Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eleanore. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eleanore. Pokaż wszystkie posty

2 sty 2019

Czystka

Po raz drugi mam zaszczyt przywitać Was w poście tego typu — w czystce! W oczach większości czystka jest dość nieprzyjemnym wydarzeniem, albowiem trzeba w końcu przebudzić się ze snu i napisać coś, cokolwiek. Inni uznają to za bardzo przyjemną procedurę, albowiem dzięki niej na blogu robi się automatycznie "czyściej", ponieważ nieaktywni opuścili nasze mury. Choć powinnyśmy zorganizować to miesiąc temu, w listopadzie, przełożyłyśmy termin na dziś.

LEGENDA:
Postacie które napisały opowiadanie w dniach 15.11-31.12 zostają na blogu.
Postacie, które napisały opowiadanie w dniach 14.10-14.11 dostają upomnienie.
Postacie, które nie napisały opowiadania od 13.10 zostają wyrzucone.
Aaron Brown
Adam Lancaster
Antoni Adam Watson
Bellami Jon Salvadore
Billy Joe Moliere
Caleb Manson
Cameron Monaghan
Carlo Rossi
Castiel Aaron Hunter
Charles Lawrence Winchester
Cole Stewart
Colin Richardson
Daniel Parker
Damien Boris Heatcliff
Ebenezer Cardigan
Ed Sheeran
Elias Jefferson
Eugene Lowe
Evan Thompson
Felix Wilson
Franciszek Żukowski
Hangagog Jack Black
Igor Priskiewitz
Jacob Grant
Julien Callière
Kayn Fortebracci
Logan Blake
Matt Jeffrey Bower
Nivan Oakley
Noah Brown
Oli Krafftag
Parker Walker
Rafael Blackfrey
Stephan Wood
Theo Andrews
Thomas Sangster
Tyler Owen
Vincent Marcel Edwards
Adaline Sky Bladell
Althea Santos
Amy Jones
Anastasia Warner
Anastazja Fenchenko
Angelica Schuyler
Antonella Humphries
Ashley Micheaelle Tisdale
Aylin McKagan
Bridget Janet Hemmings
Catniss Pierce
Charlie Graham
Chloe O'Neill
Dearden Beatrice Yates
Dianthe Monroe
Eleanore Vivienne Jensen
Evangeline Lavelle
Florence Charlotte Evans
Gemma Katia Mercer
Hailee Carter
Harper Dallas
Harper Nelle Beckett
Ida Maye
Inka Faye Tobin
Isabelle Grace Miller
J.C Alexander
Jacquline Brown
Katfrin Victoria Salvadore
Kehlani Parrish
Koyori Leokadia Okami
Laurene Danielle Odiney
Louise Watson
Lucia Santos
Odette Scarlet Blackwell
Pelagonija Eternum
Raven Marshall
Rose Crawback
Sanae Kamitsuruyoshi
Tatum Farewell
Tim Ly Nguyen
Tove Larsen
Valerie Brown
 Wanda Anastazja Przewalska

Przypominamy, iż osoby, które zebrały dzisiaj drugie upomnienie powinny pilnować się następnym razem — uzyskanie trzeciego równa się z wyrzuceniem w tejże czystce.

SUMUJĄC:
- 16 postaci opuściło Avenley River.
- 4 uzyskały upomnienie.

25 lip 2018

Od Eleanore

Dawno już nie czułam tego iście wspaniałego, rozluźniającego zapachu. Lekko mdły wprowadził moje ciało w coś co przypominało letarg, krótki sen po ciężkiej fizycznej pracy, ukochaną ulgę, a słodycz pieściła ciało i nos. Szarawy dym ulatywał niemalże z każdego zakątka ciała, mgiełka przykryła także niebieskie oczęta. Powoli i dyskretnie wpełzała w ogniste włosy, niczym wąż gotowy rzucić się na ofiarę i pożerać ją żywcem aż do utraty tchu. Zioło było teraz moją kochanką, która przyszła w odwiedziny. Wyobrażałam ją sobie jako kobietę piękną, kształtną z czarnymi, pofalowanymi włosami i zielonymi, roślinnymi oczętami. Zawsze kiedy przychodziła nie pukała do drzwi. Czuła się jak u siebie toteż z mojej strony zawsze mogła liczyć na pełną gościnę. Kiedy proponowano mi skręta to nigdy nie odmawiałam. Za narkotykiem krył się drugi świat, czysty od okrucieństwa, samotności i pesymizmu. Tutaj nie żyła już żadna Eleanore Vivienne Jensen. Tu mieszkała Ellie, Ellusia z lat dziecięcych razem ze swoimi wiecznie różowymi policzkami i słodkim, dziecięcym uśmieszkiem gotowym, na każde słowo lu skinienie, trwać na tej urodziwej i młodziutkiej twarzyczce. Wspominając własną matkę, wzór do naśladowania i ukochaną kobietę, zaśmiałam się głośno. Widziałam ją teraz siedzącą samotnie na fotelu ze zgiętymi nogami i zaciśniętymi palcami u stop. Leżała na chudych udach, brązowe włosy opadały na jej policzki i przykrywały twarz, a ramiona bezwładnie kołysały się za każdym razem gdy małe paluszki dotykały zimnych rąk rodzicielki. Pamiętałam jeden z jej ataków depresji. Zapewne dla każdej trzylatki czy każdego trzylatka takie wspomnienie byłoby na miarę zobaczenia pierwszego śniegu czy pierwszego kęsa kostki, słodkiej czekolady. Byłoby to wspomnienie o wielu twarzach, ewokacja o zabarwieniu radosnym, przerażającym lub też złym. Będąc w takiej sytuacji moja trzyletnia postać nie czuła nic.
Matka podniosła się nagle i nie zwracając na dziewczynkę żadnej uwagi stanęła jedną nogą na krześle. Schyliła się i podparła sinymi łokciami o oparcie, z trudem wlokąc drugą kończynę na siedzenie bladoróżowego fotela, na którym jeszcze chwilę temu siedziała. Stała tak na meblu dłuższą chwilę i z opuszczoną głową wbijała przekrwione palce w skórę na udach. Dziewczynka przyglądała się swojej rodzicielce. W różowej sukieneczce z czerwonymi guziczkami, białym kapeluszu z rondem, bialutkimi rajstopkami i czarnymi błyszczącymi butkami w kształcie mokasynów, siedziała teraz na dywanie gryząc własny, serdeczny palec u prawej ręki.
Uniosłam prawą dłoń do góry i zgięłam kilka razy palcami, wpatrując się w maleńką bliznę obok stawu na palcu pomiędzy środkowym, a małym.
Dziewczynka nie słyszała szeptów swojej matki, która rzucała pytaniami na prawo i lewo. Wyciągnęła małe rączki ku niej i z radością gulgotała pod nosem, nie znając żadnego porządniejszego słówka. Zaczęła klaskać w dłonie gdy widziała, że matka uśmiechnęła się obłędnie i zaśmiała, kiedy ta zakładała sobie na szyję wcześniej przygotowaną i przyczepioną do lampy z wiatrakiem, cienką i jasnobrązową linę. Kobieta jeździła palcami po materiale zaciskającym jej szyję i wtórowała małej dziko rechocząc. To była ich osobista chwila, tak miało się to zakończyć, gdy nagle dziewczynka usłyszała czyiś głos, krzyk i dotyk...

