Trochę przestraszyłam się nagłego dźwięku głosu Charlesa. Najwidoczniej musiałam być tak zajęta nastawianiem ryżu, że nie słyszałam jego kroków. Wzięłam głęboki oddech, a gdy padło pytanie odnośnie do mojej ksywki, delikatnie się uśmiechnęłam. Rzadko wspominałam czasy, gdy powstało „Koko”, a przecież całkiem je lubiłam. Zajęłam się obieraniem zielonego ogórka.
- W szkole podstawowej poznałam dziewczynę, która miała wadę wymowy. Ciężko było jej wymówić moje imię i po kilku dniach, bez mojej zgody, zaczęła nazywać mnie „Koko”. Po tym zostałyśmy przyjaciółkami, prawie się nie rozstawałyśmy i chyba tylko ja perfekcyjnie rozumiałam jej „bełkotanie” - opowiedziałam, na koniec się śmiejąc. Feline była przyjazną dziewczyną, jednak przez tę wadę ciężko było jej się z kimkolwiek zaznajomić.
- Dalej utrzymujecie ze sobą kontakt? - kolejne pytanie Charlesa praktycznie mnie zamurowało.
- Nie… Feline nie żyje – odpowiedziałam i wtem mój wzrok zasłonił obraz tego feralnego dnia. Połowa gimnazjum, jak zwykle wracałyśmy razem do domu. Naszym rytuałem było odprowadzenie mnie do klatki, bym potem mogła patrzeć, jak Feline idzie na parking naprzeciwko, czekając tam, aż odbierze ją starszy brat. Tego dnia jednak się trochę spóźniał i zamiast czarnego audi, zajechało po nią inne srebrne auto. Pasażer z przodu odsunął szybę, po czym wystrzelił z pistoletu, uciekając na piskach z miejsca zbrodni. Po policję, jak i karetkę zadzwoniła jakaś pani wracająca z zakupów, która tak jak ja, widziała całe zdarzenie, choć znajdowała się dalej. Do końca dnia pusto wpatrywałam się w przestrzeń przede mną, nie chcąc z kimkolwiek rozmawiać. Po pogrzebie dowiedziałam się, że ojciec Feline był przemytnikiem broni, który zawalił robotę, więc go „ukarano”. Ze wspomnień uciekłam, gdy poczułam piekący ból palca. Zamrugałam kilka razy, widząc czerwoną ciecz wypływającą z lewego kciuka. Natychmiast puściłam warzywo wraz z obieraczką, odwracając się do kranu.
- Koyori? - zignorowałam głos mężczyzny po mojej prawicy, próbując złapać za kurek, by odkręcić zimną wodę. Widok jednak zasłoniły mi łzy, znajdujące się w moich oczach. Zacisnęłam powieki, chcąc się ich pozbyć. Nie teraz. Nie w tej chwili. Nie przy Charlesie. Wtem poczułam chłód w miejscu zranienia. Otworzyłam powoli swoje oczy, widząc, jak woda spływa po mojej dłoni. Przesunęłam wzrok nieznacznie w prawo, widząc jakby przerażoną twarz mojego gościa. Trochę mną to wstrząsnęło.
- Płaczesz? Aż tak bolało? - spytał, wyraźnie teraz widziałam wymalowaną u niego troskę. Szybko pomrugałam, podnosząc prawą rękę i próbując zetrzeć wilgoć z twarzy. Coś nie wyszło mi ukrycie ich, zresztą było to oczywiste, że je zauważy.
- Nie… - szepnęłam w końcu. - To… - zaczęłam, nawet nie kończąc. Nie chciałam. Po prostu umilkłam.
- Mógłbyś pójść do łazienki i przynieść z szafki obok lustra plastry? - spytałam Charlesa. Teraz w jakiś sposób chciałam się go pozbyć. Ciemnowłosy na chwilę zniknął, a ja postarałam się w całości wytrzeć swoje mokre oczy. Trochę mnie bolały, zresztą jak zawsze po płaczu. Niespodziewanie poczułam, jak coś próbuje spiąć się po mojej nodze. Widząc stroskaną mordkę Acony i słysząc jej piski, na mojej twarzy pojawił się delikatny uśmiech.
