Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rafael. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rafael. Pokaż wszystkie posty

3 sie 2019

Odejście

Z przykrością informujemy, iż odchodzi od nas autorka Rafaela Blackfrey'a. Pamiętaj, że zawsze istnieje opcja powrotu!

9 maj 2019

Od Rafaela cd. Anastazji

- Camelot uspokój się - mruknąłem, niezbyt zadowolony z tego, iż jeden z moich psów postanowił zrobić sobie zawody związane z wyrywaniem mojego ramienia. Nie mogąc pozwolić sobie na utrwalanie jego złych nawyków, przystanąłem chwilowo w miejscu, po czym cofnąłem się o dwa kroki do tyłu - Tak trudno jest być grzecznym? - dorzuciłem, obserwując, jak jego zachowanie gwałtownie się zmienia. Kłaczący się Husky, ruszył ponownie przed siebie, lecz tym razem zachował on spokojniejsze tempo niż ostatnio. Uważając, aby nie poplątać ze sobą dwóch różnych smyczy, zacząłem rozglądać się po otaczającym mnie świecie. Zalegający dookoła śnieg, zaczął powoli się roztapiać, lecz szczerze wątpiłem w to, iż wiosna tak szybko zawitałaby do Avenley River. Poprawiając na szyi ulubiony szalik, który dostałem na święta od Anastazji, zacząłem kierować się w stronę swojego domu, gdzie przywitała mnie znajoma cisza. Wzdychając na to cicho, zająłem się zdejmowanie z czworonogów kolorowych szelek, które na nowo zawisły na jednym z wieszaków mojej szafy. Przydałoby się coś zjeść - pomyślałem, zapijając głód wodą, która przynajmniej na chwilę uciszyła krzyczącego we mnie potwora. Nie wiedząc za bardzo co ugotować, wyjąłem z zamrażalnika zamrożoną na kość mieszankę warzywną. W jej składzie dało się odnaleźć pokrojona w talarki marchewkę, różyczki brokuła i kalafiora, groszek, brukselkę oraz znienawidzone przeze mnie odłamki fasoli. Kręcąc nosem na brak mięsa, zabrałem się za podsmażanie kolorowej bomby, która po niecałych dziesięciu minutach trafiła na jasnoniebieski talerz. Odstawiając go na stół, kontem oka spotkałem się ze wzrokiem wygłodniałych psów. Ignorując nieznośne burczenie wydostające się z mojego żołądka, wyjąłem z szuflady dwie puszki mokrej karmy, aby następnie rozłożyć ją porcjami do kolorowych, pisk misek - Smacznego - położyłem metalowe wgłębienia na ziemi, co zezwoliło mi na szybkie umycie rąk i upragnione dobranie się do własnego posiłku. Miałem już nabijać na widelec pierwszy skrawek marchewki, gdy rozdzwonił się znienawidzony przeze mnie telefon - Kogo tam do cholery niesie? - syknąłem pod nosem, spoglądając automatycznie na migający wyświetlacz. Widząc nieznany sobie numer, zmarszczyłem lekko brwi. Kto to mógł być? Koleżanka Anastazji? Potencjalny, nowy pacjent? A może ktoś z rodziny, chcący złożyć mi życzenia noworoczne? Rozmasowując pulsującą skroń, zdecydowałem się na przesunięcie zielonej słuchawki na sam dół ekranu, co wywołało odebranie przychodzącego połączenia - Blackfrey... Słucham... - zacząłem jako pierwszy, oczekując od swojego rozmówcy podobnego zabiegu.

17 mar 2019

Od Rafaela cd. Anastazji

Ta noc z pewnością na wieki pozostanie w moim umyśle. Najpierw jej zgoda, potem zaproszenie na noc... Cóż, mogę jedynie stwierdzić, że nowy rok zaczął się dużo lepiej, niż mógłbym kiedykolwiek przypuszczać. Oczekując na jej ponowne przybycia, rozsiadłem się na wygodnej kanapie, na której o mało nie zasnąłem. Nadmiar wrażeń robi swoje - pomyślałem, czując na swoim policzku aksamitną dłoń mojej ukochanej. Mrucząc cicho na ten gest, bardzo powoli uniosłem swoją głowę, aby zajrzeć w głąb jej roześmianych oczu.
- Idź się umyj tygrysie i do łóżka - zarządziła, wskazując ruchem dłoni dębowe drzwi, mające za zadanie wprowadzać człowieka do krainy pełnej ciepłej wody oraz białej piany morskiej. Nie chcąc jej denerwować, podniosłem się z wygodnego mebla, żeby następnie powłóczyć się do kafelkowego pomieszczenia. Bez żadnego obijania się, ściągnąłem z siebie galowy garnitur, który po kilku minutach został zastąpiony niebieską piżamą. Czując pod stopami zabójczy chłód, zgasiłem szybko światła, a po chwili, niczym Usain Bolt, wbiegłem do jasnozielonej sypialni, gdzie moim celem, jak szło się domyślić, okazało się ogromne, kolorowe łóżko - Nie za wygodnie ci? - słodki, kobiecy głos wdarł się do moich uszu, powstrzymując mnie tym samym przed nagłym zaśnięciem.
- Jest idealnie - wyrzekłem półsennie, przyciągając do siebie jej drobne ciało - Kocham cię skarbie - pocałowałem ją delikatnie w kark, wdychając przy tym zapach jej skóry.
- Też cię kocham - wtuliła swoją rudą głowę w moją klatkę piersiową, aby chwilę później zasnąć.
- Dobranoc - wyszeptałem do jej ucha, po czym sam podążyłem jej przykładem, i odpłynąłem do magicznej krainy morfeusza, która dzięki Bogu, była usłana jedynie dobrymi snami.
⚜⚜⚜⚜⚜
Następnego dnia wstałem dopiero koło godzin dziewiątej. Chcąc zrobić dobre wrażenie na swojej lubej, wyplątałem się delikatnie z jej objęć, co było pierwszym krokiem do zrobienia jej jakiegoś śniadania. Myśląc przez chwilę co mogę wyczarować, ostatecznie postanowiłem na naleśniki, w nieco odmienionej formie. Mąka, jajka, mleko, oliwa z oliwek, cukier wanilinowy i proszek do pieczenia - wyliczałem w myślach, przeglądając w ciszy całą lodówkę oraz szafki kuchenne. Dzięki tym poszukiwaniom, odnalazłem również masło, sól i cenne dla mnie jabłka. W końcu to one miały tu być magicznym składnikiem nie? Uważając, żeby nie narobić żadnego hałasu, zacząłem dodawać po kolei wszystkie składniki do miski, aby następnie wymieszać je na gładką masę. Ostatnim kłopotem okazało się ścieranie jabłek na grubych oczkach tarki. Oprócz ładnego efektu końcowego, jestem pewien, iż moje palce na pewno będą potrzebowały kilku dni solidnej regeneracji. Anastazja pewnie by się ze mnie śmiała - pomyślałem, rozprowadzając po patelni kapkę oliwy, która szybko barwiła odłamek papierowego ręcznika. Gdy wszystko było już gotowe, zabrałem się za smażenie placuszków, które tak, jak w moim zamyśle, wyszły bardzo puszyste. Po rozłożeniu wszystkiego na niebiesko-białych talerzach, obsypałem całość niewielką ilością cukru pudru. Nie przejmując się dodatkowymi kaloriami, dorobiłem nam dwa kubki owocowej herbaty, która dzisiejszego dnia parowała jak wściekła. Zostawiając zestaw śniadaniowy na okrągłym, brązowym stole, ruszyłem powolnym krokiem w stronę pokoju, w którym ponownie zastałem śpiącą Nastkę.
- Kochanie, budzimy się - szepnąłem jej na ucho, wplatając przy tym prawą dłoń w jej bujne, roztrzepane włosy - Mamy nowy rok, a śniadanko czeka - ciągnąłem, wsłuchując się w jej pomruki niezadowolenia, które po kilku sekundach zastąpiło głośne, radosne westchnięcie.
- Mówi pan, że pora zwlec się z łóżka? - oplotła rękami mój kark, mówiąc mi tym samym, iż jak na razie, nigdzie się stąd nie rusz.
- Pora, pora - uśmiechnąłem się szczerze, łącząc nasze usta w głębokim pocałunku - No chyba, że lubi pani zimne śniadanko, które źle wpłynie na pani brzuch - połaskotałem ją, we wspomnianym przed chwilą miejscu, co poskutkowało naszym głośnym śmiechem. Nigdy wcześniej nie sądziłem, iż budzenie się przy drugiej osobie, może przynieść mi tyle radosnych emocji. Czułem się taki szczęśliwy, spełniony, ale i jednocześnie zatroskany o jej zdrowie oraz samopoczucie, które w każdej chwili mogło się zmienić.
- No dobrze - przytrzymała się mojego ramienia, żeby unieść się do pozycji siedzącej, z której dużo łatwiej można było zerwać się na równe nogi. Uważając na jej senne kroki, zaprowadziłem ją do znajomej kuchni, gdzie z dużym zdziwieniem zaczęła wpatrywać się w przygotowany przeze mnie posiłek - Ty to wszystko zrobiłeś? - zasiadła na jednym z miejsc, uważnie przyglądając się dobrze wysmażonym placką.
- Taaaaak - odgarnąłem z jej twarzy niesforne, rude kosmyki, które z ogromną chęcią, wypadłyby jej do jedzenia - Wbrew pozorom, jeszcze coś umiem upichcić. Smacznego słonko, wcinaj puki ciepłe - nieco się spóźniłem z tymi słowami, gdyż w momencie zaczynania drugiego zdania, kobieta wgryzła się w jeden z naleśników, robiąc przy tym rozmarzone oczka. Przewracając na to oczami, również zająłem się pochłanianiem letniego już dania, które w szybkim tempie znikało w naszych, burczących brzuchach. Po zmieceniu wszystkiego z talerzy, postanowiliśmy zrobić sobie mały maraton serialowy z zbrodniarzami w roli głównej. W końcu mieliśmy dzień wolny, a do domu jakiegoś szczególnie mi się nie spieszyło. Pewnie niektórzy z was zapytają się, a co z moimi psami? Przecież one mogą roznieść mi dom co do kawałka! Spokojnie... Mają dobrą opiekę pani Marry, która już od wielu lat zagląda do nich kiedy przesiaduję w pracy, lub jestem na jakiś służbowych wyjazdach. Była bardzo złotą kobietą, chociaż czasami bardzo, ale to bardzo przesadzała. Może to przez nią Camelot wygląda jak istna beczka? Oj! Ten to w nadchodzącym roku stanowczo przejdzie na wyczerpującą go dietę.
- Patrz się na telewizor, a nie na telefon - burknęła, pacając mnie po rękach - No chyba, że mam się na ciebie obrazić - zrobiła minkę niewinnego kociaka, który przed kilkoma sekundami stłukł jakiś wazon.
- A co by moją kocice wtedy udobruchało? - uniosłem w geście zapytania jedną brew, co teoretycznie miało wymóc na niej szybszą odpowiedź.
- Lodyyyyy! Domowe lodyyyy! - wypaliła jak torpeda, poprawiając swój fioletowy szlafroczek - Takie malinowe... Albo truskawkowe - z każdym słowem, coraz to mocniej wbijała się nosem w moje ramie, co nie sprawiało mi o dziwo żadnego dyskomfortu.
- W takim razie idź się ubrać, a ja zrobię ci nagrodę - pocałowałem ją w czoło, co jeszcze bardziej ją ucieszyło. Zatrzymując Dom Z Papieru, na wskazanej przez siebie sekundzie, wstałem powoli z kanapy, uważając przy tym, aby nie zderzyć się z biegnącą w stronę sypialni niewiastą. Kręcąc na to z niedowierzaniem głową, zacząłem otwierać kolejno szafki w poszukiwaniu magicznego urządzenia zwanego blenderem. Miałem już niemal wspominamy przedmiot w rękach, gdy rozległ się donośny odgłos dzwonka do drzwi - Otworzę - rzuciłem machinalnie, kierując swoje kroki w stronę zamkniętej bariery, oddzielającej nas od reszty świata. W tamtym momencie kompletnie zapomniałem o swoim ubiorze, który był ogromnym zaskoczeniem dla nieznajomej, stojącej kilka kroków przede mną.
- Jest Anastazja? - spytała, nie wiedząc czy ma się wycofać.

Anastazja? :3
Diana przyjechała! xd

+10 PD

11 mar 2019

Związek — Anastazja&Rafael

Anastazja&Rafael
- Cieszę się, że ci się podoba, ale muszę ci powiedzieć o czymś jeszcze.
- O czym? - stanęła na przeciwko mnie, a moje serca zabiło wtedy trzy razy szybciej.
- Wiesz... Znamy się już od dawna, a ja... Ja... Kocham Cię Anastazjo, czy zostaniesz dla mnie tą osobą, której szukałem przez całe życie?
[...]
- Na prawdę tego chcesz? - spytałam cicho, tak by tylko on mógł to usłyszeć.
- Niczego innego nie pragnę Anastazjo - odparł tym swoim cholernie seksownym głosem, który był na wpół ściszony, po czym pochwycił delikatnie moją dłoń.[...]
- Jeśli tego chcesz, to bardzo chętnie zostanę taką osobą dla Ciebie Rafaelu - odpowiedziałam w końcu z lekkim uśmiechem na ustach, delikatnie się przy tym rumieniąc. 

