Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brianne&Cameron. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brianne&Cameron. Pokaż wszystkie posty

24 lip 2020

Od Camerona C.D Brianne (koniec)

Wzrok mam utkwiony w ekranie telewizora, w tej głupiej komedii o parce, która nie potrafi się dogadać i najpewniej sprawiam wrażenie wielce zainteresowanego ich losami – w praktyce moje myśli krążyły wokół widoku obróconego w ruinę mieszkania. Winę za taką kolej rzeczy staram się odsunąć od Brianne; bez względu na to, w jakim stopniu przeszłość Waldorffa przełożyła się na jej dorosłe życie, nikt nie miał prawa działać Bri na przekór tylko z tego względu. Jednocześnie jestem świadomy tego, jak działa niepisane prawo dziedziczenia – jak bankowy dług przechodzi z pokolenia na pokolenie, tak niezamknięte sprawy ciemniejszej strony miasta z rodzica na dziecko i nie wydaje mi się to szczególnie zaskakujące, w końcu na tym opiera się znaczna część filmów gangsterskich, książkowych kryminałów czy… to czas przestać porównywać rzeczywistość do fikcji, Cameron. Jestem tego mistrzem, ale co się dziwić, kiedy za smroda byłem takim piwniczakiem i, z Katy Perry w tle, grałem w gry bite dni.

10 lip 2020

Od Brianne C.D Camerona

Patrzę na zdemolowane mieszkanie Camerona z coraz większym szokiem. Spodziewam się, że zasypie mnie za chwilę masą pytań dotyczących mojego dziwnego zachowania ostatnim wieczorem, ale tak się nie dzieje. Słyszę jego ciężki oddech, stoimy ramię w ramię i po prostu patrzymy na mieszkanie będące w opłakanym stanie. O ile wszystko da się odratować, to tak czy inaczej musi być to miażdżący widok, w końcu Cameron robił wszystko własnymi rękoma. Znaczy, remontował. Wzdycham z żalem, spoglądając kątem oka na jego twarz. Nigdy nie chciałam, aby moje problemy z przeszłości odbiły się na najbliższej mi osobie, kogoś, kogo kocham. Niestety w tej sytuacji jestem całkowicie bezradna, bo jedynym wyjściem z tej sytuacji byłoby całkowite zerwanie kontaktu z Cameronem, a i tak nie wiadomo czy przyniosłoby to oczekiwane skutki. Poza tym, to ostatnie, co chciałabym zrobić. Nie po to tyle przeszliśmy i nie po to się o siebie staraliśmy (na swój sposób, ale jednak), aby tak łatwo odpuścić. 

9 maj 2020

Od Camerona C.D Brianne

– Halo? – Echo mojego głosu wybrzmiewa w słuchawce, za którymś powtórzeniem zniekształcając go, tak jakby po drugiej stronie siedział kosmita. Pieprzony internet. – Brianne?
     Raptem piętnaście minut temu dostałem wiadomość o treści w żaden sposób niepodobnej do którejkolwiek z tych przez nas wymienianych. Serię nagle pojawiającego się na moim ekranie tekstu przerywały – dotyczące zresztą naszej rozmowy, właściwie burzy wiadomości od niej – liczne powiadomienia, których dźwięki odbijały się od ścian pustego pokoju. Piskliwe dźwięczenie w dalszym ciągu drażni moje uszy, więc staram się skupić na nieco cichszych, wydawanych przez głośnik odgłosach łączenia z Brianne. Śledząc ruchy zaszytego w kącie pokoju Isaiah, czekam i odliczam sygnały, żeby po szóstym przekląć pod nosem, ku uciesze miłośniczki wulgaryzmów Raven. Nie odbiera. Zanim naciskam zieloną słuchawkę, jeszcze raz zerkam w naszą rozmowę na portalu społecznościowym, żeby dokładnie wczytać się w treść wiadomości od niej, jakby zawierały jakąś wskazówkę (tak na wszelki wypadek – gdybyśmy byli bohaterami kryminału, tak zapewne bym zrobił). Nieefektywnie. Jasne literki na ciemnym tle tańczą mi przed oczami, kiedy unoszę głowę, dokładając do ucha telefon.