- Koyori, to miały być plastry w kształcie zwierzątek…? - usłyszałam niepewne pytanie wracającego do mnie mężczyzny. Zwróciłam się w jego stronę, odpowiadając twierdząco. Shane kochał takie rzeczy. Plastry w kształcie zwierząt, papier toaletowy z nadrukami jednorożców, a nawet mydło w najróżniejszych kształtach. Ostatnio przywiózł do domu takie w kształcie gofra z bitą śmietaną i truskawką na środku.
Po opatrzeniu zranionego kciuka powróciłam do zostawionego wcześniej ogórka, zabierając się do dalszego przygotowywania rzeczy na sushi. W międzyczasie Shane zaczął wołać Charlesa, przez co obaj znikli w pracowni. Miałam tylko nadzieję, że mój współlokator nie będzie naprzykrzał się naszemu gościowi i nie powie czegoś nieodpowiedniego, czego później mógłby żałować. W końcu Charles nie wie, że Shane jest gejem. I coraz bardziej zaczęłam myśleć nad tym, czy by mu tego nie powiedzieć.
Gdy oboje wyszli spod schodów, ja akurat kroiłam ostatnią rolkę sushi, którą zrobiłam. Wyłożyłam kawałki na talerz, położyłam obok małą rybkę, w której znajdował się sos sojowy, a na koniec zgarnęłam pałeczki z szuflady. Usiadłam na kanapie, pochylając się nad stolikiem.
- Śmiało, jedzcie – powiedziałam, sama łapiąc już kawałek z ogórkiem i awokado. Niektóre były jeszcze z paluszkami krabowymi i papryką. Oczywiście użyłam tylko połowę zakupów Shane’a. Pochowane zostały jeszcze krewetki, kalmary, a nawet łosoś. Je użyję jednak kiedy indziej.
Zaczęłam przyglądać się, jak Shane z nadzwyczajną jak na niego cierpliwością stara się odpowiednio ułożyć w swojej dłoni pałeczki, co w końcu dość opornie mu szło.
- Charles, jak nie umiesz jeść pałeczkami, to możesz użyć palców – zaśmiałam się, gdy mężczyzna nieudolnie próbował naśladować jasnowłosego, a następnie mnie. Po skończonym posiłku Charles wstał z narożnika.
- Chyba będę się już zbierał, wypadałoby wyprowadzić Lokiego – rzekł. Skinęłam twierdząco głową.
- Odprowadzę cię na dół. Shane, umyj naczynia – po wydaniu polecenia mojego współlokatorami, również się podniosłam, kierując się w stronę wieszaka. Może ja też bym wyprowadziła Acony i Sherlocka? Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Po chwili wychodziłam z mieszkania w towarzystwie moich psów oraz kaskadera. Do windy weszłam ze złym przeczuciem z tyłu głowy, jednak szybko je zignorowałam. Tak, wiem, że istniejesz klaustrofobio, ale to potrwa niecałą minutę, uspokój się. Podczas jazdy winda nagle się zatrzymała, a w środku zapaliło się awaryjne światło.
- Co się… - zaczęłam, szybko wyciągając telefon z kieszeni kurtki i dzwoniąc do portiera na dole. Odebrał po chwili i zaczęły się moje pytania. Co się stało z windą? Czemu się zatrzymała? Czemu pali się awaryjne światło? Po uzyskaniu odpowiedzi, że zerwała się gwałtowna burza, niespodziewanie sprawiająca, iż nastała przerwa w dostawie prądu i nie wiadomo kiedy elektryczność powróci, niechętnie się rozłączyłam. Powtórzyłam słowa Charlsowi obok mnie, który tylko westchnął.
- Więc zostało nam tylko czekanie… - powiedział. Ja za to poczułam, jak nogi zaczynają mi się trząść.
- Jest tylko jeden problem… mam klaustrofobię – dopowiedziałam i na tym skończył się mój spokój. Oparłam się o ścianę windy, czując zawroty w głowie.