9 lut 2019

Od Rafaela cd. Anastazji

Podróż do restauracji Royal Reborn nie trwała zbyt długo. Szczerze mówiąc, w tamtym momencie nieco odechciało mi się, przebywania na balu. Dla jasności, nie chodziło mi tutaj o towarzystwo pięknej rudowłosej, tylko o sam fakt istnienia, puszących się, na wszystkie strony świata, czubków. Nie chciałem, aby któryś z nich "przypadkowo" zranił Anastazję, która bardzo to przeżywała. Uspokajając swoją partnerkę łagodnym uśmiechem, powoli opuściłem rozgrzany pojazd, aby przejść przed jego maską i bez najmniejszego wahania, otworzyć jej samochodowe drzwi.
- Zapraszam - rzekłem spokojnie, uważnie obserwując ruch czerwonej sukienki. W końcu nikt nie chciał jej uszkodzić prawda? Jej kreacja była na prawdę piękna, a delikatne kolczyki, tylko nadawały jej większego uroku.
- Dziękuję - zatrzymała się tuż przy moim boku, co zezwoliło mi, na zabranie jej pod rękę - Jesteś pewien, że chcesz się tam ze mną pokazać?
- Jestem pewien, iż nikt inny nie byłby tak piękny jak ty - odpowiedziałem natychmiastowo, wywołując na jej twarzy, delikatny rumieniec - Nie myśl już o tym, i skup się na zabawie. Jesteśmy tu po to, żeby miło spędzić koniec roku, a nie zadręczać się problemami trzeciego świata. Nigdy nie daj sobie wmówić, że jesteś brzydka, bo to nie prawda Anastazuś - kroczyliśmy, przez rozświetlony ze wszystkich stron parking, uważając na to, aby, któreś z nas nie zaliczyło bolesnego upadku. Kiedy stanęliśmy przed bogato zdobionymi drzwiami, bezproblemowo okazaliśmy tutejszym ochroniarzom swoje zaproszenia, a następnie bez żadnego skrępowania, weszliśmy na teren sali, przyozdobionej na dzisiejszą okazję w kolory złota oraz srebra. Stoliki, ustawione w potężną literę "U" były porozdzielane między parami, za pomocą nazwisk, co zagwarantowało mi i mojej Sarence, miejsca na samym środku, lewej części podkowy. Całe świętowanie miało zacząć się dopiero za dwadzieścia pięć minut, dlatego pomieszczenie świeciło jeszcze dużymi pustkami.
- Ładnie tu - zagaił rudzielec, ściskając w dłoniach kopertową torebkę - Wstyd się przyznać, ale nie byłam jeszcze na takich balach - zawstydziła się, czując pewnie w duszy dość duże zażenowanie.
- To nic - złapałem ją za drżącą rękę, aby nieco się uspokoiła - Na pewno ci się tutaj spodoba. Ja też nie mam jobla na ich punkcie, więc nie bywam tutaj zbyt często. Gdyby coś ci się nie spodobało, zawsze możemy wyjść, i jechać do mnie - rzekłem szczerze, głaszcząc ją po wierzchniej stronie, aksamitnej dłoni. Mówi się, że lekarze powinni mieć oczy jastrzębia, ręce kobiece i serce lwa, co stu procentowo zgadzało się, u siedzącej obok mnie rdzawej róży.
- To na pewno nie problem? - starała się ukryć swoje zakłopotanie, przed zbierającymi się ludźmi. Urocze - skomentowałem w myślach, nie odrywając wzroku od jej cudnej twarzyczki.
- Na pewno - zapewniłem ją, odganiając za jej ucho niesfornego loka, który bez pozwolenia wdarł się na jej twarz - A teraz skup się na przyjemności. Nie chcesz raczej przywitać nowego roku, smutną minką prawda? - połaskotałem ją w okolicach brzucha, co spotkało się z jej cichym śmiechem.
- Oczywiście, że nie Rafuś - przyznała radośnie, skupiając się jedynie na tym co teraźniejsze, a nie na tym, co miało miejsce kilkanaście wieków temu.
⚜⚜⚜⚜⚜
Kiedy wszystkie zegary w Avenley River wybiły godzinę dwudziestą drugą dwadzieścia, wszyscy ludzie, przesiadujący na zamkniętej imprezie, poświęconej schronisku dla bezdomnych zwierząt "Noe", już dawno byli bardzo rozhulani. Mówiąc "rozhulani", nie miałem na myśli chlejących w kółko osobników, którzy ani myśleli odejść od stołu z alkoholami, tylko ludzi, którzy w przyzwoity sposób korzystali z tańców, losowań i innych zabaw zorganizowanych przez pomysłodawców balu. Co prawda, sam wypiłem z dwa kieliszki mocniejszego trunku, ale znałem swoją granicę, która stwierdziła, iż do północny raczej niczego innego nie wypiję. W trupa to ja mogłem upić się w swoim domu, a nie wśród ludzi, gdzie narobiłbym sobie jedynie wstydu oraz obniżyłbym znacząco swoją reputację w społeczeństwie. Zbliżał się właśnie czas tańców wolnych, dlatego chcąc wykorzystać tę okazję, obróciłem się w stronę zamyślonej Anastazji, która po zjedzonej kolacji, zdała się odpływać gdzieś w nieznane nikomu innemu krainy.
- Ananasie? - zagadnąłem, na co ta odruchowo się wzdrygnęła.
- Co? Jak? Gdzie? Po co ci ananas? - popatrzyła na mnie z ogromnym zdziwieniem, nie widząc, o co mi tak właściwie chodziło.
- Chodziło mi o ciebie głuptasku - wyjaśniłem pierwszą część sprawy - Czy mógłbym prosić Cię do tańca? - wyciągnąłem w jej stronę prawą rękę, na którą popatrzyła z większym zdumieniem, niż za pierwszym razem na mnie, gdy zdrobniłem jej imię do postaci tropikalnego owocu.
- Mnie? Jesteś pewien, że twoje nogi chcą być zdeptane? - zażartowała, oddając mi dzisiaj po raz kolejny swoją dłoń.
- Naskta, nie przesadzaj. Tańczysz na pewno lepiej niż ja - pokrzepiłem ją swoimi słowami, kierując się wraz z nią w stronę swojego parkietu.
- No nie wiem, nie wiem Rafi - oparła się bardziej na moim ramieniu, co było dość przyjemnym doznaniem. Pewnie już o tym wspominałem z milion razy, ale gdy rudowłosa była przy mnie, czułem się wtedy z tysiąc razy lepiej, niż kiedy dokuczała mi samotność. Z pewnością już dawno temu nasza przyjaźń przekształciła się, a przynajmniej dla mnie, w coś zwanego miłością. Wiele razy w ciągu naszej znajomości, chciałem jej powiedzieć co do niej czuje, ale wiecznie brakowało mi tej zakichanej odwagi, która gubiła się gdzie w korytarzach mojej podświadomości.
- Sama zobaczysz - stwierdziłem, nie tracąc przy tym swojego, dobrego humoru. Obejmują ja w pasie, złączyłem w górze nasze dłonie, a gdy poczułem jej rękę na swoim ramieniu, oddaliśmy się rytmowi muzyki. Lewa noga w przód, prawa noga w przód, lewa noga w bok, dostawić prawą... Lewa noga w tył, prawa noga w tył, lewa noga w bok, dostawić prawą... - wyliczałem w myślach, wpatrując się w jej cudne, błękitne oczy.
⚜⚜⚜⚜⚜
Gdy do roku 2049 zostało niecałe dwadzieścia minut, wraz z Sarenką, postanowiliśmy udać się na pobliskie balkony, z których za jakiś czas, mieliśmy podziwiać kilku minutowy pokaz fajerwerków. Noc nie była aż tak zimna, jak mogłoby się nam początkowo wydawać. Po zarzuceniu na ramiona dziewczyn swojej marynarki, odebrałem od niej kieliszki szampana, które z cichym brzdękiem opadły na kamienną balustradę tarasu.
- Pięknie tu - spojrzała w kierunku bladych gwiazd, zanikającymi częściowo pod ciemnymi, chmurami nocy.
- Wiem... Ale to nie tak piękne, jak ty... - posłałem jej szczery uśmiech, lecz zanim zdążyła coś odpowiedzieć, automatycznie dorzuciłem - Zamknij oczy, mam coś dla ciebie.
- Dla mnie? - jej oczy, w tamtym momencie przypominały mi wielkością źrenice młodego kociaka.
- Dla ciebie, a teraz nie patrz kochanie - stanąłem za nią, równocześnie wygrzebując ze swojej kieszeni wisiorek, który po krótkiej chwili, został zapięty na jej smukłej szyi - Możesz otworzyć i ocenić - przytuliłem jej drobne ciało, uważając, aby nie wygnieść zbytnio jej sukienki.
- Jest... Jest... Cudny! - uwiesiła się na mojej szyi, o mało nie powalając mnie na lodowatą posadzkę.
- Cieszę się, że ci się podoba, ale muszę ci powiedzieć o czymś jeszcze.
- O czym? - stanęła na przeciwko mnie, a moje serca zabiło wtedy trzy razy szybciej.
- Wiesz... Znamy się już od dawna, a ja... Ja... Kocham Cię Anastazjo, czy zostaniesz dla mnie tą osobą, której szukałem przez całe życie?

Anastazja? <3
Zgodzisz się?

+10 PD

27 sty 2019

Od Rafaela cd. Anastazji

Kiedy Anastazja zdecydowała się zostać moją partnerką na balu charytatywnym, niesamowicie się ucieszyłem. Eh... Gdyby nie to nagłe wezwanie na blok operacyjny, z pewnością uciąłbym z nią dłuższą rozmowę na ten temat. Zapewne ubierze jakąś śliczną sukienkę, pasująca do jej bujnej, rudej czupryny, przez co każdy mężczyzna będący na zabawie, będzie się do niej ślinił. Oj będę musiał na nią bardziej uważać - pomyślałem, szorując dokładnie ręce, co było obowiązkowym krokiem, przed dołączeniem do reszty personelu, który nie mógł sobie poradzić z natrętnym wyrostkiem robaczkowym. Artur zwykle nie miewał problemów z tego typu zadaniami, dlatego coś w mojej duszy mówiło mi, iż w grę nie wchodzi tylko zwykłe usunięcie zbędnej części jelita ślepego, lecz coś jeszcze. Dzięki szybkiej i fachowej pomocy obecnych tutaj pielęgniarek mogłem po kilku minutach oglądać zakrwawioną ranę młodego pacjenta, który obecnie mógł czuć się jak na wakacjach. Hm... Ale czy leżenie na niezbyt wygodnym stole, można nazwać odpoczynkiem? Odpowiedzią na to pytanie z pewnością istnieje, ale w tamtej chwili nie miałem zbyt wiele czasu, aby się nad tym zastanowić.
- Co się dzieję? - skierowałem swoją głowę w stronę starszego ode mnie mężczyzny, który jak zawsze wydawał się być istną oazą spokoju - O ile się nie mylę, przy wrostku nie ma aż tyle krwi - mówiąc to, obserwowałem z zachwytem precyzyjne ruchy jego dłoni. Arturo praktycznie nigdy nie nawalał, dlatego przez te kilka lat stał się dla mnie czymś w rodzaju wzorca, czy tam jak kto woli autorytetu. Oczywiście na pierwszym miejscu zawsze w tej sprawie pozostanie mój ojciec, lecz uwierzcie mi, że warto mieć kogoś takiego w pracy, za kim możecie podążać, zachowując przy tym dość dużą dawkę zdrowego rozsądku.
- Chłopak ma hemofilię typu B... Myślałem, że dam sobie radę sam, ale się przeliczyłem. Dobrze, że byłeś dostępny, bo bez drugiego chirurga byłbym w dupie - przyznał, nie odrywając wzroku od nieprzytomnego pacjenta - Bierzmy się do roboty. Jego życie nie może być zagrożone.
⚜⚜⚜⚜⚜
Cała operacja skończyła się dopiero po dwóch godzinach. Zwykle wycinanie wyrostka trwa koło godziny, ale u osób z hemofilią, bądź inną chorobą wywołująca duży wylew krwi, takie zabiegi potrafią strasznie się wydłużyć. Na szczęście wszystko poszło po naszej myśli i Willowi, gdyż tak nazywał się nasz podopieczny, pozostał jedynie odpoczynek powiązany z przyjmowaniem odpowiednich leków. Jeśli chodzi o dalsze godziny mojego dyżuru, to minęły one bardzo spokojnie. Nie miałem już żadnych nagłych wezwań, więc reszta mojego dnia opierała się głównie na zaplanowanym usunięciu migdałów u małej Lili, dwóch obchodach oraz godzinnej odprawie. To na niej po raz ostatni mogłem zobaczyć roześmianą twarz Anastazji, która zniknęła z mojego pola widzenia, tak szybko, jak się w nim pojawiła. Po przekazaniu wszystkich informacji swojemu zmiennikowi mogłem udać się na porządny spoczynek. Co prawda czekał mnie jeszcze długi spacer z moimi psami, ale to jeszcze dało się jakoś przeżyć. W końcu przebywanie na świeżym powietrzu to też forma aktywnego wypoczynku prawda? Eh... Szczerze to wolałbym od razu rozłożyć się na łóżku i pójść spać, lecz obowiązki właściciela zwierząt każą robić swoje. Przewracając na to wszystko oczami, wsiadłem powoli do swojej śnieżnej Toyoty, aby następnie rozgrzać nieco swoje dłonie i odjechać w stronę cichego domu, gdzie czekali na mnie, dawaj członkowie mojej rodziny. 
⚜⚜⚜⚜⚜
Następnego dnia, zamiast cieszyć się spaniem do południa, zerwałem się na nogi już o siódmej rano, żeby móc ze spokojem zjeść śniadanie oraz przejrzeć swoją szafę pod względem istnienia w niej garniturów. Co prawda miałem ich kilka, ale nie ubierałem ich dość często, dlatego w mojej głowie rosły obawy dotyczące tego, czy się w nie jeszcze zmieszczę. Na szczęście z całej czwórki eleganckich ubrań odpadło tylko jedno, które zbyt mocno cisnęło mnie w pasie. Niestety nie nie miałem jeszcze pojęcia, co na siebie założę, lecz miałem już jakieś punkty zaczepienie prawda? Po posprzątaniu tego bałaganu postanowiłem zrobić sobie szybką bazę pod obiad, którym miałem się delektować zaraz po powrocie z miasta. Nie miałem zbytnio ochoty pałętać się po sklepach. Chodziło tylko o spłacenie rachunków, które zalegały w mojej szafie już jakiś tydzień, a ich data na ostateczne przelanie pieniędzy była wyznaczona na jutrzejszy dzień. Nie mając innego wyboru, odłożyłem garnki w bezpieczne miejsce, co uspokoiło moją wyobraźnię, opisującą mi wszelakie historie dotyczące Camelota i Zefiara, którzy zajadali się w nich przepysznymi roladkami z kurczaka. Mając nadzieję, iż nic z tych wyobrażeń nie okaże się prawdą, zanurzyłem swoje nogi w ciepłych butach, a ręce w grubych rękawach płaszcza. Oczywiście do tego wszystkie dołączył zimowy zestaw od Anastazji, który zadbał o to, aby moja szyja wraz z głową całkowicie nie zamarzły. Ciekawe co teraz robi - pomyślałem, zamykając dom na klucz, gdyż otwarte domy kuszą niepotrzebnie upartych złodziei. Do banku nie miałem zbyt daleko, dlatego zrezygnowałem z podróży samochodem. Ciesząc się świeżym powietrzem, człapałem się wąskim chodnikiem, podziwiając przy tym niewielkie wystawy przeróżnych sklepów. Najbardziej zainteresowała mnie ta u jubilera, gdzie mój sroczy wzrok wyhaczył małe, aczkolwiek bardzo urocze srebrne serce. Jego lewa strona była przyozdobiona małymi cyrkoniami, a wszystko wykańczał nie za długi, ani nie za krótki łańcuszek. Przyglądając się nieco dłużej temu "dziełu", zacząłem wyobrażać sobie, jak w nim wyglądałaby moja Fenchenko. Z początku nie chciałem ulec swojemu sercu, ale wyszło, jak wyszło. Straciłem 60 Avarów z miłości. Obym tego nie żałował.
⚜⚜⚜⚜⚜
Ostatni dzień grudnia nadszedł szybciej, niż każdy z nas by się spodziewał. Od samego rana chodziłem jak na szpilkach, wyliczając w głowie, czego mi jeszcze brakuje. Garnitur mam, krawat mam, buty mam, prezent dla niej mam, samochód stoi w garażu - mówiłem w umyśle, będąc wdzięcznym wujowi Bizetzu za to, że pożyczył mi on jeden ze swoich samochodów. Było to czarne Audi A6, na które już dawno sobie zapracowałem, ale nie widziałem sensu w jego posiadaniu, bo gdzie taki cienki człowiek jak ja mógłby nim jeździć? Chyba na szpitalny parking i z powrotem do domu. Odganiając od siebie tę myśl, spojrzałem leniwie w stronę tarczy kuchennego zegara. Była dopiero piętnasta, a o ile minie pamięć nie myli, z sarną umówiliśmy się na godzinę osiemnastą. Miałem więc niecałe dwie godziny na porządny prysznic i walkę z krawatem, który jak zwykle wyjdzie krzywy jak drut. Uważając na pałętające się pod nogami psy, wkroczyłem jakoś do przestronnej łazienki, gdzie moją uwagę przykuł dość ważny szczegół, a mianowicie przydługi zarost.
- Wypadałoby się ogolić - mruknąłem sam do siebie, zrzucając ze swojej osoby zbędne ubrania. W biało-szarym pomieszczeniu spędziłem niecałe trzydzieści minut. Nie kłopocząc się już ze starymi ubraniami, zarzuciłem na siebie czarny szlafrok, aby móc zacząć czarować ze swoim wieczorowym wyglądem. Wczorajszego dnia zdecydowałem się, iż pokażę się jej w granatowym garniturze i czerwonym krawacie. Wszystko szło mi nawet dobrze, lecz gdy dotarłem do tego czerwonego cholerstwa myślałem, że oszaleję. Zwykle ten kawałek materiału wychodził krzywo, ale teraz nie chciał się w ogóle zawiązać. Nie mając zbytnio czasu na takie zabawy, postanowiłem poprosić o pomoc Anastazję. Pewnie mnie nieźle wyśmieje, ale co mam poradzić na swoją nieporadność? Dom opuściłem chwilę po siedemnastej. Oczywiście wszystkie staruszki z dzielnicy snuły już swoje domysły, gdzie mogę się o tej porze wybierać. Ignorując ich wzrok, wsiadłem na pożyczonego pojazdu, a następnie ruszyłem na pamięć do dzielnicy Orlando. Nawet nie musiałem zbytnio się trudzić, aby znaleźć żółty blok. Po zaparkowaniu w bezpiecznym miejscu oraz przedarciu się przez pięciocentymetrową warstwę śniegu, mogłem w końcu nacisnąć wybrany, srebrny przycisk domofonu, który przesłał sygnał do wybranego mieszkania.
- Halo? - słodki głos rudowłosej trafił po kilku sekundach do moich uszu.
- To ja, nieco się pospieszyłem. Mam nadzieję, że nie jesteś zła - zakłopotałem się, ściskając w ręku kolorowy krawat.
- Jasne, że nie. Śmiało, wchodź - zaśmiała się cicho, otwierając mi frontowe drzwi. Zadowolony z takiego obrotu spraw, czmychnąłem szybko na drugie piętro budynku. Stojąc przed odpowiednimi drzwiami, skierowałem swoją rękę w stronę białego dzwonka, który natychmiastowo wydał z siebie charakterystyczną melodię. Nie musiałem czekać nawet minuty, gdyż kobieta dość szybko doczłapała się do dębowych wrót i energicznym ruchem pociągnęła za ich klamkę.
- Aleś się wystroił - oparła się bokiem o framugę wejścia, eksponując tym bardziej widok na swoje ciało.
- Nie gorzej niż ty. Wyglądasz bosko - uśmiechnąłem się szeroko, uważając przy tym, aby się nie obślinić.

