Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Charles. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Charles. Pokaż wszystkie posty

1 wrz 2019

Odejście

Z przykrością żegnamy dzisiaj Tove, Evana oraz Charlesa.

22 lut 2019

Od Charlesa cd. Isabelle

Dni, które nastąpiły po tym pocałunku, były dla mnie dniami wyrzutów sumienia. Po co ja ją pocałowałem? Tyle razy zadawałem sobie to pytanie. Dlatego, kiedy w sobotę odezwała się Isabelle, odetchnąłem z ulgą. Chyba na poziomie naszej znajomości nic się nie zmieniło. Dlatego stwierdziłem, że zaproponowanie, aby została na noc nie będzie odebrane przez nią jako próba podrywu czy zmierzanie w wiadomym kierunku.
- Czyli zostajesz? - Uniosłem zachęcająco brwi.
-Ten grzaniec brzmi kusząco. - Zaśmiała się.
-No ja myślę. - Parsknąłem. - Jestem mistrzem w robieniu grzańców.
-Jesteś pewien, że możesz sobie przydzielić ten tytuł? - Zmrużyła oczy. Jej ton prowokował.
-Zaraz sama mi go przyznasz. - Wyjąłem garnek, ustawiłem na gazie i do środka wlałem wino. Następnie z miski z owocami wyciągnąłem pomarańczę i cytrynę, obmyłem i ułożyłem na desce. Pokroiłem w plasterki i dorzuciłem do wolno gotującego się alkoholu. Z szafki wyjąłem pudełko z goździkami i dodałem do garnka. Ostatnim elementem była przyprawa korzenna.
-Hmm... Muszę przyznać, że ładnie pachnie. - Dziewczyna zaciągnęła się aromatem, który rozciągał się w kuchni.
-A jeszcze lepiej smakuje. - Wyszczerzyłem się i wyciągnąłem kieliszki do wina. Nalałem ostrożnie do obu ciemnej cieczy i wręczyłem jeden Isabelle. - Pora na degustację.
- Uwaga, bo zaraz twoja duma może ucierpieć. - Brązowowłosa pokazała mi język i wzięła delikatnie pierwszego łyka. Przymknęła powieki i wciągnęła aromat wina nosem. - Dobra, wyszło ci to świetnie.
-Moje ego urosło jeszcze bardziej. - Uśmiechnąłem się pewny swojego zwycięstwa. - To co może teraz jakiś film obejrzymy?
-Skoro i tak jestem dzisiaj na ciebie skazana, to w sumie czemu nie. - Skinęła głową. Zaprosiłem ją na sofę w moim salonie, który również robił za sypialnię. Włączyłem telewizor i zerknąłem na mojego gościa.
-Jaki gatunek preferujesz? - Na sofie oprócz Isabelle siedział już Loki i Brush, a dla mnie nie pozostawało zbyt wiele miejsca. Zmarszczyłem brwi.
-Może na początek jakąś komedię? - Zaśmiała się, specjalnie ignorując fakt, że nie mam gdzie usiąść.
-Romantyczną? - Parsknąłem.
-Niekoniecznie. - Odparła. - Coś co będzie zabawne.
-Przyjąłem. - Zasalutowałem i zacząłem szukać filmu. Po dłuższych poszukiwaniach odnalazłem tytuł, które kiedyś mnie zainteresował i miał dobre opinie. - Może to?
-Hmm... Brzmi ciekawie. - Kobieta zmrużyła oczy i wzięła łyka wina. Musiałem przyznać, że wyglądała niezwykle kusząco. Stop. Do niczego nie powinno dojść. Jesteśmy tylko znajomymi. Wybrałem film i nacisnąłem przycisk play.
-Czy jako osoba z ograniczą możliwością ruchu mogę liczyć na miejsce siedzące? - Wymownie spojrzałem na psiaki. Loki posłał mi senny psi uśmiech i zawinął się z powrotem w kuleczkę. Brush wtulił się w swoją panią.
-Chyba nie ma na to szans. - Isabelle się zaśmiała.
-Dobra, podłoga przyjmie mnie z otwartymi ramionami. - Westchnąłem teatralnie i z niewielkimi trudnościami, usiadłem na dywanie i oparłem się o sofę.
-Wygodnie? - Brązowowłosa spojrzała na mnie z góry.
-Super. Normalnie takie 2/10. - Zaśmiałem się. - Napiję się wina to zapomnę o niewygodach.
-Już nie narzekaj, bo film się zaczął. - Pokazała mi język. Skupiłem się na tym, co zaczęło się pojawiać na ekranie. Początkowo akcja toczyła się w miarę spokojnie. Zauważyłem, że kieliszek Isabelle jest już pusty.
-Może dolewki? - Uniosłem brwi, aby zachęcić dziewczynę do dalszej degustacji grzańca.
-Nie podoba ci się film? - Wykrzywiła usta w ironicznym uśmieszku.
-Na razie mnie nie porywa. - Wzruszyłem ramionami. - To jak?
-Jak tak namawiasz to nalej. - Podała mi naczynie. Podszedłem do garnka i napełniłem nasze szkła nadal ciepłym winem. Kiedy wróciłem do Isabelle, miejsce obok niej było wolne.
-A co się stało z naszymi kudłatymi przyjaciółmi? - Z przyjemnością usiadłem i wyciągnąłem kontuzjowaną nogę przed siebie.
-Postanowili być dla ciebie mili. - Wzruszyła ramionami. - Na mnie się nie patrz, ja się nigdzie nie ruszam.
-Spokojnie, aż tak dużo miejsca nie potrzebuję. - Podałem jej kieliszek. Sączyliśmy dalej wino i śledziliśmy akcję filmu. Nareszcie zaczęło się coś dziać. Nie wiedzieć kiedy, nasze ramiona zaczęły się stykać. Poczułem lekkie napięcie związane z bliskością kobiecego ciała Isabelle. Spojrzałem na kobietę, która uważnie wpatrywała się w ekran telewizora. Jej to chyba nie rusza. Postarałem się skupić ponownie na filmie. W momencie, kiedy akcja miała swój niespodziewany zwrot, na sofie też nastąpił twist plot. Dłoń Isabelle wylądowała na moim kolanie. Nasze spojrzenia się spotkały. Odstawiłem powoli kieliszek, który był już pusty.
-Hmm...chciałaś coś ode mnie? - Wbiłem wzrok w rękę dziewczyny. Nie chciałem ponownie wyjść na tego, który działa pod wpływem chwili. Brązowowłosa nie odpowiedziała mi, a zbliżyła swoją twarz ku mojej i złożyła na moich ustach pocałunek. Najpierw nie mogłem uwierzyć w to, co się zadziało, ale potem odwzajemniłem pieszczotę i pogłębiłem go. Film stracił znaczenie. Oparłem się o sofę i pozwoliłem, by Isabelle nade mną górowała. Szczerze? Było mi wygodniej.Moje palce wylądowały na talii kobiety, żeby po chwili wniknąć pod materiał swetra, który miała na sobie. Dotyk jej gładkiej, nagiej skóry spowodował u mnie dreszcz emocji. Isabelle również nie próżnowała i już za moment czułem jej smukłe dłonie na swoim torsie. Atmosfera robiła się coraz bardziej rozgrzana. Zniecierpliwiony zdjąłem swoją bluzę, by ułatwić dziewczynie dojście do mojej klatki piersiowej. Zrobiła to samo ze swoim swetrem. Moje usta zaczęły wędrować wzdłuż jej żuchwy, po czym zniżyły się do szyi. Poczułem jak ciało dziewczyny zadrżało pod tym dotykiem. Nachyliła się i przygryzła fragment mojej małżowiny. Jej ręce powoli zjeżdżały w kierunku mojego podbrzusza. Moje tymczasem delikatnie masowały piersi przez stanik. Nasze oddechy przyspieszyły. Oboje czerpaliśmy przyjemność z tych czynności. Jej ciało było naprawdę cudowne. Stwierdziłem, że może spróbuję przejść krok dalej. Kiedy chciałem właśnie rozpiąć magiczne zapięcie, dziewczyna oderwała się ode mnie, jakby obudzona z letargu. Jej wzrok uciekł gdzieś w bok i padł na puste kieliszki.
-Eee... Możemy napić się jeszcze grzańca? - Spojrzałem na nią zaskoczony.
-Coś nie tak? - Zmarszczyłem brwi.
-Nie, wszystko dobrze. - Odparła niepewnie.
-Nalejesz nam? - Zerknąłem na nogę w gipsie. - Mi się będzie ciężko ruszyć.
-Jasne. - Wstała, nakładając na siebie sweter i poszła po wino. Kiedy wróciła, ja już siedziałem.
-Dzięki. - Wziąłem od niej kieliszek i złapałem łyka.
-O film się skończył. - Wskazała na ekran, na którym pojawiły się napisy.
-Nawet nie wiadomo kiedy. - Uśmiechnąłem się lekko figlarnie.
-Taa... - Przytaknęła.
-O co chodzi? - Wbiłem w nią zmartwione spojrzenie. - Zrobiłem coś nie tak, czy po prostu tego nie chcesz?
Dręczyło mnie jej zachowanie. Nie wiedziałem, co się za nim kryje. Jeszcze,gdybym to ja wszystko zaczął.
                                                                        Isabelle? Wiem, że flaki z olejem xd

+10 PD

7 lut 2019

Od Charlesa cd. Koyori

Kiedy Koyori tkwiła jak wmurowana, ja podbiegłem do psa, który leżał skulony  na ziemi. Na białej sierści widać było czerwone plamy. Krew. Trzeba natychmiast zawieźć go do weterynarza. Zdjąłem kurtkę i owinąłem zwierzaka w nią, by nie tracił zbyt szybko ciepła. W tym momencie podeszła do mnie Koyori. Acony wąchała zaniepokojona swojego kolegę i popiskiwała cicho.
-Musimy go szybko przetransportować do weterynarza. - Wypowiedziałem myśli, które wcześniej pojawiły się w mojej głowie. - Powinniśmy też zadzwonić na policję.
-Co? Ale on jest ranny... - Głos dziewczyny był słaby, a sama wyglądała, tak jakby zaraz miała się rozpłakać.
-Spokojnie. - Chwyciłem jej ramiona i spojrzałem prosto w oczy. - Wszystko się ogarnie. Sherlock będzie żył. Tylko musisz się opanować i mi pomóc.
-D-oo-brze. - Zająknęła się.
-Znasz jakiegoś weterynarza, który ma jakiś dyżur o tej porze? - Zapytałem się szatynki.
-Tak, niedaleko znajduje się całodobowy szpital dla zwierząt. - Skupiła się na mnie i zaczęła powoli otrząsać się z szoku.
-Świetnie. Teraz tak, zadzwonię na policję i powiem, żeby przyjechali tutaj. W międzyczasie pojadę na motorze po samochód i wrócę, żeby was zgarnąć do weterynarza, dobrze? - Uniosłem pytająco jedną brew.
-Nie chcę tutaj zostawać sama. - Mruknęła.
-Nie zostaniesz. - Zapewniłem ją. - Poczekam z tobą na przyjazd policji. Niedaleko mają komisariat.
-Jesteś pewien? - Zapytała.
-Oczywiście. - Wyjąłem telefon i wybrałem odpowiedni numer. Zgłosiłem napad nożownika i na dwóch policjantów czekaliśmy raptem 15 minut.
-Ten nożownik pobiegł w tamtą stronę. Ubrany w kaptur, więc nie można było rozpoznać twarzy. Niższy ode mnie o jakieś 10 cm, tak na oko. - Zacząłem szybko streszczać, bo wiedziałem, że Koyori nadal była otumaniona przez ostatnie wydarzenia. Wziąłem motor. - A teraz panowie wybaczą, ale muszę jechać po samochód, bo pies tej pani jest ranny.
-Chwileczkę... - Jeden z policjantów uważnie przyglądał się mojemu motorowi. - Co pan robił o tej porze na motorze?
-No na motorze zazwyczaj się jeździ, prawda? - Uśmiechnąłem się grzecznie. - Lubię czasami się przejechać nocą po mieście, bo mniejszy ruch i w ogóle. - Dodałem i już założyłem kask.
-A może lubi się pan ścigać? - Policjant dalej nie dawał mi spokoju. - Dzisiaj był organizowany nielegalny wyścig. Mamy zgłoszenia od tych nielicznych osób poruszających się o tej porze po ulicach miasta.
-Możemy porozmawiać na ten temat później? - Wskazałem na Sherlocka, przy którym klękała Koyori. - Ten pies naprawdę potrzebuje natychmiastowej opieki.
-No dobrze. - Burknął. Wsiadłem na motor i odjechałem w kierunku swojego mieszkania. Wprowadziłem motor do podziemnego garażu i od razu przeskoczyłem do swojego chevy. Odpaliłem silnik i ruszyłem z piskiem opon. Dość szybko znalazłem się z powrotem w miejscu, gdzie miał miejsce napad na nas.
-Wskakuj już z Acony do samochodu, ja wezmę Sherlocka. - Powiedziałem do szatynki i ostrożnie podniosłem coraz chłodniejszego psa. Przestawał skomleć i bardzo niewiele się ruszał. Było z nim naprawdę źle. Ułożyłem go na tylnym siedzeniu i przykryłem dodatkowym kocem, który zawsze woziłem w bagażniku. Wskoczyłem za kółko i odpaliłem silnik.
-Dziękuję, że to dla mnie robisz. - Koyori spojrzała na mnie zza swoich okrągłych okularów.
-Nie ma sprawy, po prostu znowu potrzebowałaś mojej pomocy. - Mrugnąłem. - Jeśli to by się stało Lokiemu, sam nie wiem czy bym umiał zachować taką zimną krew jak teraz.
-A myślisz, że będziesz mieć problemy jeśli chodzi o ten wyścig? - Zmarszczyła brwi.
-Raczej nie. Chyba, że mają jakiś dowód na to, że faktycznie brałem w nim udział. - Mruknąłem i skręciłem na parking przed szpitalem. - Jesteśmy na miejscu.
Wziąłem Sherlocka i ruszyliśmy do poczekalni. Nie było tam nikogo poza panią recepcjonistką, która od razu kiedy zauważyła stan białego psa, zadzwoniła po weterynarza. Przyszedł do nas starszy pan, który miał szpakowate włosy i okulary połówki na nosie. Z nim przyszło dwóch techników, którzy prowadzili jakby stół na kółkach. Położyłem psa na stalowym blacie i pozwoliłem, by specjaliści zabrali rannego psiaka do gabinetu zabiegowego. Wraz z Koyori usiedliśmy w poczekalni.
-Będzie dobrze. - Szepnąłem i położyłem dłoń na jej ramieniu.

                                                                 Koyori?

