Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Althea&Lucia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Althea&Lucia. Pokaż wszystkie posty

3 lis 2019

Od Althei C.D Lucia

Godziny wolności od chociażby kieliszka alkoholu pozwoliły mi pozbyć się nieznośnych zawrotów głowy. Jedyne, co mi zostało, to wciąż narastające zmęczenie i wyjątkowo przyjemne uczucie, że nic dookoła nie miało żadnego większego znaczenia — jak gdyby ktoś wparował z dłonią w mój umysł i przerwał najważniejsze kabelki nerwowe. Ale tak działa alkohol. Dostajesz parę pięknych chwil, w których nie czujesz nic, albo czujesz za dużo, ale nadmiar smutku dzisiaj na szczęście mnie nie dotyczył, dlatego nie zakończyłam tego wieczoru płacząc na ramieniu siostry. Bez narzekania, jaki to świat jest zły i niesprawiedliwy.
Kiedy Javier ze starym Santosem szczególnie upodobali sobie część salonu z telewizorem, mnie nie pozostało nic innego, jak posprzątać po rodzinnym stowarzyszeniu. Alkohol dalej krążył w moich żyłach, każdy alkomat by mi to udowodnił, jednak nie przeszkadzało mi to w zmywaniu naczyń. Przypadałaby się w końcu zmywarka.
— Nie, wiesz co — wymamrotałam i dopiero teraz, słysząc swój głos, uświadomiłam sobie, jak trudno wymówić mi pełne, trzeźwe zdanie. — Dobrze mi tu tak. Mogę sobie w spokoju pomyśleć nad życiem.

30 wrz 2019

Od Lucii C.D Althea

    Po zjedzeniu dosyć sytej kolacji, zaszyłam się w swoim pokoju. Schowałam stare już zeszyty wgłąb szafki i opadłam na fotel z głębokim westchnieniem. Oczywiście odpaliłam sobie zaraz potem laptopa i pozwoliłam na chwilę odmóżdżenia. W końcu miałam wakacje i po tym cięzkim roku szkolnym zasłużyłam na chociaż jedną chwilę wytchnienia. Przeglądałam internet bez celu i momentami zerkałam na Altheę, leżącą na kanapie przed telewizorem.

12 lip 2019

Od Althei C.D Lucia

Mimo jej słów nadal czułam w środku znajome kłucie. Doskonale wiedziałam, że obie mamy w sobie wsparcie, ale nie sądziłam, że będę żyć w tak wielkiej niewiedzy tyle czasu — to właśnie bolało. Dowiadywanie się o cholernie ciążącej niewiedzy. Widziałam w oczach siostry tyle emocji, że drążenie tematu zapewne nie przyniesie nic dobrego.
W końcu uśmiechnęłam się na jej słowa, ciągle wpatrując się w jej jasne oczy.
- Dobra, ale bądźmy jak siostry, a nie matka z córką, okej? — Moje czoło zetknęło się na moment z jej w miłej chwili, kiedy dotknęłam jej szyi, chcąc mieć ją na parę  sekund w swoich objęciach. Usłyszałam tylko przy uchu cichy śmiech siostry.
- Jasne, jasne.

1 lip 2019

Od Lucii C.D Althea

    Nie wiem czemu, ale zgodziłam się, żeby pójść z moja siostrą na tę, że tak powiem niegrzecznie, zasraną wywiadówkę. Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego chce na nią iść, skoro doskonale wie, czego może się spodziewać. Wie, że mam dobre oceny, wie, że dobrze się zachowuje, wie, że nie mam z nikim żadnych spin. Althea wie praktycznie wszystko, jednak nie mogę jej zabronić iść na wywiadówkę, chociaż...

Od Althei C.D Lucia

Ja już nic nie wiedziałam. Każdy fakt teraz plątał mi się ze sobą, a wszystko za sprawą kompletnego braku zaufania — tego zmienić nie mogłam. Nie czułam żadnej wewnętrznej potrzeby, by ufać człowiekowi, który całe życie grzebie w ciemnych interesach i za ich grubą zasłoną robi wszystko, co mu się żywnie podoba, jak gdyby zupełnie ominął konsekwencje. Oczywiście, że sądziłam, iż ojciec zdradzał mamę. Po nim spodziewałabym się wprawdzie już wszystkiego, mimo że w samym środku dosłownie wyżerała mnie myśl, że jednak nie chciałam wierzyć w to, że tata był w związku z dwiema kobietami na raz. Oszukiwał kochaną, przepiękną mamę, która w moich oczach nie zawiniła nigdy. Czasem miałam jej może za złe, że musiała nas opuścić, ale czy śmierć wybiera? Czy ofiara ma wtedy cokolwiek do powiedzenia? Utknęłam w tych myślach po same kolana, sama nie wiedząc, jak dojść z tym do ładu. Problem stwarzało wszystko dookoła. Reakcja ojca, która była daleka od moich  głębokich wyobrażeń. Javier, jaki wciąż nie budził mojego zaufania, choć to całkiem normalne, że chciał poznać swojego ojca. Z chęcią się nim podzielę. A nawet go oddam, być może mężczyzna stworzy z nim lepszą, mocniejszą więź, bo mi to zwyczajnie nie wychodzi.

30 cze 2019

Od Lucii C.D Althea

    Obróciłam głowę w stronę drzwi, gdy usłyszałam dobrze mi znajomy, z lekka przestarzały i trochę popsuty dzwonek. Wiedziałam, kto może stać za tymi drzwiami i nie powiem, nie myliłam się. Kiedy Althea otworzyła mu drzwi, ten po prostu minął ją w drzwiach, wchodząc powoli do środka. Ściągnął z siebie swój płaszcz i powiesił go na wieszaku.
     - Nie wiedziałam, że będziesz aż tak szybko — przyznała Althea, podążając za nim swoim czujnym wzrokiem. Wiedziałam, że ta wciąż za nim nie przepadała, ani też nie ufała mu zbytnio. A ja, jako dobra i wyrozumiała młodsza siostrzyczka, nie będę jej do tego zmuszać. Sama musi się do niego przekonać i nie ma sensu tego pośpieszyć. Po prostu trzeba jej dać trochę czasu. — Mamy kogoś z małą sprawą do ciebie.

5 cze 2019

Od Althei C.D Lucia

Zbudziłam się wyjątkowo wcześnie, a raczej całą sprawę załatwiły przebijające się przez zasłony promienie słońca. Rażące światło wpadło mi do oczu, które jeszcze chwilę opierały się temu, jednak w końcu poranek wybrał. Z dźwiękiem skrzypiącego materaca podniosłam się z łóżka, delikatnie rozciągnęłam, jak to miewałam w zwyczaju. Nie znalazłam na to najmniejszych chęci, ale jedyna myśl, jaka pchała mnie dalej, to ta o tajemniczym nieznajomym śpiącym w salonie, który pod osłoną nocy mógł okraść nas z ostatnich cennych rzeczy. 
Duch czasem ma tak mocny sen, że w życiu nie zbudziłby go głośniejszy szelest. A kto wie, ten Javier mógł być nie tylko jakimś dilerem, ale i wyszkolonym złodziejem, który żerował nawet na takiej biedocie, jak my.
A może dramatyzuję?
Tak, to było bardzo możliwe.

2 cze 2019

Od Lucii C.D Althea

    Sama nie wierzyłam w to, co robię. Przekonałam siostrę, by pozwoliła nam przenocować OBCEGO mężczyznę. Prawdopodobnie prędzej czy później będę tego żałować. Koniec końców to rodzina, prawda? Może nie mam stuprocentowej pewności, że to jest prawda, ale można chociaż ten raz być dla kogoś życzliwym. Jednak jednego jestem pewna - jak przekroczy granicę, to wyleci na zbity pysk. Jak Boga kocham. Znaczy, ja jestem niewierząca, ale tak się mówi.
    Kiedy razem uzgodniłyśmy wszystko z Altheą, podeszłyśmy do Javiera, by przekazać mu naszą decyzję. Jedna noc tutaj i ani nocy więcej. Powiedział nam, że później ogarnie sobie jakiś motel czy coś, bo na razie nie bardzo mu się chce wychodzić, gdy jest ciemno na zewnątrz. W pewnym sensie go rozumiem. Nie mieszkamy w jakiejś wyrafinowanej dzielnicy, tylko tam, gdzie gromadzi się największa patola tego miasta. Z tego co wiem, to parę budynków dalej jest burdel, a w budynku obok nas hodują zioło, także super sąsiedztwo. Naprawdę polecam. Z chęcią oddam. Zwrotów nie przyjmuję.

3 mar 2019

Od Althei C.D Lucia

     Do tej pory wszelkie obawy przed rzekomym obserwatorem chowałam za grubą zasłoną uprzedzeń i sceptycyzmu. Wcześniej nie dotykał mnie ten znamienny lęk, budzący na nowo strach o bezpieczeństwo mojej rodziny. Zdesperowany umysł szukał wszelkich powiązań z zabójstwem trójki osób albo moimi dawnymi sprawami, ale wszystko pozostawało zbieżne ku jednej myśli: „jeśli chociaż włos spadnie z głowy Lucii, przestanę myśleć racjonalnie”. Skończy się patrzenie na konsekwencje, których ciężka waga zelżeje w dzikim, odpychającym wszelkie zagrożenie wzroku. Taki właśnie kierowałam w stronę nieznajomego mężczyzny. Ledwo starszego ode mnie. Miał jasne oczy kontrastujące z czarnymi włosami, które były dowodem tego, że na zewnątrz musiało nieprzerwanie wiać.
     - Kim? ― Zmarszczyłam czoło. Na jego stwierdzenie z mojej głowy uleciały wszelkie myśli, które chciałam przeobrazić w słowa i sklecić w pocisk, który wypędziłby go za drzwi. Ogarnęła mnie jednak zupełna pustka. ― Nie podchodź ― syknęłam, gdy zdobył się na krok w naszą stronę.
     Duch ciągle warczał ostrzegawczo pod nosem. Lada moment mógł rzucić się na nieznajomego, napędzany naszymi emocjami, które były wyraźniejsze dla psich zmysłów bardziej niż kiedykolwiek.
     Uspokój się, Alt. 
     - Bratem. Waszym ojcem jest Antonio Santos? ― Spojrzał po nas, ale jego oczy ogołocone zostały ze wszelkich emocji. ― Głupio byłoby się pomylić.
     - Masz jakikolwiek dowód na to?
     - Przyszedłem po dowody. ― Wzruszył ramionami. ― Chcę się upewnić, że to on jest moim ojcem i że nie szukam na marne.
     Ojciec nas zostawił na prawie siedemnaście lat. Zdrada to pierwsze, co mógłby zrobić w tym czasie, dlatego po krótkiej analizie ta myśl nie budziła żadnej wątpliwości.
     - Twoją matką jest? ― Uniosłam brew. ― I co najważniejsze: kim ty jesteś? ― Mój czujny wzrok znów sparaliżował go w miejscu.
     - Nazywam się Javier Hawthrone, a moja matka to Lydia. To ona mi powiedziała, że moim ojcem może być... ― zawiesił głos z konsternacją ― wasz ojciec. ― Gubisz się w swojej głowie, Javi, rozbrzmiał we mnie pełen drwiny głos.
     Westchnęłam głośno, pokazując mu ruchem dłoni kanapę. Usiadł na niej.
     - Więc tata zdradził mamę? ― Lucia, która ciągle stała obok mnie, w końcu otworzyła usta, wówczas barwa jej głosu przesiąkła smutkiem.
     - Tego nie wiemy, póki nie dojdziemy do tego, czy ten gość to syn Antonio ― odparłam. ― Z tego, co wiem, nasi rodzice byli ze sobą przez sześć lat, zanim przyszłam na świat. Idąc tym tropem, jeżeli Javier to pierworodny Santosa, to tak, wyjdzie, że zdradził on mamę. ― Javier przecież wyglądał na nie więcej, niż dwadzieścia cztery lata. To musiało się składać na wiadomy, a jednak odpierany przez mój umysł wniosek.
     - Nie chcę się mieszać w wasze konflikty. ― Mężczyzna wtrącił się wypłowiałym głosem. ― Jedyne, czego chcę, to dowiedzieć się tego, czego chcę się dowiedzieć, i zniknąć wam z oczu.
     - Z chęcią ci w tym pomożemy.

