Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dearden. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dearden. Pokaż wszystkie posty

31 mar 2020

Czystka

postacie, które napisały ostatnie opowiadanie w dniach 15.02-31.03 zostają na blogu,
postacie, które napisały ostatnie opowiadanie w dniach 14.01-14.02 dostają upomnienie,
postacie, które nie wykazały żadnej aktywności do 13.11, zostają wydalone

ANDREA
ANGELINE
BETTY
BRIANNE
BROOKE
CANDICE
CHARLIE
DEARDEN
HANBIT
HERMIONE
IRIS
IZZY
KATFRIN
KEYA
LOUISE
LUCILLE
MALLORY
MICHAELA
NOELIA
PRUDENCE
TAYLOR
VERONICA
AARON
ARCHIBALD
ASHTON
BELLAMI
CAIN
CAMERON
CARNEY
CONRAD
DYMITR
IVAN
JAYDEN
JONATHAN
JULIEN
KAI
LIAM
MICHAEL
MILO
NOAH
OLI
SIHEON
TRACE

Podsumowując dzisiejszą czystkę — żegnamy szóstkę postaci, w tym jedną odchodzącą z decyzji autora (zaznaczona kolorem zielonym Keya). Upomnienia zyskało pięć postaci.


administracja

30 lis 2019

Od Dearden do Juliena

Przystanie na propozycję ciotki Juliena było zarówno moją najlepszą, jak i najgorszą z szeregu decyzji podjętych tego wieczoru. Z jednej strony tequila okazuje się świetnym środkiem uspokajająco-odprężającym, szczególnie po, wyjątkowo delikatnie to ujmując, niezbyt przyjemnej rozmową z babką chłopaka. Właśnie jej w dużej mierze zawdzięczam towarzyszące mi podczas przemowy syna pana młodego poczucie rozchichotanej lekkości, kiedy powoli zaczyna ujawniać się wpływ alkoholu na mój organizm. Z drugiej strony jestem na siebie wściekła, bo trunek sprawia, że moje reakcje na wszystko, co dzieje się w zasięgu mojego wzroku są spowolnione i pozbawione barier, którymi od tylu lat dokładnie i skrzętnie się otaczam. Dlatego też, zamiast delikatnego, udającego dezaprobatę uśmiechu, w który to chcę ułożyć usta po zakończonym monologu Juliena, zaczynam się śmiać. Nie głośno, tak naprawdę przypomina to bardziej tłumiony chichot, ale to wystarczy, by posłano w moją stronę kilka par nieprzyjemnych, zdradzających wyraźną przyganę spojrzeń.

14 paź 2019

Od Dearden do Juliena

Przez krótki moment, dla większości osób zapewne zbyt szybko, by uznać go za coś, co przekraczałoby zwykłe zaskoczenie właśnie złożoną mi propozycją, po prostu wpatruję się w niego z nieznacznie zmarszczonym czołem i lekko rozchylonymi ustami. I, chociaż przywołuję się do porządku równie prędko, co pozwoliłam zbić się z pantałyku, nie mogę pozbyć się nieprzyjemnego wrażenia, iż Julien dostrzegł w tym przelotnym zawahaniu nieco więcej niż byłabym skłonna nie tylko przed nim, ale i również przed samą sobą przyznać.  

18 sie 2019

Od Dearden do Juliena

Bycie osobą, która potrafi wykonywać więcej niż jedną czynność naraz jest niezwykle przydatne, Beatrice. Pomoże ci w każdej sytuacji. Powinnaś zacząć próbować się tego nauczyć, słyszałam od Eloise już jako dziecko, kiedy przerywałam wykonywanie przydzielonego zadania, by dołączyć do toczącej się w międzyczasie wymiany zdań. Skupiając się na drugim, zapominałam o poprzednim, a około dziesięcioletnia ja, jako wyraźnie odznaczająca się dla wielu będącą po prostu zwykłym wścibstwem dociekliwością, nie potrafiłam zrezygnować z przyjemności podsłuchiwania rozmów dorosłych i wtrącania w nich swoich pięciu groszy. Jakkolwiek nietrafne by one były.

2 sie 2019

Od Dearden do Juliena

Przez zwróconą w stronę leżącego na szpitalnym łóżku mężczyzny twarz młodej kobiety przemyka cień zaskoczenia zaraz po tym, kiedy jego usta opuszczają skierowane pod jej adres podziękowania. Chwilę później wszelkie ślady zdumienia znikają, a na ich miejsce wpływa pogodny, rozjaśniony lekkim, niektórym mogącym zdawać się nieco kpiącym, ale właściwym dla osoby Dearden Yates i przede wszystkim szczerym uśmiechem wyraz. Wyciąga też dłonie, wcześniej wciśnięte głęboko w kieszenie jej tweedowego płaszcza w celu ukrycia nerwowości ujawnianej przez ich nieznaczne drżenie i opuszcza ręce wzdłuż ciała, próbując, chyba nawet nieświadomie, pozbyć się w ten sposób resztek towarzyszącego jej jeszcze kilka minut temu zdenerwowania.

24 cze 2019

Od Dearden do Juliena

Tego dnia nie potrafię się na niczym skupić. Pierwszą część zajęć, trwającą już trochę ponad godzinę, spędzam z podbródkiem opartym na zwiniętej w pięść dłoni, zamkniętymi oczami oraz niewielkimi pokładami determinacji, utrzymującej mnie uparcie na pograniczu snu i jawy, kiedy to jakaś cząstka mnie ma dość siły, by słuchać choćby ułamka słów wypowiadanych przez profesora wyjaśniającego nam pojęcie oraz zasady funkcjonowania intuicji. Dlatego też, kiedy z głośników mojej komórki zaczyna płynąć sygnał przychodzącego połączenia, a na jej rozświetlonym ekranie pojawia się znajome imię, jeszcze przez moment nie dociera do mnie, że to właśnie dźwięk mojego telefonu sprawia, że wykładowca przerywa monolog i spogląda z dezaprobatą po siedzących uczniach, jakby usiłując domyślić się, który ze studentów winny jest temu zamieszaniu.

23 cze 2019

Od Dearden do Juliena

Wciskam jeszcze lekko drżące dłonie głęboko do kieszeni płaszcza, nie spuszczając wzroku z powoli znikającej w mroku sylwetki Juliena Callière. Dotąd boleśnie ciążące, uczucie niepokoju powoli ustępowało ciepłej fali ulgi, rozchodzącej się po ciele jak roztopione masło. Po niespokojnie miotającym się wewnątrz klatki piersiowej uczuciu niepokoju, które przywodziło mi na myśl dzikie, schwytane w klatkę zwierzę pozostały tylko niewielkie fragmenty i wyjątkowo przykre wspomnienie. 
Stoję w miejscu jeszcze tylko przez krótką chwilę - do momentu, kiedy przypominam sobie o  najpewniej śmiertelnie przerażonej jedenastoletniej dziewczynce siedzącej samotnie wewnątrz pogrążonego w mroku samochodu. Wtedy właśnie, jakby wybudzona z pewnego rodzaju amoku, wracam przyspieszonym krokiem do pojazdu i, gramolę się niezdarnie na przednie miejsce przeznaczone dla pasażera w taki sposób, żeby być zwrócona twarzą do skulonej z tyłu Auburn. Ciemne włosy opadają jej na lekko drżące, domyślam się, iż po części po właśnie przeżytym szoku, i po części z powodu chłodu panującego nie tylko na zewnątrz, ale też i w samochodzie, ramiona. Nie wiedząc, co innego mogę zrobić, ściągam płaszcz i podaję go siostrze Juliena, która, po chwili zawahania, przyjmuje go i zakłada na siebie.

28 kwi 2019

Od Dearden do Juliena

Biorę głęboki oddech i powoli, nieco niepewnie, stukam miarowo w znajome, drewniane drzwi z niewielkim złotym numerem 4 tuż nad okiem judasza. Zauważam, zresztą tak samo jak za każdym razem, gdy odwiedzam to miejsce, że cyfra jest nieco krzywo przyklejona - jej górna część chyli się zbyt mocno ku lewej stronie w stosunku do dolnej i zamiast znajdować się na środku drzwi, jest oddalona od niego o kilka centymetrów. Gdyby było to moje mieszkanie, uporałabym się z tym jeszcze tego samego dnia, w którym podpisałabym umowę najmu lub sprzedaży, jednak zarówno Bram jak i jego współlokator, Nate, zdają się tym zupełnie nie przejmować. Co więcej, ilekroć zwracam im uwagę, wymieniają się porozumiewawczo spojrzeniami, a Nathaniel dodatkowo klepie mnie niedbale po ramieniu ze słowami: 'Beatrice, przestań zachowywać się jak nasza matka. Gdybym chciał słuchać mojej, nie wyprowadzałbym się z domu w chwili ukończenia osiemnastu lat'. I na tym dyskusja się zwykle kończy. Chociaż uwielbiam tego faceta, mam nadzieję, że dzisiaj nie będzie go w domu. Nie jestem w nastroju do żartów.
Zaraz po tym jak opuściłam dom Juliena, nie mogłam zdecydować, dokąd się udać. Mój własny apartament jest najpewniej właśnie oblegany przez Rose i, co ostatnio było dla mnie wyjątkowo niemiłą rutyną, kilka jej najbliższych przyjaciółek, które, przynajmniej według tego, co udało mi się wyciągnąć od Blue, razem z nią uczęszczały na zajęcia w siłowni znajdującej się w którejś z galerii handlowych w Avenley i zawsze brakowało im czasu na pogaduchy. A akurat idealnie się składa, że nasze mieszkanie nie dość, iż jest spore, to jeszcze przez większość dnia puste. Dlatego też od kilku dni pełni funkcję gniazda dla piszczących młodych kobiet, które podczas przygotowywania zdrowych napojów zamieniają moją piękną kuchnię w istne pobojowisko. W tamtej chwili po prostu nie miałam siły na zbędne marnowanie nie tylko czasu, ale i energii w takim otoczeniu. Jeśli chodzi o Adaline, jak to ona, zapewne zamknie się w pokoju lub wróci do swojej galerii i nie wyściubi z niej nosa dopóki nie dostanie ode mnie smsa z informacją o opuszczeniu apartamentu przez znienawidzony przez nią typ dziewcząt.

24 lut 2019

Od Dearden do Oliego - Walentynki [2/2]