Od Charlesa cd. Odette

Na całe szczęście okazało się, że James ma naprawdę duże doświadczenie i zręcznymi manewrami wprowadził nas miedzy wierzchołki drzew. Przed samym lądowaniem ostrzegł jedynie, że będzie ono twarde. Faktycznie było. Rozejrzałem się dookoła, jednak nigdzie nie wdziałem Odette i Grega. Musieli wylądować, gdzieś dalej.
-Ciekawe, czy coś im się stało? - Zmarszczyłem brwi i skierowałem to pytanie do mojego pilota, który gorączkowo przeszukiwał swoje rzeczy.
-Mamy na razie poważniejszy problem. - Spojrzał na mnie zmartwiony. - Przy lądowaniu wypadło gdzieś urządzenie satelitarne, przez które moglibyśmy się skontaktować z bazą. Tutaj nie istnieje coś takiego jak zasięg, więc to nasza jedyna nadzieja.
-Musimy to odnaleźć. - Przeczesałem palcami niesforne loki. - Chociaż  z drugiej strony, jeśli wszyscy będziemy na siłach, to można by po prostu spróbować zejść stąd.
-Ale nawet nie wiem, gdzie wylądowaliśmy. - Mężczyzna się skrzywił.
-Często chodzę po górach Rendah. Myślę, że jak skierujemy się powyżej linii drzew to zdołam się zorientować, gdzie jesteśmy. -Uśmiechnął się. Jednak mina szybko mi zrzedła. - Tylko gdzie jest Odette i Greg?
W tym właśnie momencie usłyszałem głos dziewczyny, która wołała mnie po imieniu. Po ustaleniu, że z nią wszystko w porządku, ale z Gregiem już chyba niekoniecznie, trzeba było podjąć decyzję, co dalej. Zaczął padać śnieg.
-Cholera, to mocno utrudnia sprawę. - Mruknąłem. - James? Co ty na to, żebyśmy poszli po Grega? A ty Odette poczekaj na nas tutaj.
-Wezwę pomoc. Greg mówił, że masz urządzenie satelitarne? - Zwróciła się do mojego pilota, który skrzywił się.
-Podczas lądowania musiało gdzieś wypaść. Raczej nie powinno być uszkodzone, jest solidnie chronione, ale może być prawie wszędzie. - Wzruszył ramionami.
-To ja poszukam. Wy idźcie po Grega, bo on się tam wykrwawi. Ma otwarte złamanie. - Streściła nam krótko.
-Tylko nie odchodź za daleko. - Położyłem jej dłoń na ramieniu. - Góry o tej porze roku są naprawdę niebezpieczne.
-Jasne. - Posłała mi pocieszający uśmiech. Jak zwykle optymistka, która umie pocieszyć człowieka, nawet w tak beznadziejnej sytuacji, jak nasza. -Aa, jeszcze jedno. Mojego pilota zostawiłam w jaskini. Myślałam, że wrócę tam po śladach na śniegu, ale w tej sytuacji... - Spojrzała wymownie na delikatne płatki białego puchu, które zaczynały tworzyć nową warstwę na ziemi.
-W tej okolicy jest niewiele jaskiń. - Stwierdziłem. - Jakoś powinniśmy go odnaleźć.
 James wziął swój plecak i ruszył przodem, a ja za nim. Przez pierwsze paręset metrów podążaliśmy w całkowitej ciszy. Jedynie towarzyszył nam odgłos wiatru owiewającego góry i skrzypienie śniegu pod butami.
-Widzę chyba resztki śladów Odette. - Odezwał się James.
-Dużo ich?  - Zbliżyłem się do niego i spojrzałem się w śnieg, który ledwo odwzorowywał podeszwę buta blondynki. - Za wiele to nam nie daje.
-Ile w tej okolicy może być jaskiń? - Spojrzał na mnie z nadzieją, że wiem coś w tym temacie.
-Ogólnie w całych górach Rendah jest niewiele jaskiń. Zakładam, że jeśli już jakaś tu występuje to pewnie nie jedna, a ze 2 przynajmniej. - Powiedziałem po chwili zastanowienia.
-To nie tak najgorzej. - James uśmiechnął się słabo. Ruszyliśmy w dalszą drogę. W pewnym momencie dostrzegłem jakieś skały, które tworzyły ciemny otwór jaskini.
-Mam jedną. - Wskazałem swoje znalezisko.
-Sprawdźmy ją. - Ruszyliśmy pod górę. Wspinaczka nie była trudna, jednak śnieg skutecznie utrudniał warunki. Po intensywnym marszu, wreszcie osiągnęliśmy wejście do jaskini.
-Greg! - Zaczął nawoływać James. Lecz nikt nam nie odpowiadał i nigdzie nie było żadnego śladu bytności człowieka.
-To nie ta. - Zawyrokowałem. Sfrustrowani, że zmarnowaliśmy siły na darmo, zeszliśmy i ruszyliśmy dalej. Na całe szczęście, nie minęło zbyt wiele czasu, kiedy dostrzegliśmy kolejną jaskinię. Tym razem w środku znajdował się nasz połamany drugi pilot. Jego złamanie wyglądało paskudnie i widać było, że mężczyzna cierpi z jego powodu. Po krótkiej naradzie, stwierdziliśmy, że najlepiej będzie, jak sprowadzimy go trzymając go pod pachami. Droga powrotna była dużo gorsza niż droga do jaskini. Obciążeni przez Grega, który ciągle pojękiwał z bólu, ledwo brnęliśmy przez coraz mocniej padający śnieg. Miałem nadzieję, że Odette odnalazła urządzenie satelitarne. Kiedy dotarliśmy na miejsce, nigdzie nie mogłem dostrzec mojej przyjaciółki.
-Odette! Gdzie jesteś? - Krzyknąłem i zrobiłem niewielkie kółko wokół naszej "bazy". Nikt mi nie odpowiadał.
-Idź jej poszukać, ja zajmę się Gregiem. - James odparł i zabrał się za opatrywanie rany swojego kolegi z pracy. Skinąłem jedynie głową na zgodę i ruszyłem w poszukiwaniu blondynki. Nigdzie nie było widać jej śladów. Mogła być wszędzie. Najpierw uważnie prześledziłem okolice naszej paralotni. Zataczając coraz większe kręgi, powoli podążałem coraz wyżej. Doszedłem w końcu do wniosku, że Odette musiała odnaleźć urządzenie satelitarne i zacząć szukać zasięgu w wyższych partiach góry. W końcu wyszedłem ponad linię lasu, gdzie zaczęła się niska kosodrzewina i nagie skały. Dostrzegłem, że po prawej stronie biegła niewielka przepaść, na dnie której znajdowało się osuwisko głazów pokryte sporą ilością śniegu. Obym jej nie znalazł gdzieś w tych kamieniach. Poważnie zaniepokojony podążałem coraz wyżej, przemieszczając się wzdłuż krawędzi przepaści. Nagle na białym śniegu, trochę poniżej szlaku, którym podążałem, zarysowywała się kolorowa plama. Spojrzałem uważniej.
-Szlag by to... - Mruknąłem pod nosem na widok nieprzytomnej dziewczyny, która leżała na skałach obsypanych śniegiem. Musiała się osunąć po niestabilnych kamieniach i zahaczyła się o ten występ. Całe szczęście, że nie spadła na samo dno przepaści, ponieważ prawdopodobnie nie miałbym już kogo ratować. Ślizgając się na ośnieżonych skałach, powoli i ostrożnie zszedłem w dół do Odette. Było to ciężkie, ponieważ miałem zwykłe buty trekingowe, bez żadnych raków, które zwiększałyby moją przyczepność. Potrząsnąłem delikatnie ramię dziewczyny, żeby sprawdzić, czy wróci jej przytomność. Na całe szczęście oprzytomniała.
-Odette! Musisz się zmobilizować i wspiąć z powrotem na szlak. - Powiedziałem szybko. - Pomogę ci.
-Co się stało? - Spojrzała na mnie zdezorientowana.
-Teraz to nieistotne, później to wyjaśnimy. - Pomogłem jej się podnieść. Zrobiłem z własnych rąk strzemię i pomogłem pokonać te parę metrów w górę, cały czas ją asekurując.
- Gdzieś tutaj mam urządzenie satelitarne. - Zaczęła grzebać po kieszeniach kurtki. Jednak w pewnym momencie jej oczy poleciał w głąb czaszki, a dziewczyna zaczęła się osuwać. W ostatniej chwili zdążyłem ją złapać, nie pozwalając by upadła na ziemię. Nie dam rady jej znieść do "bazy". Jestem już wykończony, poza tym robiło się coraz ciemniej, a śnieg nie przestawał dalej padać. Nie chcę byśmy oboje źle skończyli. Wygrzebałem z jej kieszeni urządzenie satelitarne i wykręciłem numer alarmowy, który widniał na obudowie. Podałem wszystkie dane i nasze przypuszczalne miejsce pobytu. Mieli wysłać helikopter. Schroniłem siebie i nieprzytomną Odette za krzakami gęstej kosodrzewiny. Blondynka cały czas była nieprzytomna, jednak oddychała i wyczuwałem jej słaby puls. Okryłem ją dodatkowo swoją kurtką, sam pozostając w grubej bluzie polarowej. Po nie wiem ilu minutach, które odczułem jako najdłuższe w swoim życiu, usłyszałem odgłos helikoptera. Na linie dotarł do nas ratownik, który od razu rozłożył nosze, na których umieściliśmy Odette. Podpiął je do liny odchodzącej od helikoptera i razem z nieprzytomną dziewczyną został wciągnięty do helikoptera. Następnie wrócił po mnie. We wnętrzu śmigłowca dostałem ciepły koc i kubek termiczny z gorącym napojem.
-Jest jeszcze dwójka osób w lesie, jakieś 1 km stąd. Jeden z nich ma otwarte złamanie nogi. - Wyjaśniłem ratownikom, którzy natychmiast udali się we wskazane miejsce. Po kolejnych minutach walki ze śniegiem i wiatrem, na pokładzie znalazł się Greg na noszach podobnych do tych, na których umieszczono Odette i James, który spojrzał na mnie z ulgą.
-Już traciłem nadzieję, że uda nam się przeżyć ten dzień. - Westchnął.
-Ja też. - Mruknąłem i spojrzałem zasmucony na dziewczynę, które z pewnością była cała potłuczona. Możliwe, że miała jakiś wstrząs mózgu,albo jeszcze coś gorszego. Oby wyszła z tego w miarę cało.
***
Po tym, jak obejrzeli mnie w szpitalu, podali mi kroplówkę na wzmocnienie i uzupełnienie płynów oraz elektrolitów, udałem się natychmiast do sali, w której leżała Odette. Usiadłem przy jej łóżku. Była już po jakiejś operacji, ale jeszcze nikt mi nie powiedział co jej było. W sumie nie jestem jej rodziną. Nagle otworzyła ociężale oczy.
-Odette! Całe szczęście, że wreszcie się ocknęłaś! - Posłałem jej ciepły uśmiech.

                                                    Odette? To się dziewczynie zachciało przygód :')

+10 PD

3 sty 2019

Od Charlesa cd. Odette

Odette zaskoczyła mnie z tą propozycją lotem na paralotni. Nie spodziewałem się tym bardziej, że tak szybko zrealizuje swój plan. Osobiście bardzo mi się podobała ta możliwość wypróbowania czegoś nowego. Wróciłem myślami do rzeczywistości i rozejrzałem się po stajni.
-Hmm... Trzeba sprowadzić resztę koni z padoku i będę zaraz szykować im jedzenie. - Mrugnąłem do blondynki. - Jak chcesz to możesz mi w tym pomóc.
-Jasne. - Skinęła głową ochoczo, po czym podrapała się po głowie. - Ee... A czego potrzebuję?
-Chodź za mną. - Pogłaskałem Ignis po chrapach i ruszyłem do siodlarni. Moja koleżanka dreptała za mną. Sięgnąłem po dwa uwiązy. Jeden wręczyłem dziewczynie.
-Złap Werbenę. Kojarzysz? To ta siwka. - Podpowiedziałem i wyciągnąłem z kieszeni grubego bezrękawnika parę kawałków marchewki. - Jakby nie chciała ruszyć tyłka to podetknij jej to pod nos. Na pewno zmieni zdanie.
-Powinnam sobie poradzić. - Uśmiechnęła się. - A ty kogo zabierzesz?
-Ja wezmę naszą rozkoszną nastolatkę, czyli Rose. - Uśmiechnąłem się pod nosem. - Bywa jeszcze kapryśna, pomimo tego, że powinna już trochę spoważnieć. Ale cóż... Kobiety.
-Ej! - Poczułem kuksańca w bok.
-Właśnie to miałem na myśli. - Zaśmiałem się i uciekłem na padok. Podszedłem do karej klaczki i wyciągnąłem w jej stronę rękę zawiniętą w swoją stronę, w której skrywałem marchewkę. Poruszyła ostrożnie chrapami i zaczęła się zbliżać. Trąciła moją dłoń pyskiem, żebym dał jej przysmak. Zaczęła nawet oblizywać moją skórę. W tym momencie przy pomocy drugiej ręki, przypiąłem karabinczyk  od uwiązu do kółka kantaru.
-Dobry konik. - Szepnąłem i otworzyłem dłoń, by Rose mogła zjeść warzywo. Zerknąłem na Odette, która bez problemu dogadała się z Werbeną i prowadziła ją właśnie do stajni. Szybko sprowadziliśmy Felinę i Hadesa, a następnie ruszyłem do małej stodoły, gdzie były wszystkie rzeczy potrzebne do przygotowania jedzenia.
-Wow, ale tu dużo różnych worków. - Odette rozglądała się z zainteresowaniem po pomieszczeniu.
-Jest w nich głównie owies i jęczmień, ale także wysłodki, makuchy i kukurydza. - Zacząłem szykować pięć wiader. Do każdego nasypałem odpowiednią ilość owsa, jęczmienia, dodałem wcześniej przygotowane siemię lniane i na koniec z niedużego worka oznaczonego firmowym znakiem dodałem suplementy witaminowe.
-Ładnie pachnie. - Blondynka wydawała się lekko zaskoczona.
-Całkiem przyjemnie. - Potwierdziłem, przyzwyczajony do charakterystycznego zapachu. - Możesz to wymieszać.
-A czym? - Zerknęła niepewnie na glutowaty kisiel z siemienia, który nie zachęcał do wkładania tam gołej ręki.
-Tym. - Wręczyłem jej patyk, który służył jako mieszadło. Dziewczyna zabrała się za wymieszanie zawartości wiader.
-Ok, teraz tak te dwa są dla Werbeny i Ignis. -Wskazałem dwa pierwsze z lewej. - To środkowe dla Hadesa, następne dla Feliny a to najbardziej z prawej dla Rose.
-Komu mam zanieść?
-Weź dla Feliny i Werbeny, ale pamiętaj, które masz w której ręce, bo to ważne. Każdy koń ma swoją dawkę. - Odparłem poważnie.
-Oki. - Wzięła odpowiednie wiadra i przez chwilę powtarzała sobie po cichu, które dla kogo po czym ruszyła do stajni. Ja natomiast wziąłem trzy pozostałe i wsypałem jedzonko do żłobu dla każdego z koni. Na koniec pogłaskałem jeszcze Ignis i wyszedłem przed stajnię, gdzie czekała na mnie już Odette.
-Dzięki za pomoc. - Uśmiechnąłem się.
-Nie ma za co. - Odparła wesoło. - Mogłam chociaż dowiedzieć się czegoś więcej do swojego projektu.
Wróciliśmy do domu, gdzie dziadek czekał na nas z kolacją.
-Oj, nie trzeba było. - Machnąłem ręką. - I tak miałem się właśnie zbierać do miasta z powrotem.
-Będziesz już wracać? - Odette spojrzała na mnie zaskoczona.
-Tak. Jutro mam casting do nowego filmu. - Przejechałem dłonią lekko potargane loki.
-To ja też będę wracać do siebie. - Dziewczyna posmutniała trochę.
-Co masz taką smutną minkę? - Dziadek przyjrzał się jej badawczo.
-Moja współlokatorka wraca dopiero za trzy dni. - Potarła zakłopotana ramię.
-To zostań ze mną! - Staruszek się uśmiechnął. - Pomożesz mi z końmi i pobawisz się z tym małym wulkanem energii. - Wskazał na Lokiego.
-A nie sprawię żadnego problemu? - Zapytała z nadzieją.
-Gdzie tam! - Dziadek pokręcił przecząco głową. - Dotrzymasz mi towarzystwa!
-Nie przejmuj się tym, co czasami gada. - Szepnąłem blondynce na ucho.
-Jasne. - Odparła równie cicho. Zjadłem jeszcze kolację i spakowałem rzeczy, po czym wyruszyłem w drogę powrotną. Wróciłem do pustego studio, gdzie szybko udałem się spać.Teraz dużo bardziej odczuwałem samotność.
Następnego dnia, przygotowałem się do castingu i udałem się do studia, gdzie odbywały się przesłuchania. W sumie ciężko nazwać wybieranie kaskadera przesłuchaniem. Chociaż zdarzało się tak, że dostawałem czasami rolę, a nie tylko angaż jako dubler, któregoś z aktorów. Film, do którego planowałem się dostać miał opowiadać o facecie, który samotnie przebywał pustynię po tym, jak jego samolot się rozbił, aż natknął się na zaczarowany las pełen różnych dziwnych stworzeń i nieznanej wcześniej, wysoko rozwiniętej cywilizacji. Aby dostać angaż w tej produkcji musiałem być chociaż trochę podobny do aktora, który grał główną rolę, albo jakąś inną, która również potrzebowała dublera. Kiedy nadeszła moja kolej i ludzie oceniający mój "występ" zobaczyli mnie, ich reakcja mnie zaskoczyła.
-Jesteś identyczny! - Zawołała jakaś babeczka.
-Czyżby sobowtór?! - Grubszy facet prawie nie mógł wyjść z podziwu.
-Eee... - Zaskoczony takim obrotem sprawy zacząłem lekko niepewnie mówić. - Jestem Charles Winchester, niezależny kaskader, 24 lata.
-Nie jesteś zrzeszony w żadnej szkole kaskaderskiej? - Zdziwił się najcichszy członek jury.
-Nie, ponieważ większości nauczyłem się sam. - Przeczesałem dłonią włosy.
-Możesz nam zademonstrować coś z podstawowych ćwiczeń, które są obowiązkowe dla kaskaderów?
-Jasne. - Skinąłem w głową. Zrobiłem salto w przód,a następnie przewrót przez prawy bark. - Coś jeszcze?
-Nie, tyle wystarczy. Jakieś wyjątkowe umiejętności? - Spojrzeli na mnie.
-Doskonale znam dżygitówkę, czyli konną kaskaderkę. - Odparłem.
-Ciekawe, ciekawe. - Babeczka pokiwała głową. - Chwileczkę musi pan poczekać. Chcemy się naradzić. Proszę nie schodzić ze sceny.
-Dobrze. - Odparłem i stałem dalej w tym samym miejscu. Po 10 minutach zaciekłej dyskusji, odwrócili się z powrotem do mnie.
-Przyjmujemy pana. Będzie pan grał dublera głównego aktora. Ma pan duże doświadczenie, niezwykłe umiejętności, dobre opinie i... wygląda pan identycznie jak nasza gwiazda. - Ogłosił gruby koleś.
-Wyślemy panu wszystkie potrzebne informacje na maila, a tydzień przed rozpoczęciem zdjęć zadzwonimy. Umowę podpisze pan w biurze, jak będzie wychodził. - Dodała babeczka.
-Super... Dziękuję bardzo za ofertę pracy! - Odparłem uśmiechnięty.
***
Jechaliśmy z Odette moim chevy w góry Rendah. To tam mieliśmy odbyć nasz lot paralotnią. Na szczęście od świąt się ociepliło i mogliśmy mimo wszystko odbyć tą niezwykłą podróż.
-Czaisz, że podobno wyglądam identycznie jak aktor grający główną rolę? - Opowiadałem właśnie historię o castingu. - Ciekawe, czy nie przesadzili...
-Musisz koniecznie zrobić mu zdjęcie i mi go pokazać. - Zaśmiała się. Jednak od samego rana wydawała się lekko poddenerwowana.
-Boisz się tego lotu? - Zerknąłem na nią.
-Może troszeczkę. - Odparła.
-Będzie dobrze. - Mrugnąłem do niej. - Jak przeżyłaś tyle dni z moim dziadkiem to, to będzie pestka.
-Było naprawdę super. - Odparła lekko obruszona, chyba tym, że porównuje dwie tak skrajne sytuacje do siebie.
-Z pewnością. - Zaśmiałem się. Dojechaliśmy wreszcie na miejsce. Czekało tam na nas dwóch facetów, którzy okazali się naszymi pilotami.
-Jestem James a to Greg. - Przedstawił się szatyn i wskazał na rudego. - Jesteśmy waszymi pilotami i będziemy z wami lecieć. Chodźcie, najpierw krótkie szkolenie bhp.
Wytłumaczyli nam wszystko. Następnie pokazali sprzęt i kazali założyć specjalną uprząż i kaski.
-Dobrze, że pogoda jest dobra. - Uśmiechnąłem się.
-W górach może być różnie, ale raczej damy radę. - Greg pomagał właśnie Odette z jej sprzętem. Kiedy byliśmy już gotowi, wystartowaliśmy. Rozpędziliśmy się i wzbiliśmy w powietrze. Uczucie było niesamowite. Gdzieś z boku słyszałem okrzyk zachwytu blondynki. Leciałem z Jamsem, który tłumaczył mi trochę funkcjonowanie paralotni. Kiedy mieliśmy właśnie przelatywać nad z jedynym z niewielkich szczytów, zawiał porywisty wiatr, który spowodował, że mój pilot stracił kontrolę nad naszą paralotnią. Gwałtownie obniżyliśmy lot i wpadliśmy w gęste gałęzie lasu, który porastał górę. Zdążyłem zauważyć, że Odette również spadała. Nie tak to miało się skończyć.
[Odette? A miało być tak pięknie :')]

