Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cameron. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cameron. Pokaż wszystkie posty

24 lip 2020

Zerwanie



Cameron i Brianne zrywają. Press F.

Od Camerona C.D Brianne (koniec)

Wzrok mam utkwiony w ekranie telewizora, w tej głupiej komedii o parce, która nie potrafi się dogadać i najpewniej sprawiam wrażenie wielce zainteresowanego ich losami – w praktyce moje myśli krążyły wokół widoku obróconego w ruinę mieszkania. Winę za taką kolej rzeczy staram się odsunąć od Brianne; bez względu na to, w jakim stopniu przeszłość Waldorffa przełożyła się na jej dorosłe życie, nikt nie miał prawa działać Bri na przekór tylko z tego względu. Jednocześnie jestem świadomy tego, jak działa niepisane prawo dziedziczenia – jak bankowy dług przechodzi z pokolenia na pokolenie, tak niezamknięte sprawy ciemniejszej strony miasta z rodzica na dziecko i nie wydaje mi się to szczególnie zaskakujące, w końcu na tym opiera się znaczna część filmów gangsterskich, książkowych kryminałów czy… to czas przestać porównywać rzeczywistość do fikcji, Cameron. Jestem tego mistrzem, ale co się dziwić, kiedy za smroda byłem takim piwniczakiem i, z Katy Perry w tle, grałem w gry bite dni.

9 maj 2020

Od Camerona C.D Brianne

– Halo? – Echo mojego głosu wybrzmiewa w słuchawce, za którymś powtórzeniem zniekształcając go, tak jakby po drugiej stronie siedział kosmita. Pieprzony internet. – Brianne?
     Raptem piętnaście minut temu dostałem wiadomość o treści w żaden sposób niepodobnej do którejkolwiek z tych przez nas wymienianych. Serię nagle pojawiającego się na moim ekranie tekstu przerywały – dotyczące zresztą naszej rozmowy, właściwie burzy wiadomości od niej – liczne powiadomienia, których dźwięki odbijały się od ścian pustego pokoju. Piskliwe dźwięczenie w dalszym ciągu drażni moje uszy, więc staram się skupić na nieco cichszych, wydawanych przez głośnik odgłosach łączenia z Brianne. Śledząc ruchy zaszytego w kącie pokoju Isaiah, czekam i odliczam sygnały, żeby po szóstym przekląć pod nosem, ku uciesze miłośniczki wulgaryzmów Raven. Nie odbiera. Zanim naciskam zieloną słuchawkę, jeszcze raz zerkam w naszą rozmowę na portalu społecznościowym, żeby dokładnie wczytać się w treść wiadomości od niej, jakby zawierały jakąś wskazówkę (tak na wszelki wypadek – gdybyśmy byli bohaterami kryminału, tak zapewne bym zrobił). Nieefektywnie. Jasne literki na ciemnym tle tańczą mi przed oczami, kiedy unoszę głowę, dokładając do ucha telefon.

23 kwi 2020

Od Camerona C.D Brianne

     Panikuje. Ciężki oddech Brianne niesie się echem po przestronnym pomieszczeniu, w jego rytm stuka w powierzchnię stolika ustawionego tuż obok niej. Mimo obiekcji i nuty niepewności towarzyszącej mi przy każdym ruchu, ponad wszystkie inne priorytety na mojej niepisanej liście stawiam zapewnienie bezpieczeństwa nam obojgu.
     Tylko tak nie zwariuje.
     Oddychając równomiernie, opieram się o jasny blat kompletnie intuicyjnie, ponieważ w mieszkaniu cały czas panuje półmrok. Chociaż mamy popołudnie, rolety z niewiadomych nam przyczyn, najpewniej przez błąd zdalnego systemu, opuściły się do połowy okien, tym samym torując światłu dostęp do środka. Poza tym – lada moment zajdzie słońce, więc kwestią czasu jest utkwienie w całkowitej ciemności. Nie wiem, co zadziało się za drzwiami i nie jestem pewien, czy chciałbym się dowiedzieć. Podejście Brianne zgoła różni się od mojego, ale staram się je zrozumieć – ma… taki charakter. Ponadto to jej mieszkanie i ja w każdej chwili mogę z niego wyjść, ona tu zostanie, a kto wie, czy to, co dzieje się w tej nie ma żadnego powiązania z nami. Chciałbym zapewnić ją, że nie ma o co się martwić, jednak jednocześnie wolę zachować resztki racjonalizmu. Coś jest na rzeczy. Tak, do tego już doszedłem.

24 mar 2020

Od Camerona C.D Brianne

     Kiedy otwieram oczy, Brianne wciąż śpi. Jej klatka piersiowa periodycznie unosi się, opada, i to, że przyglądam jej się w ten sposób, mogłoby wydawać się nieco niepokojące (w końcu tak samo patrzą na swoje ofiary mordercy, a wszyscy pamiętamy, iż za takiego mnie brała), jednak tak błogi widok przywraca mi swojego rodzaju spokój, szczególnie po tylu dniach niewidzenia Waldorff i tylu dniach spędzonych w towarzystwie dwuletnich poczwar. Dwuletnim poczwarom wydaje się, że tatuś to robot i jest w stanie bezustannie skakać wokół nich, bawić lalkami Raven i chronić farbki przez Isaac. W duchu dziękuję Jane za to, że bierze je chociaż raz w tygodniu. I że żłóbki istnieją, w przeciwnym wypadku musiałbym latorośle brać ze sobą do pracy, co skończyłoby się makabrycznie. Wszyscy jesteśmy zadowoleni, prawda?

