Dzieciaki były, są i zawsze będą okrutne. Można zabawić się w to, by odpowiednio ich szufladkować, ale w grupie każdy z osobna staje się pieprzonym zwierzęciem, prawie jak stado hien na sawannie. Głośne chichoty były ostatnim, co słyszałem przed niespodziewanym hukiem petardy, która oprócz tego, że solidnie mnie ogłuszyła, prawie spaliła mi zarost, to jeszcze zraniła mnie w piszczel. Wygląda to paskudnie — w poszarpanej wyrwie w spodniach sączy się krew. Syczę z bólu pod nosem, oglądam się na uciekające dzieciaki, które po raz pierwszy od dawna chyba ucichły. Pomimo bólu kontynuuję swoją podróż do Louise, bo, chcąc nie chcąc, jest ona w tym momencie jedyną deską ratunku, pomijając znienawidzony już przeze mnie szpital. Dziewczyna pcha mnie do środka. Wreszcie mogę złapać pełny oddech, gdyż wcześniej były to wyłącznie daremne, urwane w połowie i zamknięte w płucach próby pochwycenia go.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Theo&Louise. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Theo&Louise. Pokaż wszystkie posty
28 sty 2020
23 sty 2020
Od Louise C.D Theo
Bywają sytuacje, gdzie jedyne, co masz w głowie to jedna wielka, bezkresna pustka. Dziwne echo odbija się od ścianek mózgu, czasami daje o sobie znać, a potem przepada, ustępując kolejnym informacjom, które mają dotrzeć do mojego umysłu. Jest jak pustynia, ciągle to samo, piach, piach i piach, okazjonalnie jakiś kamień albo dziwne, żółte zwierzątko. To nie tak, iż jestem szczególnie zaskoczona. W końcu każdemu zdarzają się błędy, niektórzy potkną się i wstaną, innym zajmuje to pewien czas. Poza tym, mam pewność, że do końca życia już nic więcej mnie nie zaskoczy, przynajmniej nie powinno, bo zbyt wiele szokujących chwil przeżyłam. Ale ta moja pewność zapewne okaże się zawodna, gdy wyląduję na bruku bez grosza, zdziwiona nagłym wyrzuceniem mnie z pracy. Theo ma wady, jak każdy, poza tym, jego sytuacja najwyraźniej była bardzo słaba, a ten okres dojrzewania wraz z buzującymi hormonami tylko pogarszał sprawę — nastolatkowie w jego wieku popełniają błędy. Tylko najgorsze są te kosztem innych. Mimo licznych argumentów na usprawiedliwienie przyjaciela, nie chcę zapominać o tym, co przeżywała ta dziewczyna. Musiała czuć się strasznie. Gnębiona przez chłopaków, na pewno silniejszych, starszych. Co prawda nigdy nie doświadczyłam tego typu znęcania się psychicznego, jednak jestem w stanie to sobie wyobrazić, szczególnie, kiedy mowa o szkole średniej, jaką niedawno skończyłam. Gdy byłam jeszcze uczennicą, takie akcje były na porządku dziennym, intensywne bardziej lub mniej, smutniejsze, bardziej dramatyczne. Pamiętam, jak kobieta prowadząca prelekcję na temat nierównego traktowania innych opowiadała nam masę historii na temat samobójstw ofiar lub poważnych uszczerbkach na zdrowiu spowodowanych właśnie tym wytykaniem. Nie wiem, czy wiecie, ale jako obiekt drwin bardzo łatwo zachorować na chorobę ściśle związaną z emocjami i psychiką — słyszałam i o takich przypadkach.
18 lis 2019
Od Theo C.D Louise
Zaniepokojony szept Louise nie umyka mojej uwadze. Podnoszę się leniwie z kanapy, szuram nogami wzdłuż salonu, by dotrzeć do dziewczyny, która niemo wgapia się w... nic. Tak mi się wydaje. Stoi w pustych drzwiach, przed nią nie ma nikogo.
— Co się dzieje? — pytam, zanim do niej dołączam.
A choć sam zdechły kot nie wprawia mnie w jakieś osłupienie, to fakt, że znajduje się on przed samym drzwiami mieszkania Louise, już tak. Początkowe zaintrygowanie i niezrozumienie nie daje mi nawet wydusić z siebie słów wsparcia i pocieszenia.
Ale z drugiej strony jakie słowa wsparcia i pocieszenia mogą w tej sytuacji zdziałać jakiekolwiek cuda?
1 lis 2019
Od Louise C.D Theo
Uciążliwy ból w okolicach karku przeszywa moje ciało. W pierwszej chwili ogarnia mnie swoiste zdezorientowanie, które nawet po upływie kilku sekund nie ustępuje. Rozglądam się dookoła, a pierwsze, co rzuca mi się w oczy, to dość nietypowa sceneria, pokój jakby nie mój, jakby obcy, zdecydowanie zbyt ciemny, w końcu każdego wieczora zapalam lampkę naprzeciw łóżka, w razie, gdybym obudziła się o porze podobnej, jak dzisiejszej nocy. Dodatkowo, obok mnie powinien mruczeć rudy kocur, którego najwyraźniej brakuje. Mrugam kilkakrotnie, starając się przyswoić jakiekolwiek informacje pochodzące ze środowiska zewnętrznego, takie jak hałas samochodów za oknem, osobliwy zapach spalin, który najpewniej dostał się do środka za sprawą uchylonego okna albo kroki dochodzące z pokoju kilka ścian dalej.Ignorując nasilający się z każdym ruchem ból szyi, obracam głowę nieco na lewo. Pierwsze, co udaje mi się uchwycić, to biała szafeczka nocna i mój telefon odłożony na jej blat. Ziewam przeciągle, rozciągając się na praktycznie większość łóżka. Pomimo tego, że wciąż nie mogę wypełnić kilku luk w pamięci, wiem doskonale, iż na tym łóżku jest nieziemsko wygodnie, a znajduję się w moim nowym mieszkaniu. Choć połowa mnie wyraźnie protestuje, druga wręcz zachęca do postawienia stóp na podłodze. Unoszę się na równe nogi i leniwym krokiem kieruję w stronę drzwi od sypialni. Salon jest pusty. Zostawiam za sobą niewyraźne ślady stóp, kiedy brnę dalej, wpół zasypiając. Wpół drogi dopada mnie zwątpienie, jakoby może wrócić do łóżka i zapaść w sen na kolejne godziny, aż do popołudnia. Cały ten plan rujnuje kuszący zapach dochodzący z pomieszczenia naprzeciwko. Zatrzymuję się, wciągając dobitnie powietrze. Poza zapachem, dochodzi do mnie również skwierczenie charakterystyczne dla dań przygotowywanych na patelni, i to z olejem (albo czymś tłustym). Jestem delikatnie zdezorientowana, czego winą jest przede wszystkim to, iż wciąż nie rozbudziłam się wystarczająco.
28 lip 2019
Od Theo C.D Louise
Słyszę słowa dziewczyny, jednak najpierw daję sobie małą chwilę na przestudiowanie kupionych przez nią rzeczy. Oczami wyobraźni już wiem, że zaaranżowany przez nią salon w fazie wykończenia będzie wyglądał jeszcze lepiej. Sam krok, że zdecydowała się mieszkać sama, imponuje mi w jakiś sposób i sprawia, że chce mieć większe oko na wypuszczoną w świat młodą przyjaciółkę, chronić ją przed trudami i niesprawiedliwościami, jakie pojawiają się w dorosłym życiu. Przecież ona jest dorosła od dawna... To głupie. Znaczy te uczucie, które mi teraz towarzyszy, jest głupie. Syndrom starszego brata. Prawdopodobnie dziewczyna radzi sobie lepiej ode mnie. Tak mi się może wydawać, bo to wcale niedurnowata myśl.
Sam pomysł z nocowaniem od razu mi pasuje. Dach nad głową. Pierwszy raz od tak dawna, od czasu tych starych ruin, do których zapuszczałem się z kumplami. Teraz nie ma ani ruin, ani kumpli. Ale najcenniejszą korzyścią jest oczywiście spędzanie czasu z Louise, wspólne jedzenie i składanie zupełnie nieskomplikowanych mebli.
Bezwiednie parskam śmiechem.
21 lip 2019
Od Louise C.D Theo
I choć wstaję przed dwunastą, ledwo żyję, mamie wcale nie robi to różnicy. Ogłasza, iż o siedemnastej przyjedzie w gościnę jej siostra, więc jestem zobowiązana do udania się na niewielkie zakupy, które tak czy inaczej skończą się wydaniem grubo ponad dwustu avarów. Ledwo zdążam się ubrać, uczesać i delikatnie pomalować, kobieta wchodzi do mojego pokoju, uprzednio otwierając drzwi na oścież, po czym wręcza mi banknoty. Kiwam lekko głową, wkładając sobie szczoteczkę do rzęs do oka. Automatycznie zamykam je i pocieram delikatnie, a następnie biegnę do łazienki, przeklinając samą siebie w myślach.
Kiedy w końcu udaje mi się bez większego krzywdzenia samej siebie dojść do ładu, czyli w dość ładny sposób ułożyć włosy, ubrać się odpowiednio i wykonać makijaż, wychodzę z domu, meldując opuszczenie go mamie kręcącej się po kuchni. W myślach przeklinam samą siebie za to, że wciąż nie wyrobiłam prawa jazdy, ponieważ znów dane mi jest jechać rowerem aż do Sam. Spod jej domu docieram autobusem do odpowiedniej dzielnicy. Fakt, jazda rowerem nie jest aż tak zła, szczególnie, kiedy nie wieje, a w uszach gra muzyka, jednak świadomość tego, iż posiada się własny samochód i nie trzeba kombinować, czekając na kolejny autobus, to coś innego, coś lepszego, piękniejszego.
Po blisko czterdziestu minutach (nareszcie) stawiam nogę w alei, której odwiedzanie stało się zwyczajem.
Już mam iść w stronę marketu umiejscowionego w starej kamienicy, gdy coś przykuwa moją uwagę.
Kiedy w końcu udaje mi się bez większego krzywdzenia samej siebie dojść do ładu, czyli w dość ładny sposób ułożyć włosy, ubrać się odpowiednio i wykonać makijaż, wychodzę z domu, meldując opuszczenie go mamie kręcącej się po kuchni. W myślach przeklinam samą siebie za to, że wciąż nie wyrobiłam prawa jazdy, ponieważ znów dane mi jest jechać rowerem aż do Sam. Spod jej domu docieram autobusem do odpowiedniej dzielnicy. Fakt, jazda rowerem nie jest aż tak zła, szczególnie, kiedy nie wieje, a w uszach gra muzyka, jednak świadomość tego, iż posiada się własny samochód i nie trzeba kombinować, czekając na kolejny autobus, to coś innego, coś lepszego, piękniejszego.
Po blisko czterdziestu minutach (nareszcie) stawiam nogę w alei, której odwiedzanie stało się zwyczajem.