Przegryzam nerwowo wargę, zastanawiając się po jaką cholerę w ogóle, wtrącałam się do nieporadnej próby zdobycia numeru telefonu, której podjęła się moja znajoma z pracy - Yvette. Szatynka jest naprawdę sympatyczną dziewczyną, jednak jeśli coś dorównuje jej życzliwości i oddaniu, to jest to brak umiejętności flirtu, z czego zdarza nam się, to znaczy mnie i Patrickowi, czasami naśmiewać. Staramy się robić to jednak w na tyle delikatny sposób, by nie urazić zanadto Yvette. W końcu w żartach nie chodzi o to, by kogoś zranić. 
Przekroczywszy próg studia, zwracam się do Oliego:
- Nie znalazłbyś dla mnie chwili? Od pewnego czasu zastanawiam się nad nowym tatuażem, ale jakoś nie było nigdy okazji go w końcu zrobić - wyznaję, krzywiąc się przy tym nieznacznie. 
Chłopak zatrzymuje się w miejscu i powoli, jakby z celowym ociąganiem lustruje mnie spojrzeniem. Widocznie zastanawia się nad odpowiedzią, porównując wszystkie 'za' i 'przeciw', jednak po jakimś czasie jego głowa porusza się nieznacznie w wyrazie zgody.
Kąciki moich ust drgają w pogodnym grymasie. 
- Co to miałby być za wzór? - zadaje typowe pytanie, wypełniając ciszę, która zapadła, gdy zaczęłam ściągać kurtkę i firmowy fartuch. Dzięki Bogu, że właśnie kończyłam zmianę. Walentynki udało mi się, jakimś cudem, wziąć jako dzień wolny. 
- Nic specjalnego, konstelacja Byka na obojczyku - odpowiadam szybko, sięgając od razu po telefon i wpisując nazwę gwiazdozbioru do wyszukiwarki internetowej. Zaraz po tym pokazuję Oliemu wyniki wyszukiwania.
- To twój znak zodiaku? - pyta, gdy siedzę już gotowa na fotelu. Kiwam szybko głową w odpowiedzi, po czym po chwili dodaję jeszcze:
- Mój i mojej mamy. Miała taki sam tatuaż.
Szybko spuszczam wzrok na splecione na brzuchu dłonie i zaciskam zęby, gdy maszyna zaczyna wydawać ten charakterystyczny dla niej, brzęczący dźwięk. Nie boję się bólu podczas wykonywania tatuażu, ale odgłos zbyt mocno przypomina mi gabinet dentystyczny. I to nie w dobrym znaczeniu, gdyż nie cierpię chodzić do stomatologów. Nie ma nic gorszego niż to bzyczenie i metaliczny, przyprawiający mnie prawie o zawał serca zapach. 
- Miała? - pyta. Podejrzewam, że wiedzie nim czysta ludzka ciekawość, toteż uśmiecham się krzywo. Biorę szybki wdech, zanim zdecyduję się rozpocząć wyjaśnienie. odpowiedzieć.
- Nie żyje - gdybym nie musiała leżeć nieruchomo, najpewniej podczas mówienia wzruszyłabym ramionami. Oli rzuca mi szybkie spojrzenie, odrywając się na moment od pracy, więc zmuszam się do pogodniejszego grymasu. - Zresztą, to nie jest dobry temat na rozmowę. Pozwól, że zapytam, jak radzisz sobie ze społeczeństwem? Tyle się mówi teraz o tolerancji i członkach LGBT, ale nadal często można natknął się na nienawiść w stosunku do osób nie-hetero. 
Chłopak parska krótko.
- Naprawdę uważasz to za lepszy temat do rozmowy? - w jego głosie pobrzmiewa widoczne rozbawienie. 
- Tak? - odpowiadam, ale nieznaczna melodyjność na końcu nadaje mu bardziej pytającego wydźwięku. Zagryzam wargę, by się nie roześmiać. - Nie? 
- Jest w porządku - stwierdza, a gdy w końcu odpowiada na moje pytanie, wyraźnie szczędzi w słowach. Nie zamierzam jednak grymasić.
- Wybrałeś już jakiś prezent dla niego na Walentynki? 
Odpowiada, ale tym razem nie podnosi oczu znad tworzącego się tatuażu. Nie żeby mi to przeszkadzało.
- Nie. 
Kiwam głową, ale nie komentuję tego. Po prostu przymykam oczy i pozwalam Oliemu pracować. Kiedy chłopak kończy, czyści obszar pokrywanej tuszem skóry i dezynfekuje go. Czekam cierpliwie aż owinie go folią i zaklei papierowym plastrem, po czym, już po zapłaceniu, zwracam się do niego:
- Wiesz, jeśli naprawdę wam na sobie zależy, nie musisz wymyślać nic wyszukanego. Jeśli lubi dobre jedzenie, ugotuj coś smacznego albo zaproś go do swojego ulubionego miejsca. A jeśli często ogląda filmy, zróbcie to razem. Walentynki nie polegają tylko na wymienianiu się prezentami, ale też na spędzaniu wspólnego czasu.
Uśmiechnąwszy się po raz ostatni, wychodzę na zewnątrz.

17 lut 2019

Od Dearden do Juliena

- Dzwonek owszem, ale rozumu widocznie ci brakuje - rzucam do Juliena tylko po to, by nie pozostać mu dłużną. Jeszcze dosłownie kilka godzin temu byłam gotowa powiedzieć, iż w końcu zaczynamy się dogadywać, jednak teraz jedyne na co mam ochotę, to zdzielić go po głowie pierwszą twardą rzeczą, jaką uda mi się znaleźć. Mocno, długo i boleśnie.
Zaraz jednak przenoszę spojrzenie na trzecią osobę w tym pomieszczeniu. Szczupła, młoda kobieta o całkiem ładnej twarzy i pięknych, kasztanowych włosach, które opadają na jej nagie ramiona krzyżuje ze mną wzrok, po czym szybko go odwraca, kiedy również wbijam w nią intensywne spojrzenie. Podobnym zlustrowałam ją, kiedy tylko przekroczyłam próg domu Juliena. Przedstawiam się, chociaż nikt mnie o to nie prosi. Zwykle sama staram się uzyskać od innych respekt, jednak teraz posługuję się po prostu nazwiskiem. Jestem pewna, że nie będzie ono kobiecie obce. - Beatrice Yates. 
To, w jaki sposób jej oczy się rozszerzają, daje mi nie tylko znać, iż skojarzyła je z odpowiednimi osobami, ale również straciła nieco na pewności siebie. Mimo iż nie robi tego w widoczny sposób. 
Od zawsze uważałam, że nie ma nic gorszego niż bycie podłym. Szczególnie jeśli tego typu zachowanie skierowane jest ku osobie, która a) niekoniecznie na to zasłużyła, b) już czuje zakłopotanie, i w końcu c) żałuje tego, co zrobiła. Jednak mimo tej zasady moralnej, której uparcie trzymałam się od naprawdę długiego czasu, decyduję się kopnąć leżącego. Metaforycznie, oczywiście. Robię to bardziej pod wpływem rosnącego uczucia zirytowania aniżeli po chociażby krótkim namyśle. 
- Nie wiedziałam, że praca w firmie twojego ojca, Julien, daje dostęp do twojego łóżka. Wasi pracownicy podpisują dokument zgody na pieprzenie się z tobą i jeśli masz ochotę, pokazują ci bilecik i idziecie uprawiać seks? Kurczę, brzmi cudownie - rzucam sarkastycznie. Gdybym nie trzymała w dłoniach dokumentów, najpewniej skrzyżowałabym je na wysokości klatki piersiowej i po prostu się w nich wpatrywała aż zrozumieją, iż wypadałoby się ubrać. Zamiast tego, postępuję w najgorszy sposób, decyduję się dać upust swoim wrzącym emocjom. - Moglibyśmy zostać na chwilę sami?
Słysząc mój ostry głos, kobieta otula się ciaśniej pościelą i rusza w kierunku pokoju, w którym zostawiła swoje ubrania. Kiedy znika z mojego pola widzenia, spoglądam wściekła na Juliena. Zaciskam mocniej dłoń na papierach i zanim któreś z nas zdąży domyślić się, co właśnie robię, chłopak dostaje plikiem dokumentów prosto w twarz. Tak na początek. Zaraz powtarzam uderzenie, tym razem celując w ramię. Cofa się o krok, ale ja od razu robię jeden naprzód.
- Czyś ty do reszty ochujał? - zaklęłam brzydko, atakując go kartkami po raz ostatni. Chociaż gdybym miałam wybór, zdzieliłabym go zdecydowanie mocniej. Julien łapie jednak za moje przedramię i, mimo iż nie robi tego mocno, nie mogę wykonać kolejnego ruchu w jego stronę.
- Uspokój się, Dearden - jego głos zdradza wyraźną irytację z obecnej sytuacji, ale moja jest zdecydowanie większa. Teoretycznie nie mam żadnego prawa, żeby mu cokolwiek teraz wyrzucać, bowiem, po pierwsze, sama zaproponowałam mu pomoc, nieco się narzucając, a, po drugie, i tak nie łączy nas nic poza biznesem zainicjowanym przez naszych ojców. W praktyce jednak czuję się urażona i nie potrafię nic poradzić na tę niewygodną prawdę. 
Chwilę zajmuje mi wyszarpnięcie się z tego niekomfortowego uścisku. Stanie obok praktycznie nagiego Juliena nie sprawia mi najmniejszej przyjemności. Wręcz przeciwnie, zwiększa niezręczność chwili do niewyobrażalnych rozmiarów. Gdy tylko udaje mi się zrzucić dłoń chłopaka ze swojego przedramienia, obrzucam go wściekłym spojrzeniem. Jestem jednak znacznie spokojniejsza. A przynajmniej na tyle, na ile można być w sytuacji tego typu. Kto by pomyślał, że wyrzucenie z siebie emocji w nieco agresywny sposób jest tak satysfakcjonujące.
- Ja mam się uspokoić?  - powtarzam jego wypowiedź, jakby nadal niedowierzając słowom, które właśnie opuściły jego usta. Z moich wydobywa się coś będące na poły prychnięciem, na poły nerwowym, sarkastycznym śmiechem. - Może powinnam jeszcze wyjść i zostawić was w spokoju? Żebyście mogli powtórzyć rundkę czy dwie? Poczekaj no, tylko się ubiorę.
- Wystarczyłoby tylko, gdybyś spróbowała przestrzegać zasady z pukaniem do drzwi. Ludzie z reguły ją respektują - odpowiada zaraz po tym, jak bierze łyk wody ze szklanki. Czuję nagle chęć wyrwania mu jej z ręki i albo oblania go zawartością, albo rozbicia mu jej na głowie. Nie ruszam się jednak z miejsca. Wystarczy mu na dziś. 
- Och, ty natomiast znasz ją aż nad wyraz. Tylko chyba zapomniałeś, że chodziło o drzwi, a nie kobiety - jestem bezczelna i doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Zachowuję się okropnie. Że też musiałam zniżyć się do tak żałośnie niskiego poziomu. Biorę głęboki oddech, mając nadzieję, że to pomoże mi uspokoić trochę pędzące szaleńczo myśli. Dla pewności liczę jeszcze do dziesięciu. - Co tak stoisz? Załóż coś na siebie. Przysięgam, że gdyby nie chodziło o życie twojej niewinnej siostry, wyszłabym przez te drzwi w chwili, gdy tylko przekroczyłam próg. 
Wspomnienie o Aubrun widocznie nim rusza. Wcześniej raczej wyluzowana postawa staje się bardziej spięta i wyprostowana, ramiona opadają nieznacznie, a na twarz wraca wcześniejsza złość wymieszana z zaniepokojeniem. Chociaż tę drugą emocję Julien chce wyraźnie ukryć. 
Opuszcza kuchnię, by znaleźć ubrania, a ja, kiedy Julien znika w którymś z pokoi, ukrywam twarz w dłoniach. Czuję się nagle, jakbym nie spała od kilku dni, a moje ciało nie marzyło o niczym innym niż o położeniu się na wygodnym łóżku i pod ciepłą kołdrą. Wszystko, co się dziś wydarzyło, przerastało mnie w każdym najdrobniejszym szczególe. W takiej pozycji znajduje mnie kasztanowłosa kobieta. 
- Czy wy...? - na dźwięk jej głosu prawie podskakuję. Jestem zaskoczona samym faktem, że po prostu nie opuściła domu Juliena. Bez słowa i jak mysz. Tym bardziej zdumiewa mnie fakt, że zadaje mi jakieś pytanie. Wyjątkowo wścibskie. 
Przewracam oczami, wymuszając krzywy uśmiech.
- Nie, my ‘nie’. Po pierwsze, obrzydliwe. Bez urazy, oczywiście. Po drugie, jesteśmy partnerami biznesowymi. Tylko - w tej krótkiej wymianie zdań, dostrzegam swoją szansę, by dowiedzieć się czegokolwiek o planie Juliena. Jestem ciekawa, co popchnęło go do spędzenia czasu w łóżku z sekretarką. Tak więc, po chwili obustronnego milczenia, podejmuję tę wymuszoną rozmowę. - Podejrzewam, że chciał czegoś w zamian. 
Przegryzienie dolnej wargi było wystarczającym dowodem na to, że mam rację. Sama często tak robię, gdy chcę ukryć prawdę lub gdy się stresuję. Dosyć irytujący tik nerwowy.
Jednak kobieta nie odpowiada. 
Och, no dalej.
Kręci głową i cofa się o krok, jakby to miało jej pomóc w milczeniu. Nie mam siły, by na nią naciskać, dlatego po prostu obserwuję, jak opuszcza dom Juliena, przymykając strasznie cicho drzwi. Pewnie po taksówkę zadzwoniła, zanim zaczęła się ubierać, myślę. 
Decyduję się poczekać na chłopaka w salonie. To znacznie wygodniejsza alternatywa, dlatego pozbywszy się butów, rozkładam się na kanapie. Materiał zapada się nieco pod moim ciężarem, a ja opieram głowę na podłokietniku i wbijam tępo wzrok w śnieżnobiały sufit. 
Pogrążam się w myślach na tyle intensywnie, że nie słyszę kroków Juliena. Dopiero gdy jego ręka znajduje się w moim polu widzenia, zdaję sobie sprawę z jego obecności. Podnoszę się szybko do pozycji siedzącej, robiąc dla niego miejsce na kanapie. 
- Musieliście się nieźle bawić skoro nie chciała mi nic powiedzieć - przerywam ciszę. Moje spojrzenie krzyżuje się z tym Juliena. Nie wiem, które z nich jest bardziej puste. 
- Fakt, mieliśmy całkiem przyjemny czas - odpowiada. Znowu wróciliśmy do czasu, kiedy oboje robiliśmy wszystko na złość drugiemu. Chociaż teraz Julien głównie odbija moje metaforyczne piłeczki. Przewracam oczami. - Uważaj, bo ci tak zostanie, Dearden. 
- Lepiej mieć zeza niż chorobę weneryczną - zauważam z krzywym uśmiechem. 
- Zeza zauważy każdy i psuje widzenie, o chorobie nikt się nie musi dowiedzieć.
O mój Boże, czy on jest poważny?
Wzdycham ciężko, biorąc głęboki oddech.
- W czasie, kiedy ty oddawałeś się przyjemnościom cielesnym, ja przeszukałam zasoby miejskiej biblioteki - próbuję zmienić temat. Wstaję też z kanapy, by zabrać z kuchni kilka spiętych ze sobą kartek. Ponownie siadam obok Juliena i wręczam mu kserokopie artykułów ze starych wydań gazet. - W ciągu poprzednich lat w Avenley porwano czworo dzieci przodujących przedsiębiorców. Dwoje z nich wróciło do swoich rodzin, które zaraz po tym wydały oficjalne oświadczenie o sprzedaży firmy. Pozostała para została uznana za zaginione. Zmierzam do tego, że może być to ta sama grupa, co w przypadku Auburn, a ci ludzie mogliby dostarczyć nam trochę cennych informacji. 
W międzyczasie obserwuję uważnie twarz Juliena, gdy skanuje wzrokiem tekst na kartkach. Rzuca je na stolik kawowy. 
- Nie mamy na to czasu  - odpowiada jedynie. 
- Fakt, ale gdybyśmy chociaż spróbowali porozmawiać z jedną z tych rodzin, może… - zaczynam, ale nie dane mi jest dokończyć. 
- Nie mamy na to czasu - mówi znacznie głośniej Julien, na co nieznacznie się wzdrygam. Następne słowa również wymawiam głośniej niż poprzednie:
- Świetnie. To powiedz mi, jaki masz plan, co? Po prostu oddać im dokumenty i pozwolić zrujnować firmę twojego ojca? Albo może bawić się w komandosa? Próbować ich przechytrzyć? Otóż, mój drogi, dwie pary rodziców z tych artykułów właśnie tak planowały zrobić. I nigdy więcej nie zobaczyły własnych dzieci. Więc o ile nie wymyśliłeś sensownego planu, nie zginie tylko Auburn, ale i również ty.