Anastazja?:3
Jedziemy? xd 

+10 PD

15 sty 2019

Od Rafaela cd. Anastazji

Czas, jaki spędziłem w domu Anastazji, minął mi jak z bicza strzelił. Zanim się obejrzałem, byłem zmuszony wrócić do swoich pustych czterech ścian, które następnego dnia miałem ponownie opuścić. Cóż, święta zbliżały się do nas wielkimi krokami, a ja nie miałem zamiaru zostawić swojej rodziny samej z ogromnymi przygotowaniami. Zanim Anastazja odjechała, wpakowałem jej do walizki mały prezent składający się z ciepłego swetra oraz skórzanych rękawiczek. Nie byłem do końca pewien, czego rudowłosa potrzebuje najbardziej, dlatego postanowiłem zaufać babskiej intuicji jednej z ekspedientek, która gdyby nie mój kurczący się czas, z pewnością zagadałaby mnie na śmierć. Sam dostałem od sarenki kolorowe pudełko, które miało zostać otworzone przeze mnie w wigilijny wieczór. Nie będę ukrywał, iż kiedy mi to podarowała, zrobiło mi się niezmiernie miło. Znaliśmy się już praktycznie pół roku, lecz dla mnie była to istna wieczność. Kiedy nie było jej obok mnie, odczuwałem w duszy ogromną pustkę, a moje serce nie chciało już bić tak radośnie, jak wcześniej. Doskonale wiedziałem, że ta przyjaźń przemieniła się w coś większego, ale nie miałem zbytnio odwagi powiedzieć Fenchenko tego w twarz. Przecież nie podejdę do niej ot tak, żeby wyznać jej miłość. Nie chcąc się tym aktualnie zadręczać, zająłem się robieniem obiadu. Z moich wszystkich starań miało wyjść pyszne spaghetti, ale przez swoje roztargnienie przypaliłem prawie całe mięso. Od razu się nie otruję - pomyślałem, wpatrując się w czerwono-czarną breję, która stety, bądź niestety, nawet w najmniejszym procencie nie wyglądała apetycznie. Nawet nie wiesz ile bym dał, żebyś tu ze mną była - westchnąłem w umyśle, opadając ciałem na trzeszczące, brązowawe krzesło. Eh... Najwidoczniej szykowały się bardzo ciężkie święta.
⚜⚜⚜⚜⚜
Cztery dni spędzone w towarzystwie mojej rodziny był dla mnie prawdziwym okropieństwem. Kochałem bardzo swoich rodziców oraz młodszego brata, lecz moje ostatnio ciągle od nich uciekały, odlatując tym samym w stronę innej planety. Muszę się otwarcie przyznać, że nieco zapomniałem o tajemniczym podarku, ofiarowanym mi przez kobietę kilka dni przed wigilią, dlatego odpakowałem go dopiero w pierwszy dzień świąt. Niestety narobiłem przy tym dość dużo hałasu, który zwabił do salonu moją matkę. Samantha niemal natychmiastowo zauważyła pstrokato zapakowany kubek z rękawiczkami, szalikiem oraz czapką, co jeszcze bardziej nakręciło ją do zadawania zbędnych pytań. A od kogo to masz? To na pewno tylko przyjaciółka? A dałeś jej coś? Ładna jest? Podoba ci się? To jedne z nielicznych pytań, jakimi zasypywała mnie przez najbliższe doby. Jak to już u nas bywa, o wszystkim musieli dowiedzieć się także mój ojciec i David, który był najmniej zainteresowany tą sprawą. Cóż, miał swoją pannice na głowie, więc nie w paradę było mu szukać po wszystkich zakątkach internetu mojej wybranki. Wracając jednak do teraźniejszości. Wyrywałem własnie niepotrzebne kartki ze swojego biurkowego kalendarza, gdyż nikt przez okres świąt nie pokwapił się, aby to za mnie zrobić. Do sylwestra pozostały trzy dni. Jedni się z tego cieszyli, inni natomiast płakali pod napływem ogromnej ilość pracy. Pewnie jesteście ciekawi, do jakiej grupy osób należałem ja? Ano do takiej, która 31 grudnia nienawidzi swojej roboty. Lubiłem pomagać ludziom, ale kiedy w jednym dniu, od rana do wieczora dostaje się miliard zgłoszeń dotyczących uszkodzeń ciała na skutek petard lub fajerwerków, można normalnie oszaleć. Gdybym miał swoje dzieci, nigdy bym im nie pozwolił na samodzielne odpalanie tego diabelstwa. Jasne, wszystko jest dla ludzi, ale trzeba zachować przy tym umiar ze zdrowym rozsądkiem, ale najwidoczniej, niektórym tego dobitnie brakuje. Chcąc odsunąć od siebie czarne zapowiedzi ostatniego dnia roku, potrząsnąłem głową na boki, a następnie udałem się na przedwczesny obchód. Los niestety chciał, abym na korytarzu wpadł na swojego przyjaciela, Adama Kay'a, który miał fetysz do zagadywania każdej osoby, jaka stanęła mu na drodze.
- Oh, Rafael! Wszędzie cię szukałem! - przybliżył się do mnie skocznym krokiem kilkumiesięcznego szczeniaka, oczekującego od swojego opiekuna drobnej zabawy.
- Mnie? Coś się stało? - zdziwiłem się delikatnie, gdyż zwykle jego rozmowa zaczynała się od zupełnie innych słów - Nie mów mi, że już mamy rannych od tych pieruńskich petard - skrzywiłem się, ostrożnie poprawiając krzywo zawiązany krawat.
- Nie... Dostałem z Kate bilety na sylwestrowy bal charytatywny, ale nie możemy na niego pójść... Wiesz doskonale jakie ona ma humorki! Szkoda byłoby ich zaprzepaścić, dlatego pomyślałem, że może ty byłbyś zainteresowany. Wszystko za darmo. Potrzebujesz jedynie partnerki - pomachał mi przed oczami dwoma, ozdobionymi ze wszystkich stron papierami, które były jedyną przepustką, żeby dostać się na wyjątkową zabawę.
- Cóż... Miałem iść do pracy... No nie wiem... - zakłopotałem się, nie mając pojęcia o co w tym wszystkim chodzi - Dość często nie ma mnie w pracy... Szef mnie pewnie ukatrupi, jeśli znowu wezmę wolne - dorzuciłem nieco ciszej, nie chcąc, aby ktokolwiek podsłuchał naszą rozmowę.
- A tam pierdzielisz! - wcisnął mi z uporem w dłoń dwa kartoniki, po czym poklepał mnie po ramieniu - Załatwię to i twojej Anastazeńce też - zaśmiał się cicho, lecz nim zdążyłem mu odpowiedzieć, ten uciekł ode mnie, chowając się na jednym ze szpitalnych korytarzy. Już plotkują? - pomyślałem z ogromnym niezadowoleniem, chowając cenny prezent w odmętach kieszeni swojego fartucha. Z chęcią pobiegłbym teraz do gabinetu rudowłosej i jej o wszystkim opowiedział, ale cóż, obchód się sam nie zrobi prawda? Oby tylko ten rudy lis nie kończył dzisiaj pracy wcześniej niż ja.
⚜⚜⚜⚜⚜
Kiedy po godzinnym sprawdzaniu pacjentów, w końcu załapałem małą przerwę, udałem się pospiesznym krokiem na wyższe piętro budynku, które w całości należało do oddziału kardiologicznego mojej małej wredoty. Eh... Muszę przestać ją wreszcie tak nazywać. Chociaż starałem się jeszcze nie tracić nadziei, to coś w głębi duszy mówiło mi, że rówieśniczka niedługo mnie z friendzone'uje i tyle będę miał ze swojej głupiej miłości. Miałem już na ciskać na srebrną klamkę mahoniowych drzwi, lecz coś dźgnęło moją kulturę, sugerując mi tym samym, iż najpierw powinienem zapukać. Stosując się do rady swojej intuicji, zastukałem kilka razy w drewno, a już po kilku sekundach otrzymałem zezwolenie, na wtargnięcie do pomieszczenia.
- Czeeeeeść - przywitałem się z cudną anielicą, nachyloną nad potężnym stosem papierów - Może odłożysz na chwilę makulaturę i chwile pogadamy? - uśmiechnąłem się szeroko, co natychmiastowo odwzajemniła. O tak! Właśnie tego mi brakowało.
- Rafael! Myślałam, że już się dzisiaj nie zobaczymy - zerwała się z krzesła, żeby móc do mnie podejść.
- Miałbym cię nie odwiedzić? Chyba sobie śnisz! - pstryknąłem ją w nos, zaczynając się jej uważnie przyglądać - A za ten prezent to mam cię kopnąć? Tyle się na mnie wykosztowałaś kobieto! - ciągnąłem dalej, wprawiając swoją dusze w coraz to lepszy humor.
- A tam gadasz głupoty! Podobał ci się? Starałam się trafić w twój gust, ale nie wiem, czy mi się udało - rozciągnęła swoje usta w długą, wąską linię napięcia, co jasno wskazywało na to, iż się nieco stresuje. Zwykle starała się ukrywać takie emocje, przed otaczającymi ją ludźmi, więc mogłem z tego wywnioskować, że zaczęła mi bardzo ufać.
- Bardzo, przyszedłem w tym do pracy - przyznałem otwarcie, wygrzebując z kieszeni dwa bilety - Nie wiem czy mój prezent ci się spodobał, ale mam dla ciebie jeszcze jeden. Chciałabyś zostać moją partnerką na balu charytatywnym w sylwestra? Proszę...