Już mam iść w stronę marketu umiejscowionego w starej kamienicy, gdy coś przykuwa moją uwagę.
27 cze 2019
Od Theo C.D Louise
Dotyk jej słodkich, delikatnych ust jest niczym najprawdziwsza magia. Zatracam się w nich bez reszty, czując jak czas, troski i świat dookoła przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Najgorsza, a może najlepsza, jest myśl, że tą jedną chwilą pragnę tego więcej. Uczucie, które tak mnie pobudza, chcę zatrzymać przy sobie tak długo, jak tylko się da, byleby rozgrzewało i nasilało cudowne iskrzenie w żołądku, które czuję pierwszy raz.
Czas mija. Może są to sekundy.
Sekundy, które są najpiękniejszym, co mnie w życiu spotkało, wśród życiowych porażek i nieszczęścia czyhającego przy każdym zaułku. Kiedy jej usta szybko się ode mnie odrywają, czuję, jakby ktoś odebrał mi cząstkę siebie. Tracę te przemiłe uczucie ze zdezorientowaniem, które ciężko mi ukryć, ale dopiero patrząc w jej przestraszone, zdumione oczy, rozumiem, o czym myśli. To się nie powinno zdarzyć.
Dopiero mogę sobie uświadomić, jak przyspieszony jest mój oddech. Jak płuca walczą o większe tchnienie. Przede wszystkim, jak bardzo ucisk w żołądku się nasila, jak gdyby pojawiła się tam ręka i ściskała moje wnętrzności.
25 cze 2019
Od Louise C.D Theo
Wtulam twarz w Theo, który dosłownie pół sekundy temu oplótł wokół mnie ramiona i przysunął do siebie. Uśmiecham się sama do siebie, wiedząc, iż chłopak tego nie zobaczy. Charakterystyczny dla niego zapach wkrada się do moich nozdrzy, a ja czuję coś w rodzaju spokoju, ulgi, ogarnia mnie gama samych pozytywnych uczuć, bo udało się dowieść jednej rzeczy, jakże istotnej. To nie Theo. Theo jest niewinny. Nie pójdzie do więzienia za coś, czego nie zrobił. To nie on skazał na cierpienie tych biednych w niepełnym tego słowa znaczeniu ludzi. Mogę przysiąc, iż w tym momencie jestem jedną z najszczęśliwszych osób na świecie, on z pewnością też. Nareszcie uwierzyłam w panujące tutaj prawo, choć zapewne niejednokrotnie przejadę się na nim w przyszłości. Jednak… teraz to nieistotne. Mam ochotę krzyczeć. Z drugiej strony czuję się tak… tak dziwnie, jakkolwiek to brzmi. To z pewnością wina emocji i, nie ukrywajmy, wdzięczności, radości, ale dotychczas nic takiego się nie wydarzyło. Tak nagle, niespodziewanie, przytulił mnie, czego brakowało mi od naprawdę, naprawdę dawna. W końcu jesteśmy przyjaciółmi i tak robią przyjaciele. Cieszą się ze swojego szczęścia i tego drugiej osoby. Teraz to szczęście dzielimy.
11 cze 2019
Od Theo C.D Louise
Bezczynne siedzenie w marnym areszcie rozciągało się w nieskończoność. Był dzień bez wizyty Lou, który okazał się, prosto mówiąc, ciężki i pozbawiony nadziei. Potem drugi. Reszty kolejnych już nie liczyłem. Wtedy zastanawiałem się, dlaczego jej tyle nie ma. Może po prostu zajmowała się twoją sprawą, idioto? To na pewno to. Najważniejsze, że jeszcze nie mam odpowiednio mocnego powodu, żeby z marszu wsadzić siebie za kratki, nawet jeśli dalej nie znam żadnych dowodów na moją niewinność.
Kiedy Rudowłosa w końcu mnie odwiedza, czuję wyraźną ulgę. Wprawdzie jej wizyta, jak się okazuje, przynosi więcej pytań niż odpowiedzi, ale kolejne przeszkody przestają mnie dziwić.
ego przyjaciele mówili, że jest niewdzięcznym łajdakiem. Jego przyjaciele kłamali na jego temat.
- Może to dlatego, że spędzam z tobą tak dużo czasu. Może tego nie rozumieją… — mówi, a potem kiwa głową lekko.
Na jej słowa, chcąc je dostatecznie dobrze zrozumieć, opieram czoło o zimną kratę w głębokim zamyśleniu. To, co powiedziała rudowłosa, wydaje się być sednem sprawy. Właściwie nie wydaje się, a naprawdę może nim być.
- Tak czy inaczej — wzdycham — dzięki, że mnie odwiedziłaś, to pomaga mi mentalnie.
Kącik ust dziewczyny unosi się w nieco nieśmiałym uśmiechu. Nie odpowiada nic, a następnie tłumaczy, że ma coś jeszcze ważnego do zrobienia, i z krótkim pożegnaniem znika, odprowadzana moim wzrokiem.
ego przyjaciele mówili, że jest niewdzięcznym łajdakiem. Jego przyjaciele kłamali na jego temat.
- Może to dlatego, że spędzam z tobą tak dużo czasu. Może tego nie rozumieją… — mówi, a potem kiwa głową lekko.
Na jej słowa, chcąc je dostatecznie dobrze zrozumieć, opieram czoło o zimną kratę w głębokim zamyśleniu. To, co powiedziała rudowłosa, wydaje się być sednem sprawy. Właściwie nie wydaje się, a naprawdę może nim być.
- Tak czy inaczej — wzdycham — dzięki, że mnie odwiedziłaś, to pomaga mi mentalnie.
Kącik ust dziewczyny unosi się w nieco nieśmiałym uśmiechu. Nie odpowiada nic, a następnie tłumaczy, że ma coś jeszcze ważnego do zrobienia, i z krótkim pożegnaniem znika, odprowadzana moim wzrokiem.
8 cze 2019
Od Louise C.D Theo
Kiwam lekko głową i odwracam się na pięcie. Mam wrażenie, że emocje szarpią mną dosłownie na wszystkie możliwe strony — jednocześnie czuję podekscytowanie, strach, nadzieję i nieco ekscytacji, która pcha mnie do przodu i mobilizuje do działania. Louise Watson zabawi się w małego detektywa i uratuje swojego niewinnego przyjaciela. Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie to, że nawet nie wiem, jak się za to wszystko zabrać i udowodnić, iż winowajcą jest Rocks, co wydaje się być dość trudną sztuką. Och, jeszcze trudniejsze będzie przeszukanie tych ruin nawet pod nieobecność tych badziorów, w każdym momencie mogą wrócić i bum, pomimo tego, że zabiorę dwóch policjantów ze sobą, najpewniej będzie ich pięć razy więcej i pobiją nas tak, że nie będziemy mogli się ruszać. Powracając do rzeczywistości, wychodzę z tego pomieszczenia i kieruję się w stronę biura komisarza sprawującego pieczę nad całą tą sprawą. Puk, puk, otwieram drzwi i wślizguję się do oświetlonego słabym światłem żarówki pokoju. Mężczyzna unosi wzrok znad papieru i unosi czapkę, tak właściwie to zdejmuje ją i odrzuca na fotel stojący przy ścianie.
— Watson. — Delikatnie unosi kąciki ust. — Usiądź. Co takiego cię sprowadza? — Odwraca się i zaczyna grzebać w segregatorach. Jeden z nich zatytułowany jest “Theo Andrews” i należy do cieńszych zbiorów, w końcu sprawa jest świeża jak pierwsze grzyby. — O, czyżby sprawa pana Andrews? Powiem ci, że mnie to nieźle zamieszało w głowie — oznajmia, kładąc segregator na blacie biurka. Przerzuca kilka stron, aż dociera do koszulki ze zdjęciami. — Spójrz. — Wskazuje na mężczyznę uchwyconego na fotografii. Kadr z monitoringu. — To sprawca pożaru. A to… — Idzie kartkę dalej — …to jest postura Theo, który był widziany rano pod pomnikiem w zachodniej części miasta.
— Watson. — Delikatnie unosi kąciki ust. — Usiądź. Co takiego cię sprowadza? — Odwraca się i zaczyna grzebać w segregatorach. Jeden z nich zatytułowany jest “Theo Andrews” i należy do cieńszych zbiorów, w końcu sprawa jest świeża jak pierwsze grzyby. — O, czyżby sprawa pana Andrews? Powiem ci, że mnie to nieźle zamieszało w głowie — oznajmia, kładąc segregator na blacie biurka. Przerzuca kilka stron, aż dociera do koszulki ze zdjęciami. — Spójrz. — Wskazuje na mężczyznę uchwyconego na fotografii. Kadr z monitoringu. — To sprawca pożaru. A to… — Idzie kartkę dalej — …to jest postura Theo, który był widziany rano pod pomnikiem w zachodniej części miasta.
2 maj 2019
Od Theo C.D Louise
Ostatnie godziny były istnym piekłem dla mojego mocno skołowanego umysłu. Pamięć przez całą noc w areszcie ukazywała mi wspomnienia z budynku, mówiła, co mogłem zrobić lepiej, by nie zostać wsypanym — ale za co wsypanym? Za próbę interwencji. Za próbę ocalenia ludzkiego życia. Ale nikt nie uwierzy w tę wersję wydarzeń zwykłemu, rozczochranemu bezdomnemu, bo zaraz pomyśli, że marnie staram się o uratowanie swojego życia. Co z tego, że te życie dawno przestało być warte ratowania, a wraz z tym incydentem jeszcze mocniej zacząłem się w tym utwierdzać.
Patrzę na Louise z ogromną, jeśli nie największą w życiu nadzieją w oczach. Jej słowa jakoś mną ruszają. Jakoś. Próba ratunku wyłania ze mnie iskrę zapału, którą staram się przekształcić w coś większego. Wzdycham głośno, dalej nie ruszając się z miejsca, po czym zbieram powietrze w płucach i zaczynam opowiadać swoją wersję.
- To jakiś jeden wielki koszmar. Nocowałem niedaleko tego kościoła. Gdy w nocy zauważyłem dym i niewyraźny blask ognia nieopodal tamtego miejsca, niewiele myślałem i postanowiłem sprawdzić, co się dzieje. W budynku usłyszałem krzyk, więc wszedłem do środka. Jakaś kobieta utknęła w zdewastowanym pomieszczeniu, więc starałem się jej pomóc. Cała akcja trwała może z piętnaście minut, chociaż zdawało mi się, że piekielnie dłużej. Potem kobieta powiedziała, żebym uciekał, a ona zdołała wyskoczyć oknem z drugiej strony. Straż i policja przyjechały na miejsce akurat wtedy, kiedy wydostałem się z płonącego budynku. Wzięli mnie za podejrzanego, bo miałem w kieszeni zapałki, i zapuszkowali tutaj. — Moje ręce non stop składają się jak do modlitwy. Nie wiem, czy naprawdę tak silnie zaczynam wierzyć, że Louise zbierze dowody w mojej sprawie, czy po prostu staram się swego rodzaju zaakceptować otaczające mnie stalowe kraty.
