Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Louise. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Louise. Pokaż wszystkie posty

5 kwi 2020

Odejście

Żegnamy dziś Louise!
ja też jeszcze nie odchodzę, nie bądźcie tacy zadowoleni, jestem jak karaluch

Od Louise

02.03, 17:18
     Kiedy to piszę, słońce chyli się ku zachodowi. Lubię tak mówić, to brzmi poetycko. Gdy wiatr przestaje wiać, otwieram zachodnie okno, siadam na parapecie, a że mieszkam na piętrze, również spuszczam nogi i udaję, że nie jestem sobą. Że jestem w innym miejscu, w innym czasie. Ten widok działa na mnie kojąco, tak już mam. To zabrzmi absurdalnie, ale kiedy tak uśmiecham się tak w stronę tej potężnej kuli ognia (dacie głowę, że to jest takie wielkie?), a w dłoni trzymam nagrzany od gorącej kawy kubek bez ucha (odłamało się podczas zmywania), uspokajam się. I zdaję sobie sprawę z tego, że gorąca dotąd powierzchnia szklanki przestaje być taka gorąca, bo uzmysławiam sobie, że temperatura Słońca wynosi pięć i pół tysiąca stopni. A ja narzekam, gdy tutaj, w naszym mieście, termometry wskazują czterdzieści. Dochodzi do mnie także, iż jesteśmy mali. My wszyscy. Patrząc na wielkie Słońce, mam wrażenie, że się kurczę, a moje sto sześćdziesiąt centymetrów zamienia się w, sama nie wiem, kilka milimetrów. Sprawdziłam w internecie, Słońce ma średnicę o długości 1 392 684 (za duża liczba, żeby przepisywać ją słownie) kilometrów. Z Avenley River do Sharpton jest raptem trzysta. Albo mniej. A wydaje się, że podróż trwa wieczność.

23 sty 2020

Od Louise C.D Theo

     Bywają sytuacje, gdzie jedyne, co masz w głowie to jedna wielka, bezkresna pustka. Dziwne echo odbija się od ścianek mózgu, czasami daje o sobie znać, a potem przepada, ustępując kolejnym informacjom, które mają dotrzeć do mojego umysłu. Jest jak pustynia, ciągle to samo, piach, piach i piach, okazjonalnie jakiś kamień albo dziwne, żółte zwierzątko. To nie tak, iż jestem szczególnie zaskoczona. W końcu każdemu zdarzają się błędy, niektórzy potkną się i wstaną, innym zajmuje to pewien czas. Poza tym, mam pewność, że do końca życia już nic więcej mnie nie zaskoczy, przynajmniej nie powinno, bo zbyt wiele szokujących chwil przeżyłam. Ale ta moja pewność zapewne okaże się zawodna, gdy wyląduję na bruku bez grosza, zdziwiona nagłym wyrzuceniem mnie z pracy. Theo ma wady, jak każdy, poza tym, jego sytuacja najwyraźniej była bardzo słaba, a ten okres dojrzewania wraz z buzującymi hormonami tylko pogarszał sprawę — nastolatkowie w jego wieku popełniają błędy. Tylko najgorsze są te kosztem innych. Mimo licznych argumentów na usprawiedliwienie przyjaciela, nie chcę zapominać o tym, co przeżywała ta dziewczyna. Musiała czuć się strasznie. Gnębiona przez chłopaków, na pewno silniejszych, starszych. Co prawda nigdy nie doświadczyłam tego typu znęcania się psychicznego, jednak jestem w stanie to sobie wyobrazić, szczególnie, kiedy mowa o szkole średniej, jaką niedawno skończyłam. Gdy byłam jeszcze uczennicą, takie akcje były na porządku dziennym, intensywne bardziej lub mniej, smutniejsze, bardziej dramatyczne. Pamiętam, jak kobieta prowadząca prelekcję na temat nierównego traktowania innych opowiadała nam masę historii na temat samobójstw ofiar lub poważnych uszczerbkach na zdrowiu spowodowanych właśnie tym wytykaniem. Nie wiem, czy wiecie, ale jako obiekt drwin bardzo łatwo zachorować na chorobę ściśle związaną z emocjami i psychiką — słyszałam i o takich przypadkach.

10 lis 2019

Od Louise

     Zbliża się zima.
     Temperatury na zewnątrz nierzadko osiągają minusowe wartości, mieszkańcy Avenley River z czeluści szaf wydobyli już swoje kurtki i płaszcze, niedługo do kompletu dołączą szaliki, czapki, rękawiczki. W wielu sklepach, szkołach, szpitalach czy innych instytucjach włączono już ogrzewanie, które znacznie umila pobyt w nich. W parkach, pomimo mrozu, spotkać można sprzedawców gorącej czekolady, ciepłej herbaty albo kawy. Pogoda jest zmienna — jednego dnia zarzucam na ramiona jeansową kurtkę, innego zmuszona jest opatulić się najcieplejszymi materiałami, jakie są w moim posiadaniu, byleby nie odmrozić sobie uszu czy nosa. Niebawem zacznie się sezon na smarowanie twarzy dziecięcym kremem przed każdym wyjściem, zakładania grubych, wełnianych skarpet do wysokich kozaków i długotrwałej rozłąki z maszynką do golenia, którą wykorzystywać będziemy raz na miesiąc, kiedy należy założyć sukienkę. W moich szafeczkach czają się niemałe pudełeczka z herbatą, jakie czekają na odpowiedni moment, żeby zatopić się w gorącej wodzie. Mam malinową, zwykłą, wieloowocową, mango z jakimś ziołem i coś jeszcze, czego z pamięci wyrecytować nie jestem w stanie.

1 lis 2019

Od Louise C.D Theo

     Uciążliwy ból w okolicach karku przeszywa moje ciało. W pierwszej chwili ogarnia mnie swoiste zdezorientowanie, które nawet po upływie kilku sekund nie ustępuje. Rozglądam się dookoła, a pierwsze, co rzuca mi się w oczy, to dość nietypowa sceneria, pokój jakby nie mój, jakby obcy, zdecydowanie zbyt ciemny, w końcu każdego wieczora zapalam lampkę naprzeciw łóżka, w razie, gdybym obudziła się o porze podobnej, jak dzisiejszej nocy. Dodatkowo, obok mnie powinien mruczeć rudy kocur, którego najwyraźniej brakuje. Mrugam kilkakrotnie, starając się przyswoić jakiekolwiek informacje pochodzące ze środowiska zewnętrznego, takie jak hałas samochodów za oknem, osobliwy zapach spalin, który najpewniej dostał się do środka za sprawą uchylonego okna albo kroki dochodzące z pokoju kilka ścian dalej.Ignorując nasilający się z każdym ruchem ból szyi, obracam głowę nieco na lewo. Pierwsze, co udaje mi się uchwycić, to biała szafeczka nocna i mój telefon odłożony na jej blat. Ziewam przeciągle, rozciągając się na praktycznie większość łóżka. Pomimo tego, że wciąż nie mogę wypełnić kilku luk w pamięci, wiem doskonale, iż na tym łóżku jest nieziemsko wygodnie, a znajduję się w moim nowym mieszkaniu. Choć połowa mnie wyraźnie protestuje, druga wręcz zachęca do postawienia stóp na podłodze. Unoszę się na równe nogi i leniwym krokiem kieruję w stronę drzwi od sypialni. Salon jest pusty. Zostawiam za sobą niewyraźne ślady stóp, kiedy brnę dalej, wpół zasypiając. Wpół drogi dopada mnie zwątpienie, jakoby może wrócić do łóżka i zapaść w sen na kolejne godziny, aż do popołudnia. Cały ten plan rujnuje kuszący zapach dochodzący z pomieszczenia naprzeciwko. Zatrzymuję się, wciągając dobitnie powietrze. Poza zapachem, dochodzi do mnie również skwierczenie charakterystyczne dla dań przygotowywanych na patelni, i to z olejem (albo czymś tłustym). Jestem delikatnie zdezorientowana, czego winą jest przede wszystkim to, iż wciąż nie rozbudziłam się wystarczająco.

21 wrz 2019

Od Louise C.D Noah

But I've got high hopes
It takes me back to when we started
High hopes
When you let it go, go out and start again
 High hopes
When it all comes to an end
But the world keeps spinning around

     Powinnam zrobić coś sensownego ze swoim życiem, poważnie. Całe to leżenie w łóżku całe dnie, oglądanie beznadziejnych seriali po kilka sezonów na raz i wchłanianie czterech tysięcy kalorii dziennie nie dość, że staje się nudne, to jeszcze źle wpływa na moje zdrowie. Przytyłam dwa kilogramy przez naprawdę krótki czas, platformę z serialami znam praktycznie na wylot, a z pokoju nie mogę wyjść, ponieważ drogę toruje mi nieokiełznany bałagan podłogowy. Czasami mam wrażenie, iż Louise zamieniła się miejscami z jakimś leniwym facetem bez planów na życie. Jest tak zimno, nawet nie otwieram okien, żeby się przewietrzyło, nawet jeżeli jest w cholerę duszno. Stopniowo zapuszczam tu korzenie i powrót do rzeczywistości na pewno nie będzie tak prosty, jak sobie wcześniej wyobrażałam. Mama delikatnie zasugerowała, żebym zapisała się do psychologa, może on ci pomoże, tylko z czym miałby mi pomóc, skoro nie mam żadnych problemów? To tylko zimowy dołek sezonowy, który minie mi wraz z upływem stycznia i lutego. Choć w podświadomości wciąż mam Noah, staram się nie myśleć o nim tak obsesyjnie. Dostałam jego list, przysięgłam Sammy, że to ja poczekam. No i czekam. Nie interesuje mnie to, ile będę czekać. Mogę leżeć w tym łóżku aż do momentu, w którym da mi jakiś sygnał. Przecież to robię, także nie mam żadnych wyrzutów sumienia (śmieszna sytuacja, przed chwilą mówiłam, że powinnam coś ze sobą zrobić).

