Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Noah&Louise. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Noah&Louise. Pokaż wszystkie posty

21 wrz 2019

Od Louise C.D Noah

But I've got high hopes
It takes me back to when we started
High hopes
When you let it go, go out and start again
 High hopes
When it all comes to an end
But the world keeps spinning around

     Powinnam zrobić coś sensownego ze swoim życiem, poważnie. Całe to leżenie w łóżku całe dnie, oglądanie beznadziejnych seriali po kilka sezonów na raz i wchłanianie czterech tysięcy kalorii dziennie nie dość, że staje się nudne, to jeszcze źle wpływa na moje zdrowie. Przytyłam dwa kilogramy przez naprawdę krótki czas, platformę z serialami znam praktycznie na wylot, a z pokoju nie mogę wyjść, ponieważ drogę toruje mi nieokiełznany bałagan podłogowy. Czasami mam wrażenie, iż Louise zamieniła się miejscami z jakimś leniwym facetem bez planów na życie. Jest tak zimno, nawet nie otwieram okien, żeby się przewietrzyło, nawet jeżeli jest w cholerę duszno. Stopniowo zapuszczam tu korzenie i powrót do rzeczywistości na pewno nie będzie tak prosty, jak sobie wcześniej wyobrażałam. Mama delikatnie zasugerowała, żebym zapisała się do psychologa, może on ci pomoże, tylko z czym miałby mi pomóc, skoro nie mam żadnych problemów? To tylko zimowy dołek sezonowy, który minie mi wraz z upływem stycznia i lutego. Choć w podświadomości wciąż mam Noah, staram się nie myśleć o nim tak obsesyjnie. Dostałam jego list, przysięgłam Sammy, że to ja poczekam. No i czekam. Nie interesuje mnie to, ile będę czekać. Mogę leżeć w tym łóżku aż do momentu, w którym da mi jakiś sygnał. Przecież to robię, także nie mam żadnych wyrzutów sumienia (śmieszna sytuacja, przed chwilą mówiłam, że powinnam coś ze sobą zrobić).

12 sie 2019

Od Noah Cd. Louise

Odnoszę wrażenie, iż dawniej ludzie o wiele bardziej dbali o swoje rzeczy. Zapewne to kwestia mniejszych zarobków, ale uważam, że była to dobra mentalność. Szacunek do posiadanych przedmiotów sprawiał, że mimo zepsucia się czegoś, reperowano to i usilnie próbowano na nowo przywrócić do życia, aby jak najdłużej służyło człowiekowi. Co więcej, zasada ta dotyczyła nie tylko przyziemnych, materialnych przedmiotów, ale i związków. Ludzie, zamiast kończyć relację, szukali kompromisów, próbowali wprowadzać zmiany i walczyć o drugą osobę, jak o coś najcenniejszego. Możliwe, że tylko ja odnoszę takie wrażenie, ale może więcej osób ma takie same odczucia, co do tej kwestii. Zresztą, im dłużej o tym myślę, tym większe mam wyrzuty sumienia, gdyż ulegam wygodzie i przestaję walczyć, a nawet podejmować jakąkolwiek próbę. Z głową pełną przytłaczających myśli otworzyłem lodówkę, przy okazji gładząc leniwie nieokiełznane, poranne włosy. Na widok całkowitej pustki wewnątrz, zmarszczyłem z poirytowaniem brwi i wydałem z siebie cichy pomruk niezadowolenia. Czego się spodziewałem? Nie było mnie w domu przez ogrom czasu, a jakby tego było mało, urwałem się z pracy, nie mówiąc o niczym biednemu Smithowi. Na szczęście staruszek zrozumiał moją sytuację i nie wydzwaniał do mnie w każdej, wolnej chwili, aby zagrozić mi zwolnieniem. Mniejsza z tym, przecież nadal mam pracę. Najwyższa pora skończyć ten nawał myśli. Zwartym krokiem ruszyłem w kierunku szafy, narzuciłem na siebie ubranie nadające się do wyjścia na miasto i chwyciłem w dłoń leżący na komodzie portfel, który zadziwił mnie swoją lekkością. Gdy go otworzyłem, ujrzałem marne 140 avarów. Oto mój budżet na dziś.

6 sie 2019

Od Louise C.D Noah

     Leżę w łóżku tak, jak zawsze — z wyciągniętymi nogami, laptopem na brzuchu i Kotem u boku. Przeglądam jakieś totalnie przypadkowe strony, aby jakoś pozbyć się nudy, jaka zagościła w moim życiu ostatnimi razy. Jedną dłonią drapię zwierzaka za uchem, przez co ten wydaje pomruki zadowolenia. Kot daje mi takie wsparcie, jak nikt inny. Zawsze gotowy wysłuchać, pomruczeć, a nawet przytulić. A tak całkiem poważnie, po prostu czuję potrzebę pochwalenia go, ponieważ jako zwierzę jest, przysięgam, najlepszym kotem, z jakim w życiu miałam kontakt.
     W porządku, zaczynam pleść coraz to większe bzdury. Po prostu, jakby to powiedzieć, samotność zaczyna mi naprawdę doskwierać i, o ile wcześniej się tego wypierałam, w tym momencie naprawdę potrzeba mi wypadu ze znajomymi, w jakimkolwiek stanie znajduje się mój związek.
     Ja: Cześć, Sammy, masz chwilę?
     Na odpowiedź nie czekam długo.
     Sam: Nawet dwie. Dla ciebie zawsze.
     Mimowolnie uśmiecham się sama do siebie. Albo do Kota, który przygląda mi się ciekawsko.
     Ja: Kawa, lody, fastfoody?

1 sie 2019

Od Noah Cd Louise

Chyba każdy zna to uczucie: twoje życie wydaje się wspaniałe, wszystko przychodzi łatwo, konflikty znikają, plany idą po twojej myśli, a cały świat zdaje się bardziej barwny. Niestety, złośliwy los przyczaja się nie wiadomo skąd i zadaje ci cios, zabierając coś, co było dla ciebie najcenniejsze, żeby nie było już tak idealnie i żebyś pamiętał o tym, że życie jest trudne, skomplikowane, pełne problemów i niesprawiedliwości. Jeden traci fortunę i musi walczyć o każdą możliwość zarobku, drugi choruje, znosząc ciążący na nim wyrok śmierci, a trzeci traci miłość życia. Musimy to zaakceptować, ochłonąć, spojrzeć surowo na emocje i nie pozwolić im, aby nami manipulowały, niczym marionetkami. Na chwilę obecną jestem w trakcie walki i usilnie próbuję zapomnieć. Cóż, walka ta jest już z góry przesądzona.
*
Krótko po rozstaniu przechodziłem przez epizod największego załamania. Prawie co noc wychodziłem z domu, aby móc wlać w siebie mnóstwo alkoholu w pierwszym lepszym barze i choć na moment stać się weselszym. Nie trwało to jednak długo. Gdy matka zobaczyła, w jakim jestem stanie, spakowała moje rzeczy i wrzuciła je do swojego samochodu i mimo sprzeciwu, zawiozła mnie do rodzinnego domu. Do miejsca, w którym moje cierpienie ma źródło. Doskonały pomysł, mamo.
Zmarszczyłem brwi, zatrzasnąłem za sobą drzwi i rzuciłem ciężkie torby na podłogę.

31 lip 2019

Od Louise C.D Noah

     Stoję i płaczę, tak na przemian. Raz mam wrażenie, że przewrócę się na tę zimną podłogę, uderzając głową o kafelki, a raz, że zmarnuję wszystkie łzy, jakie mam w zapasach. I może to brzmi śmiesznie, ale racjonalne myślenie to ostatnia rzecz na liście rzeczy do zrobienia, kiedy człowiek właśnie rujnuje wszystko, co ma na drodze. Albo nie, ten człowiek zrujnował to już dawno i teraz stara się polepszyć swoją sytuację, co ma prędzej odwrotny skutek. Właściwie to nie czuję żadnego żalu, smutku, przygnębienia, bowiem ten stan, w jakim aktualnie znajduje się moje serce (mówiąc czysto metaforycznie), nie dopuszcza do niego jakichkolwiek emocji lub jest ich zbyt wiele, aby przypisać go do którejś z nich. A więc tak, to już pustka. I nagle wszystko wraca, pojawia się jakaś nadzieja, serce bije dwukrotnie szybciej, drzwi od tego ciasnego pomieszczenia otwierają się, a zza nich wyłania się szatyn. Mam ochotę krzyknąć: Noah, proszę, nie odchodź już więcej!, prawie rzucam się na mojego chłopaka, rzucam serdecznym uśmiechem, lecz dopiero jakieś dwa metry od owej osoby okazuje się, że to tylko złudzenie. Żaden Noah. To zapity facet. Charkocze. Coś mówi, coś nic nieznaczącego. Nie mam już siły, już nie płaczę. Popadam w coś rodzaju odrętwienia, siadam na podłodze i chyba wbijam wzrok w ścianę, sama już nie wiem.

6 kwi 2019

Od Noah CD. Louise

Trzymam się kurczowo zimnej, brudnej umywalki i to nie dlatego, że nie jestem w stanie ustać na nogach, tylko przez to, że chcę zostać tutaj i tkwić w tym miejscu, aż mnie wyproszą. Pragnę, aby wszyscy mnie zostawili. Przegrałem tę walkę. Ludzie zadali mi zbyt dużo ran, abym był w stanie ją kontynuować. Mogłem się spodziewać, że do tego dojdzie. Dlaczego byłem na tyle zaślepiony, aby ponownie zaufać? Czuję się samotny. Mam wrażenie, że leżę bezbronnie na ziemi, a wokół mnie stoi cały tłum rozbawionych ludzi, którzy kopią mnie z całych swych sił, wyszydzają i plują. 
Muszę przyznać, że doszedłem do jednego, trafnego wniosku. Każdy jest cholernym aktorem, przybiera liczne maski i udaje kogoś idealnego, aby mu zaufać, a z czasem odsłania swoje prawdziwe, obrzydliwe oblicze. Żałuję tego dnia, w którym się urodziłem. Nie musiałbym teraz doświadczać tak wielkiego cierpienia. 
Uniosłem głowę i spojrzałem w zabrudzone lustro, marszcząc brwi w geście wściekłości. 
Oto ja. 
Poddany, bez sił do walki, zimny jak lód i zdradzony. Nieudacznik, którego życie już od momentu przyjścia na świat było skreślone. Mój występ na scenie - zwanej życiem - właśnie się skończył. Niczym w szekspirowskim dramacie, kończę swe przedstawienie jako martwy już bohater, który od początku skazany był na porażkę. 
— Noah. 
Słyszę ten cudowny głos, który obiecywał mi miłość i zawsze pocieszał mnie, kiedy miewałem gorszy dzień. Teraz stał się przyczyną mojej całkowitej klęski. 
Nie odwracam się, bo nie czuję takiej potrzeby. Weszła tutaj całkowicie obojętna mi osoba. Teraz jest dla mnie nikim więcej, niż tylko spotkanym na ulicy drugim człowiekiem. Dlaczego mnie wołasz? Przecież się nie znamy. 
— Noah. 
Kim jesteś, aby wołać mnie po imieniu? Zostaw mnie w spokoju. 
— Noah. 
Odwracam się gwałtownie, po czym łapię dziewczynę za ramiona i przyciskam ją delikatnie do ściany, nie urywając kontaktu wzrokowego. 
— Noah. — patrzy na mnie z niewyobrażalnym smutkiem. Wygląda tak, jakby się bała. 
— Nie wiem, kim jesteś, więc po prostu mnie zostaw. — moje dłonie wypuszczają ją z uścisku. Łapię za klamkę od drzwi i wychodzę, przeciskając się przez cały tłum podpitych mężczyzn. 
Nie chcę poznawać już nikogo, zupełnie nikogo. Nie zamierzam zapraszać kolejnej osoby do wesołej gromadki, która stoi wokół mnie, kopiąc, plując i wyszydzając.

Lou?

