Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Evan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Evan. Pokaż wszystkie posty

1 wrz 2019

Odejście

Z przykrością żegnamy dzisiaj Tove, Evana oraz Charlesa.

27 mar 2019

Od Evana cd. Theo

Czułem się nieswojo ze świadomością, że facet, który najwidoczniej ledwo wiąże koniec z końcem, oddał mi swój dzienny zarobek. Jednak przez ten natłok myśli, zdołało mi się przebić do świadomości ostatnie zdanie Theo.
-Poczekaj chwileczkę! - Podbiegłem do nowego znajomego. - Jakie ruiny? O czym ty mówisz?
-Jeszcze nie wiem jakie. - Uśmiechnął się. - Dużo ich jest w tym mieście.
-Chcesz mi powiedzieć, że jesteś bezdomny? - Zdziwiłem się.
-Wolałbym tego nie mówić, ale jednak taki jest stan rzeczy. - Wzruszył ramionami.
-Nie wyglądasz. - Zbadałem go uważniej wzrokiem. Faktycznie jego ubrania nie wyglądały najlepiej, ale nie aż tak tragicznie, żebym od razu stwierdził, że żyje na ulicy. Zerknąłem przez ramię na Thora, którego mina była co najmniej zaskoczona. 
-Jesteś miły dzieciaku, ale czas się zbierać. - Podrapał się lekko skrępowany po skroni. - Do jutra!
-Czekaj. - Zatrzymałem go po raz drugi. - Może chcesz wpaść do mnie na kolację?
-Co? Ale jak? - Niebieskooki spojrzał na mnie zdumiony. - Twoi rodzice nie będą mieć nic przeciwko temu?
-Są raczej wyrozumiali, a poza tym nie będę im od razu mówił, że jesteś bezdomny. - Posłałem mu przepraszające spojrzenie. - Chyba sam rozumiesz dlaczego?
-Taa... Mało kto by chciał obcego kolesia z ulicy pod własnym dachem. - Posłał mi smutny uśmiech.
-No dobra. - Zatarłem ręce. - Thor idziesz z nami?
-A nie przesadzimy z ilością tych gości? - Zmarszczył brwi.
-Spokojnie, moja mama zawsze robi za dużo jedzenia. - Machnąłem ręką. - Jak będziesz i ty, to mniej skupią się na Theo.

25 lut 2019

Od Evana cd. Lucia

Zauważyłem dziwne zachowanie Steve'a względem Lucii, której chyba ono za bardzo nie przypadło do gustu. Mi zresztą też, bo nie chciałem, żeby przez mojego przyjaciela dziewczyna czuła się niekomfortowo. Cieszyłem się, że mama zaprosiła tą dwójkę do nas, ale jednocześnie miałem jej za złe. Chciałbym odpocząć po szpitalu, a w dodatku uwolnić ciemnowłosą od natrętnego towarzystwa Steve'a. W samochodzie królowała muzyka, którą podgłośniłem, by zabić ewentualną ciszę. Słyszałem mimo wszystko, jak Alycia coś trajkocze do Lucii. Czy to dziecko umie w ogóle milczeć? Gawędziłem z mamą, która nadal martwiła się tym, co się wydarzyło w szkole.
-Spokojnie. To nic takiego. - Westchnąłem ciężko, tłumacząc jej po raz kolejny, że ta bójka się nie powtórzy.
-Ale przez to "nic takiego" wylądowałeś w szpitalu. - Rzuciła mi oskarżycielskie spojrzenie.
-Niby tak, ale tak naprawdę nic mi nie jest. - Wskazałem na swoje ręce. - Widzisz? Nawet nic nie złamałem.
-I tak nie rozumiesz o co mi chodzi. - Machnęła ręką i skupiła się na jeździe. Po kilkunastu minutach znaleźliśmy się na podjeździe pod naszym domem.
-Chodźcie na razie do mojego pokoju. - Skierowałem te słowa do Lucii i Steve'a.- Mamo, za ile będzie kolacja?
-Za jakieś pół godziny. - Odparła i zamknęła drzwi. - Alycia pomożesz mi?
-Jasne! - Młoda kiwnęła ochoczo głową. Wraz z moimi znajomymi ruszyłem na górę do swojego pokoju. Gdy dotarliśmy do drabinki, dziewczyna zmarszczyła brwi.
-Mieszkasz na strychu? - Uśmiechnęła się.
-Nie do końca. To poddasze. - Wspiąłem się po szczebelkach drabinki i otworzyłem wejście do mojego pokoju. Dobrze, że ostatnio posprzątałem.-Wiesz, Evan to kosmiczny maniak. - Mój kumpel puknął łokciem w ramię Lucii, która tylko się od niego odsunęła.
-Jaki maniak? - Wywróciłem oczyma. - Lubię obserwować niebo i tyle. Mam teleskop i mapę ciał niebieskich. Takie tam hobby.
-Wow, naprawdę nieźle to wygląda. - Brązowowłosa zerknęła z podziwem na mapę rozwieszoną na skosie, obok której stał teleskop skierowany aktualnie na zamknięte okno.
-Siadajcie. - Wskazałem łóżko, fotel i krzesło. Lucia natychmiast zajęła krzesło, by uniemożliwić Steve'owi zajęcie miejsca obok niej. Odchrząknąłem. Teraz to i ja czułem się niekomfortowo. Nie wiedziałem jak się zachować. Chyba powinienem pogadać o tym z moim przyjacielem, ale nie zrobię tego przy Lucii.
-Jak się czujesz po tym wszystkim? - Skierowałem swoje pytanie do koleżanki.
-Już lepiej. - Jej głos nie brzmiał najpewniej na świecie. Zmarszczyłem brwi.
-To musiało być ciężkie. - Dodał Steve i posłał jej znaczące spojrzenie. Zaczynał mnie denerwować coraz bardziej.-Ehem... -Odchrząknęła. - Evan? Mógłbyś mi pokazać gdzie jest to toaleta?
-Jasne. - Przeczesałem nerwowo włosy. Otworzyłem wejście do pokoju i wskazałem na koniec korytarza. -Do samego końca i ostatnie drzwi po lewo.
-Dzięki. - Zeszła po drabince i zostałem sam na sam z moim kumplem. To był odpowiedni czas.
-Stary! Co ty odwalasz? - Spojrzałem na niego wyzywająco.
-O co ci chodzi?- Wydawał się zaskoczony.
-No... Nie widzisz, że te twoje teksty tylko peszą Lucię? - Zająknąłem się przez chwilę. - Zarywasz do niej czy co?
-A jesteś zazdrosny? - Zmarszczył brwi. - Nie mówiłeś, że ci się podoba.
-Bo nie podoba mi się... -Pokręciłem głową. - Znaczy jest ładna i w ogóle, ale to tylko koleżanka.
-To dlaczego się mnie czepiasz? - Wytknął mi.
-Bo przez ciebie dziewczyna czuję się niezręcznie! Nie robi się takich rzeczy, jeśli ledwo znasz kogoś. - Wyrzuciłem mu prosto w twarz.
-Wiesz co? Po prostu byś się przyznał, że ci się podoba, a nie robisz ze mnie nie wiadomo kogo. - Burknął i zaczął wstawać.
-Ale to nie tak...- Westchnąłem, zmęczony tą rozmową.
-Dobra, nieważne. Już wam nie przeszkadzam. - Ruszył ku wyjściu. - Szkoda, że jakaś dziewczyna jest dla ciebie ważniejsza niż najlepszy kumpel.
-Steve zaczekaj! - Ruszyłem za nim, ale on już podążał ku schodom na dół. Tymczasem z naprzeciwka powracała Lucia. Jej wzrok wyrażał zdumienie na widok sceny rozgrywającej się pomiędzy mną a moim przyjacielem. - Idź do mnie do pokoju, zaraz wrócę.
-Na pewno? - Zmarszczyła brwi, a jej twarz wyrażała zwątpienie.
-Tak. - Odparłem krótko i dogoniłem kolegę, który już się ubierał. - Chłopie, przestań!
-Daj spokój, już wystarczająco dużo powiedziałeś. - Posłał mi spojrzenie spod łba. -Wracaj do Lucii, bo ci jeszcze ucieknie.
-Pogadamy jutro, jak ochłoniesz. - Stwierdziłem, że teraz jest zbyt opanowany przez emocje.
-Cześć. - Burknął i wyszedł. Wracając do swojego pokoju natknąłem się na mamę, która wyjrzała z kuchni.
-A Steve wyszedł? - Zdziwiła się. - Miał zostać na kolacji.
-Przypomniał sobie o jednej sprawie, którą musiał jeszcze dzisiaj załatwić. - Skłamałem lekko rozkojarzony tym co się właśnie wydarzyło.
-Możecie zaraz schodzić na kolację. - Wskazała na stół, na którym zaczęły się pojawiać talerze i sztućce.
-Dobrze. - Odparłem. Wróciłem do Lucii, która miała niewyraźną minę.
-Dlaczego Steve wyszedł? - Uniosła pytająco jedną brew.
-Trochę się posprzeczaliśmy, ale to nieistotne w tej chwili. - Machnąłem ręką.Uśmiechnąłem się delikatnie. - Moja mama zaprasza już na kolację.
-Na pewno nie chcesz o tym porozmawiać? - Dziewczyna wydawała się zaniepokojona.
-Nie. To sprawa między mną a nim. - Odparłem trochę gburowato. Ruszyliśmy do kuchni, skąd dochodziły świetne zapachy. Do jadalni wszedł tata.
-A kogo dzisiaj gościmy? - Spojrzał życzliwie na koleżankę.
-Hmm... To Lucia moja znajoma ze szkoły. - Przedstawiłem brązowowłosą, która uścisnęła ostrożnie dłoń mojego rodzica.
-Miło mi poznać wreszcie jakąś dziewczynę, a nie cięgle tylko ci sami niechlujni chłopcy. - Uśmiechnął się złośliwie w moją stronę.
-Tato, daj spokój. - Mruknąłem zawstydzony. Ale siara.
-Chodźcie jeść. - Mama zawołała naszą trójkę do stołu. Podała gorące naleśniki z syropem klonowym i owocami. Ugryzłem pierwszy kawałek i natychmiast moje problemy odeszły na drugi plan.
-Twoje naleśniki są najlepsze na świecie. - Musiałem to przyznać swojej rodzicielce. Spojrzałem na Lucię, która nieśmiało spróbowała pierwszy kęs. Na jej ustach pojawił się mimowolni uśmiech.
-Przepyszne, proszę pani. - Powiedziała z podziwem do mamy.
-Mamusiu, kocham twoje naleśniczki! Pan Guzik też! - Alycia wskazała szczęśliwa na miśka. Wywróciłem oczyma w kierunku Lucii, która zaśmiała się. Reszta posiłku była miłą odskocznią od ostatnich wydarzeń. Po kolacji, kiedy mama zaczęła sprzątać, moja znajoma wstała od stołu.
-Pomogę pani. - Zaczęła zbierać brudne naczynia i zanosić do kuchni.
-Daj spokój. Ja to zrobię. - Wziąłem od niej talerze. - Jesteś w końcu gościem.
-Oj bez przesady. - Wywróciła oczyma.
-Evan ma rację. - Mama przyznała mi rację. - U nas żaden gość nigdy jeszcze nie sprzątał po posiłku.
-Skoro tak pani mówi. - Uśmiechnęła się niepewnie i usiadła na stołku w kuchni, obserwując jak sprzątamy. Tymczasem tata położył spać Alycię. Byłem w trakcie opowiadania o tym, jak ostatnio wraz z Thorem szukaliśmy pracy, kiedy mój rodziciel wszedł do pomieszczenia i skierował swoje słowa do Lucii.
-Już późno. Odwiozę cię do domu, dobrze?
-Chyba, że chcesz jeszcze zostać? - Dodałem patrząc, jak mina brązowowłosej rzednie.
 