31 sty 2020

Od Camerona C.D Brianne

     Nie to, że związki są trudne, nie mogę wcielić się w rolę recenzenta relacji międzyludzkich po jednym dniu oficjalnego trzymania się za rękę w miejscu publicznym. To w dalszym ciągu moje pierwsze, poważniejsze, że tak powiem, zbliżenie, i jakkolwiek głupio i naiwnie by to nie brzmiało, to ma znaczenie. Pewne znaczenie. Kontynuując, sam nie wiem, czego oczekiwałem i wciąż nie mam pojęcia, czego oczekuję. Co robi się w związku? Trzyma za ręce? Całuje regularnie? Uprawia seks? Tak, zdecydowanie każdą z wymienionych rzeczy, może nawet jednocześnie. Kiedy byłem młodym, niespecjalnie inteligentnym licealistą, miałem, rzecz jasna, jakieś dziewczyny. Jakieś to słowo-klucz, bo odkąd tylko szkołę średnią opuściłem, wszystkie zebrane nazwiska wyparowały mi z głowy i dotąd nie mogę dojść, czy umawiałem się z Lorie czy Laurą z trzeciej klasy. Miałem starsze, młodsze, w moim wieku, prawdę mówiąc, to wtedy nie grało większej roli. W dodatku wpajałem wszystkim dookoła, że nie jestem prawiczkiem, a mojego życia seksualnego niejeden może pozazdrościć. Z perspektywy czasu brzmi to bardzo zabawnie, bo ten odważny, pewny siebie rudzielec zgubił się wpół drogi, dorósł i odszedł od tych przelotnych relacji, równocześnie stając się małą, nieporadną dziewczynką. Gdzieś w głębi duszy można by było dostrzec przebłyski romantyczności, ale, poważnie, trzeba zmrużyć oczy i się skupić, ponieważ jestem naprawdę, naprawdę beznadziejny w tych sprawach.
     Ale mam dziewczynę, więc muszę wziąć się w garść (co jest trochę przerażające).

22 sty 2020

Od Camerona C.D Brianne

     Jak w amoku obserwuję wszechobecny rozgardiasz, mimowolnie, z każdym wdechem, dopuszczam do siebie kolejne zapachy, które powodują u mnie niemały skręt żołądka – alkohol, pot, papierosy, jeszcze więcej alkoholu. Jestem po paru drinkach, po shocie, który zaliczyłem z jakimś typem przy barze, a mimo to nie czuję się tragicznie. Prędzej nieswojo, ponieważ siedząca obok mnie Brianne ma zdecydowanie słabszą głowę, a wypiła nie mniej, niż ja. Muzyka dudni mi w uszach, różowo-zielone światła reflektorów, choć skierowane na parkiet, rażą mnie i wywołują dziwne epizody utraty świadomości, nie trwające dłużej, niż ułamek sekundy. Rozglądam się dookoła, przyglądam ludziom, odwzajemniam spojrzenia, kiwnięcia głową (pijanym wydaje się, że mnie znają). Na boku mówię coś do szatynki, jednak mam wrażenie, że tylko kiwa głową, choć mało co rozumie. Swój wzrok skupia na czarnowłosej dziewczynie, która przed momentem posłała mi szeroki uśmiech. Odwzajemniłem go, co prawda, ale tylko przelotnie, ot, jak każdy inny. Zamroczony umysł Brianne odebrał ten sygnał błędnie, ponieważ, gdyby nie to, nie zdecydowałaby się na tak odważny gest. Huczy mi w głowie, jestem niezaprzeczalnie wstawiony bardziej czy mniej, więc nawet nie protestuję, kiedy jednym ruchem wsuwa się na moje kolana i, zwrócona twarzą do mnie, najwyraźniej oczekuje na kolejny gest z mojej strony. Albo i nie, bo kiedy ten nietrzeźwy umysł przyswaja co niektóre informacje, zawczas przesyła informację o zadaniu do wykonania – układam dłonie na jej talii. Mam tę świadomość, iż to co wyprawiamy, jest co najmniej głupie i następnego dnia będziemy tego żałować, ale żadne z nas nie przewiduje czasu przeznaczonego na rozmyślanie i analizowanie każdej potencjalnie możliwej czynności – to się po prostu dzieje, w szybkim tempie, winą procentów we krwi, ale dzieje. Kątem oka zerkam na tamtę dziewczynę, która, o dziwo, przygląda nam się z jeszcze szerszym, kpiącym uśmiechem. Parskam bezgłośnie, delikatnie, niezauważalnie dla Brianne kręcąc głową z politowaniem. Później przenoszę spojrzenie z powrotem na przyjaciółkę, jakiej wyraźnie znudziło się czekanie. Przysuwa swoją twarz do mojej i, nawet nie wiem, kiedy, ale zaczynamy się całować. Wszystkie myśli i poprzednie zawahania odchodzą w pamięć, bo, hej, stało się, a ja mam czyste sumienie, ponieważ to jej wina. Nie, żartuję, w porządku, jeżeli mamy żałować, to oboje. Błądzi dłońmi po mojej szyi, ja z kolei, pochłonięty jej ustami, osuwam dłonie, zatrzymując się na biodrach. W pamięci liczę, który to już raz – trzeci. Instynktownie otwieram oczy, co trwa krócej, niż sekundę i, o dziwo, dostrzegam czarnowłosą żywo zainteresowaną swoim kolegą w ten sam sposób, jaki właśnie praktykuje Brianne. Cholera, jeżeli tak mają wyglądać imprezy, będziemy chodzić na nie codziennie.

