Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kehlani. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kehlani. Pokaż wszystkie posty

1 lip 2019

Czerwcowa czystka

postacie, które napisały ostatnie opowiadanie w dniach 15.05-30.06 zostają na blogu,
postacie, które napisały ostatnie opowiadanie w dniach 14.04-14.05 dostają upomnienie,
postacie, które nie wykazały żadnej aktywności do 13.04, zostają wydalone
postacie, które odchodzą z woli autora
trzy upomnienia — wyrzucenie
imię* - zawieszenie
mężczyźni
AARON*
ADAM
ANTONI
AXEL*
BELLAMI
BILLY JOE
CAMERON
CHARLES*
CONRAD*
DAMIEN
DANIEL*
ELIAS*
EVAN*
FELIX*
FRANCISZEK
GABRIEL
GARED
HANGAGOG
IVAN
JACOB*
JULIEN
JUNGHO
KEN
LAWRENCE
LIONELL
LUCAS
MICHAEL
MILO
NAFF
NEAL
NICOLAS
NIVAN
NOAH*
OLI*
RAFAEL
SAMUEL
SPENCER
THEO
THOMAS
TRACE
TYLER
kobiety
ALTHEA
AMY
ANASTAZJA
ANGELICA*
ASHLEY
AURORA
BRIDGET
BROOKE
CANDICE
CATNISS*
CHARLIE
CHLOE*
CRYSTAL
DEARDEN
DIANTHE*
ELISE
HARPER
IDA*
ISABELLE
IZZY
JULIA*
KATFRIN
KEHLANI
KITTY*
KOYORI
LAURENE*
LOUISE
LUCIA
LUCILLE
LUCY
NOELIA
ODETTE
ODEYA
PELAGONIJA
RACHEL
RAVEN
ROSE*
SANAE
SARAH*
SOFIA
SUE RACHEL
SUTTON
SYBIL
TAYLOR
TOVE*
VICTORIA
WANDA

Podsumowując:
Avenley River opuściło -  4 ♂ | 5+1 ♀
upomnienie uzyskało -  4 ♂ | 4 ♀
postacie bez upomnienia - 33 ♂ | 37 ♀
na blogu pozostało (włącznie z postaciami z upomnieniami) - 37 ♂ | 41 ♀
Prosimy również, aby postacie, które nie napisały jeszcze żadnego opowiadania, nadrobiły to w ciągu tygodni.

2 mar 2019

Od Kehlani cd. Bellamiego - Walentynki [2/2]

