Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nivan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nivan. Pokaż wszystkie posty

30 wrz 2019

Wrześniowa czystka

postacie, które napisały ostatnie opowiadanie w dniach 15.08-30.09 zostają na blogu,
postacie, które napisały ostatnie opowiadanie w dniach 14.07-14.08 dostają upomnienie,
postacie, które nie wykazały żadnej aktywności do 13.07, zostają wydalone
KOBIETY
ALTHEA
AMY
ANGELICA
BRIANNE
BRIDGET
BROOKE
CANDICE
CATNISS
CHARLIE
CHLOE
CRYSTAL
DEARDEN
DIANTHE
EKATERINA
ELISE
HARPER
HYOLYN
IDA
ISABELLE
IZZY
KATFRIN
KOYORI
LAURENE
LOUISE
LUCIA
LUCILLE
LUCY
MALLORY
MICHAELA
NOELIA
ODETTE
ODEYA
PELAGONIJA
RACHEL
RAVEN
ROSALIE
SOFIA
SUTTON
TAYLOR
VERONICA
VICTORIA
WANDA
MĘŻCZYŹNI
AARON
ADAM
ANTONI
ARCHIBALD
BELLAMI
BILLY JOE
CAIN
CAMERON
CARNEY
DANIEL
DUSTIN
ELIAS
FELIX
GARED
HANGAGOG
IVAN
JACOB
JONATHAN
JULIEN
KAI
KEN
LAWRENCE
LIONELL
LUCAS
MICHAEL
NIVAN
NOAH
SAMUEL
SCOTT
SPENCER
THEO
THOMAS
TRACE
TYLER

12 lip 2019

Od Nivana cd Wandy

Gest poczyniony przez kobietę mimowolnie wywindował kąciki moich ust prawie że na szczyt policzków. Zmarszczył delikatnie skórę przy oczach, wspominając momenty, kiedy ten wyraz dążył zastygać na buźce przez długie godziny. Summa summarum kończyłem z piekielnymi bólami mięśni twarzy, które szczególnie mocno się we znaki dawały wieczorami.
Wtedy zazwyczaj przysiadałem, starałem się opanować, uspokoić i zaczynałem masować poliki nieco miększymi niż teraz, opuszkami. Nigdy nie śmiałem na to narzekać. Mówili w końcu, że śmiech to zdrowie. Wierzyłem w to, jak w nic innego i korzystałem do woli, przez co niejednokrotnie obdarowywany zostawałem specyficznym spojrzeniem, najczęściej od nikogo innego, jak od Ake.
Jednak jego oczy były szczególne, zawsze ciepłe, zawsze przychylne mojej osobie. Nie ukrywałem poczucia, że byłem jedynym, który na nie zasłużył. Również nie bałem się zapytać o słuszność moich podejrzeń, jednak odpowiedzi nigdy nie uzyskałem. Na niego nigdy nie naciskałem. Wystarczyło łypnięcie brązowych ślepi, bym zrozumiał, że usta pozostaną przymknięte, a prawda nigdy nie ujrzy światła dziennego. A raczej, nie ujrzy mnie w nim.
Miał wiele tajemnic, przed każdym. Jednak nie każdy był w stanie pojąć istoty jego obycia i podejścia do niektórych kwestii. Nie musieli. I tak nie powinno to stać w ich interesie.
— Spokojnie, jeżeli tobie metabolizm dał w kość, to uderzył i we mnie, i w Nivana. — Miły głos, który jedynie dojrzał od momentu, gdy po raz pierwszy go usłyszałem. Od kiedy pierwszy raz go posmakowałem i pozwoliłem, by leniwie rozbrzmiał w moich uszach, by później szczycił mnie swoją obecnością przez dwa? Trzy? Może nawet i cztery lata. Żeby wybudzał mnie z letargu i przywracał do rzeczywistości. Żeby wrzeszczał. Krzyczał. Za dużo krzyczał i za dużo rozpychał się między spazmami płaczu.

J'adorerais.
...
Jeżeli można zapytać, bo chyba tajemnicą to nie jest, jak się pan nazywa? I przepraszam za użycie francuskiego, wyglądał pan na zdezorientowanego. Po prostu, sądząc po pańskim zwrocie, pomyślałam, że nie jestem tu jedną osobą, która zna ten całkiem ładny język.
Nie przepraszaj, moja droga, mogłem lepiej ważyć słowa... Co do imienia...

— Więc naprawdę, nie masz czym się przyjmować. Po drugie, nie martwcie się, ciastka ze słonecznikiem i miodem znajdą się zawsze, akurat je trzymam właśnie dla takich... niespodzianek.
W chwilę blondynka zawitała tuż przy drzwiach wyjściowych, a jeszcze prędzej obróciła się na pięcie, by ponownie zerknąć w naszym kierunku i przypomnieć nam, że rzeczywiście, przydałoby się ruszyć, inaczej moglibyśmy przylgnąć do podłogi kwiaciarni.
— Idziemy czy będziemy tak stać i nic nie mówić? Macie mi dużo do opowiedzenia. I Yamir, musisz poznać Frytka. Nivan, odwróciłbyś plakietkę na drzwiach? Wolę, żeby żaden nieproszony klient nie przerwał nam naszego spotkania.
Nie musiała powtarzać po dwa razy, za chwilę Yamir poczłapał w jej stronę, podczas gdy ja zająłem się powierzonym mi zadaniem, pozwalając, by dwójka zniknęła gdzieś w drodze na górę. Znajomym byłem beznadziejnym, przyjacielem jeszcze gorszym, o partnerstwie nie miałem nawet ochoty wspominać, bojąc się, że za chwilę za oknem rozpocznie się burza, byle tuż przed moim nosem mógł paść grom z jasnego nieba. Nie to, że nie miałem szczęścia do ludzi, bo powodzenia w tej kwestii miałem po pęczki. Można by rzec, byłem urodzonym magnesem na osoby dobroduszne, doświadczone i przede wszystkim jako tako mądre życiowo. Problem był taki, że nie umiałem wykorzystać tego przywileju dla samego siebie.
I wcale nie z tego powodu starałem się doprowadzić innych do sytuacji, która mi samemu dana zwyczajnie nie była.
Wcale.
— Idziesz? — rzucił Kumar, który zdążył już zleźć na dół, bo najwidoczniej ociąganie się w tej sytuacji nie było wskazane. Przytaknąłem szybko, posyłając mu delikatny uśmiech, przyciskając odwróconą na poprawną stronę tabliczkę i nareszcie ruszając za Yamirem i w przeciwieństwie do niego, przeskakując po dwa schodki, zamiast iść normalnie, jak na prawego, dorosłego obatela przystało.