6 sie 2019

Od Louise C.D Noah

     Leżę w łóżku tak, jak zawsze — z wyciągniętymi nogami, laptopem na brzuchu i Kotem u boku. Przeglądam jakieś totalnie przypadkowe strony, aby jakoś pozbyć się nudy, jaka zagościła w moim życiu ostatnimi razy. Jedną dłonią drapię zwierzaka za uchem, przez co ten wydaje pomruki zadowolenia. Kot daje mi takie wsparcie, jak nikt inny. Zawsze gotowy wysłuchać, pomruczeć, a nawet przytulić. A tak całkiem poważnie, po prostu czuję potrzebę pochwalenia go, ponieważ jako zwierzę jest, przysięgam, najlepszym kotem, z jakim w życiu miałam kontakt.
     W porządku, zaczynam pleść coraz to większe bzdury. Po prostu, jakby to powiedzieć, samotność zaczyna mi naprawdę doskwierać i, o ile wcześniej się tego wypierałam, w tym momencie naprawdę potrzeba mi wypadu ze znajomymi, w jakimkolwiek stanie znajduje się mój związek.
     Ja: Cześć, Sammy, masz chwilę?
     Na odpowiedź nie czekam długo.
     Sam: Nawet dwie. Dla ciebie zawsze.
     Mimowolnie uśmiecham się sama do siebie. Albo do Kota, który przygląda mi się ciekawsko.
     Ja: Kawa, lody, fastfoody?

31 lip 2019

Od Louise C.D Noah

     Stoję i płaczę, tak na przemian. Raz mam wrażenie, że przewrócę się na tę zimną podłogę, uderzając głową o kafelki, a raz, że zmarnuję wszystkie łzy, jakie mam w zapasach. I może to brzmi śmiesznie, ale racjonalne myślenie to ostatnia rzecz na liście rzeczy do zrobienia, kiedy człowiek właśnie rujnuje wszystko, co ma na drodze. Albo nie, ten człowiek zrujnował to już dawno i teraz stara się polepszyć swoją sytuację, co ma prędzej odwrotny skutek. Właściwie to nie czuję żadnego żalu, smutku, przygnębienia, bowiem ten stan, w jakim aktualnie znajduje się moje serce (mówiąc czysto metaforycznie), nie dopuszcza do niego jakichkolwiek emocji lub jest ich zbyt wiele, aby przypisać go do którejś z nich. A więc tak, to już pustka. I nagle wszystko wraca, pojawia się jakaś nadzieja, serce bije dwukrotnie szybciej, drzwi od tego ciasnego pomieszczenia otwierają się, a zza nich wyłania się szatyn. Mam ochotę krzyknąć: Noah, proszę, nie odchodź już więcej!, prawie rzucam się na mojego chłopaka, rzucam serdecznym uśmiechem, lecz dopiero jakieś dwa metry od owej osoby okazuje się, że to tylko złudzenie. Żaden Noah. To zapity facet. Charkocze. Coś mówi, coś nic nieznaczącego. Nie mam już siły, już nie płaczę. Popadam w coś rodzaju odrętwienia, siadam na podłodze i chyba wbijam wzrok w ścianę, sama już nie wiem.

21 lip 2019

Od Louise C.D Theo

     I choć wstaję przed dwunastą, ledwo żyję, mamie wcale nie robi to różnicy. Ogłasza, iż o siedemnastej przyjedzie w gościnę jej siostra, więc jestem zobowiązana do udania się na niewielkie zakupy, które tak czy inaczej skończą się wydaniem grubo ponad dwustu avarów. Ledwo zdążam się ubrać, uczesać i delikatnie pomalować, kobieta wchodzi do mojego pokoju, uprzednio otwierając drzwi na oścież, po czym wręcza mi banknoty. Kiwam lekko głową, wkładając sobie szczoteczkę do rzęs do oka. Automatycznie zamykam je i pocieram delikatnie, a następnie biegnę do łazienki, przeklinając samą siebie w myślach.
     Kiedy w końcu udaje mi się bez większego krzywdzenia samej siebie dojść do ładu, czyli w dość ładny sposób ułożyć włosy, ubrać się odpowiednio i wykonać makijaż, wychodzę z domu, meldując opuszczenie go mamie kręcącej się po kuchni. W myślach przeklinam samą siebie za to, że wciąż nie wyrobiłam prawa jazdy, ponieważ znów dane mi jest jechać rowerem aż do Sam. Spod jej domu docieram autobusem do odpowiedniej dzielnicy. Fakt, jazda rowerem nie jest aż tak zła, szczególnie, kiedy nie wieje, a w uszach gra muzyka, jednak świadomość tego, iż posiada się własny samochód i nie trzeba kombinować, czekając na kolejny autobus, to coś innego, coś lepszego, piękniejszego.
     Po blisko czterdziestu minutach (nareszcie) stawiam nogę w alei, której odwiedzanie stało się zwyczajem.
     Już mam iść w stronę marketu umiejscowionego w starej kamienicy, gdy coś przykuwa moją uwagę.

25 cze 2019

Od Louise C.D Theo

     Wtulam twarz w Theo, który dosłownie pół sekundy temu oplótł wokół mnie ramiona i przysunął do siebie. Uśmiecham się sama do siebie, wiedząc, iż chłopak tego nie zobaczy. Charakterystyczny dla niego zapach wkrada się do moich nozdrzy, a ja czuję coś w rodzaju spokoju, ulgi, ogarnia mnie gama samych pozytywnych uczuć, bo udało się dowieść jednej rzeczy, jakże istotnej. To nie Theo. Theo jest niewinny. Nie pójdzie do więzienia za coś, czego nie zrobił. To nie on skazał na cierpienie tych biednych w niepełnym tego słowa znaczeniu ludzi. Mogę przysiąc, iż w tym momencie jestem jedną z najszczęśliwszych osób na świecie, on z pewnością też. Nareszcie uwierzyłam w panujące tutaj prawo, choć zapewne niejednokrotnie przejadę się na nim w przyszłości. Jednak… teraz to nieistotne. Mam ochotę krzyczeć. Z drugiej strony czuję się tak… tak dziwnie, jakkolwiek to brzmi. To z pewnością wina emocji i, nie ukrywajmy, wdzięczności, radości, ale dotychczas nic takiego się nie wydarzyło. Tak nagle, niespodziewanie, przytulił mnie, czego brakowało mi od naprawdę, naprawdę dawna. W końcu jesteśmy przyjaciółmi i tak robią przyjaciele. Cieszą się ze swojego szczęścia i tego drugiej osoby. Teraz to szczęście dzielimy.

8 cze 2019

Od Louise C.D Theo

     Kiwam lekko głową i odwracam się na pięcie. Mam wrażenie, że emocje szarpią mną dosłownie na wszystkie możliwe strony — jednocześnie czuję podekscytowanie, strach, nadzieję i nieco ekscytacji, która pcha mnie do przodu i mobilizuje do działania. Louise Watson zabawi się w małego detektywa i uratuje swojego niewinnego przyjaciela. Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie to, że nawet nie wiem, jak się za to wszystko zabrać i udowodnić, iż winowajcą jest Rocks, co wydaje się być dość trudną sztuką. Och, jeszcze trudniejsze będzie przeszukanie tych ruin nawet pod nieobecność tych badziorów, w każdym momencie mogą wrócić i bum, pomimo tego, że zabiorę dwóch policjantów ze sobą, najpewniej będzie ich pięć razy więcej i pobiją nas tak, że nie będziemy mogli się ruszać. Powracając do rzeczywistości, wychodzę z tego pomieszczenia i kieruję się w stronę biura komisarza sprawującego pieczę nad całą tą sprawą. Puk, puk, otwieram drzwi i wślizguję się do oświetlonego słabym światłem żarówki pokoju. Mężczyzna unosi wzrok znad papieru i unosi czapkę, tak właściwie to zdejmuje ją i odrzuca na fotel stojący przy ścianie.
     — Watson. — Delikatnie unosi kąciki ust. — Usiądź. Co takiego cię sprowadza? — Odwraca się i zaczyna grzebać w segregatorach. Jeden z nich zatytułowany jest “Theo Andrews” i należy do cieńszych zbiorów, w końcu sprawa jest świeża jak pierwsze grzyby. — O, czyżby sprawa pana Andrews? Powiem ci, że mnie to nieźle zamieszało w głowie — oznajmia, kładąc segregator na blacie biurka. Przerzuca kilka stron, aż dociera do koszulki ze zdjęciami. — Spójrz. — Wskazuje na mężczyznę uchwyconego na fotografii. Kadr z monitoringu. — To sprawca pożaru. A to… — Idzie kartkę dalej — …to jest postura Theo, który był widziany rano pod pomnikiem w zachodniej części miasta.