                                                         Lucia?Chyba nie chce się chwalić jak mieszka, prawda?

+10 PD

6 lut 2019

Od Evana cd. Theo

Ostatnio przyszła mi na myśl, żeby kupić sobie nowe rolki. Moje obecne były jeszcze w całkiem niezłym stanie, ale właśnie wyszedł nowy model, który kusił mnie zarówno swoim wyglądem, jak i obietnicą niesamowitych przeżyć. Wieczorem udałem się do gabinetu ojca. Zapukałem cicho.
-Proszę. - Usłyszałem całkiem odprężony głos swojego rodziciela.
-Hej tato, masz chwilę? - Zapytałem i uśmiechnąłem się przymilnie.
-Co chcesz? - Ojciec westchnął ciężko. - Znam ten twój wyraz twarzy.
-Bo wiesz... Ostatnio widziałem takie superhiperświetne rolki. -Odparłem na jednym oddechu. - Tylko one trochę drogie są.
-A co jest w nich takiego wyjątkowego? Same jeżdżą? - Zaśmiał się. Będzie ciężko.
-Nie, ale na pewno umożliwią mi zrobienie lepszych tricków. - Odparłem merytorycznie.
-Ile kosztują? - Zerknął na ekran swojego laptopa.
-800 avarów. - Przełknąłem głośno ślinę.
-Jeśli bardzo je chcesz, to udowodnij, jak silna jest Twoja motywacja. - Spojrzał na mnie ponad okularami. - Zarób przynajmniej połowę potrzebnej kwoty.
-Co? - Byłem zdziwiony. - Ale jak?
-Znajdź sobie pracę dorywczą. - Skwitował krótko.
***
Siedziałem na matmie i ciągle krążyłem myślami wokół pracy i rolek. Chciałem bardzo udowodnić nie tylko, że chcę naprawdę te rolki, ale również, że potrafię zarobić pieniądze. Nagle Thor puknął mnie łokciem w ramię. Spojrzałem na niego zaskoczony.
-Co jest? - Szepnąłem i zmarszczyłem brwi.
-Koleś, lekcja trwa już 20 minut a ty od początku nawet nie zapisałeś jednego zadania. Co z tobą? - Pokazał na dowód swój zeszyt, w którym widniało już chyba z 5 zadań w pełni rozwiązanych. Przyjrzałem mu się uważniej.
-Stary, a nie chciałbyś zarobić trochę kasy? - Zignorowałem całkowicie wspomnienie o moich obowiązkach uczniowskich.
-Czy wszystko z tobą dobrze? Nie uderzyłeś się w głowę? - Pokazał mi dwa palce. - Ile widzisz palców?
-Dwa. - Odparłem rozdrażniony. - Ja się pytam poważnie.
-Jeśli tak, to o interesach pogadajmy na przerwie, dobra? - Kiwnąłem głową na zgodę i spróbowałem wrócić do matematyki.
-A dałbyś mi spisać te zadania? - Uśmiechnąłem się niewinnie.
-Masz. - Westchnął ciężko i podsunął mi swój zeszyt. - Z kim ja żyję...
Reszta matematyki zleciała dość szybko. Kiedy razem z Thorem wyszliśmy razem na korytarz, od razu zacząłem przytaczać swoją historię o nowych rolkach.
-I wiesz, bardzo bym je chciał, ale ojciec nie da mi tyle kasy. Powiedział, że muszę zarobić. A ja nie bardzo wiem, jak się za to zabrać i w ogóle jestem zielony w te sprawy. Więc pomyślałem, że we dwójkę raźniej. Co ty na to? - Spojrzałem z nadzieją na mojego kumpla. Wiedziałem, że Thor nie ma zbyt dzianych rodziców i najszybciej będzie skłonny poświęcić swój wolny czas na dorabianie. Steve pewnie by mnie wyśmiał, bo on nie ma nigdy problemu, gdy prosi o hajs na nową deskorolkę. Jim pewnie długo by nie pociągnął w pracy ze swoją zdolnością zapominania o rzeczywistości, a Brad ze swoim sceptycznym podejściem do życia, rzuciłby robotę po pierwszym dniu.
-No mógłbym spróbować. - Odparł po chwili namysłu. - A gdzie chciałbyś dorwać tą pracę?
-Nie wiem, nie zastanawiałem się. - Przeczesałem włosy palcami. - Może jakaś budowa? Tam zawsze poszukują pomocników.
-Trzeba będzie poszukać po ogłoszeniach. - Thor uśmiechnął się nagle. - Czekaj, mojego taty kolega jest pracownikiem na jednym z placów budowy w centrum miasta. Może on by nam coś pomógł?
-Oo, to brzmi jak plan! - Przybiliśmy piątkę. - Koniecznie powiedz o tym tacie i daj znać jak się czegoś dowiesz.
-Jasna sprawa. - Skinął głową i udaliśmy się do stołówki na drugie śniadanie.
***
Dwa dni później przed fizyką Thor podszedł do mnie cały uśmiechnięty.
-Mamy robotę! - Klepnął mnie w plecy,a ja jak zawsze w przypadku tego "przyjacielskiego klepnięcia" mojego dużego kolegi, o mało co się nie udusiłem.
-Świetnie... - Odchrząknąłem i już normalnym głosem dodałem. - Gdzie? Jak? Kiedy? Za ile?
-Na tej budowie, co pracuje ten kolega mojego taty, bo właśnie szukali paru pomocników. Możemy pracować tam w weekendy i po szkole, jak znajdziemy czas. Stawka to jakieś 20 avarów za godzinę i płacą od ręki. - Odpowiedział szybko i zwięźle na moje pytania.
-Ale jazda... - Nie mogłem uwierzyć, że udało mi się znaleźć pierwszą pracę. To takie dziwne uczucie. Ciekawe ile mi zajmie zbieranie na te rolki...-Jeśli chodzi o pierwszy dzień to przeszkolą nas z bhp, ale to tak z pół godzinki potrwa, może chwilę dłużej, a później jazda do roboty! I możemy zacząć nawet dzisiaj. - Od dawna nie widziałem tak zadowolonego Thora.
-W sumie mamy piątek, więc czemu nie. - Skinąłem głową.
-To na którą się umawiamy? - Chłopak spojrzał na zegarek.
-15? - Zaproponowałem. - Po szkole muszę jeszcze szybko odebrać Alycię z przedszkola.
-Dobra. To spotkajmy się przy południowym wejściu do Parku Verdi, ok?
-Ok. A teraz chodźmy na tą fizykę. - Westchnąłem, ponieważ dzisiaj szkoła wcale nie była miejscem, w którym chciałem aktualnie przebywać.
***
Po skończonych zajęciach, szybko zabrałem swoje rzeczy z szafki i poleciałem sprintem na przystanek. Miałem szczęście, bo czekałem jedynie chwilę na mój autobus. Wsiadłem i niecierpliwie wystukiwałem rytm piosenki, która właśnie docierała do moich uszu poprzez słuchawki. Na przystanku Little Grass, wyskoczyłem i pobiegłem po Alycię, która czekała na mnie w szatni.
-Gotowa do wyjścia? - Zerknąłem na nią. Była już kompletnie ubrana,a jej nieodłączny towarzysz Pan Guzik wystawał z plecaka i patrzył na mnie swoimi odmiennymi oczami.
-Tak! - Klasnęła w rączki. - Dzisiaj zostałam pochwalona przez panią Fitters, ponieważ jako jedyna przeczytałam w całości i bezbłędnie wierszyk o marynarzu.
-Super. - Odparłem z udawanym entuzjazmem, żeby ta mała dziewucha nie zaczęła grymasić, że ją olewam.
-Braciszku, a dlaczego ci się tak spieszy? - Przyspieszyła kroku, bo nie nadążała trochę za mną.
-Idę dzisiaj do pracy. - Uśmiechnąłem się szeroko.
-Rzuciłeś szkołę? - Jej twarzyczka wyrażała bezgraniczne zdumienie.
-Nie. Będę sobie dorabiał po szkole. - Zaśmiałem się.
-A kupisz mi lizaka? - Ucieszyła się.
-Jak zarobię dużo pieniędzy, to i owszem. - Mrugnąłem do niej.
-Czasami jesteś fajny braciszku. Może nie tak fajny jak mama, ale całkiem znośny. - Chwyciła mnie za rękę i wyszczerzyła się szczerbatym uśmiechu.
-Z mamą nawet nie śmiem konkurować. - Zaśmiałem się.Wsiedliśmy w odpowiedni autobus. Odgrzałem siostrze szybko obiad i poleciałem do siebie, żeby wziąć jakieś ciuchy, w których mógłbym pracować i których nie było mi szkoda. Wyleciałem jak błyskawica na przystanek i wróciłem do centrum miasta, gdzie umówiłem się z Thorem. Czekał już na mnie.
***
Nie przewidywałem, że mój pierwszy dzień w pracy obrodzi w tyle niespodziewanych wydarzeń. Mężczyzna, któremu pomagałem przy konstruowaniu szkieletu dachu, wydawał się specem. Jednak jak zauważyłem w czasie, kiedy podawałam mu wiertła, robił to dość niedbale i niewiele przywiązywał do tego uwagi. Opowiadał mi o swoim synu, który był w podobnym wieku, jak ja i był prymusem. Jednak każde zdanie wypowiedziane przez tego pana, przesiąknięte było odorem alkoholu. Zdecydowanie był pijany.Dlatego też zaskoczyła mnie jego chęć, by iść napić się zimnego piwa. To, co stało się później było dziwnym przeżyciem. W jednej chwili słuchałem tego, co mówi do mnie młody mężczyzna, który przyszedł wymienić wiertła, a w drugiej już leciałem w dół. Przez chwilę przez moją głowę przeleciała wizja tego, jak spadam z wysokości tych 10 metrów i nabijam się na druty, które wystawały jeszcze z surowych fundamentów. Przeszły mnie ciarki. Śmierć na miejscu, jak nic. Na szczęście mój towarzysz złapał mnie w ostatniej chwili i wspólnymi siłami udało nam się wciągnąć mnie na bezpieczny obszar. Słyszałem kłótnie i podniesiony głos kierownika budowy, który ewidentnie chciał obwinić za wszystko gościa, który uratował mi życie. Zanim znalazłem się na ziemi, usłyszałem.
- Ej, dzieciaku. ― Zerknął na mnie. ― Mogę spytać, co widziałeś tam na górze? 
Zszedłem  z drabiny i stanąłem pomiędzy tymi wszystkimi ludźmi. 
-Na pewno mogę stwierdzić, że pan... - Zerknąłem na mężczyznę, który był oskarżony o coś, czego nie zrobił.
-Theo. - Dodał szybko.
-Że pan Theo uratował mi życie. I nie zrobił nic, co by wykraczało poza jego obowiązki.- Westchnąłem. - Za to pan... - Spojrzałem na pana od wiertarki.
-Vin. - Mruknął, bo chyba domyślał się co chciałem powiedzieć.
-Pan Vin mam wrażenie, że wykonywał swoją pracę niedokładnie, co mogło być bezpośrednim powodem tego, co się właśnie stało. W dodatku podejrzewam, że pan Vin pracował pod wpływem alkoholu.
-Ty! Młody bezwstydny dzieciaku! - Pan Vin rzucił się w moim kierunku. - Co ty za bzdury pleciesz!