- Ellie. Możesz przestać się opierdalać?

Wyrwana z retrospekcji wypuściłam dym nosem. W progu ciemnego pokoju pełnego mebli z zagadkową zawartością i małą lampką nocną przyczepioną na odwal się do ściany przy drzwiach, zobaczyłam znajomą mi postać. Był to mężczyzna, wysoki, lekko przygarbiony z jasnymi włosami ostrzyżonymi na jeża, w których tkwiły czarne okulary w kształcie typowych clubmasterów. Jego głos był słodki ale męski i przyjemny. Chociaż mój "drugi" szef był już raczej (spekulacje z dziewczynami, które znam, a pracują w klubie) grubo po trzydziestce to nie było widać na jego ciele żadnych oznak starzenia. Twarz miał niemalże gładką o trójkątnych rysach, obrośniętą jedynie kilkudniowym zarostem, ciemne, energicznie spoglądające oczy sporych rozmiarów. Dzisiejszego ubrania jegomościa w tej ciemności nie zobaczyłam, aczkolwiek mogłam się domyślić, że ma na sobie tą samą ohydną, żółtą koszulę hawajską, z którą się nie rozstaje.
- Ide. Żona. Tan. - westchnęłam ochryple przywołując jego imię.
Wstałam z siedziska jakim była śmierdząca starością szara pufa i ruszyłam w kierunku mężczyzny nawet na niego nie spoglądając. W końcu nie starczyłoby czasu na jakiekolwiek dialog, bo przecież robota sama się nie zrobi. Będąc w tym klubie zawsze czułam się swobodnie, a Jonathan jakoś specjalnie nie naciskał na dziewczyny tutaj pracujące. Praca po godzinach i jeszcze w dobrym tonie i za dobre pieniądze - czego chcieć więcej! Zdecydowanym powodem, dla którego klub ten był tak często i chętnie odwiedzany była wielkość sali i dodatkowe piętro ze stolikami. W całym Avenley River prawdopodobnie nikt nie znalazłby takiego miejsca do zabawy, potańcówek czy zwykłego spotkania ze znajomymi. Klub ten był stosunkowo młody, Jonathan zainwestował w rozpadającą się ruderę, kupę kasy i nerwów oraz czasu ale za to bardzo mu się to opłaciło. Teraz oprócz zwykłych, szarych ludzi goszczą tutaj także grube ryby ze świata biznesu. Ich obecność tutaj zawsze wiązała się z wypożyczeniem jednej z kelnerek jako dziewczyna towarzysząca. Najczęściej ich wybór padał na kogoś z dłuższym stażem pracy. Na swoje nieszczęście, miałam przyjemność towarzyszyć pewnym rekinom biznesu. Po skończonym wieczorze do Jonathana wypłynęła skarga, dotycząca mojej małomówności na kolacji. Dziwne, że mieli pretensje skoro sami mnie wybrali... Przechodziłam właśnie przez hol prowadzący z zapleczy i magazynów klubu (gdzie do tej pory siedziałam i paliłam) do prawie niewidocznych w ciemności drzwi na parterze klubu. Ich łono poprowadziło mnie do barku głównego, gdzie pod ścianą na półkach siedziały rozmaitego rodzaju butelki z alkoholami. Lubiłam zapach tego miejsca - lekko cytrynowy, orzeźwiający i przesiąknięty od plotek tych, którzy siadali na stołkach barowych i topili smutki w najtańszych alkoholach. Przez aparat słuchowy dochodził mnie dźwięk granej, dyskotekowej muzyki, śmiechy ludzi i odgłosy głośnych rozmów. Dochodziła dwudziesta trzecia, życie tego klubu dopiero budziło się z dziennej hibernacji. Przechodząc wzdłuż baru natknęłam się na barmankę trzymającą w ręku kufel i ścierkę i pucującą przedmiot do granic wytrzymałości szkła.
- No co za szmata! - słyszałam ten obraźliwy tekst po raz szesnasty w dniu dzisiejszym. - Jeszcze wczoraj ruchałam ją w jej własnym domu, a dzisiaj już znalazła sobie inną dupę.