27 kwi 2020

Od Brianne C.D Camerona

     Wiem, że Cameron chce, abym przestała się zamartwiać i wszystko, co robi, jest właśnie po to. Doceniam wszystkie jego starania, nawet te najmniejsze, jednak czarne chmury nie opuszczają mnie do końca dnia. Wręcz przeciwnie - nasilają się nawet następnego. Dużo czasu spędzam nad rozmyślaniem nad wszystkimi tymi dziwnymi sytuacjami, które miały miejsce. Każde kolejne podobne wydarzenie napędza mnie poważnym strachem przed kolejnym dniem, tym bardziej, że mieszkam sama i nie mam wsparcia w nikim innym, jak w Cameronie. Nie jest to coś, nad czym ubolewam, jednak jak wiadomo - zawsze dobrze jest mieć kilka osób, do których można się udać w razie potrzeby. Ja mam (tylko i aż) Camerona i sam jeden Bóg wie, jak bardzo jestem mu wdzięczna za, chociażby, samą jego obecność. Prawdopodobnie już dawno bym oszalała, gdyby nie on.
Ciąg osobliwych wydarzeń, których byłam świadkiem dowodzi, że coś jest na rzeczy i nie jest to jedynie podejrzany zbieg okoliczności, a dużo bym dała, aby właśnie tak było. Na pewno nie czuję się już bezpiecznie we własnym mieszkaniu po tym wszystkim, co się w nim wydarzyło. Co wieczór potrafię kilka razy upewnić się, czy aby na pewno drzwi są zamknięte. Również te od sypialni. Najczęściej śpię z nikłym światłem lampki nocnej dochodzącym zza jej beżowego abażuru, bo mieszkam zbyt wysoko, aby do pokoju docierało światło ulicznych latarni. Mimo to, najczęściej i tak zasypiam w strachu, dusząc w sobie chęć, aby zadzwonić do Camerona, że tu i teraz ma po mnie przyjechać. Nie wiem jak, ale ma. Pomijając fakt niewyspania, na co dzień także dzieją się dość dziwne rzeczy, których mam po dziurki w nosie. Zaczynając od coraz częstszych, choć krótkich zwarć, które za każdym razem wyglądają jak próby zbadania i złamania mechanizmu, który blokuje i chroni wieżowiec, po coraz częstsze sąsiedzkie wizyty.

23 kwi 2020

Od Camerona C.D Brianne

     Panikuje. Ciężki oddech Brianne niesie się echem po przestronnym pomieszczeniu, w jego rytm stuka w powierzchnię stolika ustawionego tuż obok niej. Mimo obiekcji i nuty niepewności towarzyszącej mi przy każdym ruchu, ponad wszystkie inne priorytety na mojej niepisanej liście stawiam zapewnienie bezpieczeństwa nam obojgu.
     Tylko tak nie zwariuje.
     Oddychając równomiernie, opieram się o jasny blat kompletnie intuicyjnie, ponieważ w mieszkaniu cały czas panuje półmrok. Chociaż mamy popołudnie, rolety z niewiadomych nam przyczyn, najpewniej przez błąd zdalnego systemu, opuściły się do połowy okien, tym samym torując światłu dostęp do środka. Poza tym – lada moment zajdzie słońce, więc kwestią czasu jest utkwienie w całkowitej ciemności. Nie wiem, co zadziało się za drzwiami i nie jestem pewien, czy chciałbym się dowiedzieć. Podejście Brianne zgoła różni się od mojego, ale staram się je zrozumieć – ma… taki charakter. Ponadto to jej mieszkanie i ja w każdej chwili mogę z niego wyjść, ona tu zostanie, a kto wie, czy to, co dzieje się w tej nie ma żadnego powiązania z nami. Chciałbym zapewnić ją, że nie ma o co się martwić, jednak jednocześnie wolę zachować resztki racjonalizmu. Coś jest na rzeczy. Tak, do tego już doszedłem.

27 mar 2020

Od Brianne C.D Camerona

     Ostatnie, co przyszłoby mi do głowy to fakt, iż komuś może przeszkadzać mój byt w tym miejscu. I o ile uwierzyłabym w historię, że rzekomo komuś podpadłam zajmując jego miejsce parkingowe pod blokiem, tak niestety nie może być to prawdą, bo nie jeżdżę samochodem. Tak samo nie ma żadnego znaku mojego pobytu tutaj, jestem po prostu mieszkanką jakich pełno, wieżowca, których w Avenley River także jest pełno. Nikt nie miał powodu, aby mi grozić, nękać, czy nachodzić, a mimo wszystko krew w moich żyłach automatycznie stężała, kiedy usłyszałam dzwonek do drzwi. Gorsze w tym było chyba tylko to, że Cameron je otworzył, zachowując się tak lekkomyślnie, jakby przed chwilą wcale nie znalazł podejrzanego listu o nieznanej nam jeszcze treści. Dlaczego ja z nim jestem?

