Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sanae. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sanae. Pokaż wszystkie posty

1 lip 2019

Czerwcowa czystka

postacie, które napisały ostatnie opowiadanie w dniach 15.05-30.06 zostają na blogu,
postacie, które napisały ostatnie opowiadanie w dniach 14.04-14.05 dostają upomnienie,
postacie, które nie wykazały żadnej aktywności do 13.04, zostają wydalone
postacie, które odchodzą z woli autora
trzy upomnienia — wyrzucenie
imię* - zawieszenie
mężczyźni
AARON*
ADAM
ANTONI
AXEL*
BELLAMI
BILLY JOE
CAMERON
CHARLES*
CONRAD*
DAMIEN
DANIEL*
ELIAS*
EVAN*
FELIX*
FRANCISZEK
GABRIEL
GARED
HANGAGOG
IVAN
JACOB*
JULIEN
JUNGHO
KEN
LAWRENCE
LIONELL
LUCAS
MICHAEL
MILO
NAFF
NEAL
NICOLAS
NIVAN
NOAH*
OLI*
RAFAEL
SAMUEL
SPENCER
THEO
THOMAS
TRACE
TYLER
kobiety
ALTHEA
AMY
ANASTAZJA
ANGELICA*
ASHLEY
AURORA
BRIDGET
BROOKE
CANDICE
CATNISS*
CHARLIE
CHLOE*
CRYSTAL
DEARDEN
DIANTHE*
ELISE
HARPER
IDA*
ISABELLE
IZZY
JULIA*
KATFRIN
KEHLANI
KITTY*
KOYORI
LAURENE*
LOUISE
LUCIA
LUCILLE
LUCY
NOELIA
ODETTE
ODEYA
PELAGONIJA
RACHEL
RAVEN
ROSE*
SANAE
SARAH*
SOFIA
SUE RACHEL
SUTTON
SYBIL
TAYLOR
TOVE*
VICTORIA
WANDA

Podsumowując:
Avenley River opuściło -  4 ♂ | 5+1 ♀
upomnienie uzyskało -  4 ♂ | 4 ♀
postacie bez upomnienia - 33 ♂ | 37 ♀
na blogu pozostało (włącznie z postaciami z upomnieniami) - 37 ♂ | 41 ♀
Prosimy również, aby postacie, które nie napisały jeszcze żadnego opowiadania, nadrobiły to w ciągu tygodni.

17 mar 2019

Od Sanae

Dzisiejszy dzień wydawał się być spokojny. Znaczy był, do pewnego momentu. Wszyscy byli spokojni, wszyscy siedzieli w świetlicy czy w swojej sali. Ci młodsi bawili się w berka po całym oddziale, doprowadzając pielęgniarki do furii, że maluchy się plączą wszędzie i hałasują. Jasne, im przeszkadza hałas... A co ja mam powiedzieć?
Cały ten pocztówkowy scenariusz przerwał telefon z oddziału ratunkowego. Odebrałam, przekazano mi, że przywiozą nam pacjenta. Dziewczynę w wieku lat czternastu z zaburzeniami depresyjno-lękowymi. Co ja miałam zrobić? To do ordynatora należy decyzja o przyjęciu. Zadzwoniłam do niego, a on ospale odpowiedział, by przyjąć. Nie można było od razu do niego? Chyba że spał...
Wystarczyła chwila, a zaraz z korytarza rozległy się krzyki i wrzaski. Co tam się stało? Wyszłam na korytarz oddziału, ale tu był spokój. To z zewnątrz były te odgłosy. Wyszłam zobaczyć co to i zobaczyłam całą scenę grozy. Młodziutka dziewczyna, dwóch ratowników medycznych i lekarka z ratunkowego. A co robili? Ostatnia trójka trzymała dziewczynkę uniesioną do góry, która się z całych sił wyrywała oraz krzyczała. Wbiegłam z powrotem na oddział i pobiegłam do jednej z sal po łóżko z pasami. Przywiozłam je tam, po czym kazałam im ją położyć oraz przypięłam. Miejsca, gdzie ją trzymali, były bardzo mocno zaczerwienione. Zwróciłam też uwagę na blizny na jej rękach.
- Co jej jest? - powiedziałam oschle, tak typowo służbowo. Na miły ton mojego głosu nie zasłużyli. W międzyczasie przewiozłam ją do izolatki.
- Dostała napadu lękowego, z tego co nam wiadomo, próbowała podjąć próbę samobójczą - odpowiedział jeden z ratowników wręczając mi dokumentację.
Pokręciłam tylko głową, ratownikom kazałam poczekać przy drzwiach. Nie muszą tu wchodzić i wszystkich stresować, wystarczy, że w centrum zainteresowania jest nowo przyjęta. Jak wszyscy byli przy swoich zajęciach, tak teraz patrzyli na to, kogo wiozę przez korytarz. Biedna, dalej płakała i się wyrywała... Na pewno ból jej sprawiały miejsca mocno ściskane przez ratowników. Ale ten ból to na pewno nic w porównaniu do jej przeżyć. Chociaż bardzo nie chciałam jej krępować, musiałam na chwilę ją tak zostawić. Zostawiwszy ją w izolatce, pobiegłam jeszcze do szafki z lekami. Jak zwykle, cholera, nieposortowane według rodzaju, tylko alfabetycznie. I weź szybko coś znajdź wśród dziesiątek pudełek. O ile, gdy jest spokój, to działa, o tyle w sytuacjach nagłych nie. W końcu wyjęłam to, czego chciałam. Wróciłam do niej i ostrożnie wstrzyknęłam, by nie zrobić jej jeszcze większej krzywdy. Na tę chwilę starczy. Izolatkę zamknęłam, po czym poszłam do ratowników, ale zmyli się.

26 sty 2019

Od Sanae cd. Rafaela

- I bez tego by się uczepił - powiedziałam smutno idąc z nim na oddział do Artura, po odstawieniu naszych tacek. - Nie przyjmują do wiadomości tego, że jest chory. Jak się dowiedzą, będzie jatka...
- Aż tak? - spytał trochę z niedowierzaniem. - Dlaczego uczepiłby się? Co z matką?
- Zgadza się... A matkę stracił, wprawdzie mam podejrzenia, ale to nic pewnego. A ojcu najlepiej byłoby o niczym nie mówić, mało nam nie zrobił rozróby na oddziale, ale prawo wymaga.
Wchodziliśmy do windy. Chociaż był ruch jak u nas na chwilę przed obchodem, jakoś udało się nam dostać na górę. Pod sam oddział chirurgii dziecięcej. Na opis ojca chłopca Rafael wydawał się reagować zaskoczeniem, choć lżejszym, niż myślałam. Może też przyjmował dzieci takich rodziców u siebie? Jak raz musiałam rodzica pacjenta obezwładnić, to do dzisiaj nie zapomnę. Pomagały mi pielęgniarki, ale matce w furii ciężko się postawić. Gdyby nie to, że nie można, podalibyśmy jej coś na uspokojenie. Ale nie, trzeba było ją obezwładnić i wezwać ochroniarza. Tylko pacjentów mi szkoda, że musieli na to patrzeć. Dlatego od wtedy rozmowy z rodzinami pacjentów staram się prowadzić w poradni konsultacyjnej czy w gabinecie umiejscowionym jak najbliżej drzwi wejściowych na oddział. A z Christopherem Selverem rozmawiać się nie da. Można mówić mu co to schizofrenia, czym się objawia. Tłumaczyć, że Artur potrzebuje leków. Ale nie, bo "on wie najlepiej co mu potrzebne, a Artur jest debilem". Sam chłopak jest bardzo kontaktowy jak na schizofrenika, ale jego ojciec - może dorosłe dziecko z rodziny dysfunkcyjnej? Nie sprawdzę tego, bo na propozycję wizyty u psychologa (niekoniecznie w jego sprawie) reaguje agresywnie. Twierdzi, że to dla niego słabość, on jest mocny, a to, że proponuję mu takie rzeczy, to jedna z gorszych obelg. Naprawdę chcę go choć raz obrazić. Bardzo chcę, ale muszę się hamować, udając, że nie mam emocji negatywnych. A później zostaję oskarżona o wyżywanie się na personelu. Ale kto to widział, żeby kogoś, kto płacze (tak, ona tylko płakała), pakować do izolatki?! Tamtej się należało! Jakby sama posiedziała...
- Wszystko dobrze? - spytał chirurg wyrywając mnie z przemyśleń.
- Tak, tak... - westchnęłam, próbując zapomnieć o tamtym. Chciałam nie myśleć, ale to niemożliwe. - Wybacz, troszkę mnie poniosło... Chodźmy, póki nie ma ruchu.
Zostałam poprowadzona do odpowiedniej sali. Artur leżał sam, jeszcze nieprzytomny. Dowiedziałam się o tym, że jeszcze jest trzymany w śpiączce - w tak ciężkim stanie był i musi się zregenerować. Może mu to dobrze zrobi? Jak u nas na oddziale ciągle coś się działo, poza tym jego choroba nie dawała mu spać... Może to mu coś da?
Wyszliśmy by nie wzbudzać zbędnej sensacji. Dalej myślałam co zrobić, by nie robić z całego oddziału "pokoju bez klamek", a jednocześnie zapewnić bezpieczeństwo wszystkim. Ciężkie to, skoro tu trafiają ze wszystkimi spisanymi w klasyfikacji chorób jednostkami i spektrami. Czasami nawet zdrowych nam przysyłają, bo "źle się zachowuje". 
- Może tu odpocznie chwilę... - westchnęłam.
- A co się dzieje u was? Jak to się stało, że tu trafił? - zapytał chirurg.
- Wystarczyły pinezki z tablicy korkowej. Połknął je, nie wiem czemu. Zastałam go po ich połknięciu... Uważajcie na niego, nie wiadomo czy tego nie powtórzy... - westchnęłam. Naprawdę dobrze rokował.