+10 PD

22 sty 2019

Od Dearden do Juliena

Zabieram dłoń z ramienia Juliena nieco zbyt pospiesznie, by uznać to za spokojnie podjętą decyzję i układam ją ponownie na swoich kolanach, próbując zachować choćby ostatnie pozory opanowania. W środku cała się jednak trzęsę. Nie tyle ze strachu, bo chociaż daje on o sobie znać nader wyraźnie, to nie on jest dominującą emocją, którą obecnie odczuwam. Ta rola przypadła bowiem złości, która z początku powoli, później coraz mocniej zaczęła na mnie działać. Nie potrafiłam nawet konkretnie stwierdzić ku czemu lub komu była ona skierowana. Ku niesprawiedliwości świata czy bezpośrednio w stronę porywaczy siostry Juliena, Auburn. Cholera by to. 
Rozchylam nieznacznie usta, chcąc jakoś zareagować na słowa chłopaka, ale w tej samej chwili głos więźnie mi w gardle i nie potrafię wykrztusić absolutnie niczego. Przerwanie utrzymującej się między nami ciszy wydaje mi się nagle, z jakiegoś powodu, nieodpowiednie, więc ograniczam się jedynie do niemrawego skinięcia głową i równie niezdarnej imitacji pokrzepiającego uśmiechu. 
Zaraz po tym podnoszę się z kanapy i, po ściągnięciu z ramion płaszcza, kieruję swoje kroki do kuchni Juliena. Może to nieco głupie przyzwyczajenie, ale zawsze, dosłownie za każdym razem, kiedy przeprowadzamy w domu poważne rozmowy, robimy to przy herbacie albo melisie - ta akurat mia pomóc swoimi uspokajającymi właściwościami podczas bardziej stresujących dyskusji. Dlatego też mam nadzieję, że w którejś z szafek chłopaka uda znaleźć mi się odpowiednie zioło. Jeśli nie, cóż, herbata zda egzamin. Ostrożnie przeszukuję szuflady i półki, otwierając przeróżne puszki i pudełka aż w końcu, po ciągnącej się w nieskończoność chwili, rozpoznaję w zawartości jednego z opakowań mieszankę melisy i mięty. Robię to naprawdę powoli, wykorzystując czas spędzony na przygotowywaniu napoju na uspokojenie własnych myśli i przynajmniej wstępne przyswojenie całej tej sytuacji. Co naprawdę nie należy do prostych rzeczy nawet, jeśli bezpośrednio mnie nie dotyczy.
Zerkam ukradkiem na siedzącego na kanapie Juliena i momentalnie zalewa mnie fala wyrzutów sumienia i współczucia dla chłopaka. Gdyby się o tym dowiedział zapewne wyrzuciłby mnie za drzwi, dlatego wkładam całą swoją determinację w utrzymanie spokojnego, nieco życzliwego wyrazu twarzy. Przynajmniej tyle mogę zrobić.
Po pewnym czasie wracam do Juliena z dwoma parującymi kubkami naparu z melisy oraz mięty. Po niemalże wciśnięciu mu w ręce jednego z nich, odzywam się nieco niepewnie, nadal nie czując się komfortowo, przerywając ciszę:
- Dobrze ci zrobi -  przywołuję na twarz nieznaczny uśmiech i siadam powoli obok chłopaka, który, jakby w wyrazie jakiejś odmiany niedowierzania unosi spojrzenie ku górze, wbijając je na chwilę w sufit. Jednak, ku mojemu zadowoleniu i pewnej uldze, przysuwa kubek do ust, by wziąć niewielki łyk naparu. - Chciałabym zadać ci teraz kilka pytań, na które, oczywiście, nie musisz odpowiadać. W porządku?
- Niech będzie - odpowiada szorstkim tonem, za co nie mogę go w obecnej sytuacji winić. Rozkładam się nieco wygodniej i, wyjątkowo płaskim, opanowanym tonem, zaczynam próbować wybadać na czym stoi Julien.
- Masz może jakieś przypuszczenia odnośnie osoby lub osób, którzy porwali Auburn? Może to ktoś z firmy? Albo ktoś, komu ty lub wasz ojciec zaleźliście za skórę.
- Problem w tym, że tych ludzi jest zdecydowanie za dużo, żeby wytypować zaledwie kilku podejrzanych - wzrusza nieznacznie ramionami, jakby nagle zwalił się na niego zbyt duży do uniesienia ciężar, pod którym nawet jego cholernie silna wola nie potrafi ustać niewzruszenie. Czuję się naprawdę dziwnie, oglądając go w takim stanie. Tak, jakbym naruszała jego prywatność, oglądając go w pierwszym stadium rozpaczy. Jedynie porównanie, jaki przychodzi mi w tym momencie na myśl, nie należy do najodpowiedniejszych, ale co mi tam. Podobnie czułabym się tylko wtedy, gdybym zobaczyła go nago. Szybko powstrzymuję dalsze podążanie swojej wyobraźni i nieświadomie przegryzam wargę, zastanawiając się nad słowami towarzyszącego mi chłopaka.
- Przykre strony posiadania znaczących rodziców - stwierdzam gorzko zanim zastanowię się do końca nad własnymi słowami. Szybko jednak karcę się w myślach. Mam wspierać Juliena, a nie pogrążać się w podobnym stanie do niego. - Przypuśćmy, że nie należą do amatorów. To najbardziej prawdopodobna opcja, ponieważ nie rzucili się po pierwszą lepszą córkę z dobrego domu, tylko twoją siostrę. Musieli więc znać jej grafik, a do tego potrzeba trochę wysiłku.
- Wychowawczyni stwierdziła, że odebrano ją samochodem podobnym do tego należącego do mojego ojca - wtrąca. Marszczę przez chwilę czoło, przetwarzając tę informację.
- Czyli wychodzi na to, że mają też dostęp do niemałej sumy pieniędzy. A skoro nie są, prawdopodobnie, początkującymi, muszą zostawić po sobie jakiś ślad. Gdzieś muszą być o nich jakieś informacje. Pojadę do biblioteki i przejrzę stare wydania gazet. Nie pojawili się przecież znikąd, a jeśli mają jakieś doświadczenie, musieli już zabłysnąć w tej branży - zastanawiam się przez chwilę nad własnymi słowami, jakby sama przetwarzając słowa, które dopiero co wydobyły się spomiędzy moich ust. - Zauważyłeś jeszcze coś? Może jakieś charakterystyczne dźwięki w tle? Szum wody, maszyny? Cokolwiek?
Julien unosi wzrok, wcześniej wbity w płynną zawartość kubka, i marszczy czoło w zamyśleniu.
- Mówił ze wschodnim akcentem - odpowiada krótko, rzucając mi zmęczone, ale nadal pełne czujności spojrzenie. - Tylko tyle.
Uśmiecham się w ten sam sposób, co Eloise, kiedy jako małe dziecko opowiadałam jej o swoim problemie lub strachu. Życzliwie i pokrzepiająco, jakby ten nieznaczny przyjazny grymas miał na celu poradzić sobie z całym złem tego świata, które mnie spotykało. A przynajmniej taki wtedy mi się wydawał.
- To już jakaś wskazówka - przechylam lekko głowę, zastanawiając się nad kolejnymi słowami, które mają zaraz opuścić moje gardło. Biorę głęboki oddech. - Wiesz już, co zamierzasz zrobić?
Julien prostuje się, spoglądając na mnie z dziwną intensywnością. Szybko jednak, zaraz po tym jak chłopak zamyka przy mrugnięciu oczy, jego spojrzenie znowu wydaje się twarde i zmęczone.
- Jeszcze nie, ale na pewno nie pozwolę, aby zrobili cokolwiek Auburn.
Przysuwam się bliżej bruneta i obejmuję go ostrożnie ramieniem. Wzdryga się nieznacznie, ale mnie nie odtrąca. Zaskakuje mnie to jaki jest ciepły. Spodziewałam się, sama nie wiem, może chłodu? Ale na pewno nie takiego ciepła.
- To jest nas dwójka. Wiem, że to nie brzmi najlepiej, ale cierpliwości. Jeśli będziemy postępować ostrożnie, Auburn wróci do domu cała i zdrowa - ściskam lekko jego dłoń i ponownie, tym razem zdecydowanie wolniej, się odsuwam. - Dlatego też, Julienie, chciałabym cię prosić, żebyś nie działał pochopnie. Może w filmach wydaje się to proste, ale tutaj im mniejsze ryzyko, tym lepiej. Jeśli zależy ci na tym, żeby Auburn nic się nie stało, a doskonale wiem, że tak jest, to powinieneś zastanowić się co najmniej dwukrotnie, zanim podejmiesz jakąś decyzję. Jestem tu, żeby choć w pewnym stopniu ci pomóc, dlatego, jeśli będziesz się nad czymś wahał, po prostu zapytaj, okej?
Nie otrzymuję żadnej odpowiedzi, ale wzrok chłopaka jest nadal przytomny i czujny, dlatego uznaję, iż do jego uszy dotarły moje słowa. Ściskam jeszcze raz jego rękę, po czym podnoszę się niezdarnie z kanapy.
- Wyślę ci smsa, kiedy uda mi się cokolwiek znaleźć. A, wnioskując z ilości czasopism informacyjnych w naszym mieście, będę miała trochę pracy - silę się na kiepski żart i zakładam na ramiona wcześniej ściągnięty płaszcz. Kieruję się ku drzwiom wejściowym, zatrzymując jedynie na moment, by skierować do Juliena prędką prośbę. - Wiem, że to niezbyt odpowiedni moment, ale na blacie zostawiłam ci dokumenty do podpisania. Zaznaczyłam odpowiednie strony karteczkami, więc gdybyś był tak uprzejmy, nabazgraj tam swoje imię i nazwisko.
Nieznaczne skinięcie głową musi mi wystarczyć.

Julien?