24 mar 2020

Od Camerona C.D Brianne

     Kiedy otwieram oczy, Brianne wciąż śpi. Jej klatka piersiowa periodycznie unosi się, opada, i to, że przyglądam jej się w ten sposób, mogłoby wydawać się nieco niepokojące (w końcu tak samo patrzą na swoje ofiary mordercy, a wszyscy pamiętamy, iż za takiego mnie brała), jednak tak błogi widok przywraca mi swojego rodzaju spokój, szczególnie po tylu dniach niewidzenia Waldorff i tylu dniach spędzonych w towarzystwie dwuletnich poczwar. Dwuletnim poczwarom wydaje się, że tatuś to robot i jest w stanie bezustannie skakać wokół nich, bawić lalkami Raven i chronić farbki przez Isaac. W duchu dziękuję Jane za to, że bierze je chociaż raz w tygodniu. I że żłóbki istnieją, w przeciwnym wypadku musiałbym latorośle brać ze sobą do pracy, co skończyłoby się makabrycznie. Wszyscy jesteśmy zadowoleni, prawda?

21 mar 2020

Od Brianne do Camerona

     Ziewam przeciągle, odsłaniając zasłony. Mój inteligentny dom nie przewidział tylko jednej kwestii, jaką było ręczne zaciąganie ciężkich rolet. W takich okolicznościach co wieczór musiałam prowadzić wewnętrzną bitwę - pozwolić sąsiadowi z wieżowca naprzeciwko, aby podglądał przebierającą się mnie lub walczyć z roletami, aby te bezpiecznie opadły na parapet, nie rozbijając mi przy tym głowy. Rozwiązanie tego problemu było najczęściej różne i kombinowałam na wszelkie sposoby, aby przeżyć (oraz aby moje nagie zdjęcia zrobione z ukrycia nie wędrowały któregoś dnia po internecie).

31 sty 2020

Od Camerona C.D Brianne

     Nie to, że związki są trudne, nie mogę wcielić się w rolę recenzenta relacji międzyludzkich po jednym dniu oficjalnego trzymania się za rękę w miejscu publicznym. To w dalszym ciągu moje pierwsze, poważniejsze, że tak powiem, zbliżenie, i jakkolwiek głupio i naiwnie by to nie brzmiało, to ma znaczenie. Pewne znaczenie. Kontynuując, sam nie wiem, czego oczekiwałem i wciąż nie mam pojęcia, czego oczekuję. Co robi się w związku? Trzyma za ręce? Całuje regularnie? Uprawia seks? Tak, zdecydowanie każdą z wymienionych rzeczy, może nawet jednocześnie. Kiedy byłem młodym, niespecjalnie inteligentnym licealistą, miałem, rzecz jasna, jakieś dziewczyny. Jakieś to słowo-klucz, bo odkąd tylko szkołę średnią opuściłem, wszystkie zebrane nazwiska wyparowały mi z głowy i dotąd nie mogę dojść, czy umawiałem się z Lorie czy Laurą z trzeciej klasy. Miałem starsze, młodsze, w moim wieku, prawdę mówiąc, to wtedy nie grało większej roli. W dodatku wpajałem wszystkim dookoła, że nie jestem prawiczkiem, a mojego życia seksualnego niejeden może pozazdrościć. Z perspektywy czasu brzmi to bardzo zabawnie, bo ten odważny, pewny siebie rudzielec zgubił się wpół drogi, dorósł i odszedł od tych przelotnych relacji, równocześnie stając się małą, nieporadną dziewczynką. Gdzieś w głębi duszy można by było dostrzec przebłyski romantyczności, ale, poważnie, trzeba zmrużyć oczy i się skupić, ponieważ jestem naprawdę, naprawdę beznadziejny w tych sprawach.
     Ale mam dziewczynę, więc muszę wziąć się w garść (co jest trochę przerażające).