1 maj 2019
Od Louise cd. Theo
Kręcę delikatnie głową, zagryzając dolną wargę.
— Theo, nie — odzywam się po trzech, może siedmiu sekundach. — To nie do końca tak, jak myślisz. Z drugiej strony… — zacinam się — ...nie mogę zaprzeczyć. Mo…
Czuję, jak ktoś łapie mnie za ramię i zdecydowanym ruchem odsuwa. Odwracam się szybko, a między mną a Theo przejeżdża wózek szpitalny otoczony chmarą ratowników medycznych. Ruchem głowy wskazuję na pomieszczenie obok oblężonej kafejki. Sygnał zostaje rozpoznany w trybie natychmiastowym i już po chwili oboje barykadujemy się w pustej, cichej sali, niemalże pozbawionej jakichkolwiek mebli. Mężczyzna opiera się plecami o drzwi, a ja podchodzę do nienagannie wybielonej szafeczki i siadam na jej blacie, jedną z dłoni bawiąc się bandażem pozostawionym na niej.
— Noah ma prawo mi nie ufać.
Spoglądam to na niego, to na jakieś pudła w kącie, finalnie zatrzymując wzrok na niebieskich tęczówkach, uważnie przyglądających się całej mojej sylwetce. Nie potrafię określić, czy chce drążyć temat, czy też czeka, aż ja powiem coś więcej. Wykrzywiam lekko usta i biorę głęboki wdech.
Nie wie, co tak naprawdę jest między mną a Noah i nigdy nawet nie myślałam o tym, aby opowiedzieć mu tę krótką, acz ważną historię. Nie potrafiłam się przemóc.
— Theo, nie — odzywam się po trzech, może siedmiu sekundach. — To nie do końca tak, jak myślisz. Z drugiej strony… — zacinam się — ...nie mogę zaprzeczyć. Mo…
Czuję, jak ktoś łapie mnie za ramię i zdecydowanym ruchem odsuwa. Odwracam się szybko, a między mną a Theo przejeżdża wózek szpitalny otoczony chmarą ratowników medycznych. Ruchem głowy wskazuję na pomieszczenie obok oblężonej kafejki. Sygnał zostaje rozpoznany w trybie natychmiastowym i już po chwili oboje barykadujemy się w pustej, cichej sali, niemalże pozbawionej jakichkolwiek mebli. Mężczyzna opiera się plecami o drzwi, a ja podchodzę do nienagannie wybielonej szafeczki i siadam na jej blacie, jedną z dłoni bawiąc się bandażem pozostawionym na niej.
— Noah ma prawo mi nie ufać.
Spoglądam to na niego, to na jakieś pudła w kącie, finalnie zatrzymując wzrok na niebieskich tęczówkach, uważnie przyglądających się całej mojej sylwetce. Nie potrafię określić, czy chce drążyć temat, czy też czeka, aż ja powiem coś więcej. Wykrzywiam lekko usta i biorę głęboki wdech.
Nie wie, co tak naprawdę jest między mną a Noah i nigdy nawet nie myślałam o tym, aby opowiedzieć mu tę krótką, acz ważną historię. Nie potrafiłam się przemóc.
3 mar 2019
Od Theo C.D Louise
Co chwila ktoś dobiera mi się do twarzy. Przed oczami mam tylko ludzi ubranych w ochronne, jednorazowe maski, które ściągają, gdy tylko chcą do mnie coś powiedzieć. Ale nie mówili wiele. Na syknięcia bólu reagują schematycznie sformułowanym „za chwilkę skończymy”, lecz w ogóle się przy tym nie spieszą. Bez przerwy siedzę w jednym miejscu, mrużąc oczy nie od doskwierającego, pulsującego na twarzy bólu, ale od jaskrawego światła wielkiej lampy umiejscowionej tuż przede mną. Wprawdzie noga też mnie bolała. Dokładniej to kostka. I brzuch, bo zdaje się, że dostałem tam małego kopniaka albo dwa. Nie wiem która godzina. Nie wiem też, jak długo tu siedzę, jednakże minuty dłużą mi się w nieznośną nieskończoność.
- Jak długo jeszcze? — Mój niezadowolony, zmęczony ton może ich dotkliwie urazić. Zwłaszcza tę w dużych, okrągłych okularach, która patrzy na mnie z bliska, ciągle przemywając dopiero co zszyty łuk brwiowy. Nadal piecze bólem i jak się okazuje, lekarska ręka nie jest ręką magiczną.
Gorzkie spojrzenie natychmiast mnie ucisza. Resztę czasu przesiaduję we względnej ciszy, jaką staram się zachować. Z sali udaje mi się wyjść dopiero koło wpół do pierwszej. Wpół do pierwszej w nocy. Prawie łapię się za głowę, analizując w głowie tę godzinę. Dochodzi do mnie, że Louise musi już dawno spać. Jeśli pamięć, choć trochę zamroczona lekami przeciwbólowymi, mnie nie myli, to właśnie ona sprawiła, że jestem tu, gdzie jestem.
Wychodzę z sali i moim oczom ukazuje się pusty, biały korytarz oświetlony szeregiem jarzeniówek. Wzdycham ciężko. Nie pamiętam nawet drogi do wyjścia, ale jakimś trafem odnajduję strzałki na ścianach prowadzące do recepcji. W niej też nie siedzi za dużo osób. Większość zdaje się być tylko odwiedzającymi, bo czytają gazety, korzystają z automatów tak, jakby mieli pić już czwartą kawę. Odwracam głowę do rozsuwających się właśnie drzwi wejściowych, a ku mojemu zdziwieniu odnajduję tam Louise. Na jej twarzy maluje się przejęcie i troska, ale zauważam też jakiś cień, który chyba chce ukryć. Marszczę brwi.
- Jak się czujesz? — pyta, zanim w ogóle otwieram usta. Ogląda, mierzy wzrokiem moje ciało. — Kto cię pobił? Dlaczego? Widziałeś kogoś?
Uspokajam ją ruchem ręki.
- Jest... dobrze, zważywszy na okoliczności. Nie wiem, kto to był, ale chyba spróbuję jeszcze bardziej nie mieć wrogów. — Odzywa się we mnie ciutka humoru, lecz powaga rudowłosej od razu ściąga mi mały, ledwo zauważalny uśmiech z twarzy. — Nie, poważnie. Nie wiem, kto to był. I co tu właściwie robisz?
- Martwiłam się — mówi tak, jakby to było oczywiste. Może było. — Chciałam sprawdzić, co z tobą, chociaż... nie ukrywam, ciężko było się tu dostać.
- Hej, spokojnie. Dzięki za ratunek, trzymam się świetnie. Lekarze pochwalili twoje profesjonalne okłady. — Uśmiecham się wdzięcznie do niej. — Wyglądasz na zdenerwowaną, wszystko w porządku?
Ogląda się za siebie, na co reaguje podejrzeniem.
- Nie wiem, tak sobie — odpiera z westchnieniem. — Jestem tu z Noah. I, ba, Noah jest wkurzony, zresztą jak zawsze. — Jej ręce opadają wzdłuż ciała bezradnie. Dochodzę do wniosku, że mężczyzna musi widzieć ją przez te szyby i na pewno palący wzrok nie pomoże jej czuć się komfortowo w tej sprawie.
Ale co poradzić? Noah, mimo że jego zdenerwowanie wyraźnie jest zawyżone, to nie da się powiedzieć, że nie jest uzasadnione. To przeze mnie Louise odwołała swoje spotkanie. Okazuję się więc pośrednim powodem ich porażek w związku i nie jest mi z tym zbyt dobrze. Na tyle, że chcę, by żyła w dobrej, nietoksycznej relacji. I jej część może zależeć ode mnie w tej chwili.
- Domyślam się, dlaczego. Przepraszam, że sprawy się tak potoczyły. — Wypuszczam spokojnie, acz ciężko powietrze z płuc. — Oboje wiemy, dlaczego wam się ostatnio nie układa. — Łączę z nią spojrzenia. Nie przeczy mi.
- Theo...
- Lou, posłuchaj, ja po prostu nie chcę ci zaszkodzić. Wam zaszkodzić. — Mój głos staje się poważny. Rzadko kiedy taki jest. Rzadko też moje rysy twarzy się napinają, co czynią właśnie teraz. — Nie chcę tego mówić, ale jeśli nie chcę być powodem waszych kłótni w związku, to lepiej, żebym trzymał się z daleka.
Patrzę na nią. Na jej szczególnie bladą w tym świetle twarz i oczy błyszczące w wielu nieodkrytych dla mnie emocjach. Czekam na reakcję, choć sam nie wiem, czy jestem gotów odłączać się od jednej z osób (jeśli nie jedynej), które w tak krótkim czasie zrobiły sobie już wyjątkowe miejsce w moim życiu.
Louise?
2 mar 2019
Od Louise cd. Theo
Kiedy tylko wchodzę do domu, otula mnie ciepło bijące z grzejników i kominka. Pocieram dłoń o dłoń, by nieco ogrzać się po zimnym spacerze z Theo. Nim udaje mi się zawiesić kurtkę na wieszaku, słyszę dzwonek do drzwi i kilka stuknięć. Bez wahania uchylam je, bo szósty zmysł mówi, że tak powinnam zrobić. Moim oczom ukazuje się obraz niczym z dobrego filmu akcji połączonego ze słabym horrorem — zakrwawiona twarz, czerwona ciecz ociekająca na deski, a do tego ledwie widoczne oczy chłopaka, które wpatrują się we mnie z błagalnym wyrazem. W pierwszej chwili ogarnia mnie strach, czuję, że nie mogę się ruszyć. Staram się dojść do siebie i zrobić cokolwiek, co udaje mi się dopiero, gdy Theo rozchyla usta w zamiarze wyduszenia czegokolwiek z siebie. Zaciska powieki, więc czym prędzej biegnę do łazienki — łapię za apteczkę, która powinna być pełna, bo nikt jej raczej nie używał. Prowadzę poranionego do toalety na parterze, by tam zatamować krwawienie i zastosować zimne okłady. Sama nie wiem skąd, ale jakimś cudem udaje mi się odnaleźć lód. Zawijam go więc w materiał, wolną dłonią przygotowując zimny okład.
— Nasada — mówię i podaję mu okład.
Chłopak pochyla się do przodu i układa kompres we wskazanym miejscu, trzymając przy tym za koniec nosa. Ja, totalnie nieporadna i nieumiejętna i on, który, wydawałoby się, wie co robić.
Wyjmuję z coś na kształt wacików i preparat do odkażania — w swoim życiu miałam do czynienia jedynie z wodą utlenioną, lecz mama kiedyś wyczytała coś o jej słabych możliwościach i zakupiła coś innego. Szybko analizuję napisy na pudełeczku i w końcu otwieram buteleczkę.