Przez ostatnie tygodnie działo się naprawdę wiele. Zaczęłam swoją przygodę ze studiami, gdzie poznałam wielu interesujących ludzi. Między innymi pewną Sawyer, obok której najczęściej siadam na wykładach. Dziewczyna jest niezwykle utalentowana, jeżeli chodzi o rysunek. Natomiast, jeśli chodzi o uzdolnienia matematyczne, już nie radzi sobie tak dobrze. Zaproponowałam jej więc wspólną naukę do egzaminów, mającą na celu poprawienie się jej w danym przedmiocie. Ta długo nie myśląc zgodziła się, wynagradzając mi poświęcony czas wypadem do galerii handlowej. Chociaż niekoniecznie miałam ochotę latać po sklepach, pragnęłam spędzić z nią miły czas. Podczas owego spotkania Sawyer musiała mnie na chwilę opuścić, gdyż zostawiła swoją czapkę w jednej z przymierzalni. Gdy czekałam na nią, siedząc na publicznej ławce, podszedł do mnie pewien mężczyzna, który zapytał o drogę do dworca. Wydawał się bardzo uprzejmy, kiedy mu wszystko wytłumaczyłam, życzliwie podziękował. Już po kilku minutach zapomniałam o istnieniu tego człowieka, jednak prędko mi go przypomniano. Niecały tydzień po tym zdarzeniu zadzwoniono do mnie prosto z biura śledczego w sprawie śmierci napotkanego na mnie mężczyzny. Zauważono nas rozmawiających i stwierdzono, iż możemy się dobrze znać. Choć serce waliło mi jak szalone, postanowiłam nie stwarzać kłopotów i pojawić się tam już następnego dnia.
Od rana byłam zestresowana. Ciotka starała się mnie uspokoić, chociażby powtarzając, że w taki piękny czas nie można zadręczać się problemami. Piękny czas, ale wyłącznie dla uprzywilejowanych. Walentynek nigdy nie świętowałam i wtedy miałam nadzieję, iż na długo tak pozostanie. Walentynki są do dupy.
Na miejscu powitał mnie wysoki mężczyzna, ubrany elegancko, lecz schludnie. Gdy poprosił o podanie mi herbaty i zaczął zwracać się do mnie ciepłym głosem, od razu się rozluźniłam. Oczywiste jest to, iż wciąż przechodziły mnie dreszcze na myśl o widoku nieżywej osoby. Tak było aż do samego przejścia przez drzwi prowadzące do kostnicy. Na stole leżało ciało, którego z początku nie rozpoznałam przez drastyczne uszkodzenia. Dopiero, gdy przyjrzałam się głębiej rysom twarzy tej osoby, zrozumiałam, iż to naprawdę on. Powiedziałam patomorfologowi wszystko, co wiedziałam o tym mężczyźnie, po czym mnie wypuszczono. Wciąż roztrzęsiona po tym widoku wróciłam do domu, gdzie miałam rozpocząć randkę z referatem z fizyki. Takie walentynki.
Będąc już w moim gniazdku przystąpiłam do działania, w czym prędko coś mi przeszkodziło. Tym "czymś" była wiadomość od "szalonego wielbiciela", który zaprasza mnie na "szaloną randkę". Chociaż z początku uważałam to za totalną głupotę i miałam ochotę zignorował zaproszenie, przypomniałam sobie słowa matki, która zawsze mi powtarzała, iż w życiu trzeba otworzyć się na nowe rzeczy i osoby, próbować szaleństw, mogące wydarzyć się w życiu jedynie raz. Zaczęłam się nad tym zastanawiać przez dłuższą chwilę, co odbiło się na moim skupieniu. W końcu odłożyłam telefon, by kontynuować pracę i jak najszybciej zacząć przygotowywać się do wieczornego spotkania.
Nie potrafiłam sobie uświadomić, kim może być ten mój tajemniczy adorator. Przez głowę przemknęło mi wiele myśli, między innymi o znajomych z wykładów, klientach w sklepiku, czy pedofilach. Wzdrygałam się za każdym razem, gdy miałam przed oczami porwania bądź gorsze sytuacje, natomiast uspokajałam się faktem, iż restauracja położona jest na ruchliwej ulicy, więc w tłumie na pewno znajdzie się osoba, która zareaguje na moje wołanie o pomoc. Gdy skończyłam referat po blisko trzech godzinach, poszłam wziąć prysznic, ubrać coś, w czym nie będę się wstydziła pokazać, nałożyłam delikatny makijaż oraz spięłam włosy w luźnego koka. Moje przygotowania nie trwały dłużej niż półtorej godziny, dlatego już o osiemnastej byłam gotowa.
Nie chcąc się spóźnić, a zarazem stać przed restauracją kilkadziesiąt minut, wyjechałam w pół do dziewiętnastej, by przedostać się do samego centrum miasta. Zestresowana cały czas bawiłam się palcami. Jeszcze kilka godzin temu nie byłam świadoma, że to właśnie te walentynki tak naprawdę będą moimi pierwszymi. Stwierdziłam, iż nieważne jak to się skończy, z jakim humorem wyjdę z budynku, ten dzień i tak zapadnie mi w pamięć jako ten "pełen wrażeń" - dosłownie i w przenośni.
Wysiadłam z taksówki, dziękując przy tym kierowcy za bezpieczną podróż. Moją uwagę na samym początku przykuł podświetlany szyld z napisem "Lancasters", dopiero później zaczęłam szukać wzrokiem ponoć nieznanego mi "szalonego wielbiciela". Zbliżając się do wejścia, zauważyłam spoglądającego w zegarek, zarazem seksownie, jak i elegancko ubranego mężczyznę, którego z twarzy już kojarzyłam, co wywołało u mnie burzę myśli i powrotów do wspomnień. Nagle nasze spojrzenia się spotkały, a ja gwałtownie stanęłam. Znany mi patomorfolog uśmiechnął się szeroko, wyciągając zza siebie bukiet kwiatów i poprawiając marynarkę. Nie wiedziałam co robić. Zdawałam sobie sprawę z tego, iż jest ode mnie o co najmniej dziesięć lat starszy, uświadamiając sobie, że dla niego mogę być zwykłą, naiwną gówniarą. W końcu jednak ogarnęłam się i nie chcąc zrobić z siebie kompletnej idiotki, odwzajemniłam uśmiech, po czym podeszłam do mojego wieczorowego partnera.
- Witaj. - rzekł, wciąż promieniejąc. Objął mnie delikatnie na powitanie, a zaraz po tym powoli się odsunął. - Niesamowicie wyglądasz. - dodał, przekazując mi przepiękny bukiet kwiatów.
- Dz-dziękuję. - odpowiedziałam zawstydzona, pochylając lekko głowę. Odebrałam trzęsącymi rękoma garść roślin ozdobnych. Wtedy sobie uświadomiłam, że to, do cholery, nie dla mnie. Powinnam teraz siedzieć na kanapie i obżerać się chrupkami. Mimo wszystko nie miałam wyjścia, musiałam spędzić z nim kolejne kilka godzin.
- Oh, wybacz. Mam na imię Bellami, jednak przyjaciele zwracają się do mnie raczej Bell. - ponownie się uśmiechnął, wciąż wpatrując się głęboko w moje oczy. Zarumieniłam się, starając unikać kontaktu wzrokowego.
- Kehlani. - mruknęłam, spoglądając na wejście do restauracji. - Wejdziemy? - zapytałam, tym razem wracając spojrzeniem do mężczyzny. 
- Oczywiście. - odpowiedział, łapiąc mnie za talię i kierując do wejścia. Wciąż czułam się spięta i nie miałam pojęcia, co ja w ogóle tam robię.
Czas mijał powoli, niezręczne minuty ciszy zabijały całkowitą atmosferę, jaką oddawała ta przytulna restauracja. Zamówiliśmy jedzenie oraz trunki, po czym nieudolnie prowadziliśmy rozmowę, przerywaną co kilkanaście sekund przez brak wspólnego tematu. Zażenowanie mnie nie opuszczało, a dołączył do niego również żal do tego, że wciąż nie jestem tak otwartą osobą. Kontakt z nowymi osobami nigdy nie był dla mnie łatwym zadaniem, a spędzanie kilka godzin z praktycznie nieznanym mi facetem wcale tego nie ułatwiał. 
- Kontynuujesz naukę? - odezwał się w końcu Bellami, któremu jak dotąd nieświadomie utrudniałam ciągnięcie rozmowy. 
- Tak, uczęszczam na studia na kierunku architektura. - odpowiedziałam, biorąc łyka czerwonego wina. 
- Architektura? Ambitnie... - mruknął, wpatrując się w moje oczy. - Musisz być niezwykle utalentowana. - dodał tym głosem, który zawsze wywołuje u mnie pojawienie się gęsiej skórki. Dotąd słyszałam takie jedynie w filmach, więc przeżycie tego na żywo było o wiele bardziej efektowne.
- No, może trochę. - zaśmiałam się cicho, spuszczając delikatnie głowę. To było zarówno tak bardzo żenujące, jak i zabawne, ale raczej w tym pozytywnym znaczeniu. Poznałam go dzisiaj, właściwie w kostnicy. Kompletnie mnie nie znając zaprosił mnie na randkę, a ja bezmyślnie się zgodziłam. Doprowadziło to do tego. Tego spotkania, którego zapewne prędko nie zapomnę.
- Skromna, idealnie. - wymamrotał z szerokim uśmiechem, na co gwałtownie podniosłam głowę. Standardowo, skończyło się to wypadkiem, spowodowanym moją niezdarnością. Wylałam na biały obrus moje czerwone wino. Równie czerwona zrobiłam się także ja. Natychmiast starałam się to jakoś uratować, powtarzając cicho "przepraszam, przepraszam". Bellami chichotał tylko patrząc się na moją niesforność. Spojrzałam się na niego zakłopotana, na co ten pokręcił głową ze śmiechu. W końcu zrozumiałam, iż niepotrzebnie się poirytowałam. Również wybuchnęłam śmiechem, który zapewne usłyszały sąsiednie stoliki, jak nie cała restauracja. 
Reszta wieczoru minęła naprawdę sympatycznie, czego kompletnie się nie spodziewałam. Rozluźniłam się, dzięki czemu nasze rozmowy stały się lekkie i przyjemne. Podejmowaliśmy się każdego tematu, jaki przychodził nam do głowy. Przy pomocy alkoholu szło nam jeszcze lepiej. Wciąż się uśmiechaliśmy, nie mogąc przestać. Wyszliśmy dopiero, gdy zamykali restaurację. Chociaż Bellami zapraszał mnie do siebie, musiałam odmówić, gdyż tego samego dnia czekały mnie kolejne godziny pracy i nauki. Gdyby nie to, to i tak pewnie bym się do niego nie wybrała. Mimo wszystko, miło z jego strony, że o mnie pomyślał. Jakkolwiek pomyślał, po prostu pomyślał.
Teraz walentynki są trochę mniej do dupy.

Przepraszam za to coś, to nie powinno ujrzeć światła dziennego. Sama czułam zażenowanie, gdy to pisałam.