- Ładna buź. Ka. A brzydko. Mówi... tak. - zagadałam głośno do niej.
Tą dziewczyną była moja dobra szkolna znajoma Karen. Cycata brunetka o nieziemskim spojrzeniu wpatrywała się teraz złowrogo w ludzi siedzących naprzeciwko barku. Trudno byłoby uwierzyć, że tak piękna pani nadal jest samotna. Przyczyną tego była niestałość w związku, ciągłe zmiany partnerek oraz jej cholerna dociekliwość. Kiedy puściła kolejną wiązkę niecenzuralnych słów, schyliłam głowę i ugryzłam ją w ramię. Spojrzała na mnie z lekkim przerażeniem, położyła naczynie na barku i po chwili poczułam jej rękę na swoim pośladku. Kąciki jej ust podniosły się w cwanym uśmieszku, a ona sama zbliżyła się do mnie, mrużąc kocie oczęta.
- No jasne Ellie... Właśnie? Po co mi ona, jak mam ciebie - odrzekła głośno i muskając wargami moją szyję wciągała zapach zioła.
Odsunęłam się od niej i złapałam ukradkiem za dwa kufle pełne złotego trunku i wyślizgnęłam się z jej objęć uderzając delikatnie w przypadkowych ludzi, idących zamówić coś bezpośrednio z baru.
- Złap. Jak umiesz - droczyłam się i wystawiając język zniknęłam w tłumie klubowiczów i świetle lamp.
To i tak nie mogło się udać. W zestawieniu różniłyśmy się dosłownie każdym elementem charakteru. Zresztą Karen sama powiedziała, że nie chce psuć naszej przyjaźni, która trwa już spory kawał czasu. Westchnęłam głośno próbując przecisnąć się przez tańczący tłum, jednak dostanie się na schody prowadzące na drugie piętro było niemniej wyzwaniem co istną katorgą. Gdy wreszcie udało mi się dokonać tego niemożliwego zadania i znalazłam się na górze to zostałam powitana następną masą ludzi. Spróbowałam dostać się pod ścianę, gdzie umieszczone były stoliki i kanapy, jednak nie udało mi się. Po chwili czekania tłum się przerzedził i mogłam ruszyć dalej.
- Ellie! Ellie! Jak ładnie ty dziś... się wyglądasz ładnie bardzo - jeden z facetów, któremu podałam kufel nie krył entuzjazmu z naszego spotkania.
Spoglądał na moje ciało mętnym wzrokiem, toteż ja uśmiechnęłam się sztucznie i kiedy zniknął ze swoją zdobyczą za zakrętem odetchnęłam lekko i odwróciłam się nagle na pięcie, uderzając nogą w najbliższy stolik, którego nie zauważyłam. Naczynie wypadło mi z uścisku, a większość z jego złotej zawartości znalazła się na użytkowniku pobliskiego miejsca. Odskoczyłam w bok, kiedy usłyszałam tłuczące się szkło. Szybkim ruchem wyciągnęłam z kieszeni czarnej sukienki małą karteczkę i długopis i nabazgrałam na niej niewyraźnie: "Przepraszam!! Naprawię to!". Wręczyłam ją poszkodowanemu, który wstając, wydał z siebie głęboki pomruk niezadowolenia i schyliłam się aby pozbierać kawałeczki szkła jednak światło w tej części klubu zgasło już całkowicie, a jedynym jego źródłem były teraz malutkie niebieskie lampki przytwierdzone do samej ściany w głębi pomieszczenia, co utrudniło znacznie moje zadanie. Na domiar złego ktoś przechodzący popchnął moje skulone ciało do przodu i tracąc równowagę podparłam się palcami o ostre szczątki.
- Cho*lera - mruknęłam do siebie czując nieprzyjemny ból.
Uniosłam rękę stwierdzając, że właśnie wbiłam sobie w skórę niewielki kawałek ostrego szkła. Mój uśmieszek zbladł. Na szczęście jestem przyzwyczajona do takich incydentów, zdarzają się one średnio raz na dwie lub trzy moje zmiany. A rolę główną w tych wypadkach, zawsze gram ja.
Ktoś?