+10 PD

26 gru 2018

Od Charlesa cd. Odette - Moja Wigilia

Świąteczne drzewko lśniło od blasku w jaki otoczyła je dziewczyna. Odette z tajemniczym uśmiechem opuściła dom. Widziałem jak się patrzy na puste miejsce pod choinką. Musiała coś kupić dla nas. Na szczęście i ja przewidziałem, żeby jej coś kupić. W ostatniej chwili, ale udało mi się. Włożyłem pod choinkę pakunek z prezentem dla blondynki, dziadka, Christine i Lokiego. Udałem się do kuchni, gdzie Christine przejęła rolę szefa i rządził dziadkiem, który kursował od kuchni do jadalni i z powrotem. Spojrzałem na kominek w salonie i stwierdziłem, że warto przynieść trochę więcej drewna, żeby potem nie odrywać się od kolacji. Zarzuciłem na siebie kurtkę i udałem się do drewutni. Wybrałem kilka większych kawałków drzewa i zacząłem je dzielić przy pomocy siekiery na mniejsze. Po paru minutach, przerwałem na chwilę pracę, by zaczerpnąć tchu. W drzwiach drewutni stała Odette.
-O, a co ty tutaj robisz? - Zaśmiałem się. - Chcesz pomóc?
-Hmm... Nigdy nie rąbałam drewna. - Spojrzała wątpliwie na siekierę.
-A chcesz spróbować? - Wyciągnąłem w jej kierunku narzędzie.
-Noo... Dobra. - Odparła po chwili zawahania. Podeszła do mnie i do pniaka, na którym kładłem kawałki do rozdrobnienia.
-Kładziesz sobie to tutaj i celujesz w środek, ale musisz to zrobić szybkim i pewnym ruchem, bo inaczej ostrze nie trafi tam gdzie chcesz. - Zademonstrowałem czynność, po czym przekazałem jej siekierę.
-Okej. - Skoncentrowała się na wycelowaniu we właściwe miejsce i zagryzła lekko wargi. Zamachnęła się i ostrze siekiery wylądowało w ziemi bardzo blisko mojej nogi. -O boże! Przepraszam!
-Nic się nie stało. - Zaśmiałem się. Wyciągnąłem siekierę, która tkwiła w podłodze drewutni. - Ale może lepiej, jak ja to dokończę.
-Myślę, że to nie jest zajęcie stworzone dla mnie. - Odsunęła się. - Pójdę zapytać, czy potrzebują pomocy w kuchni.
-Zostaw ich samych. - Mrugnąłem do niej. - Dadzą sobie radę. Ja zaraz skończę i wrócimy do jadalni nakrywać już stół.
-Skoro tak twierdzisz, to poczekam na ciebie. - Oparła się o ścianę i przyglądała jak rąbię drewno. Szybko dokończyłem robotę, wrzuciłem kawałki do koszyka i ruszyliśmy w stronę domu. Na zewnątrz  było już ciemno,a na niebie pojawiały się już pierwsze gwiazdy.
-Pierwsza gwiazda na niebie, czyli powinniśmy siadać już do wigilii. - Wskazałem na atramentowe sklepienie, na którym błyszczały pierwsze pojedyncze punkciki.
-To na co czekamy? - Odette uśmiechnęła się do mnie promiennie. Weszliśmy do środka, zdjęliśmy ciuchy i powędrowaliśmy od razu do jadalni, aby szybko przynieść talerze i sztućce. Po chwili zasiedliśmy we czwórkę do stołu. Dziadek powstał ze swojego miejsca i spojrzał na nas uroczyście.
-Jako gospodarz tego domostwa, chciałbym życzyć wszystkim tutaj zgromadzonym wesołych świąt! Dziękuję również za przybycie niezwykłemu gościowi, czyli uroczej Odette. Czuj się jak u siebie! - Zaśmiał się radośnie na koniec. - A teraz czas na te wszystkie pyszności.
-Dobrze powiedziane. - Dodałem i zatarłem ręce, by sięgnąć po pierwsze danie tego wieczoru. Mój wybór padł na pysznego pieczonego indyka w wykonaniu Christine.
-Charles, jak ci smakuje? - Spojrzała na mnie z uśmiechem.
-Jak zwykle genialny, ale szarlotki i tak nic nie przebije. - Westchnąłem.
-Przepyszne pieczone kasztany. - Do mojej pochwały dołączyła się Odette.
-Dziękuję kochani. - Christine promieniała. Była taką typową gospodynią, która naprawdę uwielbiała, kiedy ludzie zachwycali się jej przysmakami. Dziadek uśmiechał się dumnie, jakby sam to wszystko zrobił. Po pierwszych porcjach jedzenia, postanowiliśmy przenieść się do salonu, gdzie Odette włączyła świąteczne melodie, a ja zacząłem rozdawać wszystkim prezenty.
-Widzę, że wczułeś się w swoją rolę. - Blondynka zaśmiała się.
-Brakuje mi tylko mojego uniformu z pracy. - Posłałem jej rozbawione spojrzenie. Kiedy rozdałem już wszystkie pakunki, każdy zabrał się za rozpakowywanie prezentów. Pierwszy podarek był schowany w ładnej, świątecznej torebce i okazało się, że skrywa w sobie czerwony szalik w świąteczne wzory kompletny do czapki z zeszłego roku oraz świeżutki kawałek pysznej szarlotki. Posłałem Christine wdzięczny uśmiech,a ona wskazała na swoje nowe kolczyki, które kupiłem jej w sklepie z antykami. Wiedziała, kto jej taki prezencik sprawił. Następnie otworzyłem spore pudełko owinięte w papier prezentowy, a w środku znalazłem kamerkę gopro i butelkę dobrej tequili. To na pewno dziadka sprawa. Wreszcie będę mógł sobie robić filmiki z terenów z Ignis. Ostatnie pudełeczko było małe, przewiązane uroczą wstążką. Zawierało ono srebrny naszyjnik z przywieszką, na której zostało wygrawerowane "Stay alive. -O.". No ciekawe od kogo to? Uśmiechnąłem się. Podszedłem do Odette, która właśnie odpakowywała prezent ode mnie. Obok niej leżały urocze rękawiczki (robota Christine) i książka o żywieniu koni. Ten drugi prezent szczególnie przyciągnął moją uwagę.
-Jejku, mój dziadek nie ma wyczucia co do prezentów. - Zaśmiałem się.
-Daj spokój, kiedyś może mi się jeszcze przyda. - Odette machnęła ręką i zagłębiła się w rozpakowywanie podarunku ode mnie. Wyciągnęła bransoletkę na zielonym rzemyku ze srebrną przywieszką w kształcie psiej łapki, na której został wygrawerowany malutki napis "Dreams come true". Dziewczyna spojrzała zachwycona na biżuterię.
-Jakie to kochane. - Uśmiechnęła się do mnie.
-Ah ten Mikołaj to potrafi wymyślić prezent. - Odparłem nieskromnym tonem.
-Jak nikt inny. - Parsknęła rozbawiona. Po tym, jak wszyscy pokazali swoje prezenty, udaliśmy się z powrotem do jadalni, gdzie na stół wjechały przeróżne słodkości. Dodatkowo dziadek przyniósł w wielkim garnku tajemniczy napój, pachnący goździkami i przyprawą korzenną.
-Co to jest? - Odette spróbowała pierwszego łyku. - Bo jest niesamowicie smaczne.
-Taki tradycyjny napój wigilijny. - Puścił do niej oczko. Zachęcony pochwałą dziewczyny, również nalałem sobie smakowitego napoju. Był przepyszny. Zajęci rozmową pochłanialiśmy kolejne porcje pysznego specyfiku dziadka, aż w końcu mnie olśniło. Grzaniec. To jest przecież grzane wino.
-Hmm... Odette. Jest mały problem. - Zerknąłem na blondynkę, która właśnie kończyła kolejny kubek grzańca.
-Jaki? - Spojrzała na mnie już odrobinę wstawiona.A przynajmniej bardzo wesoła.
- To jest grzane wino. Ma procenty. - Wskazałem na garnek. - Jak ty teraz wrócisz do siebie?
-No przecież mogę wezwać taxi. - Machnęła ręką. - Strasznie panikujesz.
-No niby taak. - Westchnąłem.
-Dzieciaki! Co wy gadacie? - Zabrzmiał tubalny głos gospodarza. - Nikt nigdzie nie jedzie.
-Właśnie! Peter dobrze mówi! -Christine stuknęła się z nim kubkiem. - Odette możesz spać w pokoju gościnnym.
-Jakim gościnnym? - Dziadek się oburzył. - Są dorośli, mogą spać razem. Nie będę was podglądał!
-Dziadku, ale my nie jeste... - Zacząłem, ale on wdał się w głośną dyskusję z Christine i nie zwracał już na mnie uwagi. - Przepraszam za niego. - Zwróciłem się do swojej koleżanki.
-Nic się nie stało. - Odette uśmiechnęła się. - Chętnie skorzystam z noclegu, jeśli to nie problem.
-Nie ma żadnego. - Pokręciłem głową. Nagle coś mi się przypomniało. - Loki jeszcze nie dostał swojego prezentu!
-Mogę zobaczyć, jak mu go wręczasz? - Blondynka spojrzała się na mnie pytająco.
-Oczywiście. - Odparłem i wróciłem do salonu, gdzie leżała samotna paczuszka. Zawołałem Lokiego, który zainteresowany obwąchał prezent. Rozpakowałem mu ją i wyjąłem ładną, czerwoną obróżkę, którą od razu mu założyłem oraz opakowanie psich smaczków, z którego wyjąłem jeden przysmak i wręczyłem zadowolonemu szczeniakowi. Następnie pobawiliśmy się z nim trochę, po czym wróciliśmy do stołu, gdzie dołączyliśmy do rozmowy. Wieczór zakończyliśmy oglądaniem jednego z licznych świątecznych filmów. Po napisach, pokazałem Odette jej pokój, dałem świeżą pościel i stanąłem w drzwiach.
-Dzięki za to, że przybyłaś na wigilię. - Uśmiechnąłem się. - Od śmierci babci i moich rodziców, zawsze spędzałem święta tylko we dwójkę z dziadkiem. Czasami było nam dość samotnie. Dopiero w zeszłym roku dołączyła do nas Christine, a teraz jeszcze ty... To naprawdę dla nas wiele znaczy.
-To ja powinnam podziękować. -Uśmiechnęła się. - Bez was, bym siedziała sama w czterech ścianach i wspomniała poprzednie święta u rodziny.
-Oj, rozczulasz mnie! - Zaśmiałem się. Objąłem ją po przyjacielsku. - Dobranoc!
-Miłej nocy. - Odwzajemniłam ten lekki uścisk. - I jeszcze raz dziękuję za wszystko.
-Już tyle nie dziękuj. - Wywróciłem rozbawiony oczami i poszedłem do swojego pokoju. To była naprawdę udana wigilia.
[Odette?]