24 cze 2019

Od Nivana cd Antoniego

Każdy gest. Każdy dotyk. To wszystko, takie małe niby nic, a jednak to one tworzyły wszystkie takie sytuacje, to one nadawały chwilom nastroju i to właśnie one przyprawiały o przyjemne mrowienie w okolicach podbrzusza.
Wszystko uderzyło, jedno słowo przywołało wspomnienia z innego dnia, gdy wylądowaliśmy w sytuacji podobnej. Durnej, bo sami byliśmy głupsi. Pachnącej kawą, rozrzuconymi dokumentami i potrzebą zmiany ubrań.
Nie chciałem wiedzieć, ile musiała kosztować koszula, która padła ofiarą rozpędzonego i niezbyt trzeźwo myślącego Oakleya. Naprawdę nie chciałem.
— Mogę? — spytał, lawirując palcami tuż przy gumce od moich bokserek, drażniąc ją delikatnie i przypominając o sobie w każdej możliwej chwili, tak na wszelki wypadek, jakbym jakimś cudem zapomniał, że wisi nade mną jak kat i pragnie wyciągnąć z tego wieczoru jak najwięcej korzyści. Co prawda dla obu, jednak ten fakt można było chyba ominąć, byle całej sytuacji dodać odrobiny dramatyzmu, którego w życiu definitywnie miałem deficyt.
Zamruczałem, pokiwałem głową, dłońmi pędząc w dobrze znanym kierunku, mając na celu zrobić tę jedną, jedyną rzecz.
Odgarnąć te krótsze, niż kiedyś włosy, naciągnąć delikatnie skórę na czole mężczyzny, odciągnąć wszystko do tyłu i zerknąć na niego, z tym samym uśmiechem, który mógł zastać pamiętnej nocy kilka lat temu. Pamiętnej nocy, po której została tylko zapalniczka i paczka po papierosach, nie wspominając o przeklętym świstku.
— Możesz — odparłem tak na wszelki wypadek z tonem zabarwionym na odcienie zdecydowanie spokojne i przepełnione umiłowaniem do drugiej jednostki.
Wszystko było tak proste. Tak łatwe. Na wyciągnięcie ręki.
A i tak obchodziliśmy się ze sobą, jak z ogniem i uciekaliśmy, w obawie przed poparzeniem.

10 cze 2019

Od Nivana cd Wandy

Może lampiłem się na nich, jak ciele na malowane wrota, może uśmiechałem się pod nosem i może nawet roztapiałem, jak, jak to mówiła sama Przewalska, czekolada pozostawiona na odrobinę za długo w słońcu. Może rozczulałem się jak głupi. Do wszystkiego chyba miałem prawo, każdy zdrowy człowiek przyznałby mi tutaj rację, pokiwał głową i może sam przetarł oczko, przy którym zakręciłaby się łezka.
Dobrze było patrzeć na szczęście innych ludzi, szczególnie ze świadomością, że samemu się do niego w jakimś stopniu przyczyniło. Popchnęło i pokierowało nurtem wydarzeń w taki sposób, by cokolwiek z tego wyszło.
Drobne gesty, tak drobne gesty, mówiły tak wiele o tym, jak oboje poczuwali się wobec siebie, czym wciąż mogli się darzyć.
Albo przynajmniej, na co tak szczerze liczyłem.
— Szkoda, że nic mi nie powiedzieliście, przygotowałabym już wszystko — rzuciła w pewnym momencie, odwracając się delikatnie w moją stronę, zwracając uwagę na moją osobę, co nieszczególnie mi się spodobało. Masz tu babo swojego księcia, napawaj się nim, nie mną. — Kupiłabym ciastka, jakąś dobrą herbatę, a tak nawet nie mam, jak was ugościć.
Wróciła do Kumara, ku mojemu zadowoleniu i znowu wlepiła w niego ślepka z równym zaangażowaniem co on. Cholera gapiła się na nią, jak sroka w gnat, a dodatkowo z tak zidiociałym uśmiechem, że miałem szczerą ochotę pokręcić głową.
— Wtedy nie byłoby niespodzianki z elementem pozytywnego zaskoczenia — parsknąłem cicho, wzruszając delikatnie ramionami. — Plus Yamir jest na diecie. Na stare lata metabolizm daje mu w kość.
— Spadaj, Oakley — odparł zgorzkniale, posyłając mi rozeźlone spojrzenie, na co wykrzywiłem usta w roześmianym grymasie. — Obejdzie się bez tego, Wandziu, naprawdę.

7 cze 2019

Od Nivana cd Antoniego

Zastanawiające było, z jaką łatwością dogadywałem się z ludźmi, nie używając słów. Znaczy się, zdecydowanie lepiej mi to szło, niż gdy próbowałem obnażyć się przy pomocy dialogu.
Uznajmy, że byłem po prostu człowiekiem czynu, a z dyplomacją było mi najzwyczajniej nie po drodze, więc jakoś zawsze kończyło się tak, że omijałem ją szerokim łukiem. Ona też schodziła mi z pola widzenia. Nie odnaleźliśmy wspólnej płaszczyzny, ot co.
Może i tym lepiej, bo jednak zawsze gadali, że działania mają większą wartość niż słowa. W szczególności te moje, które prędzej przypominały nieskładny bełkot i doprowadzały często gęsto do sytuacji, których zainicjować po prostu nie miałem zamiaru, ale jakoś samo tak wyszło.
To też zdecydowałem się już całkiem przymknąć, a wszystkie sygnały w stronę Antoniego, och, jakże dziwnie brzmi to imię, Adama, kurwa, posyłać drogą nieco okrężną. Może też dlatego uśmiechałem się częściej i z dziwną ulgą wymalowaną na twarzy, czasem marszczyłem brwi, a z największą intensywnością grałem oczami, wpatrując się z uwagą w drugą, skupioną twarz, która również zaznaczała się delikatnym rozleniwieniem i odcieniem poczucia błogości.
Sprezentowałem kawałek zębów, gdy palce dobrały się do biodra, zagryzłem delikatnie wargi, przeciągnąłem dłońmi po gorącej skórze mężczyzny, siląc się na przepełniony aprobatą pomruk.
Dosięgnąłem rękami do potylicy Watsona, bo jedynym, czego naprawdę oczekiwałem w tym momencie, była jego bliskość, świadomość posiadania go przy sobie, oddech na policzku, który wręcz parzył i ten szpiczasty nos wrednie wbijający się w moją twarz.
Rok temu zarzekałem się, że jestem zbyt brudny na takie przywileje. Że już nikt nigdy nie obdarzy mnie czymś innym, niż pragnieniem ciała, jakbym przynależał już na stałe do osób, które znajdowały się tu tylko po to, by zaspokajać tak durne, ludzkie potrzeby.
Może jednak świat miał co do mnie nieco inne plany.

19 kwi 2019

Od Nivana cd Noelii

Kłamstwo, parszywy uśmiech i kłamstwo, którego nie dostrzec się po prostu nie dało. Tak czyste, tak proste, jakby nawet nie starała się go ukryć, a wręcz przeciwnie. Wystawiała je jak najbardziej na widok. Chcąc się bawić bądź też całkowicie nieświadomie podejmując niektóre ścieżki. Nierozważnie. Wręcz głupio.
Huk. Moje zmarszczenie czoła i przeniesienie się do pozycji siedzącej. Bez większych problemów, bez oporów ze strony ciała. Wyjątkowo nie miało zamiaru się buntować, a wręcz przeciwnie, spokojnie dało sobą operować, jak gdyby nigdy nic. Strzyknięcie kośćmi, przeciągnięcie się, ściągnięcie brwi, gdy poczułem dalsze bóle głowy. Dziewucha wyparowała, zostawiając po sobie spory niesmak i zdezorientowanie.
Zapłata chciałem tylko zapłaty i stąd wykurwiać, niczego więcej. Wyciągnąłem telefon. Pora późna.
Krzyk.
Wypierdalam w podskokach, nic tu po mnie nie było, naprawdę mogłem obyć się bez tego całego certolenia. W domu czekało mnie tylko szybkie wyklikanie odpowiedniej sumy z jej konta, bo nawet nie miałem zamiaru upominać się o zapłatę. Dopiszę sobie jakieś dodatki, czy co innego. Szczerze to pierdoliłem.
A gdy wróciła do pomieszczenia, wręcz warknąłem, podnosząc się ociężale z kanapy.
— Aj coś ta karetka nie przyjeżdża... A może ja bym pana odwiozła? Będzie o wiele szybciej — rzuciła, znowu z tym dziwnym grymasem wymalowanym na twarzy i krzaczastymi brwiami uniesionymi odrobinę zbyt wysoko. Prychnąłem cicho, wręcz pod nosem, przecierając potylicę i chrząkając.
— Podziękuję. Pojadę jednak sam — odparłem i nim dobrze dokończyłem wypowiedź, już mnie nie było. Już siedziałem za kierownicą z mocnymi zawrotami głowy, już wyjeżdżałem z posiadłości, by po jakimś czasie zatrzymać się na pierwszym lepszym parkingu przy pierwszym lepszym lokalu, nachylić przy drzewie i zwrócić wszystko, co znajdowało się w żołądku.
— No kurwa — jęknąłem, przecierając usta zewnętrzną stroną dłoni. Byle nic nie zostało w brodzie.
Dalej jechać nie mogłem. Tyle. Zostawało mi wyciągnięcie telefonu. Zastanowienie się nad tym wszystkim.
Renula zbyt daleko. Yamir pewnie miał nareszcie chwilę z Wandą. Antek miał sprawdzać prace uczniów. Był już wystarczająco zdenerwowany.
— Halo — wydukałem cicho.
— Nivan? Co jest?
— Rav, proszę, przyjedź. Proszę.
— Brałeś coś? — zdenerwowanie w głosie. Pokręciłem głową, świadomy, że tego nie zauważy.
— Nie — szloch.
— Gdzie jesteś?