27 sty 2020

Od Brianne C.D Camerona

     – Pewnie wyobrażałaś to sobie inaczej, bardziej romantycznie, a zamiast rudego idioty miałaś w głowie obraz przystojnego szatyna z przyciągającym, niebieskim spojrzeniem i zajebiście wypasionym ośmiopakiem... – bierze nienaturalnie długi wdech. – Zostaniesz moją dziewczyną?
    – Nie wiem, czy się tego spodziewałam. I nie wiem, jak to będzie wyglądało, ale to pytanie chyba boli cię fizycznie, więc oszczędzę ci już tego cierpienia – oplatam ramionami jego szyję. – I powiem, że tak.
***
     Wkładam na siebie przylegający, czarny kombinezon na ramiączkach, na szyi zapinam mieniący się naszyjnik, wkładam kolczyki w uszy i ostatni raz przeciągając błyszczkiem usta, wychodzę z łazienki. Standardowo, Cameron siedzi na telefonie, całkowicie rozwalony na fotelu. Wiatr dostający się do pokoju przez otwarte okno rozwiewa mu gęste włosy i patrząc na niego, jestem w stanie powiedzieć, że cieszę się, że go poznałam i nie tylko - cieszę się także z naszej relacji i sytuacji, w jakiej się znajdujemy.

22 sty 2020

Od Camerona C.D Brianne

     Jak w amoku obserwuję wszechobecny rozgardiasz, mimowolnie, z każdym wdechem, dopuszczam do siebie kolejne zapachy, które powodują u mnie niemały skręt żołądka – alkohol, pot, papierosy, jeszcze więcej alkoholu. Jestem po paru drinkach, po shocie, który zaliczyłem z jakimś typem przy barze, a mimo to nie czuję się tragicznie. Prędzej nieswojo, ponieważ siedząca obok mnie Brianne ma zdecydowanie słabszą głowę, a wypiła nie mniej, niż ja. Muzyka dudni mi w uszach, różowo-zielone światła reflektorów, choć skierowane na parkiet, rażą mnie i wywołują dziwne epizody utraty świadomości, nie trwające dłużej, niż ułamek sekundy. Rozglądam się dookoła, przyglądam ludziom, odwzajemniam spojrzenia, kiwnięcia głową (pijanym wydaje się, że mnie znają). Na boku mówię coś do szatynki, jednak mam wrażenie, że tylko kiwa głową, choć mało co rozumie. Swój wzrok skupia na czarnowłosej dziewczynie, która przed momentem posłała mi szeroki uśmiech. Odwzajemniłem go, co prawda, ale tylko przelotnie, ot, jak każdy inny. Zamroczony umysł Brianne odebrał ten sygnał błędnie, ponieważ, gdyby nie to, nie zdecydowałaby się na tak odważny gest. Huczy mi w głowie, jestem niezaprzeczalnie wstawiony bardziej czy mniej, więc nawet nie protestuję, kiedy jednym ruchem wsuwa się na moje kolana i, zwrócona twarzą do mnie, najwyraźniej oczekuje na kolejny gest z mojej strony. Albo i nie, bo kiedy ten nietrzeźwy umysł przyswaja co niektóre informacje, zawczas przesyła informację o zadaniu do wykonania – układam dłonie na jej talii. Mam tę świadomość, iż to co wyprawiamy, jest co najmniej głupie i następnego dnia będziemy tego żałować, ale żadne z nas nie przewiduje czasu przeznaczonego na rozmyślanie i analizowanie każdej potencjalnie możliwej czynności – to się po prostu dzieje, w szybkim tempie, winą procentów we krwi, ale dzieje. Kątem oka zerkam na tamtę dziewczynę, która, o dziwo, przygląda nam się z jeszcze szerszym, kpiącym uśmiechem. Parskam bezgłośnie, delikatnie, niezauważalnie dla Brianne kręcąc głową z politowaniem. Później przenoszę spojrzenie z powrotem na przyjaciółkę, jakiej wyraźnie znudziło się czekanie. Przysuwa swoją twarz do mojej i, nawet nie wiem, kiedy, ale zaczynamy się całować. Wszystkie myśli i poprzednie zawahania odchodzą w pamięć, bo, hej, stało się, a ja mam czyste sumienie, ponieważ to jej wina. Nie, żartuję, w porządku, jeżeli mamy żałować, to oboje. Błądzi dłońmi po mojej szyi, ja z kolei, pochłonięty jej ustami, osuwam dłonie, zatrzymując się na biodrach. W pamięci liczę, który to już raz – trzeci. Instynktownie otwieram oczy, co trwa krócej, niż sekundę i, o dziwo, dostrzegam czarnowłosą żywo zainteresowaną swoim kolegą w ten sam sposób, jaki właśnie praktykuje Brianne. Cholera, jeżeli tak mają wyglądać imprezy, będziemy chodzić na nie codziennie.