29 gru 2018

Od Kehlani

Otworzyłam swe oczęta, od początku będąc świadoma tego, jaki dzień nastąpił. Położyłam się spać około dwudziestej, abym nie musiała się udręczać ze swoim zmęczeniem. Niestety, ale strach z towarzyszącym podekscytowaniem dały górę. W wyniku tego oddałam się w ręce Morfeusza jedynie na niecałe pięć godzin, czego skutki doświadczyła już niedługo po przebudzeniu. Pranek, a raczej jego wczesna pora niby wydawał się jak każdy inny, jednak w oczach Kenaia i mamy widziałam coś nowego. Zdecydowanie tęsknotę, jaka będzie im doskwierać przez dłuższy czas. Zarówno śniadanie, jak i całe przygotowywanie się do podróży spędziliśmy w milczeniu, jedynie spoglądając na siebie wzrokiem pełnym emocji. Gdy nadeszła pora wyjścia z domu, zacisnęłam szczękę, chcąc powstrzymać wszelakie łzy, które pchały się do spłynięcia po moim poliku. Ucałowałam delikatnie drzwi wejściowe, jak to było u nas w zwyczaju, gdy ktoś na dłuższy okres opuszczał dotychczasowe miejsce zamieszkania. Przechodząc przez próg, poczułam ucisk w klatce piersiowej, czym zrozumiałam, iż koniec tego wszystkiego się zbliża. W końcu wraz z bagażami oraz członkami rodziny wsiadłam do starego cadillaca, wcześniej należącego do mojego ojca. Kiedy mój brat ruszył, przełknęłam głośno ślinę, rozglądając się z ogromnym bólem dookoła. Myślałam, że prawdopodobnie ostatni raz mam okazję ujrzeć krajobraz, jaki dotychczas otaczał mnie codziennie. Do mojej głowy natychmiast napłynęło wiele wspomnień, co poskutkowało niekontrolowanym wylewie łez. Żegnaj, Hawewe.
Po niecałej godzinie dotarliśmy na lotnisko. Widząc startujące maszyny zakręciło mi się w głowie, co mimo wszystko nie trwało długo. Mama spojrzała się na mnie czule, co odwzajemniłam delikatnym uśmiechem, kryjącym za sobą zżerający od środka strach. Strach przed przyszłością.
- Kochanie, to już czas. Chociaż mamy jeszcze godzinę, warto przygotować się na to wcześniej. - odparła nagle, po czym odetchnęła i wyszła z auta. Dobrze wiedziałam, iż dla niej mój wyjazd również jest niezwykle ciężki. Mimo, że sama wpadła na ten pomysł, długo nie będzie mogła pogodzić się z kolejnym pustym krzesłem przy stole.
Skinęłam głową i ruszyłam za nią. Kenai wziął do ręki jedną torbę, natomiast drugą pociągnęłam za sobą, nie zapominając oczywiście o desce. Lotnisko odwiedziliśmy już dwa tygodnie wcześniej, aby się upewnić, czy w ogóle będę mogła ją wziąć ze sobą. Dzięki długim namowom udało się. Deska surfingowa to jedyna rzecz, która tak silnie będzie przypominać mi o domu, czego nadzwyczaj pragnę. Chociaż o rodzinie w życiu nie zapomnę, ona i tak wywoła u mnie mimowolne wspomnienia. Pełne magii, miłości i szczęścia.
Wykonaliśmy podstawowe czynności, których należy dokonać na lotnisku, po czym usadowiliśmy się na jednej z ławek. Usiadłam pomiędzy rodzicielką a bratem, przez co czułam, jak im obu trzęsą się ręce.
- Jesteście pewni...? - mruknęłam cicho, ściskając sobie przy tym dłonie. 
- Tak. - odpowiedzieli prawie że chórem, na co kąciki mych ust uniosły się. Pochyliłam po chwili głowę, chcąc włosami zakryć łzy, jakie kręciły się w moich oczętach. Kenai położył mój łebek na swoim ramieniu, natomiast matka złapała mnie delikatnie za rękę.
- Ty również bądź pewna. - dodała nieco drżącym głosem, wpatrując się we mnie z uśmiechem. 
Chciałabym, mamo.
Nagle do naszych uszu dotarł damski głos, ogłaszający, ich właśnie mój samolot niedługo startuje, więc jego pasażerowie mają stawić się w kolejce. Wstałam gwałtownie, czując, jak moje serce zaczyna coraz szybciej pulsować. Byłam coraz bliżej końca, a zarazem początku. Co mnie bardziej przerażało, sama nie wiem. W końcu wraz z towarzyszącymi mi osobami ruszyłam do celu, stawiając kolejne kroki niczym skazana na śmierć. Wyciągnęłam z podręcznej torby najważniejsze dokumenty, próbując wtedy powstrzymać moją dłoń od nieustających drgawek. Gdy miałam już ruszać do wyjścia, odwróciłam się do rodziny i rzuciłam się im w ramiona. Najpierw usta skierowałam do ucha brata, któremu szepnęłam:
- Do zobaczenia, farfoclu.
- Jeszcze dziś zobaczę cię na Skiver, mam nadzieję, pluskwo. 
Zaśmiałam się cicho, po czym skierowałam twarzyczkę w stronę matki.
- Na pewno cię nie zawiodę. - wyszeptałam, całując ją w policzek. Wreszcie puściłam ich, ocierając rękawem łzę, skradającą się po moim poliku. Uśmiechnęłam się szczerze, powiedziałam niepewnie "Cześć" i ruszyłam przed siebie. Żegnaj, Hawewe.
Chociaż pierwszy raz miałam okazję lecieć samolotem, żadnego strachu przed tym nie odczuwałam. Zapewne to dlatego, iż niepokój związany z zupełnie czymś innym mnie zżerał i nie przepuszczał żadnego innego. Przez całą podróż rozmyślałam nad tym, czy to na pewno dobry wybór, czy na pewno dam sobie radę, czy na pewno moja dojrzałość jest na takim poziomie, aby sama o siebie zadbać.  Byłam pewna jednego - tego już nie da się odwołać. Musiałam się z tym pogodzić, co do łatwych wyzwań nie należało. Przez dłuższy czas walczyłam z własnymi myślami, co jednak zakończyło się kompromisem. Usłyszałam w mojej głowie szum oceanu, a wyobraziłam sobie tłum ludzi, bawiących się na falach. Natychmiast się odprężyłam, co poskutkowało niekrótką drzemką. 
Przebudziłam się, gdy poczułam wstrząs. Na początku byłam przerażona, nie wiedziałam co się dzieje, jednak wzdychający pasażerowie dali mi do zrozumienia, iż najzwyczajniej w świecie lądujemy. Siedziałam tak przez moment w bezruchu, patrząc jedynie na "nowy" świat przez małe okienko. Wreszcie natomiast musiałam skończyć podziwianie tutejszego krajobrazu, gdyż wszyscy dookoła zaczęli się zbierać do opuszczenia samolotu. Również zaczęłam to robić. Wzięłam podręczny bagaż, rozejrzałam się, czy przypadkiem nic nie zapomniałam, po czym ruszyłam do wyjścia. Wciąż niepewnym krokiem skierowałam się do nowoczesnego lotniska, które powitało mnie różnymi reklamami w języku, jakim posługują się w Shilien. Na całe szczęście uczyłam się owej mowy od dziecka, dlatego chociaż trochę czułam się jak u siebie. Dotarłam do miejsca, w którym odebrałam bagaż, po czym ruszyłam do głównego, ogromnego holu, gdzie czekała na mnie kolejna członkini rodziny.
- Kehlani Parrish! Ależ tyś dorosła, dziewucho!  - przywitała mnie wesoło blondyna, zwana Ericą Parrish, a także moją ciotką. Chociaż nie widziałam jej może jakieś pięć lat, uwielbiam tę kobietę. Ma niesamowite poczucie humoru, nie mówiąc już o dystansie do siebie. Niestety tego samego o jej stylu i makijażu nie mogę powiedzieć, gdyż wygląda, jakby zatrzymała się w czasach, kiedy wyprodukowano telefony. 
- Ciociu! - rzekłam już z większą radością w głosie, przytulając siostrę mego ojca. Obejmując ją uświadomiłam sobie, że chociaż teraz jestem oddana w jej ręce, to ja również muszę zadbać o nią. Po przywitaniu się i krótkiej pogawędce skierowałyśmy się do samochodu kobiety, którym ruszyłyśmy do jej mieszkania. Sam przejazd do celu zajął ponad pół godziny, ponieważ już przed miastem powitały mnie korki. Oprócz nich udało mi się dostrzec również coś innego, co znaczniej mnie interesowało. Był to baner z napisem "Avenley River - miasto, w którym spełnisz marzenia".
- To się okaże. - wymamrotałam do siebie cicho, opierając swój łebek na szybie auta. 
Już następnego dnia złożyłam podanie do uniwersytetu, co kosztowało mnie wiele stresu. Miałam do czynienia z gburowatą sekretarką, która bardziej przejmowała się tym, iż zakupiony przez nią sernik nie ma rodzynek, niż moim i swoim, wiecznie upływającym czasem. Powiadomiła mnie również o tym, że egzamin z rysunku odbędzie się za dwa tygodnie, a nieobecność na nim zupełnie wyklucza z dostania się na studia. Chociaż jej wypowiedź brzmiała jak groźba, tym najmniej się przejmowałam. Najbardziej przeraziły mnie sterty papierów na jej biurku, które okazały się być podaniami. Podzielone były na "lepszych" i "gorszych" oraz "w oczekiwaniu". Oczywiście ja zostałam zaliczona do trzeciej grupy, jednak większość z uczniów, również marzących o przejściu dalej, nie miała już żadnych szans. 
Po nieprzyjemnej rozmowie z babulą ruszyłam do sklepiku mojej ciotki. Czekała tam na mnie z masą roboty, którą miałam nadrobić, ponieważ ona sama ma jeszcze wiele spraw do załatwienia między innymi w banku. Wykorzystuje moją obecność, czemu kompletnie się nie dziwię. Gdy Erica wyszła, postanowiłam zabrać się za rozkładanie nowych produktów. Na pierwszy rzut sięgnęłam po najlżejsze rzeczy, czyli przekąski. Kładłam je bez większego stresu, wsłuchując się w muzykę lecącą aktualnie w radiu. Przez ten czas nikt nie odwiedzał lokalu, co jeszcze bardziej mnie zadowalało. W końcu jednak naszła pora na alkohole. Nagle, gdy byłam w magazynie i próbowałam wziąć do ręki jak najwięcej butelek wina, bo tak szybciej, usłyszałam dzwoneczek, sygnalizujący wejście przez kogoś do sklepu.
- Cholera...  wymamrotałam, próbując zwinnie przedostać się do kasy. Pech chciał, aby było zupełnie inaczej. Niestety, potknęłam się o pierwszy lepszy kabel, co poskutkowało moim potknięciem się i zbiciem kilku szklanych naczyń. Pokręciłam przerażona głową, po czym energicznie wstałam. Pieprzona niezdarność. Pieprzona praca. Pieprzona przeprowadzka. Pieprzone Avenley.
Witaj, Avenley River.