Dłoń na karku. Druga na czole, trzymająca spadające do oczu włosy. Za chwilę pierwsza przeniesiona do ramienia, starając się poprawić telefon, przez który rozmawiał.
— Nivan, to wstrząśnienie, co znowu robiłeś — spytał tak miękko. Wzruszyłem ramionami. — Nivan.
— Przewróciłem się, dobrze? — jęknąłem, kierując palce do oczu, by wytrzeć niezidentyfikowaną, słoną ciecz, która znajdowała się tam, nie wiem czemu.
Ciepła ręka przejechała po plecach, raz, drugi.
— Daj mi kluczyki. — Wiedział, że tak będzie. Przyjechał uberem. Wręczyłem mu je bez słówka. — Możesz spać dzisiaj u nas — dodał jakby nieśmiało. Pokiwałem głową.
— Dziękuję i przepraszam.
— Przestań, Niv.
— Zawsze miałem do nich słabość, co? — zaśmiałem się słabo. Odpowiedział mi delikatnym, ale smutnym uśmiechem.
— Odpoczywaj — wyszeptał, pomagając mi wsiąść do samochodu, a za chwilę samemu siadając za kierownicą. — Ale jakby coś się działo to...
— Mam ci komunikować, tak, wiem.
— Chcesz...
— Torebkę? Mam w schowku, bez obaw — parsknąłem, kręcąc głową. Zapalił lampkę nad naszymi głowami.
— Zapniesz się? — Kiwnięcie głową w odpowiedzi i wykonanie polecenia. Prośby. Pytania.
— Jeszcze raz dziękuję.
— Nie ma za co.

18 kwi 2019

Od Nivana cd Victorii

Papieros. Jeden. Drugi. Trzeci. Cokolwiek, byle wspomóc wołający o pomstę do nieba, głodny jak cholera organizm, który słaniał się na nogach z każdą kolejną chwilą. Nie miałem ani ochoty, ani siły zostawać w jednym pomieszczeniu z pokojowo nastawionym Yamirem, który był już chyba do tego wszystkiego przyzwyczajony i narwaną Illene, która darła mordę, głównie w stronę hindusa, który przyjmował wszystko bez większej dozy dramaturgii. Jedynie siedział i lampił się w ścianę, najwyraźniej dogłębnie się nad czymś namyślając. Możliwe, że gubiąc się w labiryncie pragnień i tęsknot skierowanych w stronę zielonych, ładnych i czystych oczu, które zawsze czaiły się gdzieś w głębi umysłu, bez problemu odcinając go od spraw zewnętrznych. Sprawiając, że tak często odpływał, jak gdyby nigdy nic. Jakby była to kwestia jedynie dotknięcia czarodziejskiej różdżki.
Jakże ciekawa i zastanawiająca była ich relacja.
Prostsza niż twoja i Rava.
Prawdopodobnie tym żachnęłaby się rozjuszona Renee, z cichą aprobatą ze strony Kumara i prawdopodobnie Falki, która zawsze magicznie pojawiała się w momentach, gdy temat schodził na byłego dredziarza.
Papieros. Jeden. Drugi. Trzeci. Wzrok padł na samochód policyjny, który nie powinien tutaj być. Na dziewczynę, która nie powinna tutaj być i mężczyzny, który również nie powinien tutaj być.
Chyba już naprawdę miałem dość, a o tym wszystkim świadczyło jedynie beznamiętne wypuszczenie kiepa gdzieś na ziemię, zmiażdżenie go podeszwą buta i wyciągnięcie telefonu.
Może bezsensowne dodzwanianie się na ten jeden, jedyny numer, jakby prosząc o coś jak pies z podkulonym ogonem.
Nie chciałbyś...
Mdłe.
Poszedłbyś...
Niedopuszczalne.
— Dasz się zaprosić na kawę? — wypaliłem nagle, jeszcze przed tym, jak mężczyzna po drugiej stronie dobrze zdołał odpowiedzieć „halo” ?
Cisza.
— Obgadalibyśmy sprawę Scarlett — dodałem po chwili.
Cisza.
— Tak... Tak, nie ma sprawy — odpowiedziano mi, w końcu. Wkurwione piorunowanie samochodu wzrokiem było już zbędne. Miałem niedługo zobaczyć czekoladowe tęczówki. — Teraz pracuję. Oddzwonię, gdy będę miał chwilę.
— Jasne. Tak. Miłego dnia.
— Miłego, Nivan.
Odsunąłem słuchawkę od ucha, lampiąc się na wysiadającą z radiowozu dwójkę.
Pierdolone dzieciaki.

17 kwi 2019

Od Nivana cd Lawrence'a

Wleźli mi z buciorami w pracę. Włamali się. Bezmyślnie, oczywiście, bo złamać cokolwiek, co należało do nich, trudne nie było. Kilka linijek kodu, ot co.
Wkurwili mnie, rozjuszyli, doprowadzili do białej gorączki. Potrząsnęli czerwoną płachtą przed dostatecznie zirytowanym już bykiem, tylko przyczyniając się do wybuchu maszyny, która nie miała zamiaru odpuścić.
Równie szybko, co się zirytowałem, siedziałem już we własnym samochodzie, wystukując niespokojny rytm o bogu ducha winną kierownicę, zgrzytając przy okazji zębiskami i warcząc pod nosem. Pieprzone dzieciaki, które wyczaić było zawsze łatwo, głównie dlatego, że będąc w ich wieku, popełniałem dokładnie te same, kardynalne błędy.
Pieprzone dzieciaki, z których były niezłe chuchra, bo wystarczyło złapać takiego za kaptur, żeby poddał się dotykowi i dał się przenieść z punktu a do punktu b jak zagubiony chłopak. No może, wcześniej się wyrywając i trując coś dupę, ale nawet nie zwracałem zbytnio uwagi na to, co gadał, o ile w ogóle zdecydował się otworzyć pysk.
Może siłą wyciągnąłem wiadomości o potencjalnym miejscu pobytu, a może to też zdążyłem już sprawdzić. Chuj wiedział. Grunt to, że stałem przed starszym ode mnie mężczyzną, wręcz buchając z nosa dymem, fukając i zerkając na wszystko i wszystkich spod byka, bo nie miałem ochoty na certolenie się w tańcu.
— Co tym razem zrobił? — spytał, a ja czując każde, chociażby najdelikatniejsze szarpnięcie gówniarza, zaciskałem dłoń jeszcze mocniej, zaciągając coraz to większą część materiału. Może uśmiechnąłem się, słysząc, że to nie pierwsza taka akcja.
Jakbym już gdzieś to kiedyś słyszał.
A za to wszystko nawet zaprosili mnie do salonu. U la-la, powiedziałbym nawet.
— Chojraczenie w linijkach kodu przy takim zabezpieczeniu zaplecza? Albo chłopaczynę ząbki swędziały, albo liczył na łut szczęścia — parsknąłem nieco zdemotywowany, łypiąc kątem oka na chłopaka i finalnie puszczając go wolno. Ten uciekający wzrok. Ta postawa.
Tak, zdecydowanie gdzieś już to słyszałem i widziałem. Nawet zbyt dobrze.