Drugą ręką łapię za telefon i wybieram numer pogotowia. Nie mam żadnej innej opcji, zważywszy na brak własnego samochodu i nieobecność rodziców w domu, a taksówka odpada z różnych względów. Kobieta przyjmująca zgłoszenie wydaje się być naprawdę szorstka, choć całe zdarzenie staram się opisać jak najdokładniej. Zbywam wzrok niezbyt zadowolonego Theo.
Kiedy krwotok z nosa słabnie, staram się odkazić ranę przy brwi, co wyraźnie sprawia mu ból, czemu wcale się nie dziwię. Lada chwila zjawiają się ratownicy medyczni, którzy zabierają obolałego chłopaka prosto do karetki. Słysząc, iż nie mogę jechać z nimi, wzdycham ciężko. Rower znajduje się w zamkniętym garażu, a, jak mówiłam, taksówki nie zamówię. Pozostała mi więc jedna opcja, która przyprawia mnie o mdłości i zawroty głowy jednocześnie. Noah.
Sęk w tym, że nie potrafię. Odwołałam nasze spotkanie na rzecz Theo. Przez Theo dochodzi między nami do kłótni. Nie, stop, to nie wina Theo, jednak także nie moja. Ale nie dam rady, nie zrobię tego i nie poproszę go, by zawiózł mnie do niego, bo to najgorsza opcja ze wszystkich, gorsza od taksówki, gorsza od pieszego dotarcia tam. Mój związek z Noah nie powinien w żaden sposób mieszać się z przyjaźnią nawiązaną między mną a rannym chłopakiem.
— Nasada — mówię i podaję mu okład.
Chłopak pochyla się do przodu i układa kompres we wskazanym miejscu, trzymając przy tym za koniec nosa. Ja, totalnie nieporadna i nieumiejętna i on, który, wydawałoby się, wie co robić.
Wyjmuję z coś na kształt wacików i preparat do odkażania — w swoim życiu miałam do czynienia jedynie z wodą utlenioną, lecz mama kiedyś wyczytała coś o jej słabych możliwościach i zakupiła coś innego. Szybko analizuję napisy na pudełeczku i w końcu otwieram buteleczkę.
Drugą ręką łapię za telefon i wybieram numer pogotowia. Nie mam żadnej innej opcji, zważywszy na brak własnego samochodu i nieobecność rodziców w domu, a taksówka odpada z różnych względów. Kobieta przyjmująca zgłoszenie wydaje się być naprawdę szorstka, choć całe zdarzenie staram się opisać jak najdokładniej. Zbywam wzrok niezbyt zadowolonego Theo.
Kiedy krwotok z nosa słabnie, staram się odkazić ranę przy brwi, co wyraźnie sprawia mu ból, czemu wcale się nie dziwię. Lada chwila zjawiają się ratownicy medyczni, którzy zabierają obolałego chłopaka prosto do karetki. Słysząc, iż nie mogę jechać z nimi, wzdycham ciężko. Rower znajduje się w zamkniętym garażu, a, jak mówiłam, taksówki nie zamówię. Pozostała mi więc jedna opcja, która przyprawia mnie o mdłości i zawroty głowy jednocześnie. Noah.
Sęk w tym, że nie potrafię. Odwołałam nasze spotkanie na rzecz Theo. Przez Theo dochodzi między nami do kłótni. Nie, stop, to nie wina Theo, jednak także nie moja. Ale nie dam rady, nie zrobię tego i nie poproszę go, by zawiózł mnie do niego, bo to najgorsza opcja ze wszystkich, gorsza od taksówki, gorsza od pieszego dotarcia tam. Mój związek z Noah nie powinien w żaden sposób mieszać się z przyjaźnią nawiązaną między mną a rannym chłopakiem.
xxx
Dwadzieścia minut później stoję na szpitalnym parkingu. Czuję na sobie palący wzrok Noah.
Cholera, przecież nie udzielą mi żadnych informacji na temat stanu zdrowia Theo.
Cholera, przecież nie udzielą mi żadnych informacji na temat stanu zdrowia Theo.
THEO?
przepraszam, dzisiaj wyszło słabo
przepraszam, dzisiaj wyszło słabo
16 lut 2019
Od Theo C.D Louise
Dziwią mnie jej słowa. Wydają mi się być niemal jak z najpiękniejszych snów, a ja wypełniam tę chwilę radością aż do momentu, kiedy się przebudzę. Przebudzenie nie następuje. Tknę w rzeczywistości, czego dowodem są brązowe oczy nieprzestające łączyć się z moimi. Próbuję zebrać myśli, by powiedzieć coś sensownego, ale w gardle grzęzną mi wszystkie słowa. Na moich ustach zostaje tylko szeroki, spokojny uśmiech.
- Bransoletki z cukierków. Kurcze, to musi być super — śmieję się, chwilę później poważniejąc. Nie mam pojęcia, jak mogę wyrazić to, jak bardzo doceniam, że jest. Minęło tak mało czasu, jednak widząc ją uzupełnia mnie taka swoboda i nieopisana radość.
- Bo są, choć za szybko je zjadam. — Bierze piankę w bladą rękę. Jej odcień staje się jeszcze bielszy przez jaśniejący blask księżyca.
- Dziękuję ci, że mam w tobie wsparcie — mówię nieco przyciszonym tonem.
- Dobrze, że to wiesz. — Kładzie mi rękę na ramieniu i za moment ją zabiera, posyłając mi uśmiech. Odwdzięczam jej się tym samym, uzmysławiając sobie dopiero potem, że nie ruszyłem prawie żadnych słodyczy.
- Cóż... też chcę być dla ciebie wsparciem. Tak podobno robią przyjaciele — brzmię trochę nieśmiało. — Więc nieważne, czy będzie chodziło o Noah, czy o koleżankę z pracy. Zawsze będę gdzieś w pobliżu. Naprawdę. Znajdziesz mnie w jakimś zaułku. — Puszczam jej oczko, na co się śmieje, jednak na jej twarz powraca lada moment nieco smutny wyraz, który musi być związany z tym, co powiedziałem. Noah. Przecież musi w końcu do niego wrócić. Natychmiast czuję się zawstydzony z myślą, że spędziłem z jej ust uśmiech.
- Marznie mi dupa, a zaczynam jeść lody. — Wykonuję dokładnie to, co mówię. — Jestem głupi czy głupi?
- Egoistyczny, bo też chciałam. — Wyrywa mi opakowanie z dłoni i uśmiecha przy tym. Ale sprytna.
Resztę czasu, którego nawet nie liczyłem, spędzamy w tym samym miejscu. Dookoła nas leżą tylko pozostałości ze słodyczy, ponapoczynane paczki ciastek, niedokończone lody, i zdaje się, że bolące brzuchy zmuszają nas do wyciągnięcia białej flagi. Podnoszę się z wyraźną ciężkością, wydając przy tym jęknięcie, a Louise tylko wypuszcza powietrze z płuc. Oboje o godzinie dwudziestej pierwszej decydujemy, że najwyższy czas zbierać manatki i niedługo potem nie ma nas już w ruinie zwanej też małą stodołą.
- Odprowadzę cię — mówię, a mój głos jest zbyt pewny na przyjmowanie odmów. — Jest tak ciemno, że nie puszczę cię przecież samą.
- Bohaterze. — Wywraca oczami z uśmiechem i zakłada kaptur od kurtki na głowę. Prawie znika w cieniu, ale blade światła na ulicy pozwalają mi dostrzec choć kawałek z niej.
Wchodzimy w las, kroczymy ubitą stopami ścieżką, która prowadzi prosto pod dom dziewczyny. Owiewa nas zimowy chłód, trudno choćby się odezwać, bo twarz mam prawie zmrożoną. Gdy ciemność zaczynają przeganiać światła płynące z okien budynku, już wiem, że się nie zgubiliśmy. Zatrzymuję się przy samym końcu ścieżki i patrzę na Lou, która niemal od razu zwraca się w moim kierunku.
- Ach, idziesz już — mówi, zbliżając się o parę kroków.
- Wiem, że nie chcesz, ale musi tak być — odpowiadam z wręcz teatralną słodkością w głosie, co dziewczyna szybko wyczuwa i mruży oczy w ironicznym wyrazie twarzy.
- Nie zgubisz się po drodze?
- Chodzę ścieżkami tego miasta dłużej, niż żyjesz, mała.
- To nie jest dobra ksywka — mówi beznamiętnie. — Stop.
- Masz rację. — Konsternacja opisuje mnie całego. Mam zamiar odsunąć się i zwyczajnie odejść wgłąb ciemności, jednak coś idzie nie tak i zagarniam Louise w swoje ciepłe objęcia. Czuję, jak momentalnie zamiera w uścisku. I potrzebowała chwili, by w pełni się rozluźnić oraz oddać uścisk.
Odrywam się od niej.
- No i proszę, nie jest mi już zimno. — Uśmiecham się nieznacznie. — Dobra, trzymaj się, Lou. Ach, i powodzenia z Noah — dodaje już ciszej, na co odpowiada mi skinieniem głowy.
- Ty też się trzymaj, Theo.
Mój wzrok jeszcze chwilę tkwi w plecach dziewczyny, jakby chcąc upewnić się, czy trafi do domu, gdzie pozostało jej praktycznie dwa metry. Potem wkładam ręce do kieszeni, odwracam się i stawiam opór szalejącemu wiatru. Wydostaję się z zasięgu domu rudowłosej, pnę dalej do przodu. Moje nerwy rozrywane są na milion małych kawałków, kiedy znikąd słyszę wycie wichury i mylę ją z dźwiękami, które powinienem poddać podejrzeniom. A jakieś powinienem. Mrowi we mnie nieprzyjemne wrażenie, że nie jestem sam. Już piątą minutę.
Powoli odwracam się za siebie, nie przerywając nerwowego chodu, jednak zaraz decyduję się odwrócić z powrotem do przodu. I uznaje to za cholerny błąd życia. Nim składam myśli do kupy, otrzymuję mocny cios, który powala mnie na ziemię. Dookoła widzę tylko ciemność przecinaną zanikającymi w mroku sylwetkami. Ból zagłusza mój umysł. Chcę się obronić, ale uderzenia przychodzą z drugiej strony i są zupełnie nieprzewidywalne. Twarz pulsuje mi od cierpienia, ramiona, brzuch, plecy, aż słyszę chrypliwy głos i wszystko ustaje. Napastnicy zostawiają mnie w spokoju, ale jeszcze minutę albo dwie leżę w jednej pozycji — skulony niczym pancernik — i głośno oddycham.
Wstaję z grymasem bólu na twarzy. Dotykam jej, pod palcami czuję coś, co jest mokre i się rozmazuje.
Nie mogę skontrolować tego, jak wyglądam. Ale krwawię.
Krwawi brew.
Krwawi nos i krwawi warga.