Ktoś?

+10PD

Kehlani Parrish

Na zdjęciu: Random z Pinterest.
Motto: Dziewczyna posiada takich ogrom, dlatego też grzechem by było wybrać jedno jedyne, co także jest niezwykle trudne. Do nich należą między innymi: "jeśli chcesz sprawiedliwości, musisz ją sam wymierzyć", jak to mówią, oko za oko, ząb za ząb, "żyj każdym dniem, jakby miał być ostatnim, a nigdy nie zaznasz żalu", trzeba wykorzystywać chwile, ona dobrze o tym wie. "Świętym nigdy nie będę więc się o mnie nie zamartwiaj", bo jest wiele innych osób, które aktualnie potrzebują wsparcia, "żal trzeba pochować razem z bólem, bo cię zeżre" - jeżeli inni nie mają się martwić tobą, to ty wiecznie nie zamartwiaj się samym sobą. Nadchodzi kolej na ostatnie, którym dziewczyna kieruje się od rozpoczęcia pełnej samodzielności, czyli "odważni nie żyją wiecznie, ale ostrożni nie żyją wcale", bo do odważnych świat należy. 
Imię: Rodzice tej młodej panienki nie lubili kłócić się o takie banały. Ponieważ w sprawie imienia córki mieli odmienne zdanie, postawili na kompromis. Ogłosili w swojej restauracji konkurs na najpiękniejszą nazwę, jaką nosić będzie ich nowy potomek. Jak się okazało, wcale nie wygrały propozycje małżeństwa, a podane przez pierworodnego syna imię - Kehlani. Tak oto nazwano te urodziwe dziewczę, które wręcz pokochała mieszkańców rodzinnej wyspy za taki wybór. Jeśli chodzi o zdrobnienia i przezwiska, do tych zaakceptowanych przez dziewczynę należą między innymi Kehla czy Kehly. Oprócz tego najbliższa rodzina nazywa ją Moana, co w rodzimym języku oznacza "ocean", z jakim nasza bohaterka była nierozłączna, aż do teraz.
Nazwisko: Otrzymała po ojcu, dźwięczne, łatwe w wymowie. Parrish, w miarę ładnie komponujące się z imieniem.
Wiek: Niedawno świętowała osiemnaste urodziny, co było dość przełomowym wydarzeniem w życiu dziewczyny. Uzgodniła ze swoją rodzicielką, iż po uzyskaniu pełnoletności i ukończeniu średniej szkoły, będzie kontynuowała swoje życie w zupełnie innym świecie. W świecie, który umożliwi jej rozwijanie się, znalezienie godnej pracy i założenie normalnej rodziny. Kehlani z trudem przyjęła tę propozycję, jednak zrozumiała, że jej matka chce dla niej jak najlepiej. W końcu opuściła swoją rodzinną wyspę, tym samym kończąc pierwszy rozdział, a właściwie tom życia, jakim było  bogate we wspomnienia dzieciństwo.
Data urodzenia: Narodziła się wtorkowego poranka 12 maja, jedną piątą wieku temu, tym samym rozpoczynając swoją wyjątkową i niepowtarzalną przygodę, jaką jest życie wśród flory, fauny, ludzi i bezlitosnych idiotów.
Płeć: Wątpię, aby wielu miało z tym problem, jednak mimo wszystko pomogę - Kehlani Parrish jest urodziwą przedstawicielką płci pięknej.
Miejsce zamieszkania: Jak wcześniej wspomniano, dziewczyna w końcu zażyła samodzielności, co równa się z wyprowadzeniem z domu, miasta, a nawet wyspy rodzinnej,  Dotąd była przyzwyczajona do przytulnej, jednak ciasnej powierzchni mieszkalnej. Większa zdecydowanie nie była potrzebna, skoro pół dnia przesiadywało się na dworze, u sąsiadów lub w pracy. Chociaż aktualny tryb życia Kehlani nie różni się wiele od dawnego, miejsce, które nazywa "swoim własnym gniazdkiem" zupełnie nie przypomina siedziby rodu Parrish. Faktycznie, jest miłe, nieduże, ale mimo wszystko straciło "to coś", czyli miłość, jaką trudno odbudować bez właściwych osób. Mieszkanie dzieli jedynie ze swoją ciotką, a zarazem matką chrzestną - Ericą oraz jej ukochanym pupilem - Stanleyem. Aktualny nastrój wypełnia dom po same brzegi, których jest wiele, czasami aż za wiele. Lokal mieści się w bloku, wybudowanym razem z całym, niekoniecznie nowoczesną dzielnicą, zwaną Laville. Mieszkanie należy do ciotki osiemnastolatki, które należy do niej już od ponad dwudziestu lat. Przeprowadziła się tam, gdy na rodzinnej wyspie poznała niejakiego Jasona, ówczesnego turystę. Zakochała się w nim i postanowiła razem z wybrankiem serca pojechać do jego miasta, czyli Avenley River. Niedługo po tym okazało się, że mężczyzna nie szanuje kobiet, a jedynie skacze po nich jak z kwiatka na kwiatek. Nie chcąc robić zamieszania w swoim życiu, Erica pozostała w tym, według niej, zapchlonym mieście. 
Na drewnianych drzwiach, pomalowanych śnieżnobiałą, już nieco zdartą farbą można ujrzeć tabliczkę z numerem lokalu, czyli dwa, i nazwiskiem właściciela - Parrish. Zaraz za nimi ścieżka do głównego punktu królestwa dwuosobowej rodzinki, jaką jest po prostu niewielki hol. Tam stoi szafa na buty, okrycia wierzchnie i akcesoria do wyprowadzania Stanleya. Przy meblu drzwi do łazienki, dzielonej przez każdego właściciela gniazdka. Znajduje się tam między innymi ubikacja, umywalka i wanna z prysznicem, czyli standardowe wyposażenie toalety. Dalej na korytarzu prowadzi długi, stary dywan, rozciągający się aż do tylnej ściany, przy której znajduje się otwarta kuchnia połączona z "jadalnią", czyli małym stolikiem i czterema krzesełkami, a obok niej wcale nie większy salon. W nim wystarczająco duży narożnik, stolik na kawę oraz telewizor, często nazywany "pudłem". Z tego małego pomieszczenia "wyrastają" także dwa inne, będące sypialniami ciotki i Moany. Opisywać czterech ścian matki chrzestnej nie trzeba, tym bardziej, iż jest tam wstęp zabroniony nieupoważnionym, więc warto przejść do kolejnego etapu, jakim jest siedziba nastolatki. Osiemnastolatka mogła sama urządzić swoją sypialnię i chociaż ograniczały ją pieniądze, wyszło tak, jak chciała. Uwielbia styl tropikalny, gdyż przypomina jej on o dzieciństwie. Sypialnia jest niewielka,  zresztą, tak jak reszta pomieszczeń w tym mieszkaniu, dlatego też wiele tam nie mogło się zmieścić (i tak Kehla upycha tam wszystko, co może). Mimo wszystko nie mogło zabraknąć podstawowych mebli i dekoracji, takich jak łóżko, dwie szafki na ubrania, biurko, pełno egzotycznych roślinek oraz deska surfingowa dziewczyny powieszona nad jej posłaniem.
Orientacja: Ponieważ nikt nigdy nie zapytał się jej o orientację, nie miała okazji, aby o tym dłużej pomyśleć. Odpowiedziałaby jednak, że chyba jest hetero, ale żadnej pewności nie ma, czy mogłaby być w związku z kobietą, bo nie próbowała. Więc prawdę mówiąc, uznać ją można jako biseksualną dziewczynę z niewielkimi planami na miłosną przyszłość.