1 lut 2019

Od Lucii C.D Althea

    Cały ten czas, który spędziłam samotnie w mieszkaniu, miał minąć zupełnie tak, jak zawsze. Oczywiście jednak niepokój, który siedział we mnie już od dłuższego czasu, nie chciał mi dać spokoju. Sprawiał, że kręciłam się od ściany do ściany, co chwilę spoglądając na siedzącego w kącie Ducha, który nie spuszczał ze mnie swojego czujnego wzroku. Miałam wrażenie, że jest pewnego rodzaju stróżem, który tylko czeka na moment, aż będzie mógł wkroczyć do akcji i pomóc mi w najlepszy możliwy sposób - rzucić się na mojego oprawcę. Tak, wydarzenia sprzed kilkunastu godzin nadal mnie dręczyły. Widok ich obleśnych uśmiechów, skierowanych w moją stronę. Dotyk szorstkich dłoni na moim ciele i w końcu ciężar ich martwych ciał na moim. Oczy, w których zgasło światło. Nigdy tego nie zapomnę.
    Nie wiedzieć czemu, ciągle czułam czyjąś obecność. Na początku starałam się to ignorować, jednak z każdą chwilą przejmowałam się tym coraz bardziej. Rozglądałam się gorączkowo po pokojach i oknach, a pies tylko śledził mnie swoim czujnym wzrokiem. Ostatecznie w końcu przystanęłam przy jednym z okien i wyjrzałam przez nie, kierując swój wzrok w dół, na chodnik. To co zobaczyłam, zmroziło mi krew w żyłach. Momentalnie dopadła mnie gęsia skórka, a ciśnienie podskoczyło. Duch bez problemu to wszystko dostrzegł i szczeknął ostrzegawczo, wręcz groźnie, jak na takiego niewielkiego psa. Chwil później stał już przy mnie, podskakując co chwilę, by chociaż spróbować łapami dosięgnąć parapetu i wyjrzeć przez okno. Szybko je jednak zasłoniłam zasłonią i wskoczyłam na kanapę, od razu przykrywając się kocem. Po prostu będę udawać, że mnie tu nie ma - myślałam. Jednak chwilę później w mojej głowie zaczęły się pojawiać coraz to poważniejsze i bardziej przerażające myśli. Może on wie, że ojciec zabił tamtych trzech mężczyzn? Może chce nas ukarać? Nie wiedziałam. Z każdym momentem spędzonym pod kocem i przytulaniem psa, bałam się coraz bardziej. Nie miałam pojęcia, co mam robić. Siedzieć bezczynnie, czy może dzwonić do rodziny i błagać o pomoc? Byłam rozdarta. Szloch cisnął mi się na usta, jednak nie wydałam ani jednego dźwięku. Oczy mi się szkliły, jednak nie wypuściłam ani jednej łzy.
    Trwałam tak następne parenaście minut, dopóki przez drzwi mieszkania nie przeszła moja siostra i nie ukoiła moich nerwów jednym, prostym słowem. “Jestem”. Ta wiadomość działała na mnie jak najsilniejszy lek uspokajający. Nic nigdy nie dało mi takiego poczucia bezpieczeństwa i spokoju, jak słowa siostry. Jej obecność, kojący dotyk. Od razu wstałam i podeszłam do drzwi, by się z nią przywitać i mocno przytulić. Zamiast tego z moich ust wydostało się zupełnie inne zdanie:
      - Pomogłaś mu?
      - Tak, może udało nam się wystarczająco dobrze zatrzeć ślady - powiedziała z wyraźnym zmęczeniem wymalowanym na twarzy. W tym samym momencie bez większego zastanowienia zgarnęłam ją w swoje objęcia i mocno przytuliłam do swojego serca. Głaskałam ją delikatnie i czule po plecach, gdy w końcu wyszeptałam:
     - Alti... ktoś ciągle się kręci przy bloku i patrzy w okna…
     - Kto? - Dziewczyna momentalnie się ode mnie oderwała i zmierzyła natarczywym wzrokiem, czekając na moją jak najszybszą odpowiedź.
     - N-nie wiem… Nigdy wcześniej go nie widziałam - szepnęłam ciszej. Alt mogła dostrzec bez problemu to, jaki strach buduje we mnie obecność tej osoby na zewnątrz. - B-boję się.
    Althea w tym samym momencie była przy oknie i momentalnie przez niego wyjrzała. Zmarszczyła tylko brwi na chwilę, a zaraz potem odpowiedziała:
     - Przecież nikogo tam nie ma... - Odwróciła się do mnie przodem i delikatnie uśmiechnęła. - Musiało ci się przewidzieć coś, skarbie. Po tym co... przeszłaś, - delikatnie chciała obejść temat, - mogło ci się przewidzieć. Wszystko jest w porządku. - Podeszła do mnie i objęła mnie ciepłymi dłońmi, przytulając do swojej piersi. - Co powiesz na jakiś film i dobry obiad?
    Kiwnęłam głową i delikatnie się uśmiechnęłam. Dobry film i pyszny obiad to coś, co bardzo skutecznie potrafiło każdego człowieka odwieźć od nawet tych najgorszych problemów. Ja byłam za, jeśli to mogło chociaż w jakimś mniejszym stopniu zmniejszyć cały ten stres, kumulujący się wewnątrz mnie.
    Przygotowanie obiadu nie zajęło nam jakoś dużo czasu. Robiłyśmy go razem i nawet wyszło nam z tego wszystkiego całkiem dobre spaghetti. Zadowolone z siebie nałożyłyśmy sobie równe porcje na talerze, a resztę, która została, przykryłyśmy przykrywką - będzie na jutro.
    Dokładnie w momencie, gdy siadałyśmy do obiadu, ktoś zadzwonił do drzwi. Domyślałam się, że to ojciec. Może chciał wpaść i sprawdzić, czy wszystko z nami okej? Pewnie tak. Mimo takiego długiego czasu rozłąki, nadal się o nas martwił. I to było widać dosyć wyraźnie.
    Z delikatnym uśmiechem na ustach, mówiącym, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, podeszłam do drzwi i delikatnie je otworzyłam. Nawet nie zdążyłam wystarczająco ich uchylić, gdy do mieszkania wręcz na siłę wepchał się mężczyzna. Ten sam, który kręcił się przez dobre parę godzin pod naszą kamienicą. Przełknęłam dosyć głośno ślinę, gdy ten zadał pytanie.
     - Jest siostra?
    Kiwnęłam przerażona głową. Nie potrafiłam w tym momencie nawet ruszyć palcem, ani co dopiero się odezwać. Jednak ostatecznie udało mi się zawołać siostrę i ruchem ust powiadomić ją, że “to on”. Od razu wiedziała, o co mi chodzi i zdenerwowana do niego podeszła.
     - Kim jesteś? - warknęła ostrzegawczo.
     - Waszym bratem.
    Że co proszę?


< Allllltyja? c: >

10 gru 2018

Od Althei C.D Lucia

  Lucii zależało na ojcu. Te słowa zabierały z mojej głowy wszelkie inne myśli, wręcz zmuszając mnie do skupienia uwagi na marnym losie zabójcy. Jedno określenie, wypełniające mnie równymi proporcjami różnych synonimów strachu. W głowie powstało tyle różnych nadwątlających umysł sprzeczności. Z jednej strony ciche łkanie siostry odtwarzało mi się niczym zepsuta taśma, prosząc o przynajmniej mały omen człowieczeństwa, na jaki ciężko było sobie pozwolić. Z drugiej zaś pulsowało duże niebezpieczeństwo, które pozostawiało wyraźne ślady za Santosem. Zabójstwo trzech osób przykleiło się do niego niczym guma do podeszwy i nawet nie próbowałam udawać optymistki. Wystarczyło liczyć czas do momentu, kiedy policja wedrze się do mieszkania oraz znajdzie to, czego zdecydowanie widzieć nie powinna. Nikt nie powinien.
          - Lucia... ― szepnęłam, dalej nie mogąc wybrać jedynego, rozsądnego głosu sumienia. Zewsząd dosłownie ściskał mnie duży ciężar tego dylematu. ― Pomaganie mu jest ryzykowne... wiesz, że nie możemy sobie na to pozwolić.
          - Oczywiście, że możemy. Musimy. ― Odgarnęła potargane, zmarnowane włosy, ujawniając tym samym bladą twarz zalaną strumieniem łez. Oczy, będące niczym tafla cichego jeziora, na raz uwolniły kolejny potok, który spróbowałam natychmiast zatrzymać mocnym uściskiem.
          - Mogę trafić za kratki... a ty do poprawczaka. To nie jest dobry pomysł.
          - Jest! ― Odsunęła się ode mnie tak gwałtownie, że aż podskoczyłam z przelotnego uczucia zdziwienia. ― Al, g-gdyby nie on ― rzekła dalej z siłą, na jaką pozwalało ściśnięte emocjami gardło. ― T-to by mi to zrobili. Mogłabym nawet nie żyć... o-on zrobił to dla mnie. Proszę, musimy mu pomóc.
          Bariera w mojej głowie bezpowrotnie się łamała. Ładunkiem wybuchowym, tą malutką iskrą był oczywiście widok mojej siostry tak zrozpaczonej, że serce bez mojej zgody łamało się na milion malutkich skrawków.
          - Zgoda. Ale proszę, ty nie możesz się w to wplątywać, rozumiesz? ― Mój przenikliwy wzrok wbił się w jej przerażone oczy ze śmiertelną powagą. ― Nie można ci się w to mieszać. Zaufaj mi.
          - A-ale to pomoże tacie, czy przybije mu gwoździa do trumny? ― Przekrzywiła głową, pozwalając, by po jej mokrym policzku spłynęła błyszcząca w półmroku, samotna łza. Otarłam ją wierzchem dłoni.
          - Pomoże.

***

          Stałam pod drzwiami, uparcie wciskając dzwonek. Niespokojne kroki roznoszące się wewnątrz mieszkania nasiliły się nieznacznie, przez co mogłam stwierdzić, że Santos dalej kręcił się przy zwłokach.
          - Moment! ― Stłumiony warstwą ściany głos właśnie mi to zakomunikował.
          - To ja, Althea.
          I cisza. Dźwięk kroków niemal zniknął, jakby nigdy wcześniej się nie pojawił. Zanim mi otworzył, zdołałam przynajmniej pięć razy spojrzeć sobie przez ramię w poszukiwaniu potencjalnych świadków. Powiodłam wgłąb pomieszczenia, szybko odurzona nieprzyjemnym zapachem soczystej posoki, która nadal ulewała się z przestrzelonej na wylot potylicy.
          - Zdajesz sobie sprawę z tego, jak ciężko będzie się teraz wygrzebać z podejrzeń? ― Posłałam mu karcące spojrzenie. Nie ugiął się przed nim, zamiast tego schylił się wraz ze ścierką już totalnie przesiąkniętą głęboką czerwienią.
          - Zdaję. ― Rzucił przelotnie. ― Musiałem uratować Lucię.
          - Ale żeby od razu posuwać się do używania pistoletu?! ― wystąpiłam z wyraźnymi pretensjami, wywołując przy tym jego głębokie westchnienie.
          - Zabrakło mi zimnej krwi. Bałem się o nią.
          Nie miałam na to dobrej riposty, więc przepuściłam jego słowa bez żadnego komentarza.
          - Każdy w apartamentowcu mógł usłyszeć te trzy strzały ― mruknęłam, zatrzymując się przy jednej zwłoce mężczyzny odzianego w kurtkę motocyklową. Szturchnęłam go stopą w głowę, przez co obróciła się w bok, ukazując spory ubytek w czaszce. ― Niezły strzał ― skwitowałam bez wyrazu.
          - Dziecko, nie dołuj mnie ― parsknął i otarł pot z czoła.
          - Gdzie zamierzasz ich schować?
          - Umówiłem się z mafią, że zrobią to za mnie i zadbają o dyskrecję. Ufam im ― odparł. ― Musiałem tylko srogo zapłacić.
          - Albo wolność, albo pieniądze. ― Z westchnieniem przesunęłam na niego zmęczone spojrzenie, które w niespodziewanej chwili zyskało nawet współczujący wyraz. Samotny, ogołocony z szacunku swojej rodziny mężczyzna, jaki w dopuście skończył na podłodze, zmywając krew swoich dawnych partnerów biznesowych. Czy było to choć odrobinę warte współczucia?
          - To jest święta prawda.
          Przypominając sobie, że przecież po coś tu byłam, skorzystałam z tego, iż znajdowałam się tuż nad głową trupa. Założyłam rękawiczki, które podarował mi ojciec, i złapałam za zimne, wręcz poszarzałe przedramiona. Z cichym stękiem wysiłku zaczęłam przesuwać około dziewięćdziesięciokilogramowego mężczyznę. Smugi krwi śledziły go aż do końcowego przystanku - ściana przy drzwiach. Antonio zrobił to samo z dwójką delikwentów. Zaledwie spojrzałam na pozbawione wszelkiego wyrazu twarze i miałam ochotę za próbę gwałtu przewrócić ich urodę do góry nogami. Najlepiej za pomocą podeszwy.
          Wymieniałam wodę paręnaście razy, zanim udało się zetrzeć monstrualną ilość krwi rozbryzgniętej na ścianie, stole i podłodze. Kafelki zdawały się nawet odzyskać swój dawny blask, jednakże moje oczy nadal nie potrafiły wypędzić z pamięci strug krwi.
          Antonio odłożył swojego mopa z klarownie wyrysowanym na twarzy zmęczeniem. Odwrócił się do mnie, a jego wzrok zdradzał skruchę.
          - Nie tak wyobrażałem sobie nasz wspólnie spędzony czas.
          Nie chcąc ranić go moją rzeczywistością, po prostu wyminęłam zgrabnie temat.
          - Nieźle się bawiłam  odparłam sarkastycznie.
          - Altheo, ktoś się w końcu dowie, że ich zabiłem. ― Zajrzał do stalowego kwadratu, który na półce w salonie wyglądał niczym sejf. Wystukał kod i zaraz wyjął przedmiot zawinięty w kremowy, jedwabny materiał. Z wahaniem do mnie wrócił, nieustannie lustrowany pełnym obaw spojrzeniem. ― Ktoś w końcu dowie się o tym, że zabiłem te trójkę. Ktoś, kto może nawet nie chcieć sprzedać tych informacji policji ― mówił poważnie, wzbudzając we mnie jeszcze większy niepokój. Wtem odsłonił błyszczący rewolwer, który odbił się w jego surowym spojrzeniu.
          - Chyba żartujesz, że wezmę od ciebie broń. Może to jeszcze ta, z której wystrzeliłeś? ― Parsknęłam głośno, napotykając jego sprzeciw.
          - Nie. Al, chodzi po prostu o to, że teraz... ― Przełknął ślinę. ― Może się stać wszystko. Chcę, żebyście mogły się bronić.
          - Nie wiem, z kim się zadajesz i w jakich szemranych interesach siedzisz. Ale jeżeli zagrozi to mojej siostrze, to kulka wyląduje nie tylko w głowie napastnika. ― Te ostre słowa próbował przyjąć bez wyrazu, ale widziałam to. Rozdygotane spojrzenie, w którym chciał stłumić emocje, i ta zaciśnięta mocno szczęka.
          Przyjęłam pistolet i schowałam go za paskiem, zakrywając materiałem bluzy.
          - Umiesz strzelać z tego? ― szepnął.
          - Wygrałam kurs w płatkach śniadaniowych. ― Głosem ociekającym sarkazmem dałam mu do zrozumienia, że po prostu umiałam. Życie przygotowało mnie na różne sposoby i większość umiejętności okazało się być splotem losowych przypadków. Antonio chyba doskonale to zrozumiał, bo skinął głową odrobinę niepewnie.
          - Nie pokazuj tego Lucii, jeżeli nie będzie takiej konieczności.
Ostatnimi czynnościami w mieszkaniu było zmycie z rąk rozległych smug krwi. Schodziła fatalnie, moje palce ciągle przesiąkały niewyraźną, bladą czerwienią. Potem pozostawiając ojca bez pożegnania, opuściłam apartamentowiec.
          Paręnaście dobrych minut zajęło mi dotarcie do mieszkania. Ostatkami sił ― gdyż ciągnięcie zwłok i skłony przy ścieraniu krwi mogły porządnie wykończyć ― wspięłam się schodami na najwyższe piętro. Kolana oraz uda wręcz paliły z bólu. Zapukałam do drzwi. Ręka posuwała mi się w kierunku broni przy każdym, nawet najmniejszym niepokojącym szmerze roznoszącym się dookoła mnie. W końcu jednak siostra otworzyła mi drzwi, a ja rzuciłam jej spojrzenie pełne autentycznej ulgi i weszłam do środka.
          - Pomogłaś mu? ― spytała z nadzieją, jaka wręcz wylewała się z niewinnych oczu.
          - Tak, może udało nam się wystarczająco dobrze zatrzeć ślady ― odparłam już z niechęcią, która narodziła się po prostu ze zmęczenia.
          Siostra w odpowiedzi otuliła mnie swoimi ramionami. Jej przyspieszony, niespokojny oddech tylko udowadniał, jak źle było jej tyle czasu w samotności.
          - Alti... ktoś ciągle się kręci przy bloku i patrzy w okna...
          Zmarszczyłam nieznacznie brwi, odsuwając ją od siebie. Mój natarczywy wzrok niemal się w nią wbił.
          - Kto?
          Czyżby kolejny problem?

