Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anastazja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anastazja. Pokaż wszystkie posty

14 lip 2019

Odejście

Dziś Avenley River opuszcza Anastazja Fenchenko. Powodem odejścia jest decyzja autorki. Żegnamy się z Tobą z nadzieją, iż kiedyś znajdziesz moment, aby do nas wpaść albo, kto wie, może wrócić na nieco dłużej.

20 kwi 2019

Od Anastazji cd. Rafaela

Nie za bardzo chciało mi się wstawać ale dzięki naleganiom Rafaela postanowiłam w końcu się zwlec z ciepłego łóżka. Przeciągnęłam się niczym kot po długiej drzemce, a następnie skierowałam swoje kroki do kuchni. Zapach ciepłego posiłku unosił się po całej kuchni, przez co mój w moim brzuchu odezwał się burczący żołądek.
- Usiądź sobie - powiedział spokojnym głosem, a ja nie czekając na jego kolejne nalegania spokojnie usiadłam na krześle przy jasnobrązowym stole, gdzie czekały już przepyszne naleśniki. I jeszcze ta pyszna herbatka malinowa do śniadanka... Pyszności! Powiem wam że taki posiłek na prawdę sprawiał że dzień zapowiadał się bardzo dobrze. Myślałam nawet że skoro mamy tak ładną pogodę mimo śniegu, to że przejdziemy się gdzieś na spacer z jego psami i może pójdziemy gdzieś później zjeść jakąś pizzę. Po zjedzonym śniadanku musiałam się iść ubrać i w ogóle jakoś się ogarnąć.
- Pójdę się ubrać, nie myj naczyń ja to zrobię - powiedziałam lekko się uśmiechając i wstając z krzesła - Było pyszne śniadanko, dziękuję - dodałam, na co się uśmiechnął, a ja poszłam do łazienki. Zaczęłam powoli zaciągać na siebie spodnie kiedy nagle usłyszałam dzwonek do drzwi, co mnie bardzo zdziwiło gdyż nie spodziewałam się żadnych gości! Zaskoczona tym pomyślałam że to może jakiś listonosz albo kurier ale po nowym roku zaraz by chodzili? Wątpiłam w to. Ubrałam się szybko po czym wyszłam prędko z łazienki i poszłam w stronę drzwi skąd usłyszałam znajomy głos.
- Jest może Anastazja? - usłyszałam głos... Diany!! No to znalazła sobie czas na odwiedziny - pomyślałam zaskoczona jej nagłą i niespodziewaną wizytą.
- Diana? - odezwałam się zaskoczona, stając nagle obok Rafaela, który nadal nie był ubrany.
- No a kto inny rudzielcu? - spytała rozbawiona, lecz zaraz znowu spojrzała na mężczyznę - Nie wiedziałam że masz gościa... Mogę przyjść później - Dodała.
- Nieee masz zostać - odparłam od razu - To jest Rafael, mój... chłopak - dodałam i wtedy dotarło do mnie że sytuacja z wczorajszej nocy zdarzyła się na prawdę i że faktycznie jesteśmy teraz parą. Było to na prawdę niesamowite uczucie i miłe, gdyż wcześniej zdarzały mi się jedynie zauroczenia. Diana zaskoczona zamrugała kilka razy oczami, po czym przez chwilę spoglądała to na mnie to na Rafaela, który był też nieco w lekkim szoku z powodu niespodziewanego gościa.
- To... ja pójdę się ubrać - zadecydował mężczyzna, po czym zniknął w łazience, co sprawiło że przyjaciółka się do mnie nieco bardziej zbliżyła.
- A Ty kiedy miałaś zamiar mi powiedzieć? Mów mi wszystko dokładnie rudzielcu - powiedziała wyraźnie podekscytowana.
- Nie miałam kiedy... Od wczoraj wieczorem jesteśmy oficjalnie ze sobą - wyjaśniłam jej, wpuszczając ją do mieszkania - Rozbierz się, a ja zrobię Ci kawy - dodałam widząc jak już ubrany Rafael wychodzi z łazienki. Poczułam w duchu lekki zawód gdyż lubiłam patrzeć na jego odsłoniętą klatkę piersiową, lecz wiedziałam że jeszcze nie raz sobie na nią popatrzę. Kiedy Diana zdejmowała swój cielisty płaszczyk i szalik w korytarzu, zauważyłam że mężczyzna zaczyna ubierać buty.
- Idziesz już? - spytałam lekko zmartwiona.
- Tak... Muszę iść z psami na spacer by się załatwiły i je nakarmić - wyjaśnił - Zadzwonię później - dodał całując mnie lekko w czoło kiedy Diana nic nie widziała.
- No dobrze - odparłam wypuszczając go z mieszkania. Oczywiście pożegnał się też z Dianą, po czym szybko czmychnął z mieszkania. W tym czasie nastawiłam też wodę na kawę, a przyjaciółka weszła do kuchni.
- No to opowiadaj, bo ciekawość mnie zżera - usłyszałam, kiedy wsypywałam do kubków kawę sypaną marki Golden moment, która była naszą ulubioną kawą.
- Byliśmy wczoraj na tym balu charytatywnym - zaczęłam opowiadać i tak przegadałyśmy czas aż do obiadu, a po nim poszłyśmy na spacer.
Na dworze pojawiała się już nieco wiosna, co było widać po topiących się powoli śniegach przez coraz to mocniej świecące słońce na niebie. Czuć było w powietrzu zapach świeżego powierza, aż było miło dłużej pochodzić po parku.
- No to ciekawe kiedy teraz Ci się oświadczy Twój facet - usłyszałam jej głos, gdy szłyśmy jedną z dróżek.
- Dopiero co jesteśmy parą, na oświadczyny przyjdzie jeszcze czas Diana - odparłam wzdychając lekko.
- Oj nie przesadzaj - odparła machając na to niedbale ręką w powietrzu - No chyba chcesz by Ci się oświadczył nie? - spytała uważniej mi się przyglądając.
- No pewnie że chce! - fuknęłam na nią z lekka oburzona - Tylko nie chce by to się stało za szybko... Ja chcę pielęgnować związek zanim w ogóle zdecydujemy się na bycie tak w małżeństwie... Z resztą ja na razie nie myślę o głębszym związku - dodałam ciszej widząc jakiś przechodzących obok nas starszych ludzi.
- To ja Cię już nie rozumiem... Z jednej strony chcesz z nim być ale z drugiej nie? - spytała unosząc lekko brew ku górze.
- Chcę Diana być z nim ale po prostu nie chce jeszcze małżeństwa i zakładania rodziny... Jeśli pójdzie to tak daleko, to będę musiała przerwać swoją karierę lekarską, a uwierz mi że ja jeszcze chce pracować i pomagać ludziom, bo nie po to uczyłam się tak ciężko tyle lat, by szybko zachodzić w ciążę i siedzieć na macierzyńskim! - powiedziałam lekko zła - I ja bym się wtedy męczyła i czułabym się nieszczęśliwa siedząc ciągle w domu, i dziecko, bo dziecku trzeba poświęcić dużo uwagi. A ja nie chcę krzywdzić swojego dziecka jeśli będę je mieć, bo chcę by dziecko miało matkę i ojca, by czuło się na prawdę kochane... Ale prawda jest taka, że wychowanie dziecka przy byciu lekarzem jest bardzo ciężkie i nie łatwe, tak jak w innych zawodach, bo prawda jest taka że lekarz nie pracuje często po 8 godzin i spierdziela do domu, tylko czasem siedzi po 12 a i nawet 20 parę godzin w pracy jak nie dłużej! A tu operacja.... a tu to, a tu tamto... I czas tak leci i leci, a prawda jest taka, że dziecko potrzebuje najbardziej rodzica w wieku dorastania, bo co z tego jeśli niania będzie się jakaś nim opiekować i będę później zapraszać dorosłe już dziecko na obiadki coniedzielne, skoro to dziecko nie będzie mieć ze mną właściwie żadnej więzi, bo wychowywała go opiekunka? Moje rodzone dziecko nie będzie chciało mnie znać za bardzo i się ze mną spotykać, bo nie było mnie przy nim, kiedy najbardziej mnie ono potrzebowało - dodałam jeszcze, wyjaśniając przyjaciółce swoje obawy.
- No w sumie to masz racje - westchnęła bo dłuższej chwili ciszy.
- No wiec sama widzisz... - także westchnęłam, po czym poczułam że jednak po prawie dwu godzinnym spacerze zaczęło mi się robić zimno - Zmarłam trochę. Ręce mi skostniały, idziemy na kawę i jakieś ciastko? - spytałam przenosząc na chwilę na nią wzrok.
- Pewnie! Ja też zmarzłam - przyznała - To gdzie pójdziemy? Nie znam za bardzo Avenley River - przyznała, a ja lekko się zamyśliłam.
- Możemy pójść do kawiarni Verde... Jest tam dużo zieleni, dają pyszną kawę i można też tam zjeść przepyszne lody - odezwałam się w końcu.
- A są tam ciasta? - spytała.
- Szczerze mówiąc to nie wiem czy mają, bo zawsze była mowa o lodowych deserach, ale myślę że powinny też tam być - odparłam spokojnie.
- To prowadź, bo zaraz zamarznę - powiedziała, na co kiwnęłam lekko głową i zaczęłam ją prowadzić. Nie miałyśmy na szczęście jakoś specjalnie daleko, no ale te dwadzieścia minut szłyśmy, lecz za to ile się dotleniłyśmy! Siadając w ciepłym pomieszczeniu, poczułyśmy przyjemne ciepło. Dostałyśmy karty od kelnerki, za co podziękowałyśmy, a następnie zaczęłyśmy patrzeć co oferują.

Desery:

1. 
Szarlotka na ciepło z gałką lodów waniliowych z posypką cynamonową. 
2.
Tiramisu z gałką lodów czekoladowych z polewą z adwokatem.
3.
Sernik śmietankowy w kubeczku z dodatkiem lodów śmietankowych, z odrobiną jagód i bitej śmietany.
4.
Ciasto czekoladowe z dowolną gałką lodów i polewą.
5.
Ciasto budyniowe o smaku waniliowym z kruszonką i z gałką czekoladową.

Boże najchętniej to bym to wszystko tu zjadła - pomyślałam czytając te wszystkie wspaniałe pyszności, lecz nie mogłam się zdecydować, więc postanowiłam najpierw zobaczyć za kawą. 

 Gorące napoje:

1. 
Espresso.
2.
 Ristretto.
3. 
Cappuccino.
4. 
Cafe Latte.
5. 
Latte Macchiato.
6. 
Irish coffe.
7.
 Caffe frappe.
8. 
Ice Coffe.
9. 
Mocha 
10. 
Flat white.

O matko i co ja mam wybrać? Mocha to w zasadzie kawa o smaku czekoladowym, ale nie mam raczej ochoty na no, zwłaszcza że może mnie przesłodzić przy kawałku ciasta jak sobie jakieś wybiorę... Nie nie, na pewno nie wybiorę Mocha, innym razem - pomyślałam głębiej się zastanawiając nad swoim wyborem, tak jak Diana siedząca na przeciwko nie. 

- Czy mogę już przyjąć zamówienie? - usłyszałam nagle głos jednej z kelnerek, której przyszło nas obsłużyć, podczas gdy jej koleżanka z pracy poszła do innego stolika, do innej pary gości.
- Yyy... Tak tak - odezwała się Diana, widząc mój lekko zdezorientowany wzrok, przez to iż nie mogłam się na nic zdecydować - Ja poproszę Mochę i... hm... Ciasto czekoladowe z gałką lodów miętowych, z polewą karmelową - dodała, a kelnera wszystko zapisała. No powiem szczerze że byłam w nie małym szoku, gdyż Diana zamówiła sobie na prawdę bardzo słodkie i zarazem dziwne połączenia, tak jak te lody miętowe ale cóż, ona zawsze potrafiła człowieka zaskoczyć, i to nie ważne ile czasu się ją znało, ona miała po prostu taki styl, że zawsze była nieprzewidywalna.
- A dla Pani? - spytała kelnerka, gdy zapisała w swoim notesiku całe zamówienie mojej przyjaciółki.
- Ja poproszę Cafe Latte i szarlotkę na ciepło z gałką lodów waniliowych - powiedziałam spokojnie swoje zamówienie, zamykając odruchowo kartę menu.
- Dobrze, dziękuję za zamówienie - odparła kelnerka, po czym szybko poszła wpisać wszystko w komputer oraz by wszystko przygotować.
- Tak w ogóle, to na ile przyjechałaś? - spytałam, zapominając o najważniejszym, czy moja przyjaciółka ma tak w ogóle gdzie zanocować.
- Na kilka dni... przyjechałam do rodziny, więc przy okazji mogłam wreszcie Cię odwiedzić, ale nie wiem czy zostanę na noc - odparła spokojnie, a a w tym czasie zauważyłam jak znowu zaczyna sypać gęstym i grubym puchem na dworze. Tylko odrobinę stopniał i zaraz dowala nową partią świeżego puchu - przeszło mi przez myśl.
- Jak tam z mamą? Dalej się z nią tak żresz czy nieco mniej? - spytałam, po czym zauważyłam kelnerkę, która niosła nam nasze kawy i ciasta. Chwilę wszystko zajęło zanim to wszystko rozłożyła na stoliku, a po chwili każda z nas mogła się cieszyć swoimi pysznościami.
- Dziękujemy bardzo - podziękowałyśmy z lekkimi uśmiechami.
- Proszę bardzo, smacznego - odparła także lekko się uśmiechając, po czym odeszła.
- Wracając do Twojego wcześniejszego pytania, to trochę się z nią pogodziłam, ale wiesz... i tak dalej chce mnie kontrolować - westchnęła lekko.
- Jesteś już dorosła, powinna wreszcie to zrozumieć... - mówiąc to upiłam łyk pysznej i rozgrzewającej kawy - To Twoja sprawa co robisz i z kim się spotykasz - dodałam.
- Najważniejsze że już z nimi nie mieszkam, bo bym tam zwariowała do końca - odparła zjadając kawałek swojego ciasta.
-  A co na to ojciec? - spytałam, po czym ja skosztowałam przepysznej, świeżej szarlotki, która w połączeniu z gałką lodów waniliowych cudownie rozpuszczała się w ustach. Jak ja uwielbiałam słodkości! Co prawda Dianie do pięt nie dorównywałam, bo ona to po prostu ma chyba trzustkę ze stali, bo normalna to powinna już jej dawno się zbuntować, przy takiej ilości słodkości jakie ona potrafiła pochłaniać na raz... Najlepsze było w tym wszystkim to, że ciasta i lody były robione tutaj samodzielnie, więc nie czuć było żadnych polepszaczy smaku czy chemii jaką czuć było w niektórych lodach. Dlatego tym bardziej smakowałam się w przysmakach, które miałam w ustach i delikatnie rozpieszczały moje podniebienie.
- Ojciec standardowo nic a nic się nie odzywa - mruknęła niezadowolona.
- On w ogóle ma w domu jakieś swoje zdanie? - spytałam unosząc jedną brew ku górze.
- Niby tam ma, ale ja uważam że i tak tam rządzi matka nim jak zawsze... Wiesz, ona jest taka że jak jej coś nie po nosie, to zaraz nastawia ojca przeciwko mnie i bratu, nawet jeśli to ja i brat mamy rację - wyjaśniał - To jest męczące, dlatego cieszę się że miałam okazję wyprowadzić się z domu w ramach studiów lekarskich - dodała.
- To ja nie wiem ja Ty teraz wytrzymasz w domu te parę dni - odparłam spokojnie, przenosząc na nią na chwilę wzrok.
- W razie co, to pojadę szybciej do domu, chyba że autobusu mieć nie będę - westchnęła ciężko ponownie.
- Przecież w razie co, to Cię do siebie przyjmę głuptasie - powiedziałam szybko, dzięki czemu na mnie spojrzała.
- Tylko bym Ci wtedy przeszkadzała...- odparła niepewnie.
- Daj spokój, w razie czego zawsze Cię przyjmę pod swój dach i mi tu nie marudź - skarciłam ją.
- No dobrze... - uśmiechnęła się delikatnie - Ale na razie nie gdybajmy tak, bo może akurat będzie dobrze - dodała, na co potwierdziłam jej słowa lekkim skinieniem głowy. Kiedy sobie tak rozmawiałyśmy na różne tematy, w pewnym momencie kątem oka dostrzegłam po drugiej stronie kawiarni, nieco na uboczu za winklem Rafaela z jakimś innym mężczyzną, co mnie bardzo zaskoczyło! Jak widać nie tylko ja postanowiłam tutaj posiedzieć z przyjaciółką - przeszło mi przez myśl, a następnie powróciłam wzrokiem do swojej przyjaciółki. Był to niesamowity zbieg okoliczności, że akurat oboje tutaj postanowiliśmy się z kimś spotkać i porozmawiać, lecz ja nie zamierzałam burzyć spokoju Rafaela, gdyż w końcu każdy chce sobie z kimś innym porozmawiać. Miałam tylko nadzieję że niedługo się spotkamy, gdyż już za nim nieco tęskniłam.