15 lip 2018

Od Eleanore C.D Leonard

To jeden z tych dni, które moja szefowa określa jako "Poczta Kwiatowa na Życzenie". Raz w miesiącu ekscentryczna dusza starszej, pani z kotem nakazywała aby zorganizować coś na wzór dostarczania na umówione miejsce przesyłek zawierających bukiety złożone z różnych gatunków kwiatów lub żywe rośliny w pięknych, zdobionych doniczkach. Niemalże każdy pracownik zależnie od dziennej zmiany dostawał listę z adresami, na której ulicy, komu i jaki rodzaj prezentu ma dostarczyć.
Przygotowywałam się do mojej zmiany, która miała nastąpić po przerwie obiadowej. W czerwonym, typowo amerykańskim wózku, swoje miejsce znalazły już cztery bukiety różnokolorowych róż, które spoczywały w półmisku pławiącym ich obcięte końcówki w krystalicznej wodzie. Obok misy stały dwie większe doniczki trzymające w swoich ryzach tych samych przedstawicieli świata roślin - dendobrium. Oprócz tego swoje miejsce znalazły także cztery aloesy, osiem małych kaktusów z gatunku korfynta i ogromna, ciężka donica z wielgachną, rozłożystą draceną. Uklęknęłam aby lepiej przyjrzeć się kwiatom, które już za niedługo powędrują do nowych właścicieli i westchnęłam ciężko. Już czułam na sobie wzrok ciekawskich gapiów widzących, zamiast kobiety, zwykłego konia pociągowego użerającego się z ciężarem własnej pracy. Faktycznie, jakby na to nie spojrzeć, ten złom ma małe szanse by w ogóle ruszyć z miejsca. Prawdopodobnie wózek albo pęknie pod natłokiem kilogramów tego zielska albo w lepszym przypadku urwie mi rękę i już nigdy nie będę musiała być Listonoszem Poczty Kwiatowej Madam Mitchell.
- Szemu. Ja... - mruknęłam ochrypłym głosem.
Dumając nad czekającą mnie ciężką pracą nie zauważyłam, że do magazynu zakradła się moja szefowa. Stanęła nad moim skurczonym ciałem sparaliżowała je wzrokiem, sapiąc przy tym niemiłosiernie. Madam Mitchell, o której jest teraz mowa, to starsza i dosyć osobliwa kobieta z lwią zmarszczką i wielkim garbatym nosem. Patrząc na nią zawsze miało się wrażenie, że ten jej nos oderwie się od naczyń krwionośnych, usiądzie jej na ramieniu i zacznie wraz z nią zrzędzić na temat wykorzystywaniu kobiet przez mężczyzny i odwrotnie. Ta zamożna pani, bowiem, miała pewne swoje racje i poglądy, z którymi każdy pracownik i to nawet ten nowo przybyły musiał się liczyć.
- Elluś, skarbie! - wymruczała przesadnie słodkim tonem, jak to zwykła robić, a kiedy wstałam popchnęła mnie w stronę wózka takim gestem, jakim ojciec używa ucząc swoje dziecko jeździć na rowerze.- Idź, już idź! Nie mamy całego dnia.
Spojrzałam na nią i uśmiechnęłam się, najbardziej cmentarnie jak mogłam. Złapałam z impetem za rączkę wózka i silnym skurczem prawej ręki, wymusiłam na nim swoje posłuszeństwo. Mały "przyjaciel" zaskrzypiał wesoło kołami i ruszył mozolnie za swoim przewodnikiem. Pani Mitchell nie ukrywała entuzjazmu, gdyż klekotała ciągle o tym samym - o wspaniałej myśli, którą wdrożyła w życie i prawdopodobnie chodziło o tą całą akcję z pocztą. Odprowadziła mnie aż do drzwi prowadzących z magazynu na tyły kwiaciarni. Drzwi te były niewiarygodnie ciężkie, jeszcze cięższe niż mój wózek. Z trudem udało mi się je powstrzymać od zamknięcia za pomocą stopy. Klekotanie pani Mitchell zniknęło za żelazną kurtyną.
Po kilku chwilach spędzonych na omijaniu przechodniów gwar ulicy i wzrok ciekawskich ostatecznie zadały mi cios śmiertelny. Stanęłam ze spuszczoną głową i zdecydowanym ruchem przekręciłam pokrętło mojego aparatu głosowego. Tak, praktycznie w ciszy, szłam dalej aby wykonać swoją robotę.
Pierwszy z bukietów ofiarowany został jednej z kobiet, która pracowała w pobliskiej drogerii. Blondynka nie kryła zachwytu, a kiedy wzięła kwiaty w ręce i ujrzała mały liścik omal nie zemdlała. Jej oczy błyszczały, łzawiły ze szczęścia, a ona sama podarowała mi niewielką probóweczkę z tajemniczym, wodnym płynem.
- To próbka naszych nowych perfum różanych, niech pani weźmie. Na pewno będą pasować!
Uśmiechnęłam się koślawo i włożyłam prezent w kieszeń bluzy. Chwilę jeszcze stałam i patrzyłam się na kicającą ze szczęścia ekspedientkę. Kiedy inne jej koleżaneczki poderwały się ku niej i zarażone entuzjazmem wtórowały tak hojnie obdarowanej koleżance. Ruszyłam dalej, przeciskając się przez tłum.
Kolejne rośliny trafiały w ręce coraz to bardziej egzotycznych odbiorców.