16 mar 2019

Od Louise cd. Noah

     Spojrzeniem zaszklonym od łez wpatruję się w zakrwawioną podłogę gabinetu, po czym przenoszę je na zmasakrowaną twarz. Wszędzie jest krew — rozcięty łuk brwiowy, cios zadany prosto w nos z pewnością odbije się na zdrowiu Aarona, kilka ran na wardze i już niedługo również śliwa na oku, której póki co nie widać. Przełykam ślinę, choć mam wrażenie, że staje gdzieś wpół drogi przełykiem. Wymijam mężczyznę, aby po chwili zatrzasnąć za nim drzwi. Biegnę długim, wydawałoby się, że nieskończonym korytarzem, lawirując między korposzczurami z rękoma pełnymi teczek i dokumentów. W środku przeklinam siebie, iż wpadłam na tak idiotyczny pomysł, jakim było odwiedzenie Aarona. Najgorsze jest jednak to, że po tym wszystkim Noah na sto procent nie będzie w stanie uwierzyć w moją wersję wydarzeń. Po co do niego przyszłam? Proste — jest bratem mojego chłopaka, a ja desperacko szukałam pomocy. Nie chciałam umawiać się z nim na szybkie numerki, starszy Brown w żaden sposób mnie nie intryguje, po prostu… pomyślałam, że to moja ostatnia opcja.
     Wybiegam z budynku, nie przejmując się ogarniającym mnie chłodem. Płaszcz pozostawiłam w gabinecie Aarona, więc prędzej czy później będę musiała tam wrócić. Ale nie myślę o tym. Staram się określić, w którą stronę poszedł Noah i gdzie mogę go znaleźć. Pytam przechodniów, nie licząc się z faktem, że zapewne widzieli dzisiaj dziesięć osób pasujących do opisu chłopaka. Jedni mówią, że poszedł w stronę ratuszu, inni mówią o teatrze, lecz żadna wersja w nawet najmniejszym stopniu nie pasuje do niego — nie poszedłby obejrzeć jakiejś sztuki nawet w stanie codziennym, a na dodatek teraz zapewne kipi ze złości. Łapię za telefon i dzwonię do niego. Pierwszy sygnał, drugi sygnał, trzeci, czwarty, aż w końcu odzywa się poczta. Ponawiam połączenie, ale za tym i kolejnym razem sytuacja się powtarza. Biorę głęboki oddech, wolną dłonią pocierając kącik prawego oka. To wszystko na darmo, cały obraz rozmazuje się, a do oczu napływają kolejne fale łez. Odsuwam się o kilka kroków do tyłu, po omacku wyszukując dłońmi jakiejkolwiek powierzchni, o którą mogłabym się podeprzeć. Dotykam plecami zimnych szyb wierzowca Brown Inc., syczę cicho i osuwam się na ziemię, żałośnie łkając.
     Niszczę go. Ba!, zrobiłam to już dawno temu, kiedy po raz pierwszy spotkałam go w warsztacie. Nie wiedziałam, że ten podły, arogancki gbur zajmie tak istotne miejsce w moim życiu. Miałam ochotę dać z liścia mamie, kiedy kazała jechać nam oboje po pieprzony akumulator. To pociągnęło za sobą szereg kolejnych sytuacji, te rogaliki, stłuczoną szklankę, poszukiwania zapałek, sytuację, gdzie ten mężczyzna próbował się do mnie dobierać (a właściwie to już to zrobił), jak przynosił mi te najsmaczniejsze lody i troszczył tak, abym wróciła do siebie, nie używając słów innych, niż te na karteczkach. Pomimo wyraźnych barier, strachu i uzasadnionej niepewności, wyznał mi swoje uczucia, nareszcie staliśmy się dla siebie kimś innym, niż znajomymi czy nawet przyjaciółmi. Nie potrafię ukryć faktu, iż to ja zrujnowałam tę relację i przecięłam nić zaufania, jaką mi podarował, obdarzył, mniejsza z tym. Noah jest kimś wyjątkowym. On zawsze był, zawsze będzie niesamowity, nawet jeżeli ma trudny charakter, który mówi “nie zbliżaj się, bo odgryzę ci rękę do łokcia”, nasz związek jest żywym dowodem na to, że się da. Zawsze w to wierzyłam. Zawsze miałam nadzieję.
     Ale ona gaśnie, a to przez moją głupotę. Co mnie pokusiło?
     Pojawiają się dwie myśli.
     Pierwsza. Louise, poszukaj go, porozmawiajcie. Nie pozwól mu odejść.
     Druga. Louise, zostaw go. Znajdzie swoje szczęście, kobietę, która będzie mu oddana w stu procentach.
     On zasługuje na szczęście. Potrzebuje kogoś, kto obdarzy go czymś niesamowitym, będzie troszczyć się o to serce z kamienia, jakby było ze szkła. To musi być osoba, która nawet nie pokusi się o zdradę. Żadną. W żadnej kategorii.

24 lut 2019

Od Noah CD. Louise

Dzwonek telefonu. 
Pierwszy. 
Drugi. 
Trzeci. 

Ze wściekłością zerkam na urządzenie, a cały mój świat wiruje, sprawiając, że opieram się o ścianę i bezwiednie upadam w dół. 
Siedzę na podłodze, a mój wzrok utkwiony jest wyraz, który znajduje się na wyświetlaczu. Przeklęte imię. Do niedawna je kochałem, ale postanowiło mnie zniszczyć. 
Nie miałem już sił na jakąkolwiek walkę z samym sobą. Natłok wspomnień, przebłyski z cudownych chwil, które już nie wrócą. Straciłem wszystkie chęci i pochyliłem głowę do przodu, patrząc obojętnie w jeden, nieokreślony punkt. Ból, rozpacz, niewiarygodna pustka, niepozwalająca się niczym zapełnić i narastający gniew, który zaczyna we mnie buzować i podsuwać mi różne nieracjonalnie pomysły. 
— Louise, nienawidzę cię. — gdy to powiedziałem, wszystkie nękające mnie myśli odeszły, ciało ogarnęło zatrważające cierpienie, a oczy zapłakały – po raz pierwszy w życiu.
Ciężar był zbyt wielki, abym mógł go udźwignąć. 
* 
Kolejne dni mijają, a ja nie wstaję z kolan. Ciągle upadam, a nikt nie wystawia mi pomocnej dłoni, której mógłbym się chwycić. 
Dzień, noc, dzień, noc. 
Samotny? Nie. Z butelką taniego alkoholu w dłoni. 
Próbuję pozbierać swoje kawałki w całość i nie oszaleć, ale jest mi coraz trudniej. Emocje dławią się we mnie, a ja przestaję nad nimi panować. 
* 
Czas leci, Noah.
Tik, tak, tik, tak.
Budzę się i wiem jedno: pragnę zemsty i sprawiedliwości.
Wstaję, ubieram się w brudne, pomięte ubrania, nie jem nic – kolejny dzień z rzędu, po czym wsiadam do samochodu, a moim celem jest wielki, oszklony wieżowiec Brown Inc. Podczas trasy słyszę cichy głos. Oznaka szaleństwa. Noah, uspokój się. Szepcze, a po chwili wrzeszczy, abym się opamiętał. Ja go nie słucham. Jest już za późno na to, aby się wycofać, wrócić do domu i na nowo dać się złapać w pułapkę cierpienia, niczym zwierzyna. 
Oto budynek, który doskonale widzę z okna każdego ranka, gdy się budzę. 
Wjeżdżam windą na najwyższe piętro, idę długim, zadbanym korytarzem i mijam pracowników, którzy są aż nadto zainteresowani moją osobą. Pukam do drzwi, otwiera mi wysoki mężczyzna o kruczoczarnych włosach i pewnym siebie, błękitnym spojrzeniu. Zapach jego perfum drażni mnie w nos. Biznesmen, odziany w obrzydliwie drogi garnitur stoi tuż przed mą twarzą i łapie się za czuprynę. Rodzony brat – źródło mojego cierpienia. 
— Noah? — pyta z lekkim zawahaniem, a na jego nienagannej twarzy pojawia się czerwony rumieniec zakłopotania. 
— Przyszedłem tutaj, aby wręczyć ci to, na co zasługujesz. 
Obrzucił mnie zdezorientowanym spojrzeniem, a ja wziąłem zamach i uderzyłem go w nos, sprawiając, że stracił równowagę i zachwiał się, omal upadając na wypolerowaną podłogę, którą ubrudziły plamki szkarłatnej cieczy. Mój oddech przyspieszył, serce zaczęło bić szybciej, a umysł wrzeszczał, że to mój brat, w którego żyłach płynie ta sama krew, co moja i nie powinienem unosić na niego ręki. Spojrzałem na ubrudzoną pięść, a następnie na Aarona, który stał bezczynnie, oczekując na kolejne ciosy. 
Po raz kolejny popchnąłem go i zadałem mu cios w oko, co powaliło go na ziemię. 
Nie bronił się. 
Czułem się jak potwór. 
Jego błękitne spojrzenie wręcz gotowało się ze wściekłości, jednak nie robił nic. 
Miałem ochotę uderzyć go kolejny raz, zbić go do nieprzytomności, a z drugiej strony ktoś mówił mi, abym podał mu rękę i pomógł wstać. Odczuwałem sprzeczne uczucia. Ruszyłem w jego kierunku, biłem się z myślami, już wyciągałem ku niemu rękę, chciałem rzec: "bracie, wybacz mi", kiedy przerwał mi przeraźliwy krzyk. Uniosłem głowę w kierunku źródła i ujrzałem rudowłosą, która wyłoniła się z dalszej części gabinetu i momentalnie zasłoniła Aarona. 
Byli tu razem? 
Stałem jak wryty, a w uszach słyszałem pisk. Momentalnie poczułem tępy ból w tylnej części głowy. Patrzyłem na dwójkę nieprzytomnym spojrzeniem, do momentu, aż usłyszałem trzask drzwi i poczułem silny uścisk na ramionach. Dwaj ochroniarze usłyszeli niepokojące dźwięki i weszli do środka. Chwycili mnie niczym worek śmieci i wyrzucili z budynku. 
To koniec, moi drodzy.
Jestem zniszczony. Pozostała po mnie jedynie ruina. Już jej nie odbudujecie.

Lou?
Z dedykacją dla pewnego czytelnika ;]

15 lut 2019

Od Louise cd. Noah

          Naciskam lekko klamkę. Nie dziwię się, gdy odkrywam, iż drzwi są zamknięte na klucz. Pukam jeszcze kilkakrotnie. Odpuszczam po kilku minutach, osuwając się na zimną kostkę przed nimi.
          Chciałam go zdradzić.
          Bzdura, ja go zdradziłam.
          Zerwałam tę nić, która zdążyła pojawić się między nami przez ten długi czas. Czas bogaty w trudne chwile, wzloty, upadki, momenty, gdy oboje zwątpiliśmy i wydarzenia, do których mogłabym wracać każdego dnia. Zerwałam tę nić, ponieważ Noah powiedział jedno słowo za dużo, będąc w furii, a ja go obwiniałam, klejąc się przy tym do jego brata. Ha!, kleiłam się do jego brata, czyli koszmarnie snobistycznego i egoistycznego dupka, który, z pewnością, uwiódł mnie totalnie dla zabawy i w formie zemsty na bracie. Doskonale znam historię Brownów, więc zachodziłam w głowę dlaczego Aaron chciałby to zrobić — w końcu to Noah był tym “gorszym” synem.
          Przez ten czas płaczę niemalże bez przerwy, wyrzucając sobie całą tę sytuację.
          Tak, to moja wina.
          Tak, ja pozwoliłam mu na to.
          I tak, masz prawo być zły, Noah. Masz prawo mnie rzucić, przy tym wyzywając od najgorszych, przyjmę to z pokorą i odejdę. Odejdę. Nie będziesz musiał już na mnie patrzeć. Pozwolę ci być szczęśliwym.
          Noah był szczęśliwy ze mną. Widziałam to, czułam. Stanowiliśmy idealny duet. Wiedziałam doskonale, że jakikolwiek cios zadany prosto w jego serce skończy się tragicznie. Nigdy nie chciałam go zranić, och, boże, dlaczego nie mogę cofnąć czasu? On jest jak delikatna róża, uzbrojona na zewnątrz jak najbardziej się da, a wewnątrz kryje najszczersze uczucia i wrażliwość, której nikt nigdy by się nie spodziewał. Ale ja go znam i wiem, co kryje się między tymi płatkami. Przygarnęłam tę różę, obiecując, iż będę dbać o nią jak o najważniejszy i najcenniejszy kryształ. Zaufał mi, a ja wszystko zaprzepaściłam. Nienawidzi mnie.
          Ignorując roztrzęsione dłonie sięgam po telefon i piszę krótką wiadomość. Gdy mój kciuk niemalże muska ikonkę wysyłającą, cofam go. Nie potrafię. Nie mogę. Muszę dać mu czas. Ale… nie mogę odejść, boże, coś mnie tu trzyma. Pukam jeszcze trzy razy, lecz wyraźnie zbyt cicho. Na tym pozostaję. Noah zdaje się nie słyszeć cichego dobijania się do jego domu. Zaciskam powieki i odchodzę. Na kilka dni. Na kilka tygodni. Ile tylko zechcesz, Noah. Ile tylko zechcesz.
          Zasypiam nad ranem. Poprawka, nie zasypiam, jedynie drzemię. Cała noc zeszła na myśleniu. Poprawka, całą noc przepłakałam, obwiniając siebie i tylko siebie. Bo to jest moja wina. Popra… nie, to naprawdę tylko moja wina. Nie potrafię szukać innego wytłumaczenia, ponieważ to ja zawiniłam, ja chciałam to zrobić, tylko mi groziły konsekwencje. Aaron mógł sobie pozwolić, jest w końcu sam. Poszłam o krok za daleko. Ciągle go ranię. Cholera, ta relacja była tak piękna. Wyjmuję telefon z szufladki szafeczki nocnej i wchodzę w konwersację moją i Browna. Zablokował mnie na Rivenley. Siłuję się z sobą, aby wejść w SMS’y. To właśnie tą drogą zeszłej nocy chciałam wysłać mu wiadomość, która zapisała się. Ku mojemu zdziwieniu, nie rozpisałam się na tyle, by szczególnie żałować nie wysłania SMS’a. I tym razem dopadam się klawiatury, piszę bardzo powoli i znów waham się nad wysłaniem. Po raz kolejny nie klikam samolocika i odkładam telefon, zaszywając się gdzieś w kołdrze.
          Nienawidzę siebie.
          Nienawidzę tego, jak krzywdzę innych.
***
          Po kilkunastu minutach zwlekam się z łóżka, by doprowadzić się do jakiegokolwiek stanu lepszego od aktualnego. Próbuję ułożyć włosy, które wcale nie ułatwiają mi zajęcia. Poddaję się, gdy targam je jeszcze bardziej. Jęczę przeciągle. Nie doskwiera mi głód. Czuję przedziwną pustkę. Wyrzuty sumienia nasilają się. Zaciskam oczy jeszcze mocniej, torując łzą drogę przepływu. Pomimo starań, nie potrafię myśleć o czymkolwiek innym. W końcu wychodzę z łazienki i kieruję się na dół. Potrzebuję ich. Potrzebuję dobrych rad, potrzebuję kogoś, kto wysłucha mnie od początku do końca.
          Rodzice siedzą przy stoliku, przyglądając się jakimś papierom. Nakładam sztuczny uśmiech i podchodzę do nich, obejmując obojga ramieniem.
          — Spójrz — szepce mama, odsuwając się nieco. — Twój brat.
          I w tej chwili czuję, jak ziemia chwieje się, a nogi przybierają postać waty. Boże, nie było mnie tak często, że całkowicie zapomniałam. Mój brat. Moje rodzeństwo. Kolejny problem. Nie. Nie mogę mówić tak o kimś tak istotnym dla rodziców. Przepraszam ich tylko i wracam biegiem do pokoju.
          Łączę się po raz trzeci z Noah, łudząc się, że tym razem odbierze.
You've carried on so long
You couldn't stop if you tried it
You've build your wall so high
That no one could climb it
But I'm gonna try
NOAH?