Rafael? :3
Co tam robisz? Też na ploty przyszedłeś? xdd

+20 PD

11 mar 2019

Związek — Anastazja&Rafael

Anastazja&Rafael
- Cieszę się, że ci się podoba, ale muszę ci powiedzieć o czymś jeszcze.
- O czym? - stanęła na przeciwko mnie, a moje serca zabiło wtedy trzy razy szybciej.
- Wiesz... Znamy się już od dawna, a ja... Ja... Kocham Cię Anastazjo, czy zostaniesz dla mnie tą osobą, której szukałem przez całe życie?
[...]
- Na prawdę tego chcesz? - spytałam cicho, tak by tylko on mógł to usłyszeć.
- Niczego innego nie pragnę Anastazjo - odparł tym swoim cholernie seksownym głosem, który był na wpół ściszony, po czym pochwycił delikatnie moją dłoń.[...]
- Jeśli tego chcesz, to bardzo chętnie zostanę taką osobą dla Ciebie Rafaelu - odpowiedziałam w końcu z lekkim uśmiechem na ustach, delikatnie się przy tym rumieniąc. 

Od Anastazji cd. Rafaela

Przez chwilę z niedowierzania zamrugałam swoimi powiekami, trzepiąc przy tym swoimi czarnymi rzęsami, na których znajdował się tusz do rzęs, by dokładniej spojrzeć na twarz Rafaela, a konkretnie na jego usta, które wypowiedziały te magiczne dla mnie słowa. Dotąd myślałam, że jestem dla niego tylko nic nie znaczącą gąską, która jak jedna z wielu kobiet się obok niego kręciła, by uszczknąć chociaż trochę jego towarzystwa, a tu nagle coś takiego! No bo na serio... Ktoś tak przystojny chce taką szarą myszkę jak ja? No może przesadzam z tą szarą myszką, gdyż przez mój intensywny rudy kolor włosów nie można tu mówić o ukrywaniu się wśród tłumu, ale samo to że taka osoba jak on, gdzie może mieć praktycznie każdą na zawołanie, sprawiało że poczułam się na swój sposób nieco wyjątkowa. To na pewno sen i pewnie zaraz się obudzę - pomyślałam szybo, nie dowierzając w to co właśnie ma teraz miejsce. Myślałam że zaraz ktoś mnie uszczypnie, albo że ktoś sobie zrobił po prostu jakiś głupi żart ze mnie, by mieć ze mnie ubaw... Jednak gdy po dłuższej chwili nic takiego nie następowało, pomyślałam że może jednak faktycznie dostałam dar od losu! Miałam tylko nadzieję, że nie był to dar chwilowy i... ulotny jak dmuchawiec, z dmuchany przez lekki powiew wiatru. Spojrzałam niepewnie w jego oczy, próbując doszukać się jakiegoś cienia kłamstwa z jego strony, lecz on cierpliwie czekał, pozwalając mi się oswoić z tą sytuacją, lecz jego ciemne i męskie oczy zdradzały wszystko co buzowało w jego ciele w tej chwili. Dostrzegłam w nich strach i nadzieję, której dotąd jeszcze u niego nie widziałam.
- Na prawdę tego chcesz? - spytałam cicho, tak by tylko on mógł to usłyszeć.
- Niczego innego nie pragnę Anastazjo - odparł tym swoim cholernie seksownym głosem, który był na wpół ściszony, po czym pochwycił delikatnie moją dłoń. Ciepło jakie biło z jego ręki sprawiało, że poczułam momentalnie jak od czubków palców u nóg, aż po samą głowę, przeszedł dziwny dreszcz zmieszany z podnieceniem. Serce momentalnie zaczęło bić mi szybciej. Moje ciało przy nim zachowywało się zupełnie inaczej, zupełnie jakby miał nade mną jakąś dziwną kontrolę, po przez zaczarowanie mnie. Jego dotyk sprawiał mi przyjemność i czułam się bezpiecznie, a przy tym jeszcze ten spokój od niego bijący, który był tak zaraźliwy, że moje mięśnie same się rozluźniały. Robił to w sposób nie gorszy od Harry'ego Pottera! To była dla mnie magiczna chwila i miałam wrażenie że on lubi patrzeć jak moje ciało zachowuje się tak pod wpływem jego najmniejszego dotyku. Co jak co, ale on to chyba już widział u nie jednej kobiety z jaką był w swoim życiu i umiał to świetnie wykorzystywać.
- Jeśli tego chcesz, to bardzo chętnie zostanę taką osobą dla Ciebie Rafaelu - odpowiedziałam w końcu z lekkim uśmiechem na ustach, delikatnie się przy tym rumieniąc. Po chwili poczułam jak podnosi moją rękę i delikatnie całuje ją swoimi ustami, zupełnie jakby witał jakąś damę dworu z dawnych lat. Ponownie poczułam ten przyjemny dreszczyk na swoim ciele, a następnie odważyłam się spojrzeć mu ponownie w oczy, z których teraz biła radość i samcza siła. Zapewne nie zdawał sobie z tego sprawy ile mówią jego oczy, lecz ja nie zamierzałam mu tego powiedzieć, bo w końcu my kobiety musimy mieć jakieś sposoby, by wiedzieć kiedy coś kręcą prawda? Cholera, co on na miłość boską ze mną robi? - pomyślałam, czując jak odgarnia mi niesforny kosmyk włosów z policzka na bok, a następnie pochylił się lekko złączając nasze usta w namiętnym i długim pocałunku. W tym momencie po moim ciele przeszła dosłownie fala przyjemnych dreszczy, przez które moje ciało całkowicie się poddało, pozwalając mu na to co właśnie teraz robił.
Niby tylko pocałunek, lecz tak magicznego jak z nim nigdy nie przeżyłam, a też miałam kiedyś tam facetów, jednak nigdy nie czułam z nimi tego, co czułam właśnie teraz. Ale co ja tam będę porównywać szczenięce miłości, do tej prawdziwej? To są zupełnie dwa różne światy i nie ma co tu dużo gadać. Z pewnością nasz pocałunek trwałby dłużej, gdyby nie to, że oboje byliśmy istotami żyjącymi, więc w końcu każde z nas musiało wziąć wdech powietrza do płuc, przez który musieliśmy się od siebie na chwilę oderwać. Miałam ochotę zostać na tym balkonie, lecz niestety śmiechy dobiegające z sali, w której przebywała reszta gości oraz odbywała się dalej zabawa, przypomniała mi że tak po prostu nie wypada. Rafael musiał dostrzec mój żal o to, gdyż delikatnie pogładził mnie swoją silną dłonią po mojej, jakby chcąc mnie uspokoić.
- Będziemy mieć jeszcze sporo czasu dla siebie kochana... Na razie wracajmy do reszty gości, nie wypada wychodzić na tak długo z takiego towarzystwa - oznajmił mi spokojnie, na co delikatnie skinęłam głową przyznając mu rację. Widząc że czas ruszać z powrotem na wielką i bogato ozdobioną salę, sięgnęłam po swoją małą torebeczkę kopertówkę do ręki z pięknej, betonowej barierki, która miała przepiękne wzory, po czym ruszyłam z Rafaelem na salę. Ponownie zasiedliśmy na swoich miejscach, a po chwili zrobiła i to część "naszego" wyszukanego towarzystwa, zmęczona tańcami na parkiecie. Ogólnie rzecz biorąc cała ta impreza charytatywna była bardzo ładnie zrobiona i byłam mile zaskoczona, że nie otaczało nas takie... hm... jak to powiedzieć? Szalone towarzystwo? Chyba to będzie odpowiednie słowo...
W każdym razie chodzi mi o to, że nikt z gości się nie upijał w trupa, tylko spokojnie po kieliszeczku wina sobie pili albo tam trzy i bawili się kulturalnie dalej, bo gdyby było by tak, że ludzie by się schlewali, to zostawiało by to wiele do życzenia! Tak więc byłam bardzo mile zaskoczona i nawet takie coś mi się spodobało, mimo iż nie za bardzo lubiłam chodzić w sukienkach i w szpilkach. Zabawa na poziomie, ale ludzka i przyjemna - pomyślałam, gdy jeszcze raz omiatałam dyskretnym spojrzeniem całe towarzystwo. Czując nieco głód, postanowiłam spróbować nieco krewetek w gulaszu, które o dziwo bardzo mi zasmakowały! Natomiast Rafaelowi posmakował homar w sosie czosnkowym.
Skoro byliśmy już na takiej imprezie, co wypadało by spróbować różnych rzeczy, których na co dzień się nie je prawda? Mięso z homara bardzo mi zasmakowało, ale jednak krewetki w tym gulaszu z kurczakiem po prostu były dla mnie numerem jeden! Miałam tylko nadzieję że następnego dnia nie dostanę po nich zatrucia pokarmowego... Niestety nie byłam przyzwyczajona do takich rzeczy luksusowych dla mnie, więc mój żołądek tak na prawdę mógł zareagować bardzo różnie, aczkolwiek nie czując żadnego dyskomfortu w żołądku, miałam nadzieję że nic złego się nie wydarzy.
Później jeszcze trochę porozmawialiśmy z resztą ludzi, a najwięcej z tymi, którzy obok nas siedzieli i stwierdzam, że mimo iż byli to bardzo bogaci ludzie, to mieli bardzo poukładane w głowach. Dopiero koło godziny drugiej rano wszyscy zaczęli się powoli zbierać, wiedząc że już pora iść spać, dlatego też żegnając się ze wszystkimi kulturalnie opuściliśmy nieco wcześniej towarzystwo, udając się do samochodu Rafaela. Oczywiście przed wejściem do samochodu, zbadaliśmy się oboje alkomatem, który był na korytarzu, by się upewnić czy na pewno możemy prowadzić pojazdy. Mimo iż wypiliśmy tam dwa kieliszki, to woleliśmy mieć pewność czy aby na pewno wszystko jest w porządku, gdyż każdy organizm inaczej reaguje.
- I jak Ci się podobało? - spytał, gdy już siedzieliśmy oboje w wyziębionym aucie przez panujący na dworze mróz i śnieg.
- Było bardzo miło - odparłam spokojnie z lekkim uśmiechem, zapinając swój pas bezpieczeństwa.
- Ciesze się - powiedział odwzajemniając uśmiech, po czym odpalił silnik auta.
- Najpierw musi się nieco zagrzać... Masz jeszcze zaparowane szyby - odezwałam się spokojnie, choć zaczynało mi być zimnawo nieco, mimo płaszcza który miałam na sobie, lecz poza tym nie miałam ani szalika, ani rękawiczek, ani ciepłych butów, tylko cienką sukienkę.
- Zaraz odparują - odparł jedynie, włączając siny nawiew na przednią szybę, dzięki czemu po dwóch minutach z można było normalnie widzieć i jechać. Widząc to Rafael ostrożnie wrzucił jedynkę, a następnie oglądając się czy aby na pewno nic nie jedzie, włączył się do ruchu.
- Może będziesz dzisiaj u mnie nocował? - spytałam nagle, co najwyraźniej go zdziwiło, więc na chwilę na mnie spojrzał pytającym wzrokiem, lecz nie zbyt długo, gdyż musiał uważać na to co się dzieje na drodze.
- U Ciebie? - spytał jakby próbując się upewnić, czy aby na pewno dobrze usłyszał.
- No... tak... Masz w końcu dalej niż ja, a poza tym było by miło, gdybyś został i bym nie musiała sama być w domu - odparłam spokojnie, patrząc jak jedzie.
- Moje psy zostaną same w domu, ale raczej jedna noc im nie zaszkodzi... i tak byłem z nimi na spacerze przed wyjazdem, więc w sumie było by miło gdybym mógł u Ciebie przenocować - odparł w końcu po chwili namysłu - Tylko jest jedne problem... - oddał zaraz, co mnie zdziwiło.
- Jaki? - spytałam niepewnie nieco, martwiąc się że moje zaproszenie może nie wypalić.
- Nie mam żadnych ciuchów ze sobą na przebranie - westchnął lekko, nieco zmniejszając stopień grzania powietrza w aucie, gdyż zrobiło się nieco za duszno i gorąco.
- Ja mam jakieś rzeczy, więc Ci dam - odparłam szybko, patrząc na niego znowu.
- Och na prawdę? Dasz mi znowu śliczny szlafroczek różowy, tak jak u Twoich rodziców? - spytał rozbawiony.
- Och ale przeżywasz ten różowy szlafroczek! - odparłam rozbawiona także - Ładnie Ci w nim było! - dodałam, przypominając sobie jak paradował w nim u moich rodziców, kiedy to wszystkie nasze rzeczy zostały w aucie, które musieliśmy porzucić gdzieś na zadupiu w środku lasu przez to iż zabrakło nam zwyczajnie paliwa. Do tej pory gdy sobie przypomniałam iż mogliśmy tam umrzeć z wyziębienia gdyby nie nasz stary poczciwy sąsiad, który nas znalazł i podwiózł do mojego rodzinnego domu.
- Oj na pewno było mi w nim do twarzy! Różowy w końcu teraz jest w modzie czyż nie? - spytał łobuzersko się do mnie uśmiechając, na co parsknęłam cichym śmiechem.
- Rafael Ty baranie, jesteś nie możliwy - odparłam śmiejąc się lekko i kręcąc z niedowierzaniem głową na jego słowa.
- A czyżbym się mylił? - spytał rozbawiony, dalej ciągnąc swoje.
- Nie skądże, ma pan całkowitą rację - odparłam z lekkim uśmiechem, rozsiadając się bardziej w wygodnym fotelu audi. W powietrzu doskonale było czuć zapach nowości tego auta. Zapewne takie auto kosztowało bardzo dużo, więc wolałam uważać by aby czegoś przypadkiem nie zepsuć. Czarne audi sunęło przez tętniące nadal życiem miasto niczym czeka płynąca swoim korytem, które zostało zostało wyżłobione przez wiele wiele tysięcy lat swojego stałego szlifowania podłoża. Patrząc przez szybę zobaczyłam jak ludzie stoją przed różnymi kasynami i barami, bawiąc się do białego rana. Byli to w większości młodzi jak i starsi mężczyźni, którzy mając pieniądze chcieli je wydać tylko na zabawę. Jakby nie mogli tych pieniędzy wydać na jakieś fundacje... I tak się nudzą i nie wiedzą co robić z tymi wszystkimi pieniędzmi - pomyślałam zniesmaczona takim zachowaniem. Rafael który patrzył na mnie kątem oka musiał to dostrzec.
- Tacy jak oni nigdy nie zrozumieją tego że mogli by pomóc innym - zaczął spokojnie, zatrzymując się powoli na czerwonym świetle.
- Niestety tacy ludzie to wielcy egoiści - odparłam wzdychając lekko.
- Nic nie zrobisz... - odparł także wzdychając, a widząc jak światło zmienia się z czerwonego na żółte i zielone, wrzucił pierwszy bieg i łagodnie ruszył, podczas gdy inne audi w kolorze czerwonym, które skręcało w prawo, zaryczało głośno i bardzo szybko nabrało prędkości znikając nam z oczu.
- Wariat... - mruknęłam pod nosem cicho.
- Taki nic we łbie nie ma... a przecież dla pieszych świeciło się zielone światło - odparł zwracając na to uwagę - Gdyby ktoś przechodził po pasach, to nie miał by szans, zwłaszcza że tak szybko ruszył, a często tutaj przebiegają dzieci - dodał jadąc prosto do następnego skrzyżowania, by następnie zająć pas do skrętu w lewo, włączając kierunkowskaz.
- Młody gówniarz za kierownicą, co się dziwić? Pewnie jeszcze tatusia auto, a jak coś złego się stanie to z podkulonym ogonem do niego przyjdzie jeśli nie daj bóg w kogoś wjedzie - powiedziałam, a po chwili zasłoniłam delikatnie usta ręką, by ukryć swoje ziewanie.
- Powinien się uczyć życia, a nie głupot - mruknął, a ja zobaczyłam że jesteśmy już blisko mojego domu.
- Ano - odparłam tylko, widząc jak parkuje przed blokiem.
- Jesteśmy na miejscu - powiedział lekko się uśmiechając i szybko wysiadł, co mnie bardzo zdziwiło. Gdy odpięłam pas, on nagle otworzył moje drzwi, a następnie pomógł mi wysiąść z auta, co było bardzo miłe z jego strony. Następnie zamknął drzwi i jednym kliknięciem przycisku na kluczyku elektronicznym, zamknął samochód. Ja natomiast w tym czasie wyjęłam z kopertówki klucze od mieszkania, a następnie ostrożnie wchodząc po schodach, weszłam na klatkę schodową, a mężczyzna zaraz za mną. Włożyłam kluczyk w zamek, przekręciłam dwa razy, a po chwili weszliśmy do środka, gdzie wreszcie mogłam zdjąć obcasy od których bolały już mnie nieco nogi. Tak więc gdy uwolniłam wreszcie swoje nogi od nich, poczułam się jakby moje nogi były lekkie jak piórka.
- Poszukam Ci rzeczy, a Ty się rozgość - odezwałam się do niego spokojnie, po czym czmychnęłam do swojego pokoju. Chwilę mi to zajęło ale wreszcie znalazłam dla niego jakąś niebieską długą koszulkę oraz spodnie od piżamy, które powinny być dla niego dobre.

