorosłego, starego, czy też dziecka. Lecz ludzie mnie w tej chwili zbytnio nie interesowali. Zacisnęłam dłoń na ręce Alt i warknęłam pod nosem, gdy zobaczyłam, jak kobieta zamyka budkę. I kolejne godziny czekania poszły jak krew w piach! Czemu?! Jak ta babeczka mogła mi to zrobić. W sumie… Al znowu mogłaby kogoś okłamać, że wyszłam na zwolnienie ze szpitala. Może bym coś za to dostała? … Nie. Nie jestem takim okropnym człowiekiem.
- Zaraz się pochlastam - wyszeptałam to Al do ucha i patrzyłam w każdą stronę, zastanawiając się i dopatrując tej charakterystycznie ubranej kobiety w tłumie.
W końcu ją zobaczyłam. Szła z moim ukochanym miśkiem w rękach, a jej śniadą twarz zdobił piękny, szeroki uśmiech. Tak! Będę mogła go wygrać! Dobrze, że jestem pierwsza w kolejce.
Gdy właścicielka stoiska do otworzyła, ja momentalnie podeszłam i złapałam w moje łapki dokładnie trzy piłeczki, a Al już zbierała się do wyciągnięcia pięciu avarów z portfela. Kobieta natomiast pokręciła szybko głową i kazała schować mojej siostrze pieniądze do portfela, a mi pozwoliła rzucać. Nie potrzebowałam nawet trzech piłeczek, by zbić wszystkie puszki, za pierwszym razem zbiłam już trzy, a za drugim drugie tyle. Zaśmiałam się w głos i zatarłam rączki, otrzymując w nagrodę moją wielką pandę.
- Słyszałam, że wyszłaś na przepustkę ze szpitala, więc nie chciałam, żebyś płaciła - uśmiechnęła się do mnie ciepło, a ja odwzajemniłam to, momentalnie przypominając sobie kłamstwo mojej siostry, użyte na klaunie z poprzedniej kolejki.
O cholera.
< Alti? Misiaku c: >
+20PD
26 sie 2018
Od Camilli - Zadanie #4
Kolejny dzień, który spędzę przed telewizorem, przejadając litrowe pudełko lodów karmelowych.
Wstałam, przecierając podkrążone oczy i przebrałam się w jakieś luźne spodenki i wymiętą koszulkę z nadrukiem „Milcz, gdy do mnie mówisz”, którą kupiła mi jedna z przyjaciółek kilka lat temu.
Odgarnęłam splątane włosy z twarzy i udałam się do kuchni, w której zastałam mojego brata.
— Dzień dobry. Jak się spało? — zapytał, rozkładając talerze na stole.
— Cudownie. — odparłam sarkastycznie, mierząc go ponurym spojrzeniem.
— Zabiorę cię na letni festyn. Może to poprawi ci humor.
Zareagowałam na jego wypowiedź donośnym śmiechem.
— Nie w tym życiu, Carter.
— Jedz, zaraz wyjeżdżamy. — podsunął mi pod nos talerz wypełniony owsianką.
— Czy ja wyglądam na konia? Przecież się tym nie najem. — zmierzyłam go poirytowanym spojrzeniem.
— Dobrze, skoro narzekasz, to rób sobie sama śniadanie. — usiadł naprzeciwko mnie i zaczął łapczywie jeść.
Przewróciłam nerwowo oczyma, a z moich ust dało się słyszeć ciche westchnienie.
**
Wysiadłam z samochodu, a do moich uszu od razu wdarły się liczne krzyki, piski i odgłosy panicznego śmiechu.
Trzasnęłam drzwiami od auta i z grymasem na twarzy skierowałam się w stronę kolorowych namiotów, czy dziwacznych stoisk, które nie przykuwały mojej uwagi, a wręcz odstraszały.
Kiedy tylko dotarliśmy na miejsce, przed moimi nogami zaczęły przebiegać radosne gromadki piszczących dzieci, na których widok lekko się skrzywiłam.