Anastazja? :3
Zgodzisz się? :3

+10 PD

26 gru 2018

Od Rafaela cd. Anastazji

Kiedy Anastazja zaproponowała mi wspólny posiłek, od razu się zgodziłem. Dziś miałem większe zapotrzebowanie na mięso, dlatego postanowiłem, postawić na najzwyklejsze w świecie leczo. Doskonale pamiętałem, że matka dziewczyny potrafi świetnie gotować, co zapewne odziedziczyła każda z jej córek, więc nie bałem się, że poważnie się zatruję. Głęboko w duszy obwiniałem się o to, iż rudowłosa mnie tak obiega. W końcu gdyby nie to pokręcenie, zapewne ze spokojem przygotowywałaby się do nadchodzących świąt Bożego Narodzenia, a tak to ma tylko ze mną kłopot i duże opóźnienia. Siedząc na rozłożystej kanapie, zacząłem zastanawiać się nad tym jak mógłbym się odwdzięczyć dobrodusznej Fenchenko. Z tego co pamiętałem, sarenka szalała za kotami, ale pewnie trochę mi zajmie, zanim wyduszę z niej jej ulubioną rasę. Głaszcząc Camelota po głowie, próbowałem jak najbardziej rozluźnić swój kark, który po niezbyt smacznym lekarstwie zaczął lepiej ze mną współpracować.
- Smacznego - rzekła moja rówieśniczka, stawiając przede mną miskę pełną samych zdrowych rzeczy. Widząc na samym wierzchu obiadu dość duże plastry kiełbasy, niemal natychmiastowo, zerwałem się do prostego siadu, aby móc zabrać do rąk gorący półmisek owej pyszności.
- Dziękuję i nawzajem - dorzuciłem od siebie, zanim srebrzysty widelec zanurkował w czerwonej substancji. Cały posiłek kręcił się głównie w okół naszych śmiechów i wzajemnym dokazywaniu. Nikt z nas nie zwracał żadnej uwagi na lecący w tle film, który teoretycznie miał zająć jakoś naszą uwagę oraz wypełnić ciszę, której obecnie nam nie brakowało. Przez swoje roztargnienie zapomnieliśmy o tym, jak szybko potrafi płynąć czas. Widząc, iż za oknami zaczyna zapadać gęsty mrok, moje usta samoistnie rozchyliły się w potrzebie ziewnięcia.
- Idź się umyć i przebrać w piżamę, a ja pozmywam naczynia - zdecydowała, pacając mnie po rękach, co spotkało się z moim jękiem niezadowolenia - Leć, leć i bez marudzenia! Jak będziesz brudny to śpisz na ziemi! - pogroziła mi palcem niczym nadopiekuńcza matka, a następnie udała się tanecznym krokiem do niewielkiej kuchni, aby namoczyć wybrudzone do reszty naczynia. Przewracając na jej słowa oczami, podniosłem się z lekkim trudem z sofy, co zezwoliło mi na powłóczenie nogami prosto do łazienki, która od mojego ostatniego pobytu nie zmieniła miejsca swojego położenia. Wchodząc na lodowate płytki, o mało się nie poślizgnąłem. Cóż, mokra podłoga była od zawsze moim wrogiem, lecz dlatego ta po tylu godzinach jeszcze nie wyschła? Ignorując ten fakt, niczym ninja przedostałem się na puchowy dywanik, znajdujący się tuż przed samym prysznicem. Kiedy poczułem się ciut bezpieczniej, zacząłem ściągać z siebie swoje dzienne ubrania. Nie chcąc tracić czasu, wlazłem szybko do kapsuły, a po chwili zabrałem się za porządne, aczkolwiek ostrożne szorowanie bladego ciała. Zima nigdy nie wpływała na mnie pozytywnie. Dzięki swoim urokom dodawała mi czerwony nos Rudolfa i kolory wampira, jakie mogłem obecnie podziwiać. Uważając na szwy, umieszczone w okolicach lewej łopatki, pokryłem swoje ramie fiołkowym żelem pod prysznic, ponieważ żadnego normalnego znaleźć tutaj nie mogłem. Same zapachy róż, kokosów, lilii i innych damskich pierdół, o których wręcz nie miałem pojęcia. Mając nadzieję, że to już koniec upokorzenia, wyszedłem z kabiny prysznicowej, a mój wzrok zaczął błądzić w poszukiwaniu wolnego ręcznika. Odnajdując coś w kolorach zieleni, zacząłem prędko się wycierać, co według mojego umysłu miało uchronić mnie przed kolejną chorobą. Gdy byłem już such jak pieprz, zorientowałem się, że ze swojego domu nie zabrałem najważniejszych rzeczy, a mianowicie ubrań. Mrucząc na to z niezadowoleniem, przydziałem bez pytania, po raz kolejny w tym roku różowy szlafrok, który ledwo sięgał moich kolan. Masakra - podsumowałem w myślach, opuszczając pomieszczenie powolnym krokiem.
- Anastazuś? - zapytałem pustkę, chcąc dowiedzieć się, gdzie obecnie przebywa urocza dwudziestosiedmiolatka. Na jej odzew nie musiałem zbyt długo czekać, gdyż jej w pół umalowana twarz, wyłoniła się zza uchylonych drzwi już po jakiś dziesięciu sekundach - Wybacz, nie wiedziałem, że zmywasz makijaż - zmieszałem się nieco, ponieważ na twarzy rudowłosej ukazał się grymas niezadowolenia, a ja nie chciałem jej nawet w najmniejszym stopniu złościć.
- Zapomniałeś ubrań co? - zaśmiała się cicho, oglądając mój niecodzienny ubiór - Powiem ci, że w różowym ci do twarzy - pstryknęła mnie w nos, po czym z dużym zdecydowaniem wciągnęła mnie do dość dużej sypialni. Moją uwagę najbardziej przykuły ogromne okna, które z gracją ukazywały panoramę naszego miasta - Zaraz to zasłonię... Jeśli nie chcesz spać na podłodze, to będziesz musiał się przemóc do spania ze mną... Mam nadzieję, że nie nauczyłeś się chrapać od czasu, gdy byliśmy u moich rodziców - pomogła mi usiąść na sprężystym materacu, który jak idzie się domyślić, ugiął się pod moim ciężarem ciała.
- Raczej nie - posłałem jej ciepły uśmiech, ciesząc się głęboko w duszy niczym dziecko, które dostało wór pełen smacznych cukierków. Anastazja pewnie nawet sobie nie wyobrażała, jak bardzo cieszę się z jej propozycji. Odkąd wróciliśmy do normalności, bardzo brakowało mi jej osoby, a teraz miałem szanse na nowo przeżyć tamte chwile - Ja jestem zawsze bardzo grzeczny - bardzo powoli opuściłem resztę ciała na prześcieradło i poduszkę, w celu odnalezienia wygodnej pozycji.
- Tak, tak. Leż grzecznie i się nigdzie nie ruszaj - mówiąc to, przykryła mnie aż po szyje ciepłą kołdrą, ruszając potem w stronę łazienki.
⚜⚜⚜⚜⚜
Rano czułem się już nieco lepiej. Mogłoby się wydawać, że wszystkie moje mięśnie i kości wróciły na swoje miejsce. Kiedy otworzyłem swoje oczy, nie wylegiwałem się zbyt długo w łóżku, ponieważ wystraszył mnie fakt, iż nigdzie nie mogę odnaleźć swojej sarenki. Jak się okazało, moja rówieśniczka była już od kilku godzin na nogach, szykując w kuchni przepyszne śniadanie.
- I jak tam samopoczucie? - zagaiła, rozlewając ciasto po patelni - Jeśli miałeś problemy ze wstanie mogłeś mnie zawołać. Przecież wiesz, że to żaden problem - zmartwiła się, a po chwili odwróciła się w moją stronę, chcąc przyjrzeć mi się nieco uważniej.
- Wstałem bez problemu - zapewniłem, chowając za jej uchem jeden z niesfornych kosmyków - Co tam pichcisz? - spojrzałem na grube naleśniki, które nie ukrywam wyglądały przepysznie.
- Puszyste naleśniki - odpowiedziała dumnie, przewracając placka na drugą stronę - Jeszcze chwila i będziemy mogli się nimi zajadać. Będę musiała dzisiaj pojechać na zakupy świąteczne więc pobędziesz trochę sam w domu. Muszę kupić trochę jedzenia i ozdób świątecznych by to wszystko jakoś wyglądało - przyznała, zdejmując z ognia ciepłe ciasto, które wylądowało wraz z innymi na blacie średniego stołu.
- Podjadę z tobą. Nie mam zamiaru gnić tutaj przez cały tydzień i się nad sobą użalać. Poza tym muszę kupić kilka prezentów dla ważnych mi osób - przybliżyłem się do niej na taką odległość, iż nasze biodra bezpośrednio się ze sobą stykały - Spokojnie, nie przyniosę ci wstydu.

Anastazja? :3
Pojedziemy na zakupy? xd

+10PD

15 gru 2018

Od Rafaela cd. Sanae

Dzisiejsza noc była bardzo męcząca. Zero snu, zero kawy, a to wszystko przez jednego dzieciaka, który ze swojego żołądka postanowił wyczarować worek na pineski. Chłopak miał szczęście, że karetka zdążyła przyjechać na czas i dostarczyć go nam na stół, bo inaczej byłoby z nim bardzo krucho. Młodzieniec nazywał się Artur Selver i pochodził ze szpitala Trevora Eldberga, gdzie oprócz okropnego personelu, trzymano także największych wariatów wymagających leczenia psychiatrycznego. Miałem już kontakt z kilkoma niedoszłymi samobójcami, anorektykami, osobami posiadającymi rozdwojenie jaźni, ale jeszcze nigdy nie wyciągałem niczego w takich ilościach z ludzkiego żołądka. Wiedząc, że jakoś będę musiał nawiązać kontakt z tym nastolatkiem, zacząłem układać sobie w głowie delikatne zarysy planów, które znacznie ułatwiłyby mi nawiązanie z nim jakiejś krótkiej rozmowy. Nim się obejrzałem, na zegarze ściennym wybiła godzina siódma rano. Nie mając zamiaru gnić tutaj na nadgodzinach, poszedłem zrzucić z siebie biały fartuch oraz przekazać wszystkie najważniejsze rzeczy na przeznaczonej do tego odprawie. Najwięcej paplaniny było oczywiście o naszej, głównej gwieździe nocy, lecz jakoś nie odkrywałem w sobie fragmentów, zmuszających mnie do oczerniania tego dziecka. Wręczając swojemu zmiennikowi odpowiednie papierki, odszedłem w ciszy w stronę kawiarenki, gdzie dzisiaj serwowano przepyszny jabłecznik. Posyłając łagodny uśmiech jednej z ekspedientek tego lokalu, poprosiłem o ciut większy kawałek niż zwykle, co chwała Bogu zostało przez nią wysłuchane. Nie zapomniałem również o mocnej kawie, która była nieodłącznym elementem grasującym w moim życiu. Nie mając za bardzo wyboru gdzie usiąść, postanowiłem skierować się do stolika znajdującego się w północno-wschodniej części budynku. Co prawda, siedziała przy nim już jakaś różowowłosa istota, ale jej obecność z pewnością jakoś bardzo strasznie mi nie przeszkadzała. Po spokojnym przywitaniu się oraz przedstawieniu swoich postaci, zasiadłem na drewnianym krześle, a następnie upiłem sporą ilość gorącej cieczy.
- Nie kojarzę cię... Jesteś tutaj nowa? - zapytałem ze spokojem, nie przejmując się tym, iż Sanae unika mojego wzroku. Między nami zapanowała chwilowa cisza. Kobieta nie wydawała się być chętna na  rozpoczynanie w taki sposób tej rozmowy, dlatego nie zamierzałem na nią dłużej naciskać. Biorąc porządny gryz swojego placka, zacząłem myśleć nad tym jak zachowują się w domu moje dwa psy. Dzięki przeciągającemu się dyżurowi nie miałem okazji zobaczyć ich przez bite dwadzieścia pięć godzin, co nieco mnie dobiło. Co prawda moja sąsiadka zaglądała do nich pewnie co jakiś czas, ale i tak świadomość, że mogło coś im się tutaj stać strasznie mnie przytłaczała.
- Nie jestem stąd... - odezwała się w końcu, przerywając trwającą między nami ciszę - Wiesz gdzie znajdę jakiegoś lekarza, który ma aktualnie trochę czasu wolnego? - dorzuciła z małym zawahaniem, na co chwilowo zmarszczyłem brwi.
- Siedzi właśnie przed tobą, a o co chodzi? - odpowiedziałem jej pytaniem na pytanie, nie mając pojęcia czego mogę się po niej spodziewać. Była matką albo rodziną, któregoś z pacjentów? Jeśli tak to dlaczego nie zgłosiła się do recepcji prosząc o jakiekolwiek informacje. A może to tajniaczka sprawdzająca czy w naszym szpitalu nie ma korupcji i podobnych temu rzeczy? W sumie tacy zwykle się nie ujawniają, lecz zawsze mogły istnieć jakieś wyjątki.
- Wczoraj w nocy przywieziono tutaj takiego jednego chłopaka. Jest ze szpitala Trevora Eldberga i chciałam go odwiedzić - wyjaśniła, kładąc brudną łyżeczkę na białym talerzyku, który za jakiś czas pójdzie do porządnego czyszczenia. Splatając swoje ręce w jedność, zacząłem się bawić w wgniatanie jednego z kciuków do środka plecionki.
- Jesteś kimś z bliskich? - zmierzyłem ją od stóp do głowy swoim niezbyt przychylnym wzrokiem. Nie mogłem zdradzać informacji o  Selverze byle komu, a tym bardziej pierwszej lepszej kobiecie jaka stanie na mojej drodze.
- Nie jestem co prawda jego rodziną, ale lekarką już tak... Proszę cię... Powiedz chociaż jak on się czuje albo zaprowadź mnie do tego co go operował, sama się z nim jakoś dogadam - mówiła błagalnie, dzięki czemu doprowadziłem się do przygryzania dolnej wargi. Każdy może sobie wmawiać, że jest lekarzem, a tak na prawdę będzie tylko udawał - pomyślałem, zastanawiając się również nad tym jak mogę ją przetestować. Skoro znała nastolatka to pewnie wiedziała wszystko o jego wyglądzie, zachowaniach, czy też codziennych rytuałach jakie odbywał za dnia, czy nawet i w nocy.
- Skoro jesteś jego lekarką to zapewne wiesz o jego zaburzeniach psychicznych. Wymień na co on choruje - byłem bardzo spokojny i pewny swoich przekonań, co bądź, co bądź nie wpłynęło nawet w najmniejszym stopniu na drobną kobietę, siedzącą na przeciwko mnie.
- Jest schizofrenikiem w częściowej remisji. Coś jeszcze? - przekrzywiła swoją głowę w stronę zachodu, dzięki czemu rozwiała całkowicie moje powątpiewania. Nie mając się już o co jej czepiać, rozłożyłem swoje ręce w bezradnym geście, a następnie wciągnąłem ze świstem letnie powietrze.
- Nie, tyle mi wystarczy - stwierdziłem otwarcie, dokańczając swój wyziębiający się napój - Ja go operowałem i wyznam, że operacja przeszła pomyślnie. Miał tego dość sporo w żołądku, ale zdążyliśmy na czas się nim zająć. Poleży pewnie tutaj z tydzień, a potem go do was odeślemy - mówiąc to, wstałem ze swojego stołka z zamiarem odniesienia brudnych naczyń na zmywak, lecz ta nie chcąc stracić ze mną kontaktu, złapała mnie za kościsty nadgarstek, chcąc tym samym powstrzymać moją postać przed błyskawicznym odejściem.
- Zaprowadź mnie do niego - zażądała pochylając swoją głowę, jakbym miał zaraz wymierzyć jej karę ścięcia - Proszę... - dodała ciszej, puszczając moje ciało, co pozwoliło jej wrócić tyłkiem na drewniane krzesło. Wykrzywiając na to wszystko swoje usta, ponownie wróciliśmy do głuchej ciszy, nie chcąc zwracać na siebie większej uwagi, zasiadłem na nowo naprzeciwko różowowłosej, zaczynając stawiać przed sobą wszystkie plusy i minusy jakie może przynieść jej wizyta. Młodziak zapewne jeszcze spał, ale jej osoba z pewnością wzbudzi zainteresowanie innych osób tamtego oddziału. Obowiązywały mnie pewne procedury, dlatego moja niepewność bardzo wzrosła, lecz niestety przez swoje dość miękkie serce delikatnie jej uległem. Zresztą, w końcu byłe lekarzem więc raczej nie miała co mu przemycić i jak mu zrobić krzywdę, prawda?
- Ale masz być cicho i jak najbardziej tylko potrafisz, nie zwracaj na siebie uwagi innych pacjentów. Nie chcemy tutaj żadnego zamieszanie jasne? Wchodzi tylko do Artura, patrzysz czy wszystko z nim okej i wychodzimy. Nie chcę by jego rodzice się do mnie przyczepili - przewróciłem swoimi oczami, podnosząc się na nowo do pozycji stojącej - No to chodź Sanae. Komu w drogę temu czas - uśmiechnąłem się minimalnie, kierując się do okienka zmywaka, gdzie zostawiłem swoją tackę.