Od Brianne C.D Camerona

     Dni mijają nam leniwie. Przyznaję, że jest trochę za gorąco i duszno, tak więc jedyny odpoczynek, jaki rzeczywiście przynosi oczekiwany skutek - czyli rozluźnienie, to przesiadywanie w wodzie, ewentualnie leżenie na plaży w przyjemnym cieniu, jednak ile tak można? Okazuje się, że i to na dłuższą metę jest męczące. Ostatki okresu wyczerpują wszystkie moje siły, te witalne i nie, przez co jedyne, na co mam ochotę, to tkwienie na leżaku i popijanie zimnej oranżady, ale koniec końców i ona sprawia, że ostatecznie chce mi się rzygać. Cameron nie daje mi chwili wytchnienia, tylko ciąga po mieście. A to tu, a to tu, i nie mogę powiedzieć, że mi się nie podoba, ale czuję się przybita z kompletnie niewiadomego mi powodu. Z tej samej racji leżę w dresowych spodenkach i luźnej, poplamionej bluzce, z włosami zebranymi w koka na czubku głowy, jedząc chipsy, kiedy do pokoju wchodzi Cameron. Lustruje mnie wzrokiem, ja lustruję jego i zauważam konkretną różnicę. On wygląda jak z okładki magazynu modowego, a ja tak, jakbym przed chwilą szukała konserw turystycznych w lokalnych śmietniskach. Dlaczego połączenie „Cameron+Brianne” jeszcze funkcjonuje? W pierwszym momencie, kiedy rzuca to swoje „zbieraj się”, patrzę na niego jak na idiotę. Przecież nie planowaliśmy nic na dzisiejszy wieczór, miał być tak samo męczący i przygnębiający, jak każdy wcześniejszy, więc o co może chodzić? Kiedy dorzuca swoje trzy grosze w postaci krótkiego „już”, dochodzę do wniosku, że musi mieć nierówno pod sufitem albo po prostu był za długo na słońcu. Nie daje za wygraną, więc zdezorientowana, ściągam z siebie kołdrę, która przez ten jeden wieczór widziała więcej okruszków z chipsów o smaku cebulki, niż ja przez całe życie. Staję przed nim ze zmarszczonym czołem, zakładając ręce na piersi. Muszę wyglądać na skonsternowaną, ale plama na mojej bluzce, pewnie po soku z pomarańczy skutecznie odciąga moją uwagę.

21 sty 2020

Od Camerona C.D Brianne

     Jako dzieciak nienawidziłem plaży. Nie to, że często na niej bywałem, po prostu, kiedy już zaszła taka konieczność, ograniczałem swój czas na niej do pobytu. O ile pływać uwielbiałem, wymigiwałem się od tego non stop, bo przecież nie ma niczego gorszego, niż mokre, oblepione w piasku ciało. Chociaż, wróć, jest, mokre od potu, a nie wody ciało, które pokrywa gruba warstwa tego gówna rozniesionego po całym brzegu. Kiedy zagonili mnie do wody, nie wychodziłem z niej ani na moment. W pewnym momencie mojego życia przeprowadziliśmy się niedaleko oceanu, do miejsca oddalonego o paręnaście kilometrów od mojego rodzinnego miasta. Chciało mi się płakać, gdy cała grupa moich znajomych nalegała, żeby iść na plażę, a ja kręciłem głową. Zresztą, jestem tak blady, że nawet gdybym spędził na ręczniku cały tydzień, moja skóra przybrałaby, zamiast ciemniejszego brązu, cholerny kolor czerwony.