Wszystkie cztery aloesy przygarnęła najprawdopodobniej dziewczyna pracująca, nie czarujmy się - kokocica. Mówiła coś o tym, że lubi zapach krwawiących liści, zwłaszcza pobudza ją to kiedy czyta Szekspira. Tutaj puściła do mnie oczko, a mnie przeszedł całkowicie uzasadniony dreszcz. Kaktusy miały zostać przekazane fundacji chroniącej jeże/jeżowce/jeżozwierze. Wchodząc do ich biura niestety zostałam włączona jako publika do wykładu i rozdania nagród wolontariuszom. Trwało to aż półtorej godziny, ale ja na szczęście nie nudziłam się zbytnio gdyż moim kolegą z krzesła obok okazał się znawca wszystkich możliwych chorób wywołanych przez grzyby. Cóż za ciekawa podwójna lekcja! Dwa z trzech pozostałych bukietów i wspaniałe dwa dendobrium szły pod opiekę starszego pana. Miał to być prezent dla dorosłych wnuczek-bliźniaczek, córki i żony, która dzisiaj ma wrócić z zagranicy. Widząc u niego aparat słuchowy, szybko doszliśmy do wspólnego porozumienia. Chwilę rozmawialiśmy mieszając ze sobą kuchnię z polityką i kulturą, a na pożegnanie przybyliśmy ochoczo piątki. W wózku pozostał jeszcze jeden bukiet i ogromne, ciężkie trawsko zwane draceną. Z karteczki wynikało, że ma ono zostać dostarczone pod ten sam adres - warsztat samochodowy.
Warsztat mieścił się chyba na jakimś cholernym wzgórzu, gdyż pomimo pozbycia się niemalże wszystkich roślin z wózka i tak czułam, że mięśnie mojej ręki są urywane po kawałeczku przez niewidzialną, złośliwą siłę. Podkręciłam nieco aparat i już z dali słyszałam wesoły nieznajomy śmiech. Szczerze powiedziawszy miałam już dość emanującego od ludzi entuzjazmu i chwilę stałam przed jednym z otwartych garaży, zastanawiając się co właściwie tutaj robię i czemu nie jestem teraz na Hawajach. Westchnęłam głośno i pociągnęłam za sobą wózek. Zimne ściany sporego garażu wydawały się być zainteresowane moją obecnością. Czułam na sobie czyiś wzrok. Przekłuwał moją duszę do cna, rozbijał ją na kawałki, powodował nagły zawrót głowy, prawie straciłam przytomność i gdy rozglądnęłam się mdłym wzrokiem po pomieszczeniu by odszukać sprawcę mego zawodu...
Przyglądał mi się puchaty rudy pies.
Przewróciłam oczami i delikatnie uśmiechając się poklepałam się po udzie na wznak "Hej, jak się masz pieseczku! No chodź!" Ten jednak ani drgnął, właściwie to nawet odwrócił się w inną stronę. Poczułam się poniekąd odrzucona, łezka się w oku zakręciła no ale cóż. Trzeba żyć dalej. Odgłosy dobrej zabawy wyrwały mnie z zamyślenia i niczym zły kosmiczny imperator ruszyłam zniszczyć - tak jak on by to uczynił fregatom rebeliantów - emanujący w tej okolicy świetny humor. Mijając rozłożony na części jakiś starszy rocznikiem silnik i omal nie wdeptując, w czarną jak koń śmierci, plamę smaru ujrzałam chłopaka. Na pierwszy rzut oka można byłoby powiedzieć, że pies rasy akita właśnie trawi mu rękę (cóż za bestialstwo, brak serca żeby pożerać żywcem, biednego homo sapiens). Tkwiła w tym chyba jednak dosyć grubsza ale realistyczniejsza sprawa, chodziło o narzędzie robotnicze. Nie chcąc przerywać im zawadiackich zapasów tylko cicho i jak najnaturalniej wyszeptałam:
- Przepraszam...
Mężczyzna natychmiastowo podniósł się z ziemi, schował swoje wcześniej tak dumnie wyrwane ze szpon bestii, trofeum za plecy i najwidoczniej się zmieszał. Oblała go istna czerwień, można by rzec, że moje włosy świetnie wtopiłyby się w tło jego twarzy.
- W czym mogę służyć!? - odparł głośno, stanowczym tonem, zupełnie takim jakby był na zbiórce w wojsku, a jakiś łysy porucznik krzyczał mu w twarz i oznajmiał mu, że jest babą a nie chłopem.
Obdarowałam go chłodnym spojrzeniem i z obojętną miną wskazałam kciukiem na źródło mojego ciężaru - różany bukiet i dracenę w sporej, ciemnej doniczce.
- Dla. Szef. A. - odrzekłam nieco ochryplej, przez co sama się zmieszałam i odwróciłam wzrok w kierunku psa, który wyglądał jakby zaraz miał i mnie pożreć. Wyprzedziła go jednak poprzednia puchata, ruda kluska, którą spotkałam przy wejściu. Stało się to w krótką chwilę po tym jak chłopak ściągnął dracenę z wózka i położył pod ścianą. Ja tymczasem grzecznie stałam z boku, aż mój "przyjaciel" zostanie rozładowany. Wielki pies dał susa w bok i nagle wylądował łapami na moim brzuchu. Odskoczyłam w bok gdy nagle do mojego podręconego na maksimum dźwięku, aparatu doszło przeraźliwe szczekanie akity. Po chwili zaczął wtórować mu także chow chow. Zgięłam się w pół i zamknęłam oczy usilnie próbując wyłapać pokrętło mojego aparatu. Za duża głośność, hałas dudnił przez całe moje ciało! (niesamowite ale bardzo bolące uczucie). Nie mogąc wytrzymać wyjęłam go z ucha i cofnęłam się krok w tył. Poczułam że tracę równowagę i wywinęłam niezłego orła na śliskiej plamie oleju. W wyniku uderzenia z ręki wypadł mi mój sprzęt. Odbił się dwa razy o ziemię i wylądował tuż przed ciałem akity. Wyciągnęłam rękę, próbując za wszelką cenę powstrzymać psa, do pomocy rzucił się także mężczyzna. Nasz refleks okazał się na tyle marny, że nie zdążyliśmy zapobiec tragedii. Malutkie urządzenie zostało niemal wciągnięte przez pysk akity. Wpatrywałam się na tę scenę jak z horroru z niedowierzaniem. Do tego nie mogłam nawet wstać... Czy to czas aby przeklnąć i ten dzień?