9 lut 2019

Od Noah CD. Louise

— Nie mamy o czym rozmawiać. To koniec, Louise. Właśnie mnie zniszczyłaś, zadałaś mi cholerny cios w plecy. Idź do Aarona, on się tobą bez wątpienia zaopiekuje. — zmarszczyłem brwi, a moja twarz mimowolnie się skrzywiła. 
Odczuwałem autentyczny ból, którego nie byłem w stanie opisać. Moje serce zaczęło bić szybko i nieregularnie, tracąc swój prawidłowy rytm, a wzięcie każdego kolejnego oddechu wydawało się coraz większym wyzwaniem. Złapała mnie dziwaczna duszność, a w oczach pociemniało z niekontrolowanej złości. 
Straciłem szczęście. 
Moja przyjaciółka i dziewczyna, która jako jedyna wydawała się rozumieć moje problemy. Zmieniała mnie. Gdy upadałem, litościwie się pochylała, łapała za dłoń i podnosiła, mówiąc, że będzie lepiej. Moje oparcie, moja ostoja, mój sens, mój jedyny skarb. 
Louise. 
Jedyna dziewczyna, która zauroczyła się we MNIE, postanowiła zwrócić się do mego brata. Ostrzegałem, upominałem, wrzeszczałem, kłóciłem się, tłumaczyłem. 
Nie możesz, nie powinnaś, zerwij kontakt, nie daj się złapać w sidła jego zewnętrznej atrakcyjności i ciężkiego portfela. 
Zostań ze mną, zapomnij o nim, nie rań mnie. 
Zrobiłaś to. 
Odejdź. 
Wymaż się z mojej pamięci. Pozostaw mnie zrujnowanego. 
Wybrałaś jego, a myślałem, że jesteś inna. 
* 
Odpaliłem silnik i docisnąłem pedał gazu do maksimum, z piskiem odjeżdżając spod rezydencji swoich rodziców. 
Czym prędzej pojechałem w kierunku jakiegoś starego, zaniedbanego baru i ze smutkiem dosiadłem się do gromadki równie przygnębionych mężczyzn, którzy spędzali Święta sami z nieznanych mi powodów. Zamówiłem drinka, wydarłem kilka włosów z głowy, zamówiłem drinka, porozmawiałem z jakimś łysym mężczyzną, zamówiłem drinka, zamówiłem drinka, zamówiłem drinka. 
* 
Z rumieńcem upojenia na twarzy trzasnąłem kieliszkiem o ladę, mamrocząc coś do dopiero poznanego, pozbawionego czupryny kolegi, który przyglądał mi się z podejrzaną wnikliwością, jednak starałem się to ignorować. 
— Co ci się stało, stary? — zapytał, patrząc, jak żałośnie spoglądam w jeden punkt, jakby uszło ze mnie życie. 
— Dziewczyna mnie zdradziła. Z moim własnym bratem. — alkohol bez wątpienia sprawił, że otwarcie się i wyznanie swoich problemów obcemu mężczyźnie nie sprawiło mi większego problemu. 
— Ale szmata. — burknął ponuro, stukając palcami w blat. 
Nieoczekiwanie obróciłem głowę w jego kierunku i zmierzyłem go rozwścieczonym spojrzeniem, a moja pięść mimowolnie uniosła się, uderzając łysego z pełnym impetem w nos, przez co spadł z krzesła i boleśnie upadł na podłogę. 
— Nie masz prawa tak o niej mówić, jasne? — warknąłem z furią, po czym wstałem, ledwo zachowując równowagę. 
Niestety, to był mój gwóźdź do trumny. 
Nowo-poznany był w dużo lepszym stanie trzeźwości ode mnie, więc bez problemu powstał, przetarł strużkę krwi cieknącą mu z nosa, po czym oddał mi z dwukrotnie większą siłą, zostawiając wokół mojego oka sporą „śliwę”. 
* 
Trzasnąłem drzwiami od domu i przyłożyłem lód do obicia, wydając z siebie cichy syk bólu. 
Louise. 
Louise. 
Louise. 
Chcę cię znienawidzić. 
Stoję przy oknie i obserwuję ulicę, mierząc obojętnym spojrzeniem kołyszące się na wietrze drzewa. 
Czerwony mustang. 
Przyjeżdża. 
Odjeżdża. 
Rozpaczliwe dobijanie się do drzwi mego domu. 
Och, rudowłosa. 
Gdybym wiedział, ile bólu możesz mi sprawić.

Louise?

12 sty 2019

Od Louise cd. Noah

          Opierawszy ociężałą głowę na ramieniu Aarona czułam niezbyt przyjemny szum w głowie. Choć wypiłam zaledwie dwie lampki słabego wina i kilka kieliszków wódki, miałam wrażenie, jakbym pokonała właśnie całą butelkę. Tej sytuacji osobliwości dodawał fakt, że mam jednak mocną głowę, choć też bez przesady. Tak właściwie, może byłam jednak taka słaba, a “mocna głowa” to wytwór mojej wyobraźni, bo niezbyt często pijam dużo? Nie wiem, może później się przekonam. Raz po raz uśmiechałam się do siedzących przy stole gości i mruczałam coś do Rona, który nie przerywał zaciętej dyskusji z innymi członkami rodziny Brown. Zabawne było to, że ja niedługo będę jej członkiem. Louise i Noah Brown, jak to zabawnie brzmi. Albo Noah i Louise. Nie wiem, może później zobaczymy, jak to będzie, ale osobiście wolę być pierwsza. Ten mój Noah siedział sobie obok, zaś jego towarzyszka raz po raz spoglądała w moją stronę, czego nie mogę powiedzieć o nim. Szczerze mówiąc, to chyba nieważne. Trochę bolało mnie moje zachowanie, ale serce pękło mi na pół, kiedy powiedział to głupie “zamknij się”. To, no cóż, dość normalne słowa, uderzyły mnie z potrójną siłą, bo powiedział to mój Noah. Mój chłopak i mój Noah. Dlatego próbowałam o tym nie myśleć, ale jak tu siedzieć spokojnie, skoro rozum podpowiada, bym z ramienia jego brata głowę zabrała i ułożyła ją na tym sąsiednim, ale to byłoby tak strasznie niewdzięczne i bezczelne, że odpuściłam sobie takie zabiegi. Starszy Brown oparł się o mnie i tak sobie siedzieliśmy, on ciągle gadał i gadał, a ja zasypiałam, chociaż było wcześnie. W końcu, nie wytrzymując napięcia, wstałam i zapytałam o toaletę. Dziękując za odpowiedź udałam się we wskazane miejsce. Tak właściwie to nie do końca szłam tam za potrzebą, chodziło bardziej o upragnioną samotność i chwilę na odetchnięcie. Krzątałam się między korytarzami, szukając odpowiedniego pokoju. Szukałam niemalże na oślep, bo, nie ukrywam, pogubiłam się w labiryncie brązowych drzwi i straciłam orientację. To były trzecie… siódme… drugie… drzwi na, eeem… lewo? Nie, nie, na prawo. Wpierw miałam iść prosto, potem skręcić, skręcić w… nie wiem, poddaję się. Wzdycham głośno i decyduję się na otwieranie wszystkich drzwi po kolei, przecież i tak nikt nie zauważy, wszyscy głośno rozmawiają. Moją pierwszą ofiarą są te przy samym rogu, które okazują się być przejściem do jakiejś sypialni. Pudło. Uchylam następne, moim oczom ukazuje się ciemne pomieszczenie. Zapalam światło. To tylko schowek. Dobrze, szukam dalej. Trzecie to z kolei gabinet. Dalej kolejna sypialnia na przemian z pomieszczeniami niemal pustymi. Aż w końcu odnajduję ten pokój, który, wbrew pozorom, nie jest łazienką. Nie spodziewałam się, że trafię na niego akurat teraz. Stary pokój Noah. Nieco pusty, wyraźnie zaniedbany, wszędzie unosił się kurz. Puste półki świadczyły o tym, że większość ważniejszych rzeczy zabrał ze sobą do nowego domu. Z drobiazgów zostały tu jakieś figurki, wazony i… fotografie. Było mi nieco głupio tak wślizgnąć się do nieodpowiedniego pomieszczenia, lecz nie mogłam się powstrzymać. Zamknęłam za sobą drzwi i podeszłam do komody. Trzy zdjęcia oprawione w ramkę stały na niej. Na pierwszym — Noah i jakaś dziewczyna. Przypatrywałam się bliżej, aż zauważyłam w niej znajome cechy. To Chloe. Ciekawe, od kiedy się znają. Na pewno od dzieciństwa. Może kiedyś byli parą? Albo któreś z nich było zakochane w drugim, jak to w filmach bywa? Może. Kolejne zdjęcie przedstawiało samego chłopaka, był ubrany w czepek pływacki i okulary, mógł mieć jakieś siedem, osiem lat. Na jego szyi zawieszony był medal, najwyraźniej złoty. W rękach trzymał dyplom. Fotografia wywołała u mnie uśmiech, jaki przeuroczy chłopiec. Trzecia, ostatnia, to on i jego brat. Tutaj nie był wcale zadowolony, wręcz przeciwnie. Jego mina wyrażała zdenerwowanie albo nawet poirytowanie. Byli już starsi. Zgaduję, że to ostatni bal w szkole średniej Aarona. Kiedy tak stałam i oglądałam pamiątki Browna, nie zauważyłam, jak ktoś wchodzi do pokoju. Zanim zdążyłam się odwrócić, poczułam uścisk na biodrze. Zamruczał coś. Byłam pewna, z kim mam do czynienia. Aaron. I alkohol. Czułam, że wypił dużo i to wcale nie była komfortowa sytuacja. Zdążyłam się nieco ocknąć, więc uznajemy, że tylko ja miałam tu trzeźwe myślenie. Wodził dłonią po mojej talii. Delikatnie odwróciłam głowę w jego stronę i, nie odrywając od niego wzroku, wyślizgnęłam się z jego objęć. Widocznie nie chciał odpuścić, bo próbował iść za mną, wyprzedzając mnie chwiejnym krokiem. Zamknął drzwi i podszedł bliżej. Przełknęłam ślinę. Nie, nie bałam się i nie, nie czułam żadnego obrzydzenia co do niego. Sytuacja była po prostu dziwna, zważywszy na okoliczności i to, że jakieś kilka pokoi dalej są wszyscy goście, a na dodatek każdy może tu wejść, w końcu drzwi są pozbawione zamka.
          I nawet nie wiem, co mną kierowało, ale złapałam go za rękę i przysunęłam do siebie, by zgrabnie pokonać odległość dzielącą nas (nieco niezgrabnie, ale to wina Aarona). Jeszcze chwilę droczyłam się z nim, palcem kreśląc przeróżne kształty na jego ciepłej szyi, kiedy on próbował przejść już do pocałunku, choć mi było niezbyt śpieszno. Nieszczególnie chciałam, by między nami pojawił się ten sekret małej zdrady. Po prostu chciałam zapomnieć o Noah i o tym, że faktycznie mam chłopaka.
          Złączyłam nasze usta w pocałunku, dłońmi objęłam jego twarz. Przycisnął mnie do ściany, tuż obok drzwi, po chwili uniósł mnie. Nie przerywając pocałunków, nachylił się nad łóżkiem, widocznie nieużywanym od bardzo dawna. Pociągnęłam za idealnie ułożony krawat i przyciągnęłam go do siebie.
          Zajęci sobą nie spostrzegliśmy, jak do pokoju wchodzi następna osoba, tak, jak jakiś czas temu wkradł się tu Aaron. Otwieram na moment oczy. Widząc stojącą w progu Noah, szybko odrywam się od Rona i zataczam się na drugą stronę. Wstaję z łóżka i pędzę za nim, doszczętnie rozsypana. Nie wiem, co mnie podkusiło. Boże, jestem idiotką. Dlaczego. Dlaczego. Cholernie kocham Noah, pomimo jego wad, pomimo tych odzywek, ranię go. Wpierw odbuduję, później rujnuję. Cholera jasna. I po co mi to było? Ach, no tak, mądry człowiek po szkodzie.
          Gdy doganiam Noah, łapię go za nadgarstek, lecz on szybko uwalnia się z mojego uścisku. Powtarzam jego imię, jakby było to jakieś idiotyczne zaklęcie, dzięki któremu mi wybaczy.
          — Błagam cię, porozmawiajmy — mówiłam. — Noah…
          Zignorował moją obecność i nie pozwalał na jakiekolwiek wyjaśnienia.
          Rujnuję to.
          On mi ufał.
          On mi zaufał.
          Wychodzi na zewnątrz, ale nie odpuszczam. Ciągle mnie wymija i tylko zaciska dłonie. Nie dziwię mu się. Jestem tragiczną dziewczyną. Co ja powiem jego rodzicom? Przepraszam, ale prawie zdradziłam pańskiego syna. Co powiem moim? No bo wylądowałam sam na sam z jego bratem i tak wyszło. Co powiem sobie? Hej, Louise, jesteś skończoną idiotką. Ale, cholera, nie przejmowałam się teraz zdaniem innych. Po prostu szłam za Noah i nie chciałam pozwolić, by teraz odjechał. Nie może.
          Doszedł do samochodu i otworzył go. Okrążył pojazd, zasiadł za kierownicą i odpalił go. Otworzyłam drzwi.
          — Nie odjeżdżaj, błagam cię — szepnęłam.
          Wsunęłam się do samochodu.
          — Noah.
          Spojrzałam na niego. Nie robiłam nic. Po prostu patrzyłam na to, jak z całej siły zaciska kierownicę i pustym wzrokiem wpatruje się w ogród otaczający posiadłość.
          — Porozmawiajmy, daj mi wszystko wyjaśnić i dopiero odjedź. Zrozumiem to. — Dopiero teraz opuściłam wzrok.