1 maj 2019

Od Louise cd. Theo

     Kręcę delikatnie głową, zagryzając dolną wargę.
     — Theo, nie — odzywam się po trzech, może siedmiu sekundach. — To nie do końca tak, jak myślisz. Z drugiej strony… — zacinam się — ...nie mogę zaprzeczyć. Mo…
     Czuję, jak ktoś łapie mnie za ramię i zdecydowanym ruchem odsuwa. Odwracam się szybko, a między mną a Theo przejeżdża wózek szpitalny otoczony chmarą ratowników medycznych. Ruchem głowy wskazuję na pomieszczenie obok oblężonej kafejki. Sygnał zostaje rozpoznany w trybie natychmiastowym i już po chwili oboje barykadujemy się w pustej, cichej sali, niemalże pozbawionej jakichkolwiek mebli. Mężczyzna opiera się plecami o drzwi, a ja podchodzę do nienagannie wybielonej szafeczki i siadam na jej blacie, jedną z dłoni bawiąc się bandażem pozostawionym na niej.
     — Noah ma prawo mi nie ufać.
     Spoglądam to na niego, to na jakieś pudła w kącie, finalnie zatrzymując wzrok na niebieskich tęczówkach, uważnie przyglądających się całej mojej sylwetce. Nie potrafię określić, czy chce drążyć temat, czy też czeka, aż ja powiem coś więcej. Wykrzywiam lekko usta i biorę głęboki wdech.
     Nie wie, co tak naprawdę jest między mną a Noah i nigdy nawet nie myślałam o tym, aby opowiedzieć mu tę krótką, acz ważną historię. Nie potrafiłam się przemóc.

16 mar 2019

Od Louise cd. Noah

     Spojrzeniem zaszklonym od łez wpatruję się w zakrwawioną podłogę gabinetu, po czym przenoszę je na zmasakrowaną twarz. Wszędzie jest krew — rozcięty łuk brwiowy, cios zadany prosto w nos z pewnością odbije się na zdrowiu Aarona, kilka ran na wardze i już niedługo również śliwa na oku, której póki co nie widać. Przełykam ślinę, choć mam wrażenie, że staje gdzieś wpół drogi przełykiem. Wymijam mężczyznę, aby po chwili zatrzasnąć za nim drzwi. Biegnę długim, wydawałoby się, że nieskończonym korytarzem, lawirując między korposzczurami z rękoma pełnymi teczek i dokumentów. W środku przeklinam siebie, iż wpadłam na tak idiotyczny pomysł, jakim było odwiedzenie Aarona. Najgorsze jest jednak to, że po tym wszystkim Noah na sto procent nie będzie w stanie uwierzyć w moją wersję wydarzeń. Po co do niego przyszłam? Proste — jest bratem mojego chłopaka, a ja desperacko szukałam pomocy. Nie chciałam umawiać się z nim na szybkie numerki, starszy Brown w żaden sposób mnie nie intryguje, po prostu… pomyślałam, że to moja ostatnia opcja.
     Wybiegam z budynku, nie przejmując się ogarniającym mnie chłodem. Płaszcz pozostawiłam w gabinecie Aarona, więc prędzej czy później będę musiała tam wrócić. Ale nie myślę o tym. Staram się określić, w którą stronę poszedł Noah i gdzie mogę go znaleźć. Pytam przechodniów, nie licząc się z faktem, że zapewne widzieli dzisiaj dziesięć osób pasujących do opisu chłopaka. Jedni mówią, że poszedł w stronę ratuszu, inni mówią o teatrze, lecz żadna wersja w nawet najmniejszym stopniu nie pasuje do niego — nie poszedłby obejrzeć jakiejś sztuki nawet w stanie codziennym, a na dodatek teraz zapewne kipi ze złości. Łapię za telefon i dzwonię do niego. Pierwszy sygnał, drugi sygnał, trzeci, czwarty, aż w końcu odzywa się poczta. Ponawiam połączenie, ale za tym i kolejnym razem sytuacja się powtarza. Biorę głęboki oddech, wolną dłonią pocierając kącik prawego oka. To wszystko na darmo, cały obraz rozmazuje się, a do oczu napływają kolejne fale łez. Odsuwam się o kilka kroków do tyłu, po omacku wyszukując dłońmi jakiejkolwiek powierzchni, o którą mogłabym się podeprzeć. Dotykam plecami zimnych szyb wierzowca Brown Inc., syczę cicho i osuwam się na ziemię, żałośnie łkając.
     Niszczę go. Ba!, zrobiłam to już dawno temu, kiedy po raz pierwszy spotkałam go w warsztacie. Nie wiedziałam, że ten podły, arogancki gbur zajmie tak istotne miejsce w moim życiu. Miałam ochotę dać z liścia mamie, kiedy kazała jechać nam oboje po pieprzony akumulator. To pociągnęło za sobą szereg kolejnych sytuacji, te rogaliki, stłuczoną szklankę, poszukiwania zapałek, sytuację, gdzie ten mężczyzna próbował się do mnie dobierać (a właściwie to już to zrobił), jak przynosił mi te najsmaczniejsze lody i troszczył tak, abym wróciła do siebie, nie używając słów innych, niż te na karteczkach. Pomimo wyraźnych barier, strachu i uzasadnionej niepewności, wyznał mi swoje uczucia, nareszcie staliśmy się dla siebie kimś innym, niż znajomymi czy nawet przyjaciółmi. Nie potrafię ukryć faktu, iż to ja zrujnowałam tę relację i przecięłam nić zaufania, jaką mi podarował, obdarzył, mniejsza z tym. Noah jest kimś wyjątkowym. On zawsze był, zawsze będzie niesamowity, nawet jeżeli ma trudny charakter, który mówi “nie zbliżaj się, bo odgryzę ci rękę do łokcia”, nasz związek jest żywym dowodem na to, że się da. Zawsze w to wierzyłam. Zawsze miałam nadzieję.
     Ale ona gaśnie, a to przez moją głupotę. Co mnie pokusiło?
     Pojawiają się dwie myśli.
     Pierwsza. Louise, poszukaj go, porozmawiajcie. Nie pozwól mu odejść.
     Druga. Louise, zostaw go. Znajdzie swoje szczęście, kobietę, która będzie mu oddana w stu procentach.
     On zasługuje na szczęście. Potrzebuje kogoś, kto obdarzy go czymś niesamowitym, będzie troszczyć się o to serce z kamienia, jakby było ze szkła. To musi być osoba, która nawet nie pokusi się o zdradę. Żadną. W żadnej kategorii.

2 mar 2019

Od Louise cd. Theo

     Kiedy tylko wchodzę do domu, otula mnie ciepło bijące z grzejników i kominka. Pocieram dłoń o dłoń, by nieco ogrzać się po zimnym spacerze z Theo. Nim udaje mi się zawiesić kurtkę na wieszaku, słyszę dzwonek do drzwi i kilka stuknięć. Bez wahania uchylam je, bo szósty zmysł mówi, że tak powinnam zrobić. Moim oczom ukazuje się obraz niczym z dobrego filmu akcji połączonego ze słabym horrorem — zakrwawiona twarz, czerwona ciecz ociekająca na deski, a do tego ledwie widoczne oczy chłopaka, które wpatrują się we mnie z błagalnym wyrazem. W pierwszej chwili ogarnia mnie strach, czuję, że nie mogę się ruszyć. Staram się dojść do siebie i zrobić cokolwiek, co udaje mi się dopiero, gdy Theo rozchyla usta w zamiarze wyduszenia czegokolwiek z siebie. Zaciska powieki, więc czym prędzej biegnę do łazienki — łapię za apteczkę, która powinna być pełna, bo nikt jej raczej nie używał. Prowadzę poranionego do toalety na parterze, by tam zatamować krwawienie i zastosować zimne okłady. Sama nie wiem skąd, ale jakimś cudem udaje mi się odnaleźć lód. Zawijam go więc w materiał, wolną dłonią przygotowując zimny okład.
     — Nasada — mówię i podaję mu okład.
     Chłopak pochyla się do przodu i układa kompres we wskazanym miejscu, trzymając przy tym za koniec nosa. Ja, totalnie nieporadna i nieumiejętna i on, który, wydawałoby się, wie co robić.
     Wyjmuję z coś na kształt wacików i preparat do odkażania — w swoim życiu miałam do czynienia jedynie z wodą utlenioną, lecz mama kiedyś wyczytała coś o jej słabych możliwościach i zakupiła coś innego. Szybko analizuję napisy na pudełeczku i w końcu otwieram buteleczkę.
     Drugą ręką łapię za telefon i wybieram numer pogotowia. Nie mam żadnej innej opcji, zważywszy na brak własnego samochodu i nieobecność rodziców w domu, a taksówka odpada z różnych względów. Kobieta przyjmująca zgłoszenie wydaje się być naprawdę szorstka, choć całe zdarzenie staram się opisać jak najdokładniej. Zbywam wzrok niezbyt zadowolonego Theo.
     Kiedy krwotok z nosa słabnie, staram się odkazić ranę przy brwi, co wyraźnie sprawia mu ból, czemu wcale się nie dziwię. Lada chwila zjawiają się ratownicy medyczni, którzy zabierają obolałego chłopaka prosto do karetki. Słysząc, iż nie mogę jechać z nimi, wzdycham ciężko. Rower znajduje się w zamkniętym garażu, a, jak mówiłam, taksówki nie zamówię. Pozostała mi więc jedna opcja, która przyprawia mnie o mdłości i zawroty głowy jednocześnie. Noah.
     Sęk w tym, że nie potrafię. Odwołałam nasze spotkanie na rzecz Theo. Przez Theo dochodzi między nami do kłótni. Nie, stop, to nie wina Theo, jednak także nie moja. Ale nie dam rady, nie zrobię tego i nie poproszę go, by zawiózł mnie do niego, bo to najgorsza opcja ze wszystkich, gorsza od taksówki, gorsza od pieszego dotarcia tam. Mój związek z Noah nie powinien w żaden sposób mieszać się z przyjaźnią nawiązaną między mną a rannym chłopakiem.
xxx
     Dwadzieścia minut później stoję na szpitalnym parkingu. Czuję na sobie palący wzrok Noah.
     Cholera, przecież nie udzielą mi żadnych informacji na temat stanu zdrowia Theo.