— To co, gdzie chcesz najpierw iść? — zapytał Daivd, wyciągając papierosa.
— Do domu. — wymamrotałam ponuro, patrząc na te wszystkie uśmiechnięte twarze wokół mnie.
— Może chcesz pluszaka, co? — wokół niego unosiła się chmura siwego dymu. — Zestrzelę kaczki i wygram ci tego ogromnego miśka. — zaśmiał się cicho, po czym zajął miejsce w kolejce do stoiska.
— Nie chcę.
— Przestań ciągle zrzędzić, tylko się rozluźnij. —zmierzył mnie mocno podirytowanym spojrzeniem i niecierpliwie tupał nogą o ziemię, doprowadzając mnie do szału.
Po kilkunastu minutach oczekiwania, David zapłacił kobiecie za ladą i wziął do ręki zabawkowy pistolet. Nawet nie wiecie, jak żałośnie to wyglądało.
O dziwo, zestrzelił tyle kaczek, że wystarczyło na to, aby otrzymał wielkiego, pluszowego miśka. Brat wręczył mi go z triumfalnym uśmiechem, a ja przewróciłam oczyma i odebrałam od niego zabawkę, cierpliwie znosząc te zazdrosne uśmiechy kilkuletnich dzieci, którym nie udało się go zdobyć. Ha!
Pocałujcie mnie w… nos. Nie bądźmy ordynarni.
— Gdzie teraz idziemy? — zapytałam, gładząc dłonią puchaty pyszczek pluszaka.
— Tam. — wskazał palcem wielki, wyglądający złowieszczo, diabelski młyn.
Moją reakcją na jego słowa był najzwyczajniejszy w świecie śmiech. Dlaczego? Bo myślałam, że to kolejny z jego żałosnych żarcików, którymi sypał jak z rękawa. Niestety, myliłam się. Kiedy zobaczyłam jego zupełnie poważne spojrzenie, przeszedł mnie zimny dreszcz.
— Rozumiem, że chcesz, abym tam z tobą poszła? — mój wzrok próbował objąć całą tę konstrukcję. David kiwnął twierdząco głową, po czym pociągnął mnie za rękawek od bluzki i ruszył w kierunku przerażającego koła, na którego widok moje nogi robiły się niczym z waty, a ręce mimowolnie drżały. — Jak zginiemy, to…
— Cicho. — przerwał mi i ponuro popatrzył na długą kolejkę prowadzącą do tej mrożącej krew w żyłach atrakcji.
Po dwudziestu minutach czekania zajęliśmy miejsce na siedzeniach i z lekkim niepokojem obserwowaliśmy, jak z każdą minutą wznosiliśmy się coraz wyżej. Muszę przyznać, że początkowo wyobrażałam sobie same najgorsze scenariusze, w których giniemy śmiercią tragiczną, spadając z wysokości i nie mając żadnych szans na przeżycie. Bałam się, że nagle dostanę ataku serca, ale nikt nie będzie o tym wiedział, gdyż będę uwięziona w kapsule i umrę w wieku nieco ponad dwudziestu lat, w diabelskim młynie.
— Jak ci się podoba widok? — z moich katastroficznych rozmyślań wyrwał mnie spokojny głos Davida.
W momencie, w którym zobaczyłam panoramę Avenley River, coś we mnie drgnęło. Cały strach, który gromadził się w moim wnętrzu już od dobrych kilkunastu minut, momentalnie wyparował, ustępując miejsca poczuciu radości.
— Ale tu pięknie! — krzyknęłam z nienaturalnym podekscytowaniem i podziwiałam widok miasta z tej perspektywy.
Mój wzrok krążył po malutkich domkach, urokliwych sklepikach, czy ledwo widocznych alejkach pobliskiego parku. Jedyny budynek, który przewyższał nas wysokością ponad dwukrotnie, to wielki gmach Brown Inc, którego szklana konstrukcja odbijała promienie słoneczne.