NOAH?

Od Noah CD. Louise

       Moim oczom ukazała się ta sama, elegancka posiadłość, z której postanowiłem się jak najszybciej wynieść, kończąc jednocześnie pewien rozdział w swoim życiu. 
Wróciłem. 
Po kilku latach milczenia i uporczywego unikania znów stoję w progu dobrze znanego mi miejsca, surowym spojrzeniem mierząc uważnie każdy mebel, obraz na ścianie, czy ozdobę, która przypominała mi poszczególne momenty dzieciństwa. 
Pojawienie się tutaj było dla mnie prawdziwym wyzwaniem, gdyż ponownie poczułem się niczym mały, zbłąkany chłopiec. Wszystkie elementy tego domu, a nawet ten charakterystyczny zapach, który się tu unosił, zadawał mi tak mocny cios wspomnień, że czułem autentyczny ból głowy i duszący ucisk w klatce piersiowej. 
Przymknąłem za sobą drzwi i zdjąłem elegancki płaszcz, który zdążyłem nabyć przed świętami, odsłaniając jednocześnie swoją idealnie wyprasowaną koszulę i dobrany do koloru oczu, kasztanowy krawat. 
Po chwili, bez zbędnego pośpiechu, włożyłem dłonie do kieszeni i oparłem się o ścianę, mierząc wszystkich obojętnym spojrzeniem. Wujaszek Arthur razem z jego żoną, Gavin – szczerzący się do mnie w szczerym uśmiechu oraz Jason, który pomachał mi nieśmiało z policzkami pełnymi jedzenia. 
Oto moi kuzyni, których mogę nazwać własnymi braćmi. 
Mój wzrok kontynuował podróż i skierował się na drugą stronę stołu, która nie była już tak ciekawa. William Brown z zaplecionymi na klatce piersiowej rękoma, który zerkał na mnie ukradkiem, udając, że nie istnieję oraz Aaron, wyjątkowo pochłonięty rozmową z… Louise. 
Rozumiem. 
Czyli to jest ta „impreza”, o której mówiła. 
Poczułem tępy ból z tyłu głowy, który był wywołany nadmiarem skrajnych emocji. Nie zważając na dyskomfort, zmarszczyłem brwi, patrząc na rudowłosą, która usilnie unikała kontaktu wzrokowego. 
Moje szczęście zaczyna stawać się moją klęską. 
Gdy zdążyłem przeanalizować twarze wszystkich gości, oderwałem się od ściany i ruszyłem w kierunku stołu, jednak niespodziewanie poczułem mocny uścisk na swojej szyi. 
Momentalnie wyrwałem się do tyłu, ale gdy zobaczyłem przed oczyma własną matkę, która od zawsze pokładała we mnie nadzieję, odwzajemniłem gest, zamykając ją w bardzo ciasnym uścisku. 
— Synku, jak dobrze, że jesteś. — zmierzwiła mi moją idealnie ułożoną grzywkę, po czym złożyła na mym czole troskliwy pocałunek, sprawiając, że większa część stresu spowodowanego spotkaniem zupełnie wyparowała. 
— Tęskniłem. — spojrzałem w jej brązowe oczy, [które swoją drogą po niej odziedziczyłem] i odnalazłem w nich coś, czego nie widziałem przez lata. 
Matczyna miłość. 
— Will, chodź przywitać się z Noah. — machnęła ręką do mego ojca, a ten po dłuższej chwili wyszedł zza stołu, po czym obrzucił mnie obojętnym spojrzeniem i uścisnął mi dłoń, a następnie bez słowa odwrócił się i ruszył w kierunku krzesła. 
Nie widzieliśmy się przez kilka lat, a potrafi wysilić się jedynie na formalne, bezuczuciowe ściśnięcie ręki. Czegoż innego mogłem się spodziewać po własnym ojcu? 
— Chodź, usiądźmy. — Rebecca pchnęła mnie delikatnie w kierunku stołu, niczym zagubionego chłopca, który nie wie, co ma ze sobą zrobić. 
Zająłem najlepsze z możliwych miejsc. Po mojej lewej stało wolne krzesło, a po prawej siedziała Louise, nadal nie zwracając na mnie większej uwagi. 
— Ktoś jeszcze przyjdzie, czy to już wszyscy? — zapytałem, kładąc łokcie na stole. 
— Chloe jest w toalecie. 
— Chloe?! — wydałem z siebie entuzjastyczne pytanie, ukazując swoje niedowierzanie. 
Jak wiecie, mam wiele tajemnic i nie należę do tego typu ludzi, z których da się wyczytać wszystko jak z otwartych książek. Można się jednak domyślić, że od młodości zawsze preferowałem towarzystwo Gavina i Jasona, ale z czasem do naszej męskiej paczki doszła Chloe, którą znam już od kilkunastu lat z naszej dawnej, szkolnej klasy. Muszę przyznać, że nie widziałem jej od czasu mojej przeprowadzki i cholernie się za nią stęskniłem. 
Czym prędzej zalała mnie fala wspomnień, w których to usilnie próbowałem zwrócić na siebie uwagę dziewczyny, ciągnąc ją za warkoczyki i podkładając jej nogi. Na myśl o swoim zachowaniu, na moją twarz wkradł się lekki, wręcz niezauważalny uśmiech. 
— Co ona tu robi? — skierowałem pytanie do Jasona, który patrzył z bezradnością na tacę wyłożoną ciastkami. 
— Niedawno przeprowadziłem się razem z nią do Avenley. Mieszkamy naprzeciwko siebie w jednym z bloków, a jako iż nie miała planów na Wigilię, stwierdziłem, że nie może zostać sama i zaprosiłem ją tutaj. 
—Noah! — z rozmowy wyrwał mnie wysoki, pełen entuzjazmu, kobiecy głos. 
Czym prędzej zerwałem się z krzesła i potruchtałem w jej kierunku, zamykając ją w mocnym uścisku, z którego nie zamierzałem jej wypuścić. 
— Moja mała Chloe! — nie mogłem się na nią napatrzeć. Bordowa, obcisła, a zarazem elegancka suknia ciągnęła się do samej ziemi, podkreślając jej piękną figurę. 
— Mój wielki Noah?! — roześmiała się, po czym ucałowała mnie kilka razy w policzek, na co lekko się zarumieniłem. 
— Wypiękniałaś. — mój wzrok utkwił na jej życzliwych oczach, które patrzyły na mnie z tym samym blaskiem, co kilka lat temu. 
— A ty wyprzystojniałeś. — uniosła dwukrotnie brwi, po czym przejechała dłonią po moim policzku, delikatnie się uśmiechając. 
— No, no. Nie słodź mi tak, bo zaraz dostanę cukrzycy. — wypuściłem ją z objęć, po czym posłałem jej szelmowski uśmiech. 
Ona mnie zmieniała. Pozwalała mi odkrywać nowe wersje siebie, w których byłem kimś więcej niż gderliwym, niezadowolonym z życia nieudacznikiem. 
— Oj, Noah. — zachichotała, obrzucając Louise zdezorientowanym spojrzeniem. — Wiesz może, kim jest ta rudowłosa? Czyżby Aaron znalazł sobie jakąś kobietę na związek dłuższy niż jedną noc? — wydała z siebie paniczny rechot, kładąc dłoń na moim ramieniu. 
— Tak się składa, że to moja dziewczyna. — podrapałem się po głowie z zakłopotaniem, patrząc na Louise, która ze sporym zainteresowaniem prowadzi dialog wraz z moim bratem. 
— To dlaczego nie przyjechałeś z nią? 
— Długa historia. 
— Opowiadaj, mamy czas. — pociągnęła mnie za rękaw od koszuli i rozsiedliśmy się na sofie, wykorzystując czas, który pozostał do rozpoczęcia Wigilii. 
— Okłamała mnie. Powiedziała, że idzie na imprezę, a przyjechała tutaj razem z Aaronem. 
Chloe otworzyła szeroko oczy w niedowierzaniu. 
— I nie jesteś zdenerwowany? 
— Oczywiście, że jestem. Mam ochotę uderzyć z pięści Rona, ale nie zamierzam psuć panującej tu atmosfery. 
— Dupkowaty prezes nie nauczył się jeszcze, że są kobiety, z którymi nie ma prawa flirtować. 
— Też tak sądzę. — wydałem z siebie smutne westchnienie i objąłem Chloe, chcąc zatrzymać ją przy sobie. — A co u ciebie? 
— Szkoda gadać. Mieszkam w ciasnym bloku, pracuję w jakiejś spelunie, która serwuje przeterminowane jedzenie i oferuje taką wypłatę, że ledwo wiążę koniec z końcem. 
— Jakbyś czegokolwiek potrzebowała, to mów. Mogę użyczyć ci mieszkania lub trochę pieniędzy. 
— Dziękuję, Noa. — wstała, a po chwili pociągnęła mnie za rękę w kierunku krzeseł i zajęła puste miejsce po mojej lewej stronie. 
* 
             Na stole pojawiły się już wypełnione jedzeniem talerze, twarz Aarona przybrała rumieniec pijaczyny, a goście chichotali, z niecierpliwością oczekując na moment składania życzeń i rozpoczęcie kolacji. 
— Moi drodzy… — niski, nieco zachrypnięty głos sprawił, że w całej jadalni zapanowała głucha cisza. — chciałbym wznieść toast, powstańmy! — Aaron poderwał się z krzesła, po czym objął Louise w talii i przyciągnął ją do siebie, co sprawiło, że zawrzałem od środka. 
— Co on odpieprza? — usłyszałem cichy szept Chloe, która z dezaprobatą patrzyła na mojego starszego brata. 
— Ten dzień jest wyjątkowy. Nasza rodzina zebrała się w całej swojej okazałości po tylu latach rozłąki. Wreszcie możemy świętować razem i cieszyć się swoim wzajemnym towarzystwem, którego tak długo wyczekiwaliśmy. Opijmy także przybycie nowej osoby – Louise, która bez wątpienia nie umknęła wam w tłumie gości, gdyż swoją urodą przyciąga wzrok każdego. Za nas wszystkich! — podniósł kieliszek, lekko się chwiejąc, a jego gest powtórzyli wszyscy goście, wesoło klaszcząc. 
— Twój nieszczęsny braciszek chyba za dużo wypił. — Chloe nachyliła się w moim kierunku, marszcząc z niezrozumieniem brwi. — Popatrz, jak się do siebie przymilają. Noah, lepiej zareaguj, zanim będzie za późno. 
Odwróciłem głowę w kierunku przyjaciółki i posłałem w jej kierunku grymas wypełniony po brzegi smutkiem. 
— Ufam jej.