Praca: W tej kwestii miała dość spore problemy. Ze względu na ogromną ilość zainteresowań, nie mogła się zdecydować, które zajęcie było tym odpowiednim. Zaczęło się od dorabiania w rodzinnej restauracji. Ponieważ bardzo ciekawiła ją gastronomia, za każdym razem przyglądała się pracującym kucharzom, co doprowadziło do niechcianych zdarzeń, spowodowanych także niezdarnością Kehlani. Mimo to rodzice nie mieli jej nic za złe, a z pracy odeszła sama, chcąc spróbować czegoś nowego. Drugim podejściem do rozpoczęcia stałej pracy było asystowanie weterynarzowi, zajmującemu się zwierzętami domowymi oraz hodowlanymi. Tym razem swoją pracę musiała skończyć przez mały wypadek podczas porodu klaczy, o czym wspominać niezbyt lubi. Trzecią robotę otrzymała u bliskiego kolegi jej taty. Pełnił on funkcję redaktora naczelnego miejskiej gazety. Moana miała zajmować stanowisko tłumacza, podczas wywiadów. Skończyło się to jednak na małym błędzie językowym, tworzącym obraźliwy opis w kontekście rasistowskim. Po wyrzuceniu z owej pracy była już totalnie zrezygnowana i załamana swoim roztrzepaniem, jednak uratowała ją daleka ciotka, mieszkająca w Avenley River. Posiada ona mały sklepik osiedlowy niedaleko aktualnego miejsca zamieszkania Kehly. Erica Parrish zapewniła bratanicy posadę ekspedientki z większą ilością obowiązków. Wiecznie zdekoncentrowana istotka jest zmuszona do pogodzenia pracy ze studiami na kierunku Architektura
Charakter: Widzisz tę dziewczynę? Jakaś roztrzepana jest.
To Kehlani Parrish.
Wiecznie głupio uśmiecha się pod nosem, chociaż wlatuje na innych co jeden postawiony krok.
Tak, to Kehlani Parrish.
Próbuje być miła dla wszystkich, ale widać, że wewnątrz aż buzuje.
Dokładnie, to ona, masz do czynienia z naszą Kehlani Parrish.
Z dziewczyną sprawiającą wrażenie przesympatycznej osoby. Dziewczyną, która śmieje się, pomimo nie rozumienia żartu. Dziewczyną pozornie spokojną, ale dość często niekontrolowanie i niespodziewanie wybuchającą, niczym wulkan, porośnięty dookoła egzotyczną roślinnością i nagle zaskakujący całą otaczającą go ludność. Chociaż całego charakteru Kehly nie można zebrać w kilku słowach, ten krótki opis najważniejszych cech powinien wiele o niej mówić. Osiemnastolatka została wychowana w porządnej rodzinie, przez stanowczych, jednak znających się na żartach rodziców. Kary za nieodpowiednie zachowanie, przyswajanie zasad kultury oraz zbędne, przykre sytuacje wykreowały osobowość młodej Parrish. Niby zbędne i przykre, natomiast dzięki nim dziewczyna ma na jakich błędach się uczyć. Z tego również korzysta, bo mimo codziennego nierozgarnięcia, każde ważniejsze wydarzenie długo rozważa. Jakie wytłumaczenie będzie dobre, jak uniknąć komplikacji, czy zakończenie pewnego rozdziału w życiu to dobry pomysł. Dzięki swojej empatii dobrze wie, iż wiele ludzi ma o wiele gorzej niż ona, jednak sama uważa, że jak na swoje lata dość sporo przeżyła. Pomimo tylu zapłakanych wieczorów, nieprzespanych nocy przez wyrzuty sumienia, Kehlani nie traci nadziei w lepsze jutro. Swoje zrozpaczone wnętrze zakrywa ciepłym uśmiechem, zazwyczaj szczerym, dopóki nie przypomni sobie o swojej realnej przeszłości, którą lubi trochę przeistaczać. Robi to dla swojego dobra, jak i innych. Nie lubi, kiedy inni jej współczują, dlatego unika rozmów na temat śmierci ojca, czy sytuacji z nastoletnich lat, związanych z "przyjaciółmi". Dlatego swoje dzieciństwo określa jako szczęśliwe, z dużą ilością znajomości, a nawet miłości, co niestety, bądź stety, jest kłamstwem. Na co dzień Moana stara się być szczerą osobą, co, jak wiadomo, nie zawsze wychodzi. Czasami drobne słówko nieprawdy wyjdzie spod języka, często skutkuje dobrymi konsekwencjami, ale równie często pogarsza sytuację, czego osiemnastolatka nie kontroluje. Woli jednak unikać takiego ciągu wydarzeń, gdyż zazwyczaj po tym dopadają ją wyrzuty sumienia. Mimo wszystko szybko sama nie przyzna się do prawdy, a prędzej zrobi to druga osoba. Ze "spowiadaniem się" dziewczyny jest zupełnie odwrotnie, niż z jakimkolwiek przepraszaniem, czy dziękowaniem. Robi to, kiedy czuje, że jest potrzeba oraz po to, aby komuś polepszyć humor, bo "magiczne słówka" zazwyczaj prowadzą do uśmiechu. Nieważne, czy to potknięcie się o kogoś, czy przypadkowe uderzenie, a może otrzymanie prezentu urodzinowego lub zwykłego ołówka od koleżanki z ławki, zawsze odpowie miłymi, ciepłymi i przyjaznymi wyrazami. Równie chętnie niesie pomoc innym, natomiast to już zależy od humorku. Jeżeli nic złego się nie stało, to wiadomo, nie ma innego kierunku, w którym zmierza, niż do potrzebujących, jednak gdy nadejdzie zły dzień, Kehlani jest leniwa i naburmuszona, co faktycznie zdarza się i jej, tak szybko do osoby, pożądającej czyjejś ręki nie dotrze. Dobrze wie, iż takich osób jest ogrom i w miarę swoich możliwości stara się pomóc przynajmniej cząstce z nich. Kiedyś natomiast trzeba pomyśleć i o sobie, a na to już dorosła kobieta także znajdzie czas. Tak jak ją wychowano, dba o siebie i o swoje dobro. Nie dopuszcza do tego, aby się zapuścić, a jej umiejętności do niczego się nie przydały. Od zawsze cechowała się dużą ambicją. Jej kreatywna główka zawsze wytwarzała wiele pomysłów, łatwiejszych oraz trudniejszych, jednak wiecznie realnych, czyli możliwych do zrealizowania. Niektóre marzenia już od dawno zostały spełnione, ale przed nią nadal czeka ogrom celów, do których nieustannie dąży. Jest dumna z tego, że jej się udaje, jednak, jak każdemu, nie zawsze wszystko wychodzi, wtedy to dopiero budzi się jędzowatość Norah. Gdy dziewczyna jest niezadowolona i zawiedziona, niestety, lecz cierpią też na tym inni. Potrafi wydobyć z siebie nieskończoną ilość przekleństw, co na co dzień próbuje ograniczyć. Kiedy ktoś lub coś stanie jej na drodze, zwyzywa to, czasami nawet wyżyje się z siłą, jednak wiele po niej nie można się spodziewać. Te chude łapki na pewno sporo nie zdziałają. Opanowuje się sama, ale często pomagać jej muszą przyjaciele, którzy już dobrze wiedzą, jak to zrobić. Takie napady złości nie trwają długo, natomiast też nie są