Od Brianne C.D Cameron

     Biorę pomidora w dwa palce, wyrzucając go z bułki. Nie uznaję tego świństwa pod każdą postacią, nieważne czy surowy, upieczony, a może suszony, zawsze jest tak samo paskudny. Upada na trawę za nami, siedzimy w parku na ławce, a osłania nas cień drzew. Jest ciepło i żałuję, że jeszcze się nie przebrałam w lżejsze ubrania. Koduję w głowie, że to następna rzecz, którą bezzwłocznie zrobię zaraz po zjedzeniu kebaba. A potem włożę swój kostium kąpielowy i pójdę na plażę, czy Cameron tego chce, czy nie. Nie dostaję nogami do ziemi, dlatego bujam nimi w powietrzu, wcinając ostatnie kęsy kebaba. Przenoszę wzrok na mojego towarzysza, który siedzi rozwalony na ławce, z odchyloną głową i rękoma założonymi za nią.
     – Zjadłam – mnę papier, w którym miałam swój niezdrowy, ale za to pyszny posiłek, a po chwili rzucam nim w stronę oddalonego o metr od nas kosza.
     – Gratuluję. Twoją nagrodą będą dodatkowe kilogramy i mdłości – uśmiecha się serdecznie, na co posyłam mu kuksańca w bok.
     – To się inaczej nazywa – mówię sceptycznie, ale ten na to nie odpowiada. A szkoda, bo nawet nie dowie się, na jaki genialny tekst wpadłam. Nikt się nie dowie, przetrzymam go na kolejny raz, dokładnie tak, jak zawsze, pewnie wymyślę coś jeszcze pod prysznicem, kiedy mój zmęczony umysł będzie przetwarzał sytuację i analizował ją po raz setny. Czyli zupełnie tak, jak zawsze. Nie to, że na co dzień brakuje mi języka w gębie, bo nie, nie brakuje nigdy. Zawsze doskonale wiem co powiedzieć i nawet, jeśli komuś może wydawać się, że czasem przesadzę, to nigdy nie żałuję tego, co już wyszło z moich ust.

18 sty 2020

Od Camerona C.D Brianne

     Z komory uprzednio odnalezionej walizki wyciągam rzecz na przebranie i delikatnie łapię za fragmenty materiału, w obawie, że gdybym położył je na zlewie, wszystkie karaluchy, pchły i robactwa siedzące w pociągowych pseudokanałach zeszłyby się jak na wezwanie, by z dziecięcą radością przemierzyć każdy skrawek moich ubrań. Cokolwiek nie zastanę w Calor, wiem jedno – jestem kompletnie nieprzygotowany. Pomijając fakt, iż koszulki z krótkim rękawem mogę zliczyć na palcach jednej ręki, golf, który ściskam w dłoni, jest moim ostatnim czystym (ten drugi mam na sobie, niech to mówi wszystko). Z westchnieniem ściągam z siebie górną część odzieży, marszcząc nos, kiedy wąski golf ściska moją twarz i mierzwi włosy, które, swoją drogą, wyglądają straszniem. Przerażony wizją zdejmowania butów, nawet nie dotykam spodni – po dłuższym namyśle dochodzę do wniosku, że nie są tak mokre, jak mogłyby się wydawać. Zasuwam walizkę do końca, a zanim to, wyjmuję z jej wnętrza mój telefon. Jakie ja mam kurewskie szczęście, iż go nie zgubiłem, przecież następny kosztowałby nas zamieszkaniem na ulicy, spaniem w kartonach i zaprzyjaźnieniem się z bezdomnymi zwierzątkami, co tak właściwie… nie jest takie złe. Ciągnąc bagaż za sobą, wracam do naszego przedziału. Przekroczywszy próg, otwieram już usta, żeby wydobyć z siebie kolejną historyjkę bardziej czy mniej interesującą, jednak kiedy zauważam, że Brianne ma zamknięte oczy, natychmiast się zamykam i, już nieco ciszej, idę na swoje miejsce. Skubana, skazuje mnie na nudną, spędzoną w samotności podróż.

16 sty 2020

Od Brianne C.D Camerona

    Tym razem decyduję się na niewielki plecak. Zamierzam wziąć mniej rzeczy, niż ostatnim razem, tak więc nie potrzebuję już mojej dużej torby. Pierwsze, co wkładam na spód plecaka, to kremowy, dwuczęściowy i fikuśnie wiązany strój kąpielowy. Jest cudowny i kupiony na przecenach, a jak na złość - nadal z metką, bo jeszcze nie miałam okazji go ubrać. Kilka bluzek, dwie pary spodni, bielizna, jakaś bluza i krótkie ubrania na wypadek, gdybyśmy dotarli pod Calor i gdyby okazało się, że faktycznie jest tam gorąco. Z ubrań to tyle, pozostaje mi spakować kosmetyki i leki oraz przygotować trochę kanapek. Nawet nie zamierzam brać ze sobą czegoś w stylu baterii, zapałek, latarki, kompasu, czy czegokolwiek innego, co pomogło by nam w przetrwaniu. W końcu jestem dziewczyną i nawet mapa nie pomoże mi, gdy mam słabą orientację w terenie. Sprawy czysto survivalowe zostawiam Cameronowi, bo... bo tak.