-Evan to poważne oskarżenie, wiesz o tym? - Kierownik budowy spojrzał się na mnie gniewnie. No kuźwa, nie kłamię.
-Oczywiście, że zdaję sobie z tego sprawę. Nie mam 5 lat mimo wszystko. - Prychnąłem. Nagle wokół nas zaczęła się zbierać grupka gapiów. Wśród nich był Thor i kolega jego taty, który załatwił nam pracę. - Thor! Pomożesz mi?
- Jasne. - Mój przyjaciel wystąpił z okręgu i zaczął do mnie podchodzić.
-Dzieciaku, daj mi spokój, przecież nawet się nie znamy. - Odezwał się jakiś zaniedbany mężczyzna.
-Jaki Thor? - Theo spojrzał na mnie zaskoczony.

-Ten Thor, mój przyjaciel. - Wskazałem na chłopaka. - A jaki inny ma być?
-Tamten Thor, mój kumpel. - Jego dłoń wskazała na zaniedbanego gościa.
-To teraz nieistotne. - Kierownik warknął.
-Ma pan rację, jeśli Evan uważa, że pan Vin pracował pod wpływem alkoholu to po prostu sprawdźmy to przy pomocy alkomatu. - Thor szybko zaproponował.
-Właśnie! Jeśli okaże się, że jest wtedy nie wyrzuci pan, pana Theo, który w końcu nic złego nie zrobił. - Dodałem i posłałem uśmiech do mężczyzny, który mnie uratował.

               
                                                           Theo? Chyba będziesz miał tą pracę dalej xd

+10 PD

14 gru 2018

Od Evana cd. Lucia

Lucia była otoczona przez czterech, starszych o rok chłopaków. No to nieciekawie. Próbowała się wyrwać z uścisku jednego z nich, ale nie dawała rady. Kiedy się odezwałem, mój głos nie wyrażał strachu, jednak wewnętrznie przerażała mnie możliwość wdania się w bójkę z tymi osobnikami.
-A ty to niby kto? - Główny oprawca dziewczyny rzucił mi pytające spojrzenie.
-Nieistotne w tej chwili. - Zacząłem. Oczywiście, kiedy przychodziły nerwy, mnie włączał się słowotok. - Mógłbyś ją puścić? Myślę, że to nie jest dla niej wygodne.
-Jaki spostrzegawczy. - Zarechotał obleśnie.- A jak tego nie zrobię to co? Pobijesz mnie, czy tylko pogrozisz paluszkiem?
-Ani jedno ani drugie. - Zacząłem dyplomatycznie. - Jednak myślę, że nie chcesz się dowiedzieć co bym zrobił.
-Taa? A może po prostu nie masz żadnego planu? - Splunął przez ramię, a jego towarzysze zaśmiali się.
-Evan...Idź sobie. - Lucia rzuciła mi stanowcze spojrzenie. - Nie chcę cię w to mieszać.
-Daj spokój. - Machnąłem ręką. - Nie udam, przecież że nic nie widziałem. Nie cierpię na znieczulicę.
-Ojej, bo się popłaczę. - Chłopak zakpił i kiwnął palcem na resztę zgrai. Trzech dość dobrze zbudowanych młodzieńców ruszyło prosto na mnie, a koleś trzymający dziewczynę ponownie skupił się na niej. W chwili desperacji rzuciłem się przed siebie, przebiłem jakoś przez kumpli tego debila i rzuciłem na niego. Zaskoczony puścił Lucię.
-Idź po kogoś! - Krzyknąłem do niej. Ciemnowłosa na szczęście nie czekała, aż reszta się ogarnie, że trzeba ją łapać i pobiegła w kierunku klas. W tym momencie poczułem jak dłoń zaciśnięta w pięść ląduje na mojej kości policzkowej. Odrzuciło mnie, ale zdołałem utrzymać się na nogach. Szkoda, że nie bardzo potrafię się bić.
-Chłopaki! Jeden niech pomoże mi z nim, a reszta niech biegnie za tą małą zdzirą! - Krzyknął do swoich ziomków. Po chwili poczułem cios wymierzony z kolana w brzuch zadany przez dryblasa o twarzy zalanej trądzikiem, który postanowił zabawić się ze swoim szefem. Tym razem zgiąłem się w pół i upadłem na kolana. Zaraz potem zostałem podniesiony za koszulkę do góry i potraktowany prawym sierpowym. I weź tu bądź bohaterem. Poczułem jak z rozciętej wargi zaczyna spływać mi cienka strużka krwi. Poleciał kolejny cios w okolice żeber. Nie miałem nawet siły protestować. Miałem nadzieję, że Lucia sprowadzi jakąś pomoc zanim połamią mi wszystkie możliwe kości w ciele. Wtedy usłyszałem dziki pisk. Obejrzałem się i dostrzegłem, że pozostałych dwóch kolegów tego zbira zdążyło jednak złapać dziewczynę. Chyba jednak wyląduję na wózku. Wzrok mój i ciemnowłosej się spotkał. Widziałem w nim przerażenie. Nie wiem, czy to na mój widok czy z ogólnej beznadziejności sytuacji w jakiej się znaleźliśmy, ale było wiadomo, że mamy podobne odczucia.
-No i co? Kto teraz będzie kogo ratował? - Zaśmiał się ten, który nadal trzymał mnie i przymierzał do kolejnego ciosu. Nagle przypomniało mi się, że ja go przecież znam.
-Sam? - Wykrztusiłem z trudem.
-Nareszcie mnie poznałeś. - Uśmiechnął się. - Gdybyś się nie wpierdzielał do tej akcji z tą laską, to byś nie oberwał, ale że się napatoczyłeś to stwierdziłem, że mogę wyrównać z tobą porachunki.
-Daj spokój. - Wycharczałem. - To była pierdoła. Oddałem ci pieniądze za tą deskę.
-Pieniądze to nie wszystko. - Jeb. Kolejny sierpowy. Sam jeździł kiedyś ze mną skejcie. Ja na rolkach, on na desce. Poprosiłem go o deskę na chwilę, bo chciałem spróbować czy dam radę najprostszego tricku. I podczas jego wykonywania, własność Sama wymsknęła mi się spod kontroli i wjechała prosto pod ciężarówkę, która jechała po ulicy graniczącej z placem. Oddałem mu pieniądze, ale od tamtego momentu już nigdy więcej ze sobą nie gadaliśmy. Słyszałem od znajomych, że chowa do mnie jakąś urazę, ponieważ ta deska była dla niego naprawdę wyjątkowa.Rozumiem bycie złym, ale żeby od razu łoić skórę? Facet ma nie po kolei w głowie. Lucia szarpała się i w końcu zdołała kopnąć jednego z koleżków Sama w jaja. Auć. To musiało zaboleć. Wyrwała się i chciała uciekać, gdy drogę zastąpił jej...
-Thor! - Krzyknąłem zachrypniętym głosem. Za nim pojawił się Steve, Brad i Jim. Dziewczyna spojrzała na mnie zdezorientowana. Skinąłem głową na znak, że może im ufać.
-Przepuście mnie. - Powiedziała do nich, a moi koledzy rozstąpili się. Byleby udała się prosto do dyrektora. Sam puścił mnie niczym worek ziemniaków, a ja upadłem na podłogę.
-Jesteście ziomkami tego szczura? - Uniósł brew w zapytaniu.
-Jakiego szczura? - Thor udał się, że się rozgląda. Był wyższy i potężniejszy od starszego chłopaka. - Widzę tylko jednego tuż przed sobą.
-Odsunąć się. - Steve przepchał się przez świtę Sama i pomógł mi wstać. - Oj stary... Nieźle cię załatwili.
-Daj spokój... - Szepnąłem. - Pobili mnie na oczach dziewczyny.
-Kumplujesz się z tą laską z filmiku?- Na jego ustach pojawił się delikatny uśmiech.
-Nie mów tak o niej. - Próbowałem przybrać groźny wyraz twarzy, ale cała mnie bolała, więc sobie darowałem.
-Spokojnie, bo jeszcze się rozlecisz. - Poklepał mnie lekko po ramieniu. W tym momencie zauważyłem, że moi koledzy zaczynali niebezpiecznie kłócić się z wrogo nastawioną gromadą. Na szczęście, albo i nie, w tej samej chwili pojawił się jeden z nauczycieli przyprowadzony przez Lucię.
-Wszyscy za mną do dyrektora. A poszkodowanego proszę do pielęgniarki. - Wskazał na mnie i Steva. Kumpel wziął mnie pod ramię i pomógł dotrzeć do pokoju piguły.
-Co ci się stało drogie dziecko? - Starsza babka złapała się za głowę. - Z tobą to trzeba na pogotowie.
Zadzwoniła po karetkę i zabrali mnie ostry dyżur. Kiedy zszywali mi rozciętą skórę i badali resztę, ja zastanawiałem się jaki finał miała sprawa filmiku i czy Sam poniósł jakieś konsekwencje? Po tych całych oględzinach, zapytali mnie o numer do rodziców, więc podałem im telefon do mamy. Przekazali, że przyjedzie po mnie za 2 godziny, a ja w tym czasie miałem sobie poleżeć i odpocząć. Z tego wszystkiego zrobiłem się śpiący i zasnąłem. Obudziły mnie jakieś szepty nade mną.
-Nic mu nie jest, co nie? - Usłyszałem dziewczęcy głos.
-Raczej nie. Wyliże się z tego jakoś. - Odparł bardzo znajomy głos. Otworzyłem oczy. Nad moim łóżkiem stała Lucia i Steve.
-Co wy tu robicie? - Ziewnąłem, jednak poczułem jak ciągnie mnie któryś ze szwów założonych na policzku.
-Chciała się dowiedzieć co u ciebie. - Kolega wskazał na ciemnowłosą.
-Przeżyję. - Machnąłem ręką i jęknąłem cicho, bo coś mnie zabolało w barku. - Lepiej powiedz, jak sprawa z Samem.
[Lucia? To jak to się wszystko skończy? ^^]