21 sty 2020

Od Camerona C.D Brianne

     Jako dzieciak nienawidziłem plaży. Nie to, że często na niej bywałem, po prostu, kiedy już zaszła taka konieczność, ograniczałem swój czas na niej do pobytu. O ile pływać uwielbiałem, wymigiwałem się od tego non stop, bo przecież nie ma niczego gorszego, niż mokre, oblepione w piasku ciało. Chociaż, wróć, jest, mokre od potu, a nie wody ciało, które pokrywa gruba warstwa tego gówna rozniesionego po całym brzegu. Kiedy zagonili mnie do wody, nie wychodziłem z niej ani na moment. W pewnym momencie mojego życia przeprowadziliśmy się niedaleko oceanu, do miejsca oddalonego o paręnaście kilometrów od mojego rodzinnego miasta. Chciało mi się płakać, gdy cała grupa moich znajomych nalegała, żeby iść na plażę, a ja kręciłem głową. Zresztą, jestem tak blady, że nawet gdybym spędził na ręczniku cały tydzień, moja skóra przybrałaby, zamiast ciemniejszego brązu, cholerny kolor czerwony.

18 sty 2020

Od Camerona C.D Brianne

     Z komory uprzednio odnalezionej walizki wyciągam rzecz na przebranie i delikatnie łapię za fragmenty materiału, w obawie, że gdybym położył je na zlewie, wszystkie karaluchy, pchły i robactwa siedzące w pociągowych pseudokanałach zeszłyby się jak na wezwanie, by z dziecięcą radością przemierzyć każdy skrawek moich ubrań. Cokolwiek nie zastanę w Calor, wiem jedno – jestem kompletnie nieprzygotowany. Pomijając fakt, iż koszulki z krótkim rękawem mogę zliczyć na palcach jednej ręki, golf, który ściskam w dłoni, jest moim ostatnim czystym (ten drugi mam na sobie, niech to mówi wszystko). Z westchnieniem ściągam z siebie górną część odzieży, marszcząc nos, kiedy wąski golf ściska moją twarz i mierzwi włosy, które, swoją drogą, wyglądają straszniem. Przerażony wizją zdejmowania butów, nawet nie dotykam spodni – po dłuższym namyśle dochodzę do wniosku, że nie są tak mokre, jak mogłyby się wydawać. Zasuwam walizkę do końca, a zanim to, wyjmuję z jej wnętrza mój telefon. Jakie ja mam kurewskie szczęście, iż go nie zgubiłem, przecież następny kosztowałby nas zamieszkaniem na ulicy, spaniem w kartonach i zaprzyjaźnieniem się z bezdomnymi zwierzątkami, co tak właściwie… nie jest takie złe. Ciągnąc bagaż za sobą, wracam do naszego przedziału. Przekroczywszy próg, otwieram już usta, żeby wydobyć z siebie kolejną historyjkę bardziej czy mniej interesującą, jednak kiedy zauważam, że Brianne ma zamknięte oczy, natychmiast się zamykam i, już nieco ciszej, idę na swoje miejsce. Skubana, skazuje mnie na nudną, spędzoną w samotności podróż.

15 sty 2020

Od Camerona C.D Brianne

     Przywykłem do tego. Żadnego wrażenia nie robi więc tępy ból w czaszce, wszechogarniające zdezorientowanie i nienaturalnie nachalne światło, które dociera do moich oczu ze zdwojoną siłą – żadne z nas nie wpadło na pomysł, żeby od gadającego mieszkania zażądać zasunięcia rolet. Nie mówię ani słowa, czując straszną suchość w gardle, nie odchrząkuję, po prostu leżę, zaciskam powieki, sporadycznie przecieram je dosłownie jednym palcem, nie mam siły przerzucić drugiego ramienia zza pleców. Wzrokiem błądzę między stojącymi w pokoju szafkami, na żadnej nie ma praktycznie niczego, Brianne ciągle się nie rozpakowała. Swoją drogą, no tak, jestem w mieszkaniu Brianne i jeżeli ktoś zapytałby mnie, w jaki sposób tam trafiłem, bez krzty zawahania odpowiedziałbym, iż nie mam pojęcia. Pamiętam zaledwie fragmenty, moje wspomnienia obejmują pojedyncze ujęcia z dzisiejszej nocy – byliśmy w domu Waldorffów, trochę wypiliśmy, a zanim to, utknęliśmy w piwnicy. Albo odwrotnie, najpierw wypiliśmy, później utknęliśmy. Mniejsza z tym. To są te najwyraźniejsze. Nieco gorzej z tymi późniejszymi, z którymi, prawdę mówiąc, mam jeszcze większy kłopot. Brianne zraniła się z dłoń i… to tyle. Mam nadzieję, że przynajmniej ona rozświetli mój umysł. Póki co, odpoczynek wydaje się najrozsądniejszą opcją.
     Otóż nie, nie do końca.