Sanae? ^^

+10PD

13 gru 2018

Od Rafaela cd. Anastazji

No nie ukrywam, że było mi nieco wstyd znaleźć się w takiej sytuacji, ale jak to się mówi, musiałem przełknąć swoją dumę i dać sobie pomóc. Ból jaki zaatakował w tamtym momencie całe moje ciało, był w prost nie do zniesienia. Czułem jakby jakaś rozwścieczona bestia pakowała we mnie grube szpile, które uniemożliwiały mi najmniejszy ruch w lewo, czy w prawo. Cudem w ogóle było już samo to, że zdołałem wyrwać telefon z otchłani kieszeni i wybrać numer do Anastazji. Kobieta szykowała się właśnie do powrotu do domu, dlatego idealnie trafiłem w czas błagania o pomoc. Cała akcja ratownicza poszła dość sprawienie, więc już po niecałych dwudziestu minutach, na nowo mogłem grzać się w ciepłym samochodzie, który stety, bądź niestety nie należał do mnie. Rudowłosa uparła się, iż zabierze mnie do swojego domu i się mną zaopiekuje. Było to bardzo miłe z jej strony, lecz osobiście uważałem, że będę jej się tylko narzucał, lecz ona nie chciała o niczym takim słuchać.
- Będzie dobrze... - rzekła, nie mogąc znieść panującej w pojeździe ciszy - W domu zrobię Ci obiad, a później pojadę nakarmić twoje psiaki i wyprowadzę na spacer - dorzuciła, co bardzo mnie zdziwiło. Nadal jej się chce je karmić i wyprowadzać? - pomyślałem zdezorientowany, gdyż wydawało mi się, że powoli ma mnie oraz moich psów dosyć. Z tego co pamiętałem to nie bardzo za nimi przepadała, a moja nieoczekiwana śpiączka zmusiła ją do tego by się nimi zaopiekować. Już sam fakt, iż zrobiła to z dobrego serca był dla mnie zaskakujący, ponieważ zazwyczaj inni ludzie okradali sąsiadów jeśli znali ich miejsca chowania kluczy albo oczekiwali od nich zapłaty za wykonaną pracę.
- Rozpieszczasz mnie - uśmiechnąłem się delikatnie, kierując wzrok na jej bladą twarz - Nie zbrzydło ci już to opiekowanie się takim zgredem i jego bandą? - zaśmiałem się cicho, na co ta pacnęła mnie dość mocno w kolano, o dziwo świetnie kontrolując przy tym kierownicę Toyoty.
- Nie jesteś zgred - stwierdziła natychmiastowo, delikatnie się przy tym rumieniąc - Poza tym Bóg nam kazał opiekować się innymi ludźmi! A tym bardziej facetami twojego pokroju. Jesteś moim przyjacielem i cię lubię... Nie mogłam przejść obok tego obojętnie - wyjaśniła, przejęzyczając się kilka razy, co wywołało u mnie cichy śmiech. Przewracając na to oczami, zacząłem nagle odczuwać, że moje serce na nowo przyspiesza na biciu, a było to spowodowane tym, iż ręka sarenki pozostała na mojej nodze.
- Też cię bardzo lubię - przyznałem otwarcie, poprawiając swój zielony szalik. A nawet bardzo, bardzo, bardzo cię lubię... - dopowiedziałem w swoim umyśle, bo gdyby te słowa wydarły mi się przez język na światło dzienne, pewnie dostałbym nieźle po twarzy i wylądowałbym na pobliskim chodniku. Dlaczego ja ciągle sądzę, że dam radę wejść do twojego serca? - zapytałem się jeszcze, a następnie pozwoliłem sobie na dalsze ciągnięcie dialogu z tą przecudną dziewczyną - Może najpierw pojedziemy do mnie? Nie będziesz musiała dwa razy wychodzić na ten mróz, a ja zobaczę co u tych kluch - zaproponowałem, delikatnie chybocząc się na boki.
- W sumie... Czemu nie? - strzeliła banana, włączając kierunkowskaz, który pomógł nam przedostać się w inną część miasta - Mam chyba gdzieś tutaj jeszcze trochę jedzenia dla Camelota i Zefira. To straszne głodomory! Wiesz, że nie jedzą byle czego? Tak się przyzwyczaiły do gotowanego indyka, że na normalnego kurczaka patrzą jakby był jakimś mutantem - pożaliła się z głośnym westchnięciem, zapewne chcąc załamać przy tym drobne ręce.
- Cóż, szybko przyzwyczajają się do lepszych rzeczy - odparłem, nie kryjąc się ze śmiechem, który wypełniał samochód niemal co pięć sekund - Pewnie teraz strasznie za tobą szaleją i będą mi wyć, byś wróciła - wywróżyłem niczym wróżbita Maciej, opowiadający typowej Grażynie o jej erotycznym życiu. Nie wiedząc jak dalej pociągnąć ten temat, spojrzałem na jej otwartą dłoń, która w aktualnej chwili przesunęła się w górną część mojego uda. Mając nadzieję, iż jej sprytne palce nie trafią w coś bardziej intymnego, postanowiłem ciut mocniej się rozluźnić i dać działać swojemu losowi, który mógł okazać się w moim przypadku w dwojaki sposób.
- Będziesz musiał je jakoś pocieszać - wydusiła po dłuższym zastanowieniu, zabierając swoją kończynę z mojej - Chyba jesteśmy na miejscu - zakomunikowała, parkując na podjeździe prowadzącym do mojego, aktualnie pustego garażu - Rafi... To znaczy Rafael! Błagam cię zrób to powoli, bo znowu mi się ponaciągasz - spaliła buraka, a po chwili wyparowała z auta niczym zjawa, objawiająca się tylko wybranym ludziom. Oblizując na to swoje wargi, w powolnym tempie odpiąłem swój pas, a następnie niczym żółw, czy tam ślimak, wygramoliłem się z miejsca pasażera. Ból był już nieco mniejszy, ale zapewne nadal chodziłem jak potrącana kaczka, chowająca za sobą swoje młode - Ja otworzę! - zadecydowała, dobywając do ręki zapasowe klucze, które niegdyś gniły tylko w doniczce pełnej kwiatów. Nim się obejrzałem, byliśmy już w środku, a Husky i Golden Retriver piszczały oraz skakały obok mnie, jakbyśmy nie widzieli się przez okrągły rok.
- No już, już - pogłaskałem ich po głowach, próbując nieco uspokoić - Zefir, Camelot siad! - podniosłem nieco swój głos, kiedy jeden z psów wbił mi pazury w bolące miejsce - Trzeba wam obciąć te szkiety... Jeszcze komuś krzywdę zrobicie - mówiłem do nich, jakbym spodziewał się, że zrozumieją wypowiadane do nich słowa.
- Zrobimy to jak będziesz się lepiej czuł! Na razie mi tutaj nie cuduj i bądź grzeczny! - dobiegający z kuchni głos Anastazji był bardzo zbulwersowany moimi zamiarami, dlatego by uniknąć niepotrzebnej kłótni, szybko jej uległem oraz postanowiłem zasiąść na niezbyt wygodnej kanapie.
- Będę grzeczny Anastazuś! - odkrzyknąłem jej, a moje dwa głodomory słysząc jak otwiera się jeden z pojemników jaki przywlekła tutaj rudowłosa, szybko do niej pobiegły - Dla ciebie zawsze będę grzeczny - mruknąłem pod nosem, z nadzieją, iż moja luba nie słyszała mojego, głośnego myślenia.
⚜⚜⚜⚜⚜
Kiedy opuszczaliśmy moją posiadłość, napadła nas moja sąsiadka, która zapewne od dłuższego czasu przyglądała się temu co się tutaj wyprawia. Musiałem tłumaczyć jej przez całe pięć minut dlaczego moja towarzyszka tutaj przyjeżdżała i zajmowała się moimi zwierzakami. Pani Marlay na szczęście szybko zrozumiała całą sytuację i przeprosiła Fenchenko za swoją wścibskość. Laleczka oczywiście jej wybaczyła, lecz raczej nie będzie miała z nią dobrych wspomnień. Żegnając się ze staruszką, na nowo wsiadłem do niebieskiego pojazdu.
- To co? Teraz do ciebie na obiadek? Jestem straaaaasznie głodny! Zjem nawet zwykłe tosty o Afrodyto!

Anastazja? ;3
Co upichcisz kuchareczko? xd Rafuś ci pomoże! xd

+10PD

12 gru 2018

Od Rafaela - Moja Wigilia

Oczy kleiły mi się już od samego patrzenia na to wszystko co działo się właśnie w kuchni. Ostatnie potrawy wigilijne kąpały się w panierkach, bądź tłuszczu, a zapach podgrzewanego barszczu, trafiał co jakiś czas do moich nozdrzy, próbując nieco pobudzić mój zaspany mózg. Siedziałem własnie na wygodnym fotelu w swoim rodzinnym domu i mówiąc szczerze miałem ochotę iść teraz w kimono. Przez głupie, oblodzone drogi oraz kochane roboty drogowe musiałem jechać tutaj bite pięć godzin, zamiast lekkiej godzinki, wahającej się rzadko do dziewięćdziesięciu minut. David jak zwykle czaił się na ułożone pod choinką prezenty, dlatego co chwilę musiałem odganiać go od drzewka słowami typu zostaw albo nie tykaj. Młody miał w sobie dzisiaj pełno energii, więc było go trudniej upilnować niż rok temu, kiedy to przez całą wigilię zachowywał się jak otępiały zombie. Gdy znalazłem już wspaniałą, wygodną pozycję, która umożliwiła mi szybkie zamknięcie oczu, nagle do moich uszu doszedł trzask rozbijającego się na ziemi talerza. Zaskoczony, zerwałem się od razu na proste nogi, a następnie szybkim biegiem rzuciłem się w stronę kuchni, gdzie dostrzegłem zdenerwowaną mamę, która już ledwie co radziła sobie z chaosem, panującym w naszym pomieszczeniu do gotowania.
- Oj mamo, mamo - westchnąłem, zabierając jej z rąk porcelanowe talerze, wyciągane z szafy raz na ruski rok, kiedy nadarzyła się specjalna okazja. Jedną z nich była własnie wigilia... Wypolerowane na błysk sztućce również znalazły sobie miejsce w przenośnej walizeczce, która prezentowała się w tak elegancji sposób, że nie jeden mógł pomyśleć, iż trzymamy w niej dość grube pliki pieniędzy - Mogłaś mnie zawołać, przecież i tak się lenię - dorzuciłem, na co ta pokręciła jednie głową. Zawsze uważała, że jest w stanie zrobić wszystko za wszystkich. Pewnie gdyby mogła to jeszcze by za nas pracowała, uczyła się i umierała. Była na prawdę złotą kobietą, lecz muszę przyznać, iż czasami bardzo, ale to bardzo przesadzała. Moim zdaniem, w wigilie każdy z nas powinien ruszyć przysłowiową dupę i wyręczyć w czymś członków swojej rodziny. Co prawa wybitnie gotować nie potrafię, lecz gdyby chociaż coś o tym wspomniała, na pewno przygotowałbym dla niej jakieś pierogi, makiełki czy tam rybę. No może dzwoniłbym przy tym co chwilę do Anastazji, ale jakieś owoce pracy by z tego na pewno powstały!
- Ale jesteś taki zmęczony... Powinieneś odpocząć nieco Rafi - zaniepokoiła się, gasząc palnik pod patelnią, na której dogorywała świąteczna rybka, przyrządzona specjalnie dla mojego ojca - Może powinieneś się jeszcze przespać? Poczekamy z tą kolacją skarbie - próbowała, zagonić mnie do łóżka, co wcale jej nie wychodziło.
- Nie przesadzajmy już tak! Nie jestem umierający... Poza tym wigilia jest tylko raz w roku więc dam sobie radę - uśmiechnąłem się szczerze i nie czekając na jakąkolwiek próbę zatrzymania z jej strony, ruszyłem w stronę salonu, gdzie niedawno rozłożony został biały obrus, na którego brzegach zostały wyszyte niewielkie dzwoneczki. Było nas tylko czterech, lecz ja i tak pamiętałem o dodatkowym nakryciu dla niespodziewanego gościa. Płaski talerz, głęboki talerz - myślałem, przysuwając krzesła ciut bliżej blatu mahoniowego stołu. Gorzej było nieco z ułożeniem widelców, łyżek i noży, gdyż nigdy nie pamiętałem, co po której stronie powinno leżeć. Zastanawiając się przez chwilę, jak bardzo się wkopię jeśli coś będzie źle, postanowiłem położyć widelce po lewej stronie osób, które zasiądą do stołu, a po ich prawej stronie, wspomniane już dzisiaj noże. Kładąc jeszcze na stole mały talerzyk z opłatkiem, na nowo wróciłem do kuchni, gdzie zaczął się etap znoszenia wszystkiego na główny stół. Oczywiście musiałem trochę powydzierać się na swojego młodszego brata, aby nam pomógł, ale nikt mnie za to jakoś szczególnie nie ochrzanił. Kiedy dwunasta potrawa stanęła na naszym stole, a w tle rozbrzmiewała delikatnie kolęda Cicha noc, mogliśmy przejść do odczytania odpowiedniego fragmentu Pisma Świętego, czym zajął się najmłodszy członek naszego grona. Po tej oficjalnej części wieczerzy, mogliśmy w końcu odejść od zadumy i zacząć dzielić się bieluteńkim opłatkiem. Jak zwykle posypało się wiele życzeń dotyczących zdrowia, sukcesów w pracy, znalezienia tej jedynej, dobrych ocen w szkole, szczęścia i podobnych temu rzeczy. Dopiero gdy wszyscy zasiedli do stołu, mogło zacząć się pałaszowanie tych świetnie wyglądających, pyszności. Jak nakazywała tradycja, każdy musiał zjeść chociaż po kawałku każdego dania, aby mieć szczęście i dostatek w nadchodzącym, nowym roku. Zawsze wraz z bratem krzywiliśmy się najbardziej na ohydnego karpia, który był dla nas wrogiem numer jeden! Nigdy nie rozumieliśmy jak ojciec z matką mogą to wcinać i się nawet nie skrzywić. Walcząc z odruchami wymiotnymi, wcisnąłem w siebie jakoś kawałek niesmacznej ryby, a następnie w trymiga zaatakowałem swojego, kochanego łososia. Od zawsze uwielbiałem ten świąteczny czas, który był zawsze spędzany przez nas wszystkich wspólnie. Śmiechy, radość, opowiadanie dowcipów... To wszytko potrafiło być magiczne w noc dwudziestego czwartego grudnia. Nawet Camelot i Zefir postanowiły odpuścić sępienia i pójść spać, co na swój sposób było bardzo urocze. Kiedy ostatni pierożek wylądował w naszych brzuchach, nadszedł czas na otwieranie prezentów. Jako pierwszy dorwał się do nich David, który z zaciekawieniem rozszarpał największą paczkę ofiarowaną mu przez rodziców. Był to oczywiście jego wymarzony xbox one S, na którego widok niema się posikał i zapomniał o moim pakunku oddalonym od niego o kilka stóp. Sam nie wiedziałem co tak właściwie mam mu kupić. Chłopak za rok będzie przygotowywał się do matury więc wyszperałem w sklepie internetowym porządne repetytorium, dzięki któremu lepiej przygotuje się do jego ukochanej chemii i biologi. Jednak oczywiście nie był to koniec moich starań! Sprezentowałem mu również grę do jego nowego cacka i komplet zimowych rzeczy w postaci szalika, czapki i rękawiczek, bo jak mówią, nigdy tego nie za wiele. Siedemnastolatek na szczęście bardzo się z tego ucieszył, dlatego mogłem pomyśleć, iż nie zwaliłem z tegorocznym wyborem upominków. Po tym małym zamieszaniu przyszedł czas na naszych rodziców, którym podaliśmy kolorowo zapakowane paczuszki. Mamie podarowaliśmy trylogię książkę Katarzyny Bondy oraz złoty łańcuszek, natomiast tatę wyposażyliśmy w nowy zegarek i kufel do piwa ze śmiesznym nadrukiem. Widać było po ich twarzach, że bardzo się cieszyli, co spowodowało, iż w moim sercu zapanowało przyjemne ciepło, rozlewające się na calutkie ciało - To ja pójdę pozmywać, a wy sobie odpocznijcie - zarządziłem, podnosząc się z miejsca, ponieważ coś w mojej podświadomości mówiło mi, że nie mam na co już tutaj liczyć.
- Siadaj - silne ręce mojego ojca ściągnęły mnie z powrotem na wygodne krzesło - Byłeś grzeczny więc mikołaj o tobie nie zapomniał - połaskotał mnie po szyi, a następnie schylił się, aby móc wyciągnąć spod choinki czerwono-zieloną torbę, która w kilka sekund wylądowała na moich kolanach. W środku odnalazłem książkę Będzie bolało autorstwa Adama Kaya, skórzany terminarz na rok 2050 oraz srebrne pióro z długopisem, które z pewnością nie kosztowało dziesięciu złotych.
- Dziękuję - odparłem uszczęśliwiony, nie mogąc wymarzyć sobie lepszej niespodzianki.
- Dla ciebie wszystko kochanie - kojący głos mojej matki wyciszył mnie jeszcze bardziej, pozwalając cieszyć się jeszcze bardziej dzisiejszym świętowaniem. Jak zwykle pomogłem w posprzątaniu po ogromnym obżarstwie, a kiedy już wszystko było unormowane, poszliśmy oglądać jedną z komedii świątecznych, która nie zmieniała się chyba od tysiącleci. Nie obejrzałem jej jednak do końca, gdyż zmorzył mnie przyjemny sen. Te święta jak wszystkie inne były dla mnie bardzo udane, ponieważ spędziłem je ze swoimi najbliższymi.