+10PD

13 gru 2018

Od Evana - Stłuczona bombka

W naszym ogrodzie wszystkie drzewka i wszelkie krzaki zostały pokryte przez grubą warstwę białego puchu. Był piątek wieczór, a ja siedziałem u siebie w pokoju i czytałem nowo rozpoczętą książkę fantasy. Nagle usłyszałem pukanie do moich "drzwi" w podłodze.
-Co tam? - Krzyknąłem nie podnosząc się z łóżka. Klapa się otworzyła i pojawiła się głowa mojej mamy.
-Jutro pojedziesz z tatą po choinkę. - Zakomunikowała. - Więc nie siedź za długo, bo jedziecie rano.
-Co tak wcześnie? - Zmarszczyłem brwi.
-Za tydzień jest przecież wigilia. Kiedy chciałbyś to zrobić? - Zaśmiała się, widocznie rozbawiona moim nieogarnięciem.
-Jakoś tak nie skojarzyłem, że to już ten czas. - Uśmiechnąłem się.
-Aż dziwne. - Westchnęła i zamknęła wejście do pokoju. Wróciłem do lektury, oczywiście nie potrafiłem się oderwać zbyt szybko od czytania i poszedłem spać po 2. Obudził mnie tata.
-Evan wstawaj! - Głośno chodził po moim pokoju, odsuwając rolety. - Jedziemy po choinkę.
-Już, już... - Mruknąłem, nakrywając jednocześnie głowę poduszką.
-Ty mi tutaj nie chowaj się za poduszką. - Wyrwał mi moją tarczę i odrzucił kołdrę. - No już.
-Która w ogóle godzina? - Podniosłem się niechętnie, wzdychając głośno.
- Dochodzi 8. - Mój rodziciel wreszcie usiadł na krześle.
-To wcześnie. Zdążymy. - Machnąłem ręką.
-Czy ja wiem? - Zmarszczył brwi. - Dużo osób myśl w podobny sposób.
-Dobrze, dobrze. Idę się ogarnąć. - Zgarnąłem pierwsze lepsze spodnie, bluzę i udałem się do łazienki. Po niecałym kwadransie jadłem już szybkie śniadanie w jadalni.
-Tylko przywieźcie ładną choineczkę. - Alycia, która kręciła się po całym domu podeszła do mnie wbiła zdeterminowane spojrzenie. - Musi ładnie wyglądać, żeby Mikołaj zostawił dla nas suuuper prezenty.
-Jasne. - Przytaknąłem, nadal będąc jedną nogą w łóżku.
-Synu, jedziemy za 5 minut! Czekam w samochodzie. - Ojczulek już wyszedł. Jemu to się zawsze spieszy. Szybko dokończyłem śniadanie i udałem się na podjazd. Zająłem miejsce pasażera i zapiąłem pasy.
-Daleko sprzedają te choinki? - Przeczesałem dłonią włosy.
-Jakieś 15 minut jazdy. - Odparł, odpalił silnik i otworzył bramę pilotem a potem wyjechał na drogę. Jechaliśmy przez chwilę w milczeniu.
-Dlaczego tak tutaj cicho? - Zmarszczyłem brwi i włączyłem radio. Usłyszałem od razu świąteczną piosenkę, więc zmieniłem stację, ale znowu świąteczny bit. Przeleciałem kilka stacji, ale wszędzie to samo. W końcu się poddałem i zostawiłem na pierwszej lepszej rozgłośni.
-Nie lubisz świątecznych piosenek? - Tata spojrzał na mnie zdziwiony. - Jak byłeś mały to je uwielbiałeś.
-Ale trochę urosłem i wolałbym posłuchać czego innego. - Mruknąłem.
-Ah,jesteś w takim głupim wieku, że nic ci się nie podoba. - Zaśmiał się. - Spokojnie, jeszcze zmądrzejesz.
-A może to nie wina mojego wieku, tylko po prostu nie przepadam za czymś takim? - Burknąłem.
-Nie będę się z tobą spierał. - Uniósł jedną dłoń w obronnym geście.
-Dziękuję. - Odparłem z przekąsem. Nareszcie dojechaliśmy na giełdę z drzewkami. O dziwo, na wielkim placu nie było ich już tak dużo, jak spodziewałem się zobaczyć.
-Widzisz? Już co lepsze sztuki mogą być wykupione. - Tata spojrzał na mnie z lekką przyganą w oczach.
-Nie wiedziałem, że ludzie tak szybko wykupują drzewka na święta. - Mruknąłem. Zaczęliśmy krążyć alejkami. Były tu świerki, jodły i różne inne iglaki, przeróżnej wielkości i kształtu.
-Zapraszam! Ładne choinki w przystępnej cenie! - Głosy sprzedawców mieszały się ze sobą. Mój rodziciel podszedł do jednego ze stoisk i zaczął się przyglądać świerkom. Jednak w moje oczy rzuciła się nie za wysoka, ale niska wcale jodła, o przyjemnym krągłym kształcie, która wydawała się idealna na świąteczne drzewko. Pociągnąłem tatę za rękaw.
-Patrz! Ta jest idealna! - Wskazałem palcem mój wcześniejszy obiekt obserwacji.
-No, no... Masz do tego oko. - Pokiwał z uznaniem głową. Podeszliśmy do sprzedawcy i zapytaliśmy o cenę, która wcale nie okazała się jakaś wygórowana. Tata zapłacił i wzięliśmy razem drzewko, które zamontowaliśmy na dachu samochodu. Oczywiście nie obyło się bez żadnych problemów. Kiedy wreszcie uporaliśmy się z umieszczeniem naszej choinki, wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy w drogę powrotną. Tym razem jakoś przyjemniej słuchało mi się świątecznych melodii. W korytarzu powitała nas oczywiście Alycia, która skakała wokół nas, czekając aż zobaczy drzewko w pełnej krasie. Ustawiliśmy je we wcześniej wyznaczonym przez mamę miejscu w salonie, tuż koło kominka, na którym już wisiały świąteczne skarpety.
-Jaka ładna! - Dziewczynka się zachwyciła. - Możemy zacząć ją ubierać?
-Poczekaj. Najpierw z Evanem pójdziemy po pudła z ozdobami do garażu. - Tata zaprosił mnie gestem, bym poszedł za nim. W garażu było pełno rupieci a dwa duże pudła z bombkami, łańcuchami i innymi ozdobami znajdowały się na metalowym regale. Ojczulek sięgnął po jedno, ja wziąłem drugie. Jednak wyślizgnęło mi się z rąk i część bombek wypadła, kończąc raczej żałośnie na podłodze.
-O kurde! - Spojrzałem na skorupy, które zostały po bombkach.
-Co się stało? - Tata odwrócił się do mnie.
-Chyba będzie trochę mniej ozdób w tym roku. - Śmiechem zamaskowałem swoją niezdarność. - Dwie lewe ręce to moja specjalność.
-Bez przesady, każdemu się zdarza. - Parsknął. - Zgarnie się, wyrzuci i mama nawet się nie skapnie, że jest ich mniej.
-Jesteś pewien? - Spojrzałem na niego z powątpiewaniem.
-No jasne. - Ruszył w stronę domu. Wróciliśmy do salonu, gdzie postawiliśmy pudła pełne ozdób. Alycia z piskiem rzuciła się na te błyskotki zaczęła rozwieszać bombki w kształcie reniferów i aniołków na najniższych gałęziach. Mama dołączyła do niej i wzięła w ręce stare pudełko pełne ręcznie robionych na szydełku ozdób.
-Trzeba je zawiesić. - Westchnęła z lekkim sentymentem.
-To te od babci? - Zerknąłem jej przez ramię.
-Tak.- Przytaknęła. - Pierwsze święta bez niej.
-Zawsze będzie z nami Marie. - Tato objął mamę i dał jej całusa w policzek. Z nadmiaru tych emocji postanowiłem pójść po gitarę. Nie lubiłem umiejętności przed rodzinką, ale stwierdziłem, że raz w roku mogę zrobić wyjątek. Z instrumentem opartym na udach usiadłem na sofie i zacząłem brzdękać pierwszą kolędę, która mi się przypomniała.
-Ooo! Braciszek będzie grał! - Alycia pochłonięta dotychczas dekorowaniem choinki, wbiła we mnie zachwycone spojrzenie. - Ostatnio grał dla dziewczyny!
Jak tylko to usłyszałem przestałem grać. Rodzice spojrzeli na mnie z tymi minami pod tytułem "Hoho, nasz synek dorasta".
-Ładna? - Zapytał tata i puścił do mnie oczko.
-To nie tak! - Naburmuszyłem się. - Zresztą nie wasz interes, a ty młoda lepiej ubieraj tą choinkę, a nie paplasz bez sensu!
-Przepraszam. - Wysepleniła i zajęła się w milczeniu wybieraniem kolejnej bombki. Zrobiło mi się jej żal. Odłożyłem gitarę i podszedłem do drzewka, by pomóc małej w zawieszeniu kolorowego renifera na gałązce, do której za bardzo nie dosięgała. Uśmiechnąłem się do niej pobłażliwie. Odwzajemniła to i odzyskała poprzedni wigor. Kiedy zielone drzewko pokryło się już w całości różnymi ozdobami, tata jako najwyższy z nas, wziął gwiazdę i zaczepił ją na czubku choinki. Następnie ja wspólnie z mamą otoczyliśmy gałązki białymi lampkami.
-Gotowe! - Alycia zaklaskała w dłonie i sięgnęła po Pana Guzika, który cały ten czas obserwował nas swoim jednym guzikowym i jednym normalnym okiem z bujanego fotela.
***
Wieczorem, przy kolacji, mogliśmy podziwiać nasze dzieło w pełnej krasie, ponieważ lampki świeciły się pełnym blaskiem, a ogień z kominka odbijał się w krągłych bombkach.Nareszcie poczułem klimat zbliżających się świąt!