THEO?
przepraszam, dzisiaj wyszło słabo

15 lut 2019

Od Louise cd. Noah

          Naciskam lekko klamkę. Nie dziwię się, gdy odkrywam, iż drzwi są zamknięte na klucz. Pukam jeszcze kilkakrotnie. Odpuszczam po kilku minutach, osuwając się na zimną kostkę przed nimi.
          Chciałam go zdradzić.
          Bzdura, ja go zdradziłam.
          Zerwałam tę nić, która zdążyła pojawić się między nami przez ten długi czas. Czas bogaty w trudne chwile, wzloty, upadki, momenty, gdy oboje zwątpiliśmy i wydarzenia, do których mogłabym wracać każdego dnia. Zerwałam tę nić, ponieważ Noah powiedział jedno słowo za dużo, będąc w furii, a ja go obwiniałam, klejąc się przy tym do jego brata. Ha!, kleiłam się do jego brata, czyli koszmarnie snobistycznego i egoistycznego dupka, który, z pewnością, uwiódł mnie totalnie dla zabawy i w formie zemsty na bracie. Doskonale znam historię Brownów, więc zachodziłam w głowę dlaczego Aaron chciałby to zrobić — w końcu to Noah był tym “gorszym” synem.
          Przez ten czas płaczę niemalże bez przerwy, wyrzucając sobie całą tę sytuację.
          Tak, to moja wina.
          Tak, ja pozwoliłam mu na to.
          I tak, masz prawo być zły, Noah. Masz prawo mnie rzucić, przy tym wyzywając od najgorszych, przyjmę to z pokorą i odejdę. Odejdę. Nie będziesz musiał już na mnie patrzeć. Pozwolę ci być szczęśliwym.
          Noah był szczęśliwy ze mną. Widziałam to, czułam. Stanowiliśmy idealny duet. Wiedziałam doskonale, że jakikolwiek cios zadany prosto w jego serce skończy się tragicznie. Nigdy nie chciałam go zranić, och, boże, dlaczego nie mogę cofnąć czasu? On jest jak delikatna róża, uzbrojona na zewnątrz jak najbardziej się da, a wewnątrz kryje najszczersze uczucia i wrażliwość, której nikt nigdy by się nie spodziewał. Ale ja go znam i wiem, co kryje się między tymi płatkami. Przygarnęłam tę różę, obiecując, iż będę dbać o nią jak o najważniejszy i najcenniejszy kryształ. Zaufał mi, a ja wszystko zaprzepaściłam. Nienawidzi mnie.
          Ignorując roztrzęsione dłonie sięgam po telefon i piszę krótką wiadomość. Gdy mój kciuk niemalże muska ikonkę wysyłającą, cofam go. Nie potrafię. Nie mogę. Muszę dać mu czas. Ale… nie mogę odejść, boże, coś mnie tu trzyma. Pukam jeszcze trzy razy, lecz wyraźnie zbyt cicho. Na tym pozostaję. Noah zdaje się nie słyszeć cichego dobijania się do jego domu. Zaciskam powieki i odchodzę. Na kilka dni. Na kilka tygodni. Ile tylko zechcesz, Noah. Ile tylko zechcesz.
          Zasypiam nad ranem. Poprawka, nie zasypiam, jedynie drzemię. Cała noc zeszła na myśleniu. Poprawka, całą noc przepłakałam, obwiniając siebie i tylko siebie. Bo to jest moja wina. Popra… nie, to naprawdę tylko moja wina. Nie potrafię szukać innego wytłumaczenia, ponieważ to ja zawiniłam, ja chciałam to zrobić, tylko mi groziły konsekwencje. Aaron mógł sobie pozwolić, jest w końcu sam. Poszłam o krok za daleko. Ciągle go ranię. Cholera, ta relacja była tak piękna. Wyjmuję telefon z szufladki szafeczki nocnej i wchodzę w konwersację moją i Browna. Zablokował mnie na Rivenley. Siłuję się z sobą, aby wejść w SMS’y. To właśnie tą drogą zeszłej nocy chciałam wysłać mu wiadomość, która zapisała się. Ku mojemu zdziwieniu, nie rozpisałam się na tyle, by szczególnie żałować nie wysłania SMS’a. I tym razem dopadam się klawiatury, piszę bardzo powoli i znów waham się nad wysłaniem. Po raz kolejny nie klikam samolocika i odkładam telefon, zaszywając się gdzieś w kołdrze.
          Nienawidzę siebie.
          Nienawidzę tego, jak krzywdzę innych.
***
          Po kilkunastu minutach zwlekam się z łóżka, by doprowadzić się do jakiegokolwiek stanu lepszego od aktualnego. Próbuję ułożyć włosy, które wcale nie ułatwiają mi zajęcia. Poddaję się, gdy targam je jeszcze bardziej. Jęczę przeciągle. Nie doskwiera mi głód. Czuję przedziwną pustkę. Wyrzuty sumienia nasilają się. Zaciskam oczy jeszcze mocniej, torując łzą drogę przepływu. Pomimo starań, nie potrafię myśleć o czymkolwiek innym. W końcu wychodzę z łazienki i kieruję się na dół. Potrzebuję ich. Potrzebuję dobrych rad, potrzebuję kogoś, kto wysłucha mnie od początku do końca.
          Rodzice siedzą przy stoliku, przyglądając się jakimś papierom. Nakładam sztuczny uśmiech i podchodzę do nich, obejmując obojga ramieniem.
          — Spójrz — szepce mama, odsuwając się nieco. — Twój brat.
          I w tej chwili czuję, jak ziemia chwieje się, a nogi przybierają postać waty. Boże, nie było mnie tak często, że całkowicie zapomniałam. Mój brat. Moje rodzeństwo. Kolejny problem. Nie. Nie mogę mówić tak o kimś tak istotnym dla rodziców. Przepraszam ich tylko i wracam biegiem do pokoju.
          Łączę się po raz trzeci z Noah, łudząc się, że tym razem odbierze.
You've carried on so long
You couldn't stop if you tried it
You've build your wall so high
That no one could climb it
But I'm gonna try
NOAH?

12 lut 2019

Od Louise do Adama - Walentynki [1/2]