Zawracam. Nawet nie myślę nad tym, że to robię. Bardziej ugniatam ścieżkę ku domu Louise i nie zwracam uwagi na to, kto mnie zaatakował i dlaczego. Nawet wiatr osłabł w konfrontacji z siłami, jakie mi pozostały. Z niemałym bólem, kąsającym mnie na każdym kroku, staram się doczłapać do drzwi domu. Już tak blisko.
Louise?
10 lut 2019
Od Louise cd. Theo
W jednej chwili uśmiech schodzi z mojej twarzy, na której autentycznie maluje się współczucie i częściowa bezradność. Theo otwiera się przede mną, mówiąc o swojej przeszłości, choć dotychczas nie wiedziałam o nic nic. Zresztą, co tu się dziwić, nie znamy się specjalnie dobrze, więc potrzebował czasu na zaufanie mi. I… chyba mi ufa. Sęk w tym, iż jestem naprawdę słaba w takie sytuacje. Współczucie na nic się nie zda, albowiem wszystko jest już za nim, a przynajmniej tak mi się wydaje. W głowie pojawia się mnóstwo pytań — co z jego ojcem? Co się dokładnie działo? Jaki alkoholizm? Czy przez to Theo wylądował na ulicy? Powstrzymuję się od zadania ich, mogą być co najmniej niewygodne dla niego, nie chcę, by w takiej chwili poczuł się zobowiązany do odpowiedzi. Kąciki moich oczu wilgotnieją. Mimowolnie łączę powieki, wolną dłonią wyjmując ciastko. Choć to strasznie niegrzeczne, przegryzam je. Jeszcze kilka chwil tkwimy w niezręcznej ciszy — chłopak patrzy to na księżyc, to na otoczenie, ale nie na mnie. Ja zresztą robię to samo. W końcu unoszę się delikatnie i, zbliżywszy się do kolegi, obejmuję go z całej siły, wciskając głowę w jego ramię. Nie wiem, czy to dobry krok, czy przed tym chciał powiedzieć coś jeszcze, ale przytulam go i tak, a Theo wcale nie protestuje. Odsuwam się od niego po mniej więcej ponad minucie.
— Nie chcę naciskać. Nie lubię naciskać — mówię, stukając kciukiem o kolano. — Tylko… jakbyś nie miał nic przeciwko, chciałabym wiedzieć więcej. Jeżeli to ma sprawić, że poczujesz się jakoś gorzej, pewnie, możemy zmienić temat. Nie mu…
— W porządku — przerywa mi, a kąciki wąskich ust unoszą się w dobrze znanym geście. — Miałem dobre dzieciństwo. No dobrze, może też nie do końca, ale takie wrażenie próbowałem wywołać. Jasne, byli tacy, którzy woleli złośliwość, ale starałem się być… jak wszyscy inni, o. I właściwie szło mi dobrze. Jednak w naszej dwuosobowej rodzinie niezbyt dobrze było z pieniędzmi. Tata, jak mówiłem wcześniej, popadł w uzależnienie. Nie tylko od alkoholu, od papierosów też — mówi, a jego głos sprawia wrażenie totalnie wypranego z emocji. Albo jest ich tak wiele, że nie potrafię tego rozgryźć. — Zmarł na raka płuc, gdy miałem dziewiętnaście lat. I wtedy zaczęła się cała przygoda, wylądowałem na ulicy. Jak pewnie wiesz, bezdomni okraszani są najróżniejszymi wyzwiskami.. Złodzieje, pijacy, ćpuni. Ja też miałem swój własny pseudonim, syn tego pijaka i złodzieja. Nauczyłem się radzić sobie bez okradania, bez brutalności. Nie wiem, czy się zdziwisz, ale nawet tu, na ulicy, panują jakieś przeklęte prawa i hierarchie.
Kiwam głową, analizując każde jego słowo. Kto by pomyślał, że jedna osoba zmieni moje nastawienie do bezdomnych w kilka dni? Ano, na pewno nie ja. Zawsze myślałam o nich jak o właśnie pijakach, jak o uzależnionych i… nie oszukujmy się, zdecydowana ich część to właśnie takie osoby. Tylko nigdy nie zastanawiałam się, dlaczego tak, a nie inaczej. Po prostu pozostawali tymi alkoholikami i złodziejami. Niejednokrotnie próbowałam się przemóc, ale nie dawałam rady. A teraz wysłuchuję opowieści Theo, przez którą moje serce automatycznie rozpada się na milion małych kawałeczków. Boże, co on przeżywał, to musiało być piekło. Najlepsze jest to, że nikt mu nie pomógł. Właściwie to nikt nie pomagał nikomu — ani jemu, ani jego kolegom. Wszyscy myślą tak samo.
— Avenley River zdecydowanie nie jest miastem, które Robin Hood odwiedziłby chętnie. Tutaj bogaci prędzej wydłubią mu oczy i wypatroszą, jeżeli tylko avar zniknie z ich kieszeni — mruczę, nawiązując do baśni. — Przepraszam, to denne porównanie. Jestem mistrzynią idiotycznych porównań. — Przysuwam się do niego, opierając głowę na ramieniu Theo. — Ile ty masz lat, Theo?
— Dwadzieścia… cztery — odpiera.
— Pięć lat. — Szybka matematyka. — Nawet nie wiesz, jak bardzo cię podziwiam. Przysięgam, że jesteś jedną z nielicznych osób z taką siłą psychiczną, z jakimi miałam przyjemność rozmawiać. Masz we mnie wsparcie we wszystkim — dodaję. — Kupię nam bransoletki z cukierków i naszyjniki do kompletu, jak to robiłam w przedszkolu. Nie, tak całkowicie serio, to chcę, żebyś wiedział, że mam cię za przyjaciela i pod żadnym pozorem masz nie bać się rozmowy, bo zawsze cię wysłucham, bo ty druha we mnie masz — nucę, uśmiechając się lekko.
— Nie chcę naciskać. Nie lubię naciskać — mówię, stukając kciukiem o kolano. — Tylko… jakbyś nie miał nic przeciwko, chciałabym wiedzieć więcej. Jeżeli to ma sprawić, że poczujesz się jakoś gorzej, pewnie, możemy zmienić temat. Nie mu…
— W porządku — przerywa mi, a kąciki wąskich ust unoszą się w dobrze znanym geście. — Miałem dobre dzieciństwo. No dobrze, może też nie do końca, ale takie wrażenie próbowałem wywołać. Jasne, byli tacy, którzy woleli złośliwość, ale starałem się być… jak wszyscy inni, o. I właściwie szło mi dobrze. Jednak w naszej dwuosobowej rodzinie niezbyt dobrze było z pieniędzmi. Tata, jak mówiłem wcześniej, popadł w uzależnienie. Nie tylko od alkoholu, od papierosów też — mówi, a jego głos sprawia wrażenie totalnie wypranego z emocji. Albo jest ich tak wiele, że nie potrafię tego rozgryźć. — Zmarł na raka płuc, gdy miałem dziewiętnaście lat. I wtedy zaczęła się cała przygoda, wylądowałem na ulicy. Jak pewnie wiesz, bezdomni okraszani są najróżniejszymi wyzwiskami.. Złodzieje, pijacy, ćpuni. Ja też miałem swój własny pseudonim, syn tego pijaka i złodzieja. Nauczyłem się radzić sobie bez okradania, bez brutalności. Nie wiem, czy się zdziwisz, ale nawet tu, na ulicy, panują jakieś przeklęte prawa i hierarchie.
Kiwam głową, analizując każde jego słowo. Kto by pomyślał, że jedna osoba zmieni moje nastawienie do bezdomnych w kilka dni? Ano, na pewno nie ja. Zawsze myślałam o nich jak o właśnie pijakach, jak o uzależnionych i… nie oszukujmy się, zdecydowana ich część to właśnie takie osoby. Tylko nigdy nie zastanawiałam się, dlaczego tak, a nie inaczej. Po prostu pozostawali tymi alkoholikami i złodziejami. Niejednokrotnie próbowałam się przemóc, ale nie dawałam rady. A teraz wysłuchuję opowieści Theo, przez którą moje serce automatycznie rozpada się na milion małych kawałeczków. Boże, co on przeżywał, to musiało być piekło. Najlepsze jest to, że nikt mu nie pomógł. Właściwie to nikt nie pomagał nikomu — ani jemu, ani jego kolegom. Wszyscy myślą tak samo.
— Avenley River zdecydowanie nie jest miastem, które Robin Hood odwiedziłby chętnie. Tutaj bogaci prędzej wydłubią mu oczy i wypatroszą, jeżeli tylko avar zniknie z ich kieszeni — mruczę, nawiązując do baśni. — Przepraszam, to denne porównanie. Jestem mistrzynią idiotycznych porównań. — Przysuwam się do niego, opierając głowę na ramieniu Theo. — Ile ty masz lat, Theo?
— Dwadzieścia… cztery — odpiera.
— Pięć lat. — Szybka matematyka. — Nawet nie wiesz, jak bardzo cię podziwiam. Przysięgam, że jesteś jedną z nielicznych osób z taką siłą psychiczną, z jakimi miałam przyjemność rozmawiać. Masz we mnie wsparcie we wszystkim — dodaję. — Kupię nam bransoletki z cukierków i naszyjniki do kompletu, jak to robiłam w przedszkolu. Nie, tak całkowicie serio, to chcę, żebyś wiedział, że mam cię za przyjaciela i pod żadnym pozorem masz nie bać się rozmowy, bo zawsze cię wysłucham, bo ty druha we mnie masz — nucę, uśmiechając się lekko.
THEO?
Od Theo C.D Louise
Ja wbrew pozorom uważnie słucham swojej rudowłosej koleżanki. Problemy z chłopakiem też nie umykają mojej trosce, przez co natychmiast zamykam się w swoim świecie, byleby wymyślić sposób, dla którego na jej ustach znów wyrośnie uśmiech. Wspomnienia, które mi wyznała, wziąłem za dosyć miłe, ale przecież mogą być także bolesne — skłonne wywoływać cierpienie związane z tymi małymi elementami w pamięci, które kiedyś były wszystkim, a teraz, w otchłani konfliktów, są jedynie marzeniami. Marzeniami, do jakich chce się powrócić, ale wszystko dookoła rujnuje się niczym lekki domek z kart.
Patrzę na dziewczynę, zauważając płytko skrywane znerwicowanie. Sam już monolog zdaje się mówić mi o jej stanie psychicznym, choć nie ukrywam, że często zdarza jej się mówić nieprzerwanie paręnaście sekund. Wtedy i mnie to bawi, i frustruje, bo chcę zapamiętać absolutnie wszystko, co ma mi do powiedzenia, i cieszy równocześnie. Jej ofertę wyjścia rozpatruję natychmiastowo, czego efektem jest szybkie skinięcie głowy.