+10 PD

16 sty 2019

Od Dearden do Juliena

Stwierdzenie, że zareagowałam źle, kiedy zajrzałam do piekarnika, byłoby niedopowiedzeniem stulecia. Może nawet ery. Uchyliwszy drzwiczki, odskoczyłam na tyle, na ile pozwalało mi otoczenie i własne umiejętności, ledwo unikając zetknięcia się z czarną jak węgiel chmurą dymu. Niczym w najbardziej typowych filmach komediowych, obłok o barwie smoły wydobył się z otwartego urządzenia. Szybko zakrywam usta i nos dłonią, jednak i tak zaczynam wkrótce kasłać. Cholera jasna!
Kiedy ciemna zasłona opada, mam w końcu okazję, żeby przejrzeć się zwęglonym ciastkom. Każdy z nich, mimo wcześniejszych różnorodnych kształtów, wygląda teraz jak bryłka opału. Jakby tego było mało, cuchną spalenizną i najpewniej na Amen przykleiły się do brytfanny. Mimo wcześniejszej złości na Juliena i samą siebie, parskam śmiechem. Opieram się o blat i ponownie przysuwam dłoń do warg, tym razem jednak po to, żeby uspokoić swój nagły wybuch radości i stłumić chichot. 
- Co cię tak bawi? - wędruje wzrokiem ode mnie do niekształtnych resztek, jakby usiłując poznać odpowiedź samemu. Nie ma tak łatwo.
Nadal trzęsąc się ze śmiechu, tym razem bawi mnie bardziej własne zachowanie niż początkowy powód, wskazuję na jedną z nieregularnych pozostałości. 
- Ten wygląda trochę jak ty. Nawet nie trochę. Kropka w kropkę - nie mogę powstrzymać kolejnego chichotu. Julien spogląda na mnie z politowaniem, tak jak gdyby nie mógł uwierzyć, że spędza czas w towarzystwie kogoś takiego jak ja. W końcu jesteśmy przecież po bitwie jedzeniowej, którą, co oczywiste, wygrałam, a teraz jeszcze śmieję się z żartu niezbyt wysokich lotów. I to własnego. Jego mina rozbawia mnie jeszcze bardziej. Udaje mi się jednak, jakimś cudem, powstrzymać przed kolejnym radosnym parsknięciem. 
Już względnie spokojna, rozglądam się po wnętrzu domu Juliena, które znajduje się w, co najmniej, opłakanym stanie. Ściany pokryte są, dzięki Bogu, głównie brokatem, więc ich zmycie nie powinno stanowić większego problemu. Podłoga wygląda najgorzej. Oberwała dosłownie wszystkim; lukrem, mąką, brokatem i nawet śniegiem, który już w ciekłej formie pokrył jej pewną część. Kuchnia zdaje się mieć nie najgorzej, ale wiem, że schodom i górnemu piętru również nieźle się dostało. Wzdycham cicho pod nosem, usiłując wymyślić, jakim cudem wymigać się od sprzątania tego bałaganu. 
Sięgam po telefon, kiedy jego wyświetlacz rozświetla się od jakiegoś powiadomienia. To jedynie krótka wiadomość od koleżanki ze studiów, ale mogłam przeobrazić to w niezłą wymówkę, która uratowałaby mnie od latania z odkurzaczem. 
- Och, muszę lecieć. Bart i Cissie znowu terroryzują inne dzieciaki w przedszkolu, a Ray i Eloise są w pracy - przybieram zmartwioną minę, kiedy przesuwam wzrokiem po wyimaginowanych linijkach równie fałszywej wiadomości. Szybko wsuwam komórkę do tylnej kieszeni spodni, kierując swoje kroki ku drzwiom wejściowym i usiłując nie robić tego zbyt szybko. 
W połowie drogi, Julien chwyta mnie za ramię. 
Cholera. Cholera. C h o l e r a!
- Nie tak szybko, Dearden - w ostatniej chwili udaje mi się złapać równowagę i założyć na twarz, metaforyczną oczywiście, maskę bezbrzeżnego zdumienia. Spoglądam na Juliena z klasyczną, pseudo niewinną 'ale o co chodzi?' miną, tak charakterystyczną dla małych dzieci i... no cóż, mnie.
- To naprawdę ważne, Julienie - próbuję uderzyć w nieco rozpaczliwy ton. Każdemu, kto kiedykolwiek stwierdził, że warsztaty teatralne są kompletnie nieprzydatne, najchętniej pokazałabym środkowy palec i uświadomiła, jak bardzo się mylą. 
- Pokaż smsa, a cię puszczę.
Co za  d u p e k.
Zaskoczona zapominam, by zamaskować reakcję na jego słowa, więc chłopak od razu upewnia się, że jego przypuszczenia były jak najbardziej prawdziwe. Ugh. Moja twarz wykrzywia się w kapryśnym grymasie w tej samej chwili, kiedy kąciki jego ust wędrują ku górze, a wargi układają się w pełen samozadowolenia uśmiech.
Czasami nie mam pojęcia czy go trochę lubię, czy jednak nienawidzę.
Rzucam pod adresem chłopaka kilka nieprzyjaznych, delikatnie sprawę ująwszy, słów i sięgam po opartą o ścianę szczotkę do zamiatania. Skoro nie ma szans, żeby udało mi się wymknąć, mogę chociaż zrobić to jak najszybciej.

~~*~~
Prycham pod nosem z wyraźną złością, kiedy wyświetlacz mojego smartfona, po raz kolejny w ciągu niespełna trzydziestu minut, rozświetla się, by ukazać kolejną serię wiadomości, powiadomień i, o Boże, następne połączenie. Nie mam najmniejszej ochoty odbierać, ponieważ doskonale zdaję sobie sprawę, że Ray dzwoni w jakiejś biznesowej sprawie. Mój ojciec, jeśli chodzi o życie prywatne, najczęściej wysyła krótkiego smsa. W niektórych aspektach firmowych również posługuje się wiadomościami, ale odkąd tylko pamiętam zwykł powtarzać, że zwykła rozmowa jest najlepszym środkiem ustalania warunków. Pozwala to na wychwycenie zmian w głosie rozmówcy; poznania jego szczerej opinii zaraz po pomyśle czy stosunku do sprawy.
- Tak, słucham? - włączam tryb głośnomówiący. Adaline zaszyła się w swoim pokoju, a Rose nie wróciła jeszcze do domu. Mam więc pewną swobodę.
- Dearden, słonko, w tych papierach, które ci wczoraj przekazał Richard brakuje kilku podpisów. Twoich i Juliena, więc jeśli dałabyś radę przynieść mi je na biurko jutro rano, moglibyśmy ruszyć z pracami. 
Och, a więc jednak nie jest tak źle.
- Jasne, tato. Jutro rano je osobiście dostarczę - niemalże wzdycham z ulgą, kiedy okazuje się, że chodziło tylko o taką błahostkę. Ostatnio musiałam siedzieć na piekielnie nudnej konferencji, na której ja i Richard zastępowaliśmy ojca, bo ten miał inną, ważniejszą. 
Wysyłam Julienowi szybkiego smsa i dzwonię po taksówkę. Nie wiem, czy chłopak jest w domu, ale pozostaje mi liczyć na jego obecność. Poza tym, gdyby było inaczej pewnie by mi odpisał. 
Drzwi okazują się otwarte, więc szybko pokonuję próg i zrzucam niedbale buty zaraz po jego przekroczeniu. Rozglądam się dookoła, ale nie dostrzegając nigdzie choćby cienia obecności Juliena, zaczynam szukać go po różnych pomieszczeniach. W końcu, kiedy udaje mi się wychwycić głos chłopaka, znajduję go odwróconego przodem do okna i rozmawiającego przez telefon. 
Nie chcąc mu przeszkadzać, opieram się o ścianę i wsłuchuję się, z początku z ciekawością, w jego część konwersacji. Zaraz jednak zdaję sobie sprawę, że to nie jest zwykła rozmowa, bowiem głos chłopaka wydaje mi się okropnie napięty. Zresztą jego postawa mówi to samo. Marszczę brwi lekko skonsternowana faktem, że chłopak nie zdaje sobie sprawy z mojej obecności, ale nadal milczę i uważnie wsłuchuję się w to, co mówi. I z każdą chwilą coraz mniej podoba mi się, to o czym się dowiaduję. 
Kiedy zaczynam rozważać, czy nie powinnam przypadkiem wyjść z pomieszczenia, jeden z nich kończy rozmowę telefoniczną. Julien daje upust zirytowaniu, ale nadal nie spogląda w moją stronę, toteż wiedziona wyrzutami sumienia staję obok niego i chwytam za rękę, chcąc go choć nieznacznie pokrzepić.
Odwraca się w moim kierunku tak gwałtownie, że ledwo powstrzymuję się przed odskoczeniem.

Julien?

+10 PD

21 gru 2018

Od Dearden do Juliena - Ho ho ho!

Rozchylam nieznacznie usta, gotowa, by podjąć wyzwanie słowne, ale zanim zdecyduję się, co mam do powiedzenia, zaciskam wargi w wąską kreskę i kręcę głową w wyrazie zrezygnowania. Zdaję sobie bowiem sprawę, iż kolejna dyskusja z Julienem nie ma przecież najmniejszego sensu. Jak zwykle prowadziłaby pewnie do niekończącej się pętli jeszcze większych złośliwości, a on grałby mi na nerwach z dużo większą łatwością niż ja na jego. Poza tym dzisiaj brakuje mi zwyczajnie siły, by się takową zająć, bo wczorajsza kłótnia z Bramem i jej poranna kontynuacja sprawiły, iż odechciało mi się robić cokolwiek, co wymagało otwarcia ust. 
Wdycham więc cicho i zgarniam gwałtownie rzucony na blat plik papierów, by zaraz, nieco niezdarnie, wskoczyć na czysty kawałek blatu kuchennego. Kątem oka obserwuję przygotowującego dla siebie śniadanie chłopaka, jednak większość mojej uwagi pochłania zajmowanie się stertą dokumentów, które pospiesznie wertuję w poszukiwaniu jednej, acz najbardziej interesującej mnie w tej chwili kartki. 
- Jest mały problem z pieniędzmi - odzywam się nagle, kiedy w końcu odnajduję zagubioną stronę ze wstępnym oszacowaniem kosztów renowacji budynku placówki szkolnej. Prześlizguję uważnym spojrzeniem po szeregach liczb, wykresach, plusach i minusach aż zauważam poszukiwany przez siebie numer. Nie otrzymuję od chłopaka żadnego znaku, iż ta poznanie jakiejkolwiek informacji choć odrobinę go interesuje, mimo to, po chwili ciszy wypełnianej jedynie odgłosami przygotowywania posiłku, odczytuję na głos zapisaną kwotę. - Trochę ponad pięćdziesiąt tysięcy. 
Julien odrywa się na chwilę od wykonywanej czynności i spogląda mnie przez dłuższą chwilę, jakby intensywnie się nad czymś zastanawiając.
- Jakieś pomysły?