 Rafael? ;3
Przepraszam że tak długo ale mam pełno nauki ;c

+20 PD

4 lut 2019

Od Anastazji CD. Rafaela

- Co Cię skusiło by iść na bal charytatywny? - zdziwiła się strasznie moja przyjaciółka, z którą poznałam się już na studiach i do tej pory utrzymywałam z nią kontakt. Co prawda pracowała w innym szpitalu, gdyż wolała być bliżej swojego rodzinnego domu. Pamiętałam jak czasem chodziłyśmy na imprezy w każdy możliwy weekend na pierwszym roku studiów... Zawsze się dziwiłam czemu starsze roczniki nie chodzą i stwierdziłam wtedy z koleżankami że są to jacyś dziwni ludzi, no bo jak można nie chcieć się bawić w czasie wolnym? Dopiero później gdy sama byłam już na trzecim roku studiów zrozumiałam dlaczego wtedy nie chodzili na żadne zabawy... Byli tak zmęczeni narastającą nauką z coraz to większym materiałem, że jedyne o czym wtedy marzyli był święty spokój i odpoczynek. Każde kolokwium czyli inaczej takie wejściówki od razu po wejściu do klasy były makabrycznie trudne i szczerze mówiąc to sama się dziwiłam że dotrwałam do końca, zwłaszcza jeśli chodzi o robienie specjalizacji. Oj tak nie było łatwo! A nie każdy wie że każdą specjalizację robi się w dwa lata... Są bowiem takie specjalizacje że robi się je nawet pięć lat! Swoją specjalizację robiłam dwa lata na kardiochirurga i myślałam że to długo ale nigdy nie wyobrażałabym sobie że mam robić specjalizację przez pięć długich lat! Byłabym wtedy "stara".
- A no bo ktoś mnie zaprosił - powiedziałam tajemniczo do przyjaciółki.
- Ktoś? Czyli kto? - zainteresowała się bardzo - Opowiadaj ruda mi tu wszystko! Co Ty nie powiesz swojej psiapsiuli kogo poznałaś? - zażartowała rozbawiona co można było usłyszeć po jej głosiku.
- No... poznałam kogoś... - nieco się rozmarzyłam i pewnie teraz na moich policzkach wyszedł lekki rumieniec. Zawsze się przechwalałam że ja jeśli w ogóle kogoś znajdę, to na końcu po niej, a tym czasem się okazało że było zupełnie na odwrót. Wiedziałam w duchu że musiała mieć niezły ubaw ale i jednocześnie że musiało być jej ciut przykro, gdyż podobnie jak ja, nie potrafiła znaleźć przez długi czas właściwego i tego jedynego faceta. Niby jest cała planeta ludzi ale jednak czasem się tak zdarza, że dwójka przeznaczonych ku sobie ludzi nie potrafi się ze sobą spotkać tak szybko. Jakoś to tak jest że los ma co do nas zupełnie inne plany niż my sami byśmy chcieli...
- Jaki on jest? I jak się poznaliście i gdzie? No zdradź trochę nooo... - zaczęła nieco się niecierpliwić.
- Poznałam go w szpitalu - zaczęłam lecz zaraz mi przerwała dodając swoje dwa grosze.
- Był pacjentem na Twoim oddziale? - zainteresowała się próbując zgadnąć.
- Nieeee.... Słuchaj lepiej! - zganiłam ją nieco dzięki czemu nieco ją przyhamowałam z ciekawością zadawania pytań - Poznałam go w szpitalu na dyżurze - powiedziałam spokojnie siedząc dalej w swoim gabinecie.
- Na dyżurze? To jakiś lekarz? - dopytywała.
- Tak jest lekarzem i w zasadzie mnie przez przypadek staranował gdy szłam odbierać karty pacjentów z rejestracji - odparłam co ją bardzo zdziwiło.
- Staranował Cię? Jak on mógł nie spostrzec Twojego rudego łba?! - spytała zaskoczona.
- No wiesz... po szpitalu kręcą się dziwne osobniki i świry też więc może nie zwrócił na mnie uwagi przez to że widział dziwniejsze przypadki - powiedziałam zamyślona z lekka - Ale wracając do tematu balu charytatywnego... Jak się tam chodzi, bo mi piczo nie odpowiedziałaś! - dodałam rozbawionym głosem.
- No sorry ale muszę się tu wywiedzieć najpierw kogo se upatrzyłaś nie? - zażartowała - Wydaje mi się że idzie się w takie miejsca w bardzo eleganckich sukniach więc ruda musisz sobie kupić jakiś ładny ciuszek na swoją dupkę - dodała coś przekąszając, co było słychać po jej pełnej buzi i domyśliłam się że musi jeść swoje ulubione chipsy serowe.
- Ja tu słyszałam jeszcze jakiś czas temu od Ciebie że przechodzisz na dietę, a tu słyszę że chipsiki się tu wcina - zażartowałam tym razem ja, na co się lekko zaśmiała.
- No miałam kurde ale są takie dobre... - powiedziała zadowolona biorąc kolejnego chipsa do swoich ust, co usłyszałam bez problemu dzięki jej chrupaniu - Ja tam już Fenchenko nigdy nie schudnę, taki mój los... - dodała.
- Moim zdaniem i tak to odchudzanie Ci  I tak nie jest potrzebne... Przecież Ty jesteś chuda jak patyk! - fuknęłam lekko po czym upiłam łyk wzmacniającej kawy sypanej.
- Kuźwa musiałam być na diecie... Dobrze wiesz że podczas urlopu przytyłam pięć kilogramów, bo tak wszystko wpierdalałam jak dzika świnia - oburzyła się nieco na co przewróciłam lekko oczami trzymając ciągle telefon w ręce.
- Oj tam nie przesadzaj... - westchnęłam lekko - I tak jakiś chłop w końcu Cię poderwie, co jak co ale Ty masz ładniejsza budowę ciała niż ja piczo - powiedziałam wygodniej się opierając w swoim fotelu obrotowym.
- Ta jasne kurwa! Z przodu deska i z tyłu deska... - fuknęła - Ty to przynajmniej masz cycki! Ja to muszę sobie chyba powiększyć bo masakra - załamała się nieco.
- A tam pierdzielisz! Nie przesadzaj faceci lubią naturalne cycki w tych czasach a nie sztuczne balony sylikonowe... - wyraziłam swoje zdanie zjadając jedno ciasteczko czekoladowe.
- Faceci lubią ruda jak maja za co złapać... - westchnęła znowu ciężko - Chciałabym mieć takie cycki i dupę jak moja kuzynka... wiesz która, pokazywałam Ci ją na zdjęciu - dodała, na co lekko się skrzywiłam przypominając sobie dziewczynę ze zdjęcia, która miała na prawdę ogromne cycki ale wręcz za duże! Bardzo nie symetrycznie to wyglądało, gdyż miała taką... hm... niesymetryczna budowę ciała... Wyglądała jak taki klocek ale cóż... ludzie są różni. Nie poznałam jej osobiście i nic do niej nie miałam, lecz wyobraziwszy sobie tak wielkie piersi u swojej przyjaciółki przy jej szczupłym ciele, nieco się wzdrygnęłam.
- Szczerze mówiąc to źle by Ci było piczo z takimi balonami... - westchnęłam ciężko - Z resztą faceci powinni kochać taką jaką jesteś a nie tylko Twoje cycki - dodałam.
- No niby racja, ale bym tak kogoś znalazła już... Fajnie że masz już faceta - powiedziała smutnym głosem przez co mnie samej zrobiło się nieco dziwnie.
- Oficjalnie nie jesteśmy ze sobą... - przyznałam - Ale bym bardzo chciała - dodałam.
- Czyli jeszcze nie zabrał Cię na randkę? - spytała.
- No nie... tak daleko to jeszcze nie poszło - przyznałam nieco zrezygnowana.
- Jak się Tobą interesuje to na pewno Cię zabierze w końcu więc nie rozpaczaj rudzielcu - nieco mnie pocieszyła.
- Mam nadzieje...  - westchnęłam lekko - Diana a Ty kiedy przyjedziesz do mnie na kawę co? - spytałam - Jak ja mam wybrać jakąś suknie skoro nie ma mi kto doradzić jaką? - dodałam nieco niezadowolona gdyż od dłuższego czasu obiecywała mi że przyjedzie i tak się ciągnęło i ciągnęło.
- No kiedyś tam przyjadę nie obrażaj się no... Wiesz że mam zapierdol ciągle - odparła spokojnie.
- No wiem... wiem... - odparłam po czym dostałam wezwanie więc musiałam się rozłączyć i czym prędzej pobiegłam na oddział na który mnie wezwano.
***********************************************************************************
Następnego dnia wstałam około godziny ósmej rano więc jak na mnie, po niemal pięciu godzinach dłużej w szpitalu na bloku operacyjnym, dość szybko wstałam. Byłam zmęczona ale stwierdziłam że muszę się dzisiaj rozejrzeć za jakimiś ładnymi sukniami bo w końcu byłam dość wybredna, więc z wyborem idealnej sukni na pewno będzie ciężko... Zwłaszcza że nikt nie mógł mi pomóc w jej wyborze bo Diany nie było, a reszta moich koleżanek pracowała dużo dużo dalej. Wzdychając na to wszystko ciężko powoli zwlekłam się z wygodnego i wygrzanego łóżka, gdzie następnie skierowałam się do kuchni. Upewniłam się czy aby na pewno w czajniku jest woda po czym nastawiłam wodę jednym naciśnięciem przycisku. Następnie wyjęłam ze ze zlewu swój umyty kubek w kolorze niebieskim z napisem "Good Day". Następnie otworzyłam szufladę w której były wszystkie sztućce, a następnie wziąwszy łyżeczkę do kawy, zasunęłam z powrotem biodrem szufladę. Sięgnęłam po opakowanie sypanej kawy "Aromatusis Delectas", wsypałam dwie łyżeczki do kubka a następnie zostawiłam łyżeczkę w niebieskim kubku, a kawę odłożyłam na miejsce. W międzyczasie zagotowała się woda w czajniku, wiec obróciłam się do niego, wzięłam go, a następnie zalałam do połowy wrzątkiem kubek. Odłożyłam czajnik na miejsce, wymieszałam łyżeczką kawę nieco by opadły mi fusy na samo dno, bym mogła później sobie wlać mleka. Musiałam jednak na to nieco zaczekać, wiec postanowiłam zrobić sobie jakieś śniadanie. Po krótkim namyśle stwierdziłam że zrobię sobie pastę z makreli. Wyjęłam więc z lodówki twaróg półtłusty oraz makrelę w puszce w sosie pomidorowym. Postawiłam wszystko na blacie, po czym wyjęłam z szafki malutką cebulkę oraz pieprz czarny mielony. Potrzebowałam jeszcze niewielkiej miseczki na to, więc poszperałam w innej szafce i w końcu po długich poszukiwaniach na samym końcu znalazłam odpowiednia miseczkę z pokrywką. Następnie zalałam sobie kawę mlekiem, ponownie wymieszałam pięć razy łyżeczką, po czym odłożyłam ja do zlewu. Odstawiłam kubek z kawką nieco dalej by mi nie przeszkadzał i zaczęłam robić pastę z makreli. Najpierw dałam do miseczki rybę z puszki, dokładnie wybrałam cały sos pomidorowy z opakowania po niej, następnie wrzuciłam twaróg i zaczęłam wszystko rozgniatać i mieszać widelcem. Kiedy już mi się wszystko fajnie wymieszało, stwierdziłam że więcej jest twarogu niż ryby, dlatego dodałam nieco keczupu pikantnego, wymieszałam i było idealne. Pokroiłam jeszcze cebulkę w kostkę, dodałam ją do twarogu, wymieszałam ponownie, a na koniec dodałam nieco czarnego, mielonego pieprzu. Po ostatecznym wymieszaniu już zadowolona z siebie zaczęłam sobie smarować dwie kromeczki. Położyłam wszystko na talerzyk, wzięłam kawę w rękę, a następnie skierowałam swoje kroki do salonu, gdzie rozsiadłam się na kanapie i włączyłam telewizor. Zaczęłam szukać na pilocie po wszystkich kanałach jakiegoś ciekawego programu. W końcu zdecydowałam się że zostanę na programie "Life Play Wild", gdzie leciał program o życiu surykatek. Usiadłam nieco wygodniej, po czym oglądając zaczęłam jeść pyszne śniadanie. Wszystko zajęło mi około godziny, więc zebrałam się dopiero po skończeniu się programu o surykatkach. Odłożyłam brudne naczynia do zlewu, zalałam je wodą by brud nie zasechł, bym miała łatwiejsze późniejsze mycie, po czym ubrałam się w normalne rzeczy w sypialni, a na koniec poszłam na korytarz, gdzie zaczęłam ubierać ciepłe buty sięgające dużo powyżej kostek. Miałam tak większą pewność że nawet jak się gdzieś poślizgnę, to że nie skręcę kostki, co teraz było by istną katastrofą! Ubrałam jeszcze swój płaszcz, owinęłam szyję ciepłym szalikiem, ubrałam rękawiczki i czapkę od Rafaela, a następnie wyszłam na klatkę schodową, porządnie zamykając drzwi na klucz. Schodząc po schodach minęłam jakiegoś pizzer mena, a po chwili byłam już na dworze gdzie od razu w moją twarz uderzył srogi mróz. Jak widać mróz trzyma i trzymać jeszcze przez jakiś czas będzie  pomyślałam kierując się do swojej niebieskiej Toyoty. Sięgnęłam do swojej torebki, gdzie po krótkich poszukiwaniach i przesunięciu swojego portfela, odnalazłam kluczyki. Niestety nie mogłam od razu odjechać, gdyż mój samochód wyglądał jak jakiś bałwan... Dlatego po otwarciu drzwi sięgnęłam po miotełkę, którą zaczęłam odśnieżać powoli całe auto. Cały proces trwał około dwudziestu dobrych minut, gdyż do odśnieżania doszło jeszcze skrobanie zamarzniętych na kość szyb. Niesamowicie się zgrzałam, a para leciała mi z ust. Wsiadając do auta, włożyłam kluczyk do stacyjki, po czym go przekręciłam w prawą stronę i przytrzymałam w tej pozycji przez chwilę, dzięki czemu silnik diesla odpalił niemal natychmiast, przyjemnie przy tym rechocząc. Jak ja lubię diesle za ten przyjemny rechot silników pomyślałam zadowolona, lekko się przy tym uśmiechając. Ustawiłam ogrzewanie na szybę na pełną moc, a następnie zapięłam pas bezpieczeństwa. Wrzuciłam jedynkę, spuściłam ręczny hamulec, a następnie włączając kierunkowskaz i upewniając się w lusterku że nic nie jedzie, włączyłam się do ruchu i pojechałam do najbliższej galerii.