Zakochałam się w tym widoku i zanim zdążyłam się nim nacieszyć, kapsuła została otworzona, a my musieliśmy wyjść.
Kiedy znów znaleźliśmy się na ziemi, spojrzałam ostatni raz na diabelskie koło i wydałam z siebie ciche westchnienie.
— Widzę, że ci się spodobało. — brat zmierzył mnie triumfalnym spojrzeniem, które wręcz błagało o to, aby przyznać mu rację.
— Tak. Było cudownie. — pierwszy raz od dłuższego czasu zgodziłam się z Davidem i dałam mu tę satysfakcję.
— Pójdziemy tam jeszcze raz, przed samym zamknięciem. A teraz chodź. — ponownie pociągnął mnie za rękawek i zaprowadził do wielkiego, kolorowego namiotu, który zapewne był cyrkiem.
Kupiliśmy bilety i weszliśmy do środka. Momentalnie przeniosłam się do czasów dzieciństwa, kiedy to ojciec zabierał nas różnego rodzaju pokazy.
Zajęliśmy miejsce na widowni i z zaciekawieniem patrzyliśmy w stronę areny, gdzie puszysty tygrys zwinnie przeskakiwał przez kolejne płonące obręcze. Po gromkich brawach, na jedną z drabinek wyszła kobieta i zaczęła chodzić na przerażająco cienkiej linie, szeroko się uśmiechając, a pod spodem po wyznaczonym szlaku jeździł klaun na monocyklu, który do tego wszystkiego jeszcze żonglował! Podziwiam takich ludzi.
Po półtoragodzinnym występie wybiła godzina szesnasta. Czas leciał nieubłaganie szybko, a ja z coraz większą radością odwiedzałam kolejne ciekawe stoiska, czy jeździłam na dziecięcych karuzelach z Davidem, śmiejąc się wniebogłosy.
Muszę przyznać, że dawno nie czułam się aż tak szczęśliwa i pełna energii.
Z radosnym uśmiechem zaprowadziłam nieco zmęczonego już Cartera do budki i kupiłam nam watę cukrową, która momentalnie przywróciła go do życia. Tak, mój braciszek kochał słodycze zapewne bardziej niż mnie i kupienie mu czegokolwiek, co zawierało cukier, kończyło się tym, że skakał z radości niczym kilkuletni chłopiec.
Wybiła godzina dwudziesta pierwsza, a my właśnie wchodziliśmy do diabelskiego młyna, aby jeszcze raz móc napawać się tym cudownym widokiem, który wywarł na nas ogromne wrażenie. Tym razem ujrzałam klimatyczne światła ulicznych lamp, które rozświetlały dróżki, dodając im cudownego uroku.
Po niecałej godzinie wyszliśmy, z uśmiechem wspominając wydarzenia z dzisiejszego dnia. Przyznaję, jestem wdzięczna Davidowi za to, że mnie tu zabrał.
To miejsce miało swój specyficzny klimat, który był w stanie wpłynąć nawet na mnie – ponurą, wiecznie niezadowoloną nastolatkę, która myślała, że widziała już wszystko.
Ot, byłam w błędzie.
25 sie 2018
Od Althei C.D Lucia [zadanie #1]
Wszystkie męczące myśli wyrzuciłam z głowy w tym czasie, kiedy całą moją uwagę przykuł uśmiech siostry. Piękną, a jednocześnie smutną wieścią było to, że cieszyłyśmy się z naszego spotkania tak, jakby następowało nie wiadomo jak sporadycznie. Niestety, czas było pogodzić się z tym, że parę naprawdę ważnych kwestii przeszło diametralnym zmianom. Czy tego chciałyśmy, czy nie, obie do tego w jakiś sposób doprowadziłyśmy. Oczywiście nie obyło się bez współpracy z ojcem, który ostatecznie mógł sprawić, że moja relacja z siostrą obróci się w pył. Nie pozwolę, żeby to się wydarzyło.