Koniec. 

Od Rafaela - Stłuczona Bombka

- Tak mamo na pewno zdążę przyjechać na wigilię... Mamy przecież jeszcze pięć dni więc nie ma co się spieszyć - westchnąłem przez telefon, szykując się do wyjścia na zewnątrz. Temperatury w mieście coraz bardziej spadały dlatego moim nieodłącznym przyjacielem była czarna kurtka, która posiadała kolegów w postaci czapki, szalika, a nawet pary rękawiczek, które uwaga nie były lateksowe, lecz skórzane - Tak mamuś ubieram się ciepło - ciągnąłem dalej rozmowę, nie chcąc odganiać od siebie swojej rodzicieli, która jeszcze miesiąc temu zarywała każdą noc, aby móc czuwać przy moim nieprzytomnym ciele, przeszytym na wskroś raną powstałą na skutek postrzału. W moim rodzinnym domu w okresie świątecznym wręcz wrzało od wszelkiego rodzaju przygotowań. David i tata jak zwykle już pierwszego grudnia byli kupić żywą choinkę, bo święta ze sztuczną według mojej rodziny nie miały prawa nazywać się świętami. Mama szalała za to w kuchni, tworząc przeróżne potrawy, które zazwyczaj zapychały nasze brzuchy aż to sylwestra. Cóż... Takie uroki życia w tradycyjnej rodzinie! Albo robisz dużo jedzenia albo teoretycznie głodujesz przez wszystkie dwa święta. Wiele razy powtarzałem jej, iż wystarczy zrobić małe porcje dla każdego z nas, ale myślicie, że ta mnie słuchała? Wygoniła mnie tylko z kuchni, świstając nad moim uchem biało czerwonym ręcznikiem, na którym odbijały się plamy, wywołane przez rozsypany, grzybowy farsz do pierogów - Tak mamo właśnie mam zamiar jechać po choinkę... Obiecuję, że wybiorę tą najładniejszą, najwyższą i żywą. Wyśle ci zdjęcia jak ją ubiorę... Tak, tak też cię całuję! Zadzwonię później - zakończyłem rozmowę telefoniczną, a następnie szybkim krokiem udałem się do wysprzątanego samochodu, w którym być może zapanuje za nie długo ponowny syf. Marudząc na to w myślach, nie zapomniałem o zamknięciu drzwi na klucz, bo jak to mówią nie warto kusić losu. Znajdując się już w pojeździe, zamyśliłem się nieco nad tym gdzie tak właściwie powinienem pojechać. Do marketu raczej mi się nie opłacało, ponieważ takie drzewko postoi ledwie z pięć dni... O ile w ogóle będzie tam coś wartego uwagi, bo nie wiadomo przecież od dziś jacy bywają inni ludzie. Wszystko muszą dotknąć, rozerwać, powąchać... Normalnie jak jakiś zwierzyniec! Po kilku minutach dalszych rozmyślań, zdecydowałem w końcu udać się do szkółki leśnej, która była oddalona od głównego miasta o kilkanaście kilometrów. Dla innych może się to wydać zwykłym marnotrawstwem paliwa, lecz ja wolałem zadbać o swój dom, niż zamiatać co chwilę spadające igły i wkurzać się, że do wigilii moje drzewko będzie łyse niż ładnie ustrojone i pachnące. Poza tym pozwiedzam nieco bardziej tamte rejony, gdyż przez pracę nie miałem za bardzo po co tam jeździć. Nie rozmyślając już o tym za dużo, skupiłem się na smolistej drodze, która teoretycznie miała zabrać mnie do upragnionego celu.
⚜⚜⚜⚜⚜
 Do domu wróciłem wczesnym popołudniem. Zielone drzewko znajdujące się w moim samochodzie, nie było ani zbyt potężne, ani zbyt malutkie, dlatego dało się dojść do wniosku, iż jest ono w sam raz dla mojego salonu. Nie mając nic ciekawego do roboty, postanowiłem zabrać się od razu za jej ubieranie. Zadowolone z siebie psy plątały się pod moimi nogami już od momentu przejścia z rośliną przez drzwi. Najbardziej zainteresowany zamieszaniem okazał się Camelot, który jak nigdy warczał i szczekał na nową ozdobę naszego domu. Próbował też parę razy ukraść mi stojak, ale dzięki szybkim reakcją, zdążyłem zatrzymać przy sobie kawałek brązowego plastiku, który był ważną podporą dla naszego drzewka. Nie ociągając się, zacząłem wygrzebywać spod schodowych półek najważniejsze kartony, w których nie brakło kolorowych lampek, srebrno-złotych bombek, anielskich włosów, czy też różnych rodzajów szpiców, które miały pójść na sam czubek choinki. Ich kolory zaczynały się od tonacji srebrnej, a kończyły na krwistych czerwieniach więc można by rzec, że mój asortyment był bardzo kolorowy. Po kilku chwilach namysłu, zechciałem postawić na granatowy stożek, którego białe zdobienia przyciągały nie jedno, ciekawskie oko. Nie potrzebując do tego zadania drabiny, wsunąłem swoją zdobycz na sam szczyt świerku, co dawało złudny efekt zaczęcia żmudnej pracy.
- Jeszcze pierdylion bombek i będzie cacy - rzekłem sam do siebie, posypując iglaka srebrnymi, cienkimi paskami anielskich włosów. Miałem już sięgać po kartonik ze wspomnianymi przeze mnie na głos rzeczami, lecz wtedy zorientowałem się, że nigdzie go nie ma. Zacząłem szybko rozglądać się w okół własnej osi i jak się okazało, mój durny Husky postanowił z nim zacząć biegać! - Camelot! Zostaw to! To nie twoje! - ruszyłem w jego stronę, co zostało odebrane przez niego jako zabawa. Biało-czarny pies zaczął biegać po całym parterze, rozbijając przy tym część ozdób, które zostały zakupione przeze mnie kilka lat temu. Kiedy w końcu udało mi się złapać tego szaleńca, okazało się, że przetrwały tylko dwie, złote bombki. Wzdychając na to głośno, odłożyłem tekturę na stół, a następnie z lekkim załamaniem przyciągnąłem do siebie zabezpieczoną przesyłkę. Były to ukochane bańki mojej mamy, dlatego przeważnie nigdy ich nie wyciągałem, bo obwiałem się, że zostaną przez przypadek zniszczone. Godząc się jakoś z tego rodzaju zniewagą, zacząłem po kolei wyciągać czerwone kule, których purpurowe wstążeczki wiązało się na chudych gałązkach z lekką obawą upadnięcia. Na sam koniec, z dużą ostrożnością założyłem na całą budowlę łańcuch lampek, co było uroczystym zakończeniem całej, mojej pracy. Otrzepując z zadowoleniem swoje ręce, zacząłem uważnie oglądać swoje dzieło i mówiąc szczerze byłem z tego wszystkiego bardzo zadowolony. Migoczące światełka odbijały się od bombek dając tym samym efekt delikatnej tęczy, a mój ulubiony szpikulec, spoglądał na wszystkich spod samego sufitu. Dobra robota Rafael - pochwaliłem się w myślach, siadając na miękkiej kanapie, aby nieco sobie odpocząć. W końcu za taką robotę zasłużyłem! Prawda? Prawda.

Koniec. 

11 gru 2018

Od Rafaela cd. Anastazji

Czemu do cholery jest tu tak zimno? - myślałem nerwowo, kręcąc się wśród pustki własnego umysłu. Już od kilku dobrych godzin gniłem w ciemnościach nie mając bladego pojęcia co tak właściwie się ze mną stało. Pamiętałem jedynie huk wymięszany z okropnym, promieniującym bólem rozlewającym się na całe moje plecy. W tamtej chwili nie widziałem żadnego napastnika, czy też jego broni, którą najprawdopodobniej zagroziła dość poważnie mojemu życiu i zdrowiu. Siadając na samym środku pokoju nazwanego przeze mnie nic, zacząłem gorączkowo myśleć nad tym jak mam się stąd wydostać. Kiedy moje myśli plątały się już w okół ponownej utraty przytomności, nagle zniknąłem ze znienawidzonego przeze mnie więzienia, co miało wiele swoich plusów, jak i minusów. Jednym z nich było to, iż ból całego ciała w magiczny sposób powrócił, a ciche pikanie rozbrzmiewające po nieznajomym mi pomieszczeniu, rozsadzało moją od środka. Przekraczając z trudem barierę obolałości, zmarszczyłem lekko swoje brwi, a następnie przystąpiłem do próby rozchylania swoich powiek. Było mi ciężko, ale kiedy zobaczyłem zarysy postaci swojej matki, mogłem uznać to za wysoką nagrodę za wszystkie starania jakie do tej pory wypłynęły z mojej strony.
- Rafael - usłyszałem jej cichy głos, który nie wyrażał niczego innego jak szczęście - Synku... Tak się o ciebie martwiłam - przytuliła mnie ostrożnie, uważając na moje obrażenia. Przez rurę ułatwiając mi oddychanie, która tkwiła w moim gardle nie mogłem jej nic odpowiedzieć. Leżałem bezwładnie wpatrując się w jej kolorowe oczy, nie mając nawet sił na jakiekolwiek jej objęcie. Przepraszam - mruknąłem w umyśle, starając się wykrzywić swoje usta w delikatnym uśmiechu. Nim się spostrzegłem, pojawiła się obok mnie Anastazja, która wraz z innym lekarzem zaczęła sprawdzać wszystkie moje funkcje życiowe. Źrenice, akcja serca, mruganie na zawołanie... Wszystko było dla mnie takie obce, gdyż zwykle to ja odwalałem w tym wszystkim rolę ratownika, a nie poszkodowanego, który w obecnej chwili nie wie nawet ile to dwa plus dwa.
- Już dobrze - kojący głos rudowłosej trafił do mojego ucha niemal w tym samym momencie kiedy spojrzałem w jej oczy - Nawet nie wiesz pierdoło jak się o ciebie martwiłam - dodała szeptem, abym tylko ja mógł zrozumieć słowa wydostające się z jej warg. Stękając na to cicho, złapałem ją jakoś za rękę, która leżała nieopodal mojej dłoni. Nie chciałem by się mną przejmowała. Dostarczyło jej to pewnie tylko wielu zmartwień, lecz nie miałem w obecnej sytuacji jak jej za to wszystko ochrzanić - No już... Nie przemęczaj się... Będzie jeszcze czas na rozmowy - stwierdziła otwarcie, przecierając palcami swoje zmęczone oczy. Czując niespodziewaną senność, z minimalnym zawahaniem postanowiłem przymknąć swoje oczy, a następnie zasnąć już dużo spokojniejszym oraz bezpieczniejszym snem.
⚜⚜⚜⚜⚜
Odkąd się wybudziłem minęło kilka, długich dni. Respirator odszedł już w zapomnienie, co oznaczało, że byłem już w stanie samodzielnie oddychać, a nawet nieco się już poruszać. Do tego drugiego byłem co prawda często zmuszany, ale jakoś szczególnie się tym nie przejmowałem. Jeśli chodzi o moją rodzinę to w godzinach odwiedzin nie dawała mi nawet chwili oddechu. Moja mama już na samym wstępie stwierdziła, iż mnie tutaj głodują, dlatego co dziennie o godzinie szesnastej miałem podtykane pod nos wszelkiego rodzaju zupki i lekko strawne potrawy, których było tyle co kot napłakał, ale jak to mówią zawsze coś. Trochę przerażał mnie fakt, że moje dwa durnowate psy zostały pozostawione same sobie na czas prawie pięciu tygodni! Początkowo byłem tym przerażony i sądziłem, iż oba zdechły, co o mało nie wywołało u mnie przedwczesnego zawału, ale na szczęście pewna osoba zdążyła wyratować mnie z owej opresji, stwierdzając, że głupim pomysłem jest chować zapasowe klucze w doniczce po rozłożystych kwiatach. Nie dość, że pani Fenchenko jest mądra, to jeszcze jaka przebiegła - pomyślałem, przewracając strony książki, której grubość była niemal idealna na pobyty w szpitalu. Nigdziebądź autorstwa Neila Gaimana potrafiło wciągnąć czytelnika na długie godziny do świata przepełnionego potworami, aniołami i innymi dziwami, o których świat żywych jeszcze nie słyszał. Jeśli chodzi o mojego wujka, chrzestnego i kij wie co jeszcze, Bizetzu, to jego syn ponoć doszedł już do zdrowia. Mężczyzna nie miał już też żadnych przeciwwskazań co do mojej wybranki, która i tak raczej nie będzie mnie chciała. Dochodziłem właśnie do końca rozdziału dziewiątego, gdy cichy skrzyp drzwi roztrzaskał moją całą uwagę na drobne cząsteczki, wywołując tym samym odruch szybkiego zamknięcie literatury.
- Czyli jednak nasz pacjent nie śpi - cichy śmiech Anastazji wypełnił pustkę pomieszczenia, zapełniając go na nowo pozytywną energią - Jak się dzisiaj czujesz? - zadała standardowe pytanie, mogące być interpretowane jako zwykła gadka medyczna, bądź wyrażenie o charakterze prywatnym, przyjacielskim, a czasami nawet czymś głębszym.
- Lepiej niż wczoraj - posłałem jej łagodny uśmiech, który natychmiastowo odwzajemniła - Jak tam na oddziale? Pewnie się beze mnie nudzicie co? - pstryknąłem ją delikatnie w nos, co skończyło się dla mnie ostrożnym uderzeniem w blade ręce.
- Bez pana marudy zawsze jest nudno. Dobrze, że masz taki silny organizm, bo inni po postrzałach nie mogą oddychać przez kilka miesięcy... Jak wrócisz w końcu do obiegu to spać ci nie damy - pokiwała przed moimi oczami palcem, chcąc mnie nieco tym nastraszyć.
- Możecie mnie tam nawet kroić, a ja nie dam wam satysfakcji ze znęcania się nade mną - pokazałem jej język, zasłaniając swoją twarz miękką poduszką, która uchroniła mnie przed pacnięciem wycelowanym prosto w moją głowę. Przyznam szczerze, że taka gimnastyka nieco mnie zmęczyła, dlatego kiedy sarenka mi odpuściła, zabrałem do płuc kilkanaście głębokich wdechów, które jakoś wyregulowały mój przeciążony organizm.
- Lepiej, żebyś jeszcze zbytnio nie szalał... Twoje psy to prawdziwe głodomory! Camelot zjadł wczoraj nawet po Zefirze więc chyba jeszcze nie gotuję tak najgorzej - wyznała, podnosząc się z miejsca, co oznaczało, że kończy się czas jej odwiedzin - Wpadnę jeszcze wieczorem. Bądź grzeczny i zjedz cały obiad, bo inaczej nie puszczę ci wieczorynki - mówiąc to, opuściła salę w spaniałym humorze, który udzielił się również i mi. Czując jak moje serce wali mi teraz nieco szybciej niż zwykle, przekręciłem się prędko na swój lewy bok, dzięki czemu wyczułem, że nieco się czerwienie. Przeklinając całą tą sytuację w myślach, wziąłem się na nowo za kończenie pomarańczowej książki mając nadzieję nie natrafić już na żadne wątki miłosne. Przecież ona i tak mnie odrzuci, nawet nie mam na co liczyć - rzekłem w swojej podświadomości, starając się pozbyć zabójczego buraka z twarzy.