**
Idąc do przymierzalni i trzymając w ręce trzy suknie, miałam w głowie pełno myśli. Wybrałam zieloną suknię, czarną i czerwoną, choć po drodze wzięłam jeszcze niebieską która wpadła mi w oko. Nigdy nie uważałam się za piękną kobietę, więc miałam problem z wyborem sukni. Wchodząc wreszcie do przebieralni zaczęłam po kolei przymierzać każdą z sukni lecz oczywiście też robiłam sobie zdjęcia by lepiej się zobaczyć jak wychodzę na  zdjęciach. W końcu człowiek nigdy się nie widzi tak jak widzą go inni ludzie... W końcu zdecydowałam się na suknię czerwoną: [x]
Wydawało mi się że to będzie najlepszy wybór, dlatego wolałam zaufać swojemu instynktowi i to właśnie tą suknię wybrałam i kupiłam. Ekspedientka zapakowała ją starannie by jej nie poniszczyć, a następnie dziękując ją i się żegnając, skierowałam swoje kroki ku wyjściu, lecz no jakoś tak się złożyło że przechodziłam obok sklepu jubilerskiego o nazwie "Sonnia". W jakimś tam języku oznaczało to "marzycielka", choć oczywiście przez jedno "n", a nie przez dwa... Wypatrzyłam tam piękne kolczyki firmy "La Madame"[x]Kurcze nie mam kolczyków na ten cały bal charytatywny, a to poważne wydarzenie, więc nie mogę pójść bez kolczyków, bo by to głupio wyglądało pomyślałam decydując się na wejście do środka.
- Dzień Dobry - przywitałam się.
- Dzień Dobry, w czym mogę Pani pomóc? - spytała kobieta o bardzo szczupłej budowie ciała i średniego wzrostu. Była obwieszona drogą biżuterią i na pewno miała luksusy w życiu. Na paznokciach hybrydowo-żelowe paznokcie przedłużane ze wzorkami kwiatów, a na prawej ręce srebrne bransoletki z firmy "Pandera", gdzie cena jednej za "oczko" gdyż składało się z poszczególnych elementów jakich się ja chciało, to koszt 389 avarów! Jedna mała część! Gdzie zazwyczaj taka bransoletka składa się z około dwudziestu paru elementów! Wiec jakby tak przyjąć że jedna bransoletka składa się z około dwudziestu pięciu elementów, to tak na prawdę taka jedna bransoletka kosztuje powyżej 9000 avarów! Za jedną bransoletkę! Normalnie we łbach się ludziom przewraca... Na lewej zaś ręce miała zegarek z różowawego złota, co było wielką rzadkością więc na pewno swoje musiał też kosztować. Kobieta miała jeszcze długie kolczyki w kształcie listków i były one koloru złotego, a do kompletu miała także i taki naszyjnik, co wydłużało jej szyję. Włosy natomiast miała związane z kucyka i były w kolorze jasnego blondu.
- Na wystawie zauważyłam takie ładne kolczyki długie i chciałabym je przymierzyć - powiedziałam spokojnie.
- Tutaj po lewej stronie? - spytała wyjmując plik srebrnych kluczy otwierających gablotki z biżuterią, po czym wyszła zza lady.
- Tak tutaj - wskazałam jej miejsce, podchodząc do miejsca w którym znajdowały się kolczyki.
- Takie złote z niebieskimi oczkami? - spytała sięgając tam, by po chwili mi je pokazać.
- Nie, nie są koloru srebrnego - poinformowałam ją spokojnie, a kobieta ponownie tam sięgnęła i po chwili wyjęła te które mi wcześniej wpadły w oko.
- To te? - spytała spokojnie.
- Tak to właśnie te - potwierdziłam zadowolona, a kobieta zabrała te kolczyki i zamknęła gablotkę by następnie podejść do lady.
- To kolczyki firmy La Madame, bardzo eleganckie na jakieś przyjęcia czy bale. Zapięcie jest takie wciskane - wyjaśniła podając mi je bym lepiej się im przyjrzała.
- Są piękne... Zazwyczaj wolę zapięcie angielskie ale wyjątkowo te mi się podobają - powiedziałam lekko się uśmiechając i oglądając dokładniej kolczyki by upewnić się czy aby na pewno chcę je zakupić.
- No niestety u tej firmy mało jest takich zapięć ale te kolczyki bardzo dobrze się trzymają więc nie trzeba się martwić że się wyrobi coś - poinformowała mnie.
- Mogę je przymierzyć tak? - upewniłam się.
- Tak, tak nawet trzeba by Pani była pewna że się Pani podobają - odparła spokojnie poprawiając swoją bransoletkę na ręce.
- To dobrze bo czasem się spotykałam z tym że nie wolno było przymierzać, co było dla mnie bardzo dziwne - ciągnęłam rozmowę zakładając pierwszy kolczyk.
- No ja osobiście tego nie rozumiem... - powiedziała opierając się lekko o ladę biodrem - A jak kolczyki nie pasują i ludzie je reklamują to się dziwią dlaczego - dodała.
- No niestety tak to jest ale sami na własne życzenie sobie strzelili w kolano z tym - odparłam zapinając ostatniego kolczyka na swoim płatku ucha, a następnie zaczęłam się przeglądać w lustrze jak wyglądam.
- Dokładnie tak... dobrze Pani mówi, no ale najgorsze jest to że obrywa się tym ekspedientkom, a przecież to nie ich wina tylko wina polityki ich firmy w której pracują i tego kto to wymyślił - powiedziała zerkając na chwile w stronę drzwi gdyż weszła do pomieszczenia jakaś kobieta, która zaczęła sobie oglądać biżuterię w gablotkach.
- Niestety na niektórych ludzi szkoda gadać - odezwałam się ściągając powoli kolczyki ze swoich uszu - Wie Pani co? Wezmę te kolczyki bo mi się bardzo spodobały, a jak pasują to najważniejsze - dodałam wkładając je do pudełeczka.
- Dobrze to teraz je pani zapakuję... Bedzie płatność karta czy gotówką? - spytała wchodząc za ladę i szukając pudełeczka na moje kolczyki.
- Kartą bardzo proszę - odparłam sięgając do torebki po niebieski portfel w kwiaty.
- Dobrze - odezwała się wpakowując w ładne opakowanie kolczyki, a następnie podeszła do terminala i zaczęła wbijać kwotę na terminal.
- Bo naszyjnika nie ma do kompletu? - spytałam jeszcze gdyż przypomniałam sobie że zawsze przy kolczykach takich powinien być komplet.
- Nie niestety... Przed panią inna pani go wykupiła, więc można na zamówienie jedynie zamówić go jedynie. My dostajemy tak na prawdę tylko po jednym komplecie takich rzeczy, wiec nie mamy ich na magazynach w  sklepach ani nic - wyjaśniła podsuwając mi terminal na którym wyświetlała się kwota 230 avarów - I proszę włożyć kartę... - dodała jeszcze.
- Szkoda... Bo gdyby był naszyjnik to też bym wzięła ale nie mam niestety czasu na zamawianie - westchnęłam lekko, wkładając kartę do terminala, a następnie wprowadziłam pin i zatwierdziłam zielonym przyciskiem.
- A na kiedy by pani potrzebowała? - spytała odrywając paragon wysuwający się z terminala po tym jak pieniądze w mojej karty zostały ściągnięte.
- Potrzebuje go na sylwestra - odpowiedziałam jej, biorąc od niej swoją kartę która mi oddała.
- Potwierdzenie pani dać? - spytała jeszcze.
- Nie, nie trzeba dziękuję - odparłam szybko na jej pytanie, na co skinęła lekko głową i schowała jakiś wydruk dla siebie do lady.
- No to nie ma szans by w kilka dni doszedłby pani naszyjnik, bo my wysyłamy to do centrali, a oni zanim to przyślą to minimum trzeba czekać tezy tygodnie, a w takim okresie to i nawet miesiąc, więc by się pani naczekała - powiedziała wyjaśniając mi ich procedury i powracając do mojego poprzedniego pytania.
- Szkoda ale cóż mi w zasadzie tylko potrzebny na tego sylwestra jest, więc nie będę zamawiać - powiedziałam biorąc torebeczkę z kolczykami w rękę.
- No to nie... Jak pani potrzebuje tylko na to, to tylko kolczyki pani wystarczą, a w razie czego to można w każdej chwili zamówić jakby pani zmieniła zdanie - odparła spokojnie - Udanego sylwestra zatem pani życzę - dodała.
- Dziękuję bardzo i wzajemnie, do widzenia - odparłam uśmiechając się, co odwzajemniła i wyszłam, a ona zajęła się kolejną klientką.
***********************************************************************************
Po paru dniach nadszedł wielce wyczekiwany czas, czyli dzień sylwestra z okazji kończenia się tego roku i powitania nowego. Miałam dzisiaj zalatany dzień gdyż musiałam na chwilę pojechać do szpitala, bo poprosili mnie o pomoc w ustaleniu diagnozy choroby, a byłam w pobliżu akurat wiec zajechałam. Później szukałam czerwonych obcasów, gdyż ja trzepok zapomniałam że moje poprzednie buty na szpilkach się zepsuły po tym jak jeden z obcasów mi się złamał... Kiedy z kolei chciałam zapłacić za nie, to okazało się że terminal nie przyjął mi płatności kartą, bo jakaś tam awaria była, wiec musiałam lecieć do bankomatu by wypłacić sobie pieniądze, co też nie było takie proste, gdyż najbliższy bankomat jak na złość też miał awarię i był nieczynny! Normalnie jakby jakiś armagedon miał nadejść! Jeszcze nie mogłam wypłacać pieniędzy ze wszystkich bankomatów bo nie miałam takiej opcji, że za darmo mogę ze wszystkich, bo "zaoszczędziłam" na tym. I w sumie mi wyszło że jak chcę wypłacić z innego bankomatu pieniądze, niż mój bank, to pobierali mi aż 6 avarów! Normalnie złodzieje... No ale sama sobie byłam winna bo mogłam zapłacić tak te co miesięczne 4 avary i by ze mnie tak nie zdzierali za wypłaty z innych bankomatów, ale mądry człowiek  po szkodzie... W końcu miałam dość tego biegania po mieście, wiec się wkurzyłam i wypłaciłam już pieniądze z tego innego bankomatu, mając już gdzieś te 6 avarów, gdyż miałam do tamtej babki wrócić za chwilę, a tak z tej chwili zrobiła się prawie godzina! Szybkim krokiem wróciłam do galerii i do sklepu w którym miałam dokonać swojego zakupu i na szczęście buty dalej na mnie czekały. Byłam zziajana jak parowóz ale w końcu dotarłam i mogłam zapłacić wreszcie za te buty. 
- Już myślałam że pani nie przyjdzie - przyznała ekspedientka, której wręczyłam należne pieniądze.
- Wie pani co? Jak na złość bankomat był nieczynny z mojego banku, a z innych mam ściągane pieniądze za to że w ogóle wypłacę... - powiedziałam zziajana, odbierając swoje buty.
- Tak to jest z tymi bankami... A jak już się wpadnie w te karty to już tragedia! Ciągle pieniędzy nie ma to sięga się po kartę i tak w kółko - machnęła na to niezadowolona lekko ręką.
- Ma pani rację, ale niestety czasem trzeba - mówiąc to poprawiłam sobie szalik na szyi i założyłam rękawiczki.
- Wiem o tym doskonale, sama mam kartę ale to studnia bez dna - powiedziała niezadowolona.
- Taki nas ludzki żywot... Muszę już iść bo się spóźnię, do widzenia - pożegnałam się szybko i wyszłam, a następnie zapłaciłam za parking i wróciłam do domu gdzie zaczęłam się przygotowywać.
**********************************************************************************
W ciągu dwóch godzin zdążyłam się umyć, wysuszyć włosy, zjeść jakąś kanapkę i się ubrałam. Założyłam czerwone szpilki do czerwonej sukni i kiedy już zapinałam ostatniego kolczyka przy lustrze w łazience, usłyszałam jak dzwoni mi domofon. Domyśliłam się że to Rafael, więc nacisnęłam tylko przycisk by otworzyć mu drzwi na klatkę schodową, a następnie skierowałam się do drzwi głównych mojego mieszkanka, tupiąc lekko przy tym obcasami w podłogę drewnianą. Wpuszczając swojego gościa do swojego domu usłyszałam bardzo miły komplement z jego strony i miałam nadzieję że nie zrobiłam się czerwona jak burak czy też nie tak jak moja suknia. W międzyczasie naszej miłej rozmowy, przeszłam przez szybki kurs wiązania krawata mężczyźnie dzięki filmikowi na internecie który pokazywał jak to zrobić.
- To co jedziemy? - spytałam poprawiając mu jeszcze krawat i biorąc swoja pasującą do mojego obecnego ubioru torebkę.
- Pewnie - odparł zadowolony i wyszliśmy z mojego mieszkania. Oczywiście miałam na sobie ciepły, długi płaszcz, wiec było mi nieco cieplej ale i tak mróz nieźle uderzył w moje ciało, zwłaszcza w nogi. Schody były wyjątkowo odśnieżone i posypane solą, wiec nie miałam problemu z zejściem po nich w obawie że zaraz wywinę orła. Podchodząc do auta, Rafael gentlemeńsko otworzył mi drzwi na co się lekko uśmiechnęłam i wsiadłam do auta, a Rafael zamknął za mną drzwi i wsiadł na miejsce kierowcy.