          Walentynki.
          Wa-lę w tyn-ki.
          Wszechobecny klimacik porównywalny nawet do tego świątecznego, albowiem gdzie tylko nie spojrzysz, twoim oczom ukazują się tony brokatu, miliony serc, romantyczna muzyka i na pozór idealne prezenty poustawiane na półkach każdego sklepu. Jak zdecydowana część populacji Avenley River, do pewnego czasu wcale nie szalałam za tymże świętem. Jeżeli mam być tak dokładna, nie lubiłam walentynek nawet w zeszłym roku, choć spędziłam je z Sam na walentynkowym olewaniu walentynek. Jeszcze kilka tygodni temu wydawało mi się, że czternasty luty spędzę świetnie, ponieważ wtedy między mną a Noah było świetnie. Później sytuacja z Aaronem, wszystkie moje nadzieje poszły się walić. A teraz jest dobrze, a w formie kolejnych przeprosin zastanawiam się nad prezentem dla mojego chłopaka.
          Hej, nareszcie nie będę musiała obchodzić dnia singla piętnastego lutego.
          Sięgam po telefon i przeglądam Rivenley w poszukiwaniu pomysłów na podarunki. Natrafiwszy na post z dużą ilością komentarzy, wchodzę w tę sekcję i przeglądam wypowiedzi kobiet.
          April Ginny Smith: Dla mojego męża zamówiłam koszulkę z własnym nadrukiem. Myślę, że to super pomysł :D
          Pomimo tego, iż w niektórych związkach może być to świetny pomysł, nie jestem przekonana — uważam, że to nieco… dziecinne. Nie tyle, co dziecinne, ale bezsensowne. Przecież on nie będzie w tym chodził.
          Felicity Bon: Z racji, że Alec uwielbia kino, kupiłam nam bilety na trzy seanse. Właściwie to jest to długi seans.
          Kino początkowo wydaje się być opcją świetną, więc wchodzę na stronę internetową najbliższego, szukając odpowiednich filmów. Niestety, żaden z nich nie wydaje się być idealnym, więc skaczę na kolejną stronę i tak do znudzenia. Wszędzie grają komedie romantyczne, a zanudzanie Noah tego typu rozrywką byłoby dosłownym grzechem. Wracam na Rivenley i scrolluję dalej.
          Kelsey James: Życie z miłośnikiem rajdów jednośladów nie jest proste, ale tego jednego dnia spróbuję go uszczęśliwić i dam mu bilety na najbliższe wydarzenie nieopodal stolicy. A, dorzucę jeszcze czekoladę, bo tak się składa, że dostałam ostatnio taką ogromną, a, niestety, jej nie lubię. Chłopak jeszcze jej nie widział, więc nie ma żadnych przeszkód, haha!
          Rajd nieopodal stolicy? Czyżby w naszej okolicy ktoś szykował motocyklowy event? Wchodzę na stronę miasta i szukam jakichkolwiek informacji na ten temat. Gdy trafiam na post związany z tym, zagłębiam się w temat. Kilka chwil zastanawiam się jeszcze, czy Noah lubuje się w tematyce jednośladów. Ostatecznie rezygnuję, obawiając się nietrafnego prezentu.
          Marylin McDave: A ja idę za głosem tradycji i dzisiaj wybieram się do jubilera kupić zegarek. Chociaż wydaje mi się, że i tak będzie się spóźniał, eh.
          Och, tak! Zapomniałam o klasyce, jaką jest zegarek. Nie widywałam żadnego na jego nadgarstku, więc, czym prędzej, biegnę do ojca na parter, by zapytać go o kilka spraw.
          Sączy kawę w salonie, oglądając najnowszy odcinek Hero to Zero. Siadam na fotelu obok.
          — Gdzie kupiłeś ten zegarek? — wskazuję na złoty dodatek na jego przedramieniu.
          — W sklepie — mruczy. — Poczekaj, oglądam.
          — Tato! — prycham. — U jubilera w Fair Rocket?
          — Nie, dlaczego tak uważasz? Nie byłoby mnie stać. To prezent od twojej matki, kupiła go bodajże w Bijoux w Delcie. Tak właściwie to tani też nie był — przyznaje w końcu, nie spuszczając wzroku z telewizji. — A dlaczego pytasz?
          Powiem mu prawdą, co za sekret?
          — Walentynki. Szukam prezentu dla Noah i wydaje mi się, że to naprawdę dobry pomysł — odpieram. — A z racji, że ty niemalże zawsze zegarki nosisz, pomyślałam, że mógłbyś mi doradzić.
          — Mamy iść razem do galerii handlowej? — dziwi się, a ja tylko kręcę głową. — Na całe szczęście. Nie wytrzymałbym nawet, gdybyśmy kupowali coś, na czym się znam. — Pusty kubek odstawia na stół, przybliża się do mnie i odsłania swój zegarek. — To cacko kosztowało ją całą wypłatę.
          — Byłbyś milszy!
          — A idź do diabła.
          Mruczę coś i w końcu odchodzę. Wróciwszy do pokoju, pakuję potrzebne rzeczy do torebki i sięgam po telefon, wybieram numer Sam i dzwonię.
          — Cześć, Lou, dawno cię nie słyszałam. No… co z Noah? — Przez jej ciepły głos wracam myślami do tej sytuacji w kawiarni, gdzie dowiedziałam się dość istotnej rzeczy. — Znowu…
          — Nie, nie — zaprzeczam. — Wszystko jest dobrze, moja droga przyjaciółko. I tak, gratulacje, chodzi właśnie o Noah. Bo są walentynki, a ja chcę kupić mu coś na prezent. Zdecydowałam, że to będzie zegarek.
          — Co mi do tego? — pyta dość poddenerwowana.
          — O matko, Samatha, co się stało? Zachowujesz się, jakby ktoś cię zmuszał do tej rozmowy — wzdycham na zachowanie przyjaciółki. — Chciałabym, żebyś poszła ze mną do Delty i wybrała zegarek, ot, co ci do tego — wyjaśniam. — Ale widzę, że jesteś niezbyt chętna.
          Czuję na nogach coś ciepłego — nim nadążam spojrzeć, rozlega się głośnie miauknięcie. Wolną dłonią głaszczę Kota.
          — Pozdrów Kota, bo on też domaga się towarzystwa. Tak samo, jak ja! — warczy. — Odkąd masz tego swojego Noah to non stop słyszę tylko o nim, ciągle z nim wychodzisz. Facet zajął pierwsze miejsce w twoim życiu! Och, jeszcze ten Theo, który nagle okazał się być lepszym przyjacielem, niż wieloletnia Sam. Bo co? Jest bezdomny i nagle, ach, jaki silny, jaki kochany. Boże, Louise, jesteś naiwna. Ale, ale, hej, któż to zdradził Noah z jego brate…
          — Przestań, Sam! — przerywam jej w końcu. — Nie mogę tego słuchać. Jesteś… egoistyczna. Naprawdę nie potrafisz mnie wesprzeć, tylko zaczniesz robić mi sceny, że akurat teraz pogorszył nam się kontakt? Litości, moje życie nie obraca się wokół ciebie, nie masz prawa robić mi wyrzutów na ten temat. Wiesz co? Pójdę do tej pieprzonej Delty i nawet nie myśl, że teraz wszystko będzie okej. I ja, i ty jesteśmy dorosłe, a zachowujesz się jak przedszkolak, dobry Boże.
          Rozłączam się, unikając ciągnięcia rozmowy. Wydaję z siebie przeciągłe jęknięcie i rzucam się na łóżko, uważając, by nie uszkodzić leżącego na mnie Kota.
          Po pół godziny zbieram się w końcu z domu, dając znak rodzicom, iż wrócę pod wieczór. Zbliża się piętnasta — godzina szczytu. Wszyscy wychodzą z pracy, a jeżeli nie teraz, to za godzinę. Tworzy się sajgon, a teraz, przed walentynkami, napotkam z pewnością dziesiątki par i ludzi, którzy wybierają prezenty dla swojej połówki. Będę hipokrytką, gdybym powiem, że ich nie lubię, w końcu ja sama przychodzę tam w owym celu.
          Nieomylnie. Cała galeria kipi od tłumów (z tego względu zrezygnowałam z pożyczenia samochodu od mamy i przystałam na komunikacji miejskiej, choć i tak czułam, że brakuje mi powietrza i przestrzeni), więc z trudem wciskam się do środka. Nie rozbieram się, a jedynie rozsuwam suwak od kurtki. Lawirując między ludźmi uważam, by nie nastąpić na jakiegoś psa, których, pomimo zakazu, było tu od groma. Rzadko kiedy widuję aż tyle ludzi w Delcie. Ach, cóż się dziwić, nie bez powodu okrzyknięta jest największym centrum handlowym w całym kraju. Zastanawiam się kilka chwil, gdzie mogłabym znaleźć zegarek idealny za cenę niższą, niż pozwoli mi moje konto bankowe. Wtedy przypominam sobie sklep, z którego pochodzi zegarek ojca — Bijoux. Nie wiedząc, gdzie znajduje się ten jubiler, podchodzę do dużej tablicy elektronicznej i wyszukuję. Trzecie piętro, zaraz przy strefie gastronomicznej. Chwila moment, dlaczego są dwa Bijoux… och, boże, zgubię się tutaj prędzej czy później. W końcu podejmuję decyzję o odwiedzeniu tego niżej, na piętrze pierwszym. Widząc tłok przy windzie i schodach ruchomych, wybieram zwykłe, choć i tak wciąż obijam się o ramiona niewinnych turystów i tubylców. Po piętrze chodzę jakieś pół godziny, zanim nareszcie znajduję wyczekiwanego jubilera. Z ulgą wymalowaną na drobnej twarzy wchodzę, lecz automatycznie zostaję wypchnięta przez… więcej ludzi. Słowo, w tej chwili nie ma gdzie patyczka wstawić, bo wszędzie ktoś stoi, ktoś się kręci, ktoś podziwia, ktoś kupuje. Zrezygnowana opuszczam Bijoux i stoję tak dobre kilka minut, aż wpadam na pomysł numer dwa — sklep na piętrze trzecim. Już ze zrezygnowaną miną wlekę się dwa poziomy wyżej, przeżywając tę samą katorgę. A gdy, powiedziałoby się, nareszcie, staję przed lokalem z niemałym wyczerpaniem, zdaję sobie sprawę z faktu, iż jest… zamknięty. Po prostu zamknięty. Na szarej kurtynie wywieszona jest kartka, że został przeniesiony na pierwsze piętro, czyli tam, gdzie byłam kilka chwil temu. Błąd systemu, pieprzonego systemu. Przeklinam Noah w myślach i smętnym krokiem kieruję się w stronę strefy gastronomicznej, gdzie czeka na mnie lodziarnia. Zamawiam duży przysmak z czterema gałkami lodów (orzech włoski, sorbet malinowy, czekolada i jogurt wiśniowy) i zajmuję… wróć, żadnego miejsca nie zajmuję, bo pieprzone rodziny z dziećmi postanowiły zająć dziewięćdziesiąt dziewięć stolików w ca-lu-siej strefie, przez co jestem zmuszona ponownie stąd wyjść, by po-now-nie wsunąć się między pie-przo-ne tłumy ludzi w Delcie. Biorę trzy oddechy i odwracam się. Nie, nie wyjdę stąd. Nie, usiądę gdzieś. Mam w dupie szczęśliwe familie i zakochane pary. Po prostu podchodzę do pierwszego lepszego stolika, pytam, czy krzesło jest wolne i biorę je, ustawiając gdzieś w kącie. A więc, niczym najgorsza idiotka, siedzę gdzieś w totalnym zadupiu strefy gastronomicznej i zajadam się lodami, cieszę się jak dziecko i ogólnie serdecznie polecam właśnie takie spędzanie okresu przedwalentynkowego. Samotnie. Pośród tysięcy ludzi. Jedząc czterogałkowy deser. Zajebista zabawa.
          Po godzinie męczarni z lodami i sprawdzaniu Rivenley w oczekiwaniu na przeludnienie, nareszcie udaje mi się wepchnąć do Bijoux. Krążę złotymi alejkami i rozglądam się na lewo i prawo. Zegarki, które znajdują się zaraz przy biżuterii damskiej, są naprawdę przeróżne, a ich ceny wahają się od stu do nawet trzech tysięcy avarów. Chcąc odnaleźć idealny, patrzę zarówno i na wygląd, i na cenę. Cechą, którą musi posiadać mój przyszły zakup, jest skórzany pasek. Przeglądam wszystkie, oddając się pięknu każdego z nich.
          — Jakie śliczne… — wymsknęło mi się.
          Wtem odwrócił się do mnie nieznajomy mężczyzna.
          — Do mnie pani mówi? — pyta, uśmiechając się lekko. — Faktycznie, te bransoletki mają swój urok.
          O. Mój. Boże. Dlaczego, po co i jeszcze raz, dlaczego. Na moich policzkach pojawia się rumieniec, co ukrywam pod rudymi włosami, kręcąc lekko głową. Jest mi tak cholernie wstyd.
          — Nie — wyduszam w końcu. — I tak, ma… t-to znaczy, są śliczne.
          — Zegarki? — Rzuca wzrokiem przez moje ramię. — Ciekawy pomysł.
          — Dla chłopaka — mówię już nieco pewniej. — Podejrzewam, że szukasz czegoś dla dziewczyny — rzucam. Po chwili zaczynam żałować tych słów, lecz chłopak, wydawałoby się, nie ma nic przeciwko temu… stwierdzeniu. — N-nie chcę być wścibska.
          — Nie, nie. — Jego kąciki ust ponownie unoszą się. — Dla przyjaciółki. W końcu walentynki są nie tylko dla par.
          — No… tak. Na pewno będzie jej bardzo miło — mówię, podchodząc bliżej do gablotki z biżuterią damską. Na lewej ręce mężczyzny zauważam błyszczący się dodatek. — Znasz się może na zegarkach?
          Okazuje się, że faktycznie co nieco wie i, dzięki niemu, ratuję prezent dla Noah. Doradza mi, a wpół rozmowy przerywa nam cukierkowy głos tutejszej pracownicy.
          — Dzień dobry, proszę państwa. Dzisiaj możecie skorzystać z naszej promocji dla par. Obejmuje caały asortyment! — Wskazuje ręką na caały asortyment. — Wystarczy zgłosić się do kasy.
          Czuję, jak jego łokieć trąca mój bok, więc spoglądam wymownie w stronę nieznajomego.
          Do kas idziemy, niestety, razem.
          — Witamy państwa serdecznie. Czy wasze zakupy podlegają pod rabat?
          Już otwieram usta, by udzielić przeczącej odpowiedzi, ale znów dostaję kuksańca od pana zaoszczędzę-więcej-pieniędzy-na-nieświadomej-dziewczynie.
          — Tak. Jesteśmy zainteresowani pewnym zegarkiem i zestawem biżuterii — odpowiada za mnie.