7 gru 2018

Od Dearden do Juliena

Dupek. Po prostu dupek.
Dawno nie czułam takiej irytacji na samą myśl o jakiejś osobie, a na tę chwilę po prostu nie potrafię przywołać imienia Juliena bez dopasowywania do niego odruchowo kilku wyjątkowo złośliwych epitetów. Niemniej nie mogę nie przyznać mu czasami racji, bo chociaż był osobą potrafiącą z piekielną wprawą grać na czyichś nerwach - z moimi wychodziło mu to wyjątkowo łatwo - nie potrafiłam mu odmówić rozsądku. A przynajmniej w ostatniej sprawie. Kiedy już ochłonęłam z części emocji, w myślach zaczęłam piętnować samą siebie za ten otwarty przejaw emocji. Była to ostatnia rzecz, jaką powinnam wtedy uczynić, ale kiedy moje oczy napotkały to pewne siebie spojrzenie chłopaka i zauważyły złośliwy uśmieszek po prostu we mnie zawrzało. Jakim prawem ten... ten dzieciak rości sobie prawo do oceniania mnie i mojej rodziny. Nie miał zielonego pojęcia na temat całej sprawy. Wszystkie jego informacje pochodziły ze stron najpospolitszych pismaków żerujących na ludziach i czekając tylko na moment, by uderzyć. By wybić się na czyimś błędzie.
 Potrząsam głową, by pozbyć się natrętnych myśli i próbuję skupić ja na czymś innym. Na czymkolwiek. Koniec końców, niczym stereotypowy młody człowiek dzisiejszych czasów kończę ze smartfonem w dłoni. Z nudów zaczynam przeglądać najnowsze wiadomości, o których informujące powiadomienia wyskakują mi za każdym razem, kiedy pojawi się coś z kręgu moich zainteresowań. Dlatego też zaczynam czytać artykuł o nowej sztuce, której premierę zapowiedział miejski teatr. Sztuce, do której dwukrotnie próbowałam się załapać - raz jako aktorka, drugi raz już jako pomoc, żeby zdobyć więcej doświadczenia. Jednak zdobywający popularność młody reżyser ściągnął tylu ludzi, że brakło dla mnie miejsca. Kolejne rozczarowanie w tej strefie mojego życia w ciągu tak krótkiego czasu.
Zdecydowanie nie mam zamiaru wspominać o tym ojcu. A przynajmniej nie teraz, kiedy muszę się wytłumaczyć z zajścia ze szkoły. Mogłabym się założyć o cokolwiek, że już o wszystkim wie i tylko czeka aż przekroczę próg domu, by wziąć mnie na rozmowę. Ray był zdecydowanie najlepszym człowiekiem jakiego dane mi było poznać, ale sprawy biznesowe traktuje nadzwyczaj poważnie i nie obchodzi go czy błąd został popełniony przez zwykłego pracownika, czy członka jego rodziny. Obydwoje mają przechlapane.
Nie mam pojęcia ile dane mi było czekać na Juliena, ale przez cały ten czas - chociaż sama jestem tym ogromnie zaskoczona - nie ruszyłam się z miejsca. Po prostu stałam oparta plecami o ścianę z podkurczonym kolanem w taki sposób, że but dotykał ciemnozielonej tapety pokrywającej beton. Pewnie zostawiłam na niej ziemistych kilka śladów, kiedy z nudów wybijałam stopą jeden z łatwiejszych rytmów, które nauczyciele pokazują aplikującym do szkoły muzycznej uczniom. Dwa wolne, dwa szybkie. I tak w kółko.
Kiedy w końcu znajoma postać wychodzi, a właściwie praktycznie wybiega - idzie tak żwawym krokiem, że przez chwilę zastanawiam się czy po prostu mnie nie wyminie i nie pójdzie dalej - od razu wyrównuję z nim krok. W napiętej atmosferze opuszczamy budynek, a kiedy znajdujemy się na otwartej przestrzeni, zirytowana jego milczeniem i brakiem choćby najbardziej okrojonego wytłumaczenia całej tej sytuacji chwytam go za ramię, zmuszając do zatrzymania. Julien spogląda na mnie z wyraźną irytacją, kiedy to robię, ale spomiędzy jego ust nie wydobywa się żadne słowo.
Prycham niczym rozjuszona kotka.
- Nic? Naprawdę nic? Choćby nawet, no nie wiem, zobaczyłeś starą przyjaciółkę i chciałeś się mnie pozbyć, żeby nie wyszło dwuznacznie?
Uśmiechnął się krzywo, jakby moja wypowiedź go rozbawiła. Nie w tym pozytywnym znaczeniu, bardziej w złośliwy sposób.
- Myślisz, że bym się tym przejął?
- Nie mam pojęcia! Prawie nic o tobie nie wiem, a to było pierwsze, co przyszło mi do głowy! - brzmię komicznie, sycząc na niego odpowiednio głośno, by mnie usłyszał, ale nie aż tak, żeby zaczęli nam się przyglądać przechodzący obok ludzie. Znalezienie się w centrum uwagi jest ostatnią rzeczą na jaką mam teraz ochotę.
Jego twarde spojrzenie dobitnie uświadamia mi, że Julien nie ma zamiaru zdradzić mi niczego na temat tego, co się wydarzyło w barze.
Co za pieprzony dupek, myślę. Ale zamiast tego mówię spokojnie, ale tak żeby było widać, że nie odpowiada mi taki obrót sprawy:
Jak sobie chcesz - nie mam zamiaru całkowicie porzucić tego tematu, ale jeśli mam szansę go rozwinąć w przyszłości, jestem skłonna na razie odpuścić. A przynajmniej spróbować. Drogę dzielącą nas od stacji metra pokonujemy już w ciszy, która, dla mnie, jest zdecydowanie niekomfortowa. Wcześniej rześkie i chłodne powietrze teraz jest ciężkie i tak gęste, że gdybym miałam przy sobie nóż mogłabym je pokroić.
Dawaj, Beatrice. Wymyśl coś, żeby go zatrzymać. Wiesz, że potrzebujesz tej informacji. 
- Może skusisz się na mecz tenisa ziemnego? Kort powinien być wolny, więc o ile nie jesteś zajęty, moglibyśmy zagrać przynajmniej raz. Skoro nasza rozgrywka bilarda została przerwana - odzywam się, kiedy moje oczy wychwytują nadjeżdżający podziemny pociąg. Dokładnie ten, w który musimy wsiąść, aby znaleźć się w pobliżu rodzinnego domu.
Julien przez krótki moment wbija we mnie to samo spojrzenie co wcześniej, jakby dokładnie wiedział, na co skrycie albo nie jednak tak ukrycie liczę. Doskonale wiedział jak działa mi na nerwy, a swoim milczeniem dodatkowo podnosił mi i tak już wysokie ciśnienie. Jeszcze trochę i, przysięgam, skończę w szpitalu z zawałem.
- Skoro tak ci zależy - rzuca niedbale, a ja wciągam głośno powietrze przez nos. Podły i zarozumiały.
- Zastanawiam się jakim cudem Adaline wytrzymała z tobą tak długo - odpowiadam podobnym tonem po czym wskakuję jako pierwsza do wagonu. Przez głowę przelatuje mi wiele myśli, część mnie cieszy się z powodu zgody Juliena, druga krzyczy, że to była najgorsza decyzja w moim życiu. Obie jednak się zgadzają, żebym skopała mu tyłek podczas tego cholernego meczu.

~~*~~

- I popatrz, w końcu wyglądasz porządnie! - rzucam złośliwie w kierunku nadchodzącego Juliena, kiedy ten w końcu wychodzi z wnętrza domu. Zmienił swoje zwyczajne ubranie na jeden z należących do mojego brata strojów do tenisa i chociaż nie wyglądał źle, nie potrafiłam powstrzymać się od lekkiej kpiny. Po prostu… nie potrafiłam inaczej. Albo też nie chciałam.
- To samo mogę powiedzieć o tobie.
- Auć - stawiam dwie butelki z wodą poza linią wytyczającą linię boiska. Latem otwarty kort został obecnie zamknięty pod czymś w stylu ogromnego materiałowego namiotu. Ale dzięki systemowi grzewczemu zainstalowanemu pod nawierzchnią było tam ciepło i przyjemnie, co pozwalało na grę niezależnie od pogody panującej na dworze. A na tę rozrywkę decydowaliśmy się całkiem często.
Każde z nas wybiera sobie rakietę, a ja sięgam dodatkowo po jaskrawozieloną piłeczkę, którą ważę przez moment w dłoni zanim wykonam serw. Zaczynam ostrożnie, chcąc dokładnie przyjrzeć się sposobowi gry Juliena i zakresowi jego umiejętności. Lekcja pierwsza, gdy rozpoczyna się jakikolwiek pojedynek - nigdy nie lekceważ przeciwnika.
Radzi sobie, stwierdzam, kiedy po raz kolejny odbija posłaną ku niemu zieloną kulę. Wtedy uderzam nieco inaczej niż wcześniej, mocniej, szybciej, a piłka uderza idealnie obok chłopaka. Pierwsze punkty sprawiają, że czuję jak w moich żyłach zaczyna krążyć adrenalina. Jestem zmotywowana i zdecydowanie nie mam zamiaru przegrać.
Pierwszy set kończy się moją wygraną - sześć gemów do trzech. Drugi zresztą tak samo, chociaż pod koniec piekielnie bolą mnie ręce, a twarz zraszają kropelki potu. Zaczynam oddychać równo i głęboko, próbując uspokoić gnający oddech i sięgam po już prawie pustą butelkę z wodą. Kiedy osuszam ją do końca, Julien proponuje mi swoją.
Unoszę brwi w wyrazie zaskoczenia, ale po chwili wahania przyjmuję pomoc.
- Nadal... nie masz zamiaru... mi nic... powiedzieć? - mój głos i tak jest urywany, kiedy próbuję w miarę spójnie wyrzucić z siebie pytanie.
- Możesz tylko o tym pomarzyć - jestem pewna, że jego zmęczenie jest równe mojemu, jednak jakoś udaje mu się nie zająknąć. Co za irytujący skurczybyk. Jakby celowo robił wszystko, byleby tylko podnieść mi ciśnienie.
Chociaż nie. Nie przejmowałby się moim zirytowaniem. Po prostu taki miał sposób bycia.
Wzdycham więc z wyraźnym rozdrażnieniem.  Ten człowiek jest niczym chodząca zapalniczka wśród ludzi, którzy przypominają ładunki wybuchowe. Nie znam nikogo, kto byłby tak… ugh, nawet nie potrafię tego odpowiednio nazwać.
- Dlaczego musisz być takim nieznośnym… - zaczynam, ale nie dane mi jest dokończyć myśl.
- O, tu jesteś - oboje odwracamy się w kierunku wyjścia, kiedy słyszymy zza pleców znajomy głos. A przynajmniej dla mnie. Spojrzenie Brama zamiera na długą chwilę na Julienie, po czym przenosi się na mnie. Taksuje mnie od czubka głowy aż po końce butów.
Uśmiecham się lekko, podchodząc do blondyna i ściskając go na powitanie. Doskonale zdaję sobie sprawę, że muszę odwrócić jego uwagę od towarzyszącego mi chłopaka. Nie robiliśmy nic nieodpowiedniego, ale Grayson mógł to różnie odebrać.
- Coś się stało? Nie dostałam od ciebie żadnego smsa - pytam go zaraz po tym, kiedy wypuszcza mnie z objęć.
Ten rzuca Julienowi kolejne spojrzenie, po czym nasze oczy na powrót się spotykają.
- Uznałem, że moglibyśmy wybrać się do kina. Na ten film, o którym ostatnio wspominałaś - jeden z kącików jego ust unosi się lekko ku górze.
Och.
- Jasne. Daj mi pół godziny i możemy jechać - odwzajemniam jego uśmiech i spoglądam na Juliena. Szybko łapie, że staram się mu niewerbalnie zasugerować, iż powinien wracać już do siebie.
Ten jednak nie może po prostu odejść. Oj, nie. Cóż to by była za skaza na honorze, jeśli nie odszedłby bez trzaśnięcia za sobą drzwiami. Metaforycznymi, oczywiście.
- Zamiast do kina zabierz ją na bilard. Dzisiaj już trochę ćwiczyliśmy - moje usta zastygają lekko uchylone, kiedy z mieszanką wściekłości i zaskoczenia obserwuję jego poczynania. Następnie, widząc moją minę, zwraca mruga do mnie zawadiacko. Mój Boże. Nie dodawaj już nic. Proszę cię, po prostu zamilcz. Ten jednak nie ma zamiaru się zatrzymywać. - Fajne biodra.
Po czym opuszcza namiot zostawiając mnie w jednej z najbardziej niezręcznych sytuacji, w jakich dane było mi się znaleźć.

Julien?