Rafael?

30 gru 2018

Od Sanae — ,,Ho, ho, ho!"

Śnieg już spadł, świąteczne piosenki rozbrzmiewały gdzie się dało, coraz więcej choinek było ubieranych, ale tu - nic się nie zmieniło. Zupełnie, żadnej choinki czy wyciętego z kolorowego papieru Mikołaja. No dobra... W pokoju lekarskim była jedna, taka mała. Na izbie przyjęć też ktoś ubrał taką większą, ale o oddziale nikt nie pomyślał. Z tego co widziałam, oddział neurologiczny też nic nie miał. Tak właściwie, na choince, ewentualnie ze świątecznymi piosenkami z radia w tle, się wszystko kończyło.
Myślałam, czy nie ubrać choinki u nas, ale miałam wiele obaw. Po problemach z tamtą tablicą, bałabym się tu zostawić choinkę z ozdobami, którymi można się skaleczyć czy w inny sposób uszkodzić. A pilnowanie tego, by nikt nic sobie nie robił, i bez tego nie było łatwe. Prawda, nie mogłam przesadzać też z ostrożnością i zabezpieczaniem wszystkiego, ale czego nie chciałabym zrobić, musiałam pamiętać, że moi podopieczni, choć wspaniali i uroczy, wciąż wymagają uwagi. Nie nadzoru, uwagi - słowo nadzór kojarzy mi się z karą, więzieniem, niewolą. Do tego musiałam pamiętać o tym, że podczas dyżuru mogą kogoś przywieźć, praktycznie w każdym stanie. Od pacjenta przewożonego z chirurgii krótkoterminowej, neurologii dziecięcej czy innego oddziału (może szpitala), do takiego, którego trzeba będzie uspokoić lekami i przypiąć do łóżka (choć mam nadzieję, że to ostatnie się nie stanie). No ale żeby z powodu choroby czy zaburzenia przepadły święta? Nie może być, przecież każdy zasługuje na nie! Jak nie z rodziną, to oni powinni mieć tu choć namiastkę świąt. Kogo będę mogła, wypuszczę na przepustkę, by spędził te chwile z rodziną, ale część tu i tak będzie musiała zostać. Ale najpierw trzeba tu zrobić nastrój. Może w domu zrobię choćby taką choinkę z papieru? W ogóle nie czuć świątecznej magii na tym oddziale. W całym szpitalu nie czuć, ale mam wrażenie, że tu szczególnie tego brakuje. Wręcz piosenki świąteczne z radia brzmią mi sztucznie - nie jestem ich zwolenniczką, ale tu zaczynam ich nie lubić bardziej niż wtedy, gdy ciągle je słyszę na ulicy, w sklepie i innych publicznych miejscach. Jedyne oznaki nadchodzących świąt w tym szpitalu to choinka na izbie przyjęć i porozklejane Mikołaje na onkologii. Tylko na onkologii i pododdziale opieki paliatywnej, bo tylko tam ktoś o tym pomyślał. Na pediatrii i izbie przyjęć były kolorowe lampki. Ale tu? Tutaj nikomu się nie chciało, nikt nie miał czasu, a w ogóle po jaką cholerę o tym myśleć, skoro do czynienia mają z "bandą głupich bachorów, które wszystkim się zabiją i wszystko porozwalają jak się ich nie przypilnuje". Takie zdanie o pacjentach naszego oddziału ma oddziałowa. A ordynator ma wszystko gdzieś, nic ani nikt go specjalnie nie obchodzi. Poza czepianiem się mnie o dbanie o dobro pacjenta. A że muszę skrzyczeć czasem pielęgniarkę czy rodzica... Widocznie sama muszę zrobić tu święta. Tym bardziej, że w Wigilię oraz drugi dzień świąt mam dyżur.
Przygotowania zaczęłam od myślenia co zrobić i planowania. Co mogę im dać jako prezent świąteczny? Coś, z czego by się ucieszyły, co lubią.
Słodycze? Sprawdziłyby się genialnie, ale nie do końca tutaj. Ci, którzy są tu z powodu jadłowstrętu psychicznego czy innych zaburzeń odżywiania, nie byliby zadowoleni. Chociaż większość powoli zbliżała się do wyzdrowienia, część dalej z obrzydzeniem patrzy na jedzenie. Jakiekolwiek, czy to coś słodkiego, śniadania personelu czy posiłki ze szpitalnej kuchni (choć to akurat nic dziwnego, były niesmaczne). Próba namówienia kogoś takiego do jedzenia rzadko kończyła się sukcesem. Jednakże tygodnie psychoterapii dały taki efekt, że cokolwiek już jedzą bez zmuszania czy kroplówek. A może jakąś niewielką zabawkę? Nie, też nie... Nie wszystkie pasują każdemu. Byłby też problem z tym, żeby się nie zranili. Jakby było mało, zabawki tanie nie są. Chociaż zarabiam niemało, nie starczyłoby mi na zakup zabawek dla tylu dzieci. Pewnie zostałaby garstka na święta, ale te, które wracają do domu na ten czas, mogłyby być dotknięte. Nie zapominając też o starszych, bo oni zwykle nie bawią się zabawkami. Misie nie każdy lubi, z książkami podobnie... Ale coś musiałam im dać... W końcu wybrałam. Może dam im takiego bałwanka, co widziałam w sklepie kiedyś? Do tego jakieś małe ciastko i zapakowałabym to razem, każdemu. Z liścikiem, dla każdego, by się mu zrobiło miło. Taki malutki, pluszowy bałwanek, z tego co pamiętam, nie był drogi. Na oddziale było prawie czterdziestu pacjentów, więc łączny koszt tego nie byłby taki ogromny. Ciastka upiekę samodzielnie.
A co z wieczorem wigilijnym? Zapytam kucharki czy można załatwić potrawy wigilijne dla oddziału. Chociaż nie - to zły pomysł. Nie gotują dobrze. Kiedyś muszę się zapytać o to, czemu tak okropnie gotują. Przecież anorektyków nie wyleczę dając im do zjedzenia breję nazywaną gulaszem z kaszą, ciągnącą się niczym wydzielina płucna, a smakującą nie lepiej. Nic dziwnego, że prawie nikt tam nie chce jeść. Potem słyszę, że pielęgniarki wmuszają jedzenie w pacjentów, a stawiający opór dostają "zestaw niejadka" - uspokajacz, kroplówka odżywcza, pasy do łóżka i pobyt w izolatce dopóki kroplówka nie przeleci, czasem do tego była pielucha. Co najmniej do opróżnienia kroplówki, ale bywało i dłużej. A jak wypuszczam wcześniej, słyszę, że pozwalam niebezpiecznym pacjentom chodzić po oddziale czy rzekomo wspieram "pro-ana". Ale na szczęście i tak odpuszczają, a staram się dla nich o coś lepszego do jedzenia. Dlatego na kolację wigilijną musiałam załatwić coś specjalnego. Nie będzie wprawdzie dwunastu potraw, ale sama wieczerza się odbędzie. Sama mogę coś przygotować. Tylko co?