Mój drogi ADAMIE?

10 lut 2019

Od Louise cd. Theo

          W jednej chwili uśmiech schodzi z mojej twarzy, na której autentycznie maluje się współczucie i częściowa bezradność. Theo otwiera się przede mną, mówiąc o swojej przeszłości, choć dotychczas nie wiedziałam o nic nic. Zresztą, co tu się dziwić, nie znamy się specjalnie dobrze, więc potrzebował czasu na zaufanie mi. I… chyba mi ufa. Sęk w tym, iż jestem naprawdę słaba w takie sytuacje. Współczucie na nic się nie zda, albowiem wszystko jest już za nim, a przynajmniej tak mi się wydaje. W głowie pojawia się mnóstwo pytań — co z jego ojcem? Co się dokładnie działo? Jaki alkoholizm? Czy przez to Theo wylądował na ulicy? Powstrzymuję się od zadania ich, mogą być co najmniej niewygodne dla niego, nie chcę, by w takiej chwili poczuł się zobowiązany do odpowiedzi. Kąciki moich oczu wilgotnieją. Mimowolnie łączę powieki, wolną dłonią wyjmując ciastko. Choć to strasznie niegrzeczne, przegryzam je. Jeszcze kilka chwil tkwimy w niezręcznej ciszy — chłopak patrzy to na księżyc, to na otoczenie, ale nie na mnie. Ja zresztą robię to samo. W końcu unoszę się delikatnie i, zbliżywszy się do kolegi, obejmuję go z całej siły, wciskając głowę w jego ramię. Nie wiem, czy to dobry krok, czy przed tym chciał powiedzieć coś jeszcze, ale przytulam go i tak, a Theo wcale nie protestuje. Odsuwam się od niego po mniej więcej ponad minucie.
          — Nie chcę naciskać. Nie lubię naciskać — mówię, stukając kciukiem o kolano. — Tylko… jakbyś nie miał nic przeciwko, chciałabym wiedzieć więcej. Jeżeli to ma sprawić, że poczujesz się jakoś gorzej, pewnie, możemy zmienić temat. Nie mu…
          — W porządku — przerywa mi, a kąciki wąskich ust unoszą się w dobrze znanym geście. — Miałem dobre dzieciństwo. No dobrze, może też nie do końca, ale takie wrażenie próbowałem wywołać. Jasne, byli tacy, którzy woleli złośliwość, ale starałem się być… jak wszyscy inni, o. I właściwie szło mi dobrze. Jednak w naszej dwuosobowej rodzinie niezbyt dobrze było z pieniędzmi. Tata, jak mówiłem wcześniej, popadł w uzależnienie. Nie tylko od alkoholu, od papierosów też — mówi, a jego głos sprawia wrażenie totalnie wypranego z emocji. Albo jest ich tak wiele, że nie potrafię tego rozgryźć. — Zmarł na raka płuc, gdy miałem dziewiętnaście lat. I wtedy zaczęła się cała przygoda, wylądowałem na ulicy. Jak pewnie wiesz, bezdomni okraszani są najróżniejszymi wyzwiskami.. Złodzieje, pijacy, ćpuni. Ja też miałem swój własny pseudonim, syn tego pijaka i złodzieja. Nauczyłem się radzić sobie bez okradania, bez brutalności. Nie wiem, czy się zdziwisz, ale nawet tu, na ulicy, panują jakieś przeklęte prawa i hierarchie.
          Kiwam głową, analizując każde jego słowo. Kto by pomyślał, że jedna osoba zmieni moje nastawienie do bezdomnych w kilka dni? Ano, na pewno nie ja. Zawsze myślałam o nich jak o właśnie pijakach, jak o uzależnionych i… nie oszukujmy się, zdecydowana ich część to właśnie takie osoby. Tylko nigdy nie zastanawiałam się, dlaczego tak, a nie inaczej. Po prostu pozostawali tymi alkoholikami i złodziejami. Niejednokrotnie próbowałam się przemóc, ale nie dawałam rady. A teraz wysłuchuję opowieści Theo, przez którą moje serce automatycznie rozpada się na milion małych kawałeczków. Boże, co on przeżywał, to musiało być piekło. Najlepsze jest to, że nikt mu nie pomógł. Właściwie to nikt nie pomagał nikomu — ani jemu, ani jego kolegom. Wszyscy myślą tak samo.
          — Avenley River zdecydowanie nie jest miastem, które Robin Hood odwiedziłby chętnie. Tutaj bogaci prędzej wydłubią mu oczy i wypatroszą, jeżeli tylko avar zniknie z ich kieszeni — mruczę, nawiązując do baśni. — Przepraszam, to denne porównanie. Jestem mistrzynią idiotycznych porównań. — Przysuwam się do niego, opierając głowę na ramieniu Theo. — Ile ty masz lat, Theo?
          — Dwadzieścia… cztery — odpiera.
          — Pięć lat. — Szybka matematyka. — Nawet nie wiesz, jak bardzo cię podziwiam. Przysięgam, że jesteś jedną z nielicznych osób z taką siłą psychiczną, z jakimi miałam przyjemność rozmawiać. Masz we mnie wsparcie we wszystkim — dodaję. — Kupię nam bransoletki z cukierków i naszyjniki do kompletu, jak to robiłam w przedszkolu. Nie, tak całkowicie serio, to chcę, żebyś wiedział, że mam cię za przyjaciela i pod żadnym pozorem masz nie bać się rozmowy, bo zawsze cię wysłucham, bo ty druha we mnie masz — nucę, uśmiechając się lekko.

THEO?