15 sty 2020

Od Camerona C.D Brianne

     Przywykłem do tego. Żadnego wrażenia nie robi więc tępy ból w czaszce, wszechogarniające zdezorientowanie i nienaturalnie nachalne światło, które dociera do moich oczu ze zdwojoną siłą – żadne z nas nie wpadło na pomysł, żeby od gadającego mieszkania zażądać zasunięcia rolet. Nie mówię ani słowa, czując straszną suchość w gardle, nie odchrząkuję, po prostu leżę, zaciskam powieki, sporadycznie przecieram je dosłownie jednym palcem, nie mam siły przerzucić drugiego ramienia zza pleców. Wzrokiem błądzę między stojącymi w pokoju szafkami, na żadnej nie ma praktycznie niczego, Brianne ciągle się nie rozpakowała. Swoją drogą, no tak, jestem w mieszkaniu Brianne i jeżeli ktoś zapytałby mnie, w jaki sposób tam trafiłem, bez krzty zawahania odpowiedziałbym, iż nie mam pojęcia. Pamiętam zaledwie fragmenty, moje wspomnienia obejmują pojedyncze ujęcia z dzisiejszej nocy – byliśmy w domu Waldorffów, trochę wypiliśmy, a zanim to, utknęliśmy w piwnicy. Albo odwrotnie, najpierw wypiliśmy, później utknęliśmy. Mniejsza z tym. To są te najwyraźniejsze. Nieco gorzej z tymi późniejszymi, z którymi, prawdę mówiąc, mam jeszcze większy kłopot. Brianne zraniła się z dłoń i… to tyle. Mam nadzieję, że przynajmniej ona rozświetli mój umysł. Póki co, odpoczynek wydaje się najrozsądniejszą opcją.
     Otóż nie, nie do końca.

6 sty 2020

Od Brianne C.D Camerona

     Nigdy wcześniej nie pomyślałabym, że mój Sylwester zawierać będzie chodzenie w wentylacji. A raczej, czołganie się. Nie wpadłabym też na to, że utkniemy w piwnicy, że nie będzie w niej światła, a co najbardziej zaskakujące - że spędzę to święto z Cameronem.
     Po wszystkim włączamy jakiś film, a kiedy okazuje się być nim jakieś tanie romansidło ze słabą akcją w tle, czuję wszechogarniające mnie znużenie. Nakrywam się kocem po uszy, a do połowy pełny kieliszek odstawiam na podłogę pod kanapą, na której leżę. Cameron siedzi rozwalony na fotelu, z nogami wyłożonymi na stoliku oraz z rękoma zaplecionymi pod głową. Spogląda na telewizor spod przymkniętych powiek, też powoli zasypiając. Wzdycham, mając w zamiarze pójście do łazienki. Zachciało mi się siku. Siadam koślawo, wstając, jednak nie zauważam jednej rzeczy - moje nogi splątane są przez koc, przez co, nagle tracę równowagę. Spadam z kanapy, wyciągam przed siebie obie ręce myśląc, że to w jakiś sposób załagodzi mój upadek, kiedy wnętrze lewej dłoni brutalnie spotyka się z kieliszkiem. Ten pęka pod moim ciężarem, jego zbite szkło wbija się w dywan oraz w moją rękę, a kiedy czuję ból, z mojego gardła wydobywa się głuchy, urywany krzyk. Siadam nieporadnie, plecami opierając się o tył kanapy.
     – Brianne? – Patrzy na mnie spod zmrużonych oczu. – Mogłabyś być ostrożniejsza? – Wstaje z fotela, podchodząc bliżej. – Co ty zrobiłaś?