Zdjęcie z pinterest

7 gru 2018

Od Evana cd. Lucia

Ten upadek był taki zawstydzający. A ta akcja z zaplątaniem przez smycz, przyniosła mi jeszcze więcej wstydu. Byłem zły na siebie, że to wszystko się tak potoczyło. Jak zwykle, zamiast powiedzieć coś normalnego, ja maskowałem głupotę jeszcze głupszym wybuchem radości. Wlekąc nogę za nogą, co powodowało, że smętnie poruszałem się do przodu na rolkach, zastanawiałem się, dlaczego dziewczyna tak gwałtowanie zareagowała na propozycję odprowadzenia. Westchnąłem głośno. Pewnie była zakłopotana całą tą sytuacją, a ja jeszcze dodatkowo się jej narzucałem. Kiedy dotarłem do domu, mama krzątała się w jadalni.
-Evan? - Wyjrzała na korytarz.
-Cześć mamo. - Mruknąłem. -Co na kolację?
-Naleśniki. - Uśmiechnęła się do mnie. - Jak tam w szkole?
-Dobrze. - Odparłem. Zdjąłem rolki i rzuciłem je w kąt.
-Coś ci dzisiaj nie wychodziło podczas jazdy? - Zmarszczyła zatroskana brwi.
-Nie, wszystko ok. - Westchnąłem i nałożyłem sobie kilka naleśników na talerz, nalałem ciepłego mleka do kubka i ruszyłem do swojego pokoju.
-Nie zjesz z nami? - W tym momencie do jadalni wszedł tata.
-Niestety nie, bo muszę się jeszcze trochę pouczyć. - Uciąłem rozmowę i udałem się na swoje poddasze. Zjadłem kolację i w posępnym nastroju robiłem kolejne przykłady z matmy. Nie szło mi to całkowicie, więc zgasiłem światło i poszedłem spać.
***
Następnego dnia wstałem jeszcze przed budzikiem. Ogarnąłem się szybko. Naszykowałem śniadanie dla siebie i dla młodej, po czym poszedłem ją obudzić.
-Alycia! - Krzyknąłem, bo dziewczynka spała jak zabita. - Wstawaj.
-Źle się czuję. - Mruknęła i pociągnęła lekko noskiem.
-Nie symuluj. - Westchnąłem i podszedłem do niej, przyłożyłem rękę do czoła i poczułem gorąco. - No świetnie.
-Nie zostawisz mnie samej? - Spojrzała na mnie szklistymi oczkami.
-Nie mogę. - Burknąłem. Wziąłem telefon i zadzwoniłem do mamy. Po paru dłuższych sygnałach, odebrała.
-Evan, co się stało, że dzwonisz do mnie o tej porze? - Wyczułem zmartwienie w jej głosie. - Powinieneś już odprowadzać Alycię do przedszkola.
-Tak wiem.  Jednak jest problem, bo mała jest chora. - Westchnąłem.
-Co jej jest? Ma gorączkę? - Ton rodzicielki stał się rzeczowy.
-Tak i to chyba dość wysoką. Dodatkowo ma katar i słabo jej się oddycha. - Zerknąłem, jak siostra powoli i ciężko oddycha. - Dasz radę się zwolnić?
- Powinnam być w domu za 2 godziny. - Odparła po chwili przerwy. Pewnie sprawdzała grafik. - Zostaniesz z nią jeszcze?
-Ale... mam zajęcia. - Mruknąłem.
-Napiszę ci usprawiedliwienie. - Dodała szybko.
-No dobra. Nie mam żadnych sprawdzianów dzisiaj. - Zgodziłem się. Super. Opieka nad chorą siostrą. O niczym więcej nie marzyłem. Poszedłem zaparzyć młodej gorącej herbaty z miodem. Nie chciała za bardzo pić, ale po kilku podejściach wreszcie ją przekonałem. Dwie godziny minęły bardzo szybko. Usłyszałem zgrzyt zamka i do przedpokoju weszła mama.
-Już jestem. - Zakomunikowała. Naszykowałem jej kawałek papieru i długopis, po czym podsunąłem pod nos.
-Napiszesz mi szybko to usprawiedliwienie? - Spojrzałem na nią błagalnie. - Zdążę jeszcze na wcześniejszy autobus i może na początek 4 lekcji.
-Dobrze, dobrze. - Kiwnęła i oparła się o szafkę. Skreśliła dwa krótkie zdania i postawiła zamaszysty podpis. Wręczyła mi świstek.
-Dzięki mamo, Alycia na razie drzemie. - Odparłem, ubrałem się szybko i zabrałem plecak. Udało mi się zdążyć na wcześniejszy autobus i dotarłem na 4 lekcję. Na przerwie jak zwykle gadałem z kumplami.
-A dlaczego to pan się dzisiaj spóźnił? - Steve klepnął mnie w plecy.
-Młoda mi się rozchorowała i musiałem poczekać na mamuśkę. - Przewróciłem oczami.
-Tylko, żebyś sam zaraz nie był chory. - Brad zaśmiał się.
-Coś ty... Mnie jakieś zarazki przyniesione z przedszkola nie ruszają. - Uśmiechnąłem się.
-Widzieliście ten filmik z tą dziewczyną z równoległej klasy? - Nagle do naszego grona dołączył Jim.
-Co? Jaki filmik? - Thor spojrzał na kolegę zdziwiony.
-No popatrzcie sami. - Chłopak wyjął telefon, ja jednak w tym samym czasie dostrzegłem Lucię, która przechodziła obok.
-Zaraz do was wrócę. - Poklepałem w ramię Steva, który obok mnie stał i podszedłem do dziewczyny. - Hej, jak tam?
-Hej, nie chcę teraz rozmawiać. - Ciemnowłosa wyglądała na zdenerwowaną.
-Co się stało? - Spojrzałem na nią lekko zdziwiony.
-Nieważne. - Burknęła i z odeszła odpychając mnie od siebie, by mieć miejsce do przejścia. Stałem tak przez chwilę zamurowany. Podszedł do mnie Brad.
-Ej stary! Znasz tą dziewczynę? - Wskazał na miejsce, w kierunku którego odeszła Lucia.
-Taak, poznałem ją wczoraj. - Odparłem lekko zakłopotany.
-To musisz to zobaczyć. - Pociągnął mnie za rękaw bluzy.
-O co chodzi? - Zmarszczyłem brwi. Jim podetknął mi pod nos swój telefon. Na ekraniku widniała dziewczyna w szatni, która zmieniała ciuchy. Była w tym momencie bez bluzki, w samym staniku.
-Ej, kto tak się zabawił... - Zacząłem po czym zamilkłem, bo zdałem sobie sprawę, że znam tą dziewczynę. To była Lucia! Dlatego była taka zdenerwowana. - Skąd to macie?
-Ktoś rozesłał to sporej liczbie osób. - Odparł Thor.
-Czy to nie ta twoja koleżanka? - Steve zmarszczył brwi.
-Muszę iść. - Odparłem i bez słowa udałem się w kierunku, gdzie zniknęła niedawno ciemnowłosa. Musiałem ją odnaleźć. Nie wiem, dlaczego ale nie mogłem jej tak po prostu zostawić.
[Lucia? Czas zacząć dramę *^*]