przesadne, aniołek nagle nie przemieni się w czystej krwi diablicę. Kończą się one zwyczajnym zmęczeniem, przemyśleniem tego i kontynuowaniem swojego dążenia do realizacji planów, gdyż upartość młodej Parrish nie zna granic. Wtedy jednak płacz nie jest widziany, dla niego są specjalne sytuacje. Kehlani nie rozżala się, kiedy nie ma takiej potrzeby. Łzy nie spływają po poliku bez powodu, znajdzie się taki tylko przy wzruszeniach, czy faktycznych załamaniach, więc spokojnie, przy zabiciu muchy dziewczyna nagle się nie rozryczy. Chociaż sprawia wrażenie miękkiej baby, naprawdę potrafi być twarda, tylko wystarczą chęci. Chęci, no właśnie, chęci. Nie zawsze z nimi łatwo u tej panienki, natomiast i dla nich znajdzie się miejsce. Chęci są także pragnieniem. Pragnieniem wielkiej przyjaźni, a nawet miłości. Wymyślanie bajkowych sytuacji, które zapewne nie będą miały miejsca. To specjalizacja dziewczyny, jednak co po tym, jeżeli ona nawet nie potrafi rozmawiać normalnie z nieznajomymi? Tu nie chodzi o zapytanie się o godzinę przyjazdu autobusu, czy poproszenie o pierś kurczaka w mięsnym, to raczej oczywiste. Poddenerwowanie i niewiedza, co powiedzieć, następuje dopiero wtedy, kiedy ktoś do niej zupełnie bez specjalnego powodu zagaduje. Z poznawaniem nowych osób zawsze miała problem, rodzice tłumaczyli to małą ilością przeczytanych książek lub niewielkim odizolowaniem się od ludzi, kiedy ta mieszkała przez pewien okres dzieciństwa nie mogła wychodzić z domu. Sama nie zna właściwej przyczyny, jednak wie, iż coś z nią nie tak. Ciągnięcie rozmowy często sprawia jej trudność i chociaż się stara, nie zawsze wychodzi. Przyjaźni chce wiele, chłopaka jednego, a tego boi się najbardziej. Boi się bliskości, o której mimo wszystko marzy. Boi się straty, która kiedyś musi nadejść. Czasami ma wrażenie, że lepiej jej idzie dawanie kosza, niż podrywanie potencjalnych kandydatów na męża. To raczej spowodowane jest brakiem jakichkolwiek prób, chociaż nastoletnich miłości. Nigdy nie zauważała adoratorów, gdzieś tam krążących za ścianami. Teraz nic, tylko wziąć się w garść i w końcu znaleźć kogoś dla siebie, co pomimo wielu chęci szybko się nie zdarzy. Czasami ludzie dziwią się, iż ona nie ma całej grupy bliskich znajomych. Bliscy z rodzinnego miasta przez lata wspólnej przyjaźni zauważyli w Kehlani potencjał, czego zwykli przechodni nie zauważają. Dziewczyna już nie jest taka nudna, jaka się zdaje. Potrafi się zabawić z alkoholem, żartować nawet z niekoniecznie stosownych rzeczy, czy stać się odważniejszą, niż zazwyczaj. Przy najbliższych osiemnastolatka czuje pełen luz, nie spina się. Wystarczy, że zaufa, o co u niej od dłuższego czasu trudno. Nieprzyjemne wydarzenia sprawiły, iż jest bardzo nieufna, nierzadko podejrzliwa, nawet jeśli chodzi o rodzinę. Mimo wszystko przez tę barierę w jej wnętrzu da się przebić, a wystarczy bliskość i poznanie siebie od środka, co wydaje się banalne, a w przypadku tej panny takie nie jest.
Hobby: Jak kiedyś była uważana za stereotypową "laskę z Netflixem", czyli osobę, która po zapytaniu o zainteresowania, wymieniała seriale, spanie i jedzenie, tak teraz najbliżsi znajomi twierdzą, że nie znają ciekawszej osoby, jeżeli chodzi o pasje. Od kolekcjonowania przeróżnych, nieistotnych rzeczy, a szczególnie naklejek z owoców zakupionych w sklepie, po konkretniejsze zajęcia. Zaczynając od czegoś, co zdecydowanie pełni największą rolę w życiu osiemnastolatki. Jest to coś, z czym się wychowywała, co kojarzy jej się nie tylko z domem, ale również wspaniałymi wspomnieniami z dzieciństwa oraz ojcem, który wszystkich tych sztuczek ją nauczył. Mowa o surfingu, według wielu zwykłej jeździe na desce pośród fal, dla dziewczyny czymś znacznie ważniejszym. Dzięki miłości taty do owego sportu sama go pokochała. Nie wyobraża sobie życia bez tak wspaniałej rzeczy. Kiedy jeszcze zamieszkiwała Hawewe, każdego dnia brała w dłoń swoją deskę i ruszała nad ocean. Ze względu na to, iż aktualnie otwarte wody są odległymi terenami, swój ukochany sport musi niestety uprawiać jedynie w głowie. Kolej na to, co zadecydowało o wyborze kierunku studiów, czyli architektura. Od zawsze interesowała się architektoniką tego świata. Uwielbia chodzić zarówno po przedmieściach, jaki i centrum miasta, oglądając charakterystyczne i mniej wybijające się z tłumu budynki. Gdyby tylko miała czas oraz odpowiedni majątek, zajęłaby się podróżowaniem, aby ujrzeć resztki zabytków, których już niedługo może nie być. Jak zwiedzanie świata, to i poznawanie języków, z czym dziewczyna nie ma żadnego problemu. Nasza panienka, chociaż talentu do rękodzieła nie ma, zajmuje się tym hobbystycznie. Tworzenie czegoś na szydełku, lepienie niewielkich rzeźb z gliny, to ją uspokaja. Podobnie jest z rysunkiem, czym nie tylko się interesuje, ale również będzie potrzebne w przyszłej pracy. Jej uwagę niedawno przykuła również kaligrafia, co stało się jej nową pasją, zazwyczaj pełniącą rolę relaksacji. Zaczęło się od dekorowania zeszytów przedmiotowych zdobnymi czcionkami, a ciągnie się pisaniem takowych gdziekolwiek popadnie. Przez jakiś czas starała się także nauczyć się stylu graffiti, jednak to nie do końca się udało. Następnym hobby, nieco powiązanym zarówno ze sztuką, jak i architekturą, jest urządzanie pomieszczeń, planowanie tego na kartce. Myślała nawet nad zawodem projektanta wnętrz, natomiast dość szybko się rozmyśliła, uświadamiając sobie, że to wcale nie takie łatwe. Dlatego robi to zupełnie z nudów, bądź kiedy jest potrzeba, czyli chociażby mały remoncik w domu. Chociaż dziewczyna zaliczana została do leniów, sport bardzo lubi. Jako młoda nastolatka uprawiała lekkoatletykę, ale z powodu paskudnej kontuzji musiała zakończyć. Tak przeskoczyła się na strzelectwo, w którym nawet jej mama zdobywała spore osiągnięcia. Owa dziedzina sportu przypadła jej do gustu, przez co hobbystycznie chodzi przynajmniej raz w tygodniu na strzelnicę. Dalej jest już wyżej wspomniana gastronomia. Kiedy rozpoczynała pracę w restauracji rodziców, była prawie pewna, iż coś z tego wyjdzie. Tak było, dopóki jej się nie odwidziało. Aktualnie po prostu lubi gotować i