Leonard?
+20PD



13 lip 2018

Eleanore Vivienne Jensen

Na zdjęciu: Daria Milky
Motto: Our travels together are at an end, my friend. You've reached your destination.
Imię: Eleanore Vivienne. Nikt dotychczas nie nadał jej przezwiska ani nie zdrobnił jej imienia za wyjątkiem ukochanej mamy. Dla niej zawsze była Ellie.
Nazwisko: Jensen
Wiek: 26 lat
Data urodzenia: 27.05
Płeć: Kobieta
Miejsce zamieszkania: Niewielkie, bo aż trzy pokojowe mieszkanie niedaleko centrum miasta. W skład domu wchodzi mała łazienka z wanną, kuchnia połączona barkiem z salonem oraz sypialnia z wbudowaną w ścianę szafą. Niemalże całe mieszkanie emanuje połączeniem bieli z jasnymi, drewnianymi meblami i zielenią kwiatów i roślin. Moc flory skoncentrowana jest niemalże w każdym kącie. Na pewno należy uważać aby przypadkiem nie usiąść na jakimś Echinofossulocactus.
Orientacja: Heteroseksualna
Praca: Jest świeżą z zawodu florystką. Pracuje niedaleko własnego domu w niewielkiej aczkolwiek bardzo egzotycznej kwiaciarni. Dodatkowo niekiedy dorabia w klubie nocnym swego przyjaciela - jest tam raz kelnerką, raz dotrzymuje klientom towarzystwa, a niekiedy pomaga w sprzątaniu. Ma tam kilku znajomych z dzieciństwa i dzięki temu może czuć się swobodnie.
Charakter: Takie imię składające się z dwóch wyrazów może od razu nakierować słuchacza na trop iście królewskiego savoir vivre. Rzeczywiście można byłoby uznać iż Eleonore Vivienne pochodzi z rodziny szlachetnej krwi. Zdecydowanie wskazuje na to fakt iż NIGDY, ale to nigdy, nie odzywa się nie proszona. Zaszczycona tym faktem została już w dniu narodzin, kiedy to wykryto u niej nieprawidłowości związane ze uszami, a raczej ze słuchem. Niedosłuch więc towarzyszy jej od poczęcia i czynnik ten niesamowicie wpłynął na jej charakter.
Zacznijmy więc od najwcześniejszych relacji w życiu człowieka - życia obok mamy. Matka Eleonore, której na imię było Ammy, od początku darzyła swoją małą, śliczną i niewinną córeczkę głębokim uczuciem. Istotka ta była jedynym oczkiem w głowie, małą księżniczką, która musiała wyrosnąć na kobietę silną i pełną empatii, taką jaką była mama. Od najmłodszych lat, więc Eleonore uczona była szacunku do wszelkich stworzeń żyjących, starych czy młodych, schorowanych czy zdrowych jak ryba oraz radości z każdego kolejnego wschodu słońca, kolejnego motyla w ogrodzie czy nowo uformowanej chmurki na niebie. Twarz małej Ellie (jeszcze wtedy) była ciepła, szczęśliwa i pełna zdrowych, różowych rumieńców. Mama nie zwracała uwagi na to, że jej córeczka nie potrafi płynnie i czysto składać zdań i w wieku czterech lat potrafi powiedzieć tylko kilka wyrazów. Mama była smutna, pozostawiona sama (ojciec Eleanore zostawił ją dla innej kobiety i kilka lat później zmarł; Ellie miała wówczas dwanaście lat) patrzyła się w lustro nie widząc siebie. Odbicie przedstawiało jej kochaną córeczkę. Dopiero jej własna rodzicielka postawiła ją do pionu i wzięła do siebie wraz z "małą, śliczną księżniczką". Można spokojnie powiedzieć, że to właśnie babcia wzięła się za porządne wychowanie Eleanore. Zaczęła od nauki prostych słów i najprostszych znaków języka migowego. Dla Ellie była to prawdziwa zabawa, bardzo polubiła te codzienne ćwiczenia, a co najważniejsze czuła, że jest normalnym, zdrowym dzieckiem. Takie przekonanie wpoiły jej dwie opiekunki. A wtedy nadeszła szkoła. Eleanore nie została przyjęta do szkoły specjalnie przygotowanej do opieki nad dziećmi z wadami i niepełnosprawnością, gdyż pomimo seplenienia i zmieniania szyku wyrazów w zdaniach "mówiła za płynnie jak na kogoś niedosłyszącego". Eleanore doskonale pamiętała swój pierwszy dzień w szkole. Aparat słuchowy nie tylko pozwolił jej na zapoznanie się z typowo szkolnym, radosnym gwarem co otwierał możliwość na zapoznanie się z kimś nowym, z kimś tak samo "normalnym" jak ona. Tutaj jednak pojawiły się niemałe trudności. Chociaż wiele dzieci starało się być dla niej przynajmniej obojętnym, zawsze znajdzie się ktoś kto chętnie skorzysta na czyjejś słabości. Bardzo jej dokuczali. Straciła w ten czas aż dwa aparaty słuchowe, nie mówiąc już o przyjaźniach, które mogła zawrzeć. Na szczęście jej rola kozła ofiarnego zawsze zmniejszała się po wywiadówkowych kazaniach rodziców. Każdy dzień w szkole i zarazem każdy rok jej życia oddalał się coraz bardziej od życia towarzyskiego. Na twarzy dziewczynki już nie tkwił promienisty uśmiech, a obojętna mina. Oczy przestały się świecić, a skóra z różowymi wypiekami, teraz stała