24 lis 2018

Od Evana cd. Lucia

Kiedy z udawaną pewnością siebie wyciągnąłem gitarę, w duchu modliłem się, żeby nie pomylić żadnego akordu. Myśl pozytywnie... Łatwo mówić, kiedy jest się totalnym pesymistą. Jednak po zakończeniu utworu, dziewczyna wydawała się naprawdę zadowolona z tego, co usłyszała i potwierdziła to w wypowiedzianych słowach.
-W końcu jestem "nie najgorszy", prawda? - Uśmiechnąłem się.
-Racja. Ciekawe, jak to będzie wyglądać kiedy staniesz się dobry? - Kąciki jej ust powędrowały ku górze.
-Wtedy będziesz już mogła kupować bilety na mój koncert. - Wywróciłem oczami, niczym gwiazdka Disney'a.
-Nie mogę się doczekać. - Zaśmiała się
-No to teraz twoja kolej. - Wskazałem na jej skrzypce. - Wiem, że grałaś już jak weszliśmy, ale chcę posłuchać od początku.
-Ja też. - Alycia spojrzała na nią maślanymi oczkami.
-Jesteście strasznie uparci. - Westchnęła. - Ale zagram, tak jak była mowa na początku.
-Dziękujemy łaskawej pani. - Odparłem z lekką ironią w głosie, jednak po chwili się zaśmiałem.
Dziewczyna przyłożyła skrzypce do brody, oparła je na ramieniu i z gracją przesunęła smyczkiem po strunach. Do moich uszu doleciał subtelny dźwięk wydawany przez instrument. Lucia płynnymi ruchami czarowała delikatną muzykę. Nie była to żadna skomplikowana ani patetyczna melodia, ale bardzo dobrze wpadający w ucho utwór.
-Całkiem ładnie idzie ci ta gra na skrzypcach. - Pokiwałem z uznaniem głową.
-To takie początki w sumie. - Mruknęła lekko zakłopotana komplementem. I weź tu powiedz coś miłego dziewczynie?-Ja chcę więcej. - Moja młodsza siostra klasnęła zadowolona w ręce.
-Alycia... Daj spokój. - Mruknąłem.
-To ja będę się już zbierać. - Lucia zaczęła się pakować.
-Nie no... Ty byłaś tutaj pierwsza. Powinnaś zostać. - Przeczesałem włosy palcami.
-Nie możecie grać oboje? - Sis spojrzała na nas z uwagą. - My z Panem Guzikiem chętnie was posłuchamy.
-Trochę ciężko tak. - Zaśmiałem się. - Szczególnie, jeśli będziemy grać co innego.
-Dlatego proponuję ci, że zwolnię salę. - Ciemnowłosa wbiła we mnie spojrzenie.
-Hmm... Nie. Zostań. Ja poćwiczę w domu, zresztą Alycia jest już zmęczona.- Spojrzałem na tego małego gówniaka. - Prawda?
-Co? Ja chcę was jeszcze posłuchać... -Zaczęła żałosnym głosem, jednak puknąłem ją delikatnie. - Ale w sumie to faktycznie miałam dzisiaj ciężki dzień w przedszkolu. - Teatralnie przetarła oczki.
-Oh, a co robiłaś? - Dziewczyna spojrzała z zainteresowaniem na Alycię.
-Baaardzo dużo rysowałam i musiałam bawić się w berka. - Westchnęła, jakby była matką piątki dzieci.
-To naprawdę męczące. - Lucia zaśmiała się delikatnie. Wziąłem młodą za rękę, zgarnąłem futerał z gitarą i pomachałem na pożegnanie ciemnowłosej.
-Mam nadzieję, że do zobaczenia jeszcze kiedyś! - Uśmiechnąłem się.
-Pa, miło było was poznać! - Odmachała nam. Kiedy znaleźliśmy się przed szkołą Alycia spojrzała na mnie z wyrzutem.
-Dlaczego nie chciałeś z nią zostać? Ona jest taka fajna. - Burknęła niezadowolona.
-Dziecko... Nie wiesz, że czasami można komuś przeszkadzać? - Wywróciłem oczami.
-Ale czy ona wyglądała jakbyśmy jej przeszkadzali?- Skrzyżowała rączki na klatce piersiowej.
-Nie, ale pewnie tak było. - Mruknąłem. Uciąłem w ten sposób dyskusję i skierowaliśmy się na przystanek. Po powrocie do domu, odgrzałem nam obiad przygotowany przez mamę i udałem się następnie do swojego pokoju, gdzie zamiast odrabiać lekcje, wziąłem się za grę na gitarze. Brzdękając w struny myślałem o dziewczynie, którą dzisiaj poznałem. Wydawała się naprawdę spoko. Jezuu, nawet nie wiem do jakiej klasy chodzi. Jestem idiotą. Z pewnym ociąganiem zabrałem się za odrabianie pracy domowej. W połowie roboty zadzwonił do mnie Steve.
-Hej stary, za ile się widzimy na skateparku? - Rzucił do mnie wesołym głosem.
-Hej... No taak! Mieliśmy dzisiaj wyjść. - Pacnąłem się w głowę. Spojrzałem na cyfrowy zegarek na moim biurku. Była 17. - Za godzinę?
-Dobra. - Kolega zgodził się bez problemu i zakończyliśmy rozmowę. Dokończyłem to co zdążyłem z pracy domowej i zacząłem się szykować. Wyskoczyłem ze swojego pokoju i pognałem do przedpokoju na dole.
-Gdzie idziesz? - Usłyszałem głos mamy.
-Na rolki. - Odparłem. - Ze Stevem.
-Tylko wróć przed 21. - Usłyszałem w odpowiedzi.
-Oczywiście. - Westchnąłem. Założyłem rolki i ruszyłem przez osiedle. Przejechałem park i zjawiłem się na skateparku, gdzie czekał na mnie już kumpel.
-Siemka. - Przybiliśmy piątkę. - Od czego dzisiaj zaczynasz?
-Na rozgrzewkę varial heelflip. - Mrugnął do mnie okiem. - A ty?
-Poskaczę sobie na rampach. - Odparłem.
-Tylko się nie wywal.- Pokazał mi język.
-Jak tak mówisz, to na pewno zaliczę glebę. - Zaśmiałem się. Zaczęliśmy nasze akrobacje. Czas mijał nieubłaganie i zanim się obejrzałem była już 20.45.
-O kuźwa, stary! - Krzyknąłem do Steva. - Muszę lecieć, bo obiecałem, że będę wcześniej w domu.
-Jasne. - Przytaknął. Nie wyśmiał. - Też się będę zbierał.
-Do jutra! - Machnęliśmy na pożegnanie i każdy pojechał w swoją stronę. Było już naprawdę ciemno. W parku przez, który przejeżdżałem ledwo co widziałem. Nagle poczułem jakąś linkę na wysokości łydek i czując jej opór, straciłem równowagę, po czym ległem jak długi na chodniku. Poczułem psi język na swoim policzku i spojrzałem w ciemne oczy należące do białego, kudłatego stworzenia.
-O matko, nic ci nie jest? - Ten głos wydawał mi się znajomy.
-Chyba nie. - Dźwignąłem się na kolana i pocierając lekko obolałe dłonie, którymi podparłem się przy upadku, dostrzegłem nad sobą... Lucię. Ale przypał. Wywalić się przy nowo poznanej dziewczynie. - Hejka. - Uśmiechnąłem się przygłupio.
[Lucia? :3]