[Lucia?]
Wstępik do Javierka

+10PD

8 gru 2018

Od Lucii C.D Althea

    Nadal miałam to wszystko przed oczami. Ich rozpalone spojrzenia wlepione w moją osobę. Nerwowe ruchu ich dłoni, drżenie ciał i w końcu huk, który zabrał z ich oczu jakikolwiek wyraz. Odtwarzałam tę scenę w głowie cały czas, na okrągło. Z każdą chwilą te wydarzenia coraz bardziej mnie przytłaczały. Odbijały piętno na mojej psychice, którego prawdopodobnie ciężko będzie mi sie pozbyć. Cały czas nad moim ciałem panował strach, przerażenie i obezwładniająca rozpacz. Nie potrafiłam się ruszyć z miejsca, odkąd wdarłam się pod kołdrę. Szloch targał moim ciałem, a ja nie potrafiłam się pozbierać. To było zbyt ciężkie.
    W pewnym momencie usłyszałam, że ktoś wchodzi do mieszkania. Zza drzwi było słychać ściszone, bardzo znajome mi głosy. Althea rozmawiała z… ojcem. Ojcem… Powoli nie wiedziałam, jak mam go nazywać. Ojcem mordercą? Zabił tych trzech mężczyzn bez większego zawahania. Zrozumiałam, że tak naprawdę nie wiem, kim on jest. Pojawił się nagle parę miesięcy temu i oznajmił, że jest naszym ojcem. Prawdę mówiąc, znam go właśnie tylko te parę miesięcy, a wiem o nim tyle, co nic. Dlaczego ma tyle pieniędzy? Skąd ma broń? Dlaczego ma broń? Kim byli ci mężczyźni? Wszystko mi się powoli mieszało. Jego zabójstwo przysłoniło mi fakt, że tym mnie uratował od gwałtu. Zrobił to dla mnie. Nie dla własnego kaprysu.
    Wstrzymałam swój płacz. Chciałam przysłuchać się ich rozmowie. W końcu zmusiłam się do wstania z łóżka i podeszłam powoli do drzwi, do których chwilę później przyłożyłam ucho. Wszystko dobrze słyszałam, jedynie ich głosy były z lekka przyciszone i stłumione. Niemal nie ominął mnie żaden fragment rozmowy. Chwilę później jednak przypadkowo nacisnęłam na klamkę i otworzyłam drzwi. Byłam wręcz pewna tego, że ci to zauważyli i z delikatnym wahaniem wychyliłam się z pokoju. Spojrzenie Althei i ojca było wlepione w moją stronę. Pospiesznie otarłam łzy i pociągnęłam nosem, chcąc usunąć ze swojej twarzy jakiekolwiek oznaki mojego niedawnego płaczu.
     - C-co robicie? - To pytanie wyrwało się z moich ust nagle. Nie kontrolowałam tego i zdałam sobie sprawę, że należało ono do jednych z głupszych, które mogłam zadać.
     - Nic szczególnego, tylko rozmawialiśmy - odpowiedziała łagodnie na moje pytanie Althea. Widziałam w jej oczach troskę i przejęcie. Przecież nic mi nie jest. - Jak się czujesz, Lu? - Podeszła do mnie odrobinę i złapała za dłoń, przyciągając mnie do swojego ciała. Momentalnie ogarnęło mnie ciepło. Bardzo znajome ciepło. To ciepło, które było przy mnie całe życie. Którym obdarzała mnie właśnie moja siostra. Zawsze dbała o moje bezpieczeństwo i o to, żebym też czuła się bezpiecznie. Wiedziałam, że właśnie to chce mi teraz przekazać. Tym uściskiem, który wyrażał więcej niż dziesięć słów [mam ochotę na rafaello].
    - D-dobrze - zająknęłam się. Właśnie powiedziałam jeden z większych kłamstw, jakie zdołały się opuścić wnętrze moich ust. Wpatrzona z przerażeniem w ojca wiedziałam, że już nie dam rady patrzeć na niego tak, jak kiedyś. To było trudne. Za trudne. Za każdym razem, gdy mój wzrok natrafiał na jego posturę, w mojej głowie zaczął rodzić się strach, a wspomnienia zataczały koło, drążąc w moim umyśle jeszcze większą dziurę rozpaczy. Althea chyba to zauważyła i podniosła na niego swój ostry wzrok.
     - Won stąd - powiedziała ostro, nie siląc się na jakiekolwiek zwroty grzecznościowe. - Liczę do pięciu - dodała, gdy zobaczyła, że ten nie rusza się z miejsca, tylko wpatruje w nas ze współczuciem. - Raz - zaczęła, jednak ten nic sobie z tego nie robił. - Dwa - to samo. - Trzy… - przestała, gdy zobaczyła jak ten odwraca się na pięcie i chwilę później zatrzaskuje za sobą drzwi. Ja nawet nie odważyłam się protestować, czego z każdą kolejną chwilą żałowałam. Był moim ojcem. Uratował mnie. Jednak wzbudzał we mnie większy strach, niż tamci mężczyźni, którzy próbowali… Próbowali… Nie chcę już o tym myśleć, mówić. Czemu moje wspomnienia nie mogą zostać wymazane, a ja nie mogę normalnie i spokojnie żyć. Tak, jak wcześniej.
     - N-nie musiałaś go wyrzucać - powiedziałam przyciszonym głosem, na co ona pokręciła gwałtownie głową.
     - Musiałam. Od razu jesteś spokojniejsza, gdy go nie ma, zauważyłaś? - Spuściłam swój wzrok na stopy. Miała rację, jednak nie chciałam jej tego przyznawać. Nie chciałam, by dowiedziała się, że boję się ojca. - Nie musisz mi o niczym mówić, słońce - powiedziała ciszej. Wręcz wyszeptała, głaszcząc mnie czule po ramionach i przytulając do jej piersi. Słyszałam bicie jej serca. Ten dźwięk… mnie uspokajał.
     - A-a co jeśli n-nie wróci? - spytałam łamiącym się głosem. Dopiero teraz dotarło do mnie, co może się stać ojcu, gdy władze dowiedzą się, że to on winien jest zabójstwa trzech mężczyzn. Niedawno wrócił, po wielu latach naprzemiennej nadziei i zawodu. A teraz to wszystko może do nas wrócić, niczym bumerang. Znowu możemy go stracić i być skazanym na łaskę losu. Jak bardzo nie chciałam wracać do tamtego życia. Kiedy Althea wracała nad ranem do domu, po długich nocach spędzonych ze swoimi klientami. Był taki okres, że przez jakiś czas robiła to codziennie. Widziałam, jak po każdym powrocie coraz bardziej zaczyna się siebie brzydzić. W pewnym momencie nawet przestała się do mnie przytulać, co było dla mnie strasznie trudne, przez przyzwyczajenie do jej czułych gestów. Nie chcę do tego wracać, tak bardzo nie chcę…
     - To będę się cieszyła - powiedziała jak gdyby nigdy nic. Nadal za nim nie przepadała i nawet byłoby jej na rękę to, że on przepadnie. Po raz kolejny zostałybyśmy same, bez żadnego wsparcia od kogokolwiek innego.
     - A ja nie. N-nie mów tak - odpowiedziałam jej ciszej, mocniej się w nią wtulając. Włosy, z lekka już wilgotne od ciągłego płaczu, osunęły mi się na twarz, przez co dziewczyna nie mogła zobaczyć moich szklących się od łez oczu.