+10PD

12 lis 2018

Od Dearden do Juliena

Okej, muszę przyznać, że zupełnie nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy. Chociaż nie, wróć, odwołaj. Może jednak troszkę, nieco niepewnie przeczuwałam, że znajomy Adaline nie będzie klasycznym przykładem chłopca z zamożnej rodziny, dla którego najważniejszą rzeczą jest, że ma najdroższy samochód na podjeździe i równie kosztowny strój. Ale postać Juliena zdecydowanie odbiega od moich wyobrażeń. I to w taki sposób, że ta konwersacja sprawia mi coraz mniej przyjemności, stając się trudną, ciążącą na całym ciele, duszącą. A samo wspomnienie głośnej afery sprzed ponad kilkunastu lat dotyczącej mojego ojca było po prostu ciosem poniżej pasa. Poniżej jakiejkolwiek godności. Adaline ma dziwny talent do wybierania sobie osobliwych znajomych, muszę jej to przyznać. Ale może lepiej, żeby trzymali się oni ode mnie z daleka. Mam dosyć własnych spraw na głowie.
Gryzę się w język, zanim zdążę odpowiedzieć niezbyt uprzejmym komentarzem. Staram się jak mogę, by nie brzmieć jakby uraziły mnie jego poprzednie, nieprzyjemne słowa. A trochę ich było.
- Może lubię słuchać o wydawaniu pieniędzy i kontraktach? Może sprawia mi to przyjemność i to dużo większą niż rozmowa z tobą? - pytam lekko ironicznie, ciekawa odpowiedzi. Chciałbym zbić go z tropu, zawstydzić, sprawić, by poczuł się jak ja przed chwilą. Cholera jasna, cokolwiek.
- Na pewno nie - stwierdza jedynie, co wywołuje u mnie widoczne niezadowolenie i, już mniej uzewnętrznioną, irytację. Jakimś cudem to spokojne stwierdzenie mnie denerwuje. Ta pewność ukryta za słowami Juliena sprawia, że zaciskam wargi, które jeszcze kilka minut temu wygięte były w uśmiechu, który bez najmniejszych oporów można było nazwać życzliwym.
Kiedy chłopak spogląda na moment w innym kierunku, przewracam oczami, by dać, choć w minimalnym stopniu, upust negatywnym emocjom kłębiącym się wewnątrz mnie. Nie przewidziałam jednak, że będzie to tak krótkie odwrócenie wzroku, bowiem zanim zdążę ponowne przybrać uprzejmy wyraz, spojrzenie Juliena ponownie ląduje na mojej twarzy. Ups. Dzięki Bogu, że ogrodowe oświetlenie nie zapewnia idealnej widoczności. W ten sposób rumieniec, który momentalnie wykwitł na moich policzkach jest praktycznie niewidoczny. 
- Odnośnie szkoły, jeśli masz oczywiście czas, chciałabym wybrać się tam już jutro. Umówienie wizyty nie będzie trudne, powinni być zadowoleni ze sprawnego postępowania sprawy - zmieniam temat, który znowu zaczyna krążyć wokół biznesu. Nie mam pojęcia czemu, ale w towarzystwie Juliena wydaje mi się on dużo bezpieczniejszą, bardziej komfortową opcją. Chociaż nie, może jednak wiem dlaczego tak jest. Na tę chwilę syn przyjaciela taty jest ostatnią osobą, z którą chciałabym rozmawiać o prywatnych sprawach. - A skoro nie należysz do osób lubiących pokazywać innych ilość swoich pieniędzy,  pewnie nie będzie ci przeszkadzać, że pojedziemy tam metrem, nie samochodami. 
- Żeby nie wzbudzić dodatkowego zainteresowania? - szybko pojmuje co mam na myśli, i, o dziwo, wygląda jakby się ze mną zgadzał. Przynajmniej jeden problem z głowy.
- Tamtejsi uczniowie mogą być... niezbyt przyjaźnie do nas nastawieni. Właśnie przez ten skandal, o którym wspomniałeś - dopowiadam, kładąc nacisk na jedno ze słów i spoglądając przy tym na Juliena ze złością. Zaraz potem jednak ponownie przyklejam do twarzy uśmiech. Wystarczający, by uznać go za uprzejmy. Tak właśnie zazwyczaj się zachowuję - pozwalam na chwilę swojej bardziej emocjonalnej stronie wyjść z cienia perfekcyjnej córki biznesmena, jednak po dosłownie momencie, słysząc w głowie naganę mówiącą głosem Raya lub Eloise, robię wszystko, by znowu zachowywać się porządnie.  
Docieramy aż do kortów tenisowych położonych na końcu naszej działki, obok ogromnego jeziora znajdującego się na tyłach posiadłości moich rodziców. Chyba po raz pierwszy w życiu widzę je takie spokojne - stoją jak zwykle, jednak teraz skąpane są w ciemności, którą przebija jedynie słabe światło ogrodowych lampek. Dookoła nie kręci się żadna służba, żadni partnerzy biznesowi czy przyjaciele rodziców. Są tam tylko kort i siatka. Oraz, co oczywiste, ja i Julien. 
- Grasz? - zwracam się do towarzyszącego mi chłopaka, jednak wzrok nadal skierowany mam na ogrodzone boisko. 
- Jasne, że gram - wymawia to jakby z lekką pretensją, jakby moje pytanie go lekko zirytowało. Nie mogę się pozbyć wrażenia, że chciał przy tym prychnąć. - A kto nie?
Ach, a więc o to chodziło. 
Tenis ziemny jest bardzo popularnym sportem wśród zamożniejszych ludzi. Można nazwać go poniekąd pewnym wyznacznikiem bogactwa. Masz wystarczająco pieniędzy zatrudniasz świetnego trenera, nie masz, to po prostu dobrego. Twoje  dziecko odkąd tylko pamięta uczy się machać rakietą, co jest niemalże równie ważne, co nauka biznesu. Jeśli syn lub córka twojego partnera radzi sobie na korcie, punkt dla niego. Ale jeśli nie, punkty zostają odjęte. Ojciec zwykł mawiać, że większość kontraktów podpisuje się na korcie lub na polach golfowych, a nie w biurze. 
- Conner nie.
- Conner? - pyta.
- Och, to mój brat. Kiedy był mały, stwierdził, że tenis go nie interesuje. Wtedy też dostał od Raya konia. Dużo bardziej interesowało go jeździectwo, stąd też stojące tam - wskazałam drewniany budynek otoczony rozległymi padokami stojący przy drogim brzegu zalewu - stajnie. 
- Myślałem, że twój brat ma na imię Richard. 
- Owszem. Jestem zaskoczona, że wiesz o tej całej sprawie z produkcją broni, ale w praktycznie nie masz pojęcia o naszej rodzinie. Przecież większość informacji jest w pierwszym linku - pozwalam sobie na złośliwość, szybko jednak wracając do bardziej życzliwego tonu. - Mam trójkę braci, Richarda, Connera i Barta. Oraz młodszą siostrę, Cissie. Wiem, że to całkiem sporo w porównaniu do przeciętnej zamożnej rodziny, ale chyba właśnie ta liczba pozwoliła nam nie zostać kompletnymi snobami. Jak zresztą dzieje się z większością - kończę swoją wypowiedź żartobliwym akcentem, zerkając ukradkiem na twarz Juliena. Może się mylę, ale chyba przybrał luźniejszą postawę, a kąciki jego ust nieznacznie uniosły się ku górze. To momentalnie nadało mu sympatyczniejszego wyglądu.
- Ja mam tylko młodszą siostrę, Auburn - odpowiada po chwili, a teraz jestem stuprocentowo pewna, że jego wargi wygięły się w coś na kształt delikatnego uśmiechu. Odwzajemniam go.
- Ile ma lat?
- Jedenaście.
- Och, dałabym wszystko, żeby Cissie i Bart mieli tyle - wzdycham. - Bywają uroczy, ale przez większość czasu dają nam w kość bardziej niż wszystkie skandale i problemy, z jakimi musiała się kiedykolwiek mierzyć nasza rodzina.
~~*~~
- Jestem! Przepraszam za spóźnienie! - rzucam od razu do czekającego na mnie przed budynkiem szkoły Juliena. Kompletnie zapomniałam o ustawieniu alarmu, a później na dodatek okazało się, że najmniej lubiana przeze mnie współlokatorka zabrała przygotowany przeze mnie zestaw ubrań. Uratowała mnie Adaline pożyczając mi swój zwykły, klasyczny fioletowy golf na krótki rękaw i czarną, dżinsową spódnicę. Po setce zapewnień, że nie poplamię ani nie zniszczę żadnej z tej rzeczy szybko zarzuciłam na siebie czarny jesienny płaszcz, na stopy zakładając białe adidasy i pognałam na stację metra, prawie zapominając torebki. Zdecydowanie nie miałam zamiaru opowiadać całej tej historii Julienowi. Dlatego też zwęziłam wypowiedź do krótkich przeprosin i stwierdzenia faktu, że nie jestem na czas.
Krzywię się lekko na widok palącego Callière'a, jednak zamiast robić mu wykład na temat szkodliwych efektów tego nałogu, spoglądam na towarzyszącą mu kobietę w średnim wieku. Szybko lustruję ją spojrzeniem, od ciemnych, długich do ramion włosów po czerwone buty na obcasie. 
- Beatrice Yates - witam się uprzejmie i wyciągam w jej kierunku dłoń, którą lekko ściska.
- Dorothy Middletown, dyrektorka - odpowiada, po czym skinieniem głowy zaprasza nas do szkoły. 
Nie uważam się za bogatą dziewuchę, która nie ma pojęcia o tym, jak żyją biedniejsi ludzie, ale od momentu przekroczenia progu placówki trzymam się najbliżej kobiety i Juliena jak to wskazane - oczywistą rzeczą jest, że nie łapię żadnego z nich za rękę albo nie stykam się ramionami, ale porzuciłam pomysł oglądania wszystkiego z bliska na rzecz własnego komfortu. Korytarze w niczym nie przypominają mojego starego liceum - są długie, wąskie, ciemne. Mam wrażenie, że z każdym moim krokiem robią się coraz mniejsze, a unoszący się w powietrzu niezbyt przyjemny zapach wilgoci coraz intensywniejszy. Ustawione wzdłuż ściany szafki są miejscami zardzewiałe, porysowane sprayem albo mazakami, a podłoga, mimo że czysta, wyraźnie zużyta. Sale posiadają starodawne tablice kredowe albo trochę nowsze po których można pisać odpowiednimi pisakami.
Krzesła prawdopodobnie pochodziły z ery dinozaurów, a niewielka sala gimnastyczna nie nadawała się do użytku - została całkowicie zalana podczas poprzedniej ulewy.
Notuję wszystko w zeszycie, czasami zwracając się po radę do Juliena. Każde z nas dostało swój przydział, chociaż nawet o tym nie rozmawialiśmy. Ja zapisuję swoje spostrzeżenia, on rozmawia z kobietą, by lepiej zrozumieć ich potrzeby. Jak dla mnie - okej.
- Według umowy zaprosiłam kilka klas, byście mogli porozmawiać z nimi o ich oczekiwaniach. Kilkoro uczniów ma naprawdę ciekawe pomysły - oznajmia Dorothy, zatrzymując się przed drzwiami prowadzącymi, według kartki, do stołówki. Zza jej pleców dostrzegam tłum uczniów - część  nich siedzi na krzesłach, reszta na podłodze. 
- Każda myśl się przyda - uśmiecham się firmowo i wchodzę za kobietą i Julienem do pomieszczenia. Po grupie rozchodzi się cichy szmer - kilkanaście par oczu taksuje nas spojrzeniami, pozostali szepczą między sobą. Okej, to zapowiada się bardziej niezręcznie niż mogłam się spodziewać. 
Dyrektorka przedstawia nas nastolatkom - do moich uszu dociera kilka nieprzyjemnych uwag, ale staram się nie zwracać na nie szczególnej uwagi. Pozwalam Julienowi, który wygląda na dużo bardziej zrelaksowanego niż ja - totalnie spięta, by prowadził dialog z uczniami. Uważnie słucham ich wypowiedzi, czasami dodając coś od siebie. 
Wtem jednak, moją uwagę przykuwa cichy, a jednak słyszalny komentarz rzucony przez siedzącego na uboczu, niewiele młodszego ode mnie chłopaka otoczonego przez tłum podobnych do niego kolegów. Czuję, jak mój puls przyspiesza, a uprzednia nerwowość ustępuje miejsce czystej złości. Wiem, że moje policzki mają coraz bardziej czerwoną barwę, ale jestem zbyt poirytowana, żeby przejmować się sprawą mojego wyglądu.
- Przepraszam, czy możesz powtórzyć? - przerywam jakiemuś innemu uczniowi, kierując polecenie do wcześniej wspomnianego nastolatka. 
Przez chwilę udaje głupiego, ale zdawszy sobie sprawę, że dokładnie znam treść jego poprzednich słów, wstaje z miejsca i utkwiwszy we mnie spojrzenie jasnych, chłodnych oczu mówi:
- Zastanawiałem się, czy pieniądze na naszą szkołę to te same, które dostaliście za sprzedaż bomb terrorystom, którzy napadli na urząd miasta. Niezły biznes, nie? Szkoda tylko, że nie zdążyliście tego ukryć. 
Nie mogę uwierzyć własnym uszom. Och nie, im akurat mogę z łatwością. To ta bezczelność sprawia, że przekaz jest tak niewyobrażalnie nierealny i przez chwilę nie mogę w niego uwierzyć.
Julien chwyta mnie za ramię, jakby wyczuwał, że jestem coraz bardziej wściekła. Kiedy jednak czuję dłoń chłopaka na swojej ręce, wyrywam ją jak najszybciej z jego uścisku. 
Robię dwa kroki naprzód - nie podchodzę zbyt blisko, bo wtedy przewaga w aparycji zrobiłaby ze mnie iście śmiesznego przeciwnika w dyskusji. Zamiast tego krzyżuję ramiona na wysokości klatki piersiowej. Czuję, napływające mi do oczu łzy, ale na razie udaje mi się powstrzymać je przed popłynięciem strugami po moich policzkach.
Jeszcze chwilę wytrzymaj, Dee. Jeszcze moment.
- Jak się nazywasz? - moje krótkie, ostre pytanie tnie powietrze jak nóż.
- Zeke Davies.
- Zeke Davies - powtarzam głośno. - Gdybyś był wystarczająco inteligentny, wiedziałbyś, że od ponad kilkunastu lat nie wytwarzamy ładunków wybuchowych. Ale mogę ci obiecać, że jeśli kiedykolwiek wznowimy ich produkcję, pierwszy z nich spadnie na twój dom. Osobiście tego przypilnuję - jestem zaskoczona własną bezczelnością, chociaż znam wiele osób, które uznałyby tego typu komentarz za nic specjalnego. Dziękuję dyrektorce za gościnę i obiecuję jak najszybsze wysłanie rozpiski zmian, po czym z uśmiechem samozadowolenia przyklejonym do twarzy opuszczam sprawnie budynek. Dopiero wtedy pozwalam sobie na łzy, które momentalnie rozmazują mój tusz i brudzą połowę twarzy. Po pewnym czasie słysząc za sobą kroki, najpewniej Juliena, szybko ocieram je rękawem płaszcza i modlę się, bym nie wyglądała jak cholerny miś panda. 
- Masz ochotę na śniadanie? Znam niezłą knajpę zaledwie kilka przystanków dalej - brzmię żałośnie, ale przynajmniej się staram.