- Jasne, jeśli tylko czujesz, że możesz odłożyć przyjście do domu. Znaczy, ja po prostu z wielką chęcią gdzieś z tobą pójdę — mruczę, dalej uśmiechnięty od ucha do ucha. — Ale najpierw poproszę cię o parę oddechów, bo wbrew pozorom to bardzo ważna czynność życiowa. — Lustruję ją troskliwym spojrzeniem, kiedy dostrzegam, że faktycznie źle z nią.
W odpowiedzi Louise zamyka na moment oczy, chwyci głęboki oddech i wypuszcza go razem z parą. Po chwili mogłem już widzieć brązowe spojrzenie wypełnione emocjami.
- Czego się obawiasz? — pytam.
- Po prostu Noah jest zły — oznajmia mi z westchnieniem.
Sprzedam jej za moment najświętszą prawdę. Być może dziewczyna zdaje sobie z tego sprawę.
- Nie pierwszy raz i nie ostatni. — Wzruszam ramionami i zaczynam z rudowłosą bezwiednie kierować się mokrym od topiącego się śniegu chodnikiem. — Ty też jeszcze pewnie będziesz na niego zła, będziecie się przepraszać, ale jeśli się kochacie, a zdaje mi się, że tak, to nie martw się zbytnio.
Czuję tylko, jak Lou mnie słucha, jednakże po dłuższej chwili nie otrzymuję na to odpowiedzi i zajmuję swoją głowę myśleniem nad tym, gdzie możemy pójść. Przecież o siedemnastej panowała już taka ciemność, a sam Bóg wie, do jakiego minusa dobije temperatura za jakiś czas.
- Pokażę ci coś — mówię szybko, zupełnie tak, jakbym dostał olśnienia. — Ale najpierw przekąski. Co lubisz jeść? — Ciągnę ją za nadgarstek do najbliższego sklepu spożywczego. — Rogaliki? Chyba ci się przejadły. Chipsy? Gorsze śmieci niż te, co znajduję w kątach ruin. To może słodycze? Poprawiają chyba humor.
- Słodycze to jest to. — Słyszę jej aprobatę, na co szeroko się uśmiecham.
- Cudownie. — Parskam śmiechem.
Oboje wchodzimy do sklepu spożywczego. Przeszukiwanie jedynej, choć dosyć szerokiej półki z łakociami zajmuje nam niespełna pięć minut. Na rękach Lou znaleźć mogę pianki, żelki i jakąś paczkę czekoladowych ciasteczek, z kolei ja korzystam z zaledwie ośmiu avarów, gromadząc dwa batoniki i spore lody waniliowo-czekoladowe. Przy ladzie stoją patyczki, bo łyżek pojedynczo nie sprzedawali, a to ci dopiero.
Znajdujemy się już poza sklepem.
- Theo, ale gdzie my z tym idziemy? — Zwraca uwagę na siatki z zakupami, które jej odbieram.
- Zobaczysz. — Rzucam uśmieszkiem.
Przez następne dziesięć minut idziemy szybszym marszem, Louise nadal nie ma pojęcia, dokąd zmierza, ale nie zatrzymuje się. Chyba mi ufa. Naprawdę ufa. W końcu budynki centrum miasta chowają się za nami, a pod czystym, wieczornym niebem, tuż naprzeciw, zauważamy szeroką polanę ogołoconą z pięknych zieloności. Prowadzę Lou do małej szopy — buduje ją wyłącznie cztery, drewniane ściany, odrobinę spróchniałe, ale ewidentnie zdające egzamin. Gdy wchodzimy do wewnątrz, w suficie widnieje spora wyrwa, przez którą właśnie widać wdrapujący się na niebo księżyc. Jedynym źródłem światła, jakie tutaj pada, to jego jasne promienie, dlatego Lou nie może zobaczyć zielonych, ale i poczerniałych pnączy obrastających ściany przez grube lata.
- Przychodzę tutaj, kiedy mi się nudzi. — Wzruszam ramionami. — Nie będę owijał tego wzruszającą historyjką. Mógłbym tu spać, ale na dłuższą metę jest za zimno. — Śmieje się cicho i zostawiam siatki na nieco podziurawionym, suchym kocu.
- Te miejsce musi być piękne wiosną. Albo latem. — Rozgląda się w zaciekawieniu, powoli siadając gdzieś w centrum koca, tuż obok siatki słodyczy.
- Jest. — Posyłam jej uśmiech. - To dobre miejsce do popełnienia przestępstwa, nie? — pytam swobodnie, przez co rozbawiam samego siebie.
- Co?
- Co?
Parskamy tłumionym śmiechem, a Lou, całe szczęście zbywając żart, zaczyna wyjmować ciasteczka. Ja wziąłem się za śmietankowe lody. Odpakowałem je i podałem dziewczynie jeden patyczek.
- Ale nie przezięb się, bo będę miał przechlapane u Noah — żartuję, choć w duszy drżę z obaw.
- Będzie dobrze — mówi optymistycznie i zaczyna pierwsze ciastko.
Wzdycham cicho i zjadam pierwszą partię lodów, które łagodnie chłodzą mi gardło.
- Pamiętasz, jak mówiłem, że nie będę owijał tego miejsca wzruszającą historyjką? — Patrzę na nią, w jej oczy wpada właśnie jasny blask promieni księżyca. Zbiera mi się na wyznania. Może po prostu jej ufam i powiedzenie różnych rzeczy wcale nie okazuje się takie trudne.
- Pamiętam.
- Jak tata jeszcze żył, chodziliśmy tu razem — przemawiam wręcz teatralnym głosem, dlatego rudowłosa może z łatwością wziąć to za żart. Uśmiecha się z rozbawieniem. — Nie, ja mówię poważnie. Kiedy nie był jeszcze alkoholikiem, wszystko wydawało się takie proste. — Posyłam jej uśmiech, potem wgapiam się w nagi księżyc wiszący na nieokrytym żadnymi gwiazdami niebie.
Lou?
Ty moja bfff...
8 lut 2019
Od Louise cd. Theo
— Nie — prycham. — Wszystko trafi do szefowej i cię wyleje, bo obsypałeś mnie JEJ mąką za JEJ ciężkie pieniądze. Albo i nie, bo to nie jej mąka, a ona wiele nie robi. Właściwie to nie robi nic — dodaję, śmiejąc się cicho. — Tak na marginesie, od pół roku mamy zepsutą maszynę do lodów i posługujemy się zamrażarką, bo komuś nie chce się ruszyć tyłka i zamówić, no nie wiem, kogokolwiek…
Z racji, iż przez cały ten czas byłam odwrócona do Theo, nawet nie zauważam, że właśnie na kogoś wpadam. Ten ktoś przewraca się, a ja runę na ziemię już kilka sekund później. Po krótkim masowaniu głowy i zniknięciu czarnej plamy sprzed oczu zauważam, kim była ta osoba.
— Powtórzyłabyś, czym pochwaliłaś się przed kolegą? — pyta, nie szczędząc złośliwości. — Chyba, że ja mogę to zrobić w gabinecie u Venice…
Boże, dlaczego ona zachowuje się jak dzieciak skarżący na wszystko, co się rusza?
— Zajmij się swoją pracą — odpieram, kątem oka spoglądając na Theo. — No chodź, Theo, musimy wrócić na kasę.
I odchodzimy, olewając złośliwe uwagi padające z ust dziewczyny.
Przy ladzie czeka na nas przepracowana dziewczyna, która, na całe szczęście, wybacza nam naszą małą nieobecność i nawet nie pyta o resztki mąki na naszych włosach i ubraniach. Na całe szczęście tamten klient już wyszedł, podobnie jak inni, którzy obecni byli przy tamtej aferze. Reszta zmiany idzie raczej dobrze, więc żadne z nas nie ma żadnych problemów, choć co kilka chwil spoglądam w jego stronę, aby upewnić się, że wszystko jest dobrze. I chyba jest, bo zawsze albo posyła mi uśmiech, albo mruga znacząco. Na koniec dnia pokazuję mu naszą rutynę. Ku mojemu zadowoleniu, zdążył poznać niektóre dziewczyny, więc teraz żegna się z każdą charakterystycznym machnięciem. Jedyna Gabriella patrzy na niego spod byka, jakby szykując się do ataku. Gdy rozwiera usta, do kuchni wchodzi Venice, w jednej dłoni trzymając stos papierów, drugą zajmują inne kartki, zaś telefon podtrzymuje sobie ramieniem, powtarzając coś w rodzaju “Nie, nie, nie, ale nie, naprawdę nie, tak, ale to tak, dobra, rozumiem, jutro?, pojutrze?, dobrze, dziękuję, chwila moment, dlaczego tak?” i tak dalej. W końcu rozłącza się, wpatrując się w nas w milczeniu.
— Właściwie to nie wiem, od czego zacząć, bo mam dla was dwie wiadomości. Dobrą i taką… średnio dobrą, zależy, jak kto to odbiera i czy jest jakoś nerwowy. — Odkłada wszystkie papiery na szafkę obok, nie zauważając nawet, że jest brudna. Ktoś z tyłu chichocze. — Po pierwsze, to… och, cholera! — Podnosi dokumenty, potrząsając nimi delikatnie. — Mniejsza z tym, mam kilka kopii. Kontynuując, po pierwsze, dostaniemy nowe sprzęty od szefostwa tego wyższego. To znaczy, do kawy, do lodu przede wszystkim, hm… — przerywa, kątem oka patrząc na kartki — ...i coś tam jeszcze. Znacie zmiany w zespole, Muffin musiała odejść, więc Gabrielle od dziś pełni jej fukcję, a Renee jest naszą baristką. Z racji, że na takich zasadach miejsce na kasie jest, a właściwie było wolne, podjęłam decyzję o zatrudnieniu nowego pracownika. Na pewno zdążyłyście poznać Theo, mam nadzieję, że wywarł na was tak takie wrażenie, jak na mnie. Przejdźmy do drugiej kwestii. Wyszła taka sytuacja, że niedługo przybywa do nas wizytacja. Sama nie wiem dokładnie, kim są ci wizytatorzy, ale to ponoć ważne osobistości i mamy dać z siebie wszystko. Na dodatek bardzo się opłaca, bo wszyscy dostaniemy premie, jeżeli tamci wyjdą zadowoleni. Skład zespołu i miejsca pracy oczywiście nie ulegną zmianie na ten czas, wszystko będzie tak, jak dziś — informuje. — Błagam, pokażmy się od najlepszej strony. Zero komplikacji, zero wpadek i czysty profesjonalizm, cukiereczki. Dobra, przepraszam, że zajęłam wam czas i zapewne niektórzy właśnie spóźniają się na autobus, ale musiałam wam powiedzieć. Ach, i ta cała wizytacja odbędzie się dokładnie w piątek koło piętnastej. Z racji, że to na załamaniu dwóch zmian, wszyscy pracujecie od ósmej do momentu, gdy wizytatorzy opuszczą lokal. Przykro mi, takie zasady są narzucone z góry, a niezbyt przyjemnie będzie, gdy nagle wszyscy zaczną się wymieniać. Nie martwcie się, za swój cenny czas dostaniecie trochę pieniędzy.