< Al? Chujowe, ale nie miałam pomysłu >

23 lis 2018

Od Althei C.D Lucia

     Nóż wręcz wypadł mi z rąk, przerywając krojenie warzyw. Z głuchym dźwiękiem ostrze obiło się o podłogę, jednak żaden hałas nawet nie równał się z głośnym jak nic innego szlochem. Płaczem. Łkaniem. Moje serce niesamowicie się szarpnęło, gdy wykonywałam tę parę kroków do drzwi, które teraz zdawały się rozciągać w druzgocącą nieskończoność. Widok Lucii osuwającej się po ścianie należał do najstraszniejszych, jakie tylko mogłam sobie wyobrazić. Strach i panika ogarniały mnie w równych proporcjach, choć rozum krzyczał o zachowanie zimnej krwi, na co nie mogłam sobie pozwolić. Nie teraz, gdy nawet nie wiedziałam, co się z nią działo. Dlaczego płacze. Skąd przychodzi. Co się wydarzyło. Milion pytań zniszczyło tamę w głowie i zalało mnie całą aż po czubek głowy wraz z rosnącą frustracją.
     - Lucia? ― I ostatecznie po długim namyśle udało mi się tylko wypowiedzieć jej imię. Odpowiedział mi jedynie jej płacz, który łamał moje serce na milion części i każdą po kolei zatruwał śmiercionośną trucizną.
     Rozum mi się wyłączył. Nie działał ― był tylko instynkt, jaki rozkazał mi natychmiast zamknąć dziewczynę w czułym uścisku, podnoszącym ją z zimnej podłogi. Z trudem powstrzymywałam łzy napływające mi do oczu. Dziewczyna, zanim wydała z siebie kolejny zduszony szloch, nabrała sporo powietrza do płuc, jakby chcąc cokolwiek z siebie wyrzucić. Jakiekolwiek słowa, które jednak pozostawały w cieniu jej tragicznego stanu psychicznego.
     Nie mówiła nic.
     Przytulałam ją, ale ciepło uścisku ani jej nie uspokoiło, ani nie poprawiło sytuacji.
     - Lucia, proszę, shhh… ― wyszeptałam jej do ucha. ― Powiedz coś. Błagam. ― Kucnęłam przy niej, stanowczo łapiąc za jej ramiona i bez namysłu potrząsając nią tak, by na mnie w końcu spojrzała. To był błąd. Zobaczyłam wówczas przerażony, niebieski wzrok skryty za potarganymi, ciemnymi włosami, jaki długo utkwił mi w pamięci.
     Dalej płakała. I z nagła po prostu wygrzebała się z uścisku, wyminęła mnie i pobiegła do swojego pokoju. Bez zastanowienia ruszyłam wtedy jej śladem, jednak zatrzasnęła mi drzwi przed nosem, a opór klamki sugerował, że zamknęła je na klucz. Szarpałam jeszcze desperacko, wiedząc, że pozbawione jest to najmniejszego sensu.
     - Lucia, nie baw się tak…
     Jej płacz tylko się nasilił.
     Nie miałam zielonego pojęcia, co się działo. Usiadłam przy drzwiach, wsłuchując się tylko w głuche piski, jakie nie były kompletnie podobne do głosu mojej siostry. Pełne rozpaczy, smutku. Uzupełniały mnie tym samym, a oprócz tego głębokim niezrozumieniem.
     Obiadu nie zjadła. Kolacji też nie, mimo że zdawało się, że ogarnął ją pozorny spokój. Nadal szlochała gdzieś w kącie. Może spała. Wiedziałam tylko, że jedna dzieląca nas ściana obudziła we mnie tak cholerną tęsknotę, jak nigdy wcześniej. Wyżerała mnie od środka mieszanka ciekawości i silnego zmartwienia, jakiego długo nie mogłam tłumić. Wybrałam więc numer do ojca. Zajęło to co najmniej trzy sygnały, zanim odebrał, jednak w słuchawce nie odezwał się nawet najcichszy głos, co zrzuciło na mnie całą masę domysłów.
     - Halo?
     - Althea… ― Głos mu drżał niesamowicie. ― Dlaczego dzwonisz?
     - Stało się coś z Lucią… ― zaczęłam cicho, by nie mogła mnie usłyszeć. ― Nie mam pojęcia, co robić. W życiu proszę cię tylko o jedną rzecz… czy mógłbyś tu przyjechać? ― Rozbrzmiałam najprawdziwszą desperacją. Nigdy bym go o to nie poprosiła, gdyby nie chodziło o Lucię. Teraz nie miałam wyboru, a dziwne przeczucie kazało mi myśleć, że właśnie ten osobnik coś wiedział. Może najpierw miał coś wspólnego. 
     Może od niego wracała? Zawsze bywała u ojca, gdy wracała później do mieszkania. Jak wcześniej byłam gotowa o nic go nie oskarżać, tak teraz moje nerwy wręcz mrowiły od tych niepohamowanych chęci. Koło wieczora zjawił się w końcu Antonio. Czoło świeciło mu się od potu, a rozdygotane spojrzenie nie potrafiło się na mnie skupić. Coś po prostu było nie tak. 
     - Gdzie ona jest?
     Żadnego innego pytania. Żadnego „jak się czuje?” bądź „co się wydarzyło?”. Zmrużyłam oczy, nie próbując nawet skrywać podejrzenia.
     - W swoim pokoju. Zamknęła się tam. Nie powiedziała kompletnie nic odkąd przyszła, tylko płakała i szlochała ― wytłumaczyłam mu pokrótce. Chciał ze smutnym wyrazem twarzy dotknąć mojego ramienia, jednak jak gdyby była to jakaś trucizna, odsunęłam się gwałtownie. Zareagował lekkim zdziwieniem.
     - O co chodzi? ― spytał z obawą.
     - Może ty mi powiesz? ― Dumnie wręcz zadarłam głowę do góry, krzyżując ręce na poziomie klatki piersiowej. Mój lekceważący wzrok mógłby go wbić w ziemię, lecz on zaprotestował i utrzymał w postawie tą nieugiętość. ― Wiesz o tym cokolwiek? Tylko nie kłam. Nie kręć ani nie próbuj zamydlić mi oczu. Wiesz, że to się nie uda.
     Podrapał się nerwowo po głowie.
     - Gadaj ― syknęłam stanowczo, przez co ponownie wbił we mnie spojrzenie. Puste, pozbawione wyrazu. ― Zrobiłeś jej coś? Po prostu się przyznaj.
     - Ja nic jej nie zrobiłem ― odparł, wręcz urażony.
     - Zrobiłeś! Powiedz to! ― Coraz bardziej traciłam cierpliwość. Nadmiar emocji chciał wylać się poza granicę wytrzymałości, ku której zmierzałam niesamowicie twardym krokiem.
     - Nie ja! N-nie mógłbym jej nawet dotknąć… ― zaczął wręcz panikować, co skłoniło mnie do myślenia, że odrobinę przesadziłam. ― Al, musisz się uspokoić.
     - Uspokoić? ― Głośno prychnęłam. ― Jak mam być spokojna, gdy siostra zamknęła się w pokoju, nie wiadomo co z nią, płacze i rozpacza nad czymś, o czym nie mam zielonego pojęcia? No, więc przestań mi pieprzyć o jakimkolwiek spokoju! ― Moje ręce mimowolnie zacisnęły się w pięści, a nie chcąc przypadkiem trafić jedną w nos ojca, odsunęłam się i zaczęłam krążyć po pomieszczeniu.
     - Wracała ode mnie, owszem. ― Usiadł na kanapie, ściągając płaszcz.
     - Więc masz z tym coś wspólnego. Po prostu gadaj, zaoszczędźmy sobie czasu, a potem będę mogła znowu wyrzucić cię z naszego życia. ― Zmierzyłam go dosyć nieprzyjemnym spojrzeniem.
     - Lucia była u mnie, ale… nie byłem wtedy sam w mieszkaniu.
     Z każdą chwilą coraz trudniej powstrzymywałam chęci rzucenia się na niego z pazurami i rozdarcia twarzy, przekonana, że za moment usłyszę akcję masowego gwałtu z jego udziałem.
     Nie, nie byłby na tyle głupi.
     - Kto był z tobą?
     - Kumple od interesów… A-al, przysięgam, wyszedłem dosłownie na moment… ― Zrozpaczony zaczął zwyczajnie łkać. Uginał się pod całym ciężarem, jaki na niego nakładałam, by tylko wskazać drogę prawdzie.
     Powolutku łączyłam fakty, czując przy tym potężną falę narastających emocji. Pytanie, które próbowałam zadać drżącym głosem było niczym ostrze drażniące mnie w gardło.
     - Czy oni…
     Nie musiałam kończyć zdania. Zaczął energicznie kiwać głową, jakby chciał wytrzepać z niej poczucie winy oraz niesamowite wyrzuty sumienia, jakie zapewne kąsały go niczym węże.
     - Próbowali ją zgwałcić, ale nie zrobili tego. Wróciłem na czas… ― Na koniec wyjaśnień wydostał z płuc głębokie, może nawet pełne ulgi westchnienie. Cała złość spłynęła teraz w pięści. Zaciskając dłoń, wbiłam paznokcie w skórę, byle by nie wyładować się w bieżącej chwili.
     - Gdzie. Oni. Są. Kurwa, każdy po kolei pożałuje, że próbował to zrobić! ― warknęłam groźnie. ― No mów. Gdzie oni są? ― Podeszłam do niej i zaatakowałam natarczywym spojrzeniem.
     Przemilczał tę chwilę.
     - Co z nimi zrobiłeś?
     - Z-zabiłem ich…
     I wtedy jakby uderzyło mnie coś naprawdę ciężkiego. Złapałam się za głowę, a myśli w niej stały się niewyraźnym szumem, który odebrał mi resztki rozumu. Zniknęła umiejętność przetwarzania słów. Została tylko dziwna, wysysająca wszelkie emocje pustka, która była paradoksalnie tylko zapowiedzią prawdziwej eksplozji.
     - Co zrobiłeś?! ― Wydarłam się gniewnie i przeczesałam nerwowo włosy, uważając, by przypadkiem nie wyrwać ich sobie z cebulkami. Martwe ciała. Policja. Śledztwo. Sąd. Więzienie. Czarny scenariusz ukazywał mi o wiele więcej, niż tylko te pojedyncze słowa.
     - C-co miałem zrobić?
     - Kurwa, może ich wyjebać na zbity pysk? Nie zabija się ludzi ot tak! Będziesz miał problemy, przy których ci, do cholery, nawet nie pomogę. Bo nie będę w stanie. ― Nie mogłam w to zupełnie uwierzyć. ― Co za idiota. Kretyn. Co ty sobie w ogóle myślałeś, ciągnąc za spust? ― To był dla niego chleb powszedni? Robił już to? Do mnie nadal to dochodziło tak, jak przed ogromną warstwę żelaza. Słabo i mało dobitnie.
     - Że, uwierz sobie, ratuję córkę ― odpowiedział twardszym głosem.
     - Brawo. Miej teraz tuzin władz na karku. ― Lucia była bezpieczna. Owszem. Tamci faceci zasłużyli na złą, bardzo złą karę, ale parę zwłok spod rąk bezmyślnego ojca będą przysparzać nam jeszcze więcej problemów. Śladów krwi nie da się zmyć. Będą ponadto ciągnąć się za każdym jego krokiem.
     W pewnym momencie usłyszałam skrzypienie drzwi i cichutkie ciągnięcie nosem. Lucia wyszła ze swojego pokoju. Twarz miała trupio bladą, a oczy czerwone od nieprzerwanego płaczu. Zlustrowałam ją troskliwym spojrzeniem, zastanawiając się, ile stąd słyszała.

[Lucia?]