się chłodna i nieprzychylna. Chociaż w szkole średniej zaprzestano szykanowań i próbowano się z Eleanore porozumieć, ta zdecydowanie odtrącała większość z rąk wyciągniętych ku niej. Niestety było już za późno. Ale nie za późno dla Eleanore, tylko dla nich. Dziewczyna dalej żyła własnym życiem, tylko teraz nie pokazywała światu swej radości ani szczęścia. Zaczęła robić to po cichu i tylko do siebie lub kilku wybranych osób. Dziewczyna to istna oaza spokoju. Naprawdę trudno wytrącić ją z równowagi, ale kiedy już takowa osoba to uczyni to Eleanore odwróci się na pięcie i od niej po prostu odejdzie. Bo co w sumie miałaby takiego powiedzieć? Czasem pokazuje też jakieś brzydkie znaki w języku migowym, ale robi to głównie dla własnego ale i widzimisię. Dziewczyna nie zabiega o niczyje względy, nie lubi się przechwalać, w ogóle jakoś średnio idzie jej konwersacja z drugim człowiekiem. I nie mam tu na myśli powodów związanych z jej mową, a z faktem, że raczej stroni od rozmawiania z kimkolwiek. Aby Eleanore podjęła wyzwanie i rozpoczęła z drugą osobą dialog to musi być ona naprawdę warta uwagi i ceny za poświęcony jej czas. Inaczej ma się jednak sprawa z osobami, które już zna. Dla nich jest nieco mniej surowa. 
Eleanore wymaga od siebie naprawdę dużo. Lubi stawiać sobie cele i wykonywać je. Wypełnianie tych zadań bardzo satysfakcjonuje dziewczynę. Z tego założenia wychodzi fakt, że jest ona niesamowicie uparta i bardzo trudno zmienić jej zdanie. Gdy już sobie coś ubzdura to może być ciężko ze zmodyfikowaniem jej toku myślenia. Ta osoba to prawdziwa szara myszka.
Hobby: Jednym szczególnym zainteresowaniem dziewczyny jest na pewno florystyka. Tworzy także naturalne kosmetyki z roślin i co bądź - jest w tym naprawdę dobra. Niekiedy lubi także (pomimo wady) słuchać muzyki przez aparat słuchowy, to naprawdę ją odpręża.
Aparycja:
- wzrost: 166 centymetrów
- waga: 60 kilogramów
- opis wyglądu: Eleanore nie jest osobą zbyt szczupłą, ani osobą zbytnio przy kości. Nigdy nie lubiła uprawiać sportów co nieznacznie odbiło się na jej wyglądzie - mogłaby być trochę chudsza. Nie bardzo jej to przeszkadza gdyż nie przybiera na wadze - stroni od słodyczy, mięsa i fast foodów. Zdecydowanie chętniej wybrałaby na obiad sałatkę lub warzywa z ryżem aniżeli pizzę z pepperoni z ketchupem. Po matce odziedziczyła figurę klepsydry i miseczkę rozmiaru B. Dziewczyna posiada bardzo bladą karnację wychodzącą od różu i lekko usianą piegami - zwłaszcza na barkach i okolicach nosa. Duże usta i delikatnie owalna twarz zdecydowanie dodają jej uroku, a niebieskie chłodne spojrzenie potrafi ugasić wzrok każdego śmiertelnika. Najbardziej przykuwającym wzrok elementem jej ciała są zdecydowanie długie, rudawe włosy opływające niemalże całe jej plecy. Pomimo tego, że podczas pracy musi je wiązać i spinać, nigdy nie zdecydowałaby się na ich obcięcie. W szafie trzyma niewiele ubrań, kilka par butów i małą ilość biżuterii - jakoś nigdy nie lubiła się stroić. Zakłada stonowane ciemne lub w pastelowych odcieniach ubrania, stawia bardziej na komfort niż na wygląd. Eleanore niezwykle rzadko się maluje. Nigdy nie kręciło ją poranne wstawanie tylko po to by upiększyć (swoją i tak już przyciągającą wzrok) twarzyczkę.
- pozostałe informacje: Bardzo często można ją zobaczyć z niewielką broszką w kształcie motylka, którą dostała na ósme urodziny od ojca. Co prawda kilka z diamencików bezpowrotnie zatraciło się gdzieś w świecie, ale nie przeszkadza to jej w eksponowaniu prezentu.
- głos: Trudno byłoby umieszczać tutaj próbkę głosu osoby, która jest niedosłysząca. Nie można jednak powiedzieć, że Eleanore jest całkowicie głucha. Nie nabyła swojej niepełnoprawności poprzez wypadek czy powikłanie pochorobowe, po prostu urodziła się z nieznacznym aczkolwiek dosyć uprzykrzającym życie, stopniem umiarkowanego niedosłyszenia. Oznacza to, iż potrafi ona mówić ale czasem ciężko ją zrozumieć przez jej seplenienie czy zmianę głosek wyrazów. Na szczęście pracuje nad dykcją pod okiem starej znajomej matki, która jest logopedą. Jej głos pomimo lekkiego ochrypnięcia jest dosyć wysoki.