Cała nasza grupa salutuje, choć wcale nie cieszę się z ów wizytacji i myślę, że podobne odczucia mają inni współpracownicy. Wizja pracy do tej godziny przyprawia mnie o mdłości.
Z lokalu wychodzimy o piątej.
— W tej oto kawiarni postawiłam kawę Noah — wspominam, wskazując na budynek, z którego właśnie wychodzimy. — Jakie to było niezdrowo romantyczne, czuję, że zaraz zwymiotuję. A phi!, wtedy nawet nie wiedziałam, że będziemy razem. Nawet upiekłam mu cholernie niedobre rogaliki, a ta kawa była chyba na przeprosiny, ale nie pamiętam do końca, to było taaak dawno. Oho… — Wzdycham, czując wibracje w kieszeni. — O wilku mowa. — Przepraszam Theo cicho i odbieram, relacjonując mu całą sytuację. Nieco gniewa się za to, że wciąż mnie nie ma, bo dzisiaj umówiliśmy się, a ja tylko przepraszam i mówię, że sprawy potoczyły się osobliwie, więc musimy zrezygnować. Czuję, że jest zły, ale nic nie mówi i po prostu rozłączamy się w ciszy. Próbuję połączyć się z nim jeszcze kilkukrotnie, ale w końcu poddaję się, patrząc na kolegę smutnym wzrokiem. — Czasami go nie rozumiem. Tak, jest świetnym chłopakiem, ale to… to Noah. Dobra, dobra, już cię nie zanudzam, po prostu źle się czuję — wyjaśniam. — Masz ochotę gdzieś wyskoczyć? Może nie na kawę, bo Venice zdenerwuje się, że wybieramy inne kawiarnie. Sugeruję… szczerze mówiąc, nie wiem co. Ale jeżeli się zgodzisz, coś wymyślimy.
Z racji, iż przez cały ten czas byłam odwrócona do Theo, nawet nie zauważam, że właśnie na kogoś wpadam. Ten ktoś przewraca się, a ja runę na ziemię już kilka sekund później. Po krótkim masowaniu głowy i zniknięciu czarnej plamy sprzed oczu zauważam, kim była ta osoba.
— Powtórzyłabyś, czym pochwaliłaś się przed kolegą? — pyta, nie szczędząc złośliwości. — Chyba, że ja mogę to zrobić w gabinecie u Venice…
Boże, dlaczego ona zachowuje się jak dzieciak skarżący na wszystko, co się rusza?
— Zajmij się swoją pracą — odpieram, kątem oka spoglądając na Theo. — No chodź, Theo, musimy wrócić na kasę.
I odchodzimy, olewając złośliwe uwagi padające z ust dziewczyny.
Przy ladzie czeka na nas przepracowana dziewczyna, która, na całe szczęście, wybacza nam naszą małą nieobecność i nawet nie pyta o resztki mąki na naszych włosach i ubraniach. Na całe szczęście tamten klient już wyszedł, podobnie jak inni, którzy obecni byli przy tamtej aferze. Reszta zmiany idzie raczej dobrze, więc żadne z nas nie ma żadnych problemów, choć co kilka chwil spoglądam w jego stronę, aby upewnić się, że wszystko jest dobrze. I chyba jest, bo zawsze albo posyła mi uśmiech, albo mruga znacząco. Na koniec dnia pokazuję mu naszą rutynę. Ku mojemu zadowoleniu, zdążył poznać niektóre dziewczyny, więc teraz żegna się z każdą charakterystycznym machnięciem. Jedyna Gabriella patrzy na niego spod byka, jakby szykując się do ataku. Gdy rozwiera usta, do kuchni wchodzi Venice, w jednej dłoni trzymając stos papierów, drugą zajmują inne kartki, zaś telefon podtrzymuje sobie ramieniem, powtarzając coś w rodzaju “Nie, nie, nie, ale nie, naprawdę nie, tak, ale to tak, dobra, rozumiem, jutro?, pojutrze?, dobrze, dziękuję, chwila moment, dlaczego tak?” i tak dalej. W końcu rozłącza się, wpatrując się w nas w milczeniu.
— Właściwie to nie wiem, od czego zacząć, bo mam dla was dwie wiadomości. Dobrą i taką… średnio dobrą, zależy, jak kto to odbiera i czy jest jakoś nerwowy. — Odkłada wszystkie papiery na szafkę obok, nie zauważając nawet, że jest brudna. Ktoś z tyłu chichocze. — Po pierwsze, to… och, cholera! — Podnosi dokumenty, potrząsając nimi delikatnie. — Mniejsza z tym, mam kilka kopii. Kontynuując, po pierwsze, dostaniemy nowe sprzęty od szefostwa tego wyższego. To znaczy, do kawy, do lodu przede wszystkim, hm… — przerywa, kątem oka patrząc na kartki — ...i coś tam jeszcze. Znacie zmiany w zespole, Muffin musiała odejść, więc Gabrielle od dziś pełni jej fukcję, a Renee jest naszą baristką. Z racji, że na takich zasadach miejsce na kasie jest, a właściwie było wolne, podjęłam decyzję o zatrudnieniu nowego pracownika. Na pewno zdążyłyście poznać Theo, mam nadzieję, że wywarł na was tak takie wrażenie, jak na mnie. Przejdźmy do drugiej kwestii. Wyszła taka sytuacja, że niedługo przybywa do nas wizytacja. Sama nie wiem dokładnie, kim są ci wizytatorzy, ale to ponoć ważne osobistości i mamy dać z siebie wszystko. Na dodatek bardzo się opłaca, bo wszyscy dostaniemy premie, jeżeli tamci wyjdą zadowoleni. Skład zespołu i miejsca pracy oczywiście nie ulegną zmianie na ten czas, wszystko będzie tak, jak dziś — informuje. — Błagam, pokażmy się od najlepszej strony. Zero komplikacji, zero wpadek i czysty profesjonalizm, cukiereczki. Dobra, przepraszam, że zajęłam wam czas i zapewne niektórzy właśnie spóźniają się na autobus, ale musiałam wam powiedzieć. Ach, i ta cała wizytacja odbędzie się dokładnie w piątek koło piętnastej. Z racji, że to na załamaniu dwóch zmian, wszyscy pracujecie od ósmej do momentu, gdy wizytatorzy opuszczą lokal. Przykro mi, takie zasady są narzucone z góry, a niezbyt przyjemnie będzie, gdy nagle wszyscy zaczną się wymieniać. Nie martwcie się, za swój cenny czas dostaniecie trochę pieniędzy.
Cała nasza grupa salutuje, choć wcale nie cieszę się z ów wizytacji i myślę, że podobne odczucia mają inni współpracownicy. Wizja pracy do tej godziny przyprawia mnie o mdłości.
Z lokalu wychodzimy o piątej.
— W tej oto kawiarni postawiłam kawę Noah — wspominam, wskazując na budynek, z którego właśnie wychodzimy. — Jakie to było niezdrowo romantyczne, czuję, że zaraz zwymiotuję. A phi!, wtedy nawet nie wiedziałam, że będziemy razem. Nawet upiekłam mu cholernie niedobre rogaliki, a ta kawa była chyba na przeprosiny, ale nie pamiętam do końca, to było taaak dawno. Oho… — Wzdycham, czując wibracje w kieszeni. — O wilku mowa. — Przepraszam Theo cicho i odbieram, relacjonując mu całą sytuację. Nieco gniewa się za to, że wciąż mnie nie ma, bo dzisiaj umówiliśmy się, a ja tylko przepraszam i mówię, że sprawy potoczyły się osobliwie, więc musimy zrezygnować. Czuję, że jest zły, ale nic nie mówi i po prostu rozłączamy się w ciszy. Próbuję połączyć się z nim jeszcze kilkukrotnie, ale w końcu poddaję się, patrząc na kolegę smutnym wzrokiem. — Czasami go nie rozumiem. Tak, jest świetnym chłopakiem, ale to… to Noah. Dobra, dobra, już cię nie zanudzam, po prostu źle się czuję — wyjaśniam. — Masz ochotę gdzieś wyskoczyć? Może nie na kawę, bo Venice zdenerwuje się, że wybieramy inne kawiarnie. Sugeruję… szczerze mówiąc, nie wiem co. Ale jeżeli się zgodzisz, coś wymyślimy.
THEO?
4 lut 2019
Od Theo C.D Louise
Całe moje pozytywne nastawienie wyżera pustka. Zajście próbuję wyprzeć uspokajającymi myślami. Po cichu wmawiam sobie, że jeden klient to nic. Że zdarzają się różne przypadki, nie wszyscy zawsze są zadowoleni z usług. Owszem, pojedyncze osoby przemykają się przez moje doświadczenie zawodowe, ale jakżeby tu być pozytywnie myślącym człowiekiem, gdy takie sytuacje powtarzają się tak często, jak prędko zmieniam swoją posadę? Opieram się rękoma o blat i biorę głęboki, zasilający porządnie płuca oddech. Wszystko jest dobrze i się rozluźniam, dopóki nie uderza we mnie znajomy głos rudowłosej, której tak naprawdę zawdzięczam stanowisko. I przecież nie jej wina, że klient postanowił naskarżyć, ba, w życiu bym jej za to nie obwinił.
- Przeważnie tak jest — mówię, zanim Louise robi cokolwiek. Ręce uniesione w geście poddania zdradzają moją bezradność, z którą nawet nie próbuję walczyć.
- Przeważnie? — pyta, siadając na przeciwnym blacie. — Mogłeś mi nie mówić, nie ciągnęłabym cię tutaj. Zrozumiałabym.
- To nie twoja wina — kontynuuję łagodnym głosem. — Muszę próbować dalej. Więcej. Chcę pokazać, że jestem w stanie utrzymać się na głupiej posadzie więcej niż dwie feralne godziny. — Mój głos zyskuje na mocy. Nie hamuję tego, co sprawia, że na twarz rudowłosej wkrada się skrzywienie. Korzystam z okazji i zaciągam się krótko kuchenną wonią, na jaką składa się dziesiątki słodkich zapachów.
- Przeważnie tak jest — mówię, zanim Louise robi cokolwiek. Ręce uniesione w geście poddania zdradzają moją bezradność, z którą nawet nie próbuję walczyć.
- Przeważnie? — pyta, siadając na przeciwnym blacie. — Mogłeś mi nie mówić, nie ciągnęłabym cię tutaj. Zrozumiałabym.
- To nie twoja wina — kontynuuję łagodnym głosem. — Muszę próbować dalej. Więcej. Chcę pokazać, że jestem w stanie utrzymać się na głupiej posadzie więcej niż dwie feralne godziny. — Mój głos zyskuje na mocy. Nie hamuję tego, co sprawia, że na twarz rudowłosej wkrada się skrzywienie. Korzystam z okazji i zaciągam się krótko kuchenną wonią, na jaką składa się dziesiątki słodkich zapachów.