8 lut 2019

Od Louise cd. Theo

          — Nie — prycham. — Wszystko trafi do szefowej i cię wyleje, bo obsypałeś mnie JEJ mąką za JEJ ciężkie pieniądze. Albo i nie, bo to nie jej mąka, a ona wiele nie robi. Właściwie to nie robi nic — dodaję, śmiejąc się cicho. — Tak na marginesie, od pół roku mamy zepsutą maszynę do lodów i posługujemy się zamrażarką, bo komuś nie chce się ruszyć tyłka i zamówić, no nie wiem, kogokolwiek…
          Z racji, iż przez cały ten czas byłam odwrócona do Theo, nawet nie zauważam, że właśnie na kogoś wpadam. Ten ktoś przewraca się, a ja runę na ziemię już kilka sekund później. Po krótkim masowaniu głowy i zniknięciu czarnej plamy sprzed oczu zauważam, kim była ta osoba.
          — Powtórzyłabyś, czym pochwaliłaś się przed kolegą? — pyta, nie szczędząc złośliwości. — Chyba, że ja mogę to zrobić w gabinecie u Venice…
          Boże, dlaczego ona zachowuje się jak dzieciak skarżący na wszystko, co się rusza?
          — Zajmij się swoją pracą — odpieram, kątem oka spoglądając na Theo. — No chodź, Theo, musimy wrócić na kasę.
          I odchodzimy, olewając złośliwe uwagi padające z ust dziewczyny.
          Przy ladzie czeka na nas przepracowana dziewczyna, która, na całe szczęście, wybacza nam naszą małą nieobecność i nawet nie pyta o resztki mąki na naszych włosach i ubraniach. Na całe szczęście tamten klient już wyszedł, podobnie jak inni, którzy obecni byli przy tamtej aferze. Reszta zmiany idzie raczej dobrze, więc żadne z nas nie ma żadnych problemów, choć co kilka chwil spoglądam w jego stronę, aby upewnić się, że wszystko jest dobrze. I chyba jest, bo zawsze albo posyła mi uśmiech, albo mruga znacząco. Na koniec dnia pokazuję mu naszą rutynę. Ku mojemu zadowoleniu, zdążył poznać niektóre dziewczyny, więc teraz żegna się z każdą charakterystycznym machnięciem. Jedyna Gabriella patrzy na niego spod byka, jakby szykując się do ataku. Gdy rozwiera usta, do kuchni wchodzi Venice, w jednej dłoni trzymając stos papierów, drugą zajmują inne kartki, zaś telefon podtrzymuje sobie ramieniem, powtarzając coś w rodzaju “Nie, nie, nie, ale nie, naprawdę nie, tak, ale to tak, dobra, rozumiem, jutro?, pojutrze?, dobrze, dziękuję, chwila moment, dlaczego tak?” i tak dalej. W końcu rozłącza się, wpatrując się w nas w milczeniu.
          — Właściwie to nie wiem, od czego zacząć, bo mam dla was dwie wiadomości. Dobrą i taką… średnio dobrą, zależy, jak kto to odbiera i czy jest jakoś nerwowy. — Odkłada wszystkie papiery na szafkę obok, nie zauważając nawet, że jest brudna. Ktoś z tyłu chichocze. — Po pierwsze, to… och, cholera! — Podnosi dokumenty, potrząsając nimi delikatnie. — Mniejsza z tym, mam kilka kopii. Kontynuując, po pierwsze, dostaniemy nowe sprzęty od szefostwa tego wyższego. To znaczy, do kawy, do lodu przede wszystkim, hm… — przerywa, kątem oka patrząc na kartki — ...i coś tam jeszcze. Znacie zmiany w zespole, Muffin musiała odejść, więc Gabrielle od dziś pełni jej fukcję, a Renee jest naszą baristką. Z racji, że na takich zasadach miejsce na kasie jest, a właściwie było wolne, podjęłam decyzję o zatrudnieniu nowego pracownika. Na pewno zdążyłyście poznać Theo, mam nadzieję, że wywarł na was tak takie wrażenie, jak na mnie. Przejdźmy do drugiej kwestii. Wyszła taka sytuacja, że niedługo przybywa do nas wizytacja. Sama nie wiem dokładnie, kim są ci wizytatorzy, ale to ponoć ważne osobistości i mamy dać z siebie wszystko. Na dodatek bardzo się opłaca, bo wszyscy dostaniemy premie, jeżeli tamci wyjdą zadowoleni. Skład zespołu i miejsca pracy oczywiście nie ulegną zmianie na ten czas, wszystko będzie tak, jak dziś — informuje. — Błagam, pokażmy się od najlepszej strony. Zero komplikacji, zero wpadek i czysty profesjonalizm, cukiereczki. Dobra, przepraszam, że zajęłam wam czas i zapewne niektórzy właśnie spóźniają się na autobus, ale musiałam wam powiedzieć. Ach, i ta cała wizytacja odbędzie się dokładnie w piątek koło piętnastej. Z racji, że to na załamaniu dwóch zmian, wszyscy pracujecie od ósmej do momentu, gdy wizytatorzy opuszczą lokal. Przykro mi, takie zasady są narzucone z góry, a niezbyt przyjemnie będzie, gdy nagle wszyscy zaczną się wymieniać. Nie martwcie się, za swój cenny czas dostaniecie trochę pieniędzy.
          Cała nasza grupa salutuje, choć wcale nie cieszę się z ów wizytacji i myślę, że podobne odczucia mają inni współpracownicy. Wizja pracy do tej godziny przyprawia mnie o mdłości.
          Z lokalu wychodzimy o piątej.
          — W tej oto kawiarni postawiłam kawę Noah — wspominam, wskazując na budynek, z którego właśnie wychodzimy. — Jakie to było niezdrowo romantyczne, czuję, że zaraz zwymiotuję. A phi!, wtedy nawet nie wiedziałam, że będziemy razem. Nawet upiekłam mu cholernie niedobre rogaliki, a ta kawa była chyba na przeprosiny, ale nie pamiętam do końca, to było taaak dawno. Oho… — Wzdycham, czując wibracje w kieszeni. — O wilku mowa. — Przepraszam Theo cicho i odbieram, relacjonując mu całą sytuację. Nieco gniewa się za to, że wciąż mnie nie ma, bo dzisiaj umówiliśmy się, a ja tylko przepraszam i mówię, że sprawy potoczyły się osobliwie, więc musimy zrezygnować. Czuję, że jest zły, ale nic nie mówi i po prostu rozłączamy się w ciszy. Próbuję połączyć się z nim jeszcze kilkukrotnie, ale w końcu poddaję się, patrząc na kolegę smutnym wzrokiem. — Czasami go nie rozumiem. Tak, jest świetnym chłopakiem, ale to… to Noah. Dobra, dobra, już cię nie zanudzam, po prostu źle się czuję — wyjaśniam. — Masz ochotę gdzieś wyskoczyć? Może nie na kawę, bo Venice zdenerwuje się, że wybieramy inne kawiarnie. Sugeruję… szczerze mówiąc, nie wiem co. Ale jeżeli się zgodzisz, coś wymyślimy.

THEO?

1 lut 2019

Od Louise cd. Theo

          Mierzę Theo nieufnym spojrzeniem i próbuję przeanalizować słowa, które wypowiedział przed chwilą. Chce, bym go uderzyła? Tak totalnie znikąd, w policzek, z liścia? Mrużę oczy i w dalszym ciągu nie spuszczam wzroku z unoszących się kącików ust. Mój uśmiech w jednej chwili zamienia się w wyraźny grymas.
          — Mam cię u d e r z y ć? — akcentuję ostatnie słowo, wyraźnie dając mu do zrozumienia, że to absurdalny pomysł. — Ale Theo!
          Kręci głową i znów macha ręką.
          — Masz rację. — Kładzie mi ją na ramieniu, ale po chwili ta cofa się, zaszywając się gdzieś w kieszeni. — Nie tutaj, przy klientach.
          Wzdycham jeszcze raz, wahając się kilka chwil. Koniec końców wymierzam solidny cios w ten zarośnięty policzek i uśmiecham się jak najszczerzej. Pomimo, że dłoń pulsuje niemiłosiernie, na dodatek piecze jak diabli, jestem z siebie całkiem zadowolona i zapominam o tym, iż wcześniej nie byłam pewna, czy to aby na pewno dobra decyzja. Znajomy wyraźnie ucieszył się, że zdecydowałam się przystać na jego prośbie. W końcu ruszamy się z miejsca i idziemy do szefowej, by przedstawić jej osobę Theo i wbić do głowy, że to świetny pretendent na tę posadę.
          — Theo to mój znajomy z dawnych lat. — Patrzę na niego z ukosa, na jego twarzy maluje się zdziwienie, ale nie protestuje. — Ogólnie to… z gotowaniem mu średnio po drodze, z pieczeniem też, ale umie liczyć albo podawać jedzenie. Mogę mu pomagać przez jakiś czas, później sam dojdzie do wprawy — oferuję swoją pomoc, by zdobyć punkty u szefowej. Nie, tak na dobrą sprawę to po prostu chcę, by go przyjęła. — Nie pożałujesz… nie pożałuje pani.
          Sama nie wiem, czy w tej chwili to ona czy Theo trąca moją nogę, ale czuję nieprzyjemne łaskotanie pod podeszwą. Jak się okazuje, była to Vince, która szybko cofa ją, gdy tylko orientuje się, co robi. Posyła mi lekki uśmiech niemal ukryty pod burzą loków i znów wraca do papierkowej pracy, nucąc coś pod nosem. Szczerze nienawidzę takich momentów, bo raz, są stresujące, dwa, wydaje się, że ma nas totalnie gdzieś.
          — Osiem godzin przez cztery dni w tygodniu — mruczy, przesuwając piórem po cieniutkiej kartce papieru. — Umowa na trzy miesiące. Skoro tak cię poleca… zaryzykuję. Ale jeszcze nie teraz. — Unosi wzrok znad bieli i wlepia go w nas. — Dzisiaj masz dzień próbny, Louise pokaże ci to i owo, nauczysz się. Na miejsce Molly przejdzie Gabriella, funkcję baristki pełnić będzie Renee, a ty… kelner, skoro tak bardzo chce twoja koleżanka — decyduje. — Wróć! Kasjer brzmi lepiej. Lou, ty nie zmieniasz pozycji. Świetnie, pięknie…
          Po kolejnych piętnastu minutach wychodzimy z gabinetu. W oczach kolegi dostrzegam radosne iskry.
          — Nawet nie pytaj — chichoczę cicho. — Tak wygląda każda rozmowa kwalifikacyjna. Nawet alkoholika by przyjęła, bo jest zbyt zajęta, by wyczuć jego zapach — kwituję w ten sposób charakter młodej Vince. — Zresztą, co się dziwić, ma niecałe trzydzieści lat i całą kawiarnię do ogarnięcia. A teraz chodź, bo nasza nowa baristka zaraz się wścieknie, że musi zajmować się naszą robotą.
          Wyjaśniam pokrótce działanie kasy i gdy jestem pewna, że Theo nie zagubi się w tym wszystkim, odchodzę na kilka kroków do swojego stanowiska — szklanej wystawy z rogalami, ciastami, ciasteczkami i lodami.
          — Poradzisz sobie — mruczę przez ramię.
          Jego pierwsi klienci byli wyrozumiali i nie mieli problemu z zauważeniem plakietki “jeszcze się uczę”, jak to było w moim przypadku. Niektórzy nawet uciszali tych, dla których nieco dłuższa kolejka była problemem. Mężczyzna zauważał to.
          Ale sielankę przerywa okrzyk jednego faceta.
          — Fuj, jak tu śmierdzi! Wyprowadźcie tego popaprańca — żąda, wskazując wolną ręką na… Theo.
          Śmierdzi?
          Śmierdzi?
          Gdyby faktycznie było czuć jakiś nieprzyjemny zapach, Vince nie przyjęłaby go (z tym alkoholikiem to był… żart). Nie stałby tu już drugą godzinę. Sama nie wiem, co on teraz sobie myśli, ale prosi mnie o zastąpienie i udaje się w głąb kuchni. Przerzucam obowiązek na Renee, która już przekrzykuje się z niekulturalnym klientem i prosi o opuszczenie lokalu. Mknę za nim, dopóki nie zatrzymuje się i opiera o szafki.
          — Przeważnie tak jest — przyznaje i unosi dłonie w geście poddania.
          Nie spodziewałam się takiej odpowiedzi.
          Próbował?
          Boże, przecież musiał próbować.
          — Przeważnie? — pytam, siadając na przeciwnym blacie. — Mogłeś mi nie mówić, nie ciągnęłabym cię tutaj. Zrozumiałabym.