13 lis 2018

Od Lucii C.D Althea

    Gdy spojrzałam na strój, który zrobiła sobie siostra, momentalnie wróciłam myślami do czasów, kiedy miałam zaledwie siedem lat i razem z nią oglądałam serial o dwóch łowcach. Od razu przypomniała mi się ten pamiętny wieczór, kiedy ja otulona kocem i wciśnięta w jej objęcia obserwowałam wydarzenia na ekranie. Jakbym to wtedy powiedziała: “Tam była brzydka, straszna pani, która robiła coś dzieciom i te umierały.” Wytłumaczone w najprostszy sposób. Prostszego nie ma.
    Ja po długim debatowaniu i myśleniu nad strojem, w końcu zdecydowałam się przebrać za… Nie wiem kogo, ale też za jakąś starą panią, tatę natomiast przebraliśmy w strój wampira, chociaż jedyne co zrobiłyśmy, to uszyłyśmy mu pelerynę, gdyż garnituru nie potrzebował.
    Od tamtej parady minęło już parę tygodni. Althea coraz bardziej dogadywała się z ojcem, z czego strasznie się cieszyłam. Nie posiadałam się z radości, gdy ujrzałam jak dziewczyna pierwszy raz uśmiechnęła się do taty. To było zaledwie parę dni temu, a ja nie potrafiłam o tym zapomnieć i od tamtego czasu ciągle byłam przepełniona pozytywną energią i promieniowałam wręcz świetnym humorem.
    Alti akurat została w domu lekko przeziębiona, więc tylko ja poszłam do taty na tak zwaną “kawę”. Rozgościłam się w jego mieszkaniu jak u siebie i rozsiadłam wygodnie na kanapie, zaczynając jakąś niezobowiązującą rozmowę. Nie minęła chwila, gdy dostałam kubek świeżej kawy i ciepły koc. Momentalnie się nim okryłam i włączyłam telewizję, oglądając jakiś lecący program. Razem z nim śmiałam się z ludzi tam występujących, jednak do czasu. Naszą sielankę przerwał dzwonek do drzwi, na którego dźwięk mój ojciec zmarszczył brwi [zrymowało się lol]. Wstał z kanapy i podszedł do wyjścia, z którego chwilę później wyszedł mężczyzna, którego pierwszy raz ujrzałam na oczy.
    Na pierwszy rzut oka - przystojny blondyn, mniej więcej w wieku mojej siostry, nie starszy. Za nim do mieszkania wszedli kolejni, Może i w jego wieku, ale już nie tak bardzo urodziwi. Można by rzec, że niektórzy byli wręcz szpetni. W sumie było ich trzech. Wyglądało to, jakby ten pierwszy był panem i władcą, a oni jego przydupasami. Blondyn nawet wzrostem ich przewyższał.
    Tata przez chwilę zamienił z nimi parę słów, po czym zaprosił ich ruchem dłoni, by usiedli do stołu. Nie oderwałam od nich wzroku ani na chwilę. Nie wiedzieć czemu, ale stresowała mnie ich obecność. Może to był fakt, że w ogóle ich nie znałam? Albo nie wyglądali za przyjemnie.
    Gdy ojciec wyszedł z mieszkania - kompletnie nie wiem w jakim celu, zostawiając mnie samą z trzema nieprzyjemnymi osobnikami płci męskiej. Starałam się na nich nie zwracać uwagi, lecz mój stres wzrósł, gdy ci przenieśli się do mnie na kanapę. Zerknęłam na jednego z nich kątem oka , zaciskając palce mocniej na kubku. Podniosłam go do ust i wzięłam małego łyka. Nim się obejrzałam, naczynie wylądowało rozbite na podłodze, wytrącone z moich rąk przez jednego z mężczyzn.
     - Co taka dziewczyna jak ty, robi u takiego człowieka, jak on? - spytał, obejmując mnie ramieniem w pasie. Gwałtownie się ruszyłam, chcąc się wyswobodzić z jego uścisku, lecz bezskutecznie. Jego palce mocniej zacisnęły się na moim biodrze, sprawiając wcale niemały ból.
    Zasyczałam cicho.
     - Jestem jego córką - powiedziałam cicho, w czasie gdy kolejny z mężczyzn zgarnął kosmyk moich włosów za ucho i zaczął delikatnie gładzić mój policzek wierzchem dłoni.
    Zadrżałam.
    Blondyn parsknął z pogardą.
     - Fabio i córka? Sprzedałby ją za pierwszą lepszą korzystną dla niego ofertę. Jak myslisz, za parę groszy mogłabyś się nam oddać co? Dobrze się tobą zajmiemy. - Na jego twarz wpłynął obrzydliwy uśmiech, podczas gdy to oznajmiał. Po moim ciele przebiegły nieprzyjemne dreszcze, które jeszcze bardziej wzmogły mój strach przed obcymi mężczyznami.
     - N-nie! - krzyknęłam przerażona, po raz kolejny próbując się im wyrwać i kolejny raz zostać przez nich skutecznie unieruchomioną. Prychnęłam w myślach. Co ja sobie myślałam? Że ja, szesnastoletnia dziewczyna będę w stanie oprzeć się trzem o wiele ode mnie silniejszym mężczyznom. Dobry żart.
    Serce zaczęło mi bić jak szalone, ręce drżały i  nie potrafiłam zapanować nad moim przyśpieszonym oddechem, a oni to wszystko mogli wykorzystać. Nim się obejrzałam, jeden z nich wziął mnie na ręce i rzucił na pobliski stół, podwijając nerwowym ruchem moją bluzę, odsłaniając przy tym mój brzuch razem z piersiami, dotychczas skrytymi również za materiałem gładkiego stanika. W dalszym ciągu próbowałam im się wyrwać, wydostać spod ich silnych objęć. Nadal miałam nadzieję na to, że uda mi się uwolnić, mimo przerażenia, które powoli zawładnęło nad moim ciałem i ich przewagi liczebnej. Jak można było się wcześniej domyślić, moje starania spełzły na niczym, gdy ich silne ręce ostatecznie przyszpiliły mnie do stołu. Straciłam nadzieję na to, że uda mi się jakkolwiek przed nimi obronić. Chwilę później zaczęli zdzierać ze mnie kolejne ubrania. Wiedziałam, że to za chwilę może się stać. Wiedziałam, że zaraz dojdzie do gwałtu. Chciałam krzyczeć, ale ich dłonie skutecznie tłumiły moje krzyki. Nie wiedziałam, co mogę jeszcze zrobić i powoli zaczęłam się godzić z moją rychłą przyszłością, gdy nagle usłyszałam strzał. Strzał, który był wycelowany prosto w głowę mężczyzny aktualnie nade mną wiszącego. Chwilę później ciężar jego ciała, przygniótł mnie, a ja usłyszałam kolejne dwa strzały, po których słychać było tylko głuche uderzenia o podłogę i przenikliwą ciszę, która była przerywana przez mój zrozpaczony szloch. Nie wiedziałam, co właśnie się stało. Nie wiedziałam, czy przypadkiem ja nie będę następna. Moje wątpliwości zakończył jednak widok twarzy mojego ojca, który zrzucił ze mnie zwłoki i podniósł mnie ze stołu, pomagając mi się ubrać.
     - Wróć do siostry - mówił, ścierając krew z mojej twarzy i ubrania. - Nie mów jej o niczym, zadzwonię do ciebie, jak sprawa się unormuje. - Wyjaśnił, zakładając na mnie kurtkę i zapiął mi ją pod samą szyję, przy okazji okrywając moją głowę obszernym kapturem.
    Kiwnęłam głową, pośpiesznie ocierając łzy i normując oddech. Chwilę później bez żadnego innego słowa zostałam wypchnięta za drzwi. Drzwi, za którymi mógł się rozegrać najgorszy koszmar w moim życiu. I rozegrał, ale nie tak, jak myślałam. Nadal miałam przed oczami te martwe, jeszcze ciepłe ciała. Ich oczy wlepione we mnie z niemym okrzykiem bólu.
    Nie chcąc o tym dłużej myśleć, pośpiesznie wyszłam z budynku. Ledwo stałam na nogach, jednak bez problemu doszłam do domu. Otworzyłam drżącą dłonią drzwi i weszłam cicho do środka. W tym momencie tama, którą wybudowałam podczas mojej drogi do domu, ostatecznie wybuchła, zalewając mnie wodospadem przykrych wspomnień.
    Upadłam pod drzwiami ze szlochem, zsuwając się powoli po drzwiach.


< Alti? C: >

22 paź 2018

Od Althei C.D Lucia - Parada Peur [1/3]

     Donośny stukot drzwi nie pozostawił ani cienia wątpliwości. Wiedziałam, że to Lucia wraca i wiedziałam też, że nie będzie sama. Wiele razy jeszcze próbowałam sobie wmówić, że naprawdę dałam szansę ojcu. Że to nie jest żaden koszmar ani sen na jawie, a szara, smutna rzeczywistość, w jakiej jestem zmuszona egzystować.
     Kryjąc zdenerwowanie, które jeszcze wyraźnie przepływało przez sieć czerwonych żył, dźwignęłam się z kanapy oraz dobiegłam do drzwi. Jak jak mówiłam, osoby stojące za nimi nie wzbudziły we mnie żadnego śladu zdziwienia, a nawet ulgę – rzecz jasna w przypadku Lucii, która ostatnio po wielokroć postanawia robić sobie wycieczki do ojca, jeszcze mi o tym nie mówiąc. Ciężko było mi to przyznać, ale czasami zachowywałam się aż nadopiekuńczo wobec niej.
     - Bierzemy udział w paradzie czy tego chcesz, czy nie. – Od razu jej twarz przeciął szeroki uśmiech. Zanim zdążyłam choćby pomyśleć nad tym, co powiedziała, poruszyła sporym pudełkiem umiejscowionym w swoich rękach. Wystarczyło spojrzenie, aby stwierdzić, że było wypełnione po brzegi.
     Oczywiście. Teraz dopiero z mojej pamięci wygrzebały się wszelkie istotne wspomnienia z telewizji czy internetu dotyczące Caramellen – popularnego w regionie święta, sprowadzonego prosto z miasta Carabell. Społeczność Avenley, nie chcąc pozostawać gorszą, również celebrowała wydarzenie poprzez ubieranie cudacznych kostiumów, masek, chodzenie po domach i zbieranie słodyczy. Było jeszcze mnóstwo innych zwyczajów, jakie wpajano do głów dzieciakom, którym mimo bogatej historii święta zależało wyłącznie na bieganiu po domach, śpiewaniu piosenek i straszeniu niewinnych staruszków.
     Choć nie przyznawałam tego wprost, byłam fanką tego święta. Zdarzało mi się zatracać w lekturze o masakrze w Carabell. Zawsze rozbudzała się we mnie ta dziwna refleksja na temat zaświatów, kontaktu ze zmarłymi – zmarłą mamą, której chciałabym powiedzieć tak wiele. Umysł przesiąkał melancholią, która znikała wraz z końcem tej pamiętnej nocy, rzucając mnie z powrotem w wir monotonnej rzeczywistości.
     - Chcę. – Opuściło mnie zdenerwowanie. Rysy twarzy znacznie złagodniały.
     Siostra wyrażała podziw tą reakcją krótką chwilę, potem wraz z ojcem wkroczyła do mieszkania. Standardowo jego obecność oddziaływała na mnie najmocniejszymi negatywnymi odczuciami, które starałam się tłumić dla dobra sprawy.
     Usiadłyśmy na kanapie.
     - Wow… – Dotknęłam ręką miękkich materiałów mieszczących się w pudle. Lucia naprawdę musiała się wciągnąć w tę zabawę, co spowodowało, że tym bardziej nie chciałabym jej zepsuć. – Masz już jakiś pomysł na przebranie?
     - Szczerze ledwo przejrzałam to, co nakupowałam. Liczyłam, że to ty pomożesz coś wybrać. – Uśmiechnęła się delikatnie. – A tacie wspólnie wybierzemy przebranie – stwierdziła głosem tak zdecydowanym, że Antonio z pewnością nie odważyłby się zaprotestować.
     - Za to dla Ducha już coś mam. – Pies zareagował na swoje imię i przydreptał wprost pod moje stopy. Nakryłam go czymś na wzór prześcieradła, śmiejąc się pod nosem, gdyż od razu zaczął się szarpać i uparcie się tego pozbywać. – Istny duch – dodałam z rozbawieniem. Zwierzę wyraźnie nie podzielało mojej opinii, bo zaskomlało niezadowolone.
     Zmierzwiłam jego futro.
     - Chyba mu się nie podoba – stwierdziła, nawiasem bardzo trafnie, Lucia.
     - Za to ja już wiem, co zrobię z tym… czymś. – Skrzywiłam się, badając wzrokiem to, co znalazłam w pudle. Parę materiałów, które wymagało dodatkowego cięcia i paru szwów. Wszystkie barwił ten sam ciemny kolor, podchodzący nieco pod brąz. W mojej wyobraźni pojawiła się szata. – Znasz takie stworzenie jak Strzyga?
     - Zamierzasz wysysać życie z dzieci i wkradać im się nocami do domów? – Twarz Lucii była zupełnie poważna, na co parsknęłam śmiechem.
     - Tak, dokładnie o tym mówię. Nigdy nie lubiłam tych gówniaków kręcących mi się pod nogami.
     - Mnie też nie lubiłaś? – Podniosła brwi w zastanowieniu.
     Antonio siedział w ciszy, uśmiechając się ledwo, co wcale mi nie przeszkadzało.
     Pokręciłam głową.
     - Nie… ty byłaś całkiem znośna. – Zabrałam swoje materiały i rozłożyłam je na jedynym biurku, jakie stało w mieszkaniu, i było to biurko w pokoju Lucii. Napędzał mnie dziwny entuzjazm, który nie pozwalał mi zwyczajnie przerwać działań. – Żadna ze mnie krawcowa, ale powinnam sobie z tym poradzić.
     Fakt, że kręciło mnie wydarzenie mające odbyć się za równo dwa dni, nie był trudny do wywnioskowania. W progu czułam obecność Lucii, a jej promienny, zadowolony uśmiech przede wszystkim. Ukradkiem dostrzegłam, jak jej oczy wręcz lśnią od zainteresowania.
     W końcu nożyczki aż za bardzo drżały mi w rękach. Dziewczyna widząc to powędrowała za moje plecy, odebrała mi narzędzie i westchnęła tak ciężko, że poczułam się przynajmniej dziesięć lat młodsza od niej.
     - Co chcesz z tego zrobić?
     - Obszerny kaptur. Ale materiał coś nie chce się tnąć – wyjaśniłam.
     - Jesz za dużo tych mało kalorycznych bzdur. Nie masz siły. – Prychnęła głośno i jednym ruchem zdołała przeciąć znaczną część materiału. – Widzisz? W ten sposób.
     Właśnie tak obie wzięłyśmy się za robotę. Znalazłam na internecie ilustrację wcześniej wspomnianej Strzygi, by móc inspirować się jej wyglądem, i zeszło nam mniej więcej dwie i pół godziny na stworzenie pradawnej szaty. Poważnie – wyglądała obiecująco. Kiedy Lucia odetchnęła głęboko z ulgą, ujrzałam, jak Antonio wkracza do pokoju z tacą wypełnioną jedzeniem. Pierwszy raz tak zastygłam, jednocześnie nie rejestrując żadnego śladu zirytowania.
     - Pewnie jesteście zmęczone – stwierdził. – Widzę, że Al zamierza być postrachem caramelleńskiej nocy.
     Zdobyłam się na krótki uśmiech.
     - Zobaczymy. Wszystko zależy od tego, czy Lucia mnie przebije. – Mrugnęłam do siostry, co miało zasygnalizować rzucenie wyzwania.