30 gru 2019

Od Camerona C.D Brianne

     Ignorując jej prośbę, wybieram odpowiednią płytę. Jest ich mnóstwo, stoją w takim srebrnym pudełeczku (nawet ono w domu wygląda na droższe, niż moja kuchenka) i aż proszą się, żeby ktoś się nimi zajął. Jak widać, mało kto tu zagląda, na grzbietach albumów osiadła warstwa kurzu, podobnie jak na samej wieży i pilocie sterującym nią. Uważnie czytam każdy tytuł, na moje nieszczęście, znając zaledwie dwóch czy trzech wykonawców. Właściciel musiał lubić muzykę z dawnych lat – wskazują na to okładki, nazwy piosenek czy wizerunek autora umieszczany często na odwrocie lub, jeszcze częściej, samym froncie. Ryzykuję, bo bez ryzyka nie ma zabawy, wkładam płytę w podajnik. Z głośników zaczyna sączyć się jakaś piosenka, słyszę ją po raz pierwszy w życiu, niemniej od razu przypada mi do gustu. Jest skoczna, toteż skocznym krokiem wracam na swoje stanowisko przy kuchni, staję za ladą i, udając, iż śpiewam, patrzę na Brianne. Biorę w dłoń trzepaczkę, którą dziewczyna odłożyła dosłownie przed momentem, w rytm muzyki wykonuję przydzielone mi zadanie. W międzyczasie dosypuje do ciasta czekolady. Kiedy kończę swoją pracę i z dumą to ogłaszam, szybko gasi moją ekscytację, zapowiadając, że będę musiał wlać ciasto do foremek. Dramat. Jakiś żart. Komedia. Komediodramat. Nie znoszę tego. Zawsze, absolutnie zawsze, kiedy robiłem te chemiczne babeczki z pudełeczka, szlag mnie trafiał, gdy przychodziła pora na pakowanie tego czegoś w te papierowe, wkurzające kształty nie przypominające niczym koła, czymkolwiek w głębi duszy są. Brianne podaje mi metalowe (tak!) foremki, które mam ustawić na blasze, uprzednio wykładając ją brązowym papierem do pieczenia. Dwadzieścia sztuk ustawiam w czterech rzędach po cztery, na całe szczęście, mieszczą się, w przeciwieństwie do dwudziestu czterech, które nijak współpracowały – sześć po cztery? Niewykonalne, sześć, czy wzdłuż, czy wszerz, to za wiele. Wpadłem na szachownicę, ale niespecjalnie się sprawdzała. Nalewam ciasta łyżką, wspomagając się mniejszą łyżeczką, tą do napojów, ale kogo by to obchodziło. Nadmiar ciasta rozlewa się wokoło, co, w miarę możliwości, z powrotem zagarniam na którąś z łyżeczek i przenoszę dalej, do kolejnej babeczki. Gotową blachę wstawiam do rozgrzanego piekarnika, po czym, otrzepując ręce z niewidzialnej mąki, odwracam się do Brianne z dumą wymalowaną na twarzy.

28 gru 2019

Od Camerona C.D Brianne

     Porozmawiajmy o uczuciach. Uczucia są… nieprzewidywalne, wyczerpujące, zobowiązujące, męczące, żarliwe, bezsensowne, bezcelowe, głupie, zbędne, niepotrzebne, dołujące, żałosne, bezlitosne, nieprawdziwe, udawane, nieszczere, chore, nieobliczalne, gorszące, uciążliwe, mozolne, upierdliwe, wycieńczające, mordercze, zbyt intensywne, wymagające, ogłupiające, oślepiające, gwałtowne, zaskakujące w złym sensie, mdłe, nijakie, upierdliwe, nielogiczne, irracjonalne (niepotrzebne skreślić). Nikt nie wie, jakie straszne to jest, do momentu zetknięcia się z nimi, stanięcia twarzą w twarz. To jakby w gorący dzień oblać rozgrzane ciało lodowatą wodą, albo lepiej, oblać lodowatą wodą półnagiego mężczyznę stojącego na zewnątrz w temperaturze minus czterdziestu stopni gdzieś w głębi zaśnieżonego lasu czy, o, morza, skąd wieje zajebiście zimny wiatr. To jakby zostawić dziecko na pastwę losu, żeby zajęło się sobą, samo nakarmiło, przewinęło, nauczyło mówić, chodzić, samo nauczyło się wykonywać działania z liczbą pi, tworzyć roboty i finalnie zawładnąć światem w odstępie trzech dni od jego narodzin. To jakby posadzić ucznia szkoły podstawowej na fotelu prezesa największej, najprężniej rozwijającej się firmy na kontynencie i kazać dbać o nią tak, by nie upadła. To jakby wystawić Camerona Monaghana przed oblicze Brianne Waldorff, co prędzej czy później skończy się jedną, wielką tragedią w której wszyscy zginiemy. Pytanie brzmi – dlaczego? Co skłoniło mnie do tak głębokich przemyśleń, do wylewania swoich żali, płakania w poduszkę wieczorami? Co poruszyło mnie do cna, wyżarło od środka, powodując nagły upadek samopoczucia? Uwaga, drodzy państwo, powiedzmy to sobie prosto w twarz – pocałowałem Brianne, a Brianne pocałowała mnie. Albo w odwrotnej kolejności. Nieważne. I co w związku z tym? Przecież ludzie tak robią, tego nie można się wstydzić, czynność taka, jak wszystkie inne.