+10PD

24 gru 2018

Od Charlesa cd. Odette - Ho,ho,ho! [3/3]

Po dość wyczerpującym dniu w pracy, która okazała się bardziej męcząca niż niejeden dzień zdjęć do filmu, staliśmy przed galerią. Kiedy Odette zaczęła mówić o tym, że ma do odebrania dziecko, na początku naprawdę pomyślałem, że to jej dziecko. W oczekiwaniu na moją decyzję, dziewczyna wbiła we mnie wzrok. W sumie nie miałem nic lepszego do roboty, ale jednak powinienem wyjść z Lokim, bo był dzisiaj znowu poszkodowany brakiem towarzystwa.
-Mogę iść z tobą, ale muszę iść po swoje dziecko. - Puściłem jej oczko.
-Jakie dziecko? - Wydawała się zdezorientowana.
-Chodzi oczywiście o moje psie dziecko. - Zaśmiałem się. - Spokojnie, ja też jeszcze nie dorobiłem się swojego potomka.
-Loki? - Zaśmiała się. - No dobrze, to weźmy go ze sobą. Pewnie tęskni za tobą, skoro go na tyle samego zostawiłeś.
-Właśnie dlatego powoli zaczynam odczuwać wyrzuty sumienia. - Westchnąłem.
-Gdzie masz zaparowany samochód? - Rozejrzała się dookoła.
-Nigdzie, przyszedłem na pieszo, bo to niedaleko mojego mieszkania. - Skierowałem się we właściwym kierunku.
-Aż dziwne. - Uśmiechnęła się. - Zazwyczaj widuję cię z samochodem, albo na motorze.
-Pamiętam jeszcze do czego służą nogi. - Prychnąłem.
-Dobrze, dobrze. - Odparła pobłażliwie. - Prowadź.
Po 15 minutach spokojnego spaceru dotarliśmy do mojego bloku.
-Poczekasz chwilkę? - Zerknąłem na nią, wybierając kod do klatki. - Ja skoczę szybko po Lokiego.
-Jasne. - Przytaknęła. Dookoła śnieg sypał coraz mocniej.
-Wejdź chociaż do klatki, bo jak wrócę to zastanę bałwana. - Wywróciłem oczyma. Weszła za mną i stanęła przy skrzynkach na listy. Pobiegłem na trzecie piętro. Szybko otworzyłem drzwi i od razu przywitał mnie skomlący szczeniak. Podrapałem go za uchem i zapiąłem mu smycz. Wróciłem do Odette.
-Teraz ty prowadź do swojego dziecka. - Zaśmiałem się.
-Trochę nam się zejdzie. - Spojrzała niepewnie na sypiący śnieg.
-Mamy czas. - Machnąłem ręką. - Loki zażyje akurat spaceru.
-Skoro tak mówisz. - Przeczesała swoje blond włosy.
-Dziewczyno! Dlaczego ty nie masz czapki? - Nagle mnie olśniło.
-Zapomniałam. - Westchnęła.
-Potrzymaj go. - Wręczyłem jej smycz do ręki i wróciłem do swojego mieszkania. Znalazłem wełnianą czapkę w świąteczne wzory. Zeszłoroczny prezent od Christine, która wpadła do dziadka na wigilię. Zamknąłem mieszkanie i dotarłem do mojej znajomej. Od razu umiejscowiłem czapkę na jej blond czuprynie.
-Teraz możemy iść po Cindy. - Wyszczerzyłem się w uśmiechu.
-Skąd masz taką ładną czapkę? - Zdjęła ją na chwilę i obejrzała ciekawa, tego co miała na głowie.
-Własnoręcznie robiona przez znajomą dziadka, Christine. - Wyjaśniłem. Loki zachwycał się śniegiem, który gromadził się na trawnikach.
-Dzięki. - Założyła z powrotem i przyspieszyła kroku.
-Spieszymy się? - Zmarszczyłem brwi.
-Cindy zaraz kończy lekcje, a my mamy jeszcze spory kawałek do przejścia. - Odparła. Nic nie dodałem, tylko również przyspieszyłem. W niecałe pół godziny później znaleźliśmy się przed bramą szkoły. Z budynku wybiegały dzieciaki w różnym wieku, jednak większość w malutkich rączkach dzierżyły śnieżki. Nagle podbiegła do nas dziewczynka.
-Hej Odette! -Uśmiechnęła się uroczo do blondynki. Na mnie spojrzała się tylko z ukosa. - Dzień dobry.
-Dzień dobry. - Spróbowałem jakoś zachęcić dzieciaka do siebie, ale miałem wrażenie, że moje wysiłki spełzają na niczym.
-Cindy, to jest mój kolega Charles. - Odette przedstawiła mnie i spojrzała na mojego psa. - Charles! Przedstaw swojego przyjaciela.
-Patrz mała, to jest Loki! - Ucieszyłem się, bo w końcu wszystkie dzieci lubią szczeniaki. Miałem szczeniaka, wszystkie dzieci były moje.Cindy spojrzała na mnie niepewnie i schyliła się do rudej kulki szczęścia. Loki oczywiście rzucił się entuzjastycznie na nowego człowieka.
-Jaki słodki. - Mała szepnęła zachwycona. Po chwili zabawy z psiakiem, wstała i spojrzała na mnie bardziej przychylnym wzrokiem. Nagle dostała śnieżką w plecak.
-Chyba ktoś tutaj chce oberwać ode mnie. - Zaśmiałem się i zacząłem formować kulkę ze śniegu.
-Co ty robisz? - Odette spojrzała na mnie zaskoczona.
-Wkręcam nas w bitwę na śnieżki! - Rzuciłem swoim pociskiem prosto w jakiegoś chłopczyka, który dopiero co rzucił swoją śnieżkę w stronę jakiejś dziewczynki. Dostał prosto w brzuch, więc szybko zdecydował się na rewanż i jego śnieżka poleciała w naszym kierunku. Jednak ja się uchyliłem i dostała Odette, która nadal nie poczuła ducha rywalizacji.
-Ej... Co jest? - Wytarła resztki śniegu z włosów. Zrobiła poważną minę, po czym się roześmiała. Podeszła do Cindy i szepnęła małej coś na ucho. Odwróciły się do mnie plecami.
-Co tam kombinujecie? - Zmarszczyłem brwi. Przeczuwałem, że to będzie coś w ramach zemsty. Odwróciły się z dwoma obfitymi śnieżkami i rzuciły obie na raz. Jedna trafiła mnie w twarz, a druga w klatkę piersiową. Wytarłem śnieg z policzków i wyplułem jego resztki, które trafiły do moich ust.
-Oż wy! - Zabrałem się za lepienie kolejnej amunicji. Dziewczyny uciekły z piskiem, a Loki szczekając ruszył za nimi. A to mały zdrajca. Zacząłem miotać swoimi śnieżkami, jednak nie wszystkie trafiały w mój cel, więc po przypadkowych ofiarach, nadchodziła fala śniegowych kul niesionych chęcią zemsty. Bitwa rozpoczęła się na dobre. Dzieciaki piszczały, Loki biegał szczęśliwy wokół ludzi, a czas leciał szybko. W końcu zmęczeni, ale zadowoleni postanowiliśmy się zbierać.
-Co to się działo? - Westchnąłem.
-Dzięki wujku Charlesie za taką świetną bitwę na śnieżki! - Cindy wydawała się już całkowicie przełamać lody co do mojej osoby.
-Nie ma za co! Jestem mistrzem w takich akcjach. - Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu.
-Dawno się tak nie bawiłam. - Z ust Odette nie schodził promienny uśmiech.
-Odprowadzę was i będę wracał, bo Loki zaraz mi padnie tutaj. - Spojrzałem na szczeniaka, który widać było, że powoli tracił siły. Mimo to nadal miał ochotę na więcej zabawy. Ruszyliśmy dość wolnym krokiem i po jakichś 20 minutach dotarliśmy do domu dziewczynki. Pożegnałem moje dwie znajome i wyruszyłem w drogę powrotną. To był długi dzień.
***
Wielkimi krokami zbliżała się wigilia. Dziadek wydzwaniał do mnie codziennie zapowiadając coraz to nowe potrawy, które miała nam dostarczyć Christine. Ja osobiście jeszcze nie zastanawiałem się, co przygotuję, ale ta myśl ciągle buszowała gdzieś po zakamarkach mojej głowy. Moje rozmyślania przerwał dźwięk telefonu. Odebrałem.
-Cześć Odette! Co tam? - Zaskoczyło mnie imię, które wyświetliło się przy przychodzącym połączeniu.
-Hej Charles! - Jej głos brzmiał trochę niepewnie. - Mogłabym prosić cię o pomoc?
-Potrzebujesz pracy? - Zmarszczyłem brwi.
-Nie. Już zarobiłam na nowe meble i... właśnie chodzi o te meble. - Zaśmiała się. - Potrzebuję pomocy przy ich składaniu, a Jamie już wyjechała na święta do rodziny.
-Nie znam się za bardzo na tym, ale może instrukcja nie będzie napisana dla ludzi z wygórowanym IQ. - Odparłem. - Kiedy mam do ciebie przyjść?
-A kiedy ci pasuje? - Zapytała z nadzieją. - Ja w sumie nie mam już zajęć, więc przez większą część dnia jestem wolna.
-Mogę być za godzinę. - Spojrzałem na zegarek.
-Ok. Czekam. - Rozłączyła się.
Ogarnąłem się, wyszedłem na szybki spacer z Lokim i wsiadłem do chevy. Podjechałem pod odpowiedni akademik i szybko dostałem się do właściwego pokoju.
-Ekipa remontująca przybyła! - Uśmiechnąłem się do Odette.
-Dzięki wielkie! Nie wiem, jak ja się tobie odpłacę za pomoc. - Poprawiła niesforny kosmyk. Wprowadziła mnie do pokoju i wskazała na trzy pokaźne, kartonowe pudła.
-To te nasze tetris? - Spojrzałem marszcząc lekko czoło.
-Tak. To jest łóżko, to biurko a to komoda. - Wskazała po kolei na opakowania.
-Dobra, bierzmy się za to! - Zatarłem ręce i sięgnąłem po pierwszy karton, który był dość ciężki. Rozpakowaliśmy wszystkie elementy łóżka i zaczęliśmy powoli i według instrukcji je składać. Nie było to jakieś łatwe, ale pracując schematycznie doszliśmy do wymarzonego celu. Po łóżku, wzięliśmy się za biurko, które było stosunkowo łatwe, jednak komoda okazała się najbardziej problematyczna. Po dwóch godzinach składania mebli usiedliśmy na nowym łóżku.
-Herbaty? - Odette westchnęła.
-Z chęcią. - Przytaknąłem. Po chwili na biurku stały dwa kubki z parującymi cieczami.
-Chyba od razu przystroję ten pokój, bo nadal jest pusto. - Wyjęła pudełko, w którym znajdowały się różne ozdoby.
-Pomóc ci? - Wstałem, żeby być od razu zdolnym do pracy.
-Na razie dam sobie radę. - Blondynka zaśmiała się uroczo. Postawiła niewielką choineczkę na biurku. Na komodzie ustawiła stroik z żywych gałązek w środku, którego znajdowała się zapachowa świeca. Wyjęła lampki i spojrzała na okno, które było dość wysokie.
-Czyżby ktoś tu miał za krótkie rączki? - Uniosłem brwi.
-Może trochę. - Mruknęła. Wziąłem od niej lampki i zacząłem je przymocowywać wokół okna. W tym czasie dziewczyna otoczyła oparcia łóżka czerwonym łańcuchem i obok poduszek umieściła pluszowego renifera z czerwonym nosem. Kiedy skończyłem z montażem lampek, Odette ustawiła się przy drzwiach i podziwiała efekt naszej pracy.
-No i teraz jest tu nawet przytulnie! - Uśmiechnęła się.
-Trzeba przyznać, że nam się udało. - Przytaknąłem.
-Szkoda tylko, że nadal nie mam z kim się cieszyć tą świąteczną atmosferą. - Blondynka posmutniała. Spojrzałem na małą choinkę.
-Mam dla ciebie propozycję. - Odwróciłem się do niej i wbiłem spojrzenie w jej zielone oczy. - Jeśli chcesz, to możesz pojechać ze mną do dziadka na wigilię. Myślę, że staruszek się ucieszy!
[Odette?]

+10PD

15 gru 2018

Od Charlesa cd. Isabelle

Początkowo skręcona kostka okazała się poważnym zwichnięciem, dlatego otrzymałem piękny gips i zwolnienie lekarskie na 3 tygodnie. To się ładnie załatwiłem. Zaproszenie Isabelle przyjąłem z wdzięcznością. Kiedy na ścianie dostrzegłem te wszystkie zdjęcia, które wydawały się dość dziwne, jeśli brać je za po prostu wydarzenia z życia kobiety, nie mogłem oderwać od nich wzroku. Szczególnie od jednego, na którym brązowowłosa była całkiem naga, skąpana po pas w wodzie, w zmysłowej pozie. Ruszyło mnie to zdjęcie, nie powiem. Miałem właśnie się zapytać, czy jest aktorką albo jakąś modelką, ale uprzedziła mnie i potwierdziła moje przypuszczenia.
-Hmm... To można powiedzieć, że pracujemy w tej samej branży. - Uśmiechnąłem się i sięgnąłem po filiżankę z gorącym napojem. Złapałem malutki łyk i skrzywiłem się, gdy poczułem to charakterystyczne odrętwienie na języku spowodowane kontaktem z za ciepłą cieczą.
-Taak. - Przeciągnęła to krótkie słowo i usiadła obok mnie. Przyglądałem się dalej poszczególnym zdjęciom. - Podobają ci się?
-Całkiem niezły pomysł na pamiątkę. - Skinąłem lekko głową. - Masz tu zdjęcia ze wszystkich swoich planów?
-Z większości. Niektóre są z tego samego miejsca. - Wyjaśniła i przejechała wzrokiem po kolorowych fotografiach. W jej oczach dostrzegłem sentyment i odrobinę smutku.
-A teraz nigdzie nie grasz? - Zmarszczyłem brwi.
-Zrobiłam sobie przerwę. - Westchnęła. - Na razie zarabiam na życie jako instruktor jeździectwa, jak sam już zdążyłeś zauważyć.
-Jeśli w aktorstwie jesteś taka dobra jak w jeździe konnej, to muszę koniecznie kiedyś obejrzeć jakiś film z tobą. - Uśmiechnąłem się.
-Odbiorę to jako komplement. - Jej usta rozciągnęły się w uroczym uśmiechu. Rzuciłem krótkie spojrzenie na ścianę wypełnioną zdjęciami i dostrzegłem Isabelle, która czule obejmowała jakiegoś przystojnego mężczyznę. Wyglądali na bliskich sobie.
-A to zdjęcie? - Wskazałem na oglądany przeze mnie widok. - Wydajecie się być ze sobą blisko.
-To Nicholas. - Odparła tylko, a jej głos lekko się załamał. Zauważyłem, że ten temat jest dla niej bolesny, mimo że nie wiedziałem o co może chodzić.
-Jeśli nie chcesz mi o tym opowiadać to zrozumiem. - Powiedziałem dość poważnym, jak na mnie głosem.
-Nie... Znaczy opowiem ci o tym. - Wzięła głęboki oddech. - Przepraszam, ale to naprawdę bolesne wspomnienia, a jednocześnie jedne z najpiękniejszych.
-Spokojnie, będę tylko słuchał. - Uśmiechnąłem się delikatnie, żeby dodać jej wsparcia.
-Nicholasa poznałam w wieku 18 lat podczas zdjęć do jednego z seriali. - Zaczęła cicho. - To była miłość od pierwszego wejrzenia. Bardzo szybko zostaliśmy parą. Po pół roku zamieszkaliśmy razem. To były naprawdę cudowne chwile. - Na jej ustach pojawił się smutny uśmiech, a coś w zielonych oczach zabłysło na dosłownie ułamek sekundy. - Dwa lata później on mi się oświadczył. Dowiedziałam się, że jestem w ciąży. To miał być chłopiec. - Po policzku spłynęła pojedyncza łza, którą kobieta natychmiast otarła.
-Co się stało? - Cicho zapytałem i spojrzałem z troską na zasmuconą Isabelle. Coś czuję, że ta historia nie będzie miała happy endu.-Wypadek samochodowy. Jechaliśmy razem. Jedynie ja przeżyłam... Po tym wydarzeniu nie wiedziałam, jak dalej żyć. Byłam załamana. - Ciemnowłosa schowała twarz w dłoniach.
-Ja... - Zacząłem, ale szybko zrezygnowałem ze słów i po prostu przytuliłem Isabelle. Poczułem jej drobne ciało w swoich objęciach i delikatny, słodkawy zapach jej włosów. Kobieta się nie wyrwała z uścisku, a jedynie odwzajemniła uścisk. Trwaliśmy tak przez chwilę, po czym ostrożnie zwolniłem objęcia i odsunąłem się kawałek od Isabelle.
-Ehem... - Odchrząknęła. - Dzięki. I przepraszam, bo to nie najlepsza historia do luźnych pogawędek przy kawie.
-Nie przepraszaj. To ja się zapytałem. - Zakłopotany poprawiłem loki.
-Ale teraz już wiesz, dlaczego mam przerwę od show-biznesu. Musiałam się oderwać od tego środowiska. - Poprawiła kosmyk, który uwolnił się od reszty włosów i przeszkadzał jej przy twarzy.
-Nie dziwię się. - Odparłem. - Jednak przyjemnie byłoby, jakbyśmy kiedyś spotkali się na jednym planie filmowy. - Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu.
-Może kiedyś. - Westchnęła. - Chcesz jeszcze jedną filiżankę kawy?
-Hmm... Skusiłbym się, ale na herbatę. - Zaśmiałem się. - Jak wypiję jeszcze jedną kawę to w końcu padnę na zawał.
-Jasne. Zaraz zrobię. - Wzięła puste naczynia i ruszyła w kierunku kuchni.Podbiegł do mnie Brush i spojrzał zaciekawiony.
-Co tam malutki? - Pogłaskałem go delikatnie po boku. -Jak to jest być szczotką? - Zaśmiałem się. Psiak szczeknął, jakby zaprzeczał, że wcale nie jest przedmiotem do czesania włosów. Kiedy zobaczył swoją panią, która wracała z herbatą, od razu do niej podbiegł.
-Pogadaliście sobie? - Uśmiechnęła się.
-Tak. Bardzo kontaktowy jest. - Przytaknąłem. Nagle coś sobie uświadomiłem. - Jejku, jak ja będę wychodzić z Lokim z tą nogą?
-Przecież możesz chodzić. - Brwi Isabelle zmarszczyły się w zdziwieniu.
-Tak, ale dla niego to za mało. - Westchnąłem. - No nic, poproszę dziadka, żeby go do siebie zabierał.
-Wiesz... Od czasu do czasu mogłabym z nim wyjść na dłuższy spacer. - Usiadła obok mnie i sięgnęła po herbatę.
-Naprawdę? - Spojrzałem na nią z nadzieją. - Ale nie chcę cię obciążać. W końcu masz swoje życie.
-To nie będzie żaden problem. - Machnęła ręką. - Nie będzie to codziennie, ale raz na jakiś czas.
-No dobra. - Uśmiechnąłem się. - Dzięki.
Rozmawialiśmy jeszcze przez jakiś czas, popijając herbatę. Isabelle doszła do siebie po opowiedzeniu swojej tragicznej historii. Współczułem jej bardzo. Niby moja przeszłość też nie była jakaś cudowna, ale przez to, że doświadczyłem jej jako dziecko, wydawała mi się bardziej odległa. Kiedy na dnie mojej filiżanki nie pozostała nawet kropla herbaty, stwierdziłem, że warto by było wrócić do siebie.
-Chyba powinienem się zbierać. - Podniosłem się ostrożnie.
-Odwiozę cię. - Zaproponowała. - I tak nie masz samochodu, a nawet jeśli byś miał to raczej nie dałbyś rady prowadzić z tym gipsem.
-Dzisiaj zdecydowanie za dużo dla mnie robisz. - Westchnąłem.
-Musisz się z tym pogodzić. - Uśmiechnęła się szeroko. Ruszyliśmy na podjazd, gdzie czekał jej czerwony ford. Z pewną trudnością wspiąłem się na siedzenie, podałem adres mojego studio i ruszyliśmy w drogę. Czas upłynął nam na rozmowie o muzyce, która leciała w radiu. Niestety nie była to klasyka rocka. Podjechaliśmy pod mój blok. Wysiadłem nawet bez większego trudu i podszedłem pod drzwi od strony kierowcy. Isabelle uchyliła okno  i wychyliła się.
-Dasz sobie radę? - Spojrzała z powątpiewaniem na moją nogę.
-Nie jestem aż taką kaleką. - Mruknąłem. Przez mój umysł prześlizgnęła się pewna myśl. Nie wiele się zastanawiając, nachyliłem się i złożyłem krótki, jednak dość intensywny pocałunek na ustach brązowowłosej. Nie mogłem się powstrzymać.
-Ah... - Wydała z siebie krótkie westchnienie i spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami.
-Dzięki za wszystko. Do zobaczenia. - Odparłem szybko i odwróciłem się w stronę swojej klatki. Dlaczego nie mogę iść szybciej? Co ja wyprawiam?
[Isabelle? Co tu się zadziało? ^^]