Historia: Eleanore urodziła się tutaj w Avenley, gdzie mieszkała jej babcia, ale wraz z rodzicami przeprowadziła się na prowincję. Tuż po urodzeniu padło stwierdzenie, że niemowlę jest głuche, a w najlepszym przypadku niedosłyszące. Jej matka mimo tego wyroku nie zraziła się własnym dzieckiem, jeszcze bardziej pokochała córeczkę. Kiedy miała cztery lata jej ojciec ją opuścił i znalazł nową kobietę, z którą miał ówcześnie dwuletniego syna (jego romans trwał szmat czasu). Ammy bardzo to przeżyła, popadła w depresję i groziła jej utrata kochanej córeczki. Na pomoc przyszła babcia, która zabrała rodzinę do siebie i praktycznie to ona wychowała Eleanore. Wiodła spokojne życie. Po śmierci wszystkich bliskich jej sercu osób przeprowadziła się do serca Avenley River. Eleanore naprawdę nie lubi mówić o swojej przeszłości.
Rodzina: 
- Ammy Jensen - matka Eleanore. Po tym, jak odszedł od niej mąż popadła w stany depresyjne, ciężko było jej zajmować się niepełnosprawną córką. Obydwie darzą się silnym uczuciem, prawdopodobnie jedna wskoczyła by w ogień za drugą. Dla Ammy, "Ellie" zawsze będzie małą, uśmiechniętą dziewczynką. Kobieta była przewlekle chora, a chorowita i słaba od początku życia. Wróżono jej także, że nie donosi ciąży i Eleanore się nie urodzi. Zdarzył się jednak cud, okupiony kalectwem córki. Ammy zmarła cztery lata po śmierci własnej matki. Dziewczyna miała wówczas lat dwadzieścia.
- Cynthia Jensen - babcia Eleanore. Przyjęła swoją córkę i wnuczkę do własnego domu i chociaż sama wiązała koniec z końcem starała się by niczego im nie zabrakło. Ona wzięła się za edukację dziewczynki i zaraziła ją pasją do florystyki. Kiedy matka dziewczyny nie mogła się nią zajmować, robiła to właśnie Cynthia. To dzięki niej teraz potrafi mówić i posługiwać się językiem migowym. Ponadto, zanim babcia odeszła (a stało się to gdy Eleanore miała lat szzesnaście) nauczyła ją sporo przydatnych w przyszłości, umiejętności.
- Adrien Smith - ojciec Eleanore. Odszedł od Ammy do innej kobiety, z którą też miał dziecko (syna, Eleanore go nie zna). Dziewczyna widziała go dosłownie dwa razy w życiu - na jej ósmych urodzinach (na żadne inne nie przychodził), gdzie podarował jej starą broszkę w kształcie motyla i na jego własnym pogrzebie, kiedy Ellie miała la dwanaście. Praktycznie go nie zna.
Partner: Nigdy nie posiadała chłopaka. Chociaż czasem sprawia wrażenie samotnej i zagubionej to nie należy się tym martwić. Już się przyzwyczaiła... Czy jednak aby na pewno?
Potomstwo: Nie przepada za dziećmi.
Ciekawostki: 
- Od początku jej życia, głównym celem Eleanore była nauka języka migowego. Pierwsze ćwiczenia rozpoczęła w wieku lat czterech, a opanowanie znaków i symboli oraz mimiki twarzy nie zajęły jej wiele czasu. Gdy poszła do szkoły z radosnej i przyjaznej dziewczynki szybko zamieniła się w pokorną, nieśmiałą i zdystansowaną samotniczkę. Nie było to jednak spowodowane wyśmianiem jej przez rówieśników, a tym, że bała się własnego głosu. Ilekroć próbowała coś powiedzieć w jej głowie powstawał fałszywy obraz tego, że wszyscy obecni wytykają ją palcami, a ona sama przestaje być sobą. Staje się cieniem własnej niepełnosprawności. 
- Eleanore Vivienne, mimo swego nieco szlacheckiego mienia nie dorastała w rodzinie zamożnej czy nawet średnio zamożnej. Jakoś za specjalnie nigdy nie posmakowała życia w luksusie, ekskluzywnych szat czy szybkich samochodów o niskim podwoziu. To nie oznacza jednak, że jest osobą nieszczęśliwą. Dzięki temu na pewno bardziej wyczulona jest na świat, który ją otacza. Sytuacja materialna zmieniła się dopiero, kiedy sama zaczęła pracować. Praca pochłonęła Eleanore niemalże w całości, widziała w niej odkupienie za wszystkie winy i możliwość spełnienia jednego z jej marzeń - nowy, większy dom, a później po prostu ucieczka z tego miasta i wyjechania gdzieś możliwie jak najdalej.
- Dusza towarzystwa aktywuje się u niej naprawdę często. Warunkiem łobuzerskiego, wesołego i proludzkiego stanu są dwie używki. Jedna z nich to alkohol, a druga to marihuana, po którą (o rany!) dosyć często sięga.
- Nieodłącznym elementem jej życia jest długopis i kartka papieru - dzięki nim łatwiej porozumieć się jej chociażby z klientami klubu gdzie pracuje, a tam zazwyczaj panuje dosyć głośna muzyka uniemożliwiająca swobodną rozmowę. 
- Od zawsze towarzyszy jej śmierć. Członków jej rodziny szczególnie upodobała sobie śmierć. Za jej dotychczasowego życia zmarło aż czterech krewnych: najpierw dziadek, którego nie znała, ojciec, babcia i matka. Eleanore nie ma więc już nikogo bliskiego, a samą śmierć utożsamiła z płynącym czasem i nieuchronnym fatum.
Zwierzęta: Niestety z uwagi na dosyć małe mieszkanie nie może sobie na żadne pozwolić. Bardzo ją to smuci, bo tak naprawdę woli towarzystwo różnego pokroju zwierząt aniżeli ludzi.
Pojazd: -
PD: 200.
Kontakt: Hind [h]