Lou, domyślasz się, co kombinuję? ( ͡° ͜ʖ ͡°)

+10 PD

8 sty 2019

Od Louise cd. Noah

         Aaron, wbrew pozorom, okazał się być zdecydowanie inny. To znaczy, co trzeba rozumieć przez pojęcie "inny". Noah mówił o nim jak o człowieku fałszywym, obłudnym, szorstkim i stroniącym od humoru, jednakże teraz stanął przede mną całkiem odbiegający od pozorów facet. Wciąż biznesmen w idealnie wyprasowanym garniturze i wręcz równiutko założonym krawacie, lecz roześmiany, towarzyski i zwyczajnie wyluzowany, o czym jego brat, niestety, nigdy nie wspominał. Od zawsze ten starszy Brown stanowił dla mnie zagadkę, nie słyszałam o nim niczego dobrego, Noah nie lubił zagłębiać się w ten temat, a ja odpuszczałam, nie naciskałam. Nie znałam go lepiej. Ba!, nie znałam go w ogóle i dopiero teraz zauważyłam te pozytywne cechy. Pomijając fakt, że to dzięki Aaronowi pogodziłam się z wtedy jeszcze przyjacielem, który w jakiś sposób zobowiązał mnie do ukazywania wdzięczności wobec Rona. No tak, powinnam mu podziękować za to, że przyprowadził mnie tutaj i zajął się tak, jakbym była jego dobrą znajomą, choć praktycznie go nie znam. To nieco zabawne, ale nie dostrzegałam żadnego podobieństwa poza duetem Brownów. Za wyjątkiem wyglądu. Och, a ten młodszy brat właśnie siedział w kuchni, niczym obrażony dzieciak. To nie tak, że ignorowałam jego obecność. To naprawdę nie tak, że celowo wyolbrzymiam, by wzbudzić zainteresowanie kogokolwiek. Może on tak postrzegał tę sytuację? Może. Tak właściwie to nie miałam żadnego celu. Nagły wybuch Noah zranił mnie, czego nawet nie ukrywałam, dlatego wyszłam. Wyszłam, nie chcąc nawet patrzeć na nich obu. Los chciał, by oboje wybiegli na poszukiwania mnie, ale to starszemu udało się przekonać mnie do powrotu. Było cholernie zimno, a Noah... po prostu tam stał, nadal tam stał i tylko patrzył, jak oddalam się wraz z jego krewnym w stronę domu. Później i on przyszedł, cały ośnieżony ociekał nie tylko ironią. Sama nie wiem, ale wyczuwałam, iż ma mu to za złe. Hejże, niech nie myśli tylko o sobie i przeprosi? No tak, całkiem zapomniałam, że ten Noah Brown nigdy nie przeprasza.
         Do moich rąk trafiło ciepłe kakao. Sama nie wiem, czy zrobił to Aaron, czy Noah (bo z tego, co wiem, Aaron nic nie potrafi zrobić, ale, jak wiadomo, to może tylko plotka). Słodkie, pachnące dzieciństwem kakao (bo, tak, niemalże każdego wieczora wypijałam pełny kubek tego słodkiego napoju mlecznego), na dodatek w tym uroczym kubku z bałwanem. To wszystko wystarczyło, by wpierw rozgrzać moje serce, a później całe ciało. Bez różnicy, kogo jest dziełem, smakowało nieziemsko, choć to zapewne kolejne sproszkowane rodem z marketu. Miałam ochotę zapytać, co to za firma, ale raz, to niegrzeczne, dwa, Brown jeden zapewne skłamałby, kiedy okazałoby się, że to nie jego dzieło. Chociaż... trochę nie wierzyłam w to, iż w aktualnej sytuacji to Noah przypadłoby zrobienie kakao, tym bardziej dla mnie. Och nie, Louise, zraniłaś go. Skopałaś. Zignorowałaś. Naprawdę smutne, gdyby nie fakt, jakim on był człowiekiem do pewnego czasu. Nie dopuszczał mnie do siebie, odpychał. Cóż.
         — Cholera, wigilia — wyszeptałam w pewnej chwili.
         To jest to, o czym myślałam od rana. Przygotowania poszły się walić, kiedy ten oto Aaron wparował do naszej łazienki. Nie mogłam zaprzepaścić okazji, by poznać rodziców Noah i Rona. Nie mogłam, po prostu nie. To zapewne niepowtarzalna chwila, a na dodatek dzisiaj jest wigilia.
         — Pojedziemy moim samochodem — rzucił Aaron, unosząc się z kanapy. — Dobra, jest zbyt wcześnie — mruknął, tym razem opadając na miękkie poduszki. Po chwili rozległ się sygnał, który świadczył o tym, iż ktoś do niego dzwoni. Krótkie tak, jakieś pytania i koniec rozmowy. Powiedział, że Julie dzwoniła i niezwłocznie idzie do biura. Przytaknęłam. Będąc u progu drzwi, posłał mi uśmiech. Może był nieszczery, ale moje serce nadal nie pozbierało się po prześwietnym kakao.
         Nie wiem skąd miał mój numer, lecz po trzydziestu minutach wysłał mi SMS-a.
Nieznany numer: 18 u Noah.
         Chwilę zajęło mi rozszyfrowanie, od kogo jest ta wiadomość, ale odpowiedź była nadzwyczajnie prosta (dlaczego zastanawiałam się nad nadawcą?). Aktualnie była wpół do drugiej, także miałam naprawdę dużo czasu, co było ogromnym plusem. Czekał mnie właściwy prysznic, makijaż, ubranie się w tę olśniewającą sukienkę i przećwiczenie kilku tekstów, za sprawą których zabłysnę w środowisku naszych Brownów. Jak zaplanowałam, punkt trzynasta pięćdziesiąt udałam się do łazienki, by tam zażyć tej niedokończonej "kąpieli". Tym razem zakluczyłam się, rezygnując z jakichkolwiek nieproszonych gości. Dziś odpuściłam sobie ulubioną playlistę, nieco głupio mi tak, gdy Noah siedzi w sąsiednim pomieszczeniu. Czekała mnie długa droga — mycie ciała, długa zabawa z włosami i podwójnym szamponem (oczywiście specjalnym) i generalne golenie, co zresztą robiłam jakieś dwa dni temu, ale zdążyłam nabawić się więcej, niż jednego włoska na np. nogach, a więc zdecydowanie należało to powtórzyć. Woda była dość ciepła, z upływem minut rozgrzała się do idealnej temperatury, dzięki czemu poczułam, że mogę siedzieć tu następne sto lat. Przepięknie pachnący orzechowy żel do kąpieli i jakiś nieokreślony szampon, później drugi, tym razem coś w rodzaju mięty, a na końcu jeszcze również dziwna odżywka, dzięki której moje włosy bardziej przypominają włosy. Maszynka poszła w ruch jako ostatnia, kiedy wysuszyłam się wystarczająco, by ponownie zasiąść w brodziku prysznica i znów zbytnio oddać się w ręce wody i nudzącej pracy. Półtorej godziny później byłam gotowa — zegarek wskazywał piętnastą dwadzieścia, a więc zostało mi aż sto czterdzieści minut, czyli mniej więcej tyle, ile trwa mój ulubiony film. Tyle, że w ciągu owego filmu bohaterka dorobiła się chłopaka, dwóch kochanków i koniec końców dzieci, a jedyne, co uda mi się mi to nałożenie prymitywnego makijażu i założenie przygotowanych rzeczy, to znaczy... w odwrotnej kolejności. Zdecydowałam, że zanim się za to zabiorę, pobawię się chwilę w specjalistkę od kremów nawilżających i nasmarowałam się kilkoma warstwami, a na dodatek łudziłam się, że wsiąkną w porę. Paznokcie miałam z głowy, ostatnia wizyta u kosmetyczki odciążyła mnie z tego obowiązku, a złote hybrydy jedynie utwierdzały mnie w przekonaniu, że nigdy nikt nie przyjąłby mnie na takie stanowisko (to znaczy, był tak piękne). Kiedy (nareszcie!) wyszłam z łazienki, para niemalże uciekła za mną, zaś gorąc był wyczuwalny w całym korytarzu, włącznie z salonem. Ignorowałam obecność Noah, choć nie powinnam. Nie wiem, czy chciał się odezwać, czy po prostu odprowadził mnie wzrokiem, ale na pewno odpuścił, kiedy zniknęłam za drzwiami sypialni. Zrzuciłam z siebie szlafrok i zabrałam się za przebieranie. Fakt, że byłam całkowicie naga wcale nie dodawał mi śmiałości, bo ten idiota Brown zawsze mógłby wślizgnąć się tutaj pod pretekstem rozmowy, a klucza nie ma. Wciągnęłam na siebie najlepszą bieliznę i jeszcze chwilę zastanawiałam się nad strojem. To znaczy, co do sukienki nie miałam wątpliwości, w przeciwieństwie do biżuterii i butów. Ten naszyjnik czy ten wisiorek, które kolczyki, jaki pierścionek, pasująca bransoletka, wybór w tym momencie wydawał się być sto razy trudniejszy, bo dopiero teraz dotarło do mnie, że muszę wywrzeć świetne pierwsze wrażenie na tych snobach. Koniec końców wybrałam to, co na początku, pierwsza myśl może okazać się być najlepszą. I tak stałam ubrana, przeglądałam się w małym lusterku, nawet stanęłam na łóżku, by widzieć swoją sylwetkę. Dobrałam jeszcze szpilki. Nie śmiałam nawet zaprotestować samej sobie, że wyglądam niezwykle i jestem w stu procentach gotowa. Jeszcze makijaż. Złapałam kosmetyczkę z kosmetykami i ruszyłam do łazienki, znów. I teraz Noah siedział w salonie. Nie myśl o nim, do cholery. Zajmij się wigilią. Zajmuję się wigilią dalej. Znów znikam w łazience, tym razem zapominając o zamknięciu się. Wyjmuję wszystkie rzeczy i przeglądam się własnemu odbiciu. Mocny makijaż? Delikatny? Średni. Tak, to najlepsza opcja. Siedziałam w przeklętym pomieszczeniu jakieś czterdzieści minut. Byłam w stu dwudziestu procentach gotowa dwadzieścia minut przed szóstą. Złapałam za płaszcz i ubrałam się, by w razie czego już wyjść na zewnątrz. Opierałam się o ramę drzwi, ukradkiem patrzyłam na Noah, a kiedy było zagrożenie, że to zauważy, wracałam wzrokiem do losowego punktu na ścianie.
         — Lou...
         Odchrząknęłam.
         — Proszę cię.
         Pokręciłam głową.
         — Idę ze znajomymi na imprezę, Noah. To naprawdę nie twoja sprawa.
         I, dzięki Bogu, wtedy podjechał Aaron. Umówiliśmy się, żeby stanął jakieś pięćdziesiąt metrów dalej, żeby uniknąć podejrzeń jego brata. Dostałam więc SMS-a, że mam wyjść. Tak też zrobiłam. Noah zapewne zasypałby mnie pytaniami.
         Czerwony samochód czekał na mnie za zakrętem. Uśmiechnęłam się pod nosem, kiedy wsiadałam do środka, totalnie oczarowana. Wyglądał jak z moich marzeń. Och, przecież nawet nie przejechałam się takim cackiem ani razu. A teraz siedzę tu i podziwiam możliwości Mustanga. Aaron próbuje nawiązać rozmowę, ale ja zbytnio zajęłam się atutami samochodu. Podróż minęła przyjemnie, choć nieco cicho.
         Stanęliśmy przed ogromną posiadłością rodziców Noah i Aarona. Ośnieżona posesja wyglądała na przepchaną do granic, zaś zalegający wszędzie śnieg dodawał uroku budowli. Mój żołądek wykręcał się na wszystkie możliwe strony, w pewnej chwili chciałam nawet odjechać albo co najwyższej zostać w samochodzie, lecz to byłoby do granic bezczelne. No i zadzwonił do drzwi. Otworzyła je kobieta, wyraźnie gospodyni, ale nie mama tej dwójki — gosposia, sprzątaczka. Zaprosiła nas do środka, wpierw wycałowując Aarona po całej twarzy.
         — A ty nie miałaś przyjść z Noah, kochaniutka? — zwróciła się do mnie. — Noah wspominał o tym, że będziecie razem.
         Och. Wspominał.
         — Rozchorował się — skłamałam. — Zostawiłam mu leki, dużo soku malinowego i gruby koc. Wyjdzie z tego, spokojnie.
         Bądź co bądź było mi wstyd, że tak perfidnie kłamię. Co ja powiem jego rodzicom? Wcisnę to samo? Prawda wyjdzie na jaw, do cholery. Usta Aarona wykrzywiły się w złośliwym uśmieszku. Życząc gospodyni wesołych świąt poszliśmy dalej, do jadalni. Ogromne pomieszczenie udekorowane świątecznymi dekoracjami wywierało na mnie niemałe wrażenie. Było pięknie. Przepięknie. A w progu stanęła ona. Pani Brown. Jej kreacja, w porównaniu do mojej, to jakieś kilkanaście tysięcy avarów różnicy, nie mówiąc o drogiej biżuterii i innych rzeczach, których nie śmiałam porównywać do moich. Wzięłam wdech.
         — Dzień dobry, Louise! — przywitała mnie szczerym uśmiechem, rozkładając ręce, jakby chciała mnie przytulić. Nieomylnie, po chwili tkwiłam w długim uścisku z kobietą. — Bardzo się cieszę, że mogę cię poznać.
         I wtedy cały stres odszedł. Jeżeli ojciec okaże się być tak samo miłym człowiekiem, jestem największą szczęściarą. Ale tak nie było. Uderzająco podobny do Aarona mężczyzna zbliżał się do nas, patrząc jakby spod przymrużonych powiek. Czekałam, aż padnie pytanie rodzaju "Gdzie jest Noah?". Nic takiego się nie stało. Próbowałam odciągnąć od siebie myśli dotyczące kłamstwa i mojej nieszczerości. Skupiłam się na kolacji.
         Padało dużo, dużo pytań. Skąd jestem, co studiuję, czy w ogóle studiuję, były też i te niewygodne, czyli bardziej osobiste. Rebecca i William Brown. Ten drugi był koszmarny, całkowicie dosłownie. Nie to, że do granic możliwości, lecz wyczuwałam jego niechęć co do mnie. Czasami usłyszałam jakiś żart, coś padło z jego ust. Mimo tego to uczucie nie przechodziło. Nie polubił mnie?
         Po pół godziny atmosfera polepszyła się. Odpuściliśmy składanie życzeń, od razu przeszliśmy do jedzenia i towarzyszących temu rozmów. Kiedy na moim talerzy zagościła spora łyżka ryżu, rozległ się dzwonek do drzwi. Gosposia wybiegła z kuchni, by otworzyć drzwi.
         — Ktoś jeszcze ma przyjść? — mruknęłam do Aarona. Wzruszył ramionami.
         Wróciłam do jedzenia, co chwilę zerkając w bok, gdyby tajemniczy gość zjawił się w wejściu. Zjawił się. Zdziwienie gosposi. Zjawił się. Stoi tutaj i mierzy nas wszystkich spojrzeniem, które wyraża tak wiele emocji, że nie potrafię nic określić.
         Noah, do cholery.