Rafael? :3
Jedziem? xdd

+30 PD

21 sty 2019

Od Anastazji CD. Rafaela

Całe święta minęły mi właściwie w zamyśleniu. Ciągle błąkałam w obłokach i się wyłączałam podczas gdy ktoś coś do mnie mówił, co było do mnie nie podobne. Tata zaczął się nawet martwić czy aby czasem nie jestem chora, ale zapewniłam go że nic mi nie jest, lecz mam natomiast z siostrą na pewno coś podejrzewały, co mogłam dostrzec po ich minach w trakcie przygotowania potraw wigilijnych, jak i samej wigilii. Moja mam co chwilę mnie wypytywała czy aby przypadkiem kogoś nie mam, lecz zbywałam ją zmieniając temat szybko albo po prostu zajmując się czymś innym. Co bym miała niby jej powiedzieć? Podoba mi się jeden ale nie wiem czy on czuje to samo do mnie? To nie miało najmniejszego sensu… Chciałabym by Rafael czuł to samo co ja, ale prawda była taka że on raczej nikogo nie szukał, zwłaszcza kogoś takiego jak ja! No sami pomyślcie… Kto by chciał takiego rudzielca, gdzie czasem wydaje się że mam czerwone włosy a nie rude… Pewnie by się wstydził plotek albo czegoś tam jeszcze. Coraz częściej też się zastanawiałam nad tym by przefarbować swoje okropne włosy na jakiś ładny brąz albo coś takiego, bo nie chciałam się ciągle tak wyróżniać z tłumu. Niektórzy co prawda uważali że rudy kolor włosów do mnie pasuje i do mojego zawodu kardiochirurga, bo można się domyślić kim jestem, ale czy ja wiem? Szczerze wątpiłam że jak jakiś zwykły przechodzień sobie lezie i po kolorze włosów potrafi odgadnąć jego zawód! Po za tym jak to brzmi idiotycznie!
Wracając jednak do tematu, to właśnie jechałam pociągiem powrotnym do Avenley River i byłam już w ponad połowie drogi. Podróż dłużyła mi się strasznie, ale przynajmniej miałam kuszetkę, tak więc miałam leżące miejsce pośrodku. Jechała ze mną dwójka innych ludzi, więc to zawsze było bezpieczniej niż tak samemu zostać, zwłaszcza jeśli chodzi o noc. Co prawda przedziały były zamykane od środka, ale niestety konduktor sprawdzał wszystkich, więc co chwilę by się tylko dobijał gdybyśmy mieli zamknięte drzwi od środka… Na początku drogi nieco się przespałam, ale teraz nie mogłam się już doczekać kiedy wysiądę wreszcie z tego pociągu i że sobie wrócę do domu, gdzie miałam ochotę pochłonąć całe opakowanie żelek w formie dżdżownic, które były moim zdaniem najlepsze, a zwłaszcza truskawkowe i malinowe! Pychotka, mówię wam! Ostatnimi czasy nieco przytyłam, więc wiedziałam że muszę znowu zacząć chodzić na siłownię, bo będąc lekarzem musiałam dość szybko często biegać po schodach w górę i w dół, gdyż windy były o wiele za wolne, a jeśli pacjent wymagał natychmiastowej operacji, to trzeba było być w jak najlepszej formie. Nie mówiąc o tym że po wigilii na pewno przybyło mi parę kilo, ale cóż… Wigilia jest w końcu raz do roku.
Patrząc na to co się dzieje za oknem, oraz widząc jak jedziemy przez jakiś las, a następnie pola, pomyślałam znowu o Rafaelu. Byłam ciekawa co sobie pomyślał o moim prezencie dla niego i miałam nadzieję w duchu że mu się spodobał. Co do jego prezentu, który był całkowicie niespodziewanym znaleziskiem w mojej walizce, był bardzo trafiony! Dostałam od niego śliczny pomarańczowy sweterek golfowy oraz ładne ciemnogranatowe rękawiczki. Było mi niezmiernie miło, nie mówiąc już o tym jak to dla mnie był trafiony prezent, zwłaszcza ten cudny golfowy sweterek, który bardzo mi się spodobał gdy jeszcze chodziliśmy po galerii razem, by wybrać ozdoby świąteczne, kiedy jeszcze u mnie pomieszkiwał i się kurował. Nawet miałam go dzisiaj na sobie, a rękawiczki były schowane w niewielkiej torebeczce.
Och Rafaelu, gdybyś wiedział jak za Tobą tęsknię… pomyślałam rozmarzona nieco, kiedy nagle pociąg gwałtownie zahamował, przez co gdyby nie pasy łączące oba łóżka, do wywaliłabym się na podłogę. Tak samo było zresztą dwójki ludzi, którzy zaskoczeni nagłym hamowaniem wytrzeszczyli oczy i próbowali się czegoś złapać. Pani która była nade mną także nie upadła dzięki pasom łączącym, natomiast druga kobieta z kolei została na chwilę rzucona o ścianę plecami. Całe hamowanie było bardzo długie i tak nie spodziewane, że nie wiedzieliśmy co się tak właściwie stało! Pociągi nigdy nie hamowały tak gwałtownie bez wyraźnej przyczyny!
Wszyscy zaskoczeni takim obrotem spraw, zaczęliśmy spoglądać na siebie nerwowo, chcąc wiedzieć co się tak właściwie stało, lecz prawda była taka że żadna z nas nie wiedziała co się tak właściwie stało. Mogłyśmy jedynie czekać na komunikat, który w ogóle nie nadchodził, co tylko zwiększało nasz niepokój… Czując jak moje serce przyśpiesza coraz bardziej, a jednocześnie zamiera wyostrzając coraz bardziej zmysł słuchu, by w razie czego usłyszeć głos maszynisty, poczułam jak zaczyna brakować mi życiodajnego tlenu.
Wiedziałam że adrenalina poszła mi w górę, oraz że muszę brać większe wdechy by zapewnić tlen swojemu organizmowi. Kiedy już myślałyśmy że ta przejmująca cisza się nie skończy, nagłe usłyszałyśmy charakterystyczne strzelania w głośniku, co oznaczało że maszynista raczył nas w końcu poinformować co się dzieje, a przynajmniej tak na początku sądziłyśmy i sądzili pewnie i inni pasażerowie pociągu w innych wagonach sypialnianych.
- Panie i panowie, zaszedł nieplanowy postój pociągu, dla państwa bezpieczeństwa radzimy aby nie wysiadali państwo ze swoich przedziałów, ani nie otwierali okien, oraz drzwi wyjściowych do wagonów, dziękuję – poinformował nas, a my ponownie spojrzałyśmy po sobie wzrokiem pełnym niepokoju, ale żadna z nas nie miała odwagi na chwilę obecną się odezwać. Dopiero po kilku minutach, które zdawały się być wiekami jedna z kobiet odważyła się odezwać.
- Może coś jest na torach i to teraz usuwają… - odezwała się kobieta nade mną.
- Możliwe – odezwała się druga po chwili.
Ja natomiast postanowiłam się w ogóle nie odzywać i schowałam się bardziej w swoim miejscu, bliżej ściany i nasłuchiwałam co się dziej, choć tak naprawdę prawie nic nie słyszałam prócz dwóch kobiet, które spekulowały ze sobą co mogło się stać. Wziąwszy swoją małą czarna torebeczkę w dłonie, odsunęłam zamek z bocznej kieszonki i tym samym wyjęłam z niej swój telefon w czerwonej obudowie, a następnie przycisnęłam środkowy przycisk na dole ekranu, gdzie pojawiła mi się obecna godzina. Eh cudnie… Jutro znowu do pracy, a jeszcze te opóźnienia! Ciekawe czy w ogóle dotrzemy tym pociągiem do domu pomyślałam wygaszając ponownie swój ekran w telefonie dotykowym, a następnie schowałam go znowu do torebki, zasuwając niewielkiej wielkości zamek. Dopiero po około dwudziestu minutach, maszynista ponownie raczył nas powiadomić co się dzieje.
- Panie i panowie, nastąpiła awaria układu hamulcowego, dlatego też zostaną pastwo przewiezieni niedługo innym pociągiem, który zostanie podstawiony za około osiem minut. Przepraszamy za utrudnienia i jednocześnie prosimy aby jeszcze państwo nie wysiadali z wagonów, do czasu podstawienia zastępczego pociągu, dziękuję – poinformował nas wszystkim na co głośno westchnęłam.
- Po prostu świetnie – mruknęłam sama do siebie niezadowolona strasznie, po czym zaczęłam ubierać swoje buty wraz z kurtką, by być gotową.
- Wiele lat jeżdżę pociągami, ale to mi się nigdy nie zdarzyło – odezwała się ni to do nas ni to do siebie starsza kobieta, która tak samo jak ja i druga kobieta, zaczęła się ciepło ubierać.
- Przynajmniej podstawiają inny pociąg, a nie te autobusy… Autobusami jest najgorzej, a w pociągu zawsze można nieco pochodzić i rozprostować kości, czy też wyjść do toalety – dodała druga z kobiet, lecz młodsza nieco od starszej kobiety.
- Jak oni sprawdzają ten sprzęt że się zepsuł? Za moich czasów tak nie było i było by to nie dopuszczalne by coś się zepsuło w trakcie drogi – zaczęła kobieta.
Ocho… Zaczyna się znowu te słowa „za moich czasów”. To chyba najbardziej wkurzające słowa jakie tylko mogą istnieć na świecie, zaraz po słowach „Nie masz co robić to się poucz”, albo „gdybyś siedział tyle w książkach co na komputerze, to byłbyś geniuszem”. Tia… Pamiętam jak nie raz chciałam coś odburknąć jako dziecko na takie słowa! A jedno zdanie, które kiedyś wypowiedziałam jeden raz to „a wy skoro się nudzicie, to idźcie do pracy jeszcze”. Pamiętam że dostałam szlaban na trzy tygodnie za pyskówkę do rodziców… Ale chyba każdy pyskuje w buntowniczym wieku do swoich rodziców… Przynajmniej tak jest za czasów, w których przyszło mi żyć pomyślałam zapinając stalowy zamek kurtki, oraz zakładając ciepłe rękawiczki na ręce, gdyż na dworze był silny mróz.
A swoją drogą to gadanie tej kobiety mnie nieco żenowało, gdyż na pewno w jej czasach też coś się psuło, tyle że tego najwyraźniej nie pamiętała, ale cóż jak zwykle musiała się mądrzyć. Gdyby człowiek wiedział że się coś popsuje w trakcie drogi, to by przecież nie wysyłał pociągu, gdyż raz że to niebezpieczeństwo, a dwa to to, że to koszty są ogromne takich awarii! Kiedy uporałam się już ze zdjęciem swojej walizki z łóżka, zaczęłam się kierować w stronę wyjścia z wagonu, gdzie już czekała spora grupa osób. Czułam się dosłownie jak jakiś ściśnięty w słoiku śledź, tyle że tym śledziem byłam ja i starałam się jakoś oddychać w tłumie tylu ludzi, którzy pchali się do wyjścia jak jakieś zwierzęta bezrozumne, taranując przy okazji inne osoby.
Jak bydło pomyślałam szybko, jakoś w końcu wydostając się na zewnątrz ale nie miałam spokoju zbyt długo, ponieważ ponownie zaczęła się „walka” o wejście tym razem do innego pociągu. Konduktor próbował nad tym zapanować i kazał ludiom stać, ale niektórzy się go nie słuchali i na chama wchodzi do wagonów innymi wejściami. Co za ludzie... Jakby nie mogli chwilę poczekać pomyślałam znowu, szczerze współczując konduktorowi, który musiał sobie z tym wszystkim poradzić sam.
Na szczęście nie trwało to wszystko długo i w końcu dostałam się do swojego nowego lokum, gdzie zajęłam swoje miejsce z ulgą. Miałam okazję znowu się zagrzać, gdyż wagony były nagrzane solidnie, dzięki czemu po chwili przestałam drżeć jak osika.
- Matko boska jak zimno na tym dworze – wyjęczała kobieta w średnim wieku.
- Pani to jeszcze nie mróz… Prawdziwy mróz to jest, jak jest z minus trzydzieści, to dopiero jest zimno, to to jest jeszcze nic – odparła starsza kobieta – Za moich czasów to były i mrozy po czterdzieści stopni, a teraz to jest minus pięć i ludzie uważają to za kataklizm, wszystko się wywraca do góry nogami powiem pani… - dodała machając na to wszystko ręką i rozbierając się ze swojego brązowego płaszcza.
Meh… i znowu się zaczyna… Niech ona tylko nie gada tak całą dalszą drogę, bo zwariuję pomyślałam zrozpaczona, wygodniej się kładąc i dając sobie kurtkę pod głowę, która robiła mi teraz za poduszkę.
- Jeszcze tylko cztery godziny – szepnęłam do siebie cicho, widząc przez okno i czując przy okazji jak pociąg rusza z miejsca – Tylko cztery godziny… - dopowiedziałam sobie w myślach, a następnie przespałam jakimś cudem resztę podróży.
*********************************************************************************
Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu obudził mnie konduktor, który szturchał mnie lekko w ramię, po to by mnie obudzić. Jak się okazało prawie mnie przewieźli już na boczne tory, bo tak mi się zasnęło ze zmęczenia, że nic nie słyszałam! A tamte babska nawet nie obudziły… Widziałam po twarzach że to wredne pomyślałam szybko wstając i przepraszając, przy czym najadłam się niesamowitego wstydu że tak zasnęłam. Konduktor szybko kazał zatrzymać pociąg przez radio, a ja jakoś wysiadłam z pociągu i szłam w stronę stacji PKP.
Na szczęście nie miałam daleko, gdyż pociąg nie odjechał tak daleko, ale jednak coś takiego się mi zdarzyło i czułam się po prostu idiotycznie w tym momencie… Mimo że tamci mówili że się nic nie stało, ale jakoś człowiekowi i tak jest głupio w takiego typu sytuacjach, ale cóż czasu nie miałam jak cofnąć, a i sama nie wiedziałam kiedy mi się tak oczy same zamknęły, że zasnęłam jak kamień w tym pociągu.
Kiedy już się dostałam na stację PKP, poszłam w kierunku przystanku i niestety mój autobus miał jechać dopiero za godzinę, a licząc to iż były ogromne korki, postanowiłam pojechać taksówką. W domu byłam dopiero po dwudziestej drugiej i byłam tak strasznie zmęczona, że zdołałam jakoś tylko wziąć szybki prysznic i nie jedząc kolacji padłam na łóżko jak kawka i ponownie zasnęłam.
*********************************************************************************** Następnego dnia obudził mnie mój budzik, który oznajmił mi że czas wstawać by nie spóźnić się do pracy. Po tak długiej przerwie jaką miałam od pracy, sprawiło że nie mogłam wpaść znowu w ten szybki rytm jaki miałam przed świętami u swoich rodziców, przez co dłużej się zbierałam niż zwykle i niestety spóźniałam się do pracy… W dodatku miałam masę papierkowej roboty, na którą wręcz ręce mi opadały! Spokojnie jutro powinnaś mieć wolne, bo tak masz w grafiku… Anastazja spokojnie… Przetrwasz ten dzień, musisz! starałam się jakoś uspokoić i tak pisałam w swoim gabinecie wszystkie te papiery, których wręcz nienawidziłam i ciężko mi było się połapać co jest co, bo tak wszystko „poukładali”, że był jeden wielki chaos tak naprawdę!
- Ja ich kiedyś ukatrupię, jak Boga kocham – mruknęłam sama do siebie niezadowolona strasznie takim obrotem spraw, kiedy to nagle usłyszałam pukanie do drzwi, a po chwili ujrzałam w nich Rafaela! Moje serce od razu się uradowało, a umysł uspokoił, przez co miałam ochotę skakać z radości, ale nie wypadało więc oczywiście się opanowałam. W każdym razie poczułam jak nabrałam momentalnie sił, a uśmiech na mojej twarzy sam wykwitł.
- Nie wiem czy mój prezent ci się spodobał, ale mam dla ciebie jeszcze jeden. Chciałabyś zostać moją partnerką na balu charytatywnym w sylwestra? Proszę... - powiedział nagle, co mnie bardzo zaskoczyło! Ja na balu charytatywnym? Cóż nic nie miałam przeciwko takiemu czemuś, bo pomaganie oczywiście jest bardzo ważne, ale martwiłam się bardziej w to, w co się ubiorę, bo nie znałam się na takich balach na boga! Ogarnij się Anastazja! On czeka na odpowiedź! zganiłam się w myślach, co doprowadziło mnie do porządku.
- Twój prezent bardzo mi się podobał i noszę wszystko - uśmiechnęłam się lekko - A co do balu, to chętnie będę Twoją partnerką na nim - dodałam jeszcze, a serce waliło mi niesamowicie w tym momencie, co czułam w swojej klatce piersiowej i miałam wrażenie że zaraz mi ono wyskoczy i staranuje nie daj co biednego Rafaela. Miałam nadzieję tylko, że on nie widział tego jak bardzo się przejęłam tą sytuacją... Miałam ochotę krzyczeć z radości, że pomyślał o mnie by z nim pójść, bo nie musiał przecież! Co prawda to nie była randka, ale przynajmniej miałam możliwość spędzenia z nim więcej czasu, co bardzo mnie cieszyło.
- Świetnie! Cieszę się - odwzajemnił uśmiech, po czym niestety dostał wezwanie na pagera, więc musiał już biec, a kiedy już to zrobił, to zamknęłam za nim drzwi, po czym podleciałam szybko do swojego biurka i zadzwoniłam do swojej najlepszej przyjaciółki, która odebrała po trzecim sygnale.
- Diana? Wiesz może jak się ludzie ubierają na bale charytatywne? - zadałam szybko pytanie, co bardzo ją zdziwiło i zaczęłyśmy rozmawiać.