12 gru 2018

Od Charlesa cd. Koyori

Reakcja Shane do tej pory wprowadzała mnie w stan zawstydzenia. Niepotrzebnie mówiłem mu, że nie jestem zainteresowany. W końcu tak naprawdę do niczego nie doszło. Jednak czasu nie da się już cofnąć. Wróciłem do mieszkania i wziąłem kluczyki od chevy, żeby pojechać po Lokiego do dziadka. Szczeniak był padnięty, więc nie musiałem wychodzić z nim na wieczorny spacer. Zdjąłem soczewki, założyłem okulary i postanowiłem obejrzeć sobie jakiś film dla odprężenia. Następnego dnia planowałem wybrać się na nocny wyścig motorów. Od pewnego znajomego dostałem cynk, że jest taki organizowany na przedmieściach. Jako, że chwilowo byłem i tak bezrobotny, to mogłem sobie pozwolić na takie nielegalne rozrywki. Po seansie poszedłem wziąć szybki prysznic i położyłem się spać. Wstałem o przyzwoitej porze i udałem się na poranny jogging z Lokim. Biegałem, póki nie poczułem, że zbliża się moja granica. Reszta dnia wlekła mi się niemiłosiernie w oczekiwaniu na wieczorne wydarzenie.W międzyczasie zdążyłem przygotować swoje ducati do wyścigu. Wyjrzałem przez okno. Na zewnątrz robiło się coraz zimniej, więc nie byłem pewien, czy wieczorem nie spadnie śnieg. Miałem nadzieję, że nie. Wreszcie nadszedł moment, w którym mogłem wsiąść na motor, założyć kask i ruszyć na wskazane wcześniej przez znajomego miejsce. Na przedmieściu zebrało się mnóstwo ludzi. Wszyscy wyposażeni w jakiś środek komunikacji. W przewadze były motocykle, ale nie brakowało również samochodów. Wszystkie fury i ścigacze były zadbane i odpowiednie oświetlone. Zajechałem koło grupki osób, które kojarzyłem z poprzednich wydarzeń.
-Hej! - Zdjąłem kask i oparłem ducati na nóżce. - Jakie mamy dzisiaj stawki?
-Siema stary! - Jakiś czarnoskóry facet przybił mi piątkę. - Wysokie. Najniższa lokata to do zgarnięcia pięć kafli.
-Opłaca się. - Gwizdnąłem.
-Startujesz? - Podeszła do mnie Cate, z którą ostatnio się ścigałem na torze.
-Co tutaj robisz? - Zmarszczyłem brwi. - Myślałem, że to nie twoje klimaty.
-Przyjechałam wybadać grunt. - Machnęła ręką. - Dzisiaj tylko będę obstawiać.
-No ładnie. Widzę, że jesteś przy kasie, skoro będziesz obstawiać. - Uśmiechnąłem się.
-Jasne. - Prychnęła i odgarnęła czarne włosy. - A ty jakie masz plany?
-Chciałbym wygrać. - Wzruszyłem ramionami.- Ale nie mam parcia.
-To chyba jesteś wyjątkiem w tym towarzystwie. -Dołączył się do nas jeden z motocyklistów.
-Naprawdę? - Parsknąłem.
-Widzisz, ci wszyscy ludzie liczą tutaj głównie na zysk. - Wskazał ręką całe towarzystwo. - A ty na co innego liczysz?
-Chcę się rozerwać. - Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu.
-Hmm... Rozumiem. Jesteś jednym z tych poszukiwaczy zastrzyków adrenaliny. - Pokiwał głową. - To dzisiaj będziesz mógł mieć okazję pościgać się w śniegu.
-Co? - Uniosłem brwi w zaskoczeniu, a po chwili dostrzegłem, że zaczął padać śnieg. - Robi się ślisko.
-To tylko podkręca atmosferę. - Dodał brodaty facet. - Żaden miłośnik tych zawodów nie przepuści okazji, by złamać kolejne prawa fizyki.
-Będzie ciekawie. - Cate popatrzyła na ludzi, którzy powoli wsiadali na swoje metalowe rumaki.
-Czas na mnie. - Poprawiłem roztrzepane loki i wsiadłem na swoje ducati. Założyłem kask.
-Powodzenia słodziaku. - Kobieta uśmiechnęła się do mnie.
-Nie dziękuję. - Odparłem. Ustawiłem się na linii startu. Razem ze mną starowało 5 zawodników. Wszyscy byli napaleni i regularnie podkręcali temperaturę, gazując swoje maszyny. Mnie też udzielił się ten klimat. Jednak kiedy zaczęło się odliczanie, uspokoiłem się, bo nie chciałem wystartować zbyt gwałtownie, by uniknąć poślizgu na samym początku. Usłyszeliśmy sygnał trąbki i ruszyliśmy. Jeden z zawodników, najwidoczniej mało doświadczony, podniósł motor od razu po starcie. Nie robi się tego, kiedy droga jest śliska. Stracił równowagę, gdy jego tylne koło zaczęło buksować po śliskiej nawierzchni i wywalił się z motorem. Usłyszałem jeszcze szczątki gwizdów wydawanych przez obserwujących, a potem zniknąłem za zakrętem. Trasa była wcześniej wyznaczona przez organizatorów i musiałem zapamiętać charakterystyczne punkty, by nie zjechać z toru wyścigu. Nie mogli jej w żaden sposób fizycznie oznaczyć, gdyż jako, że jest to nielegalne wydarzenie, nie chcieli rzucać się niepotrzebnie w oczy. Obecnie byłem 3. Śnieg zaczął padać coraz intensywniej. Widoczność była mizerna, ale ja nie zwalniałem. Kolejne zakręty wyłaniały się z ciemności przecinanej przez intensywny, biały opad. Dostrzegłem przed sobą czerwone światło sygnalizacji na skrzyżowaniu. W przekonaniu, że nic o tej porze nie będzie jechało przyspieszyłem. Jednak będąc na środku dostrzegłem z prawej strony reflektory ciężarówki. Kierowca zaczął głośno trąbić, a ja niewiele się zastanawiając przyspieszyłem. Uniknąłem zderzenia cudem. Od zderzaka samochodu dzieliło mnie parę centymetrów. Poczułem to obezwładniające uczucie zastrzyku adrenaliny. Uśmiechnąłem się do siebie i nie zwalniając, wyminąłem drugiego zawodnika, który chyba nie najlepiej radził sobie z gęstym śniegiem. Do mety pozostało mi ostatnie kilkaset metrów. Docisnąłem gaz i w przypływie radości, puściłem na chwilę kierownicę. To nie było mądre. W ostatniej chwili złapałem ją z powrotem i uniknąłem wjechania w krawężnik. Wpadłem w lekki poślizg, przy którym prawie się położyłem z motorem, ale udało mi się wyjść z opresji i całkiem dumny z siebie zająłem drugie miejsce. W ten sposób wygrałem całe 7000 avarów. Będzie na życie przez jakiś czas.
-Ładny popis umiejętności pod koniec. - Cate poklepała mnie po ramieniu, kiedy podjechałem po wyścigu na swoje miejsce.
-A dziękuję. - Uśmiechnąłem się.
-Dzięki tobie nawet coś wygrałam. - Pokazała pokaźny plik pieniędzy wystający z kieszeni.
-Do usług. - Zasalutowałem. - A teraz będę się zbierać.
-Tak szybko? - Koleżanka wyraziła swoje zdumienie. - Nie zostajesz na resztę wyścigów?
-Nie chce mi się. - Machnąłem ręką. - Co swoje wygrałem i przeżyłem... A właśnie co z tym kolesiem, co się wywalił na samym początku?
-Trochę się pościerał, ale będzie żył. - Cate wywróciła oczyma. - Nowicjusz.
-Każdy jakoś zaczyna. - Odparłem. - Do zobaczenia! - Odjechałem. Przez miasto podążałem dość ostrożnie. Jednak w pewnym momencie zauważyłem, że na pasy w pobliżu jednego z większych parków w mieście, ktoś wyszedł. Było to tak niespodziewane, że w ostatniej chwili nacisnąłem mocno hamulec i mój motocykl wpadł w gwałtowny poślizg. Ledwo uniknąłem uderzenia w krawężnik i powodowany siłą rozpędu, wyleciałem przez kierownik. Na szczęście zrobiłem przewrót przez bark i nic mi się nie stało. Miałem specjalną kurtkę na motor, która była wzmacniana. Gdyby nie ona, nie byłoby tak fajnie. Podnosząc się powoli z asfaltu, dostrzegłem jak ktoś do mnie podbiega. Znajoma ta sylwetka.-Nic ci nie jest? -Usłyszałem dźwięczny, kobiecy głos.
-Wszystko w porządku.-Mruknąłem. - Koyori? Co ty tutaj robisz o tej porze?
Było grubo po 2 w nocy. O tej porze nie chodzi się na samotne spacery...
[Koyori?]
+10PD

Od Charlesa cd. Odette - Ho, ho, ho! [1/3]