31 paź 2018

Od Evana do Lucii

Zwinąłem swoje słuchawki z biurka, wziąłem futerał z gitarą i plecak. Byłem gotowy, żeby rozpocząć kolejny tydzień. Wdech i wydech. Można iść. Zszedłem po drabince. W kuchni mama naszykowała dla mnie drugie śniadanie do szkoły, na którym nakleiła karteczkę z krótkim Kocham cię. Miłe to, ale mogłaby sobie darować. Nie mam 6 lat jak Alycia. Właśnie, a gdzie jest ten mały gówniak?
-Alycia! - Wydarłem się. - Chodź tutaj, bo zaraz spóźnimy się na autobus!
Usłyszałem głośne tupanie i zaraz moim oczom ukazała się młoda z roztrzepanymi, lekko falowanymi włosami. W ręku trzymała miśka Pana Guzika, ponieważ zamiast jednego oka miał guzik. Jego prawdziwe oko zaginęło w tajemniczych okolicznościach.
-Czesałaś się w ogóle? Jesteś poczochrana jak jakaś wiedźma. - Westchnąłem.
-Nie jestem wiedźmą. - Tupnęła nogą. - Uczesz mnie.
-Nie ma czasu. - Odparłem. - Weź ze sobą szczotkę to uczesze cię w autobusie.
Wróciła się do pokoju, a ja zgarnąłem swoje jedzenie do plecaka. Śniadanie młodej wsadziłem do jej plecaczka. Wróciła i dołożyła tam również szczotkę.
-Idziemy już? - Zerknęła na zegarek. - Chyba mamy mało czasu.
-Musimy się pospieszyć. - Zakładałem już buty i narzucałem kurtkę. Później pomogłem ubrać się Alycii. Zamknąłem drzwi i pobiegliśmy na przystanek. Sekundę po nas przyjechał nasz autobus.
-Udało się nam! - Mała się cieszyła jak głupia. Chciałbym mieć w życiu chociaż połowę jej dziecięcego optymizmu.
-Siadaj, uczeszę cię szybko. - Burknąłem. Nie lubiłem robić takich rzeczy publicznie, ale wiedziałem doskonale, że nie mogę jej puścić w takim nieładzie do przedszkola. Jej wychowawczyni zjechałaby mnie wzrokiem jakbym ją odbierał. Jakby fryzura mogła źle wpłynąć na zachowanie innych dzieci. Zacząłem czesać ją czesać.
-Lubię jak mnie czeszesz braciszku. - Uśmiechnęła się do mnie.
-Świetnie. - Odparłem krótko, bez nadmiernej tkliwości obecnej w głosie siostry. Pierwszy był przystanek, na którym młoda musiała wysiąść.
-To ja idę. Udanego dnia w szkole! - Pomachała mi swoją rączką, a potem łapką Pana Guzika.
-Do zo młoda! - Uśmiechnąłem się, bo wreszcie pozbyłem się tego smarkacza. Kochałem ją, ale mimo wszystko rano, kiedy jeszcze nie do końca byłem rozbudzony, myślenie za siebie sprawiało mi problem. A myślenie za siebie i moją sis to już w ogóle armagedon. Dlatego też, kiedy rozsiadłem się w ostatniej ławce na matmie, postanowiłem sobie odpocząć umysłowo i za bardzo nie wysilać się przy rozwiązywaniu kolejnych przykładów. Tym zajął się mój serdeczny kumpel z ławki, Thor. Znaczy taką miał ksywkę. Był dość spory i przy okazji całkiem silny. Jednak nie był tępy. Jego młotem był niesamowity umysł, dla którego matma nie stanowiła jakichkolwiek przeszkód. Dlatego też, czasami pozwalał mi z siebie spisywać, jak na przykład dzisiaj. A jak potrzebowałem, żeby coś mi wytłumaczył to też nie było problemu. Na przerwie razem z Thorem udaliśmy się do reszty naszych ziomków. Ekipa ta składała się z 5 osób, wliczając w to mnie i mojego kumpla z ławki. Oprócz nas jest to jeszcze Brad, Steve i Jim. Przywitaliśmy się wszyscy.
-Mamy dzisiaj jakiś sprawdzian czy coś? - Zapytał Jim, który w sumie momentami odlatywał w swój świat.
-Dzisiaj spokój na froncie. - Zakomunikowałem. - Steve wybierasz się dzisiaj pod wieczór na skate'a?
-A co chcesz robić? - Mój blond kumpel, który jeździł na desce zerknął na mnie z zainteresowaniem.
-Pewnie jak zwykle powypierdzielać się na rolkach. - Śmiechłem.
- No bez przesady. - Steve westchnął. - Kiedy ostatnio zaliczyłeś glebę?
-Hmm... Daj mi chwilę. - Namyśliłem się. - Już wiem! Dwa tygodnie temu. To było tak, że jeździłem akurat sam, a było po deszczu i wszystko po prostu się ślizgało. Ale ja, jak to ja, mówię sobie, co mi tam. I co ćwiczyłem? Przejazd po poręczy. Wiecie, ta poręcz jest z metalu, jakby któryś z was nie wiedział, bo nie jesteście zbyt częstymi gośćmi tych okolic. Jeden ślizg mi nawet wyszedł. Za drugim w ostatniej chwili złapałem równowagę, a tak to kołysałem się jak boja na wzburzonym morzu. No i do trzech razy sztuka. Za trzecim jeb, gleba przywitała mnie z otwartymi ramionami!
Chłopaki zaczęli się śmiać. Thor klepnął mnie po plecach, tak, że prawie wyplułem kręgosłup.
-Oby dzisiaj było sucho. - Brad wywrócił oczami. - A jak nie to osusz okolicę swoimi sucharami Steve.
-Ej! Moje żarty są śmieszne. - Blondyn się obruszył.
-Taa... Szczególnie, że ty się z nich najgłośniej śmiejesz. - Jim ryknął niepohamowany brechtem. Nastąpił dzwonek obwieszczający koniec przerwy. Ruszyliśmy do klasy na fizykę. Przedmiot, na którym zawsze starłem się uważać i faktycznie mnie interesował. Na całe dla mnie szczęście, nasz nauczyciel podobnie jak ja interesował się kosmosem i często przemycał jakieś ciekawe informacje o ciałach niebieskich. Reszta dnia upłynęła mi we względnym spokoju.  Wziąłem ze sobą gitarkę, żeby po lekcjach poćwiczyć w sali muzycznej, ale przypomniałem sobie, że powinienem odebrać młodą z przedszkola. A może odebrać ją i zabrać ze sobą, żeby ewentualnie posłuchała? Ona i tak by się zajęła Panem Guzikiem. Jak pomyślałem, tak też zrobiłem. Podjechałem, żeby ją odebrać. Wychowawczyni nawet posłała mi uśmiech. Widocznie fryzura spełniła wymogi BHP.
-Do domku. - Alycia się ucieszyła.
-Niee.- Zaprzeczyłem. - Pojedziesz ze mną na chwilę do mojej szkoły.
-Pooo coo? - Zaczęła marudzić.
-Chciałem tam poćwiczyć grę na gitarze. - Westchnąłem, bo wiedziałem, że czeka mnie krótka kłótnia.
-A nie możesz w tym swoim pokoju? - Założyła rączki na klatce piersiowej.
- No nie, potrzebuję sali muzycznej. Jest lepsza akustyka i chciałem sprawdzić jeden bajer. - Mrugnąłem do niej. Lubiła takie niespodzianki, więc może da się na to naciągnąć.
-Hmm... a jaki bajer? - Odparła powoli.
-Jak ze mną pojedziesz, to zobaczysz. - Szczegół, że żadnego bajeru nie było.
-No dobra. - Zgodziła się łaskawie, a w środku pewnie zżerała ją ciekawość. Dojechaliśmy do szkoły. Ruszyłem przez puste o tej porze korytarze do sali muzycznej. Przed drzwiami przypomniałem sobie, że w sumie to przydałby się kluczyk, jednak zatrzymał mnie dźwięk. Ktoś był w środku i grał. Chyba to były skrzypce. Dość prosta melodia, jednak grana z wdziękiem i bardzo płynnie. Stanąłem pod drzwiami i chwilę słuchałem. Nie zauważyłem, jak Alycia wraz z Panem Guzikiem uchyliła drzwi i wbiegła do pomieszczenia.
-Hej! Bo mój braciszek chciał mi tutaj pokazać jakiś bajer i myślę, że chodziło o ciebie. Tak ładnie grasz. Pan Guzik naprawdę jest pod wrażeniem. - Usłyszałem lekko sepleniący się głosik tego głupiego bachora. Wkroczyłem za nią i wtedy dostrzegłem kto gra na skrzypcach. Była to ciemnowłosa dziewczyna, której mina w tej chwili wyrażała albo niezadowolenie albo speszenie. Nie znam się na mimice dziewczyn.
-Ehem... - Odchrząknąłem. - Przepraszam za moją młodszą siostrę, ale myślałem, że sala będzie wolna i chciałem tutaj sobie poćwiczyć grę na gitarze. No, ale nie będziemy przeszkadzać. - Zgarnąłem Alycię za ramiona i zacząłem ją wypychać z sali.
-Ale ja chcę jej jeszcze posłuchać. - Burknęła niezadowolona siostra.
-Alycia, nie wygłupiaj się. - Szepnąłem jej na ucho. - Jeszcze raz przepraszam.
[Lucia?]