NOAH?

7 sty 2019

Od Noah CD. Louise

— Wynoś się. — wycedziłem złowrogo przez zęby i popchnąłem brata sprawiając, że z hukiem uderzył głową w wiszącą szafkę. Nie zwlekając, pośpiesznie wyszedłem z łazienki, trzaskając za sobą drzwiami.
Dlaczego życie po raz kolejny pokazuje mi, że mną gardzi?
Czym prędzej ruszyłem w kierunku swojego pokoju, aby przywdziać pierwsze lepsze ubrania, a następnie narzuciłem na siebie płaszcz i wybiegłem na zewnątrz, wyszukując rudowłosej wśród zalegających kopców usypanych ze śniegu.
— Louise! — krzyczałem głośno, mrużąc w zdezorientowaniu swe kasztanowe oczy.
Nikt nie odpowiadał.
Słyszałem jedynie echo swego żałosnego nawoływania.
Rozglądałem się nerwowo, próbując znaleźć moją małą Louise, jednak poczułem mocny uścisk na swoim ramieniu.
— Poszukajmy jej razem. — momentalnie uderzył mnie niski, chrypliwy głos i ostry zapach męskich perfum.
Wyszarpałem się i zmierzyłem brata rozwścieczonym spojrzeniem, nie mogąc pojąć, jak wielki musi mieć tupet, aby pokazywać mi się teraz na oczy.
— Wracaj do swojego idealnego życia. — do głowy cisnęły mi się całe wiązanki przekleństw, a natłok skrajnych emocji sprawił, że straciłem poczucie rzeczywistości.
Czyżby to kolejny zły sen, w którym tracę Louise?
Muszę wam wyznać, że już kilka razy doświadczałem tego samego koszmaru. Zawsze budziłem się tuż przy dziewczynie, a gdy zdawałem sobie sprawę, że jest obok mnie, przyciągałem ją do siebie, aby mieć pewność, że nigdzie nie odejdzie i nie zostawi mnie samego na tym wielkim, przytłaczającym świecie. Co więcej, wielu mówi, że koszmary przedstawiają to, czego się najbardziej obawiamy.
Coś w tym jest.
Gdy obejrzałem się za siebie, nikt za mną nie stał. Wykorzystując fakt, iż Aaron postanowił odpuścić, zacząłem truchtać po okolicy, poszukując swojego szczęścia, niestety nigdzie nie mogłem go znaleźć.
Gdy niczym zbity pies, zrezygnowany i pozbawiony emocji kroczyłem w stronę swojego domu, zauważyłem najobrzydliwszą scenę swojego życia, która momentalnie wyryła się w mojej pamięci i wygląda na to, że zaszyje się w niej na wieki.
Prezes Brown Inc, który z szelmowskim uśmiechem zamknął moje ucieleśnienie radości w uścisku, po czym przyodział je swoim płaszczem i zaprowadził do mojego domu, cicho chichocząc.
Cały świat pociemniał, a nogi stały się tak ciężkie, że nie mogłem wykonać kroku, więc tkwiłem bezsilnie przed własnymi drzwiami, patrząc przez okno domu, jak Aaron zaparza wodę i nieudolnie przeczesuje szafki w poszukiwaniu torebek herbaty. Dziewczyna obserwuje go z zaciekawieniem, co jakiś czas uroczo wybuchając śmiechem.
Piją razem gorący napój, rozsiadając się wygodnie na trzeszczącej sofie i zapominając jednocześnie o moim istnieniu.
Po kilkunastu minutach, gdy moje kończyny przemarzły już doszczętnie, wykonałem kilka mozolnych kroków i stanąłem w progu domu, przymykając za sobą drzwi.
— Widzę, że dobrze się bawicie. — zmarszczyłem brwi i powiesiłem płaszcz na wieszaku, mierząc złowrogim spojrzeniem zadowoloną gromadkę.
— Ta, znalazłem Louise i postanowiłem, że musi się rozgrzać, bo myślałem, że zaraz zmieni się w kostkę lodu. — wyszczerzył do niej swe śnieżnobiałe zęby, które niejednokrotnie miałem ochotę wybić.
Rudowłosa zawtórowała cichym, cudownym chichotem [problem w tym, że był on skierowany do Rona] i definitywnie unikała jakiegokolwiek kontaktu wzrokowego ze mną. Nawet ona udawała, że nie istnieję.
Bez jakiejkolwiek dłuższej dyskusji postanowiłem się poddać, bo wiedziałem, że przeszkadzam im w rozmowie i nie jestem mile widziany [we własnym salonie]. Czym prędzej udałem się do kuchni i ze zrezygnowaniem słuchałem radosnych wybuchów niekontrolowanego śmiechu obu stron, stukając nerwowo w blat stołu.
Czynisz mnie nikim, jak mój ojciec.
Znikam.
Wróć, zanim przestanę być widoczny.


Lou? Pora wcielić w życie nasz plan.

26 gru 2018

Od Louise cd. Noah - ,,Ho, ho, ho!" [4/?]