- Dobrze, dobrze, niech ci będzie. – Choć raz zdecydowałam, że wykorzystam pieniądze ojca w jakże szczytnym celu. Żartowałam, po prostu zamierzam przepierdolić je na takie głupoty, na jakie tylko się da. Ot tak. Jego wina, że był na tyle naiwny i głupi, by myśleć, że im większa gotówka, tym nasza sympatia względem niego rosła.
- Masz jakiś pomysł? – Z jej ust nie schodził uśmiech. To był doprawdy cudowny widok; niebieskie, intensywne spojrzenie, wręcz jarzące się czystą radością.
- W sumie tak. W centrum, w parku trwa festiwal, będzie tam wszystko. – Wyszłam z inicjatywą, myśląc, że to byłby całkiem dobry sposób na spędzenie ze sobą więcej czasu, bez jakiejkolwiek kontroli ojca. – Ludzie w kółko brzęczą, że warto tam być, więc czemu nie? Najwyżej zakpimy z paru klaunów. Klauni są źli i trzeba ich tępić.
Rzuciła mi spojrzenie ukazujące rozbawienie.
- Nadal boisz się klaunów?
- Boję? Eee tam… – Założyłam ręce na klatce piersiowej, a mój zakłopotany wzrok uciekł w bok. Ciągle czułam na sobie nacisk natarczywej w tym temacie siostry, pod którym zaskakująco szybko się ugięłam. – No oni nie są nawet śmieszni! Chodzą tylko z tymi swoimi pseudo-przyjaznymi uśmieszkami od ucha do ucha i robią dziwne sztuczki. To błaźni, bandyci… – Gdyby mi nie przerwała, zapewne znalazłabym jeszcze masę najróżniejszych, obraźliwych synonimów.
- To nie wejdziemy na teren cyrku. Pokręcimy się po parku, zobaczymy parę atrakcji. Co powiesz na diabelski młyn? – Wyszczerzyła zęby w uśmiechu, a ja w odpowiedzi uniosłam brwi zaskoczona. Co jak co, ale fanką cyrków, dziwnych maszyn, które mają zapewnić rozrywkę, nigdy nie byłam, i mówię to z ręką na sercu.
- Jak wnieśli to cholerstwo? – wręcz szepnęłam, wgapiając się niedowierzająco w siostrę. No przecież, że wnieśli to w częściach, aczkolwiek nikt nie zabroni mi szukać jakiegokolwiek powodu, by uchronić się przed śmiercią w powietrzu. Coś zaskrzypi, zatrzyma się, może rozpadnie, i nie będzie już tak wesoło, jak zapewniano.
Nie czekając zbyt długo, razem z siostrą wyszłam z kamienicy, wsiadając w autobus jadący prosto do centrum miasta. W szybach odbijała się intensywna pomarańcz nieba, jaka z każdą chwilą łagodniała w coraz ciemniejsze barwy. Światła cyrku, wysokich atrakcji, niezliczonych budek przyciągały z daleka, a charakterystyczne melodyjki wydobywające się z najróżniejszych, śmiercionośnych maszyn budziły dreszcze na rękach. Wszystko dookoła przypominało mi o tym, że zbliżamy się coraz to bardziej do centrum i musiałam zacząć ogarniać uczucie narastającej niechęci. Gdyby nie siostra, zapewne nigdy bym nawet nie pomyślała, żeby odwiedzić letni festyn. Klauni, młyny, pełno balonów, budek z zabawkami i jeszcze jakieś atrakcje, o których nawet nie chciałam mieć pojęcia.
Wkrótce weszłyśmy na skrupulatnie ogrodzony teren. Ukazał mi się widok, jaki na żadnej płaszczyźnie nie kupował moich chęci ani też choćby kawałeczka sympatii. Na metr kwadratowy przypadało jakieś dwie, trzy osoby, wszędzie było słychać chichoty, głośne, radosne rozmowy i jeszcze częściej otwierane puszki, które uwalniały gaz. W cieniu każdego wesołego, zrzeszającego ludzi, z pozoru wręcz dziecięcego wydarzenia kryje się alkohol, problemy i te wszystkie szemrane interesy. Wystarczyło tylko spojrzeć.