eksperymentować w kuchni, nieważne, czy to zwykłe śniadanie, czy wykwintna kolacja z rodziną. Kehlani ciekawi także fizyka i astronomia, to od około czternastego oku życia, kiedy rozpoczęła myśleć nad szkołą średnią. Zainteresowało ją rozszerzenie matematyki oraz fizyki, a żeby się tam dostać, przecież trzeba coś umieć. Tak oto rozpoczęła wypożyczanie książek z biblioteki miejskiej, czytanie po nocach o różnych zjawiskach, nawet chodzenie do planetarium w celach nie tylko naukowych, lecz także rozrywki. Kolejną, jedną z wielu, jak już wiadomo, pasji dziewczyny jest również zoologia. Od zawsze uwielbiała naturę i jej wytwory, a szczególnie pełne ciekawych historii zwierzęta. Można by wyszukać się jeszcze innych hobby, natomiast nie ma sensu, skoro robi coś z nimi raz na ruski rok. Warto jednak w wspomnieć, iż Moana uwielbia zarzucać ciekawostkami z każdej z tych dziedzin, kiedy tylko coś przyjdzie jej do głowy. 
Aparycja|
- wzrost: Nigdy nie była przeciwko niemu, bo zawsze znajdzie się wyższy partner, często nie będzie najniższą lub najwyższą z towarzystwa oraz bez przeciwwskazań może założyć szpilki, ciesząc się w miarę długimi, wcale nie ciężkimi nogami. Tak prezentuje się metr sześćdziesiąt sześć naszej piękności. 
- waga: Z tym także problemów żadnych nie ma, jedynie za dzieciaka nazywana była "patyczakiem". Teraz cieszy się w miarę dobrymi wynikami BMI ze swoją wagą, wynoszącą pięćdziesiąt  kilogramów. Jak wiadomo, waha ona się czasami o ten kilogram mniej lub więcej, natomiast to wiele nie zmienia.
- opis wyglądu: Od narodzin uważana była za piękność, największy cud czy nawet następczynię bogini piękności. Warto zauważyć, iż tak mówiła tylko jej rodzina, więc takowe komplementy raczej trzeba uznać jako przesadzone. Sama Kehlani swoim skromnym zdaniem uważa, że jest lekko ponad przeciętnego wyglądu. Nie ocenia się jako kanon piękności, ale także nie widzi w sobie najobrzydliwszej na świecie. W jej przypadku geny bardziej dodały uroku osobistego, niż go ujęły.  Dziewczyna jest mulatką, jej ojciec był czarnoskóry, natomiast matka białoskóra. Szczupła sylwetka, ponoć wymarzona przez wiele kobiet. Długa szyja, średniej szerokości ramiona, niewielki biust, wcięcie w talii, płaski brzuch, niekoniecznie szerokie biodra, jędrne pośladki oraz długie, zgrabne nogi, czego chcieć więcej? Cerę posiada gładką, przyozdobioną piegami i pieprzykami. W trakcie dojrzewanie miała niemałe problemy z trądzikiem, który stopniowo udało się zwalczyć. Gdzieniegdzie uda się zauważyć blizny po wiecznie wyciskanych czy zdrapywanych pryszczach, co jednak Kehlani potrafi ukryć. Oczy posiada piwne, udekorowane ciemnymi, uroczymi rzęsami. Nos prosty, usta malinowe. Włosy natomiast posiada brązowe, naturalnie falujące się. Często dziewczyna jest zbyt leniwa, aby je prostować, jednak jeśli nadejdzie taka chęć, zazwyczaj kończy się to szybkim powrotem do pierwotnego wyglądu pod wpływem  między innymi pechowego deszczu.
- pozostałe informacje: Poza przekłuciami w uszach, posiadała również dziurkę w nosie po nostrilu, który jednak przestała nosić, co skończyło się zarośnięciem przebicia i powstaniem ledwo widocznej blizny. Gdy była dość nieznośną piętnastolatką wkroczyła w okres buntu, doprowadzając do wytatuowania sobie magnolii, ukochanego kwiatu jej matki. Umiejscowiony jest on pod lewą piersią, dotychczas ukrywany.
- głos: Alessia Cara
Historia: Dwunasty maja, rok, w którym narodził się "cud" państwa Parrish. Po wielu próbach, starania się o nowego potomka przeszło osiem lat, w końcu doczekali się córki. Przez dłuższy czas była oczkiem w głowie rodzicieli, co oczywiście zauważył też jej starszy brat. Domagał się zwrócenia na niego uwagi, chociaż chwili zainteresowania się jego osobą. Ze względu na obowiązki, jakie krążą wokół niemowlaka, małżeństwo nie dostrzegało starań syna, co jednak sama Kehlani wynagrodziła mu swoją osobowością. Kenai, brat dziewczyny, zdecydowanie nie spodziewał się tego jak prędko relacja między nim a młodszym rodzeństwem może się zmienić. Zauważając w siostrze coś wspaniałego, a zarazem rozwijając swój instynkt, przeradzający się w bezwarunkową miłość. Pomagał rodzinie wychowywać najmłodszego potomka, starając stworzyć dla niego jak najlepsze wspomnienia.
Kehlani urodziła się na zarówno wyspie, jak i w mieście Hawewe należącym do państwa Calor, będącego sąsiadem Shilian. Jest to teren obrośnięty tropikalnymi roślinami, zamieszkujący przez egzotyczne zwierzęta. Chociaż patrząc z boku można stwierdzić, iż panuje tam totalna dzicz, wcale tak do końca nie jest. Ludzie zamieszkują Hawewe od wieków, wcale nie chcąc likwidować tutejszej fauny i flory dla własnych dobroci. Mieszkańcy tej wyspy traktują przyrodę jak bóstwo, starają się jak najmniej ją krzywdzić. Poza dbaniem o otaczający ich świat, do głównych zajęć tamtejszych należy między innymi turystyka, oczywiście nie wpływająca źle na terytorium miasta, a wręcz odwrotnie. Dzięki zyskowi, jaki otrzymują poprzez prowadzenie znanych hoteli, wykwintnych restauracji czy przeróżnych usług rekreacyjnych, mają możliwość wspomóc wymierającym gatunkom. Wyspa jest pilnie strzeżona, a za najmniejsze zaszkodzenie jej dobytkowi grożą wysokie kary. Takiego dbania o swoje otoczenie została nauczona również Kehlani. Na Hawewe zapewniono jej edukację, od szkoły podstawowej, po same liceum. Sama rozpoczęła przygodę z nauką o rok wcześniej, niż tego wymagano, co mimo wszystko nie sprawiało jej przeszkód. Z ambitnymi planami ruszała przed siebie, zdobywając wielkie osiągnięcia, nie tylko w szkole. Jej główną pasją był i nadal jest zajęcie, będące największą atrakcją wśród młodzieży na Hawewe - surfing, do którego miłość wywołał u jej ojciec osiemnastolatki. Z zawodu współwłaściciel restauracji, którą rządził wraz z żoną, hobbystycznie trener surfingu oraz znany w swojej okolicy producent desek do owego sportu. Sam nauczył zarówno swojego syna, jak i córkę sztuki "jazdy na falach", co wykorzystywali każdego dnia. Pokonywanie wodnych wzgórz wraz z całą rodziną był największą atrakcją, do czasu. Kiedy Kehlani miała zaledwie piętnaście lat, jej ojciec zapragnął starcia z jednym z większych przypływów, co skończyło się koszmarną porażką. Fale porwały Emmanuela Parrisha, co wspominane jest przez mieszkańców wyspy do teraz. Chociaż te wydarzenie niesamowicie uderzyło dziewczynę, ta wiedziała, iż śmierć, jaka dotknęła jej rodziciela, była najlepszą z możliwych. Zmarł przy swoich największych miłościach - desce surfingowej, wodzie oraz rodzinie. 