THEO?

12 sty 2019

Od Louise cd. Noah

          Opierawszy ociężałą głowę na ramieniu Aarona czułam niezbyt przyjemny szum w głowie. Choć wypiłam zaledwie dwie lampki słabego wina i kilka kieliszków wódki, miałam wrażenie, jakbym pokonała właśnie całą butelkę. Tej sytuacji osobliwości dodawał fakt, że mam jednak mocną głowę, choć też bez przesady. Tak właściwie, może byłam jednak taka słaba, a “mocna głowa” to wytwór mojej wyobraźni, bo niezbyt często pijam dużo? Nie wiem, może później się przekonam. Raz po raz uśmiechałam się do siedzących przy stole gości i mruczałam coś do Rona, który nie przerywał zaciętej dyskusji z innymi członkami rodziny Brown. Zabawne było to, że ja niedługo będę jej członkiem. Louise i Noah Brown, jak to zabawnie brzmi. Albo Noah i Louise. Nie wiem, może później zobaczymy, jak to będzie, ale osobiście wolę być pierwsza. Ten mój Noah siedział sobie obok, zaś jego towarzyszka raz po raz spoglądała w moją stronę, czego nie mogę powiedzieć o nim. Szczerze mówiąc, to chyba nieważne. Trochę bolało mnie moje zachowanie, ale serce pękło mi na pół, kiedy powiedział to głupie “zamknij się”. To, no cóż, dość normalne słowa, uderzyły mnie z potrójną siłą, bo powiedział to mój Noah. Mój chłopak i mój Noah. Dlatego próbowałam o tym nie myśleć, ale jak tu siedzieć spokojnie, skoro rozum podpowiada, bym z ramienia jego brata głowę zabrała i ułożyła ją na tym sąsiednim, ale to byłoby tak strasznie niewdzięczne i bezczelne, że odpuściłam sobie takie zabiegi. Starszy Brown oparł się o mnie i tak sobie siedzieliśmy, on ciągle gadał i gadał, a ja zasypiałam, chociaż było wcześnie. W końcu, nie wytrzymując napięcia, wstałam i zapytałam o toaletę. Dziękując za odpowiedź udałam się we wskazane miejsce. Tak właściwie to nie do końca szłam tam za potrzebą, chodziło bardziej o upragnioną samotność i chwilę na odetchnięcie. Krzątałam się między korytarzami, szukając odpowiedniego pokoju. Szukałam niemalże na oślep, bo, nie ukrywam, pogubiłam się w labiryncie brązowych drzwi i straciłam orientację. To były trzecie… siódme… drugie… drzwi na, eeem… lewo? Nie, nie, na prawo. Wpierw miałam iść prosto, potem skręcić, skręcić w… nie wiem, poddaję się. Wzdycham głośno i decyduję się na otwieranie wszystkich drzwi po kolei, przecież i tak nikt nie zauważy, wszyscy głośno rozmawiają. Moją pierwszą ofiarą są te przy samym rogu, które okazują się być przejściem do jakiejś sypialni. Pudło. Uchylam następne, moim oczom ukazuje się ciemne pomieszczenie. Zapalam światło. To tylko schowek. Dobrze, szukam dalej. Trzecie to z kolei gabinet. Dalej kolejna sypialnia na przemian z pomieszczeniami niemal pustymi. Aż w końcu odnajduję ten pokój, który, wbrew pozorom, nie jest łazienką. Nie spodziewałam się, że trafię na niego akurat teraz. Stary pokój Noah. Nieco pusty, wyraźnie zaniedbany, wszędzie unosił się kurz. Puste półki świadczyły o tym, że większość ważniejszych rzeczy zabrał ze sobą do nowego domu. Z drobiazgów zostały tu jakieś figurki, wazony i… fotografie. Było mi nieco głupio tak wślizgnąć się do nieodpowiedniego pomieszczenia, lecz nie mogłam się powstrzymać. Zamknęłam za sobą drzwi i podeszłam do komody. Trzy zdjęcia oprawione w ramkę stały na niej. Na pierwszym — Noah i jakaś dziewczyna. Przypatrywałam się bliżej, aż zauważyłam w niej znajome cechy. To Chloe. Ciekawe, od kiedy się znają. Na pewno od dzieciństwa. Może kiedyś byli parą? Albo któreś z nich było zakochane w drugim, jak to w filmach bywa? Może. Kolejne zdjęcie przedstawiało samego chłopaka, był ubrany w czepek pływacki i okulary, mógł mieć jakieś siedem, osiem lat. Na jego szyi zawieszony był medal, najwyraźniej złoty. W rękach trzymał dyplom. Fotografia wywołała u mnie uśmiech, jaki przeuroczy chłopiec. Trzecia, ostatnia, to on i jego brat. Tutaj nie był wcale zadowolony, wręcz przeciwnie. Jego mina wyrażała zdenerwowanie albo nawet poirytowanie. Byli już starsi. Zgaduję, że to ostatni bal w szkole średniej Aarona. Kiedy tak stałam i oglądałam pamiątki Browna, nie zauważyłam, jak ktoś wchodzi do pokoju. Zanim zdążyłam się odwrócić, poczułam uścisk na biodrze. Zamruczał coś. Byłam pewna, z kim mam do czynienia. Aaron. I alkohol. Czułam, że wypił dużo i to wcale nie była komfortowa sytuacja. Zdążyłam się nieco ocknąć, więc uznajemy, że tylko ja miałam tu trzeźwe myślenie. Wodził dłonią po mojej talii. Delikatnie odwróciłam głowę w jego stronę i, nie odrywając od niego wzroku, wyślizgnęłam się z jego objęć. Widocznie nie chciał odpuścić, bo próbował iść za mną, wyprzedzając mnie chwiejnym krokiem. Zamknął drzwi i podszedł bliżej. Przełknęłam ślinę. Nie, nie bałam się i nie, nie czułam żadnego obrzydzenia co do niego. Sytuacja była po prostu dziwna, zważywszy na okoliczności i to, że jakieś kilka pokoi dalej są wszyscy goście, a na dodatek każdy może tu wejść, w końcu drzwi są pozbawione zamka.
          I nawet nie wiem, co mną kierowało, ale złapałam go za rękę i przysunęłam do siebie, by zgrabnie pokonać odległość dzielącą nas (nieco niezgrabnie, ale to wina Aarona). Jeszcze chwilę droczyłam się z nim, palcem kreśląc przeróżne kształty na jego ciepłej szyi, kiedy on próbował przejść już do pocałunku, choć mi było niezbyt śpieszno. Nieszczególnie chciałam, by między nami pojawił się ten sekret małej zdrady. Po prostu chciałam zapomnieć o Noah i o tym, że faktycznie mam chłopaka.
          Złączyłam nasze usta w pocałunku, dłońmi objęłam jego twarz. Przycisnął mnie do ściany, tuż obok drzwi, po chwili uniósł mnie. Nie przerywając pocałunków, nachylił się nad łóżkiem, widocznie nieużywanym od bardzo dawna. Pociągnęłam za idealnie ułożony krawat i przyciągnęłam go do siebie.
          Zajęci sobą nie spostrzegliśmy, jak do pokoju wchodzi następna osoba, tak, jak jakiś czas temu wkradł się tu Aaron. Otwieram na moment oczy. Widząc stojącą w progu Noah, szybko odrywam się od Rona i zataczam się na drugą stronę. Wstaję z łóżka i pędzę za nim, doszczętnie rozsypana. Nie wiem, co mnie podkusiło. Boże, jestem idiotką. Dlaczego. Dlaczego. Cholernie kocham Noah, pomimo jego wad, pomimo tych odzywek, ranię go. Wpierw odbuduję, później rujnuję. Cholera jasna. I po co mi to było? Ach, no tak, mądry człowiek po szkodzie.
          Gdy doganiam Noah, łapię go za nadgarstek, lecz on szybko uwalnia się z mojego uścisku. Powtarzam jego imię, jakby było to jakieś idiotyczne zaklęcie, dzięki któremu mi wybaczy.
          — Błagam cię, porozmawiajmy — mówiłam. — Noah…
          Zignorował moją obecność i nie pozwalał na jakiekolwiek wyjaśnienia.
          Rujnuję to.
          On mi ufał.
          On mi zaufał.
          Wychodzi na zewnątrz, ale nie odpuszczam. Ciągle mnie wymija i tylko zaciska dłonie. Nie dziwię mu się. Jestem tragiczną dziewczyną. Co ja powiem jego rodzicom? Przepraszam, ale prawie zdradziłam pańskiego syna. Co powiem moim? No bo wylądowałam sam na sam z jego bratem i tak wyszło. Co powiem sobie? Hej, Louise, jesteś skończoną idiotką. Ale, cholera, nie przejmowałam się teraz zdaniem innych. Po prostu szłam za Noah i nie chciałam pozwolić, by teraz odjechał. Nie może.
          Doszedł do samochodu i otworzył go. Okrążył pojazd, zasiadł za kierownicą i odpalił go. Otworzyłam drzwi.
          — Nie odjeżdżaj, błagam cię — szepnęłam.
          Wsunęłam się do samochodu.
          — Noah.
          Spojrzałam na niego. Nie robiłam nic. Po prostu patrzyłam na to, jak z całej siły zaciska kierownicę i pustym wzrokiem wpatruje się w ogród otaczający posiadłość.
          — Porozmawiajmy, daj mi wszystko wyjaśnić i dopiero odjedź. Zrozumiem to. — Dopiero teraz opuściłam wzrok.

NOAH?