Od Nivana cd Antoniego

Dziwnie, ale jednocześnie tak przyjemnie było powrócić do wydarzeń sprzed lat, orientując się tym samym, że tak właściwie w tej sferze zbytnio się nie zmieniliśmy.
Bo co, no, jedynie to, że drapaliśmy prędzej brodami, niż paznokciami, to tyle. Oddychaliśmy ciężej, orientując się, że nawet tutaj kondycja nie była już taka jak kiedyś i po prostu brakowało tej iskry żywotności. Gdzie pozwalaliśmy sobie namiętnie się przewracać, naganiać, drażnić i bawić, kusząc i męcząc drugą osobę. Jak niewyżyte dzieciory, którymi zresztą byliśmy. Przynajmniej wtedy.
A teraz? Teraz w sumie nie było to do końca wiadome, chociaż chichrolił się jak głupi ze zderzenia zębiskami, na co ja tylko wzdychałem i wzdrygałem się z delikatnym zdenerwowaniem, bo sytuacja do przyjemnych nie należała i po prostu bolały mnie teraz jedynki.
— Uwielbiam cię, uwielbiam, uwielbiam. — Zaczął nagle szeptać, wciąż tak roześmianym głosem, wtulając się we mnie coraz mocniej, sprawiając wrażenie, jakby oczekiwał nagle, bym po prostu go wchłonął. O przeciśnięciu karteczki pomiędzy dwoma ciałami nie było mowy.
Ułożyłem dłoń na czole mężczyzny, byle odsunąć go od siebie z dość głośnym śmiechem, może przy okazji kręcąc głową z politowaniem. By wlepić wzrok w oczy. Bardzo ładne oczy, te, które śniły mi się po nocach i dręczyły, gdy tylko miały okazję.
Ucałowałem nos mężczyzny, czubek, później grzbiet, przesuwając się coraz bardziej w górę. Przestrzeń między brwiami, czoło, z którego zdążyłem zsunąć dłoń, gdzieś do tyłu, na włosy. Skroń, policzek, kącik ust i ponownie czubek nosa, pozostawiając wszędzie wilgotne ślady. Rozczochrałem wcześniej względnie ułożone kudły, wyszczerzyłem się od ucha do ucha.
— Ja też — wymruczałem z uśmiechem, zakładając ręce gdzieś daleko za jego ramionami. — Wręcz cię ubóstwiam, kochany.

13 kwi 2019

Od Nivana cd Noelii

Po co słuchać moich próśb, skoro można robić to, co się człowiekowi żywnie podoba. Machnąłem już ręką na fakt, że nie sprawdziła plików, jak ją o to prosiłem, czy cokolwiek innego. Drugi raz przyjeżdżać nie miałem tu zamiaru, jeśli coś się zjebało, a wpierdalać się i łamać hasła chęci szczególnej nie miałem.
Dlatego wyciągnąłem telefon, byle zacząć bez powodu szperać, i może sprawdzić, czy ktoś nie zaproponował czegoś na wieczór, bo zdecydowanie potrzebowałem się komuś spruć, szczególnie że brązowe tęczówki dalej uważnie mnie świdrowały, przewiercając duszę i wspomnienia na wylot. To wcale mi się nie podobało. Ani trochę. Definitywnie nie.
Chyba po prostu bałem się tergo wszystkiego. Konsekwencji płynących wraz z podjętymi decyzjami, słowami, które mogą paść i działań, które mogą znacząco odbić się na wszystkim, co do tej pory znałem i może nawet kochałem. Wszystko było ryzykiem, wszystko było nieznanym. Które paskudnie mnie straszyło i jeżyło włos na karku.
Huk, uderzenie, charakterystyczny, pusty pogłos. Miała nóż. Chyba rozumiałem, co się działo, a mimo wszystko szczególnie nie reagowałem, marszcząc czoło i dalej przeglądając wiadomości, gdy dziewucha zawitała ubabrana krwią, na co jedynie uniosłem brwi.
Bo chyba nie było mi dane trafić do kogokolwiek normalnego.
Sprawy potoczyły się nadzwyczaj szybko, a chęć opuszczenia pomieszczenia skończyła po prostu źle, bo obudzić mi się dane było dopiero wieczorem.
Z bólem głowy, kręgosłupa i ramienia, klnąc pod nosem, kurwiąc na los i sycząc coś na temat niesprawiedliwości tego świata. Przynajmniej tyle, że mogłem się ruszyć bez większego problemu, chociaż promieniujący ból prawego barku skutecznie ściągał mi uśmiech z ust, zatruwając i psując doszczętnie i tak już niezbyt ciekawy, humor.
Kanapa, ogarnięta kobieta i niechęć do ruszenia się o chociaż milimetr, bo po prostu wypompowało mnie z sił, a usadzenie się za kierownicę było pomysłem raczej głupim.
— Mam nadzieję, że chociaż dzwoniła pani po pogotowie — syknąłem, nawiązując zarówno do stanu siebie samego, jak i dziewuchy, która siedziała z bandażem na ręce i chyba wiedziałem, co mogło się tak właściwie stać.