[Bitch? 8)]  

21 paź 2018

Od Lucii C.D Althea

     - Masz młoda. - Jefferson podsunął mi pod nos szklankę z trunkiem, uśmiechając się delikatnie. - Masz szesnaście lat, pora spróbować czegoś lepszego, niż jakiegoś jebanego moczu, którego dodają do tych zasranych soków.
    Parsknęłam cicho.
     - Mówił ci ktoś kiedyś, że coś z tobą nie tak? - zapytałam, starając się przenieść rozmowę na inny tor. Zostawanie sam na sam z dosyć niezrównoważonym psychologiem to nie była jedna z moich lepszych decyzji. Wręcz przeciwnie, była to okropna decyzja. Boje się, że to całe nasz spotkanie odbije dosyć mocne piętno na mojej psychice i będę takim samym pojebem, jak ten podstarzały mężczyzna.
     - Tak, wiele osób, nie jesteś pierwsza. Wiem, że chciałabyś, ale ni chuja, nie ma tak łatwo - zaśmiał się i ponownie przysunął pod mój nos szklankę z kilkuprocentowym napojem. - Pij, będziesz mi dziękować później.
     - A może ja nie chce pić?
     - Chcesz, wszyscy gówniarze chcą, a ja daje ci taką okazję. Pij i nie marnuj mojego czasu, dziewczyno. - Podniósł szklankę, wręcz wciskając mi ją w dłoń. Parsknęłam cicho pod nosem i zaciągnęłam się przez chwilę zapachem trunku. Zmarszczyłam nos, gdy poczułam palącą woń, która wręcz odradzała smakowania tego napoju.
     - Ale to cuchnie -  mruknęłam, powoli przyzwyczając się do swobodnej atmosfery, jaką stwarza wokół siebie Jefferson. Może namawianie mnie do picia to nie było nic dobrego, ale miał rację. Chciałam tego spróbować. Więc po chwili zastanowienia, przechyliłam kieliszek, wypijając całą jego zawartość.
    Jefferson posłał mi dumny uśmiech i poklepał po plecach, gdy zobaczył, jak się wykrzywiłam.
     - Moja krew, będą z ciebie ludzie - zaśmiał się, odbierając mi naczynie. Chwilę później wlał sobie do niego jeszcze trochę alkoholu. W tym czasie do lokalu zdążyli wrócić Alth razem z ojcem.
     - Althea, a czy ty czasem nie pracujesz w barze?! - Jefferson uśmiechnął się w jej stronę, przykłądając kieliszek do ust. Nie spuszczał wzroku z mojej siostry
     - W każdym razie nie tutaj - zakaszlała głośno, zajmując miejsce obok mnie. Tata poszedł w ślad za nią i usiadł naprzeciwko nas. - Możemy już stąd wyjść?
     - Wyjść? My dopiero się rozkręcamy. Twoja bardzo grzeczna, młodsza siostrzyczka świętowała swój pierwszy alkohol. Cholera, mówię ci, będą z niej ludzie! - Zmarszczyłam brwi na słowa Jeffersona. Szczerze mówiąc to miałam nadzieję, że nie piśnie o tym ani słowa mojej siostrze, ale no cóż… Myliłam się
     - Al, nie wierz w to, co mówi. Jest już chyba pod wpływem - wtrąciłam się, przecierając zmęczona oczy wierzchem dłoni.
     - Dogadałam się z ojcem. Daję mu szansę - oznajmiła Al po chwili, na co momentalnie oprzytomniałam. Nie mogłam uwierzyć w to co słyszę. Na mojej twarzy rozrastał się wielki, szczery uśmiech. Nie mogę nawet określić, jak bardzo wtedy ucieszyłam się z tej wieści. Myślałam, że ten moment nigdy nie nastąpi. A jednak, stało się.
     - W końcu! - Wtuliłam się mocno w moją siostrę, przymykając oczy. Ciepło jej ciała dawało mi pewne poczucie bezpieczeństwa, którego nigdy nie zaznałam od rodziców. W sumie, teraz to się chyba zmieniło. Nie tylko ona daje mi to poczucie, ale też ojciec, który zrozumiał swój błąd i wrócił do nas. Dwóch córek, które kiedyś zostawił
    Jefferson zaczął klaskać, by chwilę później powiedzieć:
     - Nie przypuszczałem, że to zrobisz - mruknął tylko. - Ale widzicie? Wszystko kończy się dobrze, jak w pierdolonej telenoweli. I wiecie co? To nie moja zasługa, a tej młodej. Gdyby startowała kiedyś na panią prezydent, to masz moje pełne poparcie.
    Zaśmiałam się cicho na jego słowa, nie odrywając się od siostry i czekając na moment, aż wrócimy do domu. Nie zajęło to nawet dużo czasu, bo już jakieś pięć minut później ruszyliśmy do wyjścia z baru. Dosyć szybko dotarliśmy do mieszkania, taty, w międzyczasie odstawiając lekko wstawionego psychologa do jego własnego domu.
    Będąc już w mieszkaniu, zamówiliśmy pizzę, o której jeszcze parę miesięcy temu z Al mogłyśmy tylko pomarzyć. Spędziliśmy wieczór w trójkę, pierwszy raz w całym naszym życiu. Nawet Althea nie wiedziała, jak bardzo o tym marzyłam. To jeden z wielu dowodów, że marzenia się spełniają. Przez cały ten czas uśmiech nie schodził mi z twarzy. Nawet gdybym chciała go z niej usunąć, nie dałabym rady, tak mocno był do niej przykleszczony.
    Po obejrzeniu paru filmów zupełnie w losowym momencie zasnęłam, będąc obejmowana przez siostrę. O dziwo rano obudziłam się w tej samej pozycji. Mimo to, że Al się zgodziła dać szansę tacie, to widziałam, że czym prędzej chce wyjść z jego mieszkania i wrócić do naszej własnej klitki w zniszczonej kamienicy. Zjadłyśmy jeszcze szybkie śniadanie i pożegnałyśmy się z Antonio, by chwilę później być już w drodze do domu. Sama zostałabym u niego dłużej, lecz nie chciałam by moja siostra siedziała tam wbrew własnej woli. Ukrywała to dosyć dobrze, jednak mnie nie da rady oszukać. Za dobrze ją znam.

▼▲▼▲▼▲▼

    Parę tygodni później przypomniałam sobie o paradzie z okazji Caramellen, która miała się odbyć dokładnie dwa dni później. Jakby oświecona zadzwoniłam do ojca, pytając się go czy ma czas i pieniądze na kupno materiałów na kostiumy. Z marszu się zgodził i parenaście minut później pod szkołą mogłam zobaczyć jego samochód. Pojechaliśmy na zakupy do… Nie wiem nawet gdzie to było, ale jazda samochodem naprawdę się dłużyła. Koniec końców nakupiliśmy tego dosyć dużo, pomimo tego, że wcale tyle nie zamierzałam tego brać.
    Po dwóch godzinach pobytu na mieście w końcu razem z tatą tymi wszystkimi materiałami podjechaliśmy pod mój dom. Z trudem donieśliśmy to wszystko na górę, a ja nosem nacisnęłam dzwonek do drzwi, by chwile później pojawiła się w nich Al z groźnym wyrazem twarzy, który był prawdopodobnie skutkiem tego, że nie wróciłam do domu na czas. Ja natomiast z uśmiechem na ustach pokazałam jej te wszystkie materiały.
     - Bierzemy udział w paradzie czy tego chcesz, czy nie.


< Al? Dno totalne, przepraszam :/ Nawet nie sprawdzałam >

10 paź 2018

Od Althei C.D Lucia

     - Nigdy więcej mnie do niego nie porównuj – wysyczałam groźnie, nie bacząc na pozostałości klienteli, która obdarowała mnie zniesmaczonym spojrzeniem.
     Wstałam od stolika, a moją szczerą niechęć zdradzały mocno ściągnięte brwi. Mam go pocieszać? Prychnęłam głośno, gdy tylko te słowa zajęły większą przestrzeń w mojej głowie.
     - Całe Avenley River będzie z ciebie dumne! – Za sobą usłyszałam jeszcze rozbawiony głos Eliasa, zmierzając do wyjścia z kompletnie zadymionego baru.
     - Przytkaj się.
     Zaraz znalazłam się na zewnątrz. Zimne powietrze znowu przeszyło mnie na wskroś, ogarniając z każdej strony niczym lodowymi dłońmi. Blade światło wydostające się z zaparowanego okna padało na cześć twarzy Antonio, przez co zauważyłam tylko oko wgapiające się tępo w beton. W spojrzeniu topił się smutek, który nie potrafił mnie ruszyć. Nawet, gdy w głębi wiedziałam, że myślał o mojej mamie – o jej tragicznej śmierci, o wielkiej tęsknocie – odczuwałam tą samą obojętność, której… chyba chciałam się pozbyć. Jednak serce, wyrzucające z siebie wszelkie uczucia, otoczyło się grubym, nie do ruszenia pancerzem. Skamieniało.
     - Wiem, że Jefferson cię tu posłał – zaczął bez wyrazu.
     - Nie da się ukryć, co? – Stanęłam na tle okna, tym samym hamując drogę światłu, które do tej pory ujawniało przynajmniej część twarzy mężczyzny. Teraz spowity był kompletnym mrokiem jak reszta okolicy.
     Cud, że podeszłam tak blisko niego, tłumiąc jeszcze skrzywienie pełne poirytowania.
     - Inez… – rzekł cichym głosem, patrząc z nostalgią. Przed jego oczami mogła się wręcz odtwarzać taśma wspomnień. – Przypominasz mi ją, wiesz?
     - Była tak samo uparta?
     Nienawidziła cię?
     Chciałaby myśleć, że nie żyjesz?
     Zaśmiał się nieznacznie w odpowiedzi i pokierował na mnie wzrok. Dostrzegłam małą namiastkę światła, która nieco rozjaśniła szaro-zielone oczy.
     - Dwa razy bardziej. I to ona trzymała zawsze wszystko w ryzach. Troszczyła się o całą swoją rodzinę, zawsze brała wszystko na siebie. Jak mieliśmy po siedemnaście lat, uparła się, że będzie pracować – mówił. – Jej rodzice ledwo wiązali koniec z końcem, więc czuła się zobowiązana.
     - Dlaczego mi to mówisz? – przerwałam mu, czując, jak niezrozumienie wobec jego wywodu coraz bardziej mnie drażni.
     - Ponieważ jestem z ciebie dumny.
     Cisza. Posępna cisza, której nie miałam ochoty przerywać. Coś jednak zamrowiło w mojej głowie. Jakaś cicha myśl, zalążek dziwnego uczucia, może nawet różniącego się od nienawiści.
     - Gdybyś nie odszedł, może nawet ucieszyłabym się na te słowa – odparłam zgodnie z prawdą. Świadomość, że wyznał to po tym, jak skazał nas na życie na własną rękę, nie pozwalała mi się uśmiechnąć. Nie tak wyobrażałam sobie scenę, w której pełny dumy ojciec pochwali w końcu swoją dorosłą córkę.
     Nie.
     Nigdy nawet nie pomyślałam, że taka scena mogłaby zaistnieć.
     - Przeszłości nie dam rady zmienić, ale mogę wpłynąć na przyszłość. O ile mi na to pozwolisz. – Prowadził dyskusję tak spokojnym głosem, jakby od tego miało zależeć jego życie. Myślał, że w ten sposób wzbudzał we mnie mniej negatywnych emocji, ale mylił się. Gdybym nagle zniszczyła tamę powstrzymującą nadmiar moich uczuć, zalałyby one i zrujnowały absolutnie wszystko na swojej drodze.
     - Nie wiem – mruknęłam.
     - Lucia już dała mi szansę, ufasz jej, prawda? Widzisz, że jest jej dobrze. Nie narzeka, a przeciwnie, przekonuje cię, byś zrobiła to samo. Więc jeśli nie dla mnie, to może dla niej?
     - Daruj sobie te psychologiczne triki. Nie zrobiłabym tego dla nikogo innego, jak dla niej. Ale przysięgam. – Zmierzyłam go ostrym wzrokiem, które kazało czuć coś znacznie więcej niż tylko marną, leciutką groźbę. – Jeśli zmarnujesz szansę, możesz się więcej nie pokazywać. Czy to wystarczająco jasne? – Najwyraźniej nie siliłam się na uprzejmości, a on, biedny, skulony pod moimi słowami, nawet się ich nie dopraszał. Byłam cholernie cięta wobec niego, wręcz wykorzystywałam to, że przed oczami tylko ma wizję powrotu do swoich malutkich córek. Najgorsza była jednak świadomość, że ani trochę mi to nie przeszkadzało.
     Jakże karmiło to mojego wewnętrznego demona.
     - Oczywiście. To znaczy, że…
     - Tak. – Weszłam mu w zdanie. – Opanuję się na tyle, byś mógł wykorzystać swoją szansę. Ale to i tak nie będzie łatwe. – Ostrzegłam go jeszcze poważnym tonem, po czym zwróciłam się w kierunku wejścia do baru, nawet nie troszcząc się o fakt, czy ojciec podąża za mną.
     - Althea, a czy ty czasem nie pracujesz w barze?! – Już w progu, gdy dłonią rozwiewałam dym unoszący się tuż przed moją twarzą, usłyszałam rozweselony głos Jeffersona. Przysięgam, że jemu to nigdy się nie nudzi. Całe dnie mógłby obrzucać świat swoim psychicznym uśmiechem oraz ciętymi komentarzami, które dotyczyły z reguły wszystkiego.
     - W każdym razie nie tutaj – zakaszlałam głośno, zajmując miejsce obok Lucii. Antonio, jak się okazało, ruszył wtedy w ślad za mną, przez co teraz siedział naprzeciwko. – Możemy już stąd wyjść?
     - Wyjść? My dopiero się rozkręcamy. Twoja bardzo grzeczna, młodsza siostrzyczka świętowała swój pierwszy alkohol. Cholera, mówię ci, będą z niej ludzie!
     Proszę?
     - Al, nie wierz w to, co mówi. Jest już chyba pod wpływem – wtrąciła się Lucia, wyraźnie zmęczona. Nie dziwiłam się. Spędziła z Jeffersonem prawie dziesięć minut i nadal wyglądała na w miarę zdrową psychicznie.
     - Dogadałam się z ojcem. Daję mu szansę – oznajmiłam, przerywając całą, toczącą się do tej pory dyskusję. Ogłaszając to, miałam wrażenie, jakbym co najmniej wyznawała wieść o zajściu w ciążę. Obym nigdy nie miała do tego okazji.
     - W końcu! – Lucia w okamgnieniu dopadła do mnie oraz wtuliła się w moje ciało. Jej uszczęśliwienie sprawiło, że na dłuższy czas zwyczajnie skamieniałam, nie będąc w stanie nawet podnieść ręki i ją objąć.
     Jefferson zaklaskał, przez co zwróciłam na niego pełne zastanowienia spojrzenie, które mogło wyryć w nim sporą dziurę.
     - Nie przypuszczałem, że to zrobisz – mruknął tylko. – Ale widzicie? Wszystko kończy się dobrze, jak w pierdolonej telenoweli. I wiecie co? To nie moja zasługa, a tej młodej. Gdyby startowała kiedyś na panią prezydent, to masz moje pełne poparcie.
     - To dopiero początek. – Głos Antonio wydawał się być wyprany z wszelkich emocji. Elias szybko szturchnął go ramieniem, ciągle odsłaniając zęby w idealnym uśmiechu.
     - Matko, stary, wyglądasz gorzej niż srające gówno. Powinieneś tryskać energią! Ale wiesz – szepnął. – Nie za mocno, bo jeszcze trafisz kogoś w oko. W każdym razie! – Odetchnął głęboko. – Może faktycznie powinniśmy jakoś to uczcić.
     Co ja tu robię?
     Kompletnie się wyłączyłam, skupiona jedynie na tym, by ściskać czule swoją szczęśliwą jak nigdy siostrę. Pozostałe głosy tylko dochodziły do mnie przytłumione moimi własnymi myślami.