27 gru 2019

Od Camerona C.D Brianne

     Nie jestem specjalnie zaskoczony widząc właśnie ten, wciąż niezapisany numer na ekranie telefonu. Z grymasem dotykam zielonej słuchawki, jednocześnie realizując przychodzące połączenie – wtedy, po drugiej stronie, rozbrzmiewa energiczny, pewny siebie głos mężczyzny poznanego mi, kto by pomyślał, zeszłego dnia. Z wyraźnym, szczerym czy nie, entuzjazmem wita mnie krótkim cześć!, jakbyśmy byli kumplami od lat. Na co dzień, ostrożny nie jestem, na ogół wolę ryzyko i nie kryję się z tym, bez niego byłoby nudno, życie przypominałoby długą, ciągnącą się linię utrzymaną na tym samym poziomie przez calutki czas. Lubię tę adrenalinę przy podejmowaniu trudnych decyzji, zmieniających moją przyszłość, to na swój sposób uzależniające i, tak, gdyby zasięgnąć do mojej przeszłości, bez dwóch zdań można powiedzieć, iż byłem w pewnym sensie od niej uzależniony, igrałem z niebezpiecznymi ludźmi, robiłem złe rzeczy, bywałem w złych miejscach, w złym czasie. Pamiętam, jak wujek przyłapał mnie na sprzedawaniu narkotyków młodszym chłopakom, miałem może szesnaście lat. Podobało mi się ta praca, odrywała mnie od szarej rzeczywistości, gdzie jedyne, na co mi pozwalano, to bezustanna nauka i treningi. Sęk w tym, że tutaj chodzi o moje dzieci, moje własne dzieci, które nie mogą ucierpieć tylko dlatego, iż ich głupi ojciec podjął głupią decyzję. Zawsze będę czuł jakąś obawę – może nie jest ojcem Raven, może ma to jakiś związek z Brianne i jej niesprzyjającymi kontaktami z ciemną stroną Avenley (o ile kontaktami można to nazwać)? Z drugiej strony, to nie miałoby sensu. Czego mieliby chcieć ode mnie? Nie mam wrogów, pieniędzy też, żadnego majątku, krewnych w pobliżu. Jestem zwyczajnym, szarym mieszkańcem ogromnego miasta.

25 gru 2019

Od Camerona C.D Brianne

     Patrzę w biały, poplamiony sufit, stukając palcami o metalową ramę łóżka. Stojącej na stoliku wody nie ubyło ani mililitra, nie tknąłem jej, pomimo wyraźnych zaleceń pielęgniarki. Prawdę mówiąc, niespecjalnie przykładałem się do wysłuchiwania farmazonów na temat mojego zdrowia. Lekki wstrząs mózgu? Coś w tym stylu. Mówili, że miałem wielkie szczęście, że dobrze, że ktoś się mną zajął, że trafiłem do szpitala. Wspomnieli również o skręconym nadgarstku, na który rzekomo upadłem, chociaż sam tego nie pamiętam. Dużo siniaków, dużo obić i, jak już napomknąłem, podobno wielkiego farta. No tak, mogłem nie przeżyć. Byłoby niezbyt miło, kiedy dzieci straciłyby ojca w wieku dwóch lat, bardzo niemiło. Unieruchomili mi rękę od łokcia do palców, w ramach leczenia urazu nadgarstka, podali masę leków przeciwbólowych i nie tylko, miałem jakieś badania, to wszystko w ciągu, sam nie wiem, nawet nie paru godzin. Nie pamiętam, w jaki sposób doszło do wypadku, kto mnie potrącił, wiem jedynie, iż wracałem do domu, ledwo rozstałem się z Brianne. Miło, że nie zostawiła mnie na środku drogi. Z drugiej strony, to jej zamartwianie się o mnie… sam nie wiem, pewnie się myliłem, ale nie powinna spodziewać się niczego innego – to ona ma wahania nastroju non stop, więc nie wiem, czego się po niej spodziewać. A troski? Cholera, jest zbyt sielankowo, żeby była to prawda, serio. Ja i Brianne tworzymy mieszankę wybuchową, bez względu na to, które z nas rozpocznie kłótnię – w każdym wypadku pogryziemy się do krwi. A tutaj, nie dość, że przyjęła zaproszenie na wigilię, była miła, zaopiekowała się Isaiah, to jeszcze wzięła mnie pod swoje skrzydła i zajęła się najlepiej, jak potrafiła, znosząc nawet wymiotowanie do jej toalety. No dobra, to… w porządku. Z jej strony. Niepotrzebnie na nią naskoczyłem. Przydałoby się przeprosić. Po raz tysięczny. Zresztą, nawet nie odpisała na moją wiadomość, zrobiło mi się smutno. Jednak czego innego się spodziewać, skoro okazałem się tak niewdzięczny? Też bym zignorował.