11 kwi 2019

Od Nivana cd Noelii

Nawet dało się wtedy przejechać bez zbędnego obijania się w korkach. Wyjątkowo zwinnie, zgrabnie i powabnie, nie martwiąc się upływającym czasem, a jedynie pozwalając sobie na delikatny uśmiech majaczący gdzieś pod nosem, gdy, o losie, trafiła się zielona fala, która zaczynała coraz bardziej przypominać dobry sen przyprawiający człowieka o przyjemne motylki w okolicach podbrzusza. Wszystko tworzyło złudzenie, które ukradkiem szeptało na uszko, że ten dzień może być dobry, że jeszcze nie wszystko stracone i może nawet ten przeklęty kauczuk zacznie odbijać się tak, jak powinien, a nie na sposób przeczący wszelakiej maści prawom fizyki, którą na nieszczęście rozumiałem i to dość dobrze. Poczuwałem, że byłbym szczęśliwszym człowiekiem, gdybym nie wiedział, dlaczego co się dzieje i może odczuwałbym mniejszą frustrację, widząc tę pieprzoną piłeczkę, która leciała tak, jak jej się podobało, ignorując moje własne zamierzenia, te co pojawiły się kilka sekund po błyskawicznych obliczeniach, jakie mimowolnie odbywały się w przeładowanej informacjami główce.
Z przedmiotów, które rozszerzałem, fizyki nienawidziłem najbardziej, twierdząc, że nawet jeśli była ona rzekomą cesarzową nauk, to doprowadzała ona marne państwo do rychłego upadku. Przynajmniej tyle dobrego, że nie sprawiała mi problemów z nauczeniem się, a wręcz przeciwnie. Wchodziła jak po maśle.
Tylko, no. Zabierała całą frajdę z życia.
Chyba tego najbardziej nie byłem w stanie pojąć w osobie Adama.
Może to też coraz bardziej upewniało mnie w przekonaniu, że mężczyzna miał nierówno pod sufitem i może też dlatego przepadałem za nim bardziej, niż zwykle.
Chociaż każdy mógł się spodziewać, że on sam za przedmiotem jakoś nieszczególnie przepadał. To znaczy, przynajmniej tak było w moim, marnej jakości przekonaniu.
A ja skończyłem z informatyką za pan brat i naprawdę, kto by się tego spodziewał. Nikt, zaprawdę nikt, szczególnie że od bachorstwa uganiałem się za pecetami jak nienormalny, śliniłem na widok przejściówek i piszczałem gdy udało mi się znaleźć mój podręczny poradnik dla początkującego hackera programisty gier komputerowych.
I na co mi było tyle pierdolenia się, jak byłem wzywany do zwykłego czarnego ekranu, gdzie zapewne wystarczało zrestartować całe urządzenie, dwa razy uderzyć w obudowę, trochę poprzeklinać, a koniec końców poprawić kabel od monitora.
W głowie mając myśl, że trafiałem na coraz to dziwniejszych ludzi, wcześniej sąsiedztwo, przez które miałem szczerą ochotę się wyprowadzić, teraz dziewucha, której coś dziwnie się z oczu patrzyło, szczególnie gdy czyściła... Noże.
Albo to po prostu zboczenie powiązane z doświadczeniami, które kazało my myśleć o właścicielce wykurwistej hacjendy w sposób taki, a nie inny.
— Proponuję sprawdzenie, czy wszystkie pliki są na miejscu — rzuciłem, uznając, że nie ma po co robić niepotrzebnego zamieszania z hasłami.
Ostatnio nie skończyło się to dla mnie dobrze.

8 kwi 2019

Od Nivana cd Wandy

Uśmiechnąłem się dopiero wtedy, gdy dziewczyna wybuchnęła głośnym, melodyjnym śmiechem, tym samym rozlewając po ciele przyjemne ciepło, drażniąc struny odpowiadające za poczucie szczęścia i błogości. Wszystko zdawało się być po prostu lepsze niż jeszcze kilka minut temu.
Jakby nagle wszystkie problemy tego świata się rozwiązały, miały zniknąć już na zawsze i nigdy, ale to przenigdy nie wracać, chociaż prawdy w tym było tyle, co nic. Bo pojawiały się ponownie i ponownie, ale taka już była zasada świata i nikt, ani nic nie mogło na to cokolwiek poradzić. Trzeba było się pogodzić.
Jak z wieloma innymi rzeczami w tym marnym żywocie.
Jednak to męczące godzenie się i przystawanie na niektóre nakazy losu, wynagradzane były takimi chwilami i takimi ludźmi, którzy, jak zawsze uważałem, nie pojawiali się w naszym życiu bez powodu.
Zazwyczaj były jakieś intencje, nawet najmniejsze, ale, sprawa, którą miały rozwiązać, wpływając na nas i drastycznie zmieniając.
Nie narzekałem. Takie rzeczy też w tym wszystkim były potrzebne, inaczej człowiek zaczynał popadać we wręcz beznadziejną monotonię. Gdzieś tam się gubił i nie wygrzebywał się z dołka zapełnionego pierdołami.
Najzwyczajniej w świecie nie miał jak.
— Yamir — rzuciła czule, zerkając na niego roziskrzonymi, zielonymi oczętami, na co rozpromieniłem się jeszcze bardziej. — Yamirku ty mój, chyba sam wiesz, jak bardzo tęskniłam — kontynuowała, a szczupła dłoń zahaczyła czule o policzek mężczyzny.
Przytulił własne czoło o to jej, szczerząc się jak głupi, do tego stopnia, gdzie dość masywny nos zaczynał się śmiesznie marszczyć.
Parsknąłem cichym śmiechem, zakładając ręce na piersi i zbierając się na odwagę, by zerknąć na tę dwójkę.
— Doskonale — odparł jedynie i już nie wiedziałem, czy odnosi się do jej wypowiedzi, czy do samego momentu.
Bo rzeczywiście, w tej chwili było po prostu doskonale.

Od Nivana do Noelii

Za pierwszym razem bał się pukania do drzwi. Obawiał się tego, co zobaczy po drugiej stronie. Miał jedynie ochotę gorzko zapłakać, świadomy, że to, co będzie czaiło się za wrotami, będzie czymś nieosiągalnym. Czymś, czego nigdy nie dosięgnie. Czymś, co zostanie tylko i wyłącznie jego cichym marzeniem. Jego tęsknotą. Jego niespełnioną miłością.
Wspomnieniem, które pachniało latem, ciepłem, szczęściem.
Wspomnieniem, które przypominało dobrą kawę o poranku w towarzystwie dobrej osoby.
Wspomnieniem, które bodło. Które męczyło. Które dogłębnie raniło nożem.
Wspomnienie miało piękne, brązowe oczy, długie włosy i trzymało przy piersi dziewczynkę, która definitywnie miała jego uśmiech.
Wysłuchał wszystkiego, pokiwał dłonią, obdarował go smutnym grymasem, który miał chyba udawać szczęście. Nie wyszło, jak widać.
Trudno było powiedzieć, jakimi uczuciami darzył dziewczynkę, bogu ducha winne dziecko, które łypało na niego ciekawskimi oczami i o dziwo nie płakało, nawet jeśli tata zniknął z pola widzenia.
Przejechał dłonią po jej włosach, które odcieniem bardzo przypominały te rodziciela.
Czteroletnia dziewuszka. Kto by pomyślał, że skończą w takim miejscu, z taką relacją.
— Naprawdę, miło mi ciebie poznać, Scarlett — wyszeptał z uśmiechem, gdy siedzieli po turecku na dywanie w salonie.
Nawet jeśli w gardle czaiła się gula, a łzy mimowolnie napływały do oczu.
Odetchnął z ulgą, gdy po kilku godzinach ponownie rozległ się dźwięk pukania do drzwi.
— Tęskniłam — stwierdziła krótko dziewczynka, gdy znalazła się na rękach ojca. Mężczyzna parsknął cichym śmiechem.
Prowizoryczna opiekunka doskonale znała ten śmiech, wiedziała, że znaczył tyle, co zwykłe krycie się z goryczą.
Drgnął, gdy zobaczył, jak patrzą na niego te czekoladowe tęczówki.
Zacisnął mocniej szczęki, gdy usłyszał słowa mężczyzny.
— Ja też tęskniłem. Ja też.
Bo doskonale zdawał sobie sprawę, że odpowiedź wcale nie była skierowana do córki. Bo gniew już chyba przeminął. Zostało tylko rozżalenie i zrezygnowanie.
Tysiące niewypowiedzianych słów.
Gula zastała w gardle.