[Lucia?]

5 paź 2018

Od Lucii C.D Althea

    Dziwnie się czułam na tym całym “terapeutycznym wyjściu ukrycia” albo “terapii w plenerze”. Dobra, to i to nie pasuje do tego, co chciałam teraz powiedzieć. W każdym razie, jakie według Jeffersona jest najlepsze miejsce na terapię rodzinną? Bar. Tak, bar. Piękny, cudowny, przepełniony zapachem nikotyny, alkoholu, zmieszanego ze smrodem żuli, którzy swoje ostatnie pieniądze chcieli przesrać na parę drinków. Uroczo.
    Nie był to dla mnie ani trochę dobry pomysł. No bo powiedzmy sobie prawdzie w oczy. Nikt tej terapii nie chciał, prócz Jeffersona. Tego siwiejącego psychologa, o ciętym języku i charakterze piętnastoletniego chłopaka. Nie jest z naszą rodziną ani trochę blisko, ale i tak czy siak zagłębia się, nieproszony, w nasze sprawy. Ja rozumiem, że od tego jest. Ale nikt go o to nie prosił, ludzie święci. Dawno nie widziałam takiego upartego człowieka… albo jednak nie, odwołuję. Widziałam. Altheę we własnej osobie.
     - Ktoś tu nie lubi gry wstępnej. Dobra. - To były pierwsze słowa, które usłyszałam, i które wyrwały mnie z otępienia, które sprawił mi mój kochany umysł. Zmarszczyłam brwi i skupiłam się na jego dalszych słowach. - Zacznijmy od młodej. Jaki powód leży pod tym twoim całym walczeniem o tę rodzinę, co? Nie znasz Antonio. Nie powinnaś mu też ufać. Powiedz mi. Powiedz mi tak właściwie co tylko chcesz.
    Spojrzałam na niego zdziwiona. Taką reakcję wywołało u mnie między innymi to, jak szybko zmienił swój nastrój. Jak wcześniej tryskał energią i szalonym poczuciem humoru, tak teraz całkowicie spoważniał, wpatrując we mnie swoje lekko przeszklone oczy. Już otwierałam usta, żeby coś mu odpowiedzieć, lecz od razu coś mnie powstrzymało. Nie wiem co, jakaś wewnętrzna siła, która odebrała mi głos. Przestałam wiedzieć nawet o co mnie zapytał, ani też w jakiej galaktyce jestem i która godzina.
     - Mógłbyś powtórzyć - spytałam, z lekka speszona moim zachowaniem.
    Westchnął głęboko i zacisnął palce na nasadzie nosa, z powrotem kierując na mnie swoje zmęczone spojrzenie.
     - Nie, nie mam replayu we łbie  - przewrócił oczami. - Czemu walczysz o rodzinę?
     - Czemu jesteś taki nieprzyjemny? - uniosłam jedną brew, zbaczając na zupełnie inny temat, nie dotyczący nas, ani tego, po co się tu zebraliśmy. - Twoje żarty powoli przekraczają granicę dobrego smaku.
     - Czy ty wiesz, dziecko, co to jest granica dobrego smaku? - popatrzył na mnie z pogardą i wziął do ręki szklankę z alkoholem, po czym wlał go sobie trochę do gardła. - Ja też nie. Dla mnie nie ma czegoś takiego. Jestem Bogiem!
     - Jesteś idiotą - poprawiłam, uśmiechając się sztucznie. - A Boga nie ma.
     - Oh nie - złapał się za głowę. - Jedna z moich ulubienic nie chce mnie czcić, co za pech - westchnął, po czym chwilę później wrócił do tematu. - Więc, czemu walczysz cały czas tak zacięcie o rodzinę?
     - Bo chce ją w końcu mieć w komplecie - odpowiedziałam po chwili wahania i powoli przeniosłam wzrok w stronę mojej siostry. - Wiem, że tego nie uda mi się osiągnąć, bo mama nie żyje, ale chociaż żebyśmy w trójkę mogli spróbować jakoś żyć… - złapałam delikatnie Alt za rękę i ścisnęłam ją, uśmiechając się delikatnie. - Mama na pewno by tego chciała.
     - Mama by tego chciała, jeśli ten tchórz by nie uciekł. Kto wie, za kogo by to teraz miała - spojrzała na naszego ojca nieprzyjemnie, a ten tylko odwrócił wzrok.
     - Ach, Inez - Jefferson przerwał mojej siostrze tonem, który wskazywał na to, że próbował wygrzebać jakieś myśli, wspomnienia z czeluści swojego umysłu. Nie pomyślałabym, że mógł znać naszą mamę. - Złota kobieta. Zarywałem do niej, ale z jakiegoś powodu wybrała waszego ojca. - Podrapał się po głowie oburzony. - Nadal się kurwa zastanawiam, dlaczego.
     - Nie mówcie o niej - mruknął mój ojciec pod nosem. Najwidoczniej nie był zadowolony tym, w którą stronę poszła nasza rozmowa. Widać było, że nie chce rozmawiać o mamie. Zmarszczyłam brwi, skupiając swój wzrok na jego twarzy. Chciałam wiedzieć, dlaczego nie chce o niej mówić i unika tego tematu jak ognia. Dopiero teraz zauważyłam, jak rzadko wspominał mamę na przestrzeni tych tygodni spędzonych w jego towarzystwie.
     - Czemu? Chciałabym wiedzieć o niej więcej. Ty prawie w ogóle o niej nie wspominasz - wyraziłam swoje zdanie i przeniosłam swój przepełniony nadzieją wzrok na Jeffersona. - Powiesz mi… to znaczy nam o niej trochę więcej?
    Mężczyzna zmarszczył brwi, patrząc na mnie i wziął kolejnego, ostatniego łyka alkoholu.
     - O kurwa, już nic nie ma - pomyślał głośno, po czym odłożył pustą szklankę na blat. Chwilę później odpowiedział na moje pytanie. - Mógłbym, ale aktualnie znaleźliśmy się tu z innego powodu. - Próbował się wymigać. Mimo, że dobrze to ukrywał, to zauważyłam, że w tej kwestii nie chciał się sprzeciwić swojemu przyjacielowi. Widocznie rozmowa o Inez Santos była bardzo delikatna.
     - Idę się przewietrzyć - Antonio westchnął i podniósł się z krzesła, chwilę później całkiem opuszczając lokal. Spojrzeliśmy wszyscy po sobie z lekka zdziwieni jego działaniem.
     - Alt? - szepnęłam, zerkając kątem oka na moją siostrę.
     - Hmm?
     - Zobaczysz co z nim? Może jakoś poprawicie swoje relacje - zaproponowałam, kierując na nią swój błagalny wzrok. Nikt nawet nie wiem, jak bardzo chciałam, by jej relacja z ojcem uległa poprawie. Wiem, że nas zostawił, skrzywdził, odcisnął piętno na naszej psychice, ale wciąż zasłużył na szansę.

10 lat wcześniej
    Wigilia. Patrze przez oszronione okno na zewnątrz już trzecią godzinę. Obserwuje spadający śnieg, ruchy gałęzi na wietrze. Zwracam uwagę na każde przejeżdżające auto, głęboko wierząc, że jedno z nich podjedzie na naszą posesję, a z niej wyjdzie nasz tata. Lecz z każdą minutą, każdym kolejnym samochodem przejeżdżającym obojętnie obok naszego domu, traciłam nadzieję.
     - Zrobiłam nam kola… - słyszę głos Al, dobiegający zza moich pleców. - Znowu gapisz się w to okno?
     - On przyjedzie - mówię przekonana.
    Dziewczynka wzdycha.
     - Nie przyjedzie. - Podchodzi do mnie i głaszcze mnie po ramieniu. - Tak jak rok temu, dwa, trzy…
    Moje oczy szklą się od nadchodzących łez. Powoli zaczyna do mnie docierać to, że tam ma rację.
     - C-czemu on nas nie chce? - szlocham, odwracając się do mnie przodem. Starsza siostra, widząc mój stan, od razu zagarnia mnie w czuły uścisk i głaszcze delikatnie po plecach.
     - Nie wiem… Może ma jakieś kłopoty? - zastanawia się, chociaż po jej tonie głosu słychać, że nie bardzo w to wierzy.
     - Może trzeba mu pomóc? - odrywam się od niej i ocieram swoje mokre policzki z łez. - Musimy mu pomóc. Wiem! wyślemy mu jedzenie - uśmiecham się szeroko i wybiegam szybko z pokoju, kierując się do kuchni. Tylko słyszę za sobą, jak siostra poszła w moje ślady.

     - Po co mam tam iść? - prychnęła, przewracając oczami. - Nie mam zamiaru rozmawiać z tym gno…
     - Zamknij się i zrób coś dla dobra rodziny - Jefferson wtrącił się do rozmowy, na co ja zmarszczyłam brwi, a siostra spojrzała na niego zdziwiona. - Jeśli jednak nie chcesz tego robić dla dobra rodziny, to chociaż zrób to dla dobra siostry. Nie widzisz jak się kurwa stara, chcąc was pogodzić? Oboje jesteście siebie warci, jak dwie krople wody. Ty i on - prycha.