A co w domu? W domu nic. Skoro święta i tak spędzam tam, po co mam szykować coś w domu? Nie mam rodziny na takie zabawy. Choinkę już ubrałam, dom ozdobiłam. Nie spodziewam się, by ktoś do mnie miał przyjeżdżać. Co, rodzina, która mnie zostawiła? A może tamta baba z sierocińca? Jakby mogła, wyrzuciłaby mnie przez okno od razu po przyjęciu do tamtego miejsca zniewolenia. Co, że są święta? U nas święta ograniczały się zawsze do stania przy choince i uczenia się piosenek świątecznych, a wieczorami chodzenia po mieście i ich wyśpiewywania. A niech któryś zapomniał tekstu, co to wtedy było... Lepiej nie mówić. Niemiłe wspomnienia...
- Sanae, wszystko dobrze? - z przemyśleń wyrwał mnie psycholog, który właśnie wyszedł ze swojego gabinetu, wtedy podskoczyłam lekko przestraszona. Ale skąd to pytanie?
- Tak... A czemu pytasz? - odparłam lekko zaskoczona.
- Płakałaś - podszedł do mnie i dotknął mojego policzka ścierając łzę z niego.
- Zdarza się, to nic takiego - powiedziałam jeszcze, po czym poszliśmy w swoje strony.
Tak, chciało mi się płakać. Wspominanie tamtych czasów było dla mnie okropieństwem. A w okresie świątecznym szczególnie często mi się to przypominało, głównie przez niektóre z kolęd. Ale gdybym nie nauczyła się chować swojego smutku, sama bym leżała z tym na oddziale. Dlatego może tu się trzymałam i nikt mnie nie wywalił?
Po skończonej pracy, zamiast jechać do domu, odwiedziłam sklep papierniczy. Zaczęłam od kupienia kilku arkuszy papieru kolorowego, kilku tubek kleju, taśmy klejącej i tzw. gumoklejki (ta plastelina do lepienia po ścianach, czy jak to opisać). W domu zrobię z tego ozdoby, między innymi choinkę. Przed wyjściem z galerii handlowej jeszcze spojrzałam na inne ozdoby świąteczne, ale nie mogłam zapominać o bezpieczeństwie pacjentów. Łańcuchy, lampki i podobne odpadały. Bombki tak samo... A sama choinka już była podobno, ale nieużywana od lat. Ciekawe w jakim stanie... Poproszę konserwatora o jej pokazanie i ewentualne wystawienie. A ozdoby będą z papieru, jak ma być bezpiecznie. W końcu nie chcę, by coś się stało. Dokupiłam więc dodatkowy papier kolorowy i klej. Z nożyczkami się wahałam, ale jednak kupiłam kilka par, potem będę je oznaczać, by się nie zapodziały. Albo liczyć... Jeszcze co z potrawami... Pomyślę jutro, po pracy. W sumie miałam pomysł. Wybrałam się jeszcze na dział spożywczy. Kilka kilogramów mąki, cukru, jajek, parę kostek masła i inne składniki do wyrobu ciast, ciasteczek oraz potraw, które miały być choć namiastką tych wigilijnych, znalazły się w moim koszyku. Nikt nie miał specjalnej diety, jedynie co, niektórzy jedli wyłącznie dania wegetariańskie. W sumie, oni jedli najlepiej - choć nasza kuchnia szpitalna gotuje kiepsko, dania dla wegetarian nie są przynajmniej obrzydliwe. Mięsa raczej nie przewidywałam na tej kolacji, więc postanowiłam, że produkty też będą "wege". Przynajmniej będzie odrobinę mniej kombinowania przy pieczeniu. Poza tym chyba nie musiałam się martwić o wiele. A, bałwanki!
Zapłaciłam za zakupy i z torbami poszłam do sklepu, w którym to widziałam. Tam kupiłam ich z 46, tyle, ile dzieci na oddziale łącznie (liczyłam całodobowy, z tymi też, co mają mieć przepustki, a także dzienny). Dokupiłam 60 metrów wstążki, by to ładnie zapakować. Koloru była czerwonego, pasującego do papieru pakowego o kolorze zielonym jako dominującym, w choinki. Z takimi zakupami wróciłam do domu, gdzie wszystko odłożyłam. Zostało niewiele czasu do świąt... Musiałam zaplanować wszystko, by zdążyć. Po zjedzeniu czegoś zabrałam się za wycinanie pasków, z których zrobić można inne ozdoby. Choćby łańcuch czy śnieżynki. Wziąć arkusz papieru (lub kilka, szybciej jest) i zacząć wycinać paski. Proste, ale czasochłonne. Dopiero późnym wieczorem skończyłam tworzenie pasków. Resztę kartek użyje się do wycinania innych kształtów czy ozdób. Zapakowałam wszystko to do torby, którą jutro zaniosę. Czy coś jeszcze... hmm, na tę chwilę nie. Zapakuję jeszcze te prezenty. Trochę mi to znowu mogło zająć...
A jakżeby inaczej, skończyłam po pierwszej w nocy. A jutro mam wstać, by iść do pracy. Na szczęście dyżuru jutro nie mam. Jak się nie wyśpię, mogę odespać po powrocie. Położyłam się do łóżka (nawet kolacji nie jadłam) i zasnęłam w niedługim czasie.
Pod koniec pracy jeszcze spytałam konserwatora czy ma choinkę. Sztuczną oczywiście - przyniósł mi taką i postawił. Tam zostanie na trochę, na kolejnym moim dyżurze ją ubierzemy. Zostawiłam worki z artykułami na ozdoby świąteczne w szafie, która była w pokoju lekarskim. Dyżur mam jutro, więc za niedługo się tym zajmę. Na razie wrócę do domu, pomyślę nad potrawami wigilijnymi i zastanowię się co jeszcze zrobić.
***
Już wigilia, musiałam trochę powalczyć z personelem, by mi pozwolili to wszystko zrobić. Ordynator machnął ręką, ale oddziałowa jak zwykle kręciła nosem. A, że nie mogą tego i owego. A, że się ktoś zabije. A, że komuś "odwali" i po wszystkim. Ale jak jej się babie nie chce, co ja poradzę. Ja dam radę, ale jak nie pomogą, to nawet najlepszy bohater świata nic nie zdziała. Nie no, oczywiście, że pomogą, zawsze pomagają. Ale mam to gdzieś, co oni myślą. Tym bardziej, że źle myślą. Chcę, by pacjent doszedł do siebie w dobrych warunkach, ale oni nie. Powalczyłam, wszystko przygotowałam. Dzieci wyglądały na trochę szczęśliwsze. Starsi, zwykle posępnie wyglądający, też częściej się uśmiechali. A i niektórzy z personelu byli zadowoleni…