Odbijanie kauczukowej piłeczki od ściany z nogami zarzuconymi na biurko nie było najbardziej efektywnym zajęciem na świecie, to trzeba było przyznać głośno, ale co zrobić, jeśli doszło się do wniosku, że przydałoby się wrócić do jako takiej pracy i porobić coś więcej, niż nielegalne zlecenia od mniej czy bardziej godnych zaufania typów w czerni.
Czekałem tylko aż znowu okaże się, że wdepnąłem w bagno, bo zachciało się szemranych interesów.
Jednak to wcale nie była przecież moja wina, że na normalnym rynku nic się nie działo, a coraz więcej ludzi wolało oddać swoje rzeczy do odpowiednich serwisów.
Po prostu było małe zapotrzebowanie na rynku i tyle.
Złapałem piłeczkę na chwilę dłużej.
Chcemy znowu grać. Hobbystycznie, oczywiście, a wiesz. Przydałby się perkusista.
Piłeczka z impetem zaryła o ścianę, odbiła się równie mocno i wylądowała gdzieś w drugim pokoju, gdy mi zostało głośno warknąć i osunąć się nieco na obrotowym fotelu.
— Jebał cię pies, Ravenis — syknąłem pod nosem.
Bo musiał pojawiać się wtedy, gdy już zaczynało mi się układać. Gdy już dochodziłem do momentu, gdy relacja z Antonim nabierała normalnych kształtów. Gdy zaczynałem godzić się z przeszłością.
Dzwonek.
— Tak, słucham? Tak, dobrze się pani dodzwoniła. Jeszcze raz, co z komputerem? Aha... Tak, tak, da się zrobić, jeszcze raz adres? Mhm. Postaram się być za jakieś... — Zerknąłem pospiesznie na zegarek. — Czterdzieści? Minut? Tak. To do zobaczenia.
Oczywiście, że pewnie znowu wystarczyło zrestartować komputer, ale jakoś nigdy na to nie wpadali.
Chwyciłem kluczyki od auta, ruszając za zleceniem. Z GPS-em, rzecz jasna.

Od Nivana cd Antoniego

Brzuch niespokojnie drgał, podlatywał, unosił się i opadał, podobnie jak klatka piersiowa, podobnie jak nozdrza, podobnie jak całe ciało. Palce narwowo zaciskały się na szczupłych nadgarstkach. Usta rozwierały się, próbując złapać oddech, któey niespokojnie wymykał się z płuc.
Cholerna dziadyga.
— Ja ci dam zwracać się do mnie na "gada" — rzucił, może prychnął, może syknął, pozostawiając mnie z uczuciem, które wołało głośno o naszą dwójkę i prawiło, że to wszystko było wyborem definitywnie poprawnym, o ile nie dobrym i może nawet świetnym. Potrzeba było przecież kogoś, przy kim poczucie błogości i odnalezienie własnego miejsca na ziemi było wyczuwalne dosłowniej, niż zazwyczaj.— To nie ja byłem panem smokiem, jeżeli pamięć mnie nie myli — mruknął tylko, nisko, wibrująco i nie czekał długo. Zajął się skrzętnie szyją, zadbał o każdy skrawek ciała i duszy, leniwie sunąc ustami, jak mu się tylko podobało. Wciąż zaciskałem dłonie na jego rękach, wciąż nie puszczałem, odchylając głowę jak najmocniej do tyłu. Sapnąłem, jęknąłem. Burknąłem coś o nienawiści, jaką go darzyłem, by równie prędko przeskoczyć do tematu uwielbienia jego osoby.
Fukałem, przeklinałem, wiłem się na jego kolanach. Drażniłem, męczyłem, pobudzałem.
Robiłem to, co Nivan potrafił robić najlepiej.
— Widocznie na stare lata role się odwróciły — rzuciłem beznamiętnie, by w końcu puścić te biedne nadgarstki i dosięgnąć włosów mężczyzny. Przyparłem go mocniej do własnego ciała, przyciągnąłem, przywłaszczyłem go sobie.
Nie chciałem się nim dzielić. Już nigdy więcej. Już nikomu go nie udzielać.
Był mój. Tylko mój. A ja byłem jego.

6 kwi 2019

Od Nivana cd Wandy

Nie potrzeba było czekać długo. Nie trzeba było nawet prosić, czy dawać zaproszenia. Kobieta sama zrozumiała, kobieta sama spojrzała, kobieta sama rzuciła się na szyję mężczyźnie, wypowiadając niepewnie jego imię.
Zdawałem sobie sprawę z tego, jak trudno było sobie przypomnieć jego brzmienie, jak dziwnie było ponownie wymówić je głośno w obecności właściciela. Jak wiele tęsknoty czaiło się za tembrem głosu, ile to wszystko znaczyło dla tej dwójki.
Mogłem wręcz usłyszeć, jak serce hindusa przyspiesza. Mogłem wręcz poczuć, jak wszystko wokół nich zanika i spowalnia. Jak w jednym momencie zaczyna liczyć się tylko to i jak wiele to wszystko dla nich znaczyć. Jak bardzo rozlatują się na kawałeczki i ponownie spajają, wszystko jednocześnie, dziko, nieprzerwanie z prędkością światła.
Widząc, jak mężczyzna nieśmiało unosi dłonie, jak kładzie je na plecach kobiety i jak delikatnie ją przyciska, jakby niepewny tego, czy aby na pewno tu jest. Jakby bał się, że gdy postąpi nieco mocniej, gdy zadziała z większą siłą, rozpłynie się w powietrzu i zostawi go samego, ponownie, na pastwę wrednego losu.
Lubiłem wierzyć w czerwoną nić przeznaczenia. Nie wiem, co było w tym małym zabobonie, jednak zawsze działał na mnie jakoś kojąco i dawał poczucie, że raczej nie jesteśmy tu sami.
Lubiłem wierzyć i widzieć tę czerwoną nić przeznaczenia między tą dwójką. Oczy i mózg lubiły mnie okłamywać. Czasem dostrzegałem, jak zaplątuje się gdzieś wokół ucha dziewczyny. Jak przemyka się przez włosy, gdy hindus decydował się na przeciągnięcie dłonią po głowie blondynki.
— Wanda — wyszeptał równie miękko, równie łamiącym się głosem, z podobną niepewnością zaklętą w strunach głosowych.
A ja na starsze lata chyba jakoś się rozmemłałem, bo musiałem wytrzeć tę łezkę, czy też dwie, odwracając nieco głowę i przyciskając rękaw do kącików oczu, starając się nie pociągnąć zbyt mocno nosem. Bo wszystko łapało za gardło, wszystko się zaciskało w wielką gulę, wszystko męczyło mnie tak, jak ich. Z mniejszą siłą. Z delikatniejszym wydźwiękiem.
Role się odwróciły.
Hindus wyjątkowo nie płakał. Hindus wyjątkowo nie jęczał, jak cierpiał, jak tęsknił. Hindus uśmiechał się od ucha do ucha, wlepiając roziskrzone, złote ślepia w Wandę, jakby była jego całym światem.
Co przecież wcale tak bardzo z prawdą się nie mijało.
— Wanda — powtórzył. Pewniej. Śmielej. Z radością w głosie. — Wanda. Wandziula. Wandalena, Słońce ty moje — wyrzucił wszystko tak nagle, tak żywo, tak energicznie, ponownie przyciskając ją do piersi, już z większą dozą śmiałości.
Pamiętałem, jak długo przeklinał imię mężczyzny z kawiarni w mieście obok. Filipa? Nie byłem w stanie przypomnieć sobie jego mienia.
Chyba nigdy się z tym wszystkim nie pogodził.