22 gru 2019

Od Camerona C.D Brianne

     Otwieram posklejane powieki. Mrużę oczy rażone przez agresywne wręcz promienie słońca. Po raz kolejny przeklinam swoją sypialnię od wschodu. To wszystko trwa ułamek sekundy – zamykam je z powrotem, przerzucając rękę przez ciało. Nie jestem zdolny do myślenia, więc nawet nie próbuję domyślać się, którą mamy godzinę. Jest superwcześnie, to mogę wywnioskować po tym, iż słońce nie jest jeszcze specjalnie wysoko, a co za tym idzie, wschód był całkiem niedawno. Nie znoszę tego typu poranków – żadnej motywacji do wstania, dziwne uczucie pustki, zero jakiejkolwiek ekscytacji związanej z nadchodzącym dniem. Najważniejszy dzień w miesiącu mam już za sobą, teraz, aż do Sylwestra, będę robił wszystko, żeby zapchać dziury w codziennej rutynie. Jeszcze nie wiem, co będę robił. Dzisiaj? Dzisiaj właściwie będę spać. Najlepiej do popołudnia. Chociaż nie, to zły pomysł, Raven zaprotestuje najgłośniej. Zeszłego wieczoru wypiłem zaledwie lampkę wina, które przyniosła Jane, tylko tyle, a, mam wrażenie, krąży nade mną kacowa chmura. To zapewne wina niewyspania. Podnoszę się, opieram łokciem o materac – dzieciaki śpią. Wracam do poprzedniej pozycji, przykrywam kołdrą po sam czubek nosa i próbuję spać dalej. Próbuję to zdecydowanie dobre słowo, z uwagi na to, iż kiedy praktycznie zasypiam, dochodzi mnie piskliwy dźwięk telefonu aka informacja o nowym powiadomieniu. Ignoruję to, zbyt zaspany. Zresztą, nawet gdybym po niego sięgnął, ekran byłby tak rozmazany, iż zobaczyłbym jedno wielkie nic. Dlatego nie skupiam się już na niczym innym.

21 gru 2019

Od Camerona C.D Brianne

     Ja wiem, ja wiem, to całe moje odwoływanie się do filmów i seriali może być męczące, nudne, ale, słowo daję, nic innego mi z gardła nie wyjdzie. Rzecz jasna, w przenośni, bo na głos bym się bał. Nie wiem, jakim cudem znalazłem się w Avenley River i jakim prawem wyciągneli mnie z Portware, zanim rozwiązałem zagadkę, jednak jedno jest pewne – Brianne, choć pewnie zawahała się parę razy, uratowała moje dupsko i to dzięki niej nie leżę teraz w kałuży krwi, z kulą gdzieś w klatce piersiowej. W dodatku zapewne nie zrobiła tego dlatego, że jest miła, po prostu nie chciała mieć kogoś na sumieniu. Zapytałbym, ale nie widzi mi się wchodzić w paszczę lwa, dziewczyna wygląda zbyt poważnie, minę ma tęgą, więc odpuszczam sobie, w pełni akceptując całkiem przyjemną ciszę niekiedy zakłócaną przez warkot silnika samochodowego. Myśli zajmują mi błahe sprawy – podziwiam wnętrze samochodu, bardzo ładnego zresztą. Chociaż nigdy wcześniej nie jechałem tak drogim pojazdem, nie zajmuję się tym zbytnio, zdecydowanie bardziej interesujące okazują się widoki za oknem. Pomimo dość gwałtownych i z pewnością “godnych” zapamiętania wydarzeń, co dziwne, niespecjalnie mnie to martwi. Nie wiem, co takiego się stało, bowiem miałem na głowie ten dziwaczny worek, jakkolwiek to nie brzmi. Pamiętam jedynie to, że zapukali do moich drzwi, a kiedy stanowczo zaprzeczyłem obecności Brianne w tym domu, zdenerwowali się troszeczkę. Na tyle, żeby wpakować mnie do jakiegoś czarnego samochodu. A potem stało się coś, o czym nie jestem w stanie opowiedzieć – uśpili mnie, sam nie wiem, usypia się… zwierzęta? Mniejsza z tym. Najzwyczajniej w świecie nie pamiętam. Kiedy magicznym sposobem znalazłem się tutaj, nawet o tym nie wiedziałem. Prowadzili mnie z tą szmatą na twarzy, tak, że miałem niemałe problemy z oddychaniem. Jadąc innym autem ktoś tłumaczył mi, co będzie dziać się za paręnaście minut. Nie, może inaczej. Nie tłumaczył, po prostu krzyczał i unosił głos co rusz, łudząc się, iż zrozumiem plątaninę tych słów. Spróbowałem dostosować się do jego zaleceń, chociaż imię mojej koleżanki, które padło z jego ust, nie dawało mi spokoju, wywoływało u mnie wyrzuty sumienia – jeżeli nie wróciła do miasta, zapewne ściągnęli ją gdzieś z północy, tylko po to, żeby uratowała rudego dupka lubiącego awantury. Aż dziw, że zareagowała i ocaliła mnie od niechybnej śmierci. Zresztą, Brianne, w głębi serca, na pewno nie jest bezduszna. Żeby nie było żadnych niejasności, nie zwalam na nią winy za naszą kłótnię. Oboje jesteśmy niespecjalnie przystępnymi charakterami.