- Lucia, więc co chcesz tu porobić? – Rozejrzałam się w poszukiwaniu choć jednej rzeczy, która mnie zainteresuje. Cały czas jednak trzymałam siostrę za rękę, tak, bym przypadkiem jej nie zgubiła, co na festynach zdarza się nad wyraz często. Kończy się natomiast na funkcjonariuszach odprowadzających ci zgubę pod drzwi, a ona przedstawia ten niewinny, dziecięcy uśmiech, który mnie tylko mówi „poszedłem za klaunem, przepraszam”. Jak ja ich kurwa nienawidzę.
- Najpierw diabelski młyn. – Wraz z moim zaskoczeniem, na jej ustach rósł piekielny uśmieszek. Za co ja ją kocham to nie wiem. – Musisz spróbować, byłam tam raz z… – zająkała się, a ja z łatwością wyczułam zakłopotany wyraz twarzy, nawet nie mając potrzeby na niego patrzeć.
- Z ojcem, hm? – Zaoszczędziłam jej czasu na wymyślanie szybkiego kłamstwa. Lucia niemal natychmiast rzuciła mi nagłe, przepraszające spojrzenie, na które w niemej odpowiedzi ścisnęłam jej dłoń. Dziewczynie ukazał się mój delikatny uśmiech. Nie zamierzałam tracić nawet minuty spotkania z siostrą na smęty i płacze. W życiu.
Nie mogąc jednak zaprzeczyć swojej podświadomości, tak, odezwał się we mnie szept rywalizacji. Gardło wręcz ściskała mi myśl, że ojciec mógł uszczęśliwić Lucię bardziej niż ja jestem to w stanie zrobić.
- Wiesz co? – Zagłuszyłam tłum, który otaczał nas zewsząd.
- Co?
Pociągnęłam dziewczynę do jednej kolejki tak długiej, jak to bywało z toaletami w godzinach szczytu. Nie sądziłam, że to zrobię, ale właśnie dzieliło mnie parędziesiąt osób od wejścia na te kółkowatą maszynę tortur.
- Boże, Al, na pewno chcesz to robić? – Dziewczyna rzuciła mi sceptyczne, pełne wątpliwości spojrzenie, jakie od razu przegoniłam machnięciem ręki.
- Jasne… co może pójść nie tak.
To był czysty sarkazm. Wszystko mogło pójść nie tak, począwszy od napastowania przez kolorowych diabłów, zwanych klaunami, które – wspomnijmy – wcale nie rozbawiają, i kończąc na bezkresnej kolejce. Ciągle jednak podtrzymywała mnie świadomość, że robiłam to wszystko dla siostry. Dla tego, żeby przebić ojca również, zatem w mojej głowie zaraz ustawiłam sobie cel. Przejść tę pieprzoną kolejkę i przeżyć parę minut na niosącej śmierć maszynie.
Stałam z Lucią w kolejce już całą godzinę. Robiło się coraz ciemniej; nawet sen zaczął osiadać mi na powiekach, sprawiając, że stawały się one coraz cięższe, ale nie mogłam. Nie teraz, gdyż co chwila uderzało mnie gorąco bijące od innych ludzi. Przemieszczali się przez tłum kompletnie bez skrupułów, a niektórym nawet udało się dostać do kolejki, uprzednio wybijając z niej pijaną, a może po prostu zmęczoną osobę. Gdyby nie cel, który nadal dryfował mi gdzieś w głowie, sama dałabym się z dziką chęcią wybić.
- Alti, to naprawdę ma sens? – Lucia szarpnęła mnie za rękę, by zwrócić tym moją uwagę.
- Tak, tak – ziewnięcie nagle wkradło mi się w zdanie – jeszcze troszeczkę i będziemy na tym pożal się Boże młynku.
Zobaczyłam jak siostra wygląda zza kolejki i bada spojrzeniem ludzi przed nami. Może ich liczyła.