< Misiu pysiu tulisiu? c: >
Kocham Cię <3

30 wrz 2018

Od Althei C.D Lucia

    Nie byłam zdania, że przymuszanie nas do czegokolwiek wyjdzie na dobre. Gdyby nie ingerencja Lucii, dalej żyłabym w odpowiadającej mi nienawiści do ojca, a tak teraz musiałam przynajmniej sprawiać wrażenie, że te uczucie złagodniało. Nie złagodniało. Bez chwili wytchnienia kłębiło mi się w głowie, niszcząc cały mój umysł tym druzgocącym kłamstwem, które próbowało mnie przeniknąć. Jefferson mógł najróżniejszymi dowodami potwierdzić swoje doświadczenie w dziedzinie psychologii, aczkolwiek nie potrafiłby zmienić mojego podejścia. Czas nie zmienił. Lucia też nie. Ja nie byłam w stanie ani nawet nie przykładałam do tego ręki na dłużej.
    - Miejmy to za sobą – mruknęłam bez grama entuzjazmu i zarzuciłam tylko kurtkę na ramiona.
    Na zewnątrz niebo zalała już głęboka czerń obsypana garścią gwiazd. Chłód wieczoru napoił moje płuca, skuwając je od środka warstwą szronu. Zmarznięte kostki zadrżały od obniżonej temperatury, skryte tylko za najprostszymi trampkami. Zabrakło jeszcze tylko dymu papierosowego, który dopełniłby obraz nastolatki wychodzącej zajarać podczas nieobecności rodziców. Nie, w życiu.
    Rozpaliła się niewielka, umieszczona tuż nad drzwiami lampa, przeganiając otaczającą nas ciemność. Niedawno jeszcze migotała bladym blaskiem, upominając się o wymianę żarówki.
    - Nie było innej pory na wypad do miasta? – mruknęłam. Mój głos nie krył się z brakiem entuzjazmu.
    - Przestań narzekać, Althea, i nie utrudniaj sobie życia – Elias odparł dosadnie. Już wiemy, kto będzie odpowiadał za zakłócanie ciszy nocnej. – Po co to komu? Ciągle tylko patrzysz na mnie z takim wyrazem twarzy, jakbym nasrał ci do obiadu, zamiast docenić moją niewymowną szczodrość!
    - Daruj sobie. O nic cię nie prosiłam.
    - Ty? – Uniósł brwi w zdziwieniu. – To Lucia prosiła. Robiła to niemo, ale ja rozumiem doskonale ludzi bez słów. – Objął ramieniem moją siostrę, ale ta od razu odsunęła się gwałtownie, dokładnie tak, jakby pod jego pachą czaił się pszczeli rój.
    - Ja też cię nie prosiłam – mruknęła.
    - Antonio?
    Nikt cię tu nie chce, Jeffersonie.
    - Ja również nie. – To był pierwszy i prawdopodobnie ostatni moment, kiedy popierałam własnego ojca. Tymi słowami wymazał uśmiech z twarzy psychologa. Jego ręce opadły bezwładnie wzdłuż ciała i mężczyzna zatrzymał się w miejscu, tuż pod słupem światła latarni miejskiej. Było to ostatnie najbliższe źródło światła, które mogłoby poprowadzić nas chodnikiem do serca miasta.
    - Kurwa mać. Jesteście słabi – wyznał z ciężkim wyrzutem. – I nawet żartować nie potraficie. Chuj wam na drogę.
    - Elias… – zaczął starszy Santos, a w jego głosie rozbrzmiało zmęczenie. – Pamiętasz ten moment, kiedy nie miałem już kompletnie dokąd iść i wtedy wybrałem twój dom? – Obdarował go smętnym uśmiechem
    - Pewnie, to było zajebiste. Od razu wiedziałem, co zrobić. Zamówiłem pięć pudełek pizzy, ale wyszło, że lubisz z ananasem, więc znalazłeś się na wycieraczce. Spędziłeś tam noc i wyruchał cię mój pies.
    Na twarzy Antonio pojawiła się teraz głęboka konsternacja. Mężczyzna przez cały czas wykazywał wszelkie chęci na zatrzymanie opowiadań wygadanego psychologa, lecz po fragmencie o wyruchaniu przez psa zapewne wiedział już, że swoją szansę zmarnował i przebrnął do samego końca.
    - Cóż… miałem na myśli, że powinieneś tam zostać.
    Lucia eksplodowała cichym chichotem, który wobec nocnej ciszy był prawie jak hałas.
    - Ty sukinsynie, wiesz co? Przypominasz mi, dlaczego pije co wieczór ten łyk za dużo. I teraz też chcę mi się pić – wymamrotał. – Stawiasz mi dwie szklanki whisky. Albo i trzy!
    - To terapia rodzinna czy alkoholowa? – Aroganckie, ciche parsknięcie, na jakie się zdobyłam, od razu zwróciło uwagę całej trójki.
    - Przy drinku lepiej się rozmawia. Można porozumieć z pacjentem. Poznać go, wraz z dogłębnym podłożem problemu – wytłumaczył, w międzyczasie prowadząc nas do jednego z całodobowych barów.
    Och, dogłębnie to ty mi, koleś, działasz na nerwy.
    Bezwiednie złapałam Lucię za nadgarstek i zaciągnęłam pod swój bok. O tej porze w każdym zacienionym kącie uliczki czaili się nieobliczalni nieznajomi, którzy żadnym sposobem nie kupili mojej sympatii.
    Usiedliśmy przy jednym ze stolików, od razu przesiąknięci zapachem unoszącego się w atmosferze dymu papierosowego. Do tego ostra woń alkoholu i mamy obraz typowego baru niższej klasy.
    - Lucia, powiedz ty mi, drogie dziecko, chodzisz do tej rudery na Green Street? – Elias, zanim zdążył poprawić po raz dziesiąty swoją kurtkę na barkach, spojrzał na moją siostrę z wyraźnym zaciekawieniem.
    - Chodzę. I to wcale nie jest rudera.
    - Tak się składa, że pracowałem tam jakiś czas. Wyjebali mnie bez uzasadnienia, dasz wiarę?
    - Wcale się nie dziwię – odparła dziewczyna z wymalowanym na twarzy cierpkim uśmieszkiem.
    - Powiedz mi, czy zostałem tam uhonorowany w odpowiedni sposób? Mam gablotę, modlą się do mnie? Jakiś zajebisty wierszyk, który odmówię i ustawię sobie na dzwonek? – Białe, składające się na szalony uśmiech zęby znów ukazały się w pełnej krasie. Byłam pod wrażeniem, jak można było choć w połowie tak kpić z otaczającego świata. Gdzie więc mieściło się te minimalne przejęcie, towarzyszące każdemu z nas. Czym był i gdzie skrył się zasadniczy fundament, od którego wszystko się zaczęło: sens Jeffersona, jego podejście oraz rozumowanie. Te myśli kotłowały mi się w głowie dosłownie niedługą chwilę, zanim znów stłumiła ich fala obojętności.
    - Skoro cię wyjebali, to przeczuwam, że zostawiłeś po sobie tylko uszczerbki na zdrowiu psychicznym. – Brak chęci wręcz ulewał się z głosu mojej siostry. Po tym mogłam stwierdzić, że nie miała ochoty tu być równie bardzo, jak ja.
    - Chyba mieliśmy rozmawiać o czym innym – wtrąciłam się w tę nic niewnoszącą pogadankę. Stawała się wyjątkowo irytująca dla mojego układu nerwowego, który, uświadomiłam sobie, że cholernie ostro pulsował od bólu. Każda zmarnowana chwila tylko oddalała mnie od powrotu do domu.
    - Ktoś tu nie lubi gry wstępnej. Dobra – mruknął i zamówił whisky dla siebie oraz Antonio. – Zacznijmy od młodej. Jaki powód leży pod tym twoim całym walczeniem o tę rodzinę, co? Nie znasz Antonio. Nie powinnaś mu też ufać. Powiedz mi. Powiedz mi tak właściwie co tylko chcesz. – Jak wcześniej tryskał szaleństwem i energią, tak teraz spoważniał do tego stopnia, iż pokusiłam się o stwierdzenie, że właśnie stał się swoim zupełnym przeciwieństwem.
    Odwróciłam jednak głowę w kierunku siostry, w istocie zaciekawiona jej odpowiedzią.


[Lucia?]
Słabe i bez ładu i składu, pełne bezsensownych zapychaczy, ale nic po tej imprezie mi nie służy

23 wrz 2018

Od Lucii C.D Althea

    Mimo tego, że mężczyzna szeptał, i tak mogłam wyraźnie usłyszeć to, co chciał przekazać mojej siostrze.
     - Dalej zaglądasz mężczyznom w rozporki, gdy przychodzi taka potrzeba? - szepnął jej do ucha, a jej twarz momentalnie przybrała wygląd strasznie czerwonego buraka. Nagle, jak grom z jasnego nieba, wróciły do mnie stare wspomnienia. Wieczory, kiedy siostra wracała późno w nocy, z siniakami na ramionach i nadgarstkach, z nie za dużym plikiem pieniędzy w dłoni, próbując mi wcisnąć kit, że są z napiwków. Zdarzały się też chwile, kiedy takie powroty o pierwsze, drugiej czy też trzeciej w nocy stawały się normą. Nigdy nie pytałam o to, gdzie była, bo podświadomie dobrze wiedziałam, że robi coś okropnego, bym to ja nie musiała tego robić. Naprawdę szanowałam jej działania, ale zawsze miałam wrażenie, że istnieje inne wyjście. I na pewno takie gdzieś było.
     - No co? Jestem miastowym monitoringiem skuteczniejszym niż te babcie w oknach. Wiem wszystko. To, że ładna, młoda dziewczyna czasami się kurwi, też wiem. Niefajnie. Nie, kurwa, fajnie - powiedział głośniej Jefferson, po zobaczeniu reakcji mojej siostry.
     - Idź do diabła - warknęła mu prosto w twarz, zaciskając ręce w pięści. Po jej spojrzeniu można było poznać, jak strasznie ranią ją wypowiedziane przez niego słowa. Wszyscy dobrze wiemy, że [według niej] nie miała żadnego innego wyboru. Niepotrzebnie zaczął rozdrapywać stare, już zarośnięte rany, doprowadzając je na nowo do krwawienia. Gdybym mogła cofnąć czas, to z pewnością połowę jej ciężaru wzięłabym na swoje barki. Nawet jeśli miałabym to zrobić bez jej wiedzy.
    Westchnęłam cicho i weszłam im w rozmowę, chcąc ukrócić mojej siostrze katusze.
     - Pytał cię ktoś o zdanie w tej sprawie? - spytałam, podnosząc na niego powoli swój wzrok. Złapałam wtedy jednocześnie za rękę mojej siostry, ciągnąć ją bardziej w swoją stronę, by w końcu zatopić jej ciało w moim czułym uścisku.
     - M… - zaczął słowo, lecz nawet go nie skończył, bo momentalnie mu przerwałam.
     - To zamknij swoją zarośniętą jadaczkę i przestań kurwa rozdrapywać stare rany, co? Zajebisty z ciebie psycholog.
    Na moje słowa i on i moja siostra zmarszczyli brwi. Raczej nie spodziewali się usłyszeć przekleństwa, wydostającego się wprost z moich ust. W tej samej chwili do pomieszczenia wrócił ojciec, wkładając sobie telefon do tylnej kieszeni spodni.
     - … Coś się stało? - spytał, patrząc na nas trzech i dziwiąc się, że siedzimy w całkowitej ciszy. Nim ktokolwiek zdążył się odezwać, do “boju” wkroczył on. Jefferson.
     - Za niedługo twoja młodsza córka będzie większym skurwysynem niż ja. Chociaż nie, tego nie dałoby się zrobić. - Przewróciłam oczami na jego słowa, nadal trzymając w ramionach moją siostrę, albo raczej teraz to ona trzymała w nich mnie. Brodę miała położoną na mojej głowie i powoli sunęła dłonią po moich plecach, czule głaszcząc.
     - O czym ty... - Mężczyzna zmarszczył brwi, a zdanie przerwał mu Jefferson krótkim, można było wyczuć, że sztucznym śmiechem.
     - Mniejsza. Skupmy się na was, pszczółki. Dźganie się waszymi żądłami nie ma końca. Wiecie, co się dzieje z pszczołą, gdy kogoś ujebie i straci żądło? Umiera. ... Trochę złe porównanie, bo wy nie umrzecie. To wasza relacja powoli umiera. Ha! Nadal jestem zajebisty w metaforach! - Jego monolog przerwał kolejny śmiech, wydostający mu się z ust. Przez chwilę zastanawiałam się, co z nim jest nie tak. Za dużo marihuany, LSD, czy co on tam bierze, że jest taki “wesoły”. Nie wiem czemu, ale nie bardzo mi to w nim pasowało. No ja rozumiem, że taki jest jego charakter, ale… No dobra, nie przywykłam do widoku tak beztroskiego i pierdolącego otaczający go świat człowieka. To jest dla mnie nowość.
     - Masz coś jeszcze do po… - zaczął mówić mój ojciec, lecz niestety, po raz kolejny głos zabrał mu jego przyjaciel.
     - Zaczynamy terapię dziwki! I to nie taką byle jaką terapię, a terapię rodzinną - uśmiechnął się szeroko, na ten swój popieprzony sposób i spojrzał na nas wszystkich. - Ach, no wiem, że się cieszycie. Jeszcze robię to za darmo. ZA DARMO! Pojebało mnie!
     - Tak, ale ja się nie pisałam na żadną terapię rodzinną - Althea weszła mu w słowo, odrywając mnie powoli od siebie i marszcząc drzwi.
     - Chuj mnie to obchodzi, trzeba was postawić do pionu, bo jesteście jak małe rozwydrzone bachory. Idziemy na miasto spędzić trochę czasu ze sobą. - Jego głos nie wyrażał propozycji. Można powiedzieć, że był jak rozkaz.
    No to się wpakowaliśmy…


< Alti misiu? >