Julien?

3 lis 2018

Od Dearden do Juliena

Uśmiecham się krzywo, ale nie złośliwie, może nieco ironicznie, by sparodiować wyraz twarzy Juliena, który pojawił po słowach Brama. Musiał pojawić się akurat wtedy i totalnie zaprzepaścić moją szansę na całkiem niezłą konwersację, która wyjątkowo mnie bawiła. Obracam głowę, chcąc rzucić Graysonowi chłodne albo chociaż lekko karcące spojrzenie, ale wtem się powstrzymuję, zastygając z wpół uchylonymi ustami i spoglądam ponownie na znajomego Adaline. A teraz wygląda na to, że również mojego.
- Cóż, na to wychodzi, Julienie. I z tego co mi wiadomo wkrótce będziemy się całkiem często widywać. A przynajmniej nie dużo rzadziej niż nasi rodzice - mówiąc to, odgarniam z twarzy kosmyki włosów, które wysunęły się ze spiętego z tyłu mojej głowy końskiego ogona i lepkie od potu przykleiły się do policzków. Niedbale ocieram dłonią twarz. Konwersacja skończyła się wraz z pojawieniem się Abrahama, więc mruczę tylko klasyczne 'do następnego' i rozpoczynam żwawym truchtem drogę powrotną do domu. Staram się biec równym krokiem, ponieważ mam nadzieję, że starczy mi sił na całą trasę. Oddycham miarowo - wdech, wydech, raz, dwa w rytm szurania podeszw moich adidasów o podłoże. Mój początkowy plan zawodzi jednak względnie prędko, bowiem Grayson, który narzucił sobie nieco mniejsze tempo wkrótce mnie dogania. I nie wtedy, gdy zaczynam się wlec jak przysłowiowy żółw, tylko kiedy z ostatnim zapasem energii opadam na jedną z ławek postawionych przy parkowej alejce. O ile pierwszy odcinek jedynie mnie zmęczył, ten pozbawił mnie energii w zbyt dużym stopniu - zaczynam wątpić, czy dotrwam do wieczora w dobrym stanie. Rodzice wyraźnie podkreślili, i to nie jednokrotnie, że oczekują mojej obecności na niewielkim, urządzanym przez nich dzisiaj koło ósmej przyjęciu. Niewielkim to znaczy przewidującym obecność co najmniej setki osób, obejmującym stoły uginające się od jedzenia i biznesowe rozmowy w biurze ojca, podczas gdy reszta gości będzie się świetnie bawić w salonie. Dlatego zasugerowałam spotkanemu wcześniej chłopakowi możliwość pojawienia się wielu okazji do spotkań. Z tego, co usłyszałam nasze rodziny planowały rozbudowanie oraz unowocześnienie obecnie dosyć przestarzałej szkoły znajdującej się w niezbyt popularnej wśród porządnych ludzi, a bardziej znajomej wszelkim służbom policyjnym dzielnicy. Podobno ma to wyglądać świetnie, zarówno wizerunkowo, jak i biznesowo, więc chociaż nadal jestem nastawiona do tego pomysłu sceptycznie, nie mam zamiaru wtrącać się w tę sprawę w większym stopniu niż się tego ode mnie oczekuje albo chociażby oponować, jak mam w zwyczaju. Ojciec może o tym nie mówi, ale wiem, że bardzo zależy mu na otrzymaniu nagrody dla odnoszącego najwięcej sukcesów i udzielającego się charytatywnie biznesmena bieżącego roku. Od zawsze dużo pomagał, ale od stycznia robi to na dużo większą skalę co, o dziwo, przynosi mu jeszcze więcej pieniędzy. Nie wiem jakim cudem. Słyszałam również, że podczas tej współpracy ma mu pomagać Richard, co, chociaż z początku mnie zaskoczyło, wydało się całkiem sensownym pomysłem zważywszy na to, że ma on w przyszłości otrzymać w spadku firmę, jako najstarszy z dzieci Raya i Eloise. Co prawda każde z nas, nawet ja, ma dostać swoją część i miejsce w radzie, ale to właśnie Dick zostanie dyrektorem. Czy mu zazdroszczę? Może odrobinę. Yates Technologies jest dla mnie praktycznie drugim domem, spędziłam w tej firmie praktycznie połowę życia. Ale zdaję sobie sprawę, że Richard dużo lepiej zna się funkcjonowaniu korporacji i w końcu jest rodzonym dzieckiem moich przybranych rodziców, więc... ogólnie rzecz biorąc należy mu się to bardziej niż mnie.
Nabieram oddech i przyjmuję pomoc Brama w postaci wyciągniętej w moją stronę dłoni, po czym razem z nim, tym razem spokojnie, wracam do swojego mieszkania. Chciałabym, żeby moje dzisiejsze zajęcia zamykały się jedynie na przyjęciu, ale za dwie godziny zaczynam wykłady na uczelni, trwające planowo do dziewiętnastej. Planowo, jednak zazwyczaj wychodzi na to, że opuszczam budynek uniwersytetu prawie pół godziny później. Co jest wątpliwą przyjemnością spowodowaną rozlazłością profesora mówiącego tak wolno, że nie starcza mu wyznaczonego czasu.
- Odbierzesz mnie po zajęciach? Moglibyśmy razem pojechać do moich rodziców - zwracam się do Brama w trakcie rozciągania. To wyjście pozwoliłoby mi zaoszczędzić całkiem sporo czasu - samochodem porusza się szybciej niż którymś ze środków transportu publicznego.
Ten rzuca mi zaskoczone spojrzenie i przestaje wykonywać ćwiczenie. Zamiast tego krzyżuje ręce na wysokości klatki piersiowej, przyglądając mi się przez chwilę, zanim spomiędzy jego ust wydobędzie się odpowiedź.
- Nie wspominałaś o niczym - w jego głosie da się wychwycić jakby lekką urazę albo nawet złość, jakbym celowo zapomniała napomknąć o organizowanym przyjęciu. Zresztą, Bram i tak za nimi nie przepadał. Pojawiał się zazwyczaj tylko po to, żeby na nim być, po czym się zmywał, to tłumacząc się dużą ilością obowiązków, to obietnicą złożoną rodziców. Wielokrotnie powtarzał, że to nie jego klimaty, więc nie rozumiem o co mu chodzi.
Zamiast zirytować się otwarcie jego uwagą, uśmiecham się lekko.
- Musiało wypaść mi z głowy, przepraszam.
Mam nieodparte wrażenie, że gdybym odwróciła głowę, przewróciłby oczami, więc nie spuszczam z niego uważnego wzroku. Bram uśmiecha się lekko i potrząsa głową w geście znaczącym tyle co 'nieważne'. Dodaje również, tym razem jednak werbalnie, że niestety ma już inne plany. Każde z nas odchodzi w swoim kierunku, on kontynuuje przechadzkę, ja wbiegam po schodach, kierując się ku drzwiom mieszkania. O tej porze powinno być puste, toteż dziwią mnie nie zamknięte na klucz drzwi. Jestem prawie pewna, że kiedy ja wychodziłam, Adaline wspomniała coś o tym, że sama też zaraz znika z mieszkania. Wychodzi więc na to, że Rose jest jeszcze w domu.
Wzdycham i z wahaniem przekraczam próg własnego apartamentu. Ostatnim czego potrzebuję jest obecność Blue, która, co najbardziej prawdopodobne, myszkuje teraz po moim lub należącym do mojej przyjaciółki pokoju w poszukiwaniu ubrań, które może 'pożyczyć'.

~~*~~

Opuszczam budynek uczelni najszybciej jak mogę. Nie kieruję się w stronę przystanku autobusowego, gdyż już pod koniec zajęć zamówiłam po cichu taksówkę, która, dzięki Bogu, czeka już na parkingu. Pozwoli mi to zaoszczędzić kilka minut. 
Umówiłam się z Eloise, że ta pożyczy mi jedną ze swoich kreacji, toteż w drodze powrotnej nie odwiedzam swojego mieszkania - od razu kieruję się w stronę domu rodziców, klnąc pod nosem na korki uniemożliwiające mi szybki dojazd na miejsce. 
Przebiegam przez próg rezydencji zaledwie dziesięć minut przed rozpoczęciem przyjęcia. Część gości zdążyła się już pojawić, toteż rzucają mi zaskoczone spojrzenie, kiedy najzwinniej jak potrafię przemykam między nimi, by po chwili zniknąć w znajdującej się na piętrze sypialni matki. Szybko znajduję naszykowaną suknię, leży przewieszona przez oparcie, a pudrowy róż materiału jej dolnej części odbija się na śnieżnobiałym krześle. Zmieniam ubiór złożony ze swetra i dżinsów na delikatną, zwiewną 'kieckę', jak zwykł określać to Conner, a następnie siadam przy toaletce. Mam niewiele czasu, o ile nie chcę wyjść przed tymi wszystkimi ludźmi na niegrzeczną, więc przypudrowuję pospiesznie twarz, żeby nie świecić się przez cały wieczór jak kula dyskotekowa, nakładam lekki cień pasujący złotym odcieniem do liści różowych kwiatków naszytych na materiał od wysokości połowy mojego brzucha w górę. Sukienka była pozbawiona rękawów, miała za to znajdujące się blisko szyi ramiączka z naszytym na nie wcześniej wspomnianym wzorem. Stopy wsuwam z pośpiechem w delikatne sandały z białymi paskami na niskim obcasie i jak najszybciej z tym obuwiem na nogach potrafię, schodzę po schodach na niższy poziom. Z ostatniego stopnia praktycznie zeskakuję przez co, gdyby nie dobry refleks jednego z moich braci, skończyłabym na ziemi. 
Stękam, kiedy ręka Connera wbija mi się boleśnie w brzuch, jednak po tym jak mnie puszcza, uśmiecham się do niego z wdzięcznością.
- Tata cię szukał. Czeka w biurze - oznajmia, rozglądając się wypełnionym dziesiątkami ludzi salonie. Nagle na jego twarzy pojawia się ten psotny uśmiech, który zachował z czasów dziecięcych, a oczy rozświetlają iskierki. Wędruję za jego spojrzeniem, a na widok stojącej z boku blondynki wzdycham głośno i przykładam dłoń do czoła, by tym gestem podkreślić mój stosunek do wyboru brata.
- Błagam cię, trzymaj się od niej z daleka. Wystarczą nam już Bart i Cissie. Nie potrzebujemy kolejnego problemu - mruczę do brata, chwytając go za ramię i spoglądając na niego z siostrzaną troską. A przynajmniej mam nadzieję, że tak to wyglądało. - Mógłbyś porozmawiać z Delilah. Jest naprawdę miła. I bystra. W przeciwieństwie do Elizy - kiedy odpowiada mi jedynie znudzonym spojrzeniem, trzepię go plecy i kieruję swoje kroki ku gabinecie ojca. Zastanawia mnie, czego ode mnie potrzebuje. Miałam nadzieję, że przyjęcie spędzę z córkami biznesowych partnerów rodziców, a nie w biurze na papierkowej robocie. Bo chyba o to chodzi.
Pukam trzykrotnie w drzwi, po czym, nie czekając na odpowiedź, której i tak nie byłoby słychać przez grube drewno, wchodzę do środka. Z zaskoczeniem dostrzegam trzy postacie znajdujące się w pomieszczeniu. Jedną z nich jest, oczywiście, Ray, drugą znajomy mi już chłopak. Ostatniej nie znam, ale podejrzewam iż jest to ojciec Juliena. 
- Och, dobry wieczór - kiwam raz głową na znak powitania. Stoję w miejscu, od drzwi dzielą mnie jakieś trzy metry i spoglądam na ojca w oczekiwaniu na usłyszenie powodu zaproszenia mnie to pokoju. W zasadzie się już domyślam, więc zanim ten zdąży zacząć wypowiedź, wiedziona ciekawością zadaję pytanie. - Myślałam, że Richard zajmuje się tą sprawą. Skąd taka zmiana?
Tata odchyla się na fotelu. Jego usta lekko się uśmiechają. 
- Uznałem... to znaczy uznaliśmy, że ty dużo lepiej sprawdzisz się w tej sprawie.
- Lepiej zaplanuję wydatki?
- Nie, nie - wykonuje taki gest dłonią, jakby rozbawiły go moje słowa. - Twoim, a raczej waszym, bo będzie towarzyszył ci Julien, będzie odwiedzenie szkoły, dowiedzenie się czego najbardziej potrzebują, co chcieliby zmienić. Dostajecie ten projekt w swoje ręce. My będziemy sprawować nad tym pieczę, ale jeśli mielibyście jakieś pomysły, chętnie ich wysłuchamy.
- Akurat przyjęcie jest idealną okazją, abyście się lepiej poznali - odzywa się ojciec chłopaka, więc to na niego przenoszę spojrzenie.
- Dokładnie. Beatrice, zajmiesz się naszym gościem? 
Spoglądam przez chwilę na ojca, po czym, z lekkim uśmiechem na ustach, zwracam się do siedzącego wygodnie na moim ulubionym fotelu Juliena.
- Oczywiście. Masz pan ochotę zobaczyć ogród, panie Callière?