- To może jeszcze trochę potrwać – stwierdziła, a entuzjazmu w jej głosie nie dało się nie poddać grubym wątpliwościom. – Starałaś się… lepiej chodźmy już zrobić co innego. Trudno – mówiła tak smutnym tonem płaczącego szczeniaczka, że moja dusza zaczęła stękać z rozpaczy. Nie, nie, nie.
- Zostajemy. Nie odpuszczę sobie, wystałyśmy się tu godzinę, jak nie więcej – mruknęłam niezadowolona. – Zrobię wszystko, żebyśmy się tam dostały.
Do głowy zaraz uderzyło mi głębokie westchnienie Lucii. Przez jej zachowanie nie byłam nawet w stanie stwierdzić, czy bardzo zależy jej na tym diabelskim młynie, czy nie, ale skoro ojciec ją na to zabrał, nie będę przecież gorsza. Nie zważając nawet na to, jaka może być prawda, dalej stałam z Lucią, co parę kolejnych minut przemieszczając się dwa, trzy miejsca do przodu. Byłyśmy coraz bliżej. Tak bardzo, że nerwy stracone na zniecierpliwienie zostawały mi powolutku odkupywane. Ziewnęłam jeszcze parę razy, zanim znalazłam się prawie że na początku kolejki. Patrząc wstecz, mogłoby się wydawać, że jej koniec jest daleko zamglony. Wręcz go nie było widać i nie chciałam nawet wyobrażać sobie uczucia, że miałabym wracać na sam początek.
Wtedy, w oka mgnieniu, osoba odziana w jakiś dziwny, jaskrawy łaszek w kolorowe kropki wlazła tuż przede mnie. Zmarszczyłam brwi, podnosząc wyżej spojrzenie, i dopiero w tym momencie udało mi się dostrzec puszystą perukę na głowie.
- Przepraszam, ale, że tak powiem, wjebał się pan w kolejkę. – Nie siliłam się nawet na żadne uprzejmości, zwłaszcza że zmęczenie wyżerało mnie niczym zaraza.
Osoba, bo nie byłam w stanie stwierdzić, czy kobieta, czy mężczyzna, zaraz odwróciła się w moją stronę. Zamarłam. I nie próbowałam nawet tego zbyt starannie ukrywać. Niepokój wręcz wdarł się w moje spojrzenie, które rzucało ostrzegawczy znak „nie zbliżaj się”.
Biały puder pokrywał całą twarz klauna; czerwonokrwista szminka wykraczająca poza usta i domalowane rumieńce pozwalały ujrzeć go w jakimkolwiek miejscu, bez znaczenia, jak daleko by się nie znajdował. Groteskowo duże buty dotknęły czubków moich kozaków, a luźne, niedopasowane ubrania zawiał szybki, przelotny wietrzyk. Trudno było nie patrzeć na centrum jego twarzy, na której znajdował się ten śmieszny nos.
- Co mówiłaś? – Głos był zdecydowanie zbyt stary, zrzędliwy i wredny jak na zabawiającego dzieci klauna. Zmarszczki, jak się już okazało, mężczyzny, odmalowały się na jego skrzywionej twarzy i nawet puder zbytnio nie pomagał.
- Że to moje miejsce w kolejce, czekałam tu dłużej niż ty.
Wtedy pochylił do mnie tak, że górna część mojego ciała została wręcz wypchnięta do tyłu, by tylko uchronić się od wąchania osobnika z bliska.
- Ani kroku – burknęłam, co gorsza, z autentyczną groźbą. Nienawidzę klaunów jak własnego ojca, to jest fakt nie do zdarcia.
- Słuchaj, dzidzia, pracuje cały dzień, dochodzi mi jeszcze noc w tym śmiesznym wdzianku, więc może szacunku do ludzi pracujących. Daj odpocząć – odparł z aż nazbyt wyczuwalną pogardą.
Lucia przysunęła się do mojej ręki i złapała za nią. O nie, mnie nie trzeba jeszcze uspokajać, skarbie.