+10PD

8 gru 2018

Od Sanae

W trakcie swojego dyżuru miałam chwilę spokoju. Dzieci miały czas wolny, bawiły się ze sobą. Chwilę temu skończyły się ich zajęcia edukacyjne, a ci, którymi trzeba było się zająć, już byli spokojni i nie trzeba było się o nich bać. Na razie mogłam odetchnąć. Otworzyłam dokumentację i jeszcze raz przejrzałam, czy nie ma planowanych jakichś zabiegów na dzisiaj. Jedynie co, to miałam zmienić leki części pacjentów. Nie pomagały im na tyle, na ile powinny. Ale na dyżurach raczej tego n Westchnęłam cicho, po czym zrobiłam sobie herbatę. Była osiemnasta, dzieci już niedługo będą szykować się do łóżek. Może poczytać im coś na dobranoc? Ci młodsi będą już pewnie zmęczeni, a poza tym, potrzebują więcej snu. Młodzieży czytanie bajek w większości nie interesuje, chociaż nierzadko widuję starszych na czytaniu przed spaniem. Miałam zaczętą książkę z bajkami, której jeszcze nie skończyłam. Wyciągnęłam ją, po czym usłyszałam krzyk z korytarza:
- SANAE!
Przez to książka upadła na podłogę. Wyszłam, po czym zobaczyłam czternastoletniego chłopaka, który leżał pod tablicą korkową plując krwią. Przy nim była pielęgniarka.
- Co mu jest? – spytałam przestraszona, ale zachowująca możliwie spokój. – Od dawna tak ma?
- Dopiero go zauważyłam, to mu wyjęłam z ust – powiedziała swoim lekko skrzeczącym głosem. Pokazała mi szpilkę. Wzięłam ją w ręce, po czym spojrzałam na tablicę korkową.
- Mówiłam, że trzeba to zdjąć… - warknęłam do siebie. Po tym dodałam, już spokojniej:
- Wezwij pogotowie, ja go przypilnuję…
Piguła (tak, ja też je tak nazywam) poszła do telefonu i zadzwoniła. Nie mogłam zrobić z chłopakiem za wiele, jedynie powyjmować mu resztę szpilek i pinezek, które powbijane były w jego język. Ale co, jak były w układzie pokarmowym? Reanimacja krążeniowo-oddechowa by go bardziej poharatała od wnętrza, trzeba było unikać sytuacji sprawiającej, że jest konieczna. Czy się dało? Właściwie nie wiem czego się obawiać bardziej, problemów z reanimacją, prawdopodobieństwa wystąpienia posocznicy, czy tego, że nie zdążę z nim do szpitala z oddziałem chirurgicznym? U nas nie było chirurgii, tym bardziej dziecięcej. Z tego, co słyszałam, nawet chirurgię jednodniową zlikwidowali. Po chwili wróciła.
- Za 5 minut będą pod izbą przyjęć - powiedziała głosem typowej kobiety z publicznej opieki zdrowotnej.
- To przenieś go na łóżko, ja zadzwonię do tamtego szpitala - rzuciłam i poleciałam do gabinetu lekarskiego odruchowo szukając karty pacjenta chłopaka. Wyciągnęłam ją, wybrałam numer i powiadomiłam o sytuacji, faksem wysyłając dane chłopaka. Zostało tylko zabrać potrzebne leki (mogli nie mieć części tych, które tu podawaliśmy) i odwieźć go. Karetka dopiero wjeżdżała na podjazd, a jak się na nim zatrzymała, od razu przełożyliśmy go do pojazdu. Dałam im kopię jego karty, lekarstwa ze sposobem dawkowania, a po przyjęciu go odjechali. Ciężko wzdychając wróciłam do siebie... z pigułą ode mnie. Choć słowo "szpryca" lepiej pasuje do określenia naszych pielęgniarek, latałyby tylko ze strzykawkami i wstrzykiwały pacjentom środki uspokajające. Głównie rozsławione na cały świat medycyny rolki. Po powrocie, zdjęłam tamtą tablicę. Całkiem, nie mogłam pozwolić, by ktoś to powtórzył. A mówiłam... Mówiłam to już! Ale jak zawsze, aż coś się stanie... I stało się. Teraz przynajmniej nie ulega wątpliwości, że trzeba tamtą tablicę zdjąć. Na razie schowałam ją w pokoju lekarzy. Pewnie znowu ordynator będzie się krzywo patrzeć, ale co, skoro przez to trzeba było wysłać pacjenta na stół operacyjny? A inni podpatrzą, będą chcieli próbować i nieszczęście gotowe… Wprawdzie trochę dziwnie się czułam zdejmując tamtą tablicę, ale skoro przemycone żyletki zabieramy, to czemu szpilki i pinezki mamy zostawiać? Nimi też można się zranić, a nie możemy przypilnować zawsze, by nikt tego nie robił. A do tej plamy krwi wezwałam salowego.
***
Zadzwonił mój budzik, który oznaczał, że koniec dyżuru już niedługo. Podniosłam się powoli znad biurka, na którym przysypiałam. Odruchowo sprawdziłam też telefony szpitalne czy nikt nie dzwonił – na szczęście nikt. Przeszłam się jeszcze korytarzem oddziału, zajrzałam do każdej sali chorych po cichu. Wszyscy spali spokojnie, przynajmniej tak to wyglądało. Ale nikt nie informował mnie o bezsenności, skąd miałabym wiedzieć, jeśli to ukrywa… Wróciłam do gabinetu i sprzątałam po tym wszystkim, odkładałam dokumenty na miejsce, dopiłam szybko herbatę i czekałam na to, aż pacjenci będą się budzić. Wyszłam na korytarz i obserwowałam spokojnie. Zwykle najwcześniejszą godziną wstawania była 7:15, choć bywało, że do ósmej nawet oczu nie otwierali. Wtedy pielęgniarki ich wybudzały, bo lekarstwa, podstawowe badania, śniadanie… Leżenie w szpitalu jako pacjent nie było takie beztroskie. Wstawać rano, umyć się, badania, czasem nauka jak w szkole (choć nauczyciele zwykle nie byli wymagający aż tak), inne zajęcia (dla chętnych raczej)… Wieczorem znowu podstawowe badania (i lekarstwa, jeśli ktoś brał wieczorem), czynności higieniczne, a ostatecznie spać. A to, jeśli nie zmieniali dawek leków czy nie było komplikacji, jak napady psychotyczne. Do tego niektórzy badani byli w ciągu dnia.
Po dyżurze, lekarze przygotowywali się do normalnego dnia. Poza mną było ich jeszcze trzech. Gdy wybiła godzina odprawy, wszyscy udali się do sali, gdzie się odbywały.
Nareszcie się skończyło. Przekazałam wszystko, co trzeba było, w tym informację o jednym z naszych pacjentów na chirurgii. Znowu te krzywe spojrzenia, pytania… Ile można?! Ale to już koniec i mogę iść do domu. W szatni zmieniłam ubrania na swoje własne, wyszłam po tym ze szpitala. Niby chciałam wrócić do domu, ale bałam się o młodego ze szpilkami w sobie. Zamiast do siebie, pojechałam do szpitala im. Jacka Gowille. Pociągiem, czym innym? Stacja od tamtego miejsca była trochę oddalona, ale nie na tyle, by nie móc się przejść chwilę. Pomimo zmęczenia, już siedziałam w pociągu jadącym właśnie tam.
Po półgodzinie już byłam na miejscu. Idąc od razu na oddział chirurgii dziecięcej, szukałam lekarza, który udzielił mi informacji. Nikt nie chciał, bo „mają dużo pracy”. Chociaż u nich to widać, naprawdę dało się zobaczyć, że coś robią. Zrezygnowana, bez informacji o nim i zmartwiona, zjechałam do kawiarenki na dole. Najwyżej zapytam się później, po dwunastej może? Ale dopiero było wpół do dziesiątej. Najwyżej pojadę do domu i zadzwonię do nich ze szpitala. Może wtedy coś mi powiedzą? Na razie to stanęłam w kolejce i, gdy nadeszła moja kolej, poprosiłam o kawałek jabłecznika oraz posłodzoną kawę z mlekiem, by nie zasnąć w drodze do domu. Nie wiem jak to zrobiłam, że nie przespałam stacji... Biorąc te produkty próbowałam szukać wolnego stolika, ale łatwe to nie było. Sporo z nich było pozajmowanych. Wreszcie udało mi się znaleźć dwuosobowy stolik, który był wolny. Usiadłam tam z tacą, po czym powolutku, cieniutkimi warstwami, jadłam ciasto. Nie było to smakiem bliskie mojemu domowemu, ale smakowało mi nawet.
- Dzień dobry, mogę się dosiąść? – z przemyśleń i fedrowania w cieście wyrwał mnie wysoki mężczyzna, trzymający kubek, też z kawą, ale czarną. Wyglądał na trochę zmęczonego, ale mimo tego, nastrój jego nie był tak pogorszony.
- Jasne, proszę – uśmiechnęłam się lekko, nieśmiało robiąc mu miejsce. Usiadł, cicho westchnął, a następnie podał mi rękę.
- Nazywam się Rafael, miło mi cię poznać.
- Sanae… - odpowiedziałam, próbując patrzeć mu w oczy, jak należy w czasie rozmów z kimś. Ale wzrok mi uciekał lekko. Uścisnęłam mu rękę, po czym z powrotem spuściłam wzrok.



Rafael?