Rafael? ;3
Jak tam będzie? xdd

+20 PD

11 sty 2019

Od Anastazji CD. Rafaela

Starałam się jak najlepiej zadbać o Rafaela jak tylko mogłam, ale nie byłam pewna czy aby na jego bóle nie będzie potrzebny mocniejszy lek… Owszem dostał receptę po wyjściu ze szpitala, ale jeszcze dzisiaj nie zdążyłam mu pójść do apteki, bo po prostu nie było kiedy. Dlatego następnego dnia miałam zamiar nie tylko pójść na zakupy świąteczne, ale i też do apteki, gdzie będę mieć szansę kupić biedakowi leki. Mężczyzna szybko zasnął, a widząc jak śpi spokojnie, poprawiłam mu kołdrę, bardziej go zakrywając by było mu cieplej. Uśmiechając się na to lekko pod nosem, zgasiłam lampkę nocną przy łóżku, na szafeczce nocnej, po czym ułożyłam się na prawym boku i zamknęłam oczy zasypiając. Sen miałam dość płytki, więc szybciej niestety wstałam i byłam bardziej zmęczona ale przynajmniej zaczął mi się szybciej dzień.
Zdążyłam wypić kawę oraz pójść do tej apteki na piechotę, bo nie chciało mi się z rana odśnieżać auta które znowu zasypało… Powietrze na dworze było lodowate, ale i tak jak zwykle zabiegani mieszkańcy miasta już od samego rana penetrowali wszystkie możliwe sklepy, choć więcej ich było w samochodach niż na chodnikach. W każdym razie para buchała mi z ust, a mróz drażnił moją skórę i gardło. Niemalże od razu moja skóra na zrobiła się lekko czerwona, a z nosa natomiast zaczął lać się rzadki katar, co bardzo utrudniało marsz w takiej temperaturze, ale jakoś po piętnastu minutach udało mi się dojść do najbliższej apteki. Zakupiłam tam niezbędne leki, które dzięki bogu wszystkie były i udało mi się zdążyć przed innym mężczyzną który potrzebował jednego z takich samych leków, jakie i Rafael miał wypisane na recepcie.
No nie powiem w duchu zacierałam rączki, że zdarzyłam przed nim kupić leki, bo tak to musiałabym czekać do jutra albo i nawet do trzech dni na lekarstwo, gdyż tego które mu przepisali nie było tak w hurtowaniach z powodu tego iż ciężarówki nie mogły do nich dotrzeć z załadunkiem, przez to ile przez ostatnie dni nagle spadło metrów śniegu. Cóż nie powinnam się cieszyć z czyjegoś nieszczęścia ale aptekarka zadzwoniła do innej siedziby ich apteki, gdzie okazało się że mieli lek jeszcze więc zarezerwowali go temu panu, by mógł sobie go odebrać tam, tak więc wszystko i u niego skończyło się dobrze. Kiedy już zapłaciłam za wszystko, podziękowałam spokojnie życząc kobiecie za ladą wesołych świąt, a następnie udałam się w drogę powrotną do domu, choć tym razem byłam bardziej cwana i pojechałam tam tramwajem, by więcej nie marznąć, chociaż z kolei weszłam w tramwaju do strefy zarazków, gdyż pełno ludzi siedziało tam przeziębionych i ciągających nosami. Jeszcze tego brakowało na moje niewyspanie pomyślałam sobie, po czym przejeżdżając przez trzy przystanki, wysiadłam na odpowiednim z kąt miałam już tylko niecałe trzy minuty drogi do mojego bloku. Przy okazji omal się nie zabiłam na lodzie który się wytworzył na chodniku, lecz zdołałam odzyskać jakoś równowagę i poszłam niczym pingwin bardzo powoli do pierwszych schodów, które odśnieżał nasz woźny, czyli pan Adams Simth.
- Ostrożnie pani Anastazji, dzisiaj jest bardzo ślisko – poinformował mnie jakbym o tym nie widziała, zwłaszcza po tym jak nieomal się zabiłam na tym cholernym lodzie!
- Witam Panie Smith… - przywitałam się z nim – Może by tak posypać solą te miejsca, by nie było aż tak ślisko? - spytałam podsuwając mu nieco pomysłu, bo ten ów człowiek słynął raczej z plotkarstwa i siania niestworzonych rzeczy niż z chęci pomagania ludziom mieszkających w tym że bloku.
- A po cóż to? Idzie się powoli, to się przejdzie, nie ma po co używać soli, tylko marnotrawstwo to jest – powiedział znudzonym głosem.
Ty cholerny sknerusie pomyślałam w myślach, mając ochotę go udusić.
- Jak widać trzeba skoro tak łatwo idzie się przewrócić panie Smith, nie każdy ma zdolności by utrzymać się na lodzie bez łyżw – odparłam złośliwie, choć moja twarz nie dała po sobie niczego poznać – Sól dużo nie waży a i panu, na pańskie biodro pomoże by nie postawić jej źle – dodałam, po czym czmychnęłam po schodach dostając się do drzwi i wchodząc na klatkę schodową. Nie widziałam już co prawda miny dozorcy, ale na pewno była ona skwaszona. Nie lubiłam strasznie tego mężczyzny, który bardziej interesował się zaglądaniem po rzeczach ludziom niż pomaganiem i ułatwianiem komuś życia, więc raczej nigdy nie będę przyjaźnie nastawiona do tego człowieka… Otwierając kluczem zamek w drzwiach i wchodząc do środka, poczułam po swoim żołądku jak ten bardzo domaga się śniadania, którego jeszcze nie zdążył nawet zobaczyć by się posilić. Wzdychając na to lekko, po stanowiłam zrobić naleśniki, których dawno nie jadłam, ale szybko się je robiło i przy okazji Rafael powinien mieć pożywne śniadanko z samego rana, zwłaszcza że i tak przez ostatni miesiąc się wycierpiał… Oczywiście najpierw musiałam nakarmić jego głodne jak wilki psy, które rzuciły się na swoje miski jakby nie jadły z dwa tygodnie, a ja umyłam solidnie ręce mydłem antybakteryjnym, po czym zabrałam się za robienie naleśników.
Wyjęłam z lodówki mleko, po czym sięgnęłam po dość dużą miskę plastikową w kolorze zielonym, a następnie wlałam do niej dwie szklanki mleka. Następnie wlałam jedną szklankę wody, później dałam dwie szklanki mąki, następnie wbiłam dwa jajka, rozmieszałam, a na koniec dodałam cztery łyżki oleju oraz dodałam szczyptę soli. Ponownie to wszystko wymieszałam, a następnie położyłam na palniku kuchenki patelnię, którą zresztą niedawno kupiłam, gdyż na starej patelni zdarł mi się teflon już, a to ponoć jest rakotwórcze, więc wolałam nie psuć sobie zdrowia. Wziąwszy małą chochelkę do nabierania, powoli rozprowadziłam pierwszą i zarazem próbną część naleśnikowej substancji po patelni, a następnie czekałam by się przysmażył z jednej strony, by później go płynnie przewrócić na drugą stronę. Cóż w końcu jednak pierwszy naleśnik był nieco… rozerwany, gdyż gdy chciałam go przewróci już na drugą stronę, to mi się rozwalił, ale pierwszy raz robiłam naleśniki więc mogło się coś takiego zdarzyć prawda?
Kiedy zrobiłam już dwadzieścia puszystych naleśników, w tym samym czasie zjawił się Rafael, z którym zjadłam pyszne śniadanko, a później udaliśmy się na zakupy świąteczne, choć na niego bardzo uważałam by aby przypadkiem znowu sobie czegoś nie zrobił… Czas mijał nam naprawdę szybko i miło, nie ukrywam, bo miło jest się odezwać do kogoś albo też pooglądać z kimś film, nie będąc ciągle samym w czterech ścianach. A zwłaszcza jak wracałam z pracy! Oj ja już pamiętam jak ciężko mi było wracać do domu po ciężkich dyżurach czy to nocnych, czy też dziennych ze szpitala do pustego domu, gdzie nawet ciepły obiad na mnie nie czekał tylko jakaś parówka w opakowaniu czy też ledwie żywy brokuł w szufladzie zapomnienia. Kiedy był Rafael to zawsze czekał na mnie ciepły posiłek po pracy, jak i kiedy wstawałam, albo się do niej szykowałam, bo on musiał odpoczywać na zwolnieniu lekarskim jeszcze…
Ten czas tak szybko zleciał, że ani się obejrzałam, a musiałam wyjeżdżać do rodziny na święta, a to oznaczało że musiałam zostawić Rafaela i jego dwa zafiksowane psiaki, a sama musiałam udać się na pociąg. Rafael musiał jechać do swojej rodziny, gdyż za nim już wydzwaniali ciągle, więc musiałam sama się udać na stację pkp, lecz pożegnałam się z nim oczywiście przed wyjazdem i nawet dałam mu mały prezent do ręki, który miał otworzyć dopiero w wigilię, po kolacji wigilijnej. Miał tam między innymi ciepły szalik w kolorze szaro-czerwonym, rękawiczki i czapkę do kompletu oraz kubek z jego imieniem i napisem „Jak lekarz pije, to tylko na zdrowie”, a na środku była narysowana apteczka lekarska. Wydawał mi się to najlepszy dla niego prezent, bo zawsze marzł na dworze bo się ciepło nie ubierał, a jeśli chodzi o kubek to ostatnio przez przypadek mu się zbił i strasznie rozpaczał, dlatego miałam nadzieję że mój prezent mu się spodoba. Kiedy jechałam pociągiem, miałam wrażenie jakby część mnie gdzieś zniknęła, nie mówiąc o tym że poczucie zagubienia było jeszcze silniejsze niż kiedykolwiek wcześniej kiedy mężczyzny nie było obok mnie, więc dotarło do mnie co się dzieje… Tęskniłam za nim, a rozłąka na kilka dni wydawała mi się wiecznością, lecz wiedziałam że jeszcze się zobaczymy.