- Słuchaj, zrzędliwy dzbanie, za coś ci płacą. – Odsunęłam go ruchem dłoni. – Stoję tu dłużej niż ty, więc zejdź mi z drogi i daj się nacieszyć siostrą.
- To ta mała? – Prychnął, oglądając spojrzeniem Lucię, która na jego widok bezceremonialnie zmarszczyła nos.
- Tak… wiesz, jest chora. Jutro wraca do szpitala na kolejne badania. To jedyny dzień, kiedy mogę coś z nią porobić. – Widząc, jak kolejka z przodu zwalnia się coraz bardziej, a ja stoję, kłócę się, kurwa, z klaunem, straciłam cierpliwość. Mój głos zmienił się o całe trzysta sześćdziesiąt stopni; przesiąkł smutkiem, współczuciem, który przez lata zdążyłam przećwiczyć perfekcyjnie.
Obserwowałam czujnie klauna. Jego twarz zrzedła jeszcze bardziej, a gdyby nie biały puder, na pewno też by zbladła. Widziałam, jak z dużą niechęcią odstępuje nam miejsca w kolejce, czyniąc drogę do diabelskiego młyna szeroko otwartą. Cholera.
- Dziękuję – mruknęłam do klauna, który już się oddalał i był daleko za nami.
Właśnie uświadomiłam sobie, że faktycznie muszę wejść na to wysokie… coś. Skrzypiało w powietrzu, a głosy, przepraszam, krzyki, zdawały się chwiać metalowe ustrojstwo jeszcze bardziej. Mamo, wróć.
- Chodź, Al! – Krzyknęła szczęśliwa Lucia, łapiąc mnie za rękę. – Spokojnie, wytulam cię, gdy już tam wejdziemy.
Całe szczęście… mruknęłam pod nosem i pocieszył mnie jeden widok. Uśmiech Lucii.
[Lucia kotkuuu?]
+20PD
13 sie 2018
Letni Festyn
Co tu się dzieje? Dlaczego cały park zastawiony został różnymi budkami? Dlaczego w jego centrum powoli powstaje duży, czerwono-biały namiot? A tamte metalowe konstrukcje i kolorowe koła?

Ranek, udajesz się do sklepu po kilka ważnych rzeczy. W twoje ręce wpada kolorowa gazetka, codwutygodniowy magazyn "Co słychać w Avenley River?". Okładka przyciąga wzrok każdego, na półce pozostały dwie sztuki gazet. Uśmiechasz się na widok uroczej okładki, jaką są różowo-białe baloniki, a na nich widoczny napis "FESTYN LETNI W AVENLEY RIVER, WIĘCEJ NA STRONIE PIĄTEJ". Zaintrygowany przesuwasz palcami po śliskim papierze, przerzucasz stronę. Kiedy twoim oczom ukazuje się wspomniana
"Każde dziecko marzy o pełnym różu parku, a także czerwono-białym namiocie, w którym klauni rozbawialiby każdego oglądającego. Znane z bajek łowienie kaczuszek, wygrywanie misiów w rozmiarze XXL, rzucanie piłeczką w tarczę, aby siedzący na stołku lokaj wpadł do wody i podobne zabawy, które wciągają jak i młodsze, i starsze pokolenie. Jedno jest jasne - trzeba tam być, żeby doświadczyć tak wspaniałego uczucia, jakim jest wygrana. Festyny nie ograniczają się tylko do tęczowych, pełnych kolorów budek. Znajdziemy tutaj również mnóstwo atrakcji, takich jak diabelskie koło, dwupiętrowa karuzela czy wodna ślizgawka, idealna na upalne dni. Zapraszamy do cyrku, gdzie słonie tupiące o piach zadziwią was akrobacjami, podstępne małpki zwiną kapelusz starszego pana, kiedy ten będzie zajadał popcorn wraz z wnuczką, magik przedstawi sztuczki z kartami, a tygrys przeskoczy przez płonącą obręcz (i podpali sobie ogon!). Bilet wstępu? Nie rozmawiajmy o tym, cieszmy się razem, bo to Letni Festyn!"