5 gru 2018

Sanae Kamitsuruyoshi

Na zdjęciu: Photo from Pinterest
Motto: Pojęcie człowieczeństwa wymyślone jest przez ludzi. A ich zachowanie przeczy człowieczeństwu.
Imię: Sanae
Nazwisko: Kamitsuruyoshi
Wiek: 27 lat
Data urodzenia: 30 grudnia
Płeć: Kobieta
Miejsce zamieszkania: Wykupiła niedawno dom w Juley. Trzypoziomowy domek (wliczając poddasze), zbudowany z ciemnego drewna i kamienia. Dosyć duże okna, a i ogród ogrodzony drewnianym płotem jest, w sporej części porośnięty makiem lekarskim. Huśtawka ogrodowa przy domu skierowana jest na zachód, co pozwala na obserwację zachodu słońca. Ogród jest zadbany, utrzymywany w swoim pięknie przez młodą lekarkę.
Orientacja: Biseksualna, choć bardziej ciągnie ją do dziewczynek. Jakoś tak wyszło, że bardziej ją pociągają...
Praca: Psychiatra dziecięcy - najwięcej pracuje w lokalnym szpitalu na oddziale całodobowym psychiatrii dziecięcej (szpital Trevora Eldberga), ale przyjmuje też prywatnie, przyjeżdża do pacjentów i przyjmuje w poradni zdrowia psychicznego. Zdarzają się też telefony z innych szpitali, wtedy pojawia się tam czyniąc to, co do niej należy.
Charakter: Sanae wydaje się być bardzo tajemniczą i charakterologicznie skomplikowaną istotką. Wszystkie wydarzenia z jej przeszłości ukształtowały ją akurat taką, jaką jest obecnie. Miło w jej życiu się nie działo, więc i charakter nie będzie słodkim jak miód opowiadaniem o jej wspaniałości. Porównując kulinarnie, można porównać wyobrażenie jej charakteru do tabliczki gorzkiej czekolady (minimum 80% miazgi kakaowej) otoczonej mięciutkim biszkoptem, nadzianej masą kajmakową - do tego biszkopt z aromatem waniliowym, intensywnym, choć bardzo przyjemnym do wąchania. Z zewnątrz mięciutko i przyjemnie, pod tą warstwą bardzo gorzko do wykręcenia ust, ale przy tej najbardziej skrytej warstwie uwalniająca się słodycz, rozlewająca po języku i redukująca gorycz, choć za mało, by zredukować całkiem. Przejdźmy do konkretów, zanim stanę się wieszczem i będą katować moimi porównaniami przyszłe pokolenia na polskim.
Zacznijmy od tego, co widać na pierwszy rzut oka, przy pierwszym kontakcie i z niewielkiej odległości. Wydaje się być zagubiona, nieobecna, wyrwana z rzeczywistości. Jej ubiór również to pokazuje, ale o nim w aparycji. Nie wygląda na kogoś interesującego się światem realnym. Kontakty z nią też są mało interesujące dla sporej części ekstrawertyków. Nie przykuwa uwagi inaczej, niż nietypowym wyglądem, a jak nie wyglądem - atypowe zachowanie (między innymi zatykanie uszu w głośnych miejscach) też zaciekawi niejednego. Kontynuując, pierwszy kontakt też nie należy do najłatwiejszych. Przy witaniu się z nią można nie usłyszeć odpowiedzi. Nie usłyszeć, choć odpowiada. Przez wypowiadanie się przyciszonym głosem do nieznajomych. Pracowała nad tym, by nie sprawiało jej to problemu w pracy - tam jej wychodzi. Poza pracą nie do końca. Ale może dlatego, że kontakt z dziećmi nie jest tak wymagający, a z rodzicami… Dzięki dzieciom robi się na tyle spokojna, że się nie boi. Nie zawaha się nawet wydrzeć, kiedy trzeba. Nie ma z tym żadnego problemu, choć nieprzyjemne emocje jej towarzyszą. Ale to też, wyłącznie w pracy – poza nią już próbuje się hamować. Nie krzyczy dopóki wszystko jest po jej myśli. Na ogół miła i przyjazna po wstępnym poznaniu rozmówcy, gdy ma świadomość, że nic nie powinno złego się stać.
Ale co po jej przyjazności, skoro ma problemy z wyrażaniem i rozpoznawaniem emocji? Łatwo przestraszyć ją pokazując swoje, skrajne emocje. Radość i skrajny smutek też może odebrać jako zagrożenie. Zagrożenie albo zaburzenie - zależnie od sytuacji, będzie próbowała pomóc lub uciekała (to drugie raczej na ulicy, w przestrzeni nieznanej dziewczynie i podobnych). Swoich tak samo się boi, jak cudzych. Chodzi o skrajne i sprzeczne emocje, szczególnie te, których nie może opanować. Zdarza się, że może kogoś w takim stanie zaatakować, nawet pomimo prób powstrzymywania tego nie zawsze wychodzi. Wyładowuje je na sobie gdy tylko może, choć nie zawsze wytrzymuje. Próbuje jednak używać metod zalecanych przez psychologów. Bardzo docenia mimo tego kontakty z innymi, ale też nie z każdym. Musi czuć, że z tym kimś ma dobry kontakt, może mu zaufać. 
Sanae nienawidzi zmian, szczególnie tych niespodziewanych, nagłych, dużych, niechcianych. Nie chodzi o to, że zupełnie wszystko ma być stałe, ale przewidywalne i możliwe do poradzenia z tym sobie. Zmiana rozkładu jazdy na dworcu zapowiedziana odpowiednio wcześnie? Nie ma z tym problemu. Remonty na drogach? Normalna rzecz, ciągle się zdarzają. Ale takie rzeczy, jak odwołania pociągów i ich opóźnienia, remonty kończące się zmianami wystroju – nie ma mowy, by patrzyła na to obojętnie, chyba że jest to po jej myśli. Tak samo jak niespodziewanych, nagłych zmian nie do uniknięcia, nie lubi, gdy ktoś ją wprowadza w błąd. A nawet podwójnie bardziej, ponieważ wiąże się też to z nienawidzeniem poprzednio wymienionych zdarzeń.
Jako, że ma bardzo częsty kontakt z dziećmi, warto wspomnieć o tym, jak wyglądają kontakty z nimi.
Nowoprzyjęci na oddział i przechodzący tylko przez izbę przyjęć będą na początku obdarzeni lekkim, przyjaznym uśmiechem. Podczas rozmowy na temat zdrowia będzie pojawiać się rzadko przez jej empatię, która, choć uszkodzona, działa mocno. Potrafi uronić kilka łez przy słuchaniu o tym, jak się ktoś czuje czy co przeżył, zupełnie, jakby też to przeżywała. Jednocześnie stara się zachować profesjonalizm i ukrywać przejawy współczucia, ale widać, że jest choć odrobinę przejęta. Przy młodzieży nie próbuje być ani trochę na czasie, jak w zwyczaju mają niektórzy dorośli. Ich też traktuje odrobinę dziecięco. Ale tylko odrobinę, na przykład częstowaniem cukierkami po wizycie, co większość praktykuje raczej wyłącznie przy kontakcie z młodymi dziećmi do ok. 12 roku życia. Omawiając zachowanie wobec leżących na oddziale małych i dużych, choć niedorosłych, pacjentów, obdarza ich troską. Nie narzuca się, pozwala na to, by ktoś został sam, gdy tego chce, choć pozostanie w odległości czuwając, by nic złego się nie stało. Przy zabiegach i podawaniu leków unika przymusu, zamiast tego woli przekonać pacjenta, że warto i nie ma czego się bać. Wysłucha z chęcią, spróbuje doradzić, wspomoże, a nawet z chęcią przytuli i pogłaszcze, jeśli ktoś lubi. Ktoś zaraz powie: Przecież lekarz jest od leczenia, a nie niańczenia. Takie teksty ją tylko denerwują. W końcu nie niańczy, a daje tym dzieciom i młodzieży bezpieczne miejsce, które nie jest jużprzykładem łamania praw pacjenta, a wręcz praw człowieka. Naprawdę się przejmuje ich losem, chce, by było z nimi jak najlepiej. Nie tyczy się to tylko tych z oddziału, ale i przyjmowanych w poradni. Ale tylko tym z oddziału może dać więcej, skoro spędza z nimi całe dnie i noce, bez swoich rodziców (jeśli w ogóle ich mają), bez przyjaciół spoza tego miejsca. Niejednego nauczyciela przyjeżdżającego tu uczyć ganiła za podejście. Niekoniecznie jako podejście do kogoś chorego psychicznie, ale jako po prostu podejście do ucznia też. Nie na każdym dyżurze ma czas by się wszystkimi z osobna zająć, ale na początku dyżuru nocnego czasu ma więcej, o ile ktoś nie dobija się do izby przyjęć. Nawet uzależnieni zachowują się po kilkunastu dniach terapii lepiej, niż na początku, chętniej współpracując.