Podziwiałem, że Odette tak dzielnie zniosła pierwszy upadek z konia. Nie wszyscy potrafili się tak szybko pozbierać po nawet niegroźnym wypadku. Zastanawiałem się, czy nic jej nie będzie, ale nie wyglądała, by bardzo coś ją bolało. Propozycja dziadka rzucona podczas jedzenia szarlotki spowodowała, że na twarzy mojej znajomej pojawił się delikatny rumieniec. Staruszek chyba nie dawał za wygraną. Chciał nas koniecznie swatać.
-Byłem nad tym jeziorem tyle razy. - Westchnąłem zadowolony po skończeniu pysznego ciasta. - Mogę je pokazać Odette, ale myślę, że przejdziemy się tam na pieszo.
-Oh, a dlaczego nie konno? - Siwy mężczyzna spojrzał zdziwiony na naszą dwójkę.
-Hmm... Chyba na dzisiaj mi starczy jazdy. - Zaśmiała się blondynka.
-Rozumiem. Początki bywają trudne. - Skinął głową ze zrozumieniem.
-To co? Idziemy? - Wstałem od stołu i spojrzałem na dziewczynę.
-Jasne. - Ona również podniosła się z krzesła i ruszyła za mną. Założyliśmy kurtki i wyszliśmy na zewnątrz. Powiał mroźny wiatr. Mieliśmy w końcu już grudzień i nie było już tak ciepło.
-Brr...Jakoś chłodniej się zrobiło. - Potarłem ramiona.
-Zbierają się jakieś chmury... - Odette spojrzała niepewnie w niebo. - Może nas nie spotka żaden pogodowy kataklizm?
-Myślę, że nie będzie źle. - Odparłem również badając sklepienie niebieskie. - To jezioro nie jest tak daleko.
-Skoro tak mówisz, to prowadź. - Uśmiechnęła się.
-Przez mojego dziadka czuję się, jakbym był z tobą na randce. - Zaśmiałem się.
-Faktycznie, taki nastrój wprowadził, że i ja się przez chwilę zastanawiałam do czego to wszystko zmierza. - Tym razem dziewczyna nie pokryła się rumieńcem.
-Mój dziadek już taki jest. - Westchnąłem. - Chce po prostu, bym był szczęśliwy.
-Kocha cię. - Podsumowała.
-Momentami aż za bardzo. - Na moje usta znowu zakradł się uśmiech.- A jak tam twoja rodzina?
-Całkiem normalna. - Wzruszyła ramionami. - Moja mama mnie wychowywała i nie pracowała, a tata pracował na nasz dom, jednak mimo wszystko nie odczuwałam jego braku.
-To naprawdę masz szczęście. - Mruknąłem. Nagle wokół nas zaczęły wirować pojedyncze płatki śniegu.
-Ooo, pierwszy śnieg! - Dziewczyna wbiła zachwycone spojrzenie w spadające białe śnieżynki.
-Przydałoby się wybrać w góry. - Zadarłem głowę, by spojrzeć w ciężkie, śniegowe chmury.
-Co? W góry? - Odette zmarszczyła brwi. - Jeździsz na nartach?
-To też, ale bardziej mi chodziło, żeby iść zdobyć sobie jakiś szczyt zimą. - Wyjaśniłem. Dawno nie byłem na żadnej wyprawie górskiej i już trochę stęskniłem się za szlakami.
-To nie jest czasami trochę niebezpieczne? - Zmrużyła oczy.
-A czy ja lubię bezpieczne rzeczy? - Zaśmiałem się.
-No tak... W sumie to do ciebie pasuje. - Zawtórowała mi swoim dźwięcznym głosem.
-Patrz! Masz nasze piękne jezioro. - Wskazałem na zamarzniętą taflę jeziora.
-Wow, jest naprawdę duże! - Dziewczyna ogarnęła wzrokiem zbiornik wodny. - Naprawdę tutaj ładnie.
Poszliśmy kawałek wzdłuż brzegu. Zaczął jednak wiać mroźny wiatr i zrobiło się jeszcze bardziej zimno.
-Może będziemy wracać? - Spytałem, bo widziałem, że dziewczyna zaczyna szczękać zębami.
-Chyba to dobry pomysł.- Zgodziła się ze mną. Wróciliśmy do domu, pożegnaliśmy dziadka, Odette zabrała swoje notatki i wsiedliśmy do samochodu. Loki był tak zmęczony, że usnął na kolanach blondynki. Tym razem podjechałem pod nowy adres mojej koleżanki. Uparłem się, że w to zimno nie będzie wędrować sama.
-To mam nadzieję, że do zobaczenia. - Pomachałem jej przez okno samochodowe.
-Papa! - Odparła i ruszyła do drzwi wejściowych klatki schodowej. Wróciłem do swojego studio i postanowiłem wcześniej iść spać. To był dość produktywny dzień.
***
Minęło parę dni. Wybrałem się do galerii handlowej, by znaleźć parę świątecznych drobiazgów. Wybrać prezent dla dziadka, wyposażyć swoje puste mieszkanie w jakieś ozdoby i kupić świąteczną obrożę dla Lokiego, który powoli wyrastał ze swojej szczenięcej obróżki.  Bardzo lubiłem ten przedświąteczny klimat, kiedy wszyscy dookoła zastanawiali się nad odpowiednimi prezentami dla bliskich, szykowali świąteczne przysmaki i ozdabiali zielone drzewka w kolorowe bombki. Najpierw udałem się po ozdoby. Jako, że moje studio nie było największe, postanowiłem zakupić kilka łańcuchów, światełka i parę istnie świątecznych świeczek, by nadać jakikolwiek klimat. Na choinkę nie mogłem sobie pozwolić ze względu na nieduży metraż. Następnie udałem się do sklepu z zegarkami, gdzie znalazłem piękny czasomierz na skórzanym pasku, który idealnie pasował do mojego dziadka. Poprosiłem o to, by wygrawerować na nim krótką sentencję "Dla najukochańszego dziadka.". Miałem właśnie udać się do sklepu zoologicznego, kiedy zadzwonił mój telefon. Spojrzałem na wyświetlacz. Odette.-Halo, co tam? - Odebrałem w miarę szybko.
-Hej Charles, mam drobną prośbę. - Usłyszałem podekscytowany głos dziewczyny.
-Jaką? - Zmarszczyłem brwi, bo nie wiedziałem o co może jej chodzić.
-Chodzi o to, że odremontowali mój pokój w akademiku i potrzebuję pieniędzy, żeby kupić meble i jakieś rzeczy na święta.
-Chcesz pożyczyć ode mnie? - Zaproponowałem.
-Nie, nie o to chodzi. - Zaprzeczyła szybko. - Szukam jakiejś dorywczej pracy... I pomyślałam, że może ty mi pomożesz coś znaleźć. Obracasz się w różnym towarzystwie, więc może ktoś z twoich znajomych potrzebuje jakiegoś pracownika na niedługi czas?
-Aaa, jasne! Mogę się popytać i dam znać! - Odparłem z entuzjazmem w głosie.
-Dzięki wielkie! - Odparła i się rozłączyła. Poszedłem do sklepu zoologicznego i wybrałem czerwoną obrożę dla mojego psiaka. Wychodząc z galerii handlowej zauważyłem duże ogłoszenie.
Praca szuka ludzi! Poszukujemy młodych dziewczyn, najlepiej ze statusem studenta, do pracy jako hostessa przy świątecznym wydarzeniu w naszym centrum handlowym!Pod spodem widniał numer telefonu, pod który trzeba było zadzwonić, by dowiedzieć się więcej szczegółów. Zapisałem go. Wróciłem do studio i rozmieściłem zakupione ozdoby. Te parę świeczek postawiłem na komodzie pod lustrem. Na lustro zarzuciłem granatowy łańcuch. Czerwony łańcuch zawisł nad moim łóżkiem, owijając wiszące tam trzy nieduże obrazy. A lampki rozwiesiłem w oknie. Po tych krótkich porządkach, postanowiłem podzwonić w kilka miejsc. Niestety nikt z moich znajomych nie szukał aktualnie nikogo do pracy. Westchnąłem. No nic. Zaproponuje jej to ogłoszenie z galerii handlowej. Zadzwoniłem do Odette i wyjaśniłem sprawę. Ucieszyła się, więc podałem jej numer z ogłoszenia, podziękowała i powiedziała, że oddzwoni, żeby powiedzieć co i jak. Po jakichś 20 minutach, usłyszałem dźwięk dzwonka. Odebrałem.
-I jak?- Zapytałem.
-Będę Śnieżynką podczas eventu ze świętym Mikołajem. - Odparła ucieszona. - Dzięki, że znalazłeś to ogłoszenie.
-Przyjęli cię tak po prostu? - Zdziwiłem się.
-Tak. - Przytaknęła. - Znaczy muszę iść tylko na krótką rozmowę kwalifikacyjną i w weekend prawdopodobnie będę już w pracy.
-To świetnie! - Ucieszyłem się. - W takim razie powodzenia!
***
Nadszedł weekend. Odette dostała pracę, więc postanowiłem zobaczyć jak jej idzie bycie Śnieżynką świętego Mikołaja. Udałem się ponownie do tej samej galerii handlowej, w której byłem kilka dni temu. Jednak nigdzie nie było Mikołaja ani Odette. Nagle wybiegła do mnie jakaś blondynka w stroju Śnieżynki.
-Potrzebujemy Mikołaja! - Tą dziewczyną okazała się Odette.
-Do twarzy ci w tym stroju. - Zauważyłem. Biała, skrząca się sukienka ładnie opinała kształty dziewczyny, a czerwone elementy we włosach podkreślały urodę. -
-Dzięki. - Odparła lekko się rumieniąc. Jednak potrząsnęła głową i znowu zwróciła się do mnie. - Zostaniesz Mikołajem? Bo nie mają nikogo na zastępstwo, a poprzedni chętny nagle się rozchorował.
-Co? Ale jak to? - Zmarszczyłem brwi. - Nie wiem, czy nadaję się do tej roboty.
-Proszę cię! Inaczej nici z mojej pracy. - Spojrzała na mnie błagalnie.
- No dobra. - Pokiwałem powoli głową. - W sumie... Co mi tam! - Zaśmiałem się.
-Super! - Dziewczyna pociągnęła mnie za sobą. Wyjaśniła wszystko jakiemuś facetowi, który najprawdopodobniej za to odpowiadał i ten pan kazał mi iść się przebrać. Wcisnęli mi strój Mikołaja i popchnęli w kierunku jakiejś szatni. Z lekkim wahaniem wkładałem kolejne części ubioru. Wypchałem brzuch specjalnym wypełnieniem, założyłem brodę i siwą perukę, a potem wyszedłem na zewnątrz.
-Jak wyglądam? - Spojrzałem z powątpiewaniem na Odette, która czekała na mnie przed przebieralnią. Wolę już chyba skakanie z 10 piętra. Nie czuję się najlepiej jako brodaty gość z brzuchem.
                                       [Odette? Będzie przypał? xd]

+10PD

2 gru 2018

Od Charlesa cd. Isabelle

Wybrałem tego skurczybyka Demona, ponieważ wydawał się naprawdę świetnym koniem. Ale kto by pomyślał, że ten kary ogier się spłoszy? I to przez małego zająca, który wyskoczył z krzaków i przebiegł tuż przed nami. Stanął dęba, obrócił się na zadzie i wbiegł pomiędzy drzewa. Nie zastanawiał się nad tym, że na jego grzbiecie siedzi moja skromna osoba. Pff, zając taki straszny, zaraz by go zjadł. Przytuliłem się szyi konia i uważałem, żeby nie zahaczyć o jakąś gałąź. Nie pomyślałem jednak, że mogę też oberwać w inny sposób. Demon przebiegł bardzo blisko pnia wielkiej sosny, zahaczyłem o korę ramieniem i na chwilę straciłem kontakt z siodłem. Zawisłem na jednej stopie, która utknęła w strzemieniu. Całe szczęście, że jestem kaskaderem. Podźwignąłem się przy pomocy siły mięśni brzucha i chwyciłem przedniego łęku siodła. Podciągnąłem się i usadowiłem w siodle. Teraz muszę ogarnąć konia, bo nadal biegł jak głupi galopem.
-Spokojnie. - Powiedziałem jak najlżejszym tonem, mimo, że całe to wydarzenie wcale nie powodowało, że czułem się jak pieprzony tybetański mnich. Równocześnie zaciągnąłem wodze ku sobie i zamknąłem łydki. Ogier przeszedł w szybki kłus. Zawróciłem go w stronę leśnej ścieżki i powoli wyczuwając, że znika napięcie, zwolniłem go do stępu. Wyjechaliśmy na ubitą dróżkę i zaczerpnąłem głębszych wdech. Poruszyłem powoli wszystkimi częściami ciała, żeby sprawdzić, czy nie mam czegoś uszkodzonego. Poczułem drażniący ból prawej kostki, tej której stopa utknęła mi w strzemieniu. Przeżyję. Przyspieszyłem na powrót Demona do galopu i spróbowałem dogonić Isabelle. Dostrzegłem ją i jej klacz, jak powolnym krokiem przemierzają leśną ścieżkę. Dziewczyna rozglądała się na wszystkie strony. Chyba mnie szuka. Zwolniłem do stępa i podjechałem do nich.
-Coś się stało? - Spojrzała na mnie z wyrazem pewnej troski.
-A wyglądam jakby coś się stało? - Zapytałem unosząc brwi ku górze.
-Jesteś taki trochę roztrzepany i masz liście we włosach. - Uśmiechnęła się.
-Aaa, no patrz. - Zacząłem wyjmować ślady mojej przygody z rozwianych loków. - Demon mi się trochę spłoszył przez zajączka i wpadliśmy między drzewa.
-Nie wygląda na takiego co łatwo wpada w popłoch... - Isabelle spojrzała sceptycznie na karego.
-Widać ma delikatną psychikę. - Parsknąłem. - No, ale najważniejsze, że nikomu nic się nie stało.
-Na pewno? - Rzuciła mi jeszcze jedno znaczące spojrzenie.
-Jasne. - Machnąłem ręką. - Znasz tutejsze okolice?
-Nie za bardzo, ale wiem, że niedaleko znajduje się jezioro wokół, którego jest całkiem przyjemna, konna ścieżka. - Uśmiechnęła się do mnie szeroko.
-Zatem prowadź. - Wskazałem gestem ręki, by wjechała przede mnie.
-Przyspieszymy trochę? Czy znowu wypadniesz z gry? - Posłała mi prowokujące spojrzenie.
-Pff... Demon, kobieta się z nas śmieje! - Prychnąłem. - Jeszcze się pytasz?
Przyspieszyliśmy ponownie do galopu. Wyjechaliśmy na łąkę. Konie zaczęły rżeć radośnie, gdy poczuły powiew ciepłego wiatru.  Tym razem Demon nie dał się tak łatwo zostawić w tyle i jechaliśmy równolegle. Kiedy znowu wpadliśmy w las, zwolniliśmy kroku. Mimowolnie skrzywiłem się, gdyż kostka cały czas dawała o sobie znać. Isabelle na szczęście nie dostrzegła tego.
-Jesteśmy już blisko. - Wskazała dłonią przebijające przez szpaler drzew promienie.
-Będziemy pławić konie? - Uśmiechnąłem się do niej.
-Hmm... Jest trochę za zimno. Nie możemy pozwolić, żeby nasze wierzchowce się przeziębiły, prawda? - Zerknęła na mnie spod ściągniętych brwi.
-Racja. - Przytaknąłem. - Tak się rozgrzałem tą jazdą, że zapomniałem o zimnie.
-To chyba dobrze. - Zaśmiała się wesoło. Spokojnym stępem wstąpiliśmy na ścieżkę, która prowadziła wzdłuż brzegu rozległego jeziora. W tafli wody odbijały się refleksy promieni słonecznych. Wziąłem głęboki oddech.
-Jak tu pięknie. - Skwitowałem.
-Zgadzam się z tobą. - Dziewczyna przymknęła powieki i pozwoliła by ciepłe promienie słoneczne muskały jej twarz. Ta przejażdżka byłaby całkowitą sielanką, gdyby nie nawracający ból kostki. Czułem ciepło, które rozlewało się po mojej nodze i promieniujące wraz nim nieprzyjemne uczucie. Postanowiliśmy pogalopować przez chwilę brzegiem jeziora, po czym zawróciliśmy konie w drogę powrotną.
-Czyli to już czas wracać? - Zerknąłem uśmiechnięty na brązowowłosą.
-Moglibyśmy jeszcze pojeździć, ale dalej nie znam terenu, a nie chciałabym się zgubić. - Poprawiła się w siodle.
-Chyba też mi wystarczy na dzisiaj przygód. - Westchnąłem.
-Ale przecież nic się nie działo. - Dziewczyna parsknęła lekko.
-Noo... tak. - Machnąłem ręką, kręcąc głową. - Tylko takie tam malutkie spłoszenie.
-Myślę, że w swoim życiu miałeś większe przygody. - Stwierdziła.
-Oczywiście. - Prychnąłem. Ale z tamtych przygód nie miałem pamiątki w postaci skręconej kostki. No dobra może czasami coś tam było.Wróciliśmy spokojnie do stadniny. W międzyczasie jeszcze parę razy galopowaliśmy przez las, więc gdy przyszło zsiadać z konia zastanawiałem się jak tego dokonać. Wyjąłem ostrożnie prawą stopę ze strzemienia i to samo zrobiłem z lewą. Gdy zeskoczyłem powoli na ziemię, moją kostkę przeszył ostry ból. Cholera! Zagryzłem jednak wargi i nie wydałem żadnego dźwięki. Isabelle była zajęta rozsiodłaniem swojej klaczy, więc nie mogła dostrzec mojej wykrzywionej miny. Zacząłem zdejmować siodło i ogłowie Demona. Szło mi to całkiem sprawnie.
-Dzięki za miłą przejażdżkę. - Usłyszałem dźwięczny głos kobiety.
-To ja powinienem podziękować za pokazanie takich ładnych okolic. - Uśmiechnąłem się. - Mam nadzieję, że będziemy mieli jeszcze kiedyś okazję, żeby razem się przejechać.
-Zobaczymy. - Odparła tajemniczo, ale dostrzegłem delikatny uśmiech na jej pełnych ustach. Odprowadziliśmy konie na padok. Szczęśliwe podbiegły do reszty stada i zaczęły skubać trawę.
-Hmm... Chyba będę się zbierać. - Przeczesałem loki palcami. - Ty już też skończyłaś pracę, prawda?
-Tak. Jestem padnięta, ale zadowolona. - Rzuciła mi radosne spojrzenie swoich zielonych oczu. A może niebieskich? - Ta wyprawa do lasu odstresowała mnie i jestem teraz zmęczona w taki przyjemny, fizyczny sposób, jak po dobrym treningu.
-Najlepszy rodzaj zmęczenia. - Przytaknąłem. Ruszyliśmy w kierunku podjazdu, na którym stały nasze pojazdy. Mimo, że bardzo się starałem, moje ciało samo chciało odciążyć skręconą kostkę. Poczułem badawcze spojrzenie Isabelle na sobie.
-Charles... Czy boli cię noga? - Zmarszczyła brwi.
-Co? Mnie? Noga? - Parsknąłem. - Niby dlaczego tak twierdzisz? - W tym momencie źle stanąłem i aż syknąłem z bólu.
-Coś się stało jak spłoszył ci się Demon, prawda? - Dziewczyna była widocznie zła.
-No może trochę. - Burknąłem, jak dzieciak, którego mama przyłapała na zrobieniu jakiegoś psikusa.
-Powiedz prawdę. - Stanęła przede mną i założyła ręce na klatce piersiowej.
- Zahaczyłem o drzewo i prawie spadłem, ale zaklinowała mi się stopa w strzemieniu i musiałem skręcić kostkę, ale się podniosłem i wsiadłem z powrotem w siodło. - Uśmiechnąłem się na koniec.
-Tutaj nie ma z czego się cieszyć. - Westchnęła ciężko. - Wiesz, że mogłeś sobie bardziej ją uszkodzić podczas dalszej jazdy?
-Niee no, co ty...- Machnąłem ręką. - To tylko skręcona kostka.
-Skoro tak to jedziesz ze mną do szpitala, żeby to prześwietlić i się upewnić. - Wzięła mnie za ramię i zaczęła delikatnie ciągnąć w stronę swojego samochodu.
-Spokojnie, pójdę do lekarza jutro. - Odparłem lekko spanikowany upartością dziewczyny. Zmierzyła mnie surowym wzrokiem.
-Na pewno?
-Tak, przysięgam. - Skinąłem głową.
-Ale i tak nie wrócisz na motorze do domu z taką kostką. Odwiozę cię do domu. - Otworzyła swój samochód i wskazała miejsce pasażera.
-Na to mogę się zgodzić. - Odetchnąłem. Mimo wszystko miałem jakieś dziwne przeczucie, że wcale nie zostanę tak szybko zawieziony do swojego studio.
[Isabelle? ^^]