Niestety, życie osiemnastolatki nie stanęło na jednym nieszczęściu. Z niewiadomego powodu zaczęła być prześladowana przez rówieśników. Zaczęło się od liścików z z pogróżkami, przeszło na bolesne żarty, ośmieszanie przed wszystkimi znajomymi, a niemalże doszło  do tragedii. Optymistyczna Kehlani zaczęła mieć myśli samobójcze, od których mimo wszystko uratował ją brat. Uświadomił jej, iż przed problemami nie można uciekać w taki sposób, należy je rozwiązać, a następnie nawet się z nimi pożegnać, zaczynając życie od nowa. Na myśli miał wyjazd młodej Parrish do zupełnie innego otoczenia, w którym zazna zarówno goryczy, jak i słodkości swojej egzystencji. Takowy plan wymyśliła jej matka, chcąca dla swojej córki jak najlepiej. Ponieważ na Hawewe nie miała możliwości rozwijania się aż tak, na ile ją stać, a w dodatku jest to dość odizolowany od świata teren, nie pozwalający poznać dziewczynie "innej" rzeczywistości, miała ona przeprowadzić się do Avenley River, zamieszkiwanego również przez jej ciotkę Ericę. Na początku ten pomysł nie podobał się Kehly, próbowała jak najdalej go od siebie odciągnąć, jednak w końcu zrozumiała, że innego wyjścia nie ma. Tak oto z trudem pożegnała swoje dawne życie, rozpoczynając nowe w zupełnie nieznanym jej dotąd otoczeniem.
Rodzina: 
~ Emmanuel Parrish - ojciec dziewczyny, który w wieku czterdziestu ośmiu lat zmarł w wyniku utonięcia. Był współwłaścicielem restauracji "Ohana", trenerem surfingu oraz producentem desek do tego sportu. Jego produkty stały się popularne na całej wyspie, dzieciaki błagały rodziców o ich zakup, młodzież wypożyczała je każdego dnia. Śmierć mężczyzny przeżywali mieszkańcy Hawewe przez wiele miesięcy, a w sercach najbliższych nigdy nie odejdzie w zapomnienie,
~ Koreen Parrish - czterdziestopięcioletnia matka osiemnastolatki. Wiecznie się uśmiechająca, czasami nawet nadopiekuńcza, a zadecydowanie o wyjeździe córki zszokowało wszystkich. Wraz z małżonkiem prowadziła jedną z popularniejszych restauracji, po jego śmierci po raz pierwszy skorzystała z pomocy kogokolwiek innego, niż rodziny. Oprócz tego interesowała się rękodziełem, hobbystycznie formowała naczynia oraz różne ozdoby. Wciąż zamieszkuje Hawewe i nie zamierza opuścić swojego rodzinnego terenu.
~ Kenai Parrish - brat Kehlani, niedawno kończący dwadzieścia sześć wiosen. Chociaż na początku ich relacje były dość napięte, z każdym rokiem przybliżali się do siebie coraz bardziej, aż stali się prawdziwym, kochającym się rodzeństwem. Kenai nie miał takich ambicji, jak jego siostra. Pragnął jedynie pomóc matce w prowadzeniu jej usług gastronomicznych oraz kontynuować hobbystyczne działania ojca. Dlatego też nie miał czasu na studia, które mimo wszystko za dzieciaka były jego marzeniem. Na wyspie cały ma ogrom swoich adoratorek, więc, według Kehlani, szybko Hawewe nie opuści.
~ Erica Parrish - czterdziestoletnia ciotka, siostra zmarłego ojca dziewczyny. Jeszcze zaledwie dwadzieścia lat temu zamieszkiwała rodzinną wyspę. Pomagała prowadzić wtedy młodemu małżeństwu restaurację, którą otrzymali w spadku po dziadkach. Jej plany na przyszłość kompletnie zmienił niejaki James, który totalnie zawrócił kobiecie w głowie. Ta zakochała się, myśląc, iż to jej miłość życia. Przeniosła się wraz z nim do Avenley River, gdzie mieszka do teraz. Niestety, przez niewierność mężczyzny, niedługo po tym rozstali się, a Erica została z wszystkim sama, prowadząc swój mały, osiedlowy sklepik. Kehlani wprowadziła się do niej, co wynagradza pomaganiem przy minimarkecie.
Partner: Jako nastolatka wiele marzyła na temat miłości, jednak póki co nie wiąże swoich planów na przyszłość z odnajdywaniem swojej bratniej duszy. Chce skupić się na studiach oraz dążeniu do swojego celu, jakim jest nie zawiedzenie matki. Brak.
Potomstwo: Brak, prawdopodobnie przez dłuższy czas tak pozostanie.
Ciekawostki: 
- Płynnie posługuje się zarówno swoim rodzimym językiem, jak i mową Shilien.
- Chociaż na swojej wyspie największym bóstwem nazywano naturę, ona została ateistką.
- Marzy o posiadaniu całego, ogromnego terrarium z przeróżnymi wężami, co jak na razie nie jest możliwe.
- Udziela się charytatywnie w schronisku dla zwierząt.
- Uwielbia eksperymentować z włosami oraz makijażem, jednak nie na sobie.
- Jako dziecko pragnęła zostać treserką delfinów, do czego skłonił ją pewien ssak tego gatunku, który został porzucony przez matkę i oddany w ręce dziewczyny.
- Nigdy nie posiadała chłopaka "na poważnie", nie mówiąc już o doświadczeniu znaczniejszej bliskości.
Zwierzęta: W domu rodzinnym miała ogrom pupili. Ponieważ na wyspie w szybkim tempie powiększyło się kocie stadko, Kehlani postanowiła nie zając się ograniczoną ilością, a nimi wszystkimi. Wraz ze swoimi znajomymi dokarmiała zwierzęta, a tamtejszych weterynarzy błagała o kastracją chociaż części z nich. Prośby, chociaż z lekką pomocą pieniędzy, poskutkowały, co chociaż trochę wspomogło większe rozrastanie się rodu kociaków. "Posiadała" także, jak wyżej wspomniano, niejakiego delfina, którego nazwała Orchidea. Opiekowała się nim do czasu, kiedy był gotowy, aby się usamodzielnić. 
Jedynym prawdziwie domowym zwierzęciem, jakim osiemnastolatka miała okazję się zaopiekować, to Stanley, dziesięcioletni jamnik jej ciotki. Zastępuje on kobiecie niedoszłego wybranka serca, obdarowując ją wielką miłością. Chociaż swoje lata już ma, wcale do najleniwszych nie należy. Fakt, czasami słaba kondycja daje w kość, jednak to nie oznacza, iż od czasu do czasu nie można rozszarpać jakiejś poduszki.
Pojazd: Dziewczyna nie zdawała jeszcze prawa jazdy i póki co nie ma zamiaru. Jedynym środkiem transportu, jakiego używa, to autobusy, tramwaje czy inne miejskie, publiczne pojazdy.
Kontakt: Ivyanne [Hw] norahomg@gmail.com [e-mail]