Stary personel oddziału tylko krzywo na to patrzy, puka się w głowę i wyśmiewa ją czasem. Nie lubi ich podejścia, ale ze względu na to, że nad sobą ma ordynatora, nie może zrobić wszystkiego ani zmienić tego miejsca całkowicie na przyjaźniejsze chorym. To ją czasem dobija, a myśl na spotkanie ze współpracownikami, nie pozwala jej się zwlec z łóżka. Na szczęście, dzięki ciepłemu przyjęciu przez większość pacjentów jej metod, radzi sobie lepiej w pracy, niż gdyby to się nie stało. Owszem, ciężko jej i kryzysy ją dopadają, ale wie, że robi to dla "swoich" dzieci.
Sama nie ujawnia swoich problemów przed pacjentami. Robi to ze strachu przed wyśmianiem, utratą zawodu (nie chce być znowu po stronie pacjenta na psychiatrii), czy zwykłego unikania obciążania ich. Czasem się zdarza, że język jej się rozplącze, ale próbuje się hamować, by nie obciążać ich swoimi problemami.
Bardzo łatwo ją rozczulić czy sprawić, by się rozkleiła. Na myśl, o czymś bardzo uroczym bądź słodkim, potrafi być bliska płaczu, wyglądającego na pochodzący ze smutku. Do tego stopnia uwielbia uroczość, stara się też, by jej otoczenie takie było. Najpewniej płacze z tego, że sama chce być w takim świecie. Gdzie mogłaby się zaszyć, wtulić w puszystą owieczkę i zasnąć na jej grzbiecie.
Hobby: Nie widać, że psychiatria i pomaganie innym? Ale to najbardziej widoczna część. Dochodzi do tego lotnictwo i kolejnictwo, dzięki czemu tak często jeździ pociągami. Licencję pilota już planuje, a kiedyś chciała zostać dyżurną ruchu kolejowego czy maszynistką. Nie wykluczała też kontroli ruchu lotniczego. Z każdej dziedziny można ją przepytać i nie będzie nic obcego dla niej. W wolnym czasie zajmuje się ogródkową uprawą maku lekarskiego. Cukiernictwo czasem też ją pochłonie na kilka godzin.
Aparycja|
- wzrost: 167.3 cm
- waga: 50.84 kg
- opis wyglądu: Sanae jest bardzo szczupła, choć nie patologicznie, jak przy zaburzeniu zwanym anorexia nervosa. Nie jest daleko do tego, stwierdza się, że jest bardzo chuda, ale kości nie widać. Tkanki tłuszczowej ma mało, choć jeszcze jest jej wystarczająco w miejscach, gdzie trzeba. Skórę ma jasną, jeśli nie bladą. Często słyszała pytania w stylu „Dobrze się czujesz?” z tego powodu. Czasem zdarzają się znamiona na skórze, choć nie rzucają się w oczy i omijają jej twarzyczkę. Kończąc o skórze, w dotyku jest bardzo miła, tam, gdzie nie jest naruszona przez obrażenia. Tam jest odrobinę mniej miło z dotykaniem, ale miejmy nadzieję, że się zregeneruje.
Na owalnej twarzy nie widać niedoskonałości. Mimo tego, dla pewności dziewczyna używa odrobiny pudru. Oczy są dość duże niebieskiego koloru, nosek mały, a usta wyraziste, potraktowane błyszczykiem ciemnoróżowej barwy. Cienkie brwi są delikatnie pomalowane na kolor jej grzywki – bladoróżowy.
Włosy sięgają jej do połowy przedramion – wyprostowane, naturalnie jasny blond, przefarbowane są na różowo – od nasady do końcówek wyrazistość tego koloru rośnie.
Ubiera się… specyficznie. Zapytana o styl ubierania, odpowie, że po swojemu, jak jej się podoba. Być może, tylko ona wie, czemu chce się tak ubierać. Najczęściej jest to czarna, z przodu krótka, z tyłu długa sukienka z długimi rękawami, licznymi czerwonymi i różowymi wstążkami i skórzanym paskiem przy jej talii. Nogi są zakryte pończochami przypiętymi do podwiązek. Do tego całość uzupełniają buty o cholewce do połowy kolan, czarnego koloru i o różowych sznurówkach. Takie ubrania nosi codziennie, w szafie ma kilka zestawów tego. Część na mrozy, część na upały, ale wszystkie niemal takie same, do rozróżnienia jedynie po metkach i kolorach wieszaków, na których wiszą.
Strój służbowy tak już nie wygląda. Na wspomniany składa się kilka elementów, jak na przykład kitel. Dominuje na nim biały kolor, ale są wszyte fioletowe lamówki - charakterystyczne dla psychiatrów w tej placówce. Zapinany jest na guziki, które również są białe, zawiera 3 kieszenie - dwie po bokach, a jedną na lewej piersi. Do tego spodnie, także białe i białe buty wsuwane. A pod kitlem nosi zwykłą, czarną koszulę. Jakoś polubiła czarny...
- pozostałe informacje: Na całym ciele liczne blizny po autoagresji i przemocy od innych - zwykle ukryte pod ubraniami lub pudrem, zależnie od okoliczności.
- głos: Asami Shimoda
Historia: Urodziła się 30 grudnia, najpewniej o 2:46 - miejsce urodzenia nieznane, rodzice też nieznani. Od razu po urodzeniu zaniesiono ją do sierocińca, jeszcze nienazwana, ubrana jedynie w pieluchę i okryta szczelnie kocykiem. Przyjęta niemal od razu, wychowywana następnie przez kolejne lata, już pod imieniem Sanae i nazwiskiem Kamitsuruyoshi. Do czasów przedszkolnych nic ciekawego się nie wydarzyło. Przecież każde dziecko może chcieć sprawdzić wytrzymałość ściany swoją głową. A że ma na to ochotę po wysłuchaniu czy ujrzeniu czegoś, co jej się nie podoba...
Przedszkole było dla niej ciężkim czasem - wychodzić na jaw zaczęły jej problemy z kontaktami rówieśniczymi. Podczas, gdy chłopcy bawili się z chłopcami, dziewczynki z dziewczynkami, a obie te grupy nawzajem się przezywały (choć czasem i bawiły), malutka Sanae trzymała się od nich wszystkich z dala. Nie chodziło o odrzucenie, sama nie podchodziła. Dopóki nie zwracano na to uwagi, było dobrze i bawiła się w spokoju w to, na co miała ochotę. Czasem też wymyślała sobie przyjaciół, ale jak szybko przychodzili, tak też znikali. Ale, jak to bardzo często się zdarza, nic nie może być idealne. A dlaczego? Ponieważ przedszkolanki chciały włączać Sanae do zabaw z innymi. Chociaż mówić umiała, nie używała zwrotów grzecznościowych. Wszystko mówiła dosłownie, bez upiększania wypowiedzi czy ugrzeczniania. Uznana była też za dziwną przez społeczność jej grupy przedszkolnej, przez co i z drugiej strony nie było chęci do zabawy. Nie interesowała się tym, co wszyscy. W czasie, gdy uwaga całego przedszkola była skierowana na pewną bajkę czy to, że w przedszkolu są nowe zabawki, dziewczynka przyglądała się, jak elektryk naprawiał oświetlenie. Zaburzenia jej zachowania uznane były za nieodpowiednie wychowanie w sierocińcu, co próbowano wyrównać w przedszkolu, ale bez skutków. Przynajmniej pozytywnych, Sanae nienawidziła tego, ponieważ burzyło jej porządek dnia. Jak normalnie było wszystko zaplanowane, od godziny 8:00 do 15:30 (potem było raczej wyłącznie czekanie na rodziców, a opiekunka przychodziła po nią około 16:00), tak ona była co kilka dni wyrywana (nie dosłownie, w znaczeniu zabierana, proszona dokądś) z sali do niewielkiego pokoju, gdzie uczono ją poprawnego zachowania i używania języka. Przychodziło jej to bardzo opornie, ponieważ nie rozumiała po co jej to wiedzieć, skoro jej nie interesuje. Dalej wolała patrzeć na pracę personelu technicznego placówki, zamiast zajmować się tym, co część pedagogiczno-opiekuńcza próbuje zrobić, by dzieci były mądre i silne fizycznie. Przejście do zerówki też było trudne. O ile nauka sama w sobie była dla niej bardzo prosta i przyjemna, a jako pierwsza z grupy nauczyła się płynnie czytać (do tego ani razu nie dukała czy nie sylabizowała!), kontakty społeczne wciąż kulały. Nie lubiła się bawić, ponieważ jej to nie interesowało. Działała też opinia dziwaka, przez co nierzadko ją wytykano palcami, śmiano się z niej i wyśpiewywano wierszyki na temat jej dziwności. Do tego ten hałas, który dziewczynka odbierała tak intensywnie, że przy każdej "zabawie muzyczno-ruchowej" uciekała z sali zaszywając się w kącie korytarza, a raz udało jej się ukryć w schowku gospodarczym. Zmuszana dalej do tego, całe dnie od rana do powrotu z przedszkola płakała. Rano, że nie chce tam iść, a w przedszkolu, że ma dosyć i chce do sierocińca. Widok surowej i niemającej podejścia do dzieci opiekunki wtedy był dla niej kojący. Co z tego, że była później bita - nie była w tamtym hałaśliwym miejscu.