18 gru 2019

Od Camerona C.D Brianne

     Wyszła. Odwróciła się, tym samym urywając całą rozmowę, wyszła i najprawdopodobniej poszła gdzieś, gdzie jej nie znajdę. Siedzę na łóżku, tak samo nabuzowany, jak przed chwilą – z tą różnicą, iż teraz dochodzi też delikatne zdezorientowanie. To wszystko stało się w jednej chwili. W teorii nie mogłem spodziewać się żadnego cudownego pojednania, ale, cholera, takiego zagrania się nie spodziewałem. Ciężarem całego ciała rzucam się na potężne łóżko, odbijam raz i dwa, rozkładam szeroko ramiona, biorąc głęboki oddech. Krok po kroku, analizuję z lekarską dokładnością przebieg naszej kłótni, począwszy od doręczenia przedziwnego listu, przez powrót dziewczyny do domu, kończąc na tym teatralnie wręcz dramatycznym opuszczeniu pokoju, później i całego budynku. Nie zna miasta, pewnie nie wie, gdzie iść, szczególnie teraz, kiedy jest ciemno jak w norze, a lampy to jeden, nieśmieszny żart (jednym słowem, nie działają). Pokręci się po wsi, może zawieruszy gdzieś na pół nocy, a później wróci, jak gdyby nigdy nic, położy się spać – rano nawet się do siebie nie odezwiemy, a jeśli już, potraktujemy siebie z rezerwą, rzucając jakimiś kąśliwymi uwagami. Widzę to ja, uwadze Brianne z pewnością to również nie umknęło – jesteśmy skrajnymi osobowościami, to nawet nie jest ogień i woda, oboje jesteśmy niczym dwa płomienie, jednak wciąż inne, na swój sposób unikalne i to, jak się okazuje, jest naszą słabością. Nie jesteśmy w stanie znaleźć złotego środka, nie potrafimy się dogadać, kiedy większości osób przyszłoby to z niemałą łatwością. I tak będzie do czasu, kiedy się rozstaniemy, kiedy skończymy tę imitację wielkiej przygody, wrócimy do swoich domów, do swoich żyć, zapomnimy o sobie, będziemy kontynuowali żywot tak, jakby nic się nie stało. Bo to nie tak, że w końcu i tak każdy dogada się z każdym. Zawsze jest jakieś ale. Brianne powiedziała mi o sobie niewiele – pobieżnie o chorobie, coś o ojcu, krótko o swoim życiu. Wszystkie te rzeczy padały tylko dlatego, iż sytuacja tego albo wymagała, albo zwyczajnie była odpowiednia. Ona z kolei wie, że jestem ojcem, o ile mnie pamięć nie myli, i o tym, że nie mam szczęścia do kobiet. Jestem jak otwarta książka, mówię o emocjach, tu nawet nie chodzi o to, że ja lubię to robić – ja taki jestem i mi to odpowiada, nikt nie miał do tego pretensji, ekstrawertyczny, otwarty rudzielec zawsze był tym samym chłopakiem, bez względu na wszystko. Gdyby ktoś kazał mi usiąść naprzeciw niej, a później opowiedzieć o sobie wszystko, od a do z, zrobiłbym to. Mówiłbym z emocjami, starał przekazać jak najwięcej, nie bałbym się uśmiechnąć na myśl o Raven, bo to wszystko w jakiś sposób na mnie wpływało. Miało ogromne znaczenie. Z kolei ona, chociaż by usiadła, zapewne zaczęła mówić, jednakowoż tak, jakby to wszystko nie znaczyło nic. Bez jakiegokolwiek wyrazu, krzty uczucia, jakby opowiadała o historii obcego człowieka, nie o swojej własnej. Jakkolwiek tragiczna by nie była. Szczerze mówiąc, nie wiem, jak by się zachowała, jednakże… czuję, że to najbardziej prawdopodobna opcja. Nie mam pojęcia, czy te mury, które wybudowała wokół siebie są tylko efektem, który ukrywa te wszystkie emocje, czy czymś naturalnym, nieskrywającym żadnych tajemnic. To, co mówię, w pewnej chwili traci sens i zaczyna się cholernie mieszać, ale, reasumując, to wszystko ma jeden cel – Brianne, jako osoba, jest skomplikowana i pełna zagadek. Ale nie żałuję tego. Właściwie, rzadko kiedy żałuję czegokolwiek, ale tego nie będę żałował nawet wtedy, gdy coś skłóci nas na tyle, iż odjadę pierwszym pociągiem do miasta. Może dopadłyby mnie wyrzuty sumienia, że pojawił się jakiś zgrzyt, jednak nigdy, ale to nigdy nie będę żałował odbycia tej podróży. Każde wydarzenie kształci mnie na swój własny sposób i ze wszystkiego staram się wyciągać jak najwięcej wniosków. Dowiedziałem się, iż powinienem zacząć panować nad uczuciami, być mniej impulsywny – staram się, choć to wciąż niezauważalne, przysięgam, staram. Tak mówię zazwyczaj. Ale co, kiedy dojdzie do dyskusji? Ciemna strona rudego zapomina o wcześniejszych obietnicach, wszystko runie, a z gruzów powstanie niepohamowana chęć zemsty, nawet tej słownej. Zrobić cokolwiek, byle się odgryźć. Powiedzieć coś złego, zaczepić o temat tabu – wtedy to wszystko przestaje być ważne.

15 gru 2019

Od Camerona C.D Brianne

     Gdyby ktoś powiedział mi – Cameron, jesteś nierozważnym, nieodpowiedzialnym idiotą, niespecjalnie bym się bronił. Nie można całe życie poddawać tego w wątpliwość. Mówiąc o sobie zbyt często, mógłbym być nawet egoistyczny, lubię dbać o swoje dobro, jak każdy chyba. Chciałbym być znowu czternastoletnim głupkiem, który po raz pierwszy zapalił skręta, wypił symboliczną puszkę piwa. Myślę, że moją główną cechą jest to, iż lubię rozgrzebywać przeszłość albo rozkładać na czynniki pierwsze każde moje zachowanie i, ogólnie rzecz biorąc, mój charakter, co z pewnością można zauważyć. To już taki typ człowieka, który powierzchownie nie dba o nic, a, w głębi duszy, chciałby być najlepszym przyjacielem. Moje wywody po czasie stają się już nużące, ale, sam nie wiem, cały czas mnie to gryzie. Jedyne, co chcę powiedzieć, to to, że nigdy nie zostawiłbym Brianne, na pewno nie w takiej sytuacji. Doskonale rozumiem to, iż nie chce, żeby moje dzieci straciły ojca (chociaż nawet ich nie zna, ale pomińmy ten fakt), ale… jestem dorosły i podejmuję decyzje sam za siebie. Tu nie chodzi o mnie, nie o moje życie. Mowa tu o Brianne, która nie zasługuje na śmierć, bez względu na wszystko. Dlaczego ma płacić za błędy ojca?