Anastazja? ;3
Jak tam się czujecie? xd

+10PD

10 gru 2018

Od Rafaela cd. Anastazji

Ciasto, które zrobiła Anastazja było bardzo smaczne. Zwykle unikałem jedzenia jakichkolwiek słodyczy, ale przecież raz na jakiś czas można sobie pozwolić na kawałek placka prawda? Zanurzając po raz kolejny łyżeczkę w stercie biszkoptów, przekładanych masą krówkową, miałem już pochwalić kobietę za jej ciężką pracę, ale przeszkodziło mi w tym dość głośne pukanie do drzwi. Zdziwiony, spojrzałem najpierw w stronę rudowłosej, która z lekkim zawahaniem wstała z krzesła z zamiarem dowiedzenia się, kto przyszedł nas nawiedzić w tą spokojną noc. Mając nadzieję, iż nic złego się nie dzieje, wziąłem do ręki chusteczkę, za pomocą której przetarłem delikatnie okolice swoich ust. Cóż, gdyby to był jakiś lekarz, bądź pacjent chciałem się przed nim godnie prezentować, a nie zachowywać jak pięcioletnie dziecko, które ochlapało swoją twarz całym deserem czekoladowym.
- Słucham? - głos Fenchenko wbił się niemal w ciche skrzypnięcie drzwi - Państwo szukają kogoś z rodziny? - dorzuciła, najwidoczniej nie poznając dwójki ludzi, stojących w tej chwili w drzwiach.
- Szukamy mojego syna Rafaela... Jedna z pielęgniarek powiedziała nam, że jest u pani w gabinecie - poinformowała ją moja matka, co wprawiło mnie w ogromne osłupienie. Co ona tutaj robiła? O tej godzinie już powinna dawno spać! Jeśli się o mnie martwiła to mogła przecież zadzwonić albo napisać mi rozsławionego na cały świat SMS-a. Nie czekając zbyt długo na jej kolejne słowa, zerwałem się prędko z krzesła, a następnie niczym rekin atakujący swoją ofiarę, doskoczyłem do brązowego portalu, gdzie oprócz drobnej brunetki, mogłem podziwiać także wyższego ode mnie faceta, którego mógłbym przysiąc widziałem pierwszy raz na swoje oczy.
- Coś się stało mamo? - zapytałem prosto z mostu, poprawiając swój wygnieciony fartuch - Kim on jest? Skrzywdził was? - dopytywałem, czując jak w mojej duszy rozprzestrzenia się z sekundy na sekundę coraz większy niepokój. W pomieszczeniu na parę chwil zapanowała mrożąca krew w żyłach cisza. Żadna spośród przybyłych postaci, nie miała zamiaru odkryć przede mną talii kart, które zawierałyby najszczerszą prawdę. Miałem już ich nieco poganiać, lecz w tym samym momencie mężczyzna postanowił rozczochrać moje włosy i głośno westchnąć.
- Dopiero co w pieluchy robiłeś, a już się za panienkami uganiasz? Nie tak zapamiętałem mojego siostrzeńca - zaśmiał się cicho, uważnie obserwując rudowłosa piękność, która w obecnej chwili dostała pilne wezwanie na swojego pagera. Kobieta nie zastanawiając się zbyt długo, wystrzeliła na korytarz niczym sarna, bojąca się, pędzącego za nią drapieżnika. Warto dodać, że w międzyczasie posłała mi współczujące spojrzenie, tyczące się zapewne tego jak będę musiał spędzić najbliższe minuty swojego życia.
- Możecie mi wytłumaczyć co tu się dzieje? - zacząłem mało spokojnie, zamykając za nimi drzwi - Jaki znowu do cholery siostrzeniec?! Przecież ja tego człowieka nie znam! - zwróciłem się bardziej w stronę swojej rodzicielki, oczekując od niej jak najszybszych, a przede wszystkich jak najporządniejszych wyjaśnień.
- To twój wujek i chrzestny - wyrzekła po chwili zastanowienia, zatrzymując we mnie nagły wybuch emocji, za pomocą łagodnego ruchu dłoni - Możesz go nie pamiętać, bo ostatni raz miałeś z nim kontakt, gdy ledwie sklejałeś słowa słonko... Proszę, nie złość się na niego i wysłuchaj tego co ma ci do powiedzenia - pogładziła mnie ręką po policzku, pomagając mi tym samym nieco się uspokoić.
- Czego chcesz? - burknąłem niezachęcony ciągnięciem tej rozmowy - Mam dyżur do odbębnienia więc się sprężaj - dodałem, zakrywając resztki ciasta górą plastikowego pojemnika.
- Grzeczniej - mruknął, najwidoczniej urażony moim tonem wypowiedzi - Jesteśmy rodziną i nie życzę sobie byś mnie lekceważył Rafaelu... Mam do ciebie prośbę dotyczącą mojego syna, a jednocześnie twojego kuzyna. Niedawno przechodził ciężką grypę, badania wskazują na to, że go wyleczyliśmy, ale jego stan zbytnio się nie poprawił. Mój prywatny lekarz wyjechał do rodziny na święta, a tym konowałom z NFZu nie zamierzam ufać. Spojrzałbyś na niego? To tylko mały chłopiec... Nie zajmie ci wiele czasu... Postaw tylko diagnozę i już nas nie ma - w jego głosie dało się wyczuć dość duże zmartwienie oraz powątpiewanie w to, czy na pewno powinienem być lekarzem. Spuszczając na to wszystko wzrok, spojrzałem na swojego pagera, który cały czas był pogrążony w głębokim śnie. No dalej Rafael. Przecież przysiągłeś ratować ludzi, a tutaj nikt łapówki ci nie oferuje - pomyślałem pokrzepiająco, zaczynając domyślać się jakie konsekwencje mogła przynieść grypa, która z pewnością w przypadku dziecka nie była do końca wyleżana. Kręcąc na to wszystko głową, w końcu spojrzałem z odwagą w zielone tęczówki swojego wujka, po czym oznajmiłem.
- Zbadam go, nie daj Boże jeszcze przez czyjąś nieuwagę może mieć problemy sercowe! Zaprowadźcie mi go do mojego gabinetu i macie uważać, żeby się jeszcze bardziej nie wyziębił, bo to tylko pogorszy całą sprawę - pouczyłem ich, naciskając klamkę dębowych drzwi - Jestem na chirurgi dziecięcej, nie pomylcie pięter - nim zdążyli mi odpowiedzieć, ja zniknąłem już w odmętach korytarzy, a jedyną wiadomością jaką zdążyłem wyłapać wśród echa swoich kroków było nic się nie zmienił od czasów dzieciństwa, dodano mu centymetrów, ale serce pozostało to samo.
⚜⚜⚜⚜⚜
- Dobrze Rayanku... - pogłaskałem sześcioletniego, sympatycznego chłopczyka po głowie, robiąc tym samym krótką przerwę na małe zapiski dotyczące jego stanu zdrowia. Szatyn miał duże problemy z oddychaniem, co całe szczęście nie wiązało się z problemami sercowymi. Niektórzy nawet nie wyobrażają sobie jak trudnym dla chirurga i pacjenta jest zabieg transplantacji serca. Najbardziej odbija się to na życiu dzieci, które potem przez cały czas nie wiedzą co się z nimi dzieje. Owszem, staramy się je uświadamiać co je czeka, ale jak wytłumaczysz sześciolatkowi, że jego serce zostało wymienione i do końca swoich dni będzie musiał przyjmować leki? O ile w ogóle znajdzie się dawca... Niby mamy listę najcięższych przypadków, które potrzebują nowej pompy, ale rzadko kto dla "zabawy" da się rozkroić na stole dla nieznanego człowieka. Tak, tak narządy bierze się też od nie żyjących już ludzi, ale nie zawsze to co chcemy użyć będzie zgadzało się z ciałem chorego. Potencjalni dawcy często bywają zarażeni przeróżnymi chorobami, co jednoznacznie odbierało im szanse na pomoc potrzebującym - Jak nazwiesz swojego misia łobuzie? - uśmiechnąłem się szczerze, co natychmiastowo odwzajemnił.
- Baraniczka braciszku - przytulił mocno pluszaka, zanosząc się ponownie duszącym kaszlem.
- Nie jestem twoim braciszkiem Ray... Jesteśmy kuzynami - wytłumaczyłem ze spokojem przykrywając go czerwono-czarnym kocem - To też rodzina. Mów mi po prostu Rafael albo Raf. Prześpij się, a ja pogadam z twoim tatą i niedługo wrócę - zapewniłem go, a następnie bez ociągania opuściłem prywatną salę medyczną, za którą czekał zmartwiony do granic możliwości ojciec malucha.
- I co mu jest? - spojrzał na mnie, próbując stłumić w sobie zbędne emocje - Rafi tylko nie owijaj w bawełnę! Chcę wiedzieć co się z nim dzieje - zdrobnił moje imię, które kiedyś doskonale wryło się w moją pamięć. Lekkie przełamanie obrazów sprzed lat, ujawniło w moim umyśle delikatne zarysy dwóch postaci. Potężnego mężczyzny i młodego chłopca, który ciągle się w niego zaczepiał. Unosząc delikatnie kącik ust na ten widok, natychmiastowo spoważniałem oraz otrzepałem się z podobnych temu myśli.
- Podejrzewam, że ma zapalenie płuc. Teoretycznie mogę go wypisać do domu, ale jeśli pozwolisz wyleczę go tutaj i będę miał pewność, że jest to dobrze wyleżane i wyleczone - zaproponowałem, odkładając granatową podkładkę na parapet zabezpieczonego okna.
- Dobrze, dziękuję - ogarnął mnie ramieniem, a po chwili mocno przytulił, co na swój własny sposób było bardzo miłe. Przyglądająca się nam z daleka Samantha, rozczuliła się tym widokiem i uroniła na szpitalną podłogę kilka łez szczęścia, które po sekundzie zmieniły się na łzy strachu. Nagła cisza jak w kinie, akcja, zwolnione tępo, huk roztrzaskanego okna przerodził się w ciepło rozlewające się w okolicach mojego kręgosłupa. Na początku czułem tylko to, ale po upływie dosłownie pięciu sekund, nogi ugięły się pode mną okrywając barwy okropnego bólu. Widząc jak nieme postacie krzyczą coś w moją stronę, próbowałem zaczerpnąć dużej ilości powietrza, co muszę przyznać wychodziło mi bardzo tragicznie. Wkopałem się - pomyślałem, na dobre zamykając swoje oczy.