Przedszkole to było nic w porównaniu do szkoły. Oczywiście nauka liczenia i doszkalanie czytania nie były problemem (za szybko czytała na doszkalanie, była tak właściwie tylko dobrym przykładem), ale doszło pisanie i prace plastyczne. Nie wspominając o nasilających się problemach związanych z relacjami rówieśniczymi. Zacznijmy po kolei, od pisania. Pisanie było dla niej torturą, gdyż jak się nie starała, literki wychodziły krzywe, nierówne wielkością, trudne do rozczytania. Nauczycielka prowadząca klasę zalecała więcej ćwiczeń, a opiekunka była tak wymagająca, że dodawała swoje linijki literek czy zdania do przepisania (zależy od klasy), stała nad małą z zegarkiem odmierzając czas i nie zawahała się jej uderzyć, gdy ćwiczenie zajmowało za długo według opiekunki. Nauczycielka tylko była wyrozumiała, dając jej czas na nauczenie się. A także arkusze ze szlaczkami bądź literkami. Z pracami plastycznymi było jak z literkami - źle. Kolorowanki z wychodzeniem za linie (zauważalnie częstszym niż u innych), krzywe figurki z plasteliny, nieprawidłowo zaginane origami, gdy inni potrafią to zrobić według instrukcji tylko z niewielką pomocą pani. Prace plastyczne Sanae były wyśmiewane w całej szkole, nawet wśród najmniej uzdolnionych plastycznie. A rówieśnicy - nie ma konieczności wspominać o nich. Jej słabe strony i pochodzenie były podstawą wytykania. Czasem była uderzana przez innych, jej rzeczy nierzadko lądowały w śmietniku, a malutka była wysyłana do szkolnego psychologa z głośnym płaczem, zdarzało się, że wyrwana z uderzania głową o ścianę gdzieś na korytarzu, gdzie mało kto chodzi. Dzwoniono po opiekunkę, która zabierała ją, a w placówce "leczyła" jej autoagresję... agresją swoją wobec niej. Nic nie robiła sobie z tego, że może być za to ukarana więzieniem. Wybitne umiejętności z matematyki zostały zaprzepaszczone, bo szkoła chciała "zrównoważonego rozwoju umiejętności uczniów". Nie dostawała dodatkowych zadań, przez co nie rozwijała się za szybko, mimo posiadanego potencjału. Z ortografii była najlepsza w klasie, dzięki czemu wszystkie szkolne i międzyszkolne konkursy ortograficzne „należały” do niej. Nie było takiego, gdzie nie zdobyła co najmniej wyróżnienia.
Wizyty u psychologa szkolnego, pogadanki klasowe z pedagogiem o wzajemnym szacunku, a także troska wychowawczyni klasy nie pomagały. Sanae powoli czuła się coraz gorzej, z niechęcią chodząc do szkoły, a z jeszcze większą niechęcią z niej wychodząc. W pewnym momencie pojawiły się u niej myśli, że nie chce się więcej obudzić. Od pewnego momentu jej dzień wyglądał tak, że płakała bez przerwy. Nawet ukochanych zadań z matematyki nie mogła rozwiązywać z emocji, które jej towarzyszyły. Czytanie stało się niemożliwe przez łkanie i łzy w oczach sprawiające, że tekst się rozmywał. Aż pewnego dnia próbowała skoczyć z okna w jej klasie podczas przerwy. Nauczycielce udało się ją powstrzymać w ostatniej chwili, choć niewiele brakowało. Zapytana o powód postępowania powiedziała  wszystko, co dotyczyło jej chęci nieobudzenia się. Ponownie powiadomiono sierociniec, ale dobrej reakcji nie było. Opiekunka znowu ją zbiła. W nocy po tych wydarzeniach próbowała przerwać ciągłość naczyń krwionośnych celem wykrwawienia się. Jako narzędzie użyła noża, który zabrała ze stołówki. Skończyło się na niezbyt poważnych obrażeniach i ubrudzeniu wszystkiego krwią, ale i tak wezwano pogotowie. Przewieziono małą do szpitala na oddział chirurgii dziecięcej. Tam została opatrzona, a po zagojeniu ran przewieziono ją znowu, do innego szpitala. Tym razem na psychiatrię dziecięcą. Leczenie sprawiało problem z powodu jej młodego wieku - nie wszystkie leki można było jej podać. Zostawały środki uspokajające i wysyłanie do izolatki, gdy znowu chciała sobie coś zrobić. A chciała niemal przez cały pobyt, dopóki nie zrozumiała, że aby to się udało, musi stamtąd wyjść. W międzyczasie warto wspomnieć o warunkach w domu dziecka, lub (jak niektórzy go nazywali) "domem zniewolenia dziecka".
Chociaż samo miasto nie jest siedliskiem patologii, to miejsce było tylko z zewnątrz dobrze wyglądające. Nie chodzi tylko o wygląd budynku, który był zadbany, ale i o część, gdzie można było adoptować dzieci. Także pokazywane potencjalnym rodzicom adopcyjnym miejsca wydawały się być tymi, gdzie dzieci beztrosko się bawią nie przejmując się brakiem rodziców. Ale to tylko warstwa wierzchnia, za którą tylko podopieczni i pracownicy mogli wejść. Czy przykrywka... Nie do końca. To po prostu były szczęśliwsze dzieci, które sobie radziły, a nie były agresywne czy nie wykazywały innych dysfunkcji. Dopiero we właściwej części mieszkalnej odsłaniała się prawda. Wychowawcy nie sprawowali należytej opieki nad swoimi podopiecznymi, którzy często byli bici. Niektórzy z nich sami uczyli się używania agresji wobec innych. Ci nieprzystosowani, którzy byli spokojni, byli ofiarami przemocy. Za starzy, by ktoś ich chciał, a za młodzi i zbyt niedoświadczeni, by móc samodzielnie żyć. Problemy z narkotykami czy innymi używkami rzadko się zdarzały, skrupulatne kontrole czyniły posiadanie czegokolwiek niemożliwym. Już uzależnieni kończyli w ośrodkach odwykowych, chyba, że ich uzależnienie nie było widoczne. A Sanae… Ze swoimi zaburzeniami nie radziła sobie. Uznana za dziwadło, była samotna. Współlokatorki często gnębiły ją i ośmieszały. Nie miała oparcia w nikim… Prawie w nikim. Przez pewien czas pojawiła się inna dziewczynka, bardzo podobna do niej. Zaprzyjaźniły się, razem się bawiły gdy miały ochotę, dużo rozmawiały… Obie uznane za dziwne, ale to sprawiało, że Sanae lepiej przeżywała ten trudny czas. Ale, Amai (ta przyjaciółka) została adoptowana. Znowu dziewczynka musiała radzić sobie z samotnością oraz frustracją wynikającą z braku przyjaciółki.