1 lut 2019
Od Louise cd. Theo
Mierzę Theo nieufnym spojrzeniem i próbuję przeanalizować słowa, które wypowiedział przed chwilą. Chce, bym go uderzyła? Tak totalnie znikąd, w policzek, z liścia? Mrużę oczy i w dalszym ciągu nie spuszczam wzroku z unoszących się kącików ust. Mój uśmiech w jednej chwili zamienia się w wyraźny grymas.
— Mam cię u d e r z y ć? — akcentuję ostatnie słowo, wyraźnie dając mu do zrozumienia, że to absurdalny pomysł. — Ale Theo!
Kręci głową i znów macha ręką.
— Masz rację. — Kładzie mi ją na ramieniu, ale po chwili ta cofa się, zaszywając się gdzieś w kieszeni. — Nie tutaj, przy klientach.
Wzdycham jeszcze raz, wahając się kilka chwil. Koniec końców wymierzam solidny cios w ten zarośnięty policzek i uśmiecham się jak najszczerzej. Pomimo, że dłoń pulsuje niemiłosiernie, na dodatek piecze jak diabli, jestem z siebie całkiem zadowolona i zapominam o tym, iż wcześniej nie byłam pewna, czy to aby na pewno dobra decyzja. Znajomy wyraźnie ucieszył się, że zdecydowałam się przystać na jego prośbie. W końcu ruszamy się z miejsca i idziemy do szefowej, by przedstawić jej osobę Theo i wbić do głowy, że to świetny pretendent na tę posadę.
— Theo to mój znajomy z dawnych lat. — Patrzę na niego z ukosa, na jego twarzy maluje się zdziwienie, ale nie protestuje. — Ogólnie to… z gotowaniem mu średnio po drodze, z pieczeniem też, ale umie liczyć albo podawać jedzenie. Mogę mu pomagać przez jakiś czas, później sam dojdzie do wprawy — oferuję swoją pomoc, by zdobyć punkty u szefowej. Nie, tak na dobrą sprawę to po prostu chcę, by go przyjęła. — Nie pożałujesz… nie pożałuje pani.
Sama nie wiem, czy w tej chwili to ona czy Theo trąca moją nogę, ale czuję nieprzyjemne łaskotanie pod podeszwą. Jak się okazuje, była to Vince, która szybko cofa ją, gdy tylko orientuje się, co robi. Posyła mi lekki uśmiech niemal ukryty pod burzą loków i znów wraca do papierkowej pracy, nucąc coś pod nosem. Szczerze nienawidzę takich momentów, bo raz, są stresujące, dwa, wydaje się, że ma nas totalnie gdzieś.
— Osiem godzin przez cztery dni w tygodniu — mruczy, przesuwając piórem po cieniutkiej kartce papieru. — Umowa na trzy miesiące. Skoro tak cię poleca… zaryzykuję. Ale jeszcze nie teraz. — Unosi wzrok znad bieli i wlepia go w nas. — Dzisiaj masz dzień próbny, Louise pokaże ci to i owo, nauczysz się. Na miejsce Molly przejdzie Gabriella, funkcję baristki pełnić będzie Renee, a ty… kelner, skoro tak bardzo chce twoja koleżanka — decyduje. — Wróć! Kasjer brzmi lepiej. Lou, ty nie zmieniasz pozycji. Świetnie, pięknie…
Po kolejnych piętnastu minutach wychodzimy z gabinetu. W oczach kolegi dostrzegam radosne iskry.
— Nawet nie pytaj — chichoczę cicho. — Tak wygląda każda rozmowa kwalifikacyjna. Nawet alkoholika by przyjęła, bo jest zbyt zajęta, by wyczuć jego zapach — kwituję w ten sposób charakter młodej Vince. — Zresztą, co się dziwić, ma niecałe trzydzieści lat i całą kawiarnię do ogarnięcia. A teraz chodź, bo nasza nowa baristka zaraz się wścieknie, że musi zajmować się naszą robotą.
Wyjaśniam pokrótce działanie kasy i gdy jestem pewna, że Theo nie zagubi się w tym wszystkim, odchodzę na kilka kroków do swojego stanowiska — szklanej wystawy z rogalami, ciastami, ciasteczkami i lodami.
— Poradzisz sobie — mruczę przez ramię.
Jego pierwsi klienci byli wyrozumiali i nie mieli problemu z zauważeniem plakietki “jeszcze się uczę”, jak to było w moim przypadku. Niektórzy nawet uciszali tych, dla których nieco dłuższa kolejka była problemem. Mężczyzna zauważał to.
Ale sielankę przerywa okrzyk jednego faceta.
— Fuj, jak tu śmierdzi! Wyprowadźcie tego popaprańca — żąda, wskazując wolną ręką na… Theo.
Śmierdzi?
Śmierdzi?
Gdyby faktycznie było czuć jakiś nieprzyjemny zapach, Vince nie przyjęłaby go (z tym alkoholikiem to był… żart). Nie stałby tu już drugą godzinę. Sama nie wiem, co on teraz sobie myśli, ale prosi mnie o zastąpienie i udaje się w głąb kuchni. Przerzucam obowiązek na Renee, która już przekrzykuje się z niekulturalnym klientem i prosi o opuszczenie lokalu. Mknę za nim, dopóki nie zatrzymuje się i opiera o szafki.
— Przeważnie tak jest — przyznaje i unosi dłonie w geście poddania.
Nie spodziewałam się takiej odpowiedzi.
Próbował?
Boże, przecież musiał próbować.
— Przeważnie? — pytam, siadając na przeciwnym blacie. — Mogłeś mi nie mówić, nie ciągnęłabym cię tutaj. Zrozumiałabym.
— Mam cię u d e r z y ć? — akcentuję ostatnie słowo, wyraźnie dając mu do zrozumienia, że to absurdalny pomysł. — Ale Theo!
Kręci głową i znów macha ręką.
— Masz rację. — Kładzie mi ją na ramieniu, ale po chwili ta cofa się, zaszywając się gdzieś w kieszeni. — Nie tutaj, przy klientach.
Wzdycham jeszcze raz, wahając się kilka chwil. Koniec końców wymierzam solidny cios w ten zarośnięty policzek i uśmiecham się jak najszczerzej. Pomimo, że dłoń pulsuje niemiłosiernie, na dodatek piecze jak diabli, jestem z siebie całkiem zadowolona i zapominam o tym, iż wcześniej nie byłam pewna, czy to aby na pewno dobra decyzja. Znajomy wyraźnie ucieszył się, że zdecydowałam się przystać na jego prośbie. W końcu ruszamy się z miejsca i idziemy do szefowej, by przedstawić jej osobę Theo i wbić do głowy, że to świetny pretendent na tę posadę.
— Theo to mój znajomy z dawnych lat. — Patrzę na niego z ukosa, na jego twarzy maluje się zdziwienie, ale nie protestuje. — Ogólnie to… z gotowaniem mu średnio po drodze, z pieczeniem też, ale umie liczyć albo podawać jedzenie. Mogę mu pomagać przez jakiś czas, później sam dojdzie do wprawy — oferuję swoją pomoc, by zdobyć punkty u szefowej. Nie, tak na dobrą sprawę to po prostu chcę, by go przyjęła. — Nie pożałujesz… nie pożałuje pani.
Sama nie wiem, czy w tej chwili to ona czy Theo trąca moją nogę, ale czuję nieprzyjemne łaskotanie pod podeszwą. Jak się okazuje, była to Vince, która szybko cofa ją, gdy tylko orientuje się, co robi. Posyła mi lekki uśmiech niemal ukryty pod burzą loków i znów wraca do papierkowej pracy, nucąc coś pod nosem. Szczerze nienawidzę takich momentów, bo raz, są stresujące, dwa, wydaje się, że ma nas totalnie gdzieś.
— Osiem godzin przez cztery dni w tygodniu — mruczy, przesuwając piórem po cieniutkiej kartce papieru. — Umowa na trzy miesiące. Skoro tak cię poleca… zaryzykuję. Ale jeszcze nie teraz. — Unosi wzrok znad bieli i wlepia go w nas. — Dzisiaj masz dzień próbny, Louise pokaże ci to i owo, nauczysz się. Na miejsce Molly przejdzie Gabriella, funkcję baristki pełnić będzie Renee, a ty… kelner, skoro tak bardzo chce twoja koleżanka — decyduje. — Wróć! Kasjer brzmi lepiej. Lou, ty nie zmieniasz pozycji. Świetnie, pięknie…
Po kolejnych piętnastu minutach wychodzimy z gabinetu. W oczach kolegi dostrzegam radosne iskry.
— Nawet nie pytaj — chichoczę cicho. — Tak wygląda każda rozmowa kwalifikacyjna. Nawet alkoholika by przyjęła, bo jest zbyt zajęta, by wyczuć jego zapach — kwituję w ten sposób charakter młodej Vince. — Zresztą, co się dziwić, ma niecałe trzydzieści lat i całą kawiarnię do ogarnięcia. A teraz chodź, bo nasza nowa baristka zaraz się wścieknie, że musi zajmować się naszą robotą.
Wyjaśniam pokrótce działanie kasy i gdy jestem pewna, że Theo nie zagubi się w tym wszystkim, odchodzę na kilka kroków do swojego stanowiska — szklanej wystawy z rogalami, ciastami, ciasteczkami i lodami.
— Poradzisz sobie — mruczę przez ramię.
Jego pierwsi klienci byli wyrozumiali i nie mieli problemu z zauważeniem plakietki “jeszcze się uczę”, jak to było w moim przypadku. Niektórzy nawet uciszali tych, dla których nieco dłuższa kolejka była problemem. Mężczyzna zauważał to.
Ale sielankę przerywa okrzyk jednego faceta.
— Fuj, jak tu śmierdzi! Wyprowadźcie tego popaprańca — żąda, wskazując wolną ręką na… Theo.
Śmierdzi?
Śmierdzi?
Gdyby faktycznie było czuć jakiś nieprzyjemny zapach, Vince nie przyjęłaby go (z tym alkoholikiem to był… żart). Nie stałby tu już drugą godzinę. Sama nie wiem, co on teraz sobie myśli, ale prosi mnie o zastąpienie i udaje się w głąb kuchni. Przerzucam obowiązek na Renee, która już przekrzykuje się z niekulturalnym klientem i prosi o opuszczenie lokalu. Mknę za nim, dopóki nie zatrzymuje się i opiera o szafki.
— Przeważnie tak jest — przyznaje i unosi dłonie w geście poddania.
Nie spodziewałam się takiej odpowiedzi.
Próbował?
Boże, przecież musiał próbować.
— Przeważnie? — pytam, siadając na przeciwnym blacie. — Mogłeś mi nie mówić, nie ciągnęłabym cię tutaj. Zrozumiałabym.
THEO?
Subskrybuj:
Posty (Atom)