         Doskonale wiedziałam, jaki stosunek ma do brata Noah. Ba!, nie tylko do brata, do całej rodziny. Chodź pomysł wspólnej kolacji wigilijnej wydawał się absurdalnym, czułam, że on musiał tam być. Miałam cichą nadzieję, że tego wieczoru ich życie i wzajemne postrzeganie siebie odwróci się o sto osiemdziesiąt stopni, a jak nie sto osiemdziesiąt, to chociażby dziewięćdziesiąt. A więc odpowiedź była oczywista, przynajmniej dla mnie.
         Zastanawiałam się mnóstwo razy nad tym, co czuje mój chłopak. Jak wyglądają jego przemyślenia, jakie decyzje podejmuje w swojej głowie, nie mówiąc mi o nich, jaki ma wewnętrzny stosunek do ojca, matki, brata, czy pozostała w nim nadzieja na odbudowanie relacji. Odsuwałam wtedy myśli o sobie, czyli to, jakim uczuciem mnie darzy i czy uważa nasz związek za przyszłościowy. Wtedy chciałam skupić się na nim i wymyślić plan, dzięki któremu będę w stanie mu pomóc, zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Ze wszystkich sił chciałam odciągnąć go od papierosów, których wypalał mnóstwo. Bałam się, że to go zniszczy, zabierze. Choć powinnam myśleć o przyziemnych sprawach, martwiło mnie to koszmarnie. Znaczył dla mnie wiele, czasami wydawało mi się, że zbyt wiele, lecz nie mówiłam tego na głos. Dlatego chciałam spędzić z nim te święta, które miałyby być przełomowe. Chciałabym poznać jego rodziców, chciałabym, aby oni poznali mnie. Bez względu na to, jacy są, może okażą się kochanymi ludźmi, nie zapomnę tego, co zrobili własnemu synowi. Nigdy nie spojrzę na nich tak, jak patrzę na normalnych rodziców. Nie kryłam się z myślą, iż uważałam ich za wręcz nienormalnych. Byli największymi potworami, wiedziałam to już od kiedy dowiedziałam się o życiu Noah.
         — Jasne, że z tobą pójdę — odparłam, próbując dodać mojej wypowiedzi choć trochę entuzjazmu. Zanikł, kiedy rozpoczęłam. Podobnie jak szatyn przed chwilą, poczułam wibrowanie w tylnej kieszeni spodni, gdzie zazwyczaj mój telefon spędzał czas. Wysunęłam go i dostawiłam do ucha, nawet nie odbierając połączenia. Zorientowałam się, jaką gafę popełniłam i tym razem wcisnęłam zieloną słuchawkę. — Cześć mamo. — Jesteś zajęta? — N-nie jestem. — Siedzisz u niego w domu? — Tak, u Noah. Co u Was? — To nieistotne. — Jak to nieważne? — Naprawdę. — Mniejsza z tym, po co dzwonisz? — Chcę ci przypomnieć o naszym istnieniu. — Mhm, mhm. — Jak byłaś mała, dniami przesiadywałaś z nami. — Nie mam siedmiu lat. — Ale nie jesteś na tyle dojrzała, by… — By decydować o sobie? Jestem pełnoletnia. — Od niedawna. — Przestań do mnie wydzwaniać, widziałyśmy się rano. — Nie odebrałaś trzy razy! — Może od razu się puszczam. — Cisza. — Nie traktuj mnie jak dzieciaka. Mam chłopaka, z którym chcę spędzić czas. — Na święta też nie przyjedziesz? — Oczywiście, że przyjadę! Mieszkam tam, do cholery. — Może wolisz zamieszkać z Noahem? — Noah, nie Noahem. I nie, wolę mieszkać z wami. — Zaskakujące! — Przestań robić sceny, mamo. Masz męża, ja mam sympatię. Czy naprawdę to nie wystarczy? Brzmisz jak samotna wdowa, która chce zwrócić na siebie uwagę. — Louise, nie waż się…
         Rozłączyłam się i odłożyłam telefon na stolik. Ponownie zanurkowałam w kocu, by wtulić się w ciepły materiał. Odgarnęłam włosy i oparłam się głową o ramię Noah. Nie wytrzymałam ani chwili. Wgramoliłam się na jego kolana, niczym małe dziecko lub szczeniak pragnący pieszczot, objęłam i przysunęłam do siebie, by maksymalnie wykorzystać bijące od niego ciepło. Kochałam ten zapach perfum, kochałam jego ciało, każdy centymetr, kochałam jego usta, kasztanowe oczy, każdą niedoskonałość, a także każdy atut, choć dla mnie był najidealniejszy ze wszystkich mężczyzn. Próbowałam nie przejmować się dotkliwymi słowami matki, która lada moment wyprze się mnie dlatego, że dorosłam. Lecz teraz miałam większe problemy. Czekała nas konfrontacja z Brązową Dynastią, której hasłem przewodnim były widocznie brązowe pieniądze i egoizm. Z drugiej strony chciałam przedstawić się z jak najlepszej strony. Obiecałam Noah, że razem zwalczymy wszystkie trudności i przetrwamy ten wieczór.
         Wróciłam do domu późnym popołudniem. Modliłam się, by mama akurat była poza domem albo chociaż ochłonęła. Nie miałam ani ochoty, ani humoru na kontynuowanie sprzeczki. Po cichu weszłam do domu, próbując nie zwracać na siebie większej uwagi. Trudność stanowiły skrzypiące drzwi, a także trzask, który towarzyszył przy zamykaniu ich. Wgramoliłam się po schodach. Było cicho, wydawało mi się, że aż za cicho. Jakby wszyscy zostawili domostwo. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że pozostawało otwarte i każdy mógłby tu wejść. Dotarłam do swojego pokoju, gdzie spędziłam resztę dnia, odpuszczając sobie wszelakie posiłki. Jedynie chęć zażycia długiej kąpieli wyciągnęła mnie z niego.
         Przez ponad trzy tygodnie bywałam u Noah zbyt często, narzucając mu się zbytnio. Starałam się wymyślać sobie jakieś zajęcia, dzięki którym moje życie będzie nieco bardziej kolorowe, jednakże wszystko kończyło się plamą. Próbowałam unikać mamy, co wychodziło mi całkiem dobrze. Jedyny ojciec stanowił dla mnie oparcie, dzięki czemu pobyt w rodzinnym domu nie wydawał się być tak koszmarnym. Trochę gotowałam, przygotowywałam popisowe dania i serwowałam tacie, by ocenił moje dzieła. Smakowało mu. Ostrzegałam, że jeśli będzie tyle jadł, sporo przytyje. Wzruszał wtedy ramionami i wiosłował łyżką dalej, przy czym czytając gazetę. Wywoływał tym salwę mojego śmiechu. Skubany uśmiechał się pod nosem, udając, że to go wcale nie bawi. Czasami siadaliśmy w salonie i rozmawialiśmy o Brownie. Wtedy wypytywał mnie o najróżniejsze rzeczy. Na pytania “kiedy go poznam?” odpowiadałam, że przecież już go zna. Ale ja chcę znać go lepiej, brnął wtedy dalej. Powtarzałam mu najróżniejsze sytuacje, pokazywałam nową sukienkę i sięgałam po rady co do spotkania rodzinnego Brownów. Zaskakujące, jak dobrze mnie rozumiał w tej sytuacji.
         — Nie możesz ulec presji. Noah też, ale ty przede wszystkim. Liczy na ciebie i chce, byś w razie czego podparła jego słowa albo jakoś uratowała. Musisz pokazać, że docinki jego rodziców nie robią na tobie większego wrażenia. I staraj się być dość miła, lepszy udawany szacunek i napięta atmosfera niż szczera nienawiść i zawalony wieczór. Dla własnego dobra odpuść. Wiem, wiem, ty jesteś chodzącym dowodem miłości i szacunku, ale warto uprzedzić. Uwierz mi, miałem do czynienia z najróżniejszymi ludźmi, i biednymi, i bogatymi. Brownowie to niezłe ziółka, a ich firma… oh, oh, oh! — radził wtedy.
         Po każdym takim wykładzie przytulał mnie i nazywał swoją małą księżniczką. Oboje omijaliśmy temat matki, która, jak zwykle, przesiadywała w swoim pokoju, niczym obrażona, zbuntowana nastolatka.
         Nadszedł ten najważniejszy grudniowy dzień, gdzie mieliśmy stawić czoła najgorszemu. Od rana krzątałam się po mieszkaniu Noah. Obiecałam, że przyjdę przed piątą. Tak też zrobiłam. Przyjechałam w piżamie, sukienka, szpilki i inne dodatki miałam oczywiście przy sobie, podobnie jak odpowiednią kurtkę. Podziękowałam tacie za podwózkę. A teraz starałam się wszystko ogarnąć, choć, tak właściwie, nie wiedziałam co. Nie czułam się przy nim źle bez makijażu, bez odpowiedniego ubrania. Oboje wyglądaliśmy jak duchy i wcale nie było to przeszkodą, by mimochodem cmoknąć drugie prosto w usta (w moim przypadku było to trudne, musiałam stanąć na palcach). Roztrzepane włosy podskakiwały z każdym moim ruchem. Oznajmiłam, że lecę się umyć, albowiem zbliżała się już dwunasta. Szybko zdjęłam z siebie piżamę i stanęłam przed prysznicem. Z szafki wyjęłam czysty ręcznik i zarzuciłam go na kaloryfer, by od razu po wyjściu złapać go. Wtem usłyszałam, jak drzwi otwierają się, klamka skrzypi. Noah wysunął się zza nich i szybko zamknął. Nie wyszedł. Automatycznie zakryłam ciało zielonym ręcznikiem. Uśmiechnęłam się lekko, dając mu do zrozumienia, że czuję się dość niekomfortowo. Widocznie nie powstrzymywał go ten fakt, kiedy zbliżał się do mnie wolnym krokiem. Choć z początku towarzyszyła mi niepewność, ta ustąpiła miejsca przedziwnym emocjom, które graniczyły między pożądaniem a wstydem. Ciągle zaciskałam ręcznik na piersiach, owinięta nim stałam jak słup. Ocknęłam się w chwili, gdy dzieliły nas zaledwie centymetry. I nagle dystans między nami zniknął, nasze usta złączone w pocałunku pragnęły tylko siebie. Dłonią wędrowałam po jego policzku, zatrzymując ją wtedy, gdy wsunęła się w gąszcz brązowych włosów. Żadne z nas nie myślało o przerwie, oderwaniu się od drugiego. Trwaliśmy, niczym zaklęci, nie bacząc na otoczenie. Zresztą, woda lecąca z deszczownicy, którą włączyłam, by nagrzała się, wcale nie była żadną przeszkodą, niech leci. Przeważył mnie, przez co musiałam podeprzeć się nogą ustawioną dalej. Zrobiłam krok do tyłu, gdzie czyhał na mnie brodzik. Nawet nie zastanawiałam się dłużej, czy brnąć dalej, czy zatrzymać się w tym miejscu. Pociągnęłam go za sobą, wciągając pod ciepłą wodę. Wolną dłonią zamknęłam otwartą ściankę, odcinając nam dostęp do reszty łazienki. Wszystko działo się tutaj. Ja, podparta o chłodną ścianę czerpałam z chwili jak najwięcej, on zaś totalnie zapomniał o tym, że ja mam na sobie ręcznik, on zaś bokserki. Jednym ruchem opuściłam rękę, spuszczając z siebie materiał. Nie pomyślałabym, że po tym, co działo się pamiętnego wieczora jeszcze kiedyś pokażę komuś swoje ciało. Nagie ciało, przepełnione kompleksami i wadami, pełne niedoskonałości. Ufałam mu. Był jedyną osobą, której oddałabym się w całości. Żadne z nas nie wydusiło ani słowa, kiedy on pozbywał się ostatniej części dolnej garderoby. Staliśmy całkowicie bezbronni, jakimi nas Bóg stworzył, kompletnie zatraceni we własnych ustach. Wszystko poleciało górą, czyli wolną przestrzenią między ściankami prysznica a sufitem. Woda spływająca po jego barkach stała się centrum moje zainteresowania, kiedy nie przymykałam oczu. Nie byłam w stanie się poruszyć, każdy mój ruch uniemożliwiało mi jego ciało, które przyciskało mnie do ściany. Powoli opuszczał moje usta, czule żegnając obie wargi. Zacisnęłam je mocno, gdy odnalazł szyję. Całował doskonale, w najczulszych punktach. Wzdychałam cicho, błądząc dłońmi po jego mokrych plecach. Nie chciałam końca, nigdy.
         Gdybym go nie znała, dałabym sobie rękę uciąć, że jest totalnym profesjonalistą. Choć nie znałam jego biografii od strony erotycznej, mogłam domyślać się wielu faktów. Noah był najcudowniejszy.
         Większą uwagę poświęcił moim piersiom. Rozkosz płynąca z tak bliskiego kontaktu rozkładała mnie na łopatki. Całował, podgryzał, dotykał, jednym słowem mówiąc — doprowadziłby każdą kobietę do szału.
         — Noah? — drzwi otworzyły się, a w łazience pojawił się… Aaron.
         Cholera.
         Cholera.
         Cholera.
         Przezroczyste ściany prysznica pozwalały Brownowi zobaczyć nasze nagie ciała. Nigdy nie czułam takiego wstydu. Noah wyszedł szybko, co widocznie nie przychodziło na myśl Aaronowi. Złapał za mój ręcznik i rzucił w moją stronę, on zaś zasłonił się drugim.
         — Kurwa mać — wysyczał chłopak, podchodząc do brata coraz bliżej. — Czy ciebie kurwa ktokolwiek ucz…
         — Noah — wyszeptałam, wychylając się. — Proszę cię, uspokój się.
         Obrócił głowę. Wściekłym spojrzeniem przeszył mnie na wskroś.
         — Louise, choć ten jeden raz, proszę, zamknij się — powiedział.
         Miałam wrażenie, że ktoś odcina mi właśnie dopływ tlenu.
         Że odpływam.
         Jakby moje serce właśnie zostało przecięte przez nóż.
         Wszystko runęło, jednym ruchem zburzył domek z kart.
         Głupie zdanie wypowiedziane przez rozwścieczonego Noah zniszczyło mnie do granic.
         Wybiegłam z pomieszczenia, omijając Aarona. Zaszywając się w sypialni Noah ubrałam się, by po chwili ponownie opuścić pokój. Nie zabierając żadnej ze swoich rzeczy, wybiegłam z domu na zimny dwór, w grubych skarpetkach stojąc w śniegu. Rozpłakałam się tak, jak dziecko, któremu ktoś zabrał lizaka. Stałam tak może dwie minuty, może pięć. Nie mogłam się uspokoić. Zranił mnie. Zranił mnie. Zranił mnie.

NOAH?

+10PD

Od Noah CD. Louise - ,,Ho, ho, ho!" [3/?]

                Moje prośby zostały wysłuchane.Właśnie znajdowałem się w swojej klaustrofobicznej, ale przytulnej szeregówce i ochoczo popijałem gorącą czekoladę razem z Louise, która wyglądała na bardzo podekscytowaną sporymi zakupami. 
Ja wręcz przeciwnie – starałem się zapomnieć o tym, że musiałem stać przed drzwiami sklepu niczym pies i trzymać miliony wypchanych torebek na swoich ramionach, jak bezużyteczny wieszak. 
Udałem się do sypialni, po czym wróciłem z triumfalnym uśmiechem, dzierżąc w dłoni gruby koc, którym nakryłem naszą dwójkę, abyśmy szybciej mogli nabrać ciepła. Czym prędzej wtuliłem się w Louise, zachwycając się w myślach zapachem jej charakterystycznych perfum, których woń zdążyła utrwalić się już w mojej pamięci. 
*
              Najwidoczniej zasnęliśmy, ale nie potrwało to długo, gdyż obudził nas głośny, denerwujący dzwonek mojego telefonu, który [jakby tego było mało] zaczął złośliwie wibrować w mojej kieszeni. 
— Daj mi moment. — zerwałem się z sofy i oddaliłem o kilka kroków, po czym obrzuciłem radosnym uśmiechem zaspaną Lou i odebrałem połączenie. 
W słuchawce odezwał się niski, szorstki i chrypliwy głos. 
Głos, który mnie zniszczył. 
Kiedy tylko go usłyszałem, z mojej twarzy w jednej chwili spłynęły jakiekolwiek emocje, a brwi mimowolnie się zmarszczyły, wyrażając kłębiącą się we mnie złość. 
— Witaj, synu. 
Synu? Nagle, po ponad dwudziestu latach przypomniał sobie o moim istnieniu? 
Teraz? 
Gdy podjąłem się pracy, kupiłem dom i znalazłem drugą połówkę, stając się tym samym ustatkowanym człowiekiem?
Spóźniłeś się, ojcze. 
Poukładałem sobie życie, które już na samym początku mojego istnienia zdążyłeś skreślić. 
— Jest jakaś sprawa? — wycedziłem przez zęby, ściskając mocniej telefon w dłoni. 
— Tak. 
Ależ on jest wylewny. 
— Rozwiń. 
— Aaron podsunął mi pomysł… 
Nawet teraz. 
— Nie mów o Aaronie, tylko wyjaśnij mi, w jakiej sprawie dzwonisz, bo tracę cierpliwość. 
— Organizujemy w tym roku wielką rodzinną wigilię. Przyjeżdża do nas Arthur z synami.
Przecież z tego co pamiętam, ojciec był skłócony z Arthurem. A zresztą, mniejsza z tym. Nie widziałem swoich kuzynów od kilku lat. Muszę przyznać, że darzę ich wyjątkowym szacunkiem. Jason i Gavin byli dla mnie swego rodzaju oparciem, gdy mój własny brat zaczął mną gardzić. 
— I co mi do tego? 
— Wraz z matką chcemy cię zaprosić. 
— Przemyślę to. — czym prędzej się rozłączyłem, rzuciłem telefon na sofę i usiadłem obok Louise, mierząc ją obojętnym spojrzeniem. 
— Kto to? — zapytała niepewnie, zakładając za ucho kosmyk długich, rudych włosów. 
— William Brown, mój… — na twarz wkradł się grymas, a usta nie chciały wydusić tego jednego, prostego słowa. — ojciec. 
— Dlaczego dzwonił? Stało się coś? 
— Tak. Stało się. 
— Co? — wyraźnie irytowało ją to, iż musiała ze mnie wyciągać każde słowo i bombardować mnie pytaniami, żeby uzyskać jakąkolwiek informację.
— Zaprosił mnie na rodzinną kolację wigilijną. 
— To źle? 
— Tak. 
— Zamierzasz tam pójść? 
— Z tobą albo wcale. Co ty na to? — moje smutne, kasztanowe spojrzenie utkwiło na rudowłosej, która położyła swoją drobną dłoń na moim karku i przyciągnęła do siebie, ofiarując mi pocieszający uścisk.

 Lou?

16 gru 2018

Od Louise cd. Noah - ,,Ho, ho, ho!" [2/?]