Wracając do szpitala, po wyjściu poznała wspomnianą przyjaciółkę. Nie radziła sobie ze stratą, więc próbowała powtórzyć czyn sprzed kilku miesięcy, ponownie znajdując się w placówce ochrony zdrowia psychicznego. Kolejne miesiące (tym razem cztery) minęły jej w męczarniach przez pielęgniarki, którym brakowało cierpliwości, lekarzy, którzy przepisywali leki jak im się podoba, a także innych pacjentów, którzy byli za głośni dla niej, a ich zaburzenia i choroby nie były opanowane. Ale czy kogoś to obchodziło? Nikogo poza tymi, co sobie z tym nie radzili. Wypisana, już nie była taka sama, jak wcześniej. Lekko otępiała, bez emocji, snuła się po szkolnych korytarzach w dziwnym stanie zbliżonym do smutku. Do końca szkoły, poza opinią dziwaka, dostała też łatkę wariatki. Mało tego, przez całą edukację męczyła się z tymi wyzwiskami od nietolerancyjnej części społeczności klasowej. Samotność jej wciąż doskwierała, chociaż już jej zaburzenia nie przeszkadzały w nauce. Problemy z jej . Niektórzy nauczyciele wymagali od niej dużo więcej, niż ona była w stanie zrobić. Genialna z chemii, biologii i świetna z fizyki, katowana przez pozostałych nauczycieli, miała już coraz gorsze wyniki w nauce. Powoli przestała dawać radę z czymkolwiek – stres związany z pozostałymi przedmiotami ją blokował. W końcu na szczęście ukończyła edukację, czas nadszedł na studia. Wyszła też z sierocińca. Przytłoczyła ją rzeczywistość – choć dostała pieniądze, musiała znaleźć pracę i miejsce do mieszkania. Wszystkie egzaminy zdała na tyle dobrze, że nie musiała obawiać się o miejsce na studiach. Z początku pracowała w cukierni jako sprzedawczyni (czasem też pomagała w pieczeniu), by zarobić na swoje utrzymanie. Stawki nie były duże, ale na wynajęcie skromnej kawalerki i studiowanie wystarczało. Na jedzenie już było gorzej, ale przyzwyczajona była do takich warunków. Czasem cały dzień nie jadła, napełniając się samymi sokami owocowymi i wodą z kranu, aby starczyło jej pieniędzy do końca miesiąca, jak i glukozy we krwi do końca dnia.
Jako kierunek wybrała medycynę. Ciężki kierunek? Na pewno, ale to było coś, co uwielbiała. Doskonale się uczyła, choć kolokwia, niektórzy profesorowie lubiący dyscyplinę, czy prace grupowe utrudniały jej studiowanie. Mimo tego, poszło jej dobrze, obroniła wszystkie prace dyplomowe. Specjalizację wybierała do ostatniej chwili, tak była niezdecydowana. A wybór padł na… Niegdyś znienawidzoną przez nią psychiatrię dziecięcą. Zapragnęła walczyć z jatrogenią, a także pomagać chorym psychicznie, o których nikt nie myśli. Wszyscy martwią się nad losem pacjentów onkologii, a nad chorymi psychicznie nikt się nie pochylał, byli zawsze odizolowani, wyparci ze świata, jak nie wytykani palcami. Żadnego egzaminu nie powtarzała, nie musiała. Ale nie, że była przy progu zdawalności, wyniki miała co najmniej zadowalające profesorów uczelni. Praktyki? Jako jedyna została wyróżniona za dobre podejście do pacjenta i od razu zaproponowano jej miejsce w szpitalu. Wystarczyło, że nauczy się metod diagnostycznych, postępowania ze szczególnymi przypadkami i mogła zacząć pracę. Podjęła pracę w szpitalu w mieście, tym samym, gdzie leżała miesiącami. Zaczęła też jeździć do swoich podopiecznych. Lubiana przez swoich małych pacjentów, chwalona przez ich rodziców, choć inni lekarze i pielęgniarki patrzyli i patrzyły się na nią krzywo. Do dzisiaj się to zdarza.
W końcu uzbierała na domek, w którym obecnie mieszka, powoli go remontując i urządzając według swojego upodobania. Uniezależniła się od innych już całkowicie, próbując żyć tak, jak sobie wymarzyła. W spokoju, dostatku i towarzy... no, to ostatnie jeszcze nie spełnione. Nie znalazła jeszcze przyjaciół, o ukochanej nie wspominając.
RodzinaBiologiczna nieznana. Wychowana była w sierocińcu. A za przyszywaną uznaje pacjentów swojego oddziału.
Partner: Brak, choć chciałaby. Ale zechce ktoś dziewczynę, która nie rozróżnia przyjaźni i miłości, nie wie, jak to wygląda i całymi dniami (jak nie nocami) pracuje?
Potomstwo: Jeszcze nie ma, choć kto wie, co się stanie…
Ciekawostki:
* Jej grupa krwi to A Rh -.
* Była dwukrotnie leczona w szpitalu na zaburzenia depresyjne i depresyjno-lękowe.
* Zdiagnozowano jej też zaburzenia spektrum autystycznego, z których nikt nic sobie nie robił. Teraz, dzięki inteligencji i łatwości uczenia się Sanae, nie widać tego tak bardzo, jak kiedyś.
Do dzisiaj z objawów zostały jej nienawidzenie zmian, nadwrażliwość na dźwięki, autoagresja (z użyciem tępego i ostrego narzędzia - to drugie dużo rzadziej, niż kiedyś), kołysanie się (czasem tak znikąd, po prostu nagle zaczyna się kołysać).
* Uwielbia słodycze i poprawia sobie nimi nastrój. Znaczy próbuje... Nie obżera się nimi, a zwyczajnie przyjmie w swe rączki np. tabliczkę czekolady i powolutku, kosteczka po kosteczce, ją zje. Takie jej uzależnienie od słodyczy...
* Do dzisiaj nie umie ładnie pisać. Można powiedzieć, że urodziła się z pismem lekarskim. A o zawodzie lekarza myślała kilka razy w przedszkolu oraz niemal bez przerwy w szkole średniej. O psychiatrii pomyślała dopiero w ostatniej klasie szkoły podstawowej.
* Uczestniczyła w wielu konkursach w szkole. Zdobywała liczne tytuły laureatki i finalistki na skalę nawet krajową z: Ortografii, nauk przyrodniczych (biologia+chemia+geografia), biologii, informatyki (ogólnej), programowania.
* Pracuje w szpitalu, w którym niegdyś sama leżała. Stąd zna doskonale każdy zakamarek tego oddziału, a także wie, co trzeba zmienić. Najgorsze zwyczaje, jak wstrzykiwanie płaczącym Relanium, usypianie wszystkich na siłę hydroksyzyną bez względu na konieczność jej stosowania, zamykanie w izolatce przy napadach lękowych czy zmuszanie anorektyczek do jedzenia nie mają miejsca na dyżurze z Sanae. Stosuje ona metody łagodne, ograniczające użycie leków, bez przymusu i poniżania. Na jej dyżurach nie pozwala na takie traktowanie swoich kruszynek. Na jej dyżurze użycie kaftanów bezpieczeństwa, łóżek z pasami i izolatki zdarza się rzadziej niż normalnie. A jeśli, cały czas obserwuje takiego pacjenta tak unieruchomionego, w oczekiwaniu na jego uspokojenie. Aby, jak już będzie lepiej, od razu mogła tego kogoś uwolnić.
Na innych nie ma na to niestety wpływu, przynajmniej dopóki nie zostanie ordynatorem oddziału. Na pielęgniarki też nie zawsze ma wpływ.
* Na oddziale niektórzy pacjenci tak ją polubili, że nazywają ją "ciocią Sanae". Gdy to słyszy, rumieni się lekko zaskoczona. Nie przywykła do tego, choć od dobrych kilku miesięcy jej podopieczni tak się do Sanae zwracają.
* Z muzyki, wielbi muzykę poważną. Wprawdzie w filharmonii jest dla niej za głośno, ale słuchając ulubionych utworów jest w stanie się z nich cieszyć.
* Do teraz czuje się dzieckiem, a przynajmniej nie czuje się dorosła. Dalej zachowuje się odrobinę dziecięco, największą jej używką są słodycze, a czasem nawet śpi z misiem. Odrobinę boi się też zasypiać w ciemnościach, dlatego zostawia sobie małe światełko. Płacze przy kołysankach, co ma związek z tym, że łatwo ją rozczulić.
Inne zdjęcia: Brak
Zwierzęta: Brak, choć nie zaszkodziłoby. Tylko czy starczy jej cierpliwości?
Pojazd: Podróżuje komunikacją publiczną, szczególnie upodobała sobie kolej. Planuje zrobić licencję pilota prywatnego.
Kontakt: e-mail: mywin17@live.com | GG: 24755681 | DD: Miyashi Kamitsuruyoshi#1694