30 paź 2018

Evan Thompson

Na zdjęciu: -
Imię: Evan  
Nazwisko: 
Thompson
Wiek: Wyszczekany nastolatek, w pięknym wieku 16 lat.
Data urodzenia: 10.02
Płeć: Chłopak
Miejsce zamieszkania: Evan wraz ze swoją rodzinką zajmuje przytulny domek jednorodzinny na  przedmieściach Avenley River. Jest to jednopiętrowy dom z dość dużym i zadbanym ogrodem. Bielone ściany uzupełniają zdobienia z piaskowego kamienia. Pokój Evana znajduje się na poddaszu i jest to jedyne pomieszczenie, które tam się mieści. Wchodzi się do niego po drewnianej drabince. Pokój jest niewielki, ale chłopak mieści tam wszystko czego potrzebuje. Sam sobie wybrał to miejsce, kiedy jego rodzina przeprowadziła się na przedmieścia z mieszkania w centrum. Rodzice Evana mieli dość zgiełku miasta i potrzebowali dodatkowego pokoju dla młodszej siostry chłopaka.
Charakter: Co można powiedzieć o tym młodym człowieku? Otóż aktualnie jest w takim wieku, kiedy kłóci się w nim dziecięca natura z już coraz dojrzalszym rozumem. Przez ten mętlik, ma bardzo dużo różnych pytań na temat tego dokąd zmierza, kim jest i czego tak naprawdę chce. Poza tym jest bardzo ciekawy świata i to popycha go do zadawania pytań oraz szukania informacji. Chce się rozwijać, ale jeszcze nie do końca wie, jak się do tego zabrać. To powoduje, że Evan jest bardzo kreatywny w różnych aspektach. Jednak najlepiej wychodzi mu porywanie ludzi w wir historii, którymi się dzieli. To zwykle on zabawia opowieściami rodzinę przy świątecznym stole albo opowiada straszne wydarzenia przy ognisku z kumplami. Swoją kreatywnością wykazuje się także w tym, że tworzy piosenki, które później śpiewa przy akompaniamencie gitary akustycznej w zaciszu swojego pokoju na poddaszu. Wydaje się być pogodnym chłopcem, prawda? I zewnętrznie takiego zawsze zgrywa. Jednak w środku jest totalnym pesymistą. Nie wierzy w siebie ani w to, że będzie miał szczęście w tej czy innej sprawie. Przed ważnymi wydarzeniami zwykle zakłada najgorsze. Kiedy ma robić coś, co może spowodować kontuzję, zawsze wymyśla coraz ciemniejsze scenariusze. Później nic się jednak z tych czarnych myśli nie spełnia, więc twierdzi, że gdyby o tym nie pomyślał, to mogłoby się to wydarzyć. Zaklina rzeczywistość. Jego pesymizm wynika z tego, co przytrafiło mu się parę lat wcześniej. Jako, że jest bardzo uczuciową osobą, zraniło go to do głębi. Z tego też powodu w pełni zaufa jedynie osobom, które zna już długi czas. Dla nowo poznanych może się wydać zamknięty lub lekko wycofany. Będzie miły, będzie angażował się w znajomość, dzielił problemami i wysłuchiwał oraz doradzał drugiej osobie, ale nigdy nie odsłoni się całkowicie. Co jest dla niego charakterystyczne? Jest mistrzem obracania własnych problemów w żarty. O nie, zapomniałem kluczy, a nikogo nie ma w domu. Nocka pod chmurką przy 15-stopniowym mrozie? Marzyłem o tym, odkąd jako dziecko chciałem zbudować sobie igloo. Zawsze się uśmiechnie, wzruszy ramionami i jakoś przeżyje. Ogólnie uważany za przyjaznego. Lubi nawiązywać nowe znajomości mimo, że przeżył to co przeżył. Bywa uparty (chyba jak każdy zresztą) i lubi wdawać się dyskusje. A ma o czym dyskutować, ponieważ jest inteligentny i posiada sporo wiedzy z różnych dziedzin. Jeśli chodzi o relacje damsko-męskie… Dopiero tak naprawdę odkrywa na czym polega ta gra i daleko mu do mistrza podrywu. Jest raczej nieśmiały przy dziewczynach, które mu się podobają, ale nie oznacza to, że nie potrafi z nimi rozmawiać. Gadać to zawsze da radę, gorzej jeśli chodzi o czyny. Często mówi szybciej niż myśli i wychodzą mu z tego różne gafy. Najczęściej jednak ludzie są dla niego pobłażliwi. Jego pewnym problem jest to, że szybko się nudzi i zawsze musi mieć coś do roboty. Nie lubi siedzieć bezczynnie. Z tego powodu to zwykle on wychodzi z inicjatywą pierwszy.
Hobby: Evan jest wielkim miłośnikiem rolek. Sporo wolnego czasu spędza na skateparku, gdzie razem z kolegami wyczynia różne cuda. Kiedy przychodzi zima, rolki zamienia na łyżwy i bryluje na lodzie. Jak już wcześniej było wspomniane gra na gitarze akustycznej, śpiewa i komponuje piosenki, a także sam tworzy do nich tekst. Jednak mało kto słyszał jego twórczość. Zwykle ogranicza się do grania znanych utworów i nucenia do nich. Jego bardziej naukową pasją jest astronomia. Posiada nawet teleskop i w bezchmurne dni wychodzi na dach ze swojego pokoju (to dlatego chciał mieć poddasze dla siebie), by obserwować poszczególne konstelacje.
Aparycja|
- wzrost: 178 cm
- waga: 60 kg
- opis wyglądu: Evan ma delikatne rysy twarzy. Oczy pod przykrywą gęstych rzęs, skrywają niezwykły kolor tęczówek. Są intensywnie zielone niczym młody las na początku wiosny.  Czoło ukryte pod roztrzepaną grzywką czekoladowych włosów. Brwi zwykle lekko uniesione bądź zmarszczone, gdyż ich właściciel zazwyczaj albo intensywnie rozmyśla lub też zadziwia się tym, co dzieje się dookoła. Delikatne usta, które często mają coś do powiedzenia. Chłopak jest dość wysoki wśród swoich rówieśników i ma szansę jeszcze urosnąć. Jego ciało jest smukłe i długie. Jednak przez młody wiek nie ma jeszcze tak  rozbudowanych mięśni, jakby mógł mieć ze względu na dużą aktywność fizyczną. Ubiera się jak typowy skate. Luźne bluzy, wygodne spodnie, trampki i adidasy za kostkę oraz różnego rodzaju czapki: z daszkiem, bez, bawełniane itp.
- pozostałe informacje: Posiada bliznę na przedramieniu po szwach, które miał ze względu na wypadek podczas nieudanego tricku na rolkach.
Historia: Evan Thompson urodził się w Avenley River. Jego historia na pierwszy rzut oka jest zwyczajna, niczym nie wyróżniająca się. Ma kochających rodziców, młodszą o 10 lat siostrę, z którą całkiem nieźle się dogaduje. W szkole nigdy nie sprawiał problemów, miał zawsze jakąś grupkę znajomych. Jednak jest pewne wydarzenie z przeszłości, które bardzo wpłynęło na jego osobowość. Kiedy miał 6 lat poznał chłopca o imieniu Will. Szybko stali się najlepszymi przyjaciółmi. To z  nim rozwijał swoją pasję do rolek. Spędzali ze sobą mnóstwo czasu. Chodzili do jednej klasy i siedzieli razem w ławce. Mówili sobie o wszystkim. W 5 klasie Evan chciał nauczyć się bardzo jednego tricku na rolkach. Był on trudny i wymagał wielu ćwiczeń. Zwierzył się wtedy Will’emu, że boi się go wykonać i nie wie czy da sobie radę. Przyjaciel poklepał go po ramieniu i powiedział, żeby spotkali się na skateparku po szkole. Obiecał, że mu pomoże. Evan się ucieszył i wierzył, że to coś da. Okazało się, że kumpel zwołał całe ich wspólne towarzystwo, żeby mogli zobaczyć jak szatyn wykonuje ćwiczenie, którego nigdy wcześniej nie robił.  Już sam ten fakt uraził Evana, ale i tak nie odezwał się nic na ten temat do swojego przyjaciela. Stwierdził, że to zrobi. Ale jak mogło mu się to udać skoro nawet nie ćwiczył? To właśnie wtedy rozciął sobie przedramię, na którym do dzisiaj ma bliznę. A co zrobił Will? Pomógł mu? Nie. Wyśmiał go przed innymi. Powiedział, że Evan to tchórz i nieudacznik. Zostawił go samego. Reszta ludzi się z niego śmiała. Ludzi, których wcześniej miał za przyjaciół. Po tym wydarzeniu poprosił rodziców o zmianę szkoły. Nie podał powodu, ale oni i tak się zgodzili. Od tamtego momentu chłopak stał się pesymistą i potrzebuje naprawdę dużo czasu, żeby komuś zaufać. Nadal nie rozumie dlaczego Will okazał się takim dupkiem i to po tylu latach wspólnej przyjaźni.
Rodzina: 
-Marie Thompson – Matka Evana to kochana i dobra osoba, która zawsze dba o swoją rodzinę. Jest pielęgniarką w domu spokojnej starości i uwielbia urywać sobie pogawędki ze starszymi ludźmi. To właśnie Marie dba o przydomowy ogród, który jest jej perełką i zawsze chwali się nim przed znajomymi. Chłopak ją uwielbia, ale aktualnie rzadko to okazuje, ponieważ twierdzi, że jest za „stary” na tulenie się do mamusi.
- Roger Thompson – Poważna głowa rodziny. Ojciec Evana jest prezesem firmy farmaceutycznej. Większość czasu spędza w pracy, jednak z wielkim entuzjazmem wysłuchuje po pracy, co danego dnia przeżyła jego rodzina. Nastolatek wie również, że może zwrócić się do niego z każdym problem, o którym chciałby porozmawiać. Roger jest niezrównanym organizatorem wspólnych, rodzinnych wypadów na wakacje. Uwielbia to i za to kochają go wszyscy członkowie rodziny Thompson’ów.
- Alycia Thompson – Ta mała 6-latka jest nigdy nie gasnącym wulkanem energii. Często pląta się koło swojego starszego brata, który kiedy ma łaskawszy dzień nawet się z nią pobawi. Evana cieszy fakt, że młoda tak samo jak on, zaczyna interesować się gwiazdami i dalekim kosmosem.
Ciekawostki: 
- Muzyka wiele znaczy w jego życiu. Towarzyszy mu na każdym kroku, więc trudno go spotkać bez słuchawek i ipoda.
- Kocha pomidory i wszystkie potrawy z nimi związane.
- Seriale. Jeden skończy, drugi zaczyna.
- Czyta na potęgę, wszystko co mu w ręce wpadnie.
- Chciałby kiedyś polecieć w kosmos.
Inne zdjęcia: Brak.
Kontakt: mala.tymbarkocholiczka@gmail.com