30 gru 2019

Od Camerona C.D Brianne

     Ignorując jej prośbę, wybieram odpowiednią płytę. Jest ich mnóstwo, stoją w takim srebrnym pudełeczku (nawet ono w domu wygląda na droższe, niż moja kuchenka) i aż proszą się, żeby ktoś się nimi zajął. Jak widać, mało kto tu zagląda, na grzbietach albumów osiadła warstwa kurzu, podobnie jak na samej wieży i pilocie sterującym nią. Uważnie czytam każdy tytuł, na moje nieszczęście, znając zaledwie dwóch czy trzech wykonawców. Właściciel musiał lubić muzykę z dawnych lat – wskazują na to okładki, nazwy piosenek czy wizerunek autora umieszczany często na odwrocie lub, jeszcze częściej, samym froncie. Ryzykuję, bo bez ryzyka nie ma zabawy, wkładam płytę w podajnik. Z głośników zaczyna sączyć się jakaś piosenka, słyszę ją po raz pierwszy w życiu, niemniej od razu przypada mi do gustu. Jest skoczna, toteż skocznym krokiem wracam na swoje stanowisko przy kuchni, staję za ladą i, udając, iż śpiewam, patrzę na Brianne. Biorę w dłoń trzepaczkę, którą dziewczyna odłożyła dosłownie przed momentem, w rytm muzyki wykonuję przydzielone mi zadanie. W międzyczasie dosypuje do ciasta czekolady. Kiedy kończę swoją pracę i z dumą to ogłaszam, szybko gasi moją ekscytację, zapowiadając, że będę musiał wlać ciasto do foremek. Dramat. Jakiś żart. Komedia. Komediodramat. Nie znoszę tego. Zawsze, absolutnie zawsze, kiedy robiłem te chemiczne babeczki z pudełeczka, szlag mnie trafiał, gdy przychodziła pora na pakowanie tego czegoś w te papierowe, wkurzające kształty nie przypominające niczym koła, czymkolwiek w głębi duszy są. Brianne podaje mi metalowe (tak!) foremki, które mam ustawić na blasze, uprzednio wykładając ją brązowym papierem do pieczenia. Dwadzieścia sztuk ustawiam w czterech rzędach po cztery, na całe szczęście, mieszczą się, w przeciwieństwie do dwudziestu czterech, które nijak współpracowały – sześć po cztery? Niewykonalne, sześć, czy wzdłuż, czy wszerz, to za wiele. Wpadłem na szachownicę, ale niespecjalnie się sprawdzała. Nalewam ciasta łyżką, wspomagając się mniejszą łyżeczką, tą do napojów, ale kogo by to obchodziło. Nadmiar ciasta rozlewa się wokoło, co, w miarę możliwości, z powrotem zagarniam na którąś z łyżeczek i przenoszę dalej, do kolejnej babeczki. Gotową blachę wstawiam do rozgrzanego piekarnika, po czym, otrzepując ręce z niewidzialnej mąki, odwracam się do Brianne z dumą wymalowaną na twarzy.

29 gru 2019

Od Brianne C.D Cameron

 Czuję, jakbym zapadała się w dół z każdą chwilą. Wrażenie, że mój umysł dosłownie stoi w ogniu nie mija na sekundę, nawet kiedy śpię. Wydaję mi się, jakby ten chciał mnie zniszczyć za wszelką cenę, a ja żałuję, że muszę być tego świadoma. W innym wypadku wystarczyłaby garść tabletek, ale oczywiście chciałam sobie coś udowodnić oddając je Cameronowi. Czy w ogóle mam szanse je odzyskać? Raczej nie, a bez nich nawet nie wstanę z łóżka, tym bardziej, że nie wiem ile godzin, dni lub tygodni minęło, odkąd tu przyjechałam i zaszyłam się na materacu o wielkości dwa na dwa. Moje odliczanie czasu polegało na budzeniu się co kilka godzin, spoglądaniu na sufit i jeśli było ciemno - była noc, a jeśli jasno - dzień. W międzyczasie definicja doby całkowicie straciła dla mnie na znaczeniu, opierała się ona tylko na otworzeniu oczu i uznaniu, że jest dzień lub noc. Liczyłam każdą noc, ale w żadnym stopniu ich naliczona przeze mnie ilość nie była odzwierciedleniem tych w rzeczywistości mijanych. Zatraciłam się w tym za bardzo, pierwszy raz od dawna i to przez co? Przez jakieś marne uczucia do drugiej osoby, to absurd. Pod żadnym pozorem nie powinnam sobie na to pozwolić, to tylko wyciągało na wierzch moje wady i słabości, a przecież każdy, kto by tylko chciał, mógłby użyć tego przeciwko mnie. Nienawidziłam się za to, kim stałam się przez Camerona, ale jednocześnie go za to nie winiłam. Życie w parze z odczuwaniem emocji jest okropne.