13 gru 2019

Od Camerona C.D Brianne

     Gdyby ktoś chciał zapytać – tak, widzę jej rozszerzone źrenice i choć na początku robi to na mnie maciupeńkie wrażenie, mija natychmiast. Właściwie to mija wraz z chwilą, kiedy to informuje mnie o rzekomym morderstwie. Pierwsza myśl? Idiotyzm. Wydawało jej się. Nieszczęścia, choć chodzą parami, nie mogą chodzić dziesiątkami. Zresztą, jesteśmy w pociągu, nic gorszego, poza awarią, stać się już nie może. Litości. To tylko pociąg. Pociąg, w którym zamordowanie delikwenta byłoby trudne, niczym ukrycie słonia za parawanem. Awykonalne. Absurdalne. I inne wygórowane pojęcia rozpoczynające się na literkę “a”. Synonimy. Chyba tak mówią specjaliści, prawda? Albo przynajmniej ludzie wykształceni. Mniejsza z tym. Brianne nachyla się nade mną, skutecznie odpędzając wszystkie inne myśli, które dotychczas krążyły po głowie. Kiedy szepcze, przeszywa mnie dreszcz – wyczuwam w nim swego rodzaju przerażenie, a nawet panikę. To trochę zbija mnie z tropu, nigdy wcześniej nie widziałem, by dziewczynę coś przejęłoby w ten sposób. Równocześnie na zewnątrz pozostaje niewzruszona, może poza osobliwym wyrazem twarzy. Ale wciąż niezauważalnym. Babcia naprzeciwko wbija w nas swoje podejrzliwe, wścibskie wręcz spojrzenie. Kulę się wewnątrz, jakbym zrobił coś złego. Mężczyzna po prawej stronie wciąż śpi, pochrapując sobie w rytm. A pociąg, jak stał, tak stoi i wcale nie zanosi się na ponowne ruszenie. Z chęcią ruszyłbym do motorniczego z pytaniem, kiedy przewidywalnie ruszymy w drogę. Nie to, że się spieszę, po prostu nie lubię ciszy między mną a kimkolwiek. To troszeczkę męczące. Poza tym, jedzenie tutaj jest koszmarne i koszmarnie drogie, a mój portfel z tym dniem zaczyna płakać gorzkimi łzami, brzęczy w nim bowiem jedynie dziesięć monet pięcio- oraz dwuavarowych. Dopiero w mieście, do którego trafimy, będę w stanie zasilić swoje konto, byle wystarczyło na najtańszy obiad, ewentualnie nocleg. Ewentualnie, ponieważ nie bez powodu wziąłem sobie śpiwór. Zawsze możemy pójść do jakiegoś schroniska dla zagubionych. Prześpimy się i ruszymy w drogę. To świetny pomysł.

8 gru 2019

Od Camerona C.D Brianne

     – Tak właściwie, jestem Cameron – wtrącam gdzieś po drodze.
     Idziemy wąskim chodnikiem, ledwo mieszcząc się w jednej linii. Z każdym krokiem wieżowiec należący do Euphorii staje się proporcjonalnie większy i większy, znikają budynki obok, co nieznajoma zdążyła zauważyć. Raz po raz zerkam na jej twarz z przedziwną myślą i wrażeniem, iż skądś ją znam, jednak ani jedno wspomnienie nie przychodzi mi do głowy. Dużo się uśmiecha, to zauważam już w pierwszej chwili – nie potrafię odgadnąć, czy jest to uśmiech szczery, czy na pokaz, o ile miałaby w nim jakikolwiek cel. Ciągle odgarnia kosmyki, które opadają jej na oczy. Włosy kobiety są koloru jasnego, ciemnego brązu. Pasuje to do popularnego brązu tęczówek. Towarzysząc jej nie sposób nie zwrócić uwagi na jej ubiór – pomimo panującego w mieście mrozu, ubrała długą, kopertową sukienkę w odcieniach ciemnej zieleni. Dodatkowo ma na sobie czarną ramoneskę, która skutecznie przełamuje formalny wyraz sukni. Na jej szczęście, nie założyła szpilek, bo z pewnością skręciłaby sobie kostkę przy pierwszej lepszej okazji. Przez pierwsze minuty drogi non-stop mówiła, zadawała pytania, opowiadała o magazynie, swojej pracy, a nawet o swojej córce. Jeżeli mam być szczery, nie wygląda, jakby niecały rok temu urodziła dziecko. Chcąc nie chcąc, przez materiał widać odznaczające się kształty bioder i talii – prezentują się naprawdę dobrze. To znaczy, nie chcę wyjść na przerażającego faceta, to po prostu widać, nawet, gdy nie zwraca się na to większej uwagi.
     – Harriet – odpowiada zdawkowo, nie siląc się na żadne farmazony i upiększenia wypowiedzi, co jest dziwne z uwagi na to, iż wcześniej nadawała przez cały czas.