Od Nivana cd Antoniego

Wzrok mężczyzny mówił sam za siebie. Gromił, podjudzał, karcił za wszystkie występki, jakich się dopuściłem. Negował słowa i zachowania. Gardził tym, jak odważyłem się potraktować tego nieszczęsnego szczura, który najwidoczniej stał się dla niego całkiem nową alfą i omegą, który zawładnął, omiótł, przyciągnął do siebie i nie miał zamiaru puścić.
A ja chyba musiałem pogodzić się z faktem, że już na zawsze musiałem zejść na drugi plan, zostawiając miejsce dla Antoniego i Merlina.
Wszystko oczywiście dość mocno wyolbrzymiając i śmiejąc się prosto w twarz dziwnemu wytworowi, który zawitał na ciele mężczyzny. Sądziłem, że tego dnia nie uda mi się dożyć. Że Adam zdecyduje się na tatuaż. A tu proszę bardzo. Mniejsza o okoliczności.
— On jest więcej niż ok — odparł, może warknął i znowu złączył usta w mokrym, namiętnym i zdecydowanie głośnym pocałunku, przy okazji decydując się na drażnienie bioder palcami.
Na co początkowo jedynie się wyginąłem, starając się uciec od narzędzia tortur, a gdy to niczego nie dawało, a sam wytrzymać już dłużej nie mogłem, ryknąłem dość głośnym śmiechem, prosto w usta drugiego mężczyzny, po czym odgiąłem szyję, łapiąc go za nadgarstki i odsuwając przeklęte dłonie od ciała.
Sapiąc, oddychając dość głośno i zagryzając wargi, bo och, cholerny był z niego kat. Paskudny, okropny, wredny.
Może dlatego za chwilę łypnąłem na niego nieco zdenerwowanym spojrzenie, któremu jednak nie brakowało iskierek radości i rozbawienia.
— Gadzie, nie łaskocz — wysyczałem, zaciągając się mocno powietrzem, którego jakoś zdążyło i zabraknąć.

3 kwi 2019

Od Nivana cd Wandy

Tego wszystkiego po prostu było zbyt wiele. Za tym wszystkim szło się paskudnie stęsknić. To wszystko doprowadzało do łez. To wszystko wymęczało człowieka do granic możliwości.
Może... Nie może, z pewnością właśnie dlatego tak szczelnie zamykałem kobietę we własnych objęciach, właśnie dlatego za żadne skarby świata nie chciałem jej puścić i właśnie dlatego oboje płakaliśmy rzewnymi łzami, nie kryjąc się nawet z tym wszystkim, co dusiło przez lata.
— Cieszę się, że w końcu się znaleźliśmy — odezwała się, gdy pozwoliłem jej odsunąć się odrobinę, byle spojrzeć w te zielone oczęta, teraz tak bardzo podbite przez czerwień, jaka zalewała białka i ciemną oprawę, która zdawała się rozmazywać coraz bardziej z każdym momentem. — Nawet jeżeli zrobiliśmy to przypadkiem i nawet jeżeli szukanie się zajęło nam odrobinę za długo.
— Odrobinę? — parsknąłem pod nosem, przecierając ze zmęczeniem zmoczony policzek.
Nadrobić wszystko.
Odpłacić za wszystkie grzechy.
Już nigdy cię nie skrzywdzę, obiecuję...

Udało się jakoś wyminąć pierdolniętą sąsiadkę, jakoś przetransportować leniwca do auta, odpalić leniwie moją drogą błyskawicę i popędzić ulicami miasta, które wyjątkowo nie były zakorkowane.
— Nie stresuj się — mruknąłem z uśmiechem, zerkając kątem oka na ciemną burzę loków. Mężczyzna zaciskał mocno splecione dłonie i wzdychał raz na jakiś czas, nerwowo wyglądając za okno. — Słyszysz? — parsknąłem delikatnym śmiechem.
— Łatwo ci mówić — burknął, odwracając głowę, byle nie patrzyć ani na mnie, ani na drogę. — Zapowiadałeś się jej?
— Nie — odparłem beznamiętnie, łapiąc się na tym, że znów wracałem do starych, niewygodnych nawyków. — Przecież kupujemy tylko kwiatki, Yamir, błagam.
— Tylko kwiatki... — bąknął, świadomy, co to wszystko miało znaczyć, bo przecież uzgadnialiśmy to od dawna.

Dzwoneczek zawieszony przy drzwiach. Drgnięcie psa. Blondynka majstrująca przy roślinkach, odwrócona tyłem. Na szczęście.
Drżący hindus, który wczłapał się do pomieszczenia chwilę po mnie.
Pokręciłem głową, gdy okazało się, że musiałem dać mu kuksańca w bok, byle otworzył paszczę.
— Dzień dobry, ja — zaczął, jąkając się i zapowiadało się na to, że nie miał zamiaru dokończyć zbyt prędko.
— Wandziu, pan chciał kupić ci twoje ulubione kwiatki.
— Nivan! — warknął, nieco spłoszony.

31 mar 2019

Od Nivana cd Victorii

Policja zeszła. Podobnie, jak Yamir, ten jednak raczej na zawał, niż po schodach, głównie ze względu na Renee, która po prostu wybuchła i brzęcząc coś o niekompetencji psów, poszła za nimi, mając na celu jedynie zawrócenie zidiociałych stróżów prawa, byle sąsiedztwo zapoznało się ze smakiem kary za przewinienia.
Westchnąłem cicho, zerkając na przerażonego Kumara, który stwierdził, że jest na to wszystko za stary, że zawsze był i on nie wie, co jest z nami nie tak.
Odpowiedź, że równowaga wszechświata musi zostać zachowana, jedynie bardziej go rozjuszyła i sprawiła, że fuknął, bąknął i poleciał na kanapę, sycząc coś w hindi. Wyróżniłem kilka bardziej znanych przekleństw, ale cała reszta dalej była dla mnie jednym, niezrozumiałym bełkotem.
A później ktoś bezpardonowo wparował mi do mieszkania, znowu, przez co znowu miałem ochotę wziąć krzesło w obroty i tym razem zdziałać, bez zbędnego udziału Illene, której coś długo schodziło na tych jej sprawach z policją.
Oczywiście, znowu upośledzeni sąsiedzi.
Ze spluwą w łapie.
Kumar już nawet się nie wychylał, jedynie patrzył, nieco przerażony.
— Dobra zacznijmy od początku... Dzięki Yamir. — Hindus zdawał się wszystko ignorować. Jedynie dalej zerkał, to na mnie, to na dziewczynę i jej kolegę. Zmarszczyłem brwi. — Nivan, Gared chciałby ci coś powiedzieć.
— Że ja mam go przepraszać?!
Wręcz warknąłem, widząc, jak wykręca mu rękę.
Dłoń na nadgarstku. Karcący wzrok Hindusa.
Nie wybuchaj, Nivan. Pożar strawił już zbyt wiele.
Daj światu się zregenerować.
— Wy... Wybacz.
— Tu są, mówiłam. — Ponownie. Cholerna wybawicielka się znalazła. Jadowite spojrzenie padło na włamywaczy. Grupa ludzi weszła do mieszkania, a widząc pistolet w dłoni dziewczyny, najwyraźniej nie mieli nawet zamiaru certolić się w tangu. Poleciały krótkie polecenia, szybka akcja, ręce do góry, rzucić broń, na kolana.
Yamir zaciskał palce coraz mocniej, coraz bardziej wbijał się paznokciami w moją skórę, a ja jedynie uśmiechałem się pod nosem, widząc, że kolega nie wyrósł ze swoich zachowań.
Teraz przynajmniej nie darł się, że to nieporozumienie.
Głównie dlatego, że wyjątkowo, aresztowali kogoś innego, niż mnie.
Kajdanki na nadgarstkach. Moje krótkie sklecenie relacji, gdy dwójkę zamknęli w radiowozie.
Oburzona Renee, powtarzająca później przez pół dnia, że coraz gorzej szkolą tę policję.
A ja znowu chciałem po prostu zniknąć na te kilka lat.
Bo najwyraźniej miałem talent do sprowadzania nieszczęść.