         Dłonią przygładzałam delikatny materiał zielonkawej sukienki, którą wsunęłam na siebie w tym momencie. Chwilę siłowałam się z suwakiem, zanim ten znalazł się na samej górze. Koronkowa, wzór podchodził pod drobne kwiaty. Sięgała mi do kolan. Przewiązana czarną grubą wstążką opinała mnie w talii, nadając kształtu biodrom. Opadała bezwładnie, zaś podczas obrotu ponownie unosiła się, odsłaniając moje ciało do połowy ud. Podziwiałam ją, przy okazji wyszczerzając zęby, niczym na jakimś pokazie czy premierze. Wolną ręką próbowałam jakoś ułożyć włosy, żeby te przypominały normalną stylizację, a nie rozczochrane rude kudły, które rozczesywałam na szybko. Omijałam kwestię ceny, która miała być przecież czynnikiem rozstrzygającym, pierwszym z dwóch. Ten drugi zdał już test, wyglądałam olśniewająco. Zanim zdecydowałam się spojrzeć na metkę, odsłoniłam płachtę zakrywającą mnie do tej pory i zaprezentowałam się Noah, który zmęczony i tak niedługimi zakupami zajmował się grzebaniem w telefonie. Musiałam nieco głośniej odchrząknąć, by zdecydował się oderwać wzrok od ekranu, uprzedzając to słowami “Już możem-”, urywając. Kręciłam biodrami niczym modelka, starając się wyeksponować moje atuty. Mały pokaz zakończyłam pytaniem, czy podoba mu się ta sukienka i czy nie jest nieco wstyd paradować po niej podczas świąt. Kiedy nie uzyskałam odpowiedzi, podirytowana machnęłam ręką. Zero rezultatów. Westchnęłam i pochyliłam się, schodząc do pozycji, która zmusiła mnie do uklęknięcia, by sukienka nie odsłaniała niepotrzebnych partii mojego ciała. Powoli zbliżyłam się do jego ust. Pocałowałam go. Bez słowa zniknęłam za zasłonką. Już w przymierzalni, zsunęłam z siebie ubranie. Zanim wylądowało ono na podłodze, przytrzymałam metkę. Jednym, zdecydowanym ruchem odwróciłam ją. Moim oczom ukazała się cena, która, wbrew idealności sukienki, nie była wcale wygórowana. Zadowolona sięgnęłam po przymierzane, lecz niezbyt zachwycające kreacje i zawiesiłam każdą z nich na wieszaku. Ubrałam się i zabrałam wszystkie swoje rzeczy, wyszłam z przebieralni. Niemalże na ślepo złapałam Noah za rękę i pociągnęłam za sobą, czemu nie sprzeciwiał się absolutnie. Odwiesiłam wszystko na swoje miejsce, zabierając ze sobą tylko i wyłącznie tę najpiękniejszą, wymarzoną, niczym z największych snów, która miała towarzyszyć mi przez całą wigilię. Wigilię, a także dalsze dni, rzecz jasna.
         Przy kasie wyjęłam portfel, jednakże tutaj uprzedził mnie Noah. Wysunął potrzebne pieniądze, które później wylądowały na ladzie. Moje szczęście sprzyjało cenie, okazało się, że przy zakupach powyżej dwustu avarów jest zniżka w wysokości dwudziestu procent. Zapłaciliśmy więc sto sześćdziesiąt. W ramach tak pięknego oszczędzania pieniędzy, zaprosiłam chłopaka do następnego sklepu, tym razem obuwniczego.
         — Poszukiwania idealnych szpilek uważam za rozpoczęte — wyszeptałam do niego, na co westchnął ociężale. — Przysięgam, to przedostatni sklep — zachichotałam, podając mu czarną torebkę z najnowszym nabytkiem.
         Myszkowałam między półkami, wzrokiem poszukując czarnej pary wysokich, zamszowych szpilek, które idealnie będą współgrać z sukienką oraz jej ciemną wstążką. W mojej głowie miały wysoki, cienki obcas, a także wiązania sięgające ponad kostki. Podobnych było mnóstwo, jednakże często miały jakiś uwierający mankament bądź nie było rozmiaru trzydzieści siedem. Uparcie przymierzałam trzydzieści osiem i trzydzieści sześć, z nadzieją, że okażą się dobre. Po trzeciej nieudanej parze chciałam się poddać, kiedy na ramię wskoczył mi ten irytujący duszek mówiący “do świąt zostało kilka dni! Nie możesz się poddać!”. Choć do owej wigilii zostało dziewiętnaście dni, czyli nie takie kilka, czułam, że ma rację. Kto wie, kiedy następnym razem przyjadę tutaj i będę miała tyle czasu, co dziś. Dlatego musiałam wykorzystać go maksymalnie. Krążyłam jeszcze szybciej, dokładnie oglądając każdą wystawioną sztukę. Eliminowałam po kolei nieładne okazy, biorąc do ręki pudełka z ładniejszymi sztukami. Totalnie zapomniałam o istnieniu Noah, który zapewne umierał z nudów na korytarzu. Przykro mi bardzo, ale co ja poradzę, jeśli chcę pięknie wyglądać. Ach, właśnie! Chcę pięknie wyglądać dla niego. Dlatego musi wydać na mnie dużo pieniędzy. Moje rozmyślania przerwał głos kobiety pracującej w tym sklepie, która zapytała, czy nie pomóc w czymś. Pokręciłam stanowczo głową i wróciłam do przeglądania. Wzrok przykuły te stojące najniżej, prezentowały się tak, jak sobie wyobrażałam. Idealny rozmiar. Podekscytowana porwałam pudełko i przysiadłam na czarnej jak smoła pufie. Pasowały, wyglądały świetnie, co przyznała mi ta sama pracownica, która zaczepiła mnie przed chwilą. Cena była podobna do ceny sukienki, co nie było dla mnie zbytnim zaskoczeniem. Podeszłam do kasy i zapłaciłam. Wyszłam ze sklepu. Czekał tam na mnie Noah, zapakowany w torby, z uśmiechem na ustach, który mówił “szkoda, że tak szybko ci zeszło, wiesz?”. Poklepałam go po ramieniu i zaproponowałam powrót do domu, ku jego uciesze.

Santa, baby, please be fast
Joy to the world and all that jazz
It's a wonderful vibe to be happy with the people you love


NOAH?
Odpis po jednym dniu jest dziwny, sama nie pisałam żadnego porządniejszego Loah dawno. To jakieś zaskakujące nie jest, ale lubię pisać o dylematach Louise. Mam ochotę na świąteczne Loah, a nie mikołajkowe, a więc działaj, skarbie, działaj.

15 gru 2018

Od Noah CD. Louise - ,,Ho, ho, ho!" [1/?]

Chodzenie na zakupy z kobietą jest złym pomysłem. 
Chodzenie na świąteczne zakupy dzień przed mikołajkami jest jeszcze gorszym pomysłem. 
Chodzenie na świąteczne zakupy dzień przed mikołajkami z kobietą jest niczym strzelenie sobie samemu w kolano. 
Chrzaniony śnieg, chrzanione miejsca parkingowe, a raczej ich brak i jeszcze bardziej chrzanione pieniądze, które o dziwo znikają szybciej, niż jestem w stanie sobie wyobrazić. 
Po raz kolejny żałuję. 
Tak bardzo żałuję, że nie jestem Aaronem, który teraz zapewne bierze kąpiel w avarach i nie musi robić żadnych cholernych zakupów. 
To ludzie robią zakupy za niego. 
* * * 
Wzrok Louise przez dłuższą chwilę utkwił na wielkiej, przesadnie ozdobionej choince, która najprawdopodobniej jest warta więcej, niż cały mój dom, razem z działką, ale mniejsza z tym. 
Trzasnąłem drzwiami od samochodu, dając do zrozumienia całemu światu, że po kilkunastu minutach zaciętego polowania, wreszcie zdobyłem należne miejsce parkingowe. 
Na moją twarz wkradł się złośliwy uśmieszek, który wędrował do wszystkich podirytowanych kierowców, nadal „polujących” na jakikolwiek wolny kawałek parkingu. 
Kiedy wreszcie dałem światu pokaz swojej dumy, położyłem dłoń na plecach rudowłosej, po czym udaliśmy się do najbliższego sklepu z różnymi, jak to mam w zwyczaju mówić – „duperelami”. 
Jak dobrze, że ja już zadbałem o kupno prezentu. 
— Daję ci na każdy sklep piętnaście minut. Jeżeli nie wyrobisz się w czasie, zostawię cię tu na pastwę losu. — wyszczerzyłem zęby w zgryźliwym uśmiechu, po czym wsadziłem zziębnięte ręce do kieszeni i oparłem się o ścianę, z rozbawieniem oglądając Louise, która w ekspresowym tempie przemierzała kolejne działy i gorączkowo szukała czegokolwiek, co wpadłoby jej w oko. 
* * * 
Przyszła pora na sklep odzieżowy. 
Dlaczego? 
Louise stwierdziła, że potrzebuje czegoś eleganckiego na święta, a wszystkie jej sukienki stały się synonimem kiczu i nie pokaże się w żadnej z nich przy rodzinie. 
Ach. 
Ja planowałem narzucić na siebie stary sweter w renifery, a ona musi mieć szykowną suknię? 
* * * 
Odsłoniłem kotarę przymierzalni i ukradkiem zerknąłem na przebierającą się Lou, jednak zostałem wypchnięty tak szybko, jak się tam pojawiłem. 
Momentalnie przewróciłem z poirytowaniem oczyma i zacząłem wymrukiwać jakieś wiązanki pod nosem, jednak po chwili, gdy zauważyłem dziewczynę w pięknej, eleganckiej sukni – zaniemówiłem. 
Po raz pierwszy od kilku lat odebrało mi mowę.
*
Louise, ciągle mnie zaskakujesz. 
Odkrywasz we mnie cechy, o których istnieniu nie miałem nawet pojęcia. 
Louise, rujnujesz mnie, a później wznosisz na nowo. 
Louise, co ty ze mną robisz?

Louise?

5 gru 2018

Od Louise cd. Noah

          Nieubłagalnie przemijający czas pozostawiał rany, powiedziałby jeden.
          Gdy się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy, doda drugi.
          Macie rację, panowie. Dlatego trzeba robić wszystko na bieżąco, dopowie ostatni, zamykając przy tym dyskusję.
          Tymi wypowiedziami można określić listopad, który już był za nami. Nie ukrywam, że spędziłam go w objęciach Noah, nie opuszczając go ani na moment. Tak na dobrą sprawę, nie mogłam także zaprzeczyć, iż nie siedziałam u niego znaczną część tego przecudownego miesiąca, grzejąc, jakbym właśnie wtuliła się w rozpalony grzejnik (co prawda to dość słabe porównanie, ale przysięgam — uwielbiałam to robić). Byliśmy w stanie przegadać całe noce, a co za tym idzie — korzystać z weekendów i spać do trzynastej. Następnie jedliśmy obiad zamówiony z jakiejś knajpy i spędzaliśmy wspólnie czas. Każdy dzień wydawał się tysiąc razy lepszy, bo ciągle był tylko on, on, miałam go tyle, ile tylko chciałam. Swoją drogą, momentami nie mogłam go rozpoznać. Noah, który wcześniej nie potrafił zbliżyć się do mnie na krok, teraz ciągle chciał długiego przytulania. Dobrze, dobrze. Nie chciał. Nie do końca. Ja chciałam i tak właściwie wcale się z tym nie kryłam. Dobry Boże, on jest tak idealny.
          Tak, był zgodny, dopóki nie usłyszał "świąteczne zakupy".
          Niczym dziecko wymachiwał rękoma, cofając się coraz to dalej. Zmarszczyłam czoło.
          — Mamy już piąty grudnia, Noah. — Podeszłam kilka kroków bliżej. — Święta za cholerne dziewiętnaście dni. Chcę, żebyśmy spędzili je razem. Rozumiem, to nie czas na choinkę czy wigilijne jedzenie. Spójrz, jutro są mikołajki. Po raz pierwszy od kilku lat pragnę kupić coś komukolwiek. I niespodzianka, za wszystko inne płacisz ty. — Uśmiechnęłam się złośliwie. — Żartuję. Podzielimy się, dam ci już spokój. No proszę, kocha... Noah.
          Zaczerwieniłam się i złączyłam usta w wąską kreskę. Nigdy nawet nie próbowałam powiedzieć na niego inaczej. W jego oczach pojawił się podejrzany blask, który zniknął wraz z mrugnięciem. Przegryzłam wargę, niemalże zmuszając go do jakiejkolwiek reakcji. No błagam.
          — Dobra — westchnął. — Jeśli każesz mi wybierać między czerwoną a zieloną torebką na prezent, wychodzę. Nie wiem jak ty, ja bym nie chciał iść w tak cieniutkiej kurteczce przez śnieg. Zaskakujące, mamy początek grudnia i śnieg co najmniej do kostek.
          Prychnęłam. Jedno było pewne — najwidoczniej albo specjalnie zignorował moje przejęzyczenie, albo nie zrobiło to na nim większego wrażenia.
          Wgramoliłam się do czarnego samochodu i czekałam na chłopaka.
          Pod galerią handlową nigdy nie widziałam tylu samochodów (choć przed samymi świętami będzie co najmniej dziesięć razy gorzej). Posłałam mu promienny uśmiech, byleby nie złościł się za to, że zmusiłam go do kilkunastominutowego szukania miejsca parkingowego. Przez cały ten czas starałam się mówić mu o dość przyjemnych rzeczach, zamykając się, kiedy podgłosił radiową muzykę, dając mi jasno do zrozumienia, że tak naprawdę nie interesuje go moja gadanina. Przyjęłam to na spokojnie. Przecież doskonale rozumiałam tok rozumowania mężczyzn. Przynajmniej tak mi się wydawało.
          Ustawiona w samiutkim centrum ogromna choinka rozświetlona była na najróżniejsze barwy, zaś bombki wiszące na niej (oczywiście w rozmiarze XXL) obijały się o siebie, tak mnóstwo ich było. Porozwieszane łańcuchy oświetlał blask księżyca, ach, było kilka minut po siedemnastej, a czułam się jakby w tym momencie wybiła północ. Przypatrywałam się jej dłuższą chwilę, dopóki Noah nie zamknął samochodu.

NOAH?