+10PD

1 gru 2018

Od Charlesa cd. Koyori

Po powrocie do swojego studio, przywitał mnie szalejący z tęsknoty Loki. Wziąłem go w ramiona i od razu zasypał mnie deszcz mokrych pocałunków.
-No już, już mały. - Mruknąłem do niego z nutą żalu w głosie. - Zaraz pójdziesz na spacer.
Podłączyłem swój telefon i wziąłem smycz, do której od razu przybiegł szczeniak. Wyszliśmy i chociaż było już dość późno, spacerowałem z psiakiem jakąś godzinę, o ile nie dłużej. Kiedy wróciłem zerknąłem jeszcze na telefon, przy którym migała zielona diodka. Dostałem sms'a. Ciekawe od kogo? To Koyori jeszcze raz mi dziękowała. Uśmiechnąłem się pod nosem. Ta sytuacja z zaciętą windą była bardzo ciekawa. Odpisałem jej krótkie "Nie ma sprawy. Dobranoc." i poszedłem się umyć, a następnie położyłem się spać.
***
Umówiłem się dzisiaj ze znajomymi na tor, żeby pościgać się na motorach. Niedługo zamierzałem brać udział w trochę nielegalnych wyścigach, które odbywały się nocą. Dlaczego to robiłem? Dla zabawy, dla adrenaliny i może trochę dla pieniędzy. Wcześniej zawiozłem Lokiego do dziadka, żeby się wybiegał i nie tęsknił za bardzo za moim towarzystwem. Następnie udałem się na obrzeże miasta, gdzie znajdował się tor wyścigowy, który można było sobie wynająć.
-Siemka Craze. - Przywitał mnie jasnowłosy Tom.
-Hej, gdzie reszta? - Rozejrzałem się dookoła za pozostałą dwójką, z którą się umówiliśmy.
-Cate zaraz będzie, a Paul poszedł już dogadać szczegóły z obsługą. - Kolega zsiadł ze swojej yamahy.
-Jak tam życie? Dawno się nie widzieliśmy. - Ściągnąłem kask.
-Praca, praca i czasami trafi się jakieś fajne wydarzenie. - Westchnął. - A co u ciebie? Grasz w jakimś filmie teraz?
-Aktualnie mi wstrzymali jedną produkcję, ale rozglądam się za czymś na chwilę. - Przeczesałem włosy.
-Też nie masz za ciekawie. - Uśmiechnął się pod nosem.
-Nie jest najgorzej. Bywałem w gorszej sytuacji. - Machnąłem ręką i spojrzałem na kolejny motocykl, który zaraz do nas dołączył. Spod kasku wyłoniła się burza kruczoczarnych włosów.
-Cate! Kopę lat! - Podszedłem do starej znajomej i uścisnąłem ją na przywitanie.
-Craze! Jak zwykle uroczy. - Obdarzyła mnie szczerym uśmiechem.
- Oto cały ja. - Parsknąłem i wzruszyłem ramionami.
-Hej Tom. - Przywitała się z blondynem. - To co? Możemy zaczynać?
-Czekamy na Paula, aż wszystko ogarnie. - Wyjaśniłem. Tuż po moich słowach, pojawił się rudy kolega, który pomachał do nas.
-Zapraszam na tor! Wszystko gotowe! - Krzyknął do nas. Wsiedliśmy z powrotem na nasze stalowe rumaki i podjechaliśmy na tor.
-Jak się ścigamy? Okrążenie, dwa, czy więcej? - Zerknęła na nas jedyna kobieta w towarzystwie.
-Niech będą trzy okrążenia. - Paul zarządził.
-Kto przegrywa ten odpada z dalszych wyścigów. - Dodałem i wyszczerzyłem zęby. Rywalizacja musi być dobrze umotywowana.
-Niech tak będzie. - Przytaknął Tom. Ustawiliśmy się na linii startu, wcześniej ustawiając odpowiednio sprzęt, który miał nam dać znak do ruszenia. Kiedy ruszyliśmy, w moich żyłach od razu szybciej zaczęła krążyć krew. Czułem podniecenie spowodowane szybkością i rywalizacją. Uniosłem przednie koło do góry i przez chwilę jechałem na tylnym. Jednak trwało to sekundy, ponieważ potrzebowałem maksimum prędkości. Wróciłem do normalnej pozycji i prawie się kładąc pokonałem pierwszy zakręt. Wiatr szumiał mi niemiłosiernie w uszach. Zanim się obejrzałem pokonałem pierwsze, potem drugie i trzecie okrążenie. Byłem pierwszy. Ostatni na metę przyjechał Tom.
-To się dzisiaj najeździłem. - Zaśmiał się. - Powodzenia!
Ruszyła druga runda. Tą wygrała Cate, natomiast przegrał Paul. Ja byłem drugi.
-Czyli została tylko nasza dwójka słodziaku. - Uśmiechnęła się do mnie.
-Wygra najlepszy. - Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu. - Wybacz, jeśli nie będę ten jeden raz dżentelmenem i nie dam ci pierwszeństwa jako damie.
-Może jakoś to przeżyję, ale myślę, że sama sobie wywalczę to pierwszeństwo. - Prychnęła.
-Zobaczymy. - Mrugnąłem i zasunąłem szybkę od kasku. Ruszyliśmy. Od początku szliśmy łeb w łeb. Jednak na końcówce mocno wyprzedziłem koleżankę i wygrałem.
-Tak to się robi! - Rzuciłem triumfujące spojrzenie do znajomych.
-Ładnie, ładnie Charles. - Pokiwała z uznaniem Cate. - Dzięki za dzisiaj muszę się zmywać.
-Do zobaczenia wkrótce mam nadzieję. - Pożegnaliśmy czarnowłosą i pogadaliśmy jeszcze chwilę, po czym stwierdziliśmy, że skoczymy na piwko. Kiedy zasiedliśmy przy barze, usłyszałem dźwięk wiadomości. Sprawdziłem. Sms od Koyori, który mówił o tym, że dziewczyna zaprasza mnie do siebie, bo Shane potrzebuje wprowadzić jakieś poprawki w projekcie. Odpisałem, że następnego dnia mógłbym wpaść. Po chwili otrzymałem odpowiedź zwrotną, że zaprasza po południu.Cieszyłem się, że nie potrzebuje mojej pomocy z innych powodów, np. utknięcia w windzie. Była bezpieczna. Wypiliśmy kilka kolejek z chłopakami i wróciłem do swojego studio. Przypomniałem sobie, że Loki nadal jest dziadkiem. Zadzwoniłem do swojego opiekuna.
-Cześć dziadku! Jak tam Loki? - Zapytałem.
-Wszystko u niego dobrze, zasnął bo cały dzień biegał za mną. - Odparł zadowolony mężczyzna.
-Mogę odebrać go jutro wieczorem? - Przeczesałem włosy dłonią. - Nie będzie to dla ciebie problem?
-Może być u mnie ile tylko chcesz. - Westchnął. - Jego towarzystwo umila mi czas.
-Dziękuję dziadku, kochany jesteś. - Mruknąłem. Pożegnaliśmy się i poszedłem sobie naszykować kolację.
***
Następnego dnia wsiadłem na swoje ducati i pojechałem w odwiedziny do Koko i jej współlokatora. Drzwi otworzyła mi uśmiechnięta dziewczyna.
-Hej, dzięki, że przyjechałeś. - Zaprosiła mnie gestem dłoni.
-Skoro jestem potrzebny. - Mrugnąłem do niej, jednak twarz ciemnowłosej przeciął dziwny grymas. - Coś nie tak?
-Nie, nie. Wszystko w porządku. - Zaprzeczyła ruchem głowy. - Zrobić ci coś do picia? Shane zaraz powinien wrócić.
-Z chęcią napiję się herbaty. - Rozejrzałem się po pokoju. Nagle zobaczyłem jak ze schodów zbiega mała suczka. Przybiegła do mnie i zaczęła uważnie węszyć podstawioną przeze mnie dłoń, którą następnie zaczęła lizać.
-Czarna, zielona czy czerwona? - Koko zerknęła na mnie zza wyspy kuchennej.
-Czarna będzie w porządku. - Odparłem. Nie przepadałem za innymi rodzajami herbat. Jeśli o to chodzi byłem mało skomplikowany w obsłudze.
-Chyba cię polubiła. - Szatynka uśmiechnęła się na widok Acony, która nadal lgnęła do mnie.
-Jest naprawdę sympatyczna, pomimo tego, że wszędzie jej pełno i nie da o sobie zapomnieć. - Zaśmiałem się. Po chwili pieszczot, którymi obdarzyłem psiaka, wstałem z klęczek i usiadłem przy stole, gdzie czekała na mnie już parująca, gorąca herbata.
-Jak tam studia? - Zagaiłem. Dziewczyna wbiła we mnie spojrzenie, które nieśmiało przebijało się przez szkło okularów.
-Całkiem dobrze. Zapisałam na dodatkowe warsztaty z prawidłowego prowadzenia śledztwa.
-Lubisz takie dodatkowe zajęcia, prawda? - Uśmiechnąłem się.
-Tak, daje mi to możliwość poznania i nauczenia się nowych rzeczy, które mogą mi się później przydać w zawodzie. - Pokiwała głową. Usłyszeliśmy jak otwierają się drzwi. Do mieszkania wtargnął osobliwy jak zwykle Shane.
-Charles, jak dobrze cię widzieć! - Machnął w moją stronę na przywitanie.
-Hej Shane. Znowu potrzebujesz moich wymiarów? - Zaśmiałem się.
-Muszę na tobie dokonać parę poprawek. - Westchnął. - Zapraszam do mojej pracowni.
-Już idę. - Odparłem. - Dzięki za herbatę.
-Powodzenia. - Koyori pokazała mi zaciśnięte kciuki.
-Chyba nie będzie tak źle, prawda? - Wzruszyłem ramionami i udałem się za jasnowłosym. Ustawił mnie po środku pokoju i kazał zdjąć koszulkę. Zrobiłem to o co poprosił.
-Wow, ale masz mięśnie. - Spojrzał z dziwnym błyskiem w oku na mój brzuch.
-Cóż, ryzyko zawodowe. - Zaśmiałem się. Podszedł do mnie i podał coś co było nakryciem górnej części ciała, ale nie nazwałbym tego zwykłą koszulką ani bluzą. W moim słowniku zabrakło odpowiednich określeń. Założyłem ubranie na siebie. Chłopak do mnie podszedł i zaczął zbierać tu i tam materiał, po czym spinał go agrafką. W międzyczasie jego opuszki jakby specjalnie dotykały mojego ciała. Nagle dotarło do mnie coś istotnego. Te specyficzne ruchy, momentami dziwne zachowanie... Styl ubierania. Shane był gejem. I chyba mu się spodobałem. Ta świadomość nagle mnie zakłopotała. No przecież nie zapytam go o to wprost.
-Hmm... - Odchrząknąłem. - Mógłbym wyjść na chwilę do toalety?
-Co? - Spojrzał na mnie rozkojarzony. Był tak skupiony na tym, co robi, że nie dotarło do niego co mówię za pierwszym razem. - Jasne.
Wyszedłem z pracowni i podszedłem do Koko, która krzątała się w kuchni.
-Koyori...Mam takie mało dyskretne pytanie. - Nachyliłem się do niej.
-O co chodzi? - Jej mina wyrażała zaskoczenie.
-Ee... Cz-czy Shane jest gejem? - Zerknąłem na nią poważnie. - Czy tylko odbieram mylne wrażenie?
[Koyori? :D]