Do Avenley River zawitał festyn, pierwszy raz tak ogromny, jak tego roku. Wszędzie jest pełno dzieciaków, za nimi ciągną się rodzice, szykujący portfel na wydatki różnego rzędu, od zabaw w łowienie jabłek, przez kręcenie się na karuzeli, watę w cyrku, aż po jazdę na brązowym kucyku i wiele, wiele innych. Każda rodzina zachwyca się atmosferą, jaka tu panuje. Co teraz? Zaczynamy
zabawę!
Co trzeba zrobić? To jasne, zadania. Za zadania zyskujemy punkty, które później zostaną zsumowane. Dodatkowo przyznane zostanie 10 punktów za: najdłuższe opowiadanie, najciekawsze opowiadanie (koniecznie całe o festynie!) oraz jedna, tajemnicza kategoria, która ujawni się na podsumowaniu eventu.


Festyn wydaje się być ogromnym, podobnie jak niekończące się kolejki do budek z mini-konkursami, kasy biletowej czy tego zabawnego faceta, który zaraz padnie ofiarą żartu dzieciaka, jakich tu niemało. A ty? Czekasz w kolejce, sprytnie się przemykasz, mówisz, że masz bliskiego tuż przy kasie?
Zadanie: Opisz, jak twoja postać walczy z tłumami ludzi na festynie.
Minimalna ilość słów: 300
Nagroda: 10 festiwalowych karnetów

W końcu udaje ci się dopchać do wymarzonego miejsca, ale na twoje nieszczęście, dzieje się coś, przez co kobieta jest zmuszona zamknąć budkę. Co takiego się wydarzyło? Jak reagujesz?
Zadanie: Opisz sytuację, w której kobieta z budki zamyka ją z pewnej przyczyny.
Minimalna ilość słów: 350
Nagroda: 12 festiwalowych karnetów

Zadanie: Opisz przebieg widowiska w cyrku, ewentualnie dzieje przed nim i po.
Minimalna ilość słów: 450
Nagroda: 15 festiwalowych karnetów

Zadanie: Opisz cały dzień na festynie.
Minimalna ilość słów: 550
Nagroda: 25 festiwalowych karnetów
Narysuj (na kartce bądź komputerowo) twoją postać w dowolnym miejscu na festynie. W cyrku, przy kaczuchach, a na dodatek w stroju klauna? Może kręci się na diabelskim kole i podziwia widoki z góry? Wszystkie chwyty dozwolone!
Nagroda: 20 festiwalowych karnetów

Czy twoja postać myślała kiedyś o własnej budce? Tak, nie? Nawet jeśli nie, ty, autorze, puść wodzę wyobraźni i zaprojektuj budkę swojego bohatera. Łowienie kaczek, strącanie puszek, rzucanie obręczami, ile płacisz, co wygrywasz, to wszystko pozostawiam tobie.
Nagroda: 20 festiwalowych karnetów

Wymyśl slogan, jakim można zareklamować festyn.
Nagroda: 5 festiwalowych karnetów

- Event trwa do 24 sierpnia, do godziny 23:59.
- Opowiadania napisane po tym terminie nie będą zaliczane do punktacji.
- Reguła nagród za ponad 1000, 2000 (i tak dalej) słów obowiązuje w każdym z zadań (1-4).
- Wszelkie pytania kierujemy na pocztę do Louise (Malavia) bądź na czacie.
- Każde z zadań możemy wykonać kilkukrotnie.
- Tytuły:
a) Od Kendall - zadanie #1
b) Od Kendall cd. Mallory - zadanie #2
- Etykiety: Imię postaci + Letni festyn 2018
- Etykiety: Imię postaci + Letni festyn 2018
- Zadań nie można robić w częściach!

~Dyrektor cyrku i kierująca festynem Lou
Subskrybuj:
Posty (Atom)