Rafael?
Otworzysz prezent od niej i nie zapomnisz? Xdd
Spodoba Ci się? xdd 

+10 PD

25 gru 2018

Od Anastazji CD. Rafaela

Parkując na parkingu przy blokach, wiedziałam od razu że ciekawscy sąsiedzi Rafaela będą chcieli wybadać sytuację. W końcu prze okrągłe cztery tygodnie to ja przychodziłam do jego domu i opiekowałam się jego psami, podczas gdy oni pewnie brali mnie za jakąś złodziejkę czy coś w tym rodzaju… W końcu teraz porwań jest dość dużo za okup i sama nie wiedziałam już na co ten świat schodzi. Wysiadając z samochodu, a następnie docierając do środka klatki schodowej, oczywiście niemalże od razu dopadła nas jedna ze wścibskich sąsiadek Rafaela, która za boga nie chciała się od nas odczepić i musiała o wszystko wypytać, o co tylko było można. Niezbyt lubiłam takie zachowanie, lecz na szczęście Rafael ciągle z nią tam rozmawiał, a jeśli już to ja tylko na coś przytakiwałam, zgadzając się z jego słowami.
Kiedy w końcu sąsiadka stwierdziła w swojej główce, że już wszystko wie, postanowiła powrócić do swojego mieszkania, a my dzięki temu zyskaliśmy dużo spokoju, podczas którego weszliśmy do mieszkania i mogłam wreszcie nakarmić te psie głodomory. Biorąc metalowy garnek, ruszyłam spokojnym krokiem do kuchni, podczas gdy Rafael postanowił jakoś pokuśtykać do salonu, by następnie spocząć na swojej kanapie, gdzie obecnie było pełno psich kłaków.
Przyklejały się one do ubrania błyskawicznie, lecz jak było widać, właścicielowi czworonogów w ogóle to nie przeszkadzało, podczas gdy jacyś inni ludzi zaraz by się z pewnością zaczęli czyścić. Kręcąc na to jedynie głową, wzięłam z podłogi dwie miski na mokrą karą karmę dla psów, a następnie otwierając srebrny garnek zaczęłam chochlą nakładać im jedzenie, co psiaki doskonale wyczuły i niemalże od razy znalazły się przy mnie nie mogąc się doczekać swojego posiłku.
- Zaraz dostaniecie, chwila – odezwałam się spokojnie do psiaków, które lekko popiskiwały nie mogąc się doczekać i nieco też stawały na dwóch łapach i niuchały co tam dla nich mam. Ugotowałam dla nich wątróbkę, wymieszałam to z kurą z rosołu, dodałam resztki z kurzych łapek co mi zostały i na koniec polałam im to z resztkami sosu z gulaszu by nie było to suche jak wiór. Normalnie jedzenie dla psów ful wypas! Kiedy już im nałożyłam i dałam dwie duże miski na podłogę, psiaki niemal od razu się rzuciły i zaczęły szybko jeść, na co lekko się uśmiechnęłam, a następnie umyłam dokładnie ręce pod kranem, używając oczywiście mydła. Widząc jak psiaki zajadają, postanowiłam sprawdzić co u mężczyzny, który aktualnie siedział na kanapie i starał się nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów karkiem.
Kręcąc na to lekko głową na boki, podeszłam do niego by sprawdzić jak poważne jest jego naciągnięty kark.
- Boli nadal? - spytałam dotykając jego karku ostrożnie i delikatnie uciskając w niektórych miejscach by wyczuć zablokowany albo uszkodzony mięsień.
- Tak… Nie dotykaj! - jęknął nerwowo, gdy poczuł jak dotykam mu obecnie bardzo wrażliwego karku, lecz zaraz zabrałam swoje dłonie by nie sprawiać mu tam żadnego bólu.
- Jak będziemy u mnie to nasmaruję Cię na noc maścią rozgrzewającą i wtedy leżenie w łóżku i koniec – poinformowałam go.
- Może samo przejdzie… - odparł krótko.
- Nie sądzę… Poważnie sobie to naciągnąłeś, a to zazwyczaj nie mija samo – westchnęłam lekko – Dam Ci Biofinados, to powinno Ci nieco odpuścić – dodałam.
- A co to takiego? - spytał patrząc na mnie uważniej.
- To lek podobny do Ondaksiweru, lecz Biofinados się popija i działa o wiele łagodniej na organizm – tłumaczyłam – Ondaksiwer jest do wstrzykiwań domięśniowo i w tabletkach, ale mam tylko Biofinados w domu… Dobrze działa więc po dwóch, góra trzech dniach Ci się poprawi i nie będziesz czuć już bólu – dodałam.
- Rozumiem – odparł krótko, po czym do salonu przyleciały dwa nażarte psy, którym aż wydęło brzuchy.
- To co jedziemy do mnie? - spytałam jeszcze spokojnie.
- A co z wyprowadzeniem psów? - spytał przypominając mi o ważnej kwestii.
- Możemy zabrać je do mnie by nie jeździć ciągle to do ciebie to do mnie by je karmić i wyprowadzać tak też będzie mi lepiej… Mam nadzieję że Twoje czworonogi nie zdemolują mi mieszkania, bo właściciela od której je wynajmuje mnie powiesi chyba wtedy… - dodałam.
- To grzeczne psiaki – zapewnił mnie – Możesz być spokojna – dodał na co skinęłam lekko głowę, a następnie pojechaliśmy prosto do mojego mieszkania z jego psami.
**********************************************************************************
Gdy dotarliśmy do mnie, po przebiciu się przez całe miasto, co było nie lada wyzwaniem z powodu ogromnych korków spowodowanych nadchodzącymi świętami, weszliśmy po schodach, a następnie przekręcając srebrny klucz w drzwiach je otworzyłam i weszliśmy z psami do domu. Oczywiście psiaki od razu z nosem przy podłodze zaczęły obwąchiwać nowe miejsce, a ja miałam nadzieję że nigdzie i się nie zleją, oraz że niczego nie poniszczą, bo bym musiałam wszystko zapłacić z własnej kieszeni, by właścicielka prawowita mieszkania się nie zorientowała. Puszczając psy luzem, pomogłam Rafaelowi usiąść w salonie połączonym z kuchnią malutką, a następnie zaczęłam mu rozrabiać lek z saszetki na jego pokręcenie w karku w gorącej wodzie. Następnie dałam mu to do wypicia z czego mój gość nie był zadowolony, gdyż cóż to nie było zbyt dobre w smaku, lecz wiedziałam że mu to pomoże.
- Nie wiem czy bym już nie wolał dostać zastrzyku – mruknął niezadowolony kiedy upił jednego łyka i niesamowicie się przy tym krzywiąc.
- Jakbyś miał mieć zastrzyk w tyłek, to pewnie też byś marudził, więc nie marudź pierdoło – odparłam spokojnie.
- To takie nie dobre – skrzywił się znowu.
- Najlepsze lekarstwa zazwyczaj nie są dobre w smaku doktorku – mówiąc to pstryknęłam go lekko w nos – Wypij to naraz szybko, to nie będziesz się tak męczyć – dodałam.
- Spróbuję, ale jak to zwrócę to nie moja wina – mruknął, a następnie zaczął szybko popijać to, by nie czuć całego paskudztwa, lecz pewnie i tak coś tam czuł. Kiedy opróżnił całą zawartość szklanki, niesamowicie go strzepało i skrzywił się jeszcze bardziej i wystawił język odruchowo, by pokazać jak mu to bardzo nie smakuje.
- Boże oby mi to szybko puściło, bym nie musiał tego dziadostwa pić – jęknął niezadowolony i oddał mi przeźroczystą szklankę do ręki.
- Jak się jeszcze wygrzejesz w łóżku, to na pewno Ci przejdzie – mówiąc do wróciłam do kuchni aby umyć szklankę, lecz gdy poczułam lekki ścisk w swoim żołądku, postanowiłam to zrobić później, więc zalałam tylko szklankę by nie zaschła – Zjesz jajecznicę albo leczo? - spytałam z kuchni.