Od Nivana cd Antoniego

Zaczął piorunować mnie błękitnym spojrzeniem, na co miałem ochotę zareagować jedynie dość głośnym śmiechem. Bo wszystko zawsze brał tak poważnie, tak śmiertelnie poważnie i zawsze był gotów do walki. Wystarczyło słówko, a stroszył te swoje piórka, cały się nafukiwał i łypał na ciebie wzrokiem mówiącym jasno, zabije cię, jeśli będzie taka potrzeba.
— To jest, kurwa, Merlin — odparł. Wróć, wręcz warknął, broniąc marnej jakości rysunku, jak skarbu narodowego, na którego nawet nachuchać nie można było, bo szło zarobić mocnego kuksańca w bok, albo ostrzegawcze trzepnięcie w potylicę.
Odpowiadałem marszczeniem czoła i cichym prychnięciem.
— Zrobiłem go po pijaku, ok? — rzucił, wystrzelił, tak szybko, jak potrafił, byle słowa szybko wyszły i szybko odeszły, wręcz przeminęły z wiatrem. — Chociaż uważam, że nie jest najgorszy. Taki o, mały, inteligentny strażnik. I jeszcze ma czapkę czarodzieja! — rzucił z uśmiechem, trącił palcem rysunek, a ja mogłem jedynie westchnąć, może wzruszyć ramionami i koniec końców, pociągnąć mężczyznę na swoje kolana. Całkiem ignorując poprzednią rozmowę, bo należała do kolejnych, małych akcentów, które należało jedynie zapamiętać i odpuścić sobie dodatkowych zmartwień.
Może dlatego od razu zaatakowałem usta ustami, może dlatego zacząłem wędrować palcami po boczkach, nieco bardziej miękkich, niż kiedyś, może dlatego zacząłem przyszczypywać skórę na biodrach mężczyzny.
Wystarczyło jedno spojrzenie.
— No dobrze, jest nawet ok, starczy? — rzuciłem z aktorskim oburzeniem, bo czasami obaj mocno przesadzaliśmy.
Ale on bardziej.

Od Nivana cd Victorii

Gdybym był naiwny albo co gorsza, głupi i nie znał Kumara, pomyślałbym, że może wrócił już z krótkiej wycieczki do mieszkania Illene.
Jednak żadne z powyższych się nie zgadzało i może dlatego odwróciłem się prawie od razu po usłyszeniu, jak ktoś wpada do mieszkania. Bo Yamir pukał. Zawsze i wszędzie, nie bacząc na to, czy właściwie wypada.
Zastałem rozwścieczonego współlokatora Victorii, któremu już chyba całkiem klepek brakło, jeśli wchodził na moje terytorium z ewidentną chęcią mordu w oczach.
Czy oni wszyscy musieli mieć charaktery powyciągane żywcem z jakiegoś słabego fanfika o bad boyach, gangach motocyklowych i upośledzonych emocjach, zakrapianych toksycznymi relacjami i seksem na pogodzenie po kłótni? Czy oni byli naprawdę aż tak wyrwani z rzeczywistości, że nie wiedzieli, jak wygląda prawdziwe, normalne życie?
Czy ja byłem jebanym bohaterem jebanego fanficzka na wattpadzie?
— Wyjdź stąd — rzuciłem stanowczo, ściągając brwi i zakładając ręce na piersi. Wszystko na lekko ugiętych nogach.
Oni wszyscy nadawali się tylko i wyłącznie na leczenie psychiatryczne.
Prośba nie podziałała.
— Powiedziałem, że masz stąd wyjść — kontynuowałem, łypiąc na niego groźnie. Jakkolwiek to brzmi.
Dalej nic, null, zero, brak reakcji. No, nie licząc tego, że zaczął się zbliżać.
A gdy wrzaśnięcie krótkiego, ale jakże tłumaczącego „wykurwiaj stąd” nie pomogło, a przeciwnik zaczął znacząco nacierać, po prostu chwyciłem za oparcie krzesła (chwała Ikei, nie za lekkie, a i tak dobrze się spisują) i łupnąłem, nie, wróć, pierdolnąłem meblem prosto w bok mężczyzny, kodując przy okazji, gdzie wylądował, za ile wstanie i gdzie, do cholery, dałem nóż.
Szkoda mi było knykci, tak długo były ładne i zagojone.
Przebiegnięcie wokół stołu i chwycenie za ufajdany sokiem z ogórków sztuciec, bo miałem zrobić mizerię, bo wszystko miało być miło i ładnie.
Poprawiłem jeszcze palcem serdecznym okulary i już miałem ponownie nakazać wyjście, gdy znany, damski głos głośno wypowiedział moje imię.
— Zostawić was na, kurwa, chwilę. — Czarne, długie kudły zawitały w pokoju, za chwilę po nich reszta sylwetki. Przenikliwe, jadowicie zielone oczy zdawały się sztyletować napastnika. — Wypierdalasz w podskokach albo dzwonię po policję, chyba że wolisz tę gorszą opcję i dostaniesz taką lepę na ryj, że przez tydzień się nie podniesiesz.
— Zawsze musisz kraść moją kwestię? — warknąłem, zerkając na Renee z czystym oburzeniem w oczach.
— Też cię miło widzieć, Oakley, ale pysk. — Przewróciłem oczami. Pieprzona wiedźma.
— Kochani, ile my mamy lat, trzydzieści, czy dalej osiemnaście? — spytał w pewnym momencie Kumar, który zajmował się Victorią. Nieprzytomną Victorią, którą zdołał unieść i stanąć w progu.
Czy on naprawdę był aż tak pokurwiony, żeby pozbawiać świadomości własną współlokatorkę?
Chyba dopiero fakt, że ktoś śmiał tknąć blondynkę, zadziałał na Gareda, który w mgnieniu oka wręcz wyrwał dziewuchę hindusowi, a gdy to nastało, Renee wciągnęła Yamira do środka, drugiego mężczyznę całkiem wypchnęła z mieszkania i zamknęła drzwi na cztery spusty.
— Dałbym radę! — fuknąłem nieco oburzony, że kobieta ponownie odebrała całą frajdę.
— Zrób znowu szpagat i kopnij coś z wyskoku, wtedy pogadamy — warknęła, otrzepując ręce, które chwilę temu dotykały mężczyzny. — A się czuję, kurwa, brudna teraz — fuknęła. — Gdzie była łazienka?
— Drugie drzwi po lewo — westchnąłem, a zielone oczy zniknęły na chwilę z pola widzenia. Odłożyłem nóż na miejsce i westchnąłem, podchodząc do krzesła, które, na szczęście, było całe i zdrowe.
— Co teraz? — spytał hindus, marszcząc czoło.
— Jak to co? — parsknąłem, wyciągając telefon. Mężczyzna zerknął na mnie, a później na kobietę, która opuszczała pomieszczenie, strzepując kropelki wody na wszystkie strony, bo chyba wciąż nie wyznawała ręczników. Wystukałem kilka liczb na ekranie, nucąc pod nosem „Ten numer to kłopoty”.

— Zawsze trafiasz do jakiejś popieprzonej dzielnicy, Oakley, jak ty to robisz? — spytała kobieta, widząc, jak policja wspina się piętro wyżej. Usłyszeć się dało pukanie do drzwi.
— Swój do swego ciągnie, tak myślę — parsknąłem cicho, kręcąc głową.