+10PD

26 lis 2018

Od Charlesa cd. Odette

Kiedy w gazecie zauważyłem artykuł o tym, że akademik, w którym mieszkały moje znajome studentki, doszczętnie spłonął, zacząłem się martwić. Byłem na tyle ciekaw, czy dziewczynom nic się nie stało, że następnego dnia po zakończonych zdjęciach do reklamy, w której potrzebowali kaskadera, udałem się w okolice uczelni. Szczęście mi dopisało, gdyż zastałem na ławce Odette, która najwyraźniej szukała czegoś w telefonie. Kiedy dowiedziałem się, jakich informacji poszukiwała, w mojej głowie rozbłysł genialny pomysł.
-Tak się składa, że mój dziadek posiada niewielką stajnię. - Odpowiedziałem zadowolony na pytania dziewczyny. - Mieszka na obrzeżach Avenley River. Na pewno byłby w stanie ci pomóc z tym projektem.
-Nareszcie jakieś dobre informacje. - Odette odetchnęła z ulgą. - Kiedy mogłabym odwiedzić twojego dziadka?
-Choćby i dzisiaj. - Wzruszyłem ramionami. - Mogę cię tam zawieźć, bo i tak chciałem go odwiedzić.
-Naprawdę zrobiłbyś to dla mnie? - Spojrzała na mnie z wdzięcznością.
-Dlaczego nie? - Uśmiechnąłem się. - Gdyby nie ty, źle bym ostatnio skończył.
-To prawda. - Jej usta odsłoniły białe zęby w lekkim uśmiechu. - To jak się umawiamy?
-Za dwie godziny mogę po ciebie podjechać. - Spojrzałem na zegarek, który wskazywał 14. - Pasuje?
-Jasne. - Skinęła głową. - Możesz podjechać pod uczelnię.
-Nie chcesz mi zdradzić swojego nowego adresu? - Zaśmiałem się.
-Nie o to chodzi. - Westchnęła. - Po prostu tutaj będzie wygodniej.
-Niech ci będzie. - Odparłem. - To do zobaczenia za dwie godziny!
Wróciłem do mieszkania, ogarnąłem to, co potrzebowałem i zanim się obejrzałem musiałem z powrotem wychodzić.
-Loki! Jedziemy do dziadka! - Szczeniak wyskoczył ze swojego legowiska i zadowolony usiadł w oczekiwaniu, aż założę mu obrożę i smycz. Ubrałem go, wziąłem kluczyki od mojego kochanego chevy i ruszyłem na parking. Usadowiłem młodego z przodu i wyjechałem z głośnym pomrukiem silnika. Po chwili znalazłem się przed budynkiem uczelni, gdzie czekała już na mnie znajoma blondynka.
-Wskakuj z przodu! - Pomachałem do niej przez uchylone okno. - Loki jest spokojny.
Dziewczyna wsiadła i wzięła kudłatego szczeniaka na kolana. Ten natychmiast wygodnie usadowił się na jej udach i wychylił pyszczek przez szybę.
-Ale on jest komiczny. - Odette patrzyła z zachwytem na psiaka.
-Taki już jego urok. - Zaśmiałem się. - Przygotowana na zbieranie informacji?
-Mam taką nadzieję. - Przytaknęła i obdarzyła mnie ciepłym uśmiechem. - Dzięki jeszcze raz za taką możliwość! Nie wiem, czy bym dała radę psychicznie z wyszukiwaniem informacji w tym telefonie.
-Lepiej zapobiegać chorobom psychicznym, niż je leczyć. - Mrugnąłem do niej i podgłośniłem trochę radio, ponieważ leciał jeden z moich ulubionych kawałków rockowych. Zacząłem rytmicznie wystukiwać melodię o kierownicę.
-Hmm... Lubisz ten kawałek? - Blondynka pogłaskała w zamyśleniu Lokiego, który liznął delikatnie jej palce.
- Uwielbiam. - Zacząłem śpiewać razem z radiem. Spojrzenie dziewczyny wyrażało, że chyba nie uważa mnie za najlepszego piosenkarza. - Wiem... Gwiazdą rocka raczej nie zostanę.
-Nie noo, przy dzisiejszych możliwościach technicznych, dałoby radę parę rzeczy podkręcić i nie byłoby źle. - Zaśmiała się.
-Przynajmniej ruchy sceniczne miałbym świetne. -Przypomniałem sobie swoje ostatnie wyczyny w klubie. A w sumie to, co powiedziały mi dziewczyny. Resztę drogi spędziliśmy na wspominaniu naszego ostatniego wypadu. Odette wyraźnie się rozluźniła. Wcześniej, kiedy spotkaliśmy się przed uczelnią, wyglądała na bardziej przytłoczoną życiem. Skręciłem w żwirowy podjazd prowadzący do domku dziadka.
-Jak tu uroczo. - Dziewczyna rozejrzała się po okolicy, kiedy wysiadła z samochodu.
-Uwielbiam to miejsce. - Westchnąłem. - Może zabrzmi to sentymentalnie, ale to mój prawdziwy dom.
-Zazdroszczę. - Blondynka uśmiechnęła się lekko.
-Czasami bywam szczęściarzem. - Odparłem. Zaprowadziłem ją do wnętrza domu. W przedpokoju czekał na nas dziadek.
-Witaj Charles! - Przytulił mnie. - A ta panienka to twoja dama? - Spojrzał na Odette bardzo zadowolony.
-Ale my nie jesteśmy... - Zacząłem, jednak przerwano mi w pół słowa.
-Jak masz na imię młoda damo? - Zbliżył się do lekko zaskoczonej obrotem spraw dziewczyny.
-Odette. - Odparła i wyciągnęła dłoń na przywitanie. Dziadek uścisnął ją serdecznie.
-Mów mi Peter. - Wbił w nią zachwycone spojrzenie. - Niby jestem starym prykiem, ale w głębi duszy nadal mam 20 lat.
-Dziadku... - Byłem lekko zakłopotany jego zachowaniem. Jednak Odette wydawała się być rozbawiona całą sytuacją.
-Rozumiem. - Odparła z uśmiechem. - Młody duch z pana... Przepraszam z ciebie.
-Dokładnie! - Staruszek ucieszył się. - Jak długo ze sobą jesteście?
-Nie jesteśmy parą. - Odparłem, przeczesując włosy dłonią. - Odette jest moją koleżanką, która potrzebuje pomocy na temat koni do swojego projektu na studia.
-Wy młodzi macie teraz takie dziwne określenia. - Machnął ręką. - Też mi koleżanka.- Dodał szeptem.
-To ja może pokażę ci najpierw stajnie i nasze rumaki? - Skierowałem pytanie do dziewczyny.
-Okej, z chęcią. - Zgodziła się ze mną.
-Dziadku, przyłącz się do nas później, bo ty świetnie znasz się na żywieniu. - Spojrzałem na posiwiałego mężczyznę.
-Dobrze, a później zapraszam was na pyszną szarlotkę. - Mrugnął do mnie.
-Szarlotka Christine? - To cud, a nie ciasto.Dziadek potwierdził skinieniem głowy. Wyszliśmy z domku i poprowadziłem blondynkę w kierunku niewielkiej stajni.
-Dziadek trzyma tylko 5 koni. - Pokazałem wnętrze skromnego, ale zadbanego budynku, gdzie znajdowały się boksy i nieduża siodlarnia.
-To małe stadko. - Zauważyła Odette.
-Tak, ale bardzo zgodne i zżyte. - Przytaknąłem i poprowadziłem nas w kierunku pastwiska, na którym skubały trawę wszystkie klaczki i jeden  wałach. Kiedy moja piękna nas dostrzegła, od razu podbiegła do ogrodzenia i prychnęła zadowolona.
-Jaki piękny! - Odette zachwyciła się niezwykłym umaszczeniem klaczy.
-To moja Ignis. - Pogłaskałem ją delikatnie po chrapach. - Dostałem ją na osiemnastkę.
-Widać, że cię lubi. - Pogładziła ją po szyi. - A reszta?
-Ta siwka to Werbena, ulubienica dziadka i wierna towarzyszka Ignis. - Wskazałem na pasącą się spokojnie klacz. - Dalej ta kara to Rose, która jest jeszcze dość młoda bo ma dopiero 3 lata i w sumie dziadek dopiero zaczął ją zajeżdżać. Później jest gniady Hades, wałach, na którym zaczynałem swoje pierwsze podrygi w dżygitówce. No i szefowa tego stada, czyli siwa Felina, która jest chyba tutaj najstarsza.
-Dużo dla ciebie znaczą? - Blondynka spojrzała na mnie z uwagą.
-Hmm... - Odchrząknąłem. - Pomogły mi bardzo.
- W czym? - Dziewczyna zmieszała się. - O ile mogę zapytać.
- Ze zmierzeniem się z przeszłością. - Odparłem i spojrzałem na ciemne drzewa otaczające pastwisko. - Cóż... moi rodzice nie byli wzorcowymi opiekunami i dość szybko opuścili ten świat.
-Przykro mi. - Odette położyła mi dłoń ramieniu w geście przyjacielskiego wsparcia.
-Stare czasy. - Machnąłem ręką i odgoniłem ciemne chmury ze swoich myśli. - Myślę, że dziadek jest gotowy wyjaśnić ci tajniki żywienia tych cudaczków.
- Prowadź. - Uśmiechnęła się. Loki biegał zadowolony pomiędzy naszymi nogami. Uwielbiał przyjeżdżać do posiadłości starego Winchestera. Dotarliśmy do stodoły, w której znajdowały się wszystkie mieszanki, owies, jabłka, marchew, makuchy, jęczmień i oczywiście bele siana i słomy.
- Podstawą do zapamiętania jest fakt, że dla koni główną częścią ich pożywienia powinna być zielonka i siano, czyli tzw. pasza objętościowa. Paszą treściwą można nazwać owies, który jest specjalnie dawkowany. Na przykład Ignis, która dużo trenuje z Charlesem je więcej owsa niż staruszka Felina, która niewiele już chodzi pod siodłem. Ta druga dostaje za to więcej minerałów ze względu na swój podeszły wiek. - Dziadek zaczął swój wywód, który całkowicie go pochłonął. Po tej dość długiej pogadance spojrzał na naszą dwójkę.
-Może zanim udamy się na szarlotkę, zaproponujesz Odette przejażdżkę? - Uśmiechnął się podstępnie.
-Ale ja nigdy nie jeździłam. - Dziewczyna zaoponowała.
-Dobry pomysł! -Skinąłem energicznie głową. - Mogę ci pokazać podstawy i pojeździmy nawet tylko stępem po pastwisku? Co ty na to?
[Odette? Chcesz zostać amazonką? xd]

14 lis 2018

Od Charles cd. Koyori

Po tym incydencie z skaleczeniem się przez Koyori, nabrałem przekonania, że to bardzo wrażliwa dziewczyna. Miałem też nieodparte wrażenie, że ze śmiercią jej koleżanki wiąże się jakaś bolesna historia. Nie chciałem jednak drążyć tego tematu, dlatego po zjedzeniu pysznego sushi, postanowiłem się ulotnić. Loki pewnie szalał z niepokoju. Był sam już od paru dobrych godzin, co rzadko mu się zdarzało. Dziewczyna postanowiła mnie odprowadzić i przy okazji wzięła ze sobą swoje psiaki. Uśmiechnąłem się na ten widok. Zwierzęta stwarzają nam tyle okazji do rozmów z ludźmi. Nikt jednak nie przewidywał tego co miało się właśnie wydarzyć. Winda się zacięła, a Koyori mnie poinformowała, że ma klaustrofobię. Ekstra. Oparła się o ścianę windy.
-Nie wyglądasz najlepiej. - Postawiłem diagnozę. - Jak się czujesz?
-Słabo. - Odparła ledwo słyszalnym głosem.
-Widzę właśnie. - Mruknąłem. - Cholera, co by tutaj zrobić?
-Niewiele można w takiej sytuacji. - Szatynka osunęła się na podłogę i oparła głowę na dłoniach,a ręce na kolanach. Jej pieski zaczęły cicho popiskiwać.
-Zadzwońmy po straż pożarną. Powiemy, że to nagła sytuacja i są naprawdę potrzebni. - Sięgnąłem po swój telefon. - Cholera, padła mi komórka. Ale twoja działa, prawda?
Dziewczyna sięgnęła ponownie po telefon do kieszeni i podała mi go. Wybrałem numer straży pożarnej. Twój telefon znajduje się poza zasięgiem sieci. Przekląłem pod nosem.
-Co się stało? - Oddałem komórkę szatynce.
-Przez tą burzę padł chyba też zasięg... - Westchnąłem.
-No to już po mnie. - Szepnęła. - Coraz gorzej mi się oddycha.
-Daj mi chwilę, coś wymyślę. - Spojrzałem spanikowany na coraz bledszą dziewczynę, która łapała coraz szybciej kolejne oddechy. Jej klaustrofobia była naprawdę poważna.
-Mógłbym wydostać się stąd przez szyb. - Stwierdziłem, przypatrując się sufitowi windy, w którym znajdowały się drzwiczki.
-A co potem? - Koyori była ledwo przytomna, jednak wydawało mi się, że całkiem nieźle jeszcze analizowała naszą sytuację. Nie wiem, jak to jej się udawało, ale podziwiam.
-Mógłbym się wspiąć na piętro, gdzie mieszkacie... Gdzieś muszą być jakieś wejścia z szybu? Przecież ktoś jakoś naprawia tą windę od środka, prawda? - Zacząłem chodzić w kółko po tym niewielkim pomieszczeniu. Sam zaraz nabawię się klaustrofobii.-Yhym...- Przytaknęła bardzo powoli. - A potem spróbować zadzwonić na pomoc?
-Dokładnie! - Przyklasnąłem w ręce.
-To pospiesz się. - Westchnęła, jej oczy poleciały w tył głowy i Koyori odleciała. Przykucnąłem przy niej i potrząsnąłem delikatnie jej ramię.
-Koyori! - Krzyknąłem. Jednak dziewczyna straciła całkowicie przytomność. Sprawdziłem, czy oddycha. Na szczęście oddychała. Zerknąłem na Acony i Sherlocka. Zaczęły lizać swoją panią po twarzy. Czuły, że dzieje się z nią coś niedobrego. Czy mogę ją tak zostawić? W tym właśnie momencie, szatynka zaczęła odzyskiwać przytomność.
-Co się dzieje? - Wyglądała na zdezorientowaną.
-Cóż, utknęliśmy w windzie, ale to tylko chwilowe. -Powiedziałem uspakajającym tonem. Sięgnąłem do otworu w suficie. Była tam kłódka z łańcuchem. Westchnąłem. - Masz może wsuwkę do włosów?
-Hmm...- Dziewczyna nadal nie była do końca świadoma co się dzieje. Jednak wsunęła rękę do kieszeni spodni i wyciągnęła niewielki element.
-Dzięki. - Odebrałem od niej to małe ustrojstwo. Kiedyś nauczyłem się otwierać zamki za pomocą wytrychu, więc taka wsuwka wydawała się odpowiednim substytutem. Zagiąłem ją w paru miejscach i poszperałem w zamku kłódki. Trafiłem na odpowiednią zapadnię i kłódka puściła. Zrzuciłem łańcuch i pchnąłem drzwiczki. Moim oczom ukazała się ciemność szybu.  Przeczesałem włosy palcami.
-Chcesz mój telefon, żebyś miał latarkę? - Koyori wydawała się już w miarę ogarniająca, jednak zauważyłem, że nadal kurczowo trzyma się ściany, jakby ta zaraz miała się zapaść.
-Na pewno mogę cię tutaj zostawić? - Rzuciłem jej niepewne spojrzenie.
-Tak... Szybciej się stąd wydostanę jak wezwiesz pomoc niż jeśli będziemy czekać na powrót prądu. - Podała mi swój telefon. Zapaliłem latarkę i umocowałem komórkę przy pasku swoich spodni. Mam nadzieję, że mi nie spadnie. Podciągnąłem się, trzymając mocno krawędzie otworu w suficie i wyszedłem na dach windy. Spojrzałem w dół na dziewczynę z psami.
-Postaram się szybko to załatwić. - Posłałem jej pocieszający uśmiech.
-Dasz radę? - Zmarszczyła brwi. Jej twarz nadal była chorobliwie blada, a na skroniach pojawiły się kropelki potu.
-Jestem kaskaderem. - Mrugnąłem.- Nikt mnie nie zastąpi.
Przyświeciłem sobie na ściany szybu. Tak, jak myślałem, znajdowała się tam drabinka. Niezbyt solidna, ale powinna wystarczyć. Zacząłem się wspinać po omacku w górę. W pewnym momencie zatrzymałem się, otoczyłem jednym ramieniem drabinkę, tak by się utrzymać  tylko przy pomocy jednej ręki, a drugą sięgnąłem po telefon i poświeciłem dookoła. Po mojej prawej znajdowały się drzwi. Były obramowane żółtą, odblaskową taśmą i miały klamkę. Nacisnąłem ją i się otworzyły. Uff... Chociaż tyle ułatwienia. Dałem krok i wszedłem do środka niewielkiego pomieszczenia. Poświeciłem latarką i znalazłem kolejne drzwi. Te jednak były ponownie zamknięte. Przekląłem głośno. Na szczęście wsuwka, która wcześniej posłużyła mi jako wytrych znajdowała się w kieszeni moich spodni. Wyjąłem ją i wygiąłem trochę inaczej. Pogmerałem w zamku i drzwi stanęły przede mną otworem. Znalazłem się na piętrze, na którym mieszka Koyori z Shane'm. Udałem się do ich mieszkania i zapukałem donośnie do drzwi.
-Shane! Otwieraj! - Wydarłem się.
-Charles? Co ty tutaj ro...
-Dzwoń na straż pożarną. - Powiedziałem. - Koyori utknęła w windzie.
-Coo? - Wpatrywał się we mnie. - Ale nic jej nie jest? Ona ma klaustrofobię a ty ją tam samą zostawiłeś?!
-To teraz nieistotne. - Odparłem i wyciągnąłem dłoń. - Daj mi telefon, to sam zadzwonię.
-Masz. - Podał mi aparat. Zadzwoniłem pod odpowiedni numer, wyjaśniłem sprawę, zapytałem się o adres chłopaka i pożegnany zapewnieniem, że zaraz przybędą strażacy. Czekając na pomoc wytłumaczyłem sytuację współlokatorowi Koyori. Dość szybko pojawili się strażacy, którzy natychmiast wzięli się do roboty. Po jakichś 30 minutach akcji ratunkowej dziewczyna wraz z psami została uwolniona z pułapki. Podszedłem do niej.
-Jak się czujesz? - Uśmiechnąłem się lekko.

[Koyori?]