Julien?

5 wrz 2018

Od Dearden do Adama

Zaciskam kurczowo dłonie na poręczy krzesła i chwilę później poluzowywuję uścisk, raz po raz wykonując ten zdradzający moje rosnące zdenerwowanie gest. Po chyba szóstym razie ich wewnętrzna strona ma już różowawe zabarwienie, a przy dziesiątym jest wyraźnie zaczerwieniona. Syczę pod nosem, odrywając ręce od drewnianego drążka i wciskam je do dolnych kieszeni swojej kurtki. Od jakiegoś kwadransu czekam w korytarzu przed biurem ojca, czekając aż ten skończy pracę. Normalnie powinien o tej godzinie być już w połowie drogi do domu, jednak przez jakiś cholernie ważny kontrakt musiał zostać jeszcze dodatkowe pół godziny w firmie. A to, jak co piątek, odbija się na mnie. Na Eloise zresztą też, bo moja matka nie ciepi spóźniać się na swoje wieczorki w stowarzyszeniu, którego nazwy nigdy nie pamiętam. Ich cotygodniowe spotykanie się polega między innymi na plotkowaniu i wymienianiu się domowymi przepisami na ciasta. Do niedawna wydawało mi się, że takie sprawy nawet odrobinę nie stykają się z zainteresowaniami kobiety, więc kiedy ta oznajmiła nie tylko mnie, ale i Rayowi, że każdy poprzedzający weekend dzień będzie, a raczej będą, spędzali w domu któregoś z sąsiadów z resztą mieszkających w pobliżu ludzi, byłam dość mocno zaskoczona. Mój przybrany ojciec zresztą też, bo dopóki Eloise nie zaciągnęła go na to spotkanie, ciągle uważał to za żart. 
I nie, nie jego możliwe spóźnienie wywoływało moje lekkie zdenerwowanie. Nawet nie fakt, że przez to, iż pewnie wrócą późno ze schadzki moja nadpobudliwa sąsiadka znowu weźmie mnie za dziecko szatana i zacznie się na mnie drzeć koło pierwszej w nocy. Oczywiście to mnie obarczy winą za zamieszanie. Głównym powodem mojego rosnącego niepokoju było to, że jeszcze godzinę temu stałam na scenie teatru miejskiego podczas przesłuchania do nowo powstałej sztuki, która, podobno, miała zadatki na zostanie jednym z współczesnych hitów wśród musicali. Albo ogólnie przedstawień. A ja, osoba z, mogłoby się wydawać, dosyć sporym doświadczeniem stanęłam na środku i nawet nie potrafiłam wydusić z siebie słowa. Nie umiałam zacząć, jakby słowo ‘oto’ i kolejne po nim następujące były częścią jakiegoś obcego dialektu, którego nikt nie umiał nawet rozczytać. Koniec końców po upływie minuty, może dwóch, przyciskając dłoń do ust, by z mniejszą trudnością opanować cisnący się na wargi szloch, zniknęłam za kulisami. Zaraz po tym jak minęłam kurtynę i znalazłam się w miejscu, gdzie nie musiałam znosić wzroku jury, przystanęłam i rozejrzałam się dookoła. Skakałam spojrzeniem od jednej twarzy, do drugiej, poświęcając każdej zaledwie ułamek sekundy, kiedy nie zauważyłam w niej nic znajomego. Rozglądałam się za Bramem. Jasną zmierzwioną czupryną i równie jasnymi oczami, które zawsze uśmiechały się na mój widok. To była wtedy jedyna osoba zdolna poprawić mi, choć w niewielkim stopniu, nastrój. Ale akurat dzisiaj, na moje cholerne nieszczęście, Grayson musiał zostać dłużej na uniwersytecie, by dokończyć jakiś specjalny projekt grupowy. Pobiegłam więc do miejsca, gdzie zostawiłam wcześniej swoją torbę i zaraz po jej zgarnięciu, opuściłam budynek miejskiego teatru. 
I nie mam zielonego, czerwonego czy też niebieskiego pojęcia jak przekażę to ojcu. Ray, odkąd tylko sięgam pamięcią, zawsze bardzo dopingował mnie w mojej aktorskiej ‘karierze’. Przychodził dosłownie na każdą sztukę, w której brałam udział. Nie przeoczył nawet tak epizodycznego występu, jak moja rola siostry głównej bohaterki, która pojawia się tylko na chwilę, by zostać zrugana przez starsze rodzeństwo. Dlatego też wstydzę się swojego napadu tremy właściwego początkującym, a nie osobie z takim teatralnym stażem.  
Podskakuję nerwowo, kiedy drzwi od gabinetu ojca się otwierają i po chwili z cichym trzaskiem zamykają się za stojącym już obok mnie Raymondem Yatesem - moim adopcyjnym tatą oraz szefem jednej z największych firm w kraju. Momentalnie zmuszam swoją twarz do rozpogodzenia się, kąciki z prędkością światła unoszą się do góry, prostuję się i wyciągam dłonie z kieszeni bluzy w kolorze musztardowym. Ojciec odwzajemnia uśmiech. Zabawne, jego wydaje się równie fałszywy, co mój. Ale pewnie przez zmęczenie. 
- Lepiej się pospieszmy, inaczej Eloise będzie kazała mi siedzieć na tej schadzce do samego wieczora - próbuje zażartować, na co uśmiecham się ponownie, tym razem z nieco większym zaangażowaniem. Wsiadamy do czekającej już przed budynkiem Yates Technologies taksówki. Ray z przodu, ja z tyłu. Ojciec jak zwykle pogodnym tonem  zagaduje kierowcę, ja opieram czoło o chłodne szkło szyby samochodowej i wsłuchuję się po części w ich rozmowę, po części w dźwięki wydobywające się z radio. Chwilę później drzemię już z dłonią ułożoną pod policzkiem stabilizowaną przez opartą na podłokietniku przymocowanym do drzwi rękę.
Budzę się dopiero, kiedy ojciec wysiada z taksówki i otwiera drzwi, na których się wcześniej oparłam. 
Mruczę więc pod nosem kilka niecenzuralnych słów w taki sposób, by nie dotarły one do czujnych uszu Raya i zwlekam się ociężale z siedzenia, opierając nogi o płytę chodnika i niezdarnie się podnosząc. Kierujemy się wspólnie w stronę budynku równie ogromnego jak reszta w tej okolicy. Jednak na tym kończą się podobieństwa w sąsiedztwie. Nasz dom wygląda na co najmniej pięćdziesiąt lat. W tym dobrym znaczeniu,bo od razu widać, że to miejsce z duszą przekazywane od pokoleń w naszej rodzinie. Odnowiona starodawna rezydencja pokryta już lekko zszarzałą kiedyś rudobrązową cegłą i otoczona niskim płotem porośniętym bluszczem. A do tego charakterystyczne sporych rozmiarów okna w białych ramach. Oprócz żwirowego podjazdu cała działka porośnięta jest trawą, w której gdzieniegdzie znajdują się niewielkie kwietniki. Eloise uwielbia spędzać w nim czas, ale to chyba cecha właściwa wszystkim matkom. 
Skoro mowa o Eloise, pojawia się przed domem jeszcze zanim ojciec i ja zdążymy zbliżyć się do drzwi. Spod ciemnoszarego beretu wysuwają się jej długie jasnobrązowe włosy, które, jestem pewna, układała przez poprzednią godzinę. Na ramiona zarzuciła swój brudnoczerwony płaszcz, który tak bardzo lubi. Ale zamiast uśmiechu na twarzy ma kwaśny grymas, wyraźnie zdradzający jej niezadowolenie.
- Raymondzie Yates, czy możesz mi łaskawie wyjaśnić twoje dwugodzinne spóźnienie? - okej, po prostu nie potrafię traktować jej poważnie, kiedy zwraca się do ojca pełnym imieniem i nazwiskiem. Bo nie pasuje ono do znanego mi mężczyzny nawet w maluczkim stopniu. Za to Ray brzmi idealnie. Nawet jego współpracownicy i podwładni tak się do niego zwracają. On sam mówi, że pomaga to w budowaniu więzi między ludźmi.
Nie słyszę odpowiedzi ojca, bowiem przekradam się za ich plecami i dopadam do drzwi wejściowych, które otwierają się zanim zdążę nacisnąć klamkę. To Conner. Włosy z przodu mu się kręcą, co wyraźnie pokazuje, że niedawno wyszedł spod prysznica. Zaraz za nim pojawiają się Cissie i Bart - oboje ubrani w kurtki i czapki, mimo że na dworze jest całkiem ciepło. Chwilę później, którą spędzam na wpatrywaniu się skonfundowana w członków rodziny, z domu wychodzi również Richard. Zamyka drzwi na klucz, a ja zwracam się do Eloise, przerywając jej tyradę.
- Proszę cię, tylko mi mów, że idziemy wszyscy razem - staram się włożyć w swój ton jak najwięcej błagalnej nuty, na wypadek gdyby to był faktycznie jej plan.
Zanim kobieta zdąży mi odpowiedzieć, Conner trąca mnie łokciem i szczerzy zęby w wesołym uśmiechu. No dobra, czyli nie. W innym wypadku mój brat zdecydowanie nie byłby taki radosny.
- Idziemy do jakiejś restauracji. W sensie nasza piątka. Tamci spędzą ten czas słuchając ględzenia innych emerytów - rzuca i zanim Eloise bądź Ray zdążą go upomnieć, znika w samochodzie Richarda. 
Przewracam oczami, wypuszczając z ust ciche westchnięcie po czym biorę za rękę Barta i prowadzę go do auta. W międzyczasie najstarszy z moich braci wymienia z rodzicami kilka uwag i po wielokrotnie złożonych obietnicach na temat bycia ostrożnym i dobrego zajmowania się Bartem oraz Cissie, w końcu ruszamy samochodem w stronę centrum. 
Sam lokal wygląda bardzo przytulnie. W przeciwieństwie do ostatniego miejsca gdzie zabrał nas Dick, ale to historia na inną chwilę. Przesuwam wzrokiem po wystroju restauracji i po chwili z zaskoczeniem uświadamiam sobie, że kąciki moich ust uniosły się ku górze. Nic tak nie działa na samopoczucie, jak dobrze wyglądające miejsca. Chwilę później składamy zamówienie, a po upływie niecałych trzydziestu minut na naszym stoliku pojawiają się parujące potrawy. Pomagam Cissie i Bartowi pokroić ich kawałki mięsa, a później sama zabieram się za swoją sałatkę. Nie mija jednak kwadrans, a moje najmłodsze rodzeństwo, całkowicie ignorując zarówno Richarda, jak i mnie oraz Connera, zaczyna kłócić się o keczup. Zabawne, co może spowodować taki sos pomidorowy. Jeden ruch za dużo i połowa zastawy stołowej ląduje na podłodze z głośnym trzaskiem. Wzdrygam się i momentalnie wstaję z krzesła, a w moje ślady idą moi dwaj starsi bracia. Siostra i najmłodszy z nich siedzą jedynie na swoich miejscach, wpatrując się z przerażeniem w naszą trójkę.
- Kurwa - syczy Richard, a ja rzucam mu gniewne spojrzenie, wskazując ruchem głowy na wcześniej wspomniane bliźniaki. Przez moje myśli przewija się jednak potok bardzo podobnych słów. Każę im wszystkim usiąść, a sama kieruję się ku ladzie, by porozmawiać z kelnerem. Albo kimkolwiek odpowiedzialnym w tym momencie za salę. Szykuję się na lekką awanturę. Poprawiam kołnierzyk swojej pasiastej koszuli i wycieram ręce w materiał dżinsów. Następnie biorę głęboki oddech i czekam na zaalarmowaną głośnym trzaskiem osobę.

Adam?