Wyszła. Odwróciła się, tym samym urywając całą rozmowę, wyszła i najprawdopodobniej poszła gdzieś, gdzie jej nie znajdę. Siedzę na łóżku, tak samo nabuzowany, jak przed chwilą – z tą różnicą, iż teraz dochodzi też delikatne zdezorientowanie. To wszystko stało się w jednej chwili. W teorii nie mogłem spodziewać się żadnego cudownego pojednania, ale, cholera, takiego zagrania się nie spodziewałem. Ciężarem całego ciała rzucam się na potężne łóżko, odbijam raz i dwa, rozkładam szeroko ramiona, biorąc głęboki oddech. Krok po kroku, analizuję z lekarską dokładnością przebieg naszej kłótni, począwszy od doręczenia przedziwnego listu, przez powrót dziewczyny do domu, kończąc na tym teatralnie wręcz dramatycznym opuszczeniu pokoju, później i całego budynku. Nie zna miasta, pewnie nie wie, gdzie iść, szczególnie teraz, kiedy jest ciemno jak w norze, a lampy to jeden, nieśmieszny żart (jednym słowem, nie działają). Pokręci się po wsi, może zawieruszy gdzieś na pół nocy, a później wróci, jak gdyby nigdy nic, położy się spać – rano nawet się do siebie nie odezwiemy, a jeśli już, potraktujemy siebie z rezerwą, rzucając jakimiś kąśliwymi uwagami. Widzę to ja, uwadze Brianne z pewnością to również nie umknęło – jesteśmy skrajnymi osobowościami, to nawet nie jest ogień i woda, oboje jesteśmy niczym dwa płomienie, jednak wciąż inne, na swój sposób unikalne i to, jak się okazuje, jest naszą słabością. Nie jesteśmy w stanie znaleźć złotego środka, nie potrafimy się dogadać, kiedy większości osób przyszłoby to z niemałą łatwością. I tak będzie do czasu, kiedy się rozstaniemy, kiedy skończymy tę imitację wielkiej przygody, wrócimy do swoich domów, do swoich żyć, zapomnimy o sobie, będziemy kontynuowali żywot tak, jakby nic się nie stało. Bo to nie tak, że w końcu i tak każdy dogada się z każdym. Zawsze jest jakieś ale. Brianne powiedziała mi o sobie niewiele – pobieżnie o chorobie, coś o ojcu, krótko o swoim życiu. Wszystkie te rzeczy padały tylko dlatego, iż sytuacja tego albo wymagała, albo zwyczajnie była odpowiednia. Ona z kolei wie, że jestem ojcem, o ile mnie pamięć nie myli, i o tym, że nie mam szczęścia do kobiet. Jestem jak otwarta książka, mówię o emocjach, tu nawet nie chodzi o to, że ja lubię to robić – ja taki jestem i mi to odpowiada, nikt nie miał do tego pretensji, ekstrawertyczny, otwarty rudzielec zawsze był tym samym chłopakiem, bez względu na wszystko. Gdyby ktoś kazał mi usiąść naprzeciw niej, a później opowiedzieć o sobie wszystko, od a do z, zrobiłbym to. Mówiłbym z emocjami, starał przekazać jak najwięcej, nie bałbym się uśmiechnąć na myśl o Raven, bo to wszystko w jakiś sposób na mnie wpływało. Miało ogromne znaczenie. Z kolei ona, chociaż by usiadła, zapewne zaczęła mówić, jednakowoż tak, jakby to wszystko nie znaczyło nic. Bez jakiegokolwiek wyrazu, krzty uczucia, jakby opowiadała o historii obcego człowieka, nie o swojej własnej. Jakkolwiek tragiczna by nie była. Szczerze mówiąc, nie wiem, jak by się zachowała, jednakże… czuję, że to najbardziej prawdopodobna opcja. Nie mam pojęcia, czy te mury, które wybudowała wokół siebie są tylko efektem, który ukrywa te wszystkie emocje, czy czymś naturalnym, nieskrywającym żadnych tajemnic. To, co mówię, w pewnej chwili traci sens i zaczyna się cholernie mieszać, ale, reasumując, to wszystko ma jeden cel – Brianne, jako osoba, jest skomplikowana i pełna zagadek. Ale nie żałuję tego. Właściwie, rzadko kiedy żałuję czegokolwiek, ale tego nie będę żałował nawet wtedy, gdy coś skłóci nas na tyle, iż odjadę pierwszym pociągiem do miasta. Może dopadłyby mnie wyrzuty sumienia, że pojawił się jakiś zgrzyt, jednak nigdy, ale to nigdy nie będę żałował odbycia tej podróży. Każde wydarzenie kształci mnie na swój własny sposób i ze wszystkiego staram się wyciągać jak najwięcej wniosków. Dowiedziałem się, iż powinienem zacząć panować nad uczuciami, być mniej impulsywny – staram się, choć to wciąż niezauważalne, przysięgam, staram. Tak mówię zazwyczaj. Ale co, kiedy dojdzie do dyskusji? Ciemna strona rudego zapomina o wcześniejszych obietnicach, wszystko runie, a z gruzów powstanie niepohamowana chęć zemsty, nawet tej słownej. Zrobić cokolwiek, byle się odgryźć. Powiedzieć coś złego, zaczepić o temat tabu – wtedy to wszystko przestaje być ważne.