Rafael? ;3
Zjemy coś? Jak tam się czujesz? Xdd

+10PD

12 gru 2018

Od Anastazji CD. Rafaela

Oj Rafaelu… Gdybyś tylko wiedział że coś do Ciebie czuję pomyślałam wychodząc z jego sali i go opuszczając, gdyż musiałam jeszcze zrobić dalszy dyżur. Co jak co ale kiedy Rafael zapadł w śpiączkę, to mnie przypadło zajmować się dwoma oddziałami naraz, tak więc miałam więcej pracy, aczkolwiek na szczęście na razie miałam nawet miłych pacjentów, a nie jakiś gburów. Coś czułam do tego mężczyzny owszem, ale spójrzmy prawdzie w oczy! On umięśniony, wysoki i przystojny, który może mieć dosłownie każdą, bo laski dosłownie prawie mdleją na jego widok gdy go widzą, a ja taka szara myszka… Nie to nie ma prawa się udać, a zresztą by mnie na pewno zaraz wyśmiał, albo nagrał i pokazał to swoim kolegom oraz sąsiadom, jaka głupia gąska mu się trafiła. Szkoda że życie nie jest tak kolorowe, jak nie raz potrafi być w nie jednej dobrej książce przeszło mi przez myśl, gdy szłam spokojnym krokiem przez długi i szeroki biały korytarz. Może i się lubiliśmy, ale faceci na ogół jego pokroju który każdą może mieć na zawołanie, raczej nie zainteresował by się mną, zwłaszcza że by mnie interesował poważniejszy związek, a nie jakiś przelotny, po którym znowu by mi została w sercu pustka.
Już byłam w paru związkach nieudanych i dlatego wolałabym się z kimś naprawdę tak związać by być w końcu szczęśliwą, lecz niestety na razie każdy facet z którym byłam kopnął mnie za przeproszeniem w tyłek i odchodzili do jeszcze młodszych ode mnie, jakbym była nie wiadomo jak stara… Eh… Anastazja czego Ty oczekujesz? Rudzielca nikt nie zechce, nie mówiąc o tym że dopada Cię już SKS. Idealne życie jest tylko w książkach, więc czemu nadal się łudzisz? pytałam samą siebie i jeszcze bardziej mój humor poleciał w dół, gdy sobie uświadomiłam że czas mnie posunął i to nieźle już, a przecież pamiętałam słodki czasy gdy miałam tą świetną osiemnastkę i szykowałam się wtedy jako młoda dziewucha na pójście na studia. A teraz co? Jeszcze trochę i będę miała trzydziestkę na karku nim się obejrzę i dalej będę samotną jednostką pośród bilionów zakochanych par, zważywszy iż Avenley River zazwyczaj miało to do siebie iż przyjeżdżały tutaj także zakochańce, które buszowały po hotelach i innych ekskluzywnych miejscach, ciesząc się sobą nawzajem. Oj tak… Rafael na pewno też niedługo pozna swoją kobietę marzeń, tę jedną, a ja dalej będę samotną myszą buszującą w tym wielkim mieście i niczym się zupełnie nie wyróżniającą, prócz tych włosisk na łbie.
Idąc dalej korytarzem, po kolei wchodziłam do każdej sali cichutko, sprawdzając jak się mają pacjenci pod moją opieką. Niektórzy oglądali telewizję, inni grali w szachy, rozwiązywali krzyżówki, czytali książki albo spali, no bo co tu robić w szpitalu? Zazwyczaj szpital mimo iż pomagał chorym dojść do zdrowia, to drugiej strony strasznie męczył człowieka i tak naprawdę tylko i wyłącznie w domu mamy szansę w pełni wypocząć, dlatego też największa i najlepsza część zdrowienia jest w swoich własnych czterech ścianach, we własnym cieplutkim łóżku. Cóż nie było jeszcze tak późno, aczkolwiek godzina dwudziesta zapowiadało to iż zaraz wszyscy pacjenci pójdą spać, gdyż około dwudziestej pierwszej się myli a o dwudziestej drugiej już zapadali w sen, gdyż dzień szpitalny zaczynał się już o godzinie szóstej rano, choć w zasadzie pielęgniarki zaczynają chodzić już po salach cicho około piątej rano, mierząc temperaturę, ciśnienie krwi i takie tam, by uzyskać ważne informacje na temat stanu pacjentów na zmianę lekarzy, gdyż zazwyczaj już o godzinie ósmej siódmej albo ósmej rano przychodził inny lekarz na dzienny dyżur i musiał się zapoznać ze wszystkimi kartami medycznymi, jakie przyjdzie mu dostać. Nie wiem jak jest w innych szpitalach, ale tutaj obchody zaczynały się o godzinie dziesiątej rano, później były o godzinie szesnastej, a na koniec o godzinie dwudziestej.
Oczywiście jeśli jakiś pacjent był w dużo gorszym stanie to takiego pacjenta się dogląda dużo, dużo częściej ale na szczęście na moim oddziale takowych przypadków nie było za wiele… Reszta mojego dyżuru polegała na siedzeniu za burkiem, więc nieco nudziło mi się w swoim gabinecie, gdzie zdążyłam zrobić już wiele dokumentów. Była dopiero godzina dwudziesta trzecia, więc musiałam wytrwać do tej szóstej rano, dlatego też piłam kawę, aby czasem nie zasnąć. Stan Rafaela był coraz to lepszy z każdym dniem, więc w zasadzie to mogłam go już jutro wypisać ze szpitala, tylko że by potrzebował czyjejś pomocy, gdyż sam w niektórych czynnościach sobie nie poradzi i to jest pewne. Dlatego miałam nadzieję że ktoś z jego rodziny go weźmie do swojego domu i że mu pomogą.
**********************************************************************************
Następnego dnia zrobiłam Rafaelowi wypis ze szpitala, oraz wypisałam receptę na pięć różnych leków, które musiał obecnie jeszcze przyjmować przez minimum trzy tygodnie. Po obchodzie wręczyłam mu to wszystko, oraz dokładnie wyjaśniłam i rozpisałam mu kiedy, jak i jakie leki ma brać.
- Przyjedzie po Ciebie ktoś z rodziny? - spytałam spokojnie wręczają mu to wszystko.
- Nie… Sam pojadę, czuję się dobrze – odparł spokojnie co mnie bardzo zdziwiło.
- Jak to nie przyjadą? Nie możesz jeszcze się tak obciążać przecież – zmartwiłam się.
- Nie chcę zawracać im głowy, a zresztą nic mi nie jest – powiedział poprawiając się na łóżku.
- No nie wiem Rafael, uważam że to nie jest z dobry pomysł… Dopiero co odzyskujesz sprawność, a Twoje rany nadal się goją – wyjawiłam mu swoje obawy i starałam się mu przemówić do rozsądku.
- Nic mi nie będzie spokojnie – upierał się dalej.
- No dobrze jak chcesz, ale w razie czego to tam dzwoń, albo coś, bo moim zdaniem nadal jesteś zbyt słaby by tak sobie samemu hasać jakbyś był zupełnie zdrowy – mówiąc to ciężko westchnęłam.
- Jasne – odparł krótko, po czym zaczął powoli naciągać na swoją rękę kurtkę.
- Pamiętaj w razie czego dzwoń – powtórzyłam się znowu zmartwiona w duchu coraz co bardziej – Ja zaraz kończę dyżur, tylko muszę Karlowi przekazać wszystkie papiery, więc jak coś to będę w domu – dodałam.
- Jasne, ale sądzę że nie będę musiał dzwonić… Ale dzięki za troskę – mówiąc to zapiął kurtkę.
- Uparty jesteś czasem jak osioł, ale nie służy Ci to w tym wypadku – mruknęłam niezadowolona – Pamiętaj tylko powoli byś nie dostał zadyszek, ani bolesnych ukłuć w okolicach serca – dodałam.
- Dobrze pani doktor – mówiąc to lekko się uśmiechnął, a ja nieco się tym zmieszałam.
- Idź już idź, bo się przegrzejesz jeszcze – odparłam na to szybko, czując jak serce mi automatycznie przyśpieszyło. Mężczyzna przewrócił na to jedynie oczami i ruszył ku windom, by po chwili zniknąć mi z oczu. Tylko uważaj na siebie pomyślałam jeszcze, po czym ruszyłam ku swojemu gabinetowi, gdzie czekał już na mnie lekarz, który miał przejąć po mnie wszystkich pacjentów.
- I jak było? - spytał spokojnie średniej wysokości mężczyzna o brązowych włosach i zielonych oczach.
- Dobrze – odparłam spokojnie otwierając drzwi po wpisaniu odpowiedniej liczby cyfr – Był spokój i nie było żadnych wezwań – dodałam na co pokiwał lekko głową.
- To dobrze… Mam nadzieję że i mój dyżur będzie spokojny, choć w dzień to nigdy nie wiadomo – mówiąc to zabrał papiery medyczne, które mu wręczyłam.
- Z tego co słyszałam to ludzie obstawiają że dzisiaj będzie spokój, ale nigdy nie wiadomo… - odparłam spokojnie, patrząc jak spokojnie przegląda pierwsze kartki dokumentów – A jak w ogóle się trzyma Lusi? Coś dawno jej nie widziałam… Wychodzi w ogóle z domu? - spytałam jeszcze. Lusi była jego partnerką życiową i była z nim zaręczona, lecz ostatnio prawie poroniła, przez co bała się wyściubiać gdziekolwiek nosa poza dom.
- Eh… Szczerze powiedziawszy to oddaliliśmy się od siebie – przyznał ciężko na to wzdychając.
- Jak to? - zdziwiłam się i zaczęłam bardziej na niego patrzeć.
- No Lusi już nieco przesadza… - zaczął – Co chwilę mnie za coś opierdziela i poucza co mam robić i w zasadzie mówi tylko o dziecku! No ja rozumiem że się boi, ja też się boję, bo w końcu to też i moje dziecko, ale ona chyba zaczyna już wpadać w jakąś paranoję… - dodał wyraźnie załamany, po czym opadł ciężko na krzesło.
- Jest aż tak źle? - zmartwiłam się nieco – Owszem widziałam że nie wychodzi z domu, ani na zakupy, ale nie sądziłam że stała się tak przesadnie ostrożna – dodałam siadając też.
- Przesadnie ostrożna to za mało powiedziane! - uniósł się lekko – Kaszlnę lekko bo coś mnie w gardle podrapie, to już na mnie krzyczy żebym był ciszej bo może poronić, bo dziecko się wystraszy czy coś… Przewracam się na łóżku, to ta zaraz warczy bym to robił ostrożniej bo dzieckiem telepię i nie daj co mu się coś stanie… Wstaję rano i chcę nastawić sobie wodę na kawę, to nie mogę w czajniku elektrycznym, tylko muszę na kuchence gazowej to robić, by warkot czajnika i gotującej się wody jej nie denerwował… Telewizji już w ogóle w domu oglądać nie mogę, bo ona co chwilę ogląda jakieś herezje w które ona święcie wierzy, a mnie nie dopuszcza bo za głośno słucham! To jej mówię że mogę przecież ściszyć telewizor, to ona zaraz zaczyna się drzeć że nie i koniec i się obraża na mnie, jakbym nie wiadomo co zrobił złego - wyżalił mi się i widziałam po nim że był już tym wszystkim strasznie zmęczony.
- Może powinna się gdzieś leczyć? - spytałam cicho – To nie jest normalne że tak ze wszystkim przesadza… Można się bać, ale to już przesady są, ona zaczyna wpadać w jakieś paranoje – dodałam.
- Ocho, już widzę jaka ona jest chętna na ten pomysł – mruknął niezadowolony – Ale ja już zwyczajnie nie wytrzymuję, rozumiesz to? Wolę już całymi dniami i nocami siedzieć tutaj w szpitalu, by tylko nie wracać do domu i nie słyszeć tego całego jazgotu i jej wiecznych pretensji o byle gówno! - podniósł nieco ton, co było do niego nie podobne, lecz zaraz wypuścił powietrze ze swoich płuc, nieco się opanowując – Przepraszam – dodał.
- Daj spokój, nic nie szkodzi… - odparłam spokojnie, doskonale rozumiejąc jego załamanie psychiczne i fizyczne – Moim zdaniem taka terapia by jej pomogła – dodałam.
- A wiesz jak ją gdzieś zaciągnąć na takie coś? Bo ja nie, a ona mnie w ogóle nie słucha – powiedział zmęczonym głosem.
- To może zadzwoń do jej siostry Medison? - zaproponowałam – Ona zawsze się jej słuchała, a jak jej opowiesz co się z nią dzieje, to na pewno będzie chciała Ci jakoś pomóc oraz swojej siostrze – dodałam.
- Myślisz że by to coś dało? - spytał patrząc na mnie uważniej.
- Myślę że tak, a poza tym warto spróbować, bo się chłopie wykończysz! To nie jest normalne że tak przesadza, oraz nie jest normalne to, że nie chcesz wracać przez to do domu… Jeśli czegoś nie zrobisz, to wasz związek się może rozsypać, więc walcz o to chłopie, zwłaszcza że tu chodzi też i o wasze dziecko – dodałam.
- Masz rację… - odezwał się po chwili namysłu – Tak zrobię! Dzięki – mówiąc to wstał spokojnie z krzesła.
- Nie ma sprawy, tylko uważaj na siebie i nie hasaj tak, bo zmęczony jesteś – mówiąc to powoli zaczęłam zdejmować swój biały jak śnieg fartuch lekarski.
– Jasne… To na razie – mówiąc to, szybko wyszedł by zapoznać się z całą stertą dokumentacji jaką mu przekazałam, a biorąc jego obecny stan, to zapewne nie będzie mu łatwo czytać tego wszystkiego.
- Na razie – odparłam cicho, ściągając całkiem z siebie fartuch, a kiedy go już wieszałam w szafie, nagle poczułam jak w mojej kieszeni od spodni wibruje mi telefon. Zaskoczona tym faktem, że ktoś coś chce ode mnie o godzinie szóstej rano, sięgnęłam ręką do kieszeni spodni przy biodrze, a następnie wyjęłam niewielkiej wielkości biały telefon, w czerwonej oprawie. Widzą numer komórkowy Rafaela, bardzo się zmartwiłam i czym prędzej przeciągnęłam zieloną słuchawkę w prawą stronę by odebrać od niego połączenie.
- Halo? - odezwałam się jako pierwsza, czując wielki niepokój, który sprawiał iż miałam wrażenie że moje ciało zaraz zacznie całe chodzić ze strachu czy też się telepać.
- Anastazja? - usłyszałam niepewny głos Rafaela.
- Co się stało Rafael? Gdzie jesteś? Stało się coś? - zasypałam go mnóstwem pytać, martwiąc się czy aby na pewno jednak dobrze zrobiłam że wypisałam go ze szpitala. Zawsze mogłam popełnić jakiś błąd lekarski, to się zdarza, ale nigdy nie chciałam do siebie dopuścić tej myśli, że mogłabym kiedyś popełnić tak straszny błąd lekarski, że bym komuś nie daj co komuś zaszkodzić.
- Kończysz już może? - spytał niepewnie.
- No tak, właśnie zaraz miałam ubierać kurtkę i wychodzić – przyznałam – Rafael powiedz co się dzieje, przecież słyszę po Twoim głosie że coś jest nie tak – dodałam, nie chcą by mi tu owijał w bawełnę.
- Jednak nie dam rady… Doszedłem tylko do auta i wsiadłem, ale teraz ciężko mi się ruszyć – przyznał w końcu – Podwieziesz mnie do domu? - dodał.
- A mówiłam że potrzebujesz pomocy uparciuchu – westchnęłam na to po raz kolejny tego dnia – Już schodzę, poczekaj tylko chwilkę… Na którym miejscu stoisz? - spytałam, chcąc wiedzieć jaki ma numer.
- 34 – odparł krótko, lekko sapiąc z bólu, ponieważ zapewne chciał się ruszyć i wydostać z auta.
- Nie szarp się zaczekaj! Nie możesz gwałtownie się ruszać, pomogę Ci zaraz – powiedziałam szybko, czym prędzej się ubierając i zabierając torebkę ze sobą, gdzie miałam w niej także kartę dostępu, dzięki której mogliśmy wjeżdżać i wyjeżdżać z parkingu prywatnego dla lekarzy, na terenie szpitala.
- Okey, czekam – mówiąc to rozłączył się, a ja przyśpieszyłam i nawet nie czekałam na windę, tylko zbiegłam czym prędzej po schodach w dół. Po paru minutach udało mi się zbiec na sam dół, gdzie pchając wielkie zielone drzwi z szybką z napisem „WYJŚCIE EWAKUACYJNE”, gdzie wyszłam na niewielki korytarz. Tam ruszyłam w lewo, gdzie przeszłam przez kolejne drzwi, a następnie wyszłam nimi na parking dla lekarzy.
- Coś się stało pani Anastazjo? – spytał nagle głos niedaleko mnie, więc szybko odwróciłam głowę w stronę skąd dochodził głos i ujrzałam jednego z ochroniarzy, którzy pilnowali strzeżonego parkingu, aby czasem żadnemu chuliganowi nie przyszło do głowy niszczyć pojazdów, bądź ich kraść.
- Cześ Ben! No można powiedzieć że się stało... Słuchaj, gdzie jest miejsce parkingowe numer 34? - spytałam szybko. Znałam tego ochroniarza dość dobrze i szczerze mówiąc to najbardziej go lubiłam, gdyż był to naprawdę przemiły starszy już człowiek, choć oczywiście krzepę dalej miał i zawsze coś zagadał, coś tam pożartował… No swój człowiek po prostu!
- Musi pani iść w lewo i iść cały czas prosto, a miejsce będzie po lewej stronie przy ścianie budynku – wyjaśnił mi spokojnie – Pomóc w czymś jeszcze? - spytał spokojnie.
- Wie pan co? Chyba mi pan może pomóc… Szukam Rafaela, bo wypisałam go ze szpitala, a nie chciał żadnej pomocy by go dostarczyć do domu, a teraz dzwonił że jednak potrzebuje pomocy, a nie wiem czy siedzi w aucie, czy gdzieś mi tam siedzi… No w każdym razie jeśli coś takiego się dzieje, to nie wiem czy będę w stanie go podnieść, bo nie mam przecież tyle siły – wyjaśniam mu wszystko na co nieco spoważniał.
- Nie powinien sam się transportować, do domu to nie bezpieczne jeśli dopiero co wyszedł – powiedział wyraźnie zaniepokojony.
- No właśnie, tyle że jest uparty czasem jak osioł i nie da mu się przegadać – westchnęłam ciężko.
- Jeanson! - krzyknął nagle i odwrócił się nieco do mnie bokiem.
- Co?! - odkrzyknął mu po chwili z budki ochroniarskiej młodszy nieco od niego mężczyzna, także ochroniarz, który nieco się wychylił z budki, by lepiej słyszeć swojego kolegę z pracy.
- Zaraz przyjdę, muszę tej pani pomóc w czymś, więc bardziej się rozglądaj, ja zaraz przyjdę! - odkrzyknął głośno.
- Dobra! - odkrzyknął takę blondyn, po czym znowu schował się w ciepłym „baraczku”.
- Chodźmy szybko, może potrzebować pomocy – mówiąc to tylko skinęłam na to głową, a następnie ruszyliśmy tam gdzie wcześniej mi objaśniał gdzie sama mam iść. Jak się okazało Rafael siedział za kierownicą, ale nie mógł się za bardzo ruszać, gdyż pewnie go pokręciło nieco w tej pozycji, ponieważ nie był jeszcze gotowy na takie ruchy! A mówiłam mu żeby uważał… Mogłam też kurcze bardziej go przypilnować, że też ja nie myślę skarciłam się w myślach, zła na swoją głupotę.
- Rafael jak się czujesz? - spytałam otwierając drzwi z jego strony.
- Żyję jeszcze… Tylko cholernie boli – mówiąc to próbował się ruszyć, ale natychmiastowo przestał, czując najwyraźniej kolejną falę bólu.
- Nie spinaj się, zaraz Ci pomożemy – mówiąc to odpięłam mu pas bezpieczeństwa.
- Oj „synu”, ale sobie narobiłeś – odezwał się ochroniarz – Czasem trzeba schować dumę by dać sobie pomóc – dodał zaraz i pomógł mi przesunąć fotel do tyłu, by Rafael miał więcej miejsca do manewrów.
- Nie wiedziałem że tak będzie – mruknął niezadowolony cicho, zagryzając przy tym zęby.
- W którym miejscu Cię tak boli? - spytałam.
- Między łopatkami, ale promieniuje aż do ramienia – powiedział na wydechu.
- Naciągnąłeś się… - odparłam szybko, powoli wciskając rękę pod jego plecy.
- Ostrożnie – jęknął mi, gdyż zapewne bał się kolejnej fali bólu.
- Spokojnie nie spinaj się tak… Postaraj się lewą nogą nieco wyjść z samochodu ale bardzo powoli – mówiąc to widziałam że robi tak powoli, a gdy nieco już się przekręcił, pomogłam mu wysiąść z samochodu wraz z ochroniarzem, którzy go podtrzymywał – Nie ruszaj karkiem gwałtownie, bo mi kręćka jeszcze dostaniesz… Zabiorę Cię do siebie i podam Ci leki na pokręcenie – dodałam.
- Już nieco lepiej jest… Złapał mnie ból kiedy zapiąłem już pas – westchnął ciężko.
- Oj tak jak człowieka pokręci, to w najmniej spodziewanym momencie – zaczął Ben – Sam nie raz dostałem w karku czy ramieniu, ból pieruński – dodał.
- Pójdę po samochód i tutaj podjadę byś nie łaził po tym mrozie tyle – mówiąc to ochroniarz pokiwał lekko głową.
- Tylko szybko – odezwał się Rafael, najwyraźniej bardzo zażenowany zaistniałą sytuacją. Cóż nie dziwiłam się tym, gdyż gdybym była na jego miejscu, to też pewnie bym była zawstydzona, ale cóż czasem potrzebna jest pomoc osoby trzeciej i trzeba było się z tym pogodzić. Nie chciałam by coś mu się stało, a zresztą Ben był naprawdę w porządku, bo Ci jego koledzy to byli już mniej sympatyczni.
- Jasne – odparłam szybko, po czym pobiegłam w stronę swojego samochodu, który cóż… Niestety stał na miejscu parkingowym numer 206. Miałam strasznie daleko, ale mówię wam pierwszy raz w życiu tak szybko przeleciałam niemalże cały parking! Niezły sprint zrobiłam, zwłaszcza po tym ściegu i lodzie, który był pod nogami, mimo iż ciągle sypali tą solą, przez co psuły mi się już buty z których schodził czarny kolor. Szybko otworzyłam kluczykiem drzwi, a następnie nawet nie zapinając pasów po prostu odpaliłam silnik, wycofałam i ruszyłam powoli do przodu samochodem gdyż gdy chciałam to zrobić szybciej, to koła mi w miejscu za boksowały, dlatego było to dla mnie ostrzeżenie że lepiej jest nie szarżować i nie jechać na łeb, na szyję. Że też spadło tyle śniegu dzisiejszej nocy pomyślałam podjeżdżając pod miejsce parkingowe Rafaela, którego ochroniarz zaczął bardzo powolutku prowadzić na miejsce pasażera.
Zaciągnęłam ręczny, dałam bieg na luz, a następnie wysiadłam i pomogłam otworzyć drzwi, po czym jakoś usadziliśmy obolałego Rafaela na miejscu pasażera, zapieliśmy go, a następnie dziękują bardzo panu Benowi, wsiadłam do auta, zapięłam pas i bardzo powoli ruszyłam do przodu, kierując się ku wyjazdowi z parkingu. Kluczyki od auta Rafaela oczywiście miałam, więc nie trzeba się było martwić że ktoś będzie chciał ukraść jego auto. Kiedy zjechałam z górki, dojechałam do szlabanu, gdzie otwierając okno przyłożyłam kartę dostępu do czytnika, a po chwili usłyszałam piknięcie, po czym szlaban zaczął się podnosić. Spokojnie wyjechałam z parkingu dla personelu, po czym dając kierunkowskaz w prawo i korzystając z tego że nikt jeszcze nie jedzie, wjechałam na drogę, gdzie stanęłam na czerwonym świetle, gdyż już nie zdążyłam przejechać, ale i też nie chciałam szarżować, gdyż lód był na drodze niesamowity, a gdy dodawało się gazu za szybko, to nieco potrafiło zarzucić autem, a ja nie miałam zamiaru spowodować żadnego wypadku drogowego.
- Będzie dobrze… - zaczęłam – W domu zrobię Ci obiad, a później pojadę nakarmić Twoje psiaki i wyprowadzę na spacer – dodałam, słuchając przyjemnego lekkiego rechotania silnika diesla, po czym widząc jak światła się powoli zmieniają, wrzuciłam pierwszy bieg, a następnie delikatnie zdejmując nogę ze sprzęgła i dodając gazu, zaczęłam powoli ruszać do przodu.

Rafael? ;3
No i co żeś narobił? Xdd Zaopiekuje się tobą xdd


+30PD