Charles?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koyori&Charles. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koyori&Charles. Pokaż wszystkie posty
30 paź 2018
14 paź 2018
Od Koyori C.D Charles
- Wróciłam! - zawołałam w głąb mieszkania, trzaskając drzwiami wyjściowymi. Acony od razu zerwała się z kanapy i z piskiem zaczęła do mnie biec. Za to zza wysepki w kuchni wyłoniła się biała czupryna mojego współlokatora.
- Już jesteś? - spytał, prostując się. Wtem dostrzegłam siatki z produktami spożywczymi obok kuchennych szafeczek. Był na zakupach? Westchnęłam. Aż boję się wiedzieć, co dokładnie kupił.
- Aktor trafił do szpitala, realizacja filmu została przesunięta. A co u ciebie? - zagadałam, odpinając kurtkę i schylając się, by pogłaskać sunię po łepku.
- Nudne wykłady, zero zajęć od pana Kita, więc poszedłem na zakupy. Zrobisz znowu sushi i sernik? - zapytał. Już z daleko widziałam jego błaganie w oczach. Westchnęłam cicho. A co mi tam!
- Niech ci będzie – zaśmiałam się, prostując się i otwierając swoją torbę, by wyjąć z niej samicę pytona. Mocno się jednak zdziwiłam, gdy jej tam nie ujrzałam.
- Shane – zaczęłam, dalej wpatrując się w pustą torbę. - Powiedz, że Inej właśnie pełza po podłodze.
- Żartujesz sobie? - usłyszałam jego śmiech. Jednak w momencie, gdy na niego spojrzałam, jego wcześniejszy uśmiech od razu zbladł. Shane natychmiast zostawił zakupy, biegnąc do wieszaków, by ubrać swoją kurtkę, gdy ja już otwierałam drzwi od apartamentu.
Oboje wiedzieliśmy, jak poważne jest zniknięcie mojego węża. Jeśli przez przypadek podczas jazdy na motorze wypadła mi z torby, to ludzie mogli zadzwonić na policję, a oni z kolei po tych od dzikich zwierząt. Jak za chwilę jej nie znajdę, to mogą mi ją zabrać do sklepu zoologicznego lub do zoo! Z Shanem darowaliśmy sobie nawet czekanie na windę, byle jak najszybciej znaleźć się na dole. Wypadliśmy wręcz z budynku, nerwowo rozglądając się po ulicy i poszukując wzrokiem brązowego ciała Inej. Nie jest za szybka, więc może jeszcze tu jest?
Na prawo od wejścia do wieżowca zauważyłam idącego mężczyznę. Szybko znalazłam w telefonie zdjęcie węża i zaczepiając Shane'a, podeszliśmy do niego. Po pokazaniu mu ekranu i spytaniu, czy ją widział, pokręcił przecząco głową i poszedł. Ruszyliśmy dalej, gdy gdzieś za sobą usłyszałam, jak ktoś woła mnie po imieniu. Odwróciłam się i natychmiastowo ujrzałam Charlesa na motorze. Po przyjrzeniu mu się dostrzegłam Inej owiniętą wokół jego pasa.
- Jezu, Inej! - zawołałam i do nich podbiegłam. Z łzami w oczach próbowałam rozplątać ciemnowłosego i przytuliłam się do pytona. - Tak się martwiłam, Mała – szepnęłam do niej, czując na skórze jej łuski. Mimo że to wszystko nie trwało za długo, to strasznie się o nią bałam. W końcu była strasznie ciekawska, do zwierząt z chęcią się zbliżała, ale ciężko akceptowała innych ludzi.
Chwilę po naszym tuleniu odsunęłam węża od siebie, ale ta i tak się wyciągnęła, cmokając mnie w policzek. Kochana Inej… Oplotłam sobie ją wokół szyi, gładząc jej głowę. Następnie spojrzałam na Charlesa, zastanawiając się, co w takiej sytuacji powinnam zrobić. Zwyczajnie mu podziękować i sobie iść? Nie… Najpierw muszę to wiedzieć.
- Skąd ją miałeś? - spytałam. Ciemnooki się uśmiechnął.
- Z twojej torebki przeszła do mojej kieszeni w kurtce – rzekł, cicho się śmiejąc. Spojrzałam w oczy zwierzaka. Co za spryciula!