Anastazja? :3
Trochę sprawy się skomplikowały xd 

+10PD

7 gru 2018

Od Rafaela cd. Anastazji

Dzisiejsza noc była na prawdę zwariowana, co prawda nie pamiętałem dokładnie całego przebiegu wydarzeń, ale część z nich doskonale wryła się w moją pamięć. Kiedy pierwsze promienie słońca spadły na moją bladą twarz myślałem, że zaraz oszaleję. Światłowstręt, bóle głowy z powodu małych szurnięć oraz suchość w gardle dawały mi się we znaki już w pierwszych minutach nowego dnia. No brawo Rafael... Ostatni kac nie dał ci nic do myślenia prawda? - pomyślałem, czując niezbyt delikatne kopnięcie, wycelowane prosto w moją łydkę. Po krótkich namowach Anastazji, postanowiłem podnieść się z miękkiego łóżka, a następnie z wieloma trudnościami ubrać. Maleńkie guziki od koszuli ślizgały mi się między palcami, co utrudniało mi włożenie ich w odpowiednie dziurki. Byłem styrany, rozczochrany, zmęczony, a przede wszystkim waliło ode mnie jak od starego pijaczyny. Nie mając dostępu do żadnych perfum ani łazienki, powlokłem się z niechęcią na dół, gdzie jak zwykle musiał mnie napaść ojciec kobiety, który z całą pewnością chciał mnie zabić. Z opresji uratowała mnie jego żona, która dzięki Bogu grasowała w pobliżu kuchni. Pani Fenchenko wygoniła od nas tego agresora, po czym z głosem anioła oświadczyła, iż zrobi nam kawę z mlekiem, miodem oraz pożywną jajecznicę. Już na samą myśl o jedzeniu zrobiło mi się nie dobrze... Nie chcąc jednak marudzić, postanowiłem zachować milczenie i skupić swój wzrok na brązowym stole. Moje przypatrywanie się kubkowym kółkom, czy też płytkim cięciom noży nie trwało jednak zbyt długo, gdyż obraz znajdujący się przed moją twarzą, zamienił się w ułamkach sekund na parującą filiżankę, której para buchała niemal pod sam sufit pomieszczenia, w jakim obecnie się znajdowaliśmy.
- Pij Rafuś, bo ci wystygnie, a zimna kawa na nic ci pomoże - pogoniła mnie Izabela, nie wyrażając żadnej, krytycznej opinii o naszym stanie fizycznym, jak i psychicznym. Biorąc pierwszego łyka niedobrego napoju, momentalnie się skrzywiłem. Co prawda uwielbiałem mocną kawę, ale jeśli dodawało się do tego miód i inne, podobne temu substancje, moja ochota na ten rodzaj używki szybko spadała. Zwykle miałem mocny łeb do wszelkiego rodzaju trunków, ale wczoraj jak zwykle coś musiało pójść nie tak. Ostatnio w takim samym stanie znalazłem się kilka miesięcy temu po urodzinach mojego przyjaciela. Wtedy właśnie obiecałem sobie, że już nigdy nie przesadzę z alkoholem, lecz jak to mówią... Człowiek uczy się na błędach, ale często o nich zapomina. Przecierając na nowo swoje zaspane oczy, na nowo przełknąłem obrzydliwą ciecz, wmawiając sobie bajkę o tym, iż za kilka godzin wszystko minie.
⚜⚜⚜⚜⚜
U rodziców Anastazji pozostaliśmy jeszcze przez dwa dni. Po tamtym wybryku zbyt długo nie cierpieliśmy, ale z pewnością musieliśmy bardziej uważać na ojca Anastazji, który lubił mierzyć mnie morderczym wzrokiem, za pomocą którego próbował mnie udusić, bądź wyrzucić na światło dzienne moje wnętrzności. Na szczęście w ostatniej dobie mojego pobytu w tej małej wsi, znalazłem z nim wspólny język, co uratowało mnie od wczesnego wskoczenia do trumny. Mężczyzna lubił bowiem wiele filmów i seriali, które i mi przypadły również do gustu. Był także zainteresowany moją znajomością samoobrony oraz umiejętnościami strzeleckimi, bo jak sam stwierdził lekarze na ogół są drętwi. Wszystkie tego typu "talenty" zawdzięczałem bratu mojej matki. Chociaż młody mężczyzna był straszną zrzędą oraz pierdołą, która chciała mnie do wielu rzeczy zniechęcić, to nie poddałem się i bądź co bądź nieco mnie wyszkolił. Nie czułem jakiegoś powołania, jeśli chodzi o dostanie się do wojska, ale zawsze warto było umieć coś z takich bajerów. Podróż do miasta trwała krócej niż ta, która odbyła się podczas przyjazdu do tego miejsca. Dwa, wymęczone życiem psy, przeleżały całą drogę na tylnych siedzeniach, nie chcąc nawet najmniejszej przerwy na zaspokojenie swoich potrzeb, co jak najbardziej było nam na rękę. Matka Anastazeczki była bardzo hojna, ponieważ postanowiła ofiarować nam kilka słoików przepysznych gołąbków, klopsów, a nawet lecza, za którym bardzo szalałem. Przysiągłem sobie, że będę częściej wpadać do rudowłosej na obiady, bo w końcu jaka matka taka córka prawda? W swoich domach byliśmy już koło godziny osiemnastej. Nie mając przy sobie swojej przyjaciółki czułem się strasznie zagubiony. Przez te kilka dni strasznie się do niej przywiązałem, a może i coś poczułem? Kiedy kładłem się spać, brakowało mi jej radosnego głosu, ciepłego ciała oraz długich, marchewkowych włosów, które każdego ranka próbowały mnie udusić, przez zaplatanie się na mojej twarzy. Do godziny dwudziestej drugiej przekręcałem się z boku na bok, nie dając sobie szansy na jakiekolwiek zaśnięcie. Marudząc na to pod nosem, wziąłem do ręki swój telefon, który po odblokowaniu ukazał mi białe liczby, jednak to nie na nich miałem się teraz skupić. Bez namysłu wszedłem w zieloną ikonkę z białym dymkiem, a następnie odnalazłem SMS-y, jakie zostały przesłane między mną, a Nastką. Ostatni z nich brzmiał uważaj na siebie i jedź ostrożnie, co dodatkowo rozczuliło moje serce. Stukając kilka razy w ekran urządzenia, w polu tekstu pojawiła się migająca kreska, umożliwiająca mi wpisanie tekstu. Myśląc chwilę nad wiadomością jaką jej przesłać, w końcu zdecydowałem się na zwykłe dobranoc sarenko. Czując jak moje oczy ogarnia nagłe zmęczenie, przymknąłem je delikatnie, a po chwili zasnąłem.
⚜⚜⚜⚜⚜
Następnego dnia został mi przypisany nocny dyżur. Będąc z tego nawet zadowolonym, postanowiłem załatwiłem wszystkie ważne sprawy za dnia, dzięki czemu miałem przed pracą jeszcze kilka godzin czasu na ogarnięcie tyłka. W pobliskiej kwiaciarni kupiłem dla niebieskookiej dużą czekoladę z dużymi kawałkami orzechów laskowych. Nie zapomniałem również o czerwonej róży, która była jedną z najpiękniejszych jakie widziałem. Przed swoim wyjazdem, zamknąłem psy w dużych, przystosowanych do nich klatkach, a następnie ruszyłem do garażu, gdzie czekał mój, lekko wybrudzony samochód. Wzdychając na to ciężko, otworzyłem drzwi od strony pasażera, gdzie ułożyłem bezpiecznie mały pakunek. Mając nadzieję, że wszystko przetrwa drogę do szpitala, wyjechałem Toyotą na podjazd, zamknąłem porządnie budynek i ruszyłem w stronę Jacka Gowille'a.
⚜⚜⚜⚜⚜
Tutaj też jej nie ma - mruknąłem w umyśle, sprawdzając stołówkę, na której panowała obecnie pustka. Kierując się w stronę jej gabinetu, starałem się nie zwrócić na siebie żadnej uwagi, gdyż miałem już dość czujnych oczu, które wodziły za mną, jakbym był jakimś zbrodniarzem wojennym. Będąc już bardzo blisko brązowych drzwi, przyuważyłem jak równolatka kieruje się w stronę zachodnią szpitala. Zadowolony z tego, iż mnie nie widzi, zakradłem się do niej, a po chwili bez ostrzeżenia złapałem ją w pasie. Oczywiście skończyło się to cichym kwiknięciem oraz trącaniem mnie łokciem w brzuch, ale kto by się tym przejmował?
- Rafael! Przestraszyłeś mnie! - zaśmiała się, poprawiając swoją rudą czuprynę.
- Tak miało to wyglądać - posłałem jej ciepły uśmiech, zakończony całusem w czoło - To w ramach przeprosin... Może chciałabyś przejść się ze mną po pracy na spacer? - dorzuciłem, wręczając jej zakupione przeze mnie rzeczy.

Anastazja? ♥ 
Stara się dla ciebie :3

+10PD

25 lis 2018

Od Rafaela - Zadanie #2

Dzisiejsza doba jaką przeżyłem, była na prawdę męcząca. Po dwudziestoczterogodzinnym dyżurze, jaki odbyłem na swoim oddziale, miałem już wszystkiego dosyć. Najpierw na sam początek wycięcie migdałów u małej Sophie, potem szybki obchód oraz półgodzinne tłumaczenie stażystą, dlaczego nie powinni pałętać się pod nogami śpieszącego się wszędzie personelu. Jakby tego nie było mało, jedno z dzieci, które operowałem przedwczoraj, dostało krwotoku wewnętrznego, co zmusiło mnie do spędzenia kolejnych kilku godzin na bloku operacyjnym. Kiedy przebierałem się już w swoje rzeczy, w jakich tutaj przyszedłem, jak na złość Andrew, jeden z moich współpracowników postanowił dla zabawy oblać mnie wodą, która śmierdziała jak ścieki zabrane prosto z kanalizacji miejskiej. Normalnie scenariusz jak z piątku trzynastego, ale nie to było jeszcze w tym wszystkim najgorsze. Przez jedną, cholerną skórkę od banana, którą jakiś gówniarz dla zabawy postanowił zostawić na chodniku o mało się nie zabiłem. Niby nic takiego, ale uwierzcie, że przywalenie potylicą o chodnik bądź inny przedmiot, czasami jest jednoznaczne ze śmiercią bądź śpiączką. Wróżąc już sobie czarne scenariusze wypadku drogowego, siedziałem na fotelu kierowy jakby cisnęły mnie w tyłek jakieś szpilki. Ulgę poczułem dopiero w garażu, kiedy silnik mojej bestii zgasł, co jednoznacznie wbiło mi do łba, że na dzisiaj wystarczy mi wszelakich atrakcji. Przekręcając klucz w zamku bramy uchylnej, postanowiłem od razu udać się pod drzwi swojego domu. Łagodny uśmiech, jaki wplątał mi się na twarz podczas rozmyślania o ciepłej herbacie i miękkim łóżku, spadł nagle na ziemie niczym ciężka podkowa. Pod drzwiami frontowymi budynku znajdowała się średniej wielkości karton, którego rogi zdobiła gruba taśma klejąca. Nie byłoby nic w tym dziwnego, gdyby nie to, że w tym tygodniu niczego nie zamawiałem.
- Kolejne niespodzianki - mruknąłem pod nosem, podnosząc tajemniczy pakunek w nadziei, iż to tylko niewinny żart moich sąsiadów, lecz jak zawsze musiałem się przeliczyć. Nagle, z niezabezpieczonych skrzydeł tekturowego "cuda" wyłonił się mały, rudy, miauczący we wszystkie strony świata łeb, który jak szło się domyślić należał do młodego kociaka - Życie chyba sobie ze mnie jaja robi - rzekłem otępiale, rozglądając się dookoła własnej osi, w poszukiwaniu właściciela zagubionego malucha, ale o tej porze dnia, a raczej nocy, nie było widać w tej części Juley żadnej, żywej duszy. Mijające mnie co jakiś czas samochody, oświetlały na ułamki sekund moją przyciemnioną sylwetkę dając światu znać, że jakiś człowiek o tej godzinie, nie znajduje się jeszcze w łóżku - I co ja mam z tobą zrobić co? - westchnąłem, otwierając na oścież drzwi, które jeszcze przed kilkoma sekundami nie myślały, aby chociażby drgnąć. Jak zwykle już na samym początku, moje dwa wierne psy postanowiły zacząć na mnie skakać, o mało mnie przy tym nie przewracając - No już, już - zaśmiałem się, stawiając karton na ziemi, żeby móc dobrać się do uszu swoich, zwierzęcych pociech. Nie zwracając uwagi na nowego przybysza, nawet nie zorientowałem się kiedy postanowił opuścić swoje lokum i naskoczyć na merdający ogon Zefira, który nie wiedząc co się dzieje, wstał, po czym lekko zawarczał - Nie wolno - zganiłem goldena lekko unosząc ton głosu - Wiem, że ci się to nie podoba, ale jakoś musimy to przeżyć dopóki nie znajdę mu innego domu - wyjaśniłem mu to w taki sposób, jakbym oczekiwał od niego, że zrozumie sens moich słów. Chociaż zwierzęta w głównej mierze nie rozumiały ludzkiej mowy, to miałem nadzieje, iż chociaż po moich gestach zrozumieją, że jak na razie nie wolno im dotykać kociego towarzysza. Sam nie za bardzo przepadałem za tymi wredotami, ale samego go przecież zostawić nie mogłem. Domyślając się, że mój tymczasowy podopieczny może być głodny, ruszyłem spokojnym krokiem w stronę kuchni, gdzie po ostatniej wizycie Anastazji znalazłem nieco kociej karmy. Mrucząc jedynie na to pod nosem, nasypałem jej trochę do niewielkiej miski, która po kilku sekundach spoczęła na ciemnej podłodze - No chodź rudzielcu - zawołałem na kociaka, który czaił się na mnie zza futryny nieistniejących drzwi. Mała kulka nie czekając na dalsze wezwania, przytuptała do mojej nogi, co pozwoliło jej na obwąchanie suchego pokarmu i szybkie jego skonsumowanie - Co ja mam z tobą zrobić - gadałem dalej sam do siebie, jakbym oczekiwał jakiejś gwiazdki z nieba, bądź objawienia pańskiego. Kiedy myślałem, aby się już poddać, nagle do mojej głowy wpadł fantastyczny pomysł. Mój młodszy brat, David, miał niedawno imieniny, lecz jak to bywa w moim zawodzie nie zawsze ma się czas, aby opuszczać szpital, dlatego nie byłem w stanie pojawić się na jego święto w naszym rodzinnym domu, a co za tym idzie nie mogłem wręczyć mu kolorowego prezentu... Teraz jednak miałem na to czas, a prezent sam zjawił się w moich objęciach. Cóż, zawsze chciał mieć własne zwierzę - pomyślałem, lekko się przy tym uśmiechając.
⚜⚜⚜⚜⚜
Następnego dnia już od godziny ósmej byłem w drodze do swojej, rodzinnej miejscowości. Było to wieś oddalona kilkanaście kilometrów od Avenley River, ale przez duże korki spowodowane wypadkiem na drodze wylotowej z miasta, nie było mi łatwo się tam dostać. Niezadowolony z podróży kot, krążył po tylnych siedzeniach nie potrafiąc sobie znaleźć miejsca. Miauczał co jakiś czas, a gdy koło niego pojawiał się cień, odskakiwał od niego jak poparzony, nie wiedząc czym może być tajemnicze zjawisko. Kiedy mój zegarek dotarł krótką i długą wskazówką do liczby dwanaście, mogłem ze spokojem wysiąść pod piętrowym budynkiem, który zeszłego lata na nowo przybrał barwy delikatnej bieli. Chowając sierściucha pod swoją kurtką, udałem się do wejściowych drzwi, które otwarły się przede mną bez najmniejszej prośby wyrażonej dzwonkiem, czy tam pukaniem w te "tajemnicze" wrota.
- Rafael! - burza czarnych włosów należących do mojego brata zatańczyła przed moimi oczami, niemal zasłaniając mi widok na świat.
- Cześć konusie - zaśmiałem się, pstrykając go w czerwony nos - Byłeś grzeczny? - dorzuciłem tajemniczo, uważnie mu się przyglądając. 
- Zawsze jestem grzeczny - z dumom skrzyżował ręce na swojej piersi - Za to ty nie!
- Nie? A kto ci przywiózł taki fajny prezent co? - mówiąc to, wyciągnąłem zza swojego ubrania kocisko, które z zadowolenia głośno zamruczało. Uradowany chłopak, szybko pochwycił zwierzęcego malucha, a następnie z ogromną ostrożnością go do siebie przytulił - Wszystkiego najlepszego młody - dodałem na koniec, wiedząc, że na pewno się nim dobrze zajmie. W tamtym momencie David zyskał nowego przyjaciela, a ja? Mogłem powiedzieć, że spełniłem jakiś dobry uczynek.