- Strasznie cię za to przepraszam. Inej jest strasznie ciekawska, ale nie podejrzewałam, że mogłaby zrobić coś takiego… – powiedziałam, spuszczając wzrok na ziemię. Było mi strasznie za nią przykro.
- Nic się nie stało, Koyori. Ważne, że cię znalazłem. Trochę spanikowałem, gdy po ujrzeniu Inej w kieszeni, ty już zniknęłaś – powiedział, delikatnie się uśmiechając. Byłam mu strasznie wdzięczna, że chociaż poczekał.
- Może… Chciałbyś wejść do nas na chwilę? Na kawę lub herbatę, mamy też jeszcze szarlotkę w lodówce – spojrzałam na Charlesa spod szkiełek okularów. Zaraz jednak przeniosłam swój wzrok na Shane’a, o którym częściowo zapomniałam. Wyłapał moje spojrzenie i również powiedział, że zapraszamy i nie pożałuje zjedzenia ciasta. Ciemnowłosy chwilę się zastanowił, póki nie wyznał: „Dobrze” i odstawił motor, po czym ruszył za mną i moim współlokatorem do budynku po naszej lewej stronie. Portier przywitał się z całą naszą trójką i odprowadzał nas wzrokiem, aż wsiedliśmy do windy. Znajdując się już na odpowiednim piętrze, wysiedliśmy z niej i po minucie Shane otwierał drzwi do naszego domu. Wystarczyło lekko je uchylić, by natychmiastowo Parapet czmychnął z mieszkania. Zanim zdążyłam zareagować na ucieczkę kocurka, Charles już miał go w rękach. Już chyba drugi raz dzisiaj mnie uratował… Westchnęłam cicho.
- Wybacz… znowu. Czasem się zdarza, że Parapet zechce sobie uciec. Aj, Acony, stój, siad! - krzyknęłam, gdy mały alaskan klee kai postanowił przywitać się z naszym gościem. Natychmiast mnie usłuchała i grzecznie usiadła, machając tylko energicznie swoim ogonkiem. Odwinęłam sobie Inej z szyi i położyłam ją na grzbiecie Sherlocka, który również do nas podszedł. Kochany piesek. A teraz… Zwróciłam się do Charlesa.
- Daj mi go – poleciłam. Już po chwili miałam kota w swoich rękach i zaczęłam iść z nim w kierunku kuchennej wysepki. Następnie ponownie zwróciłam się do ciemnookiego.
- Czuj się jak u siebie, buty możesz zdjąć, a toaleta jest za kuchnią prosto i w prawo. Jak zwierzaki będą ci się naprzykrzać, to mów – na końcu uśmiechnęłam się do niego, co odwzajemnił.
- Koko! Gdzie mój szkicownik! - usłyszałam krzyk Shane’a z pracowni. Westchnęłam, opierając się o kuchenny blat.
- W torbie zobacz! A jak nie, to w sypialni! - odkrzyknęłam mu, po czym sięgnęłam do włosów, by z koka związać je w zwykłego kucyka. Po skończonej przemianie spojrzałam na gościa i zadałam podstawowe pytanie.
- Kawa czy herbata?
Charles?
- Już jesteś? - spytał, prostując się. Wtem dostrzegłam siatki z produktami spożywczymi obok kuchennych szafeczek. Był na zakupach? Westchnęłam. Aż boję się wiedzieć, co dokładnie kupił.
- Aktor trafił do szpitala, realizacja filmu została przesunięta. A co u ciebie? - zagadałam, odpinając kurtkę i schylając się, by pogłaskać sunię po łepku.
- Nudne wykłady, zero zajęć od pana Kita, więc poszedłem na zakupy. Zrobisz znowu sushi i sernik? - zapytał. Już z daleko widziałam jego błaganie w oczach. Westchnęłam cicho. A co mi tam!
- Niech ci będzie – zaśmiałam się, prostując się i otwierając swoją torbę, by wyjąć z niej samicę pytona. Mocno się jednak zdziwiłam, gdy jej tam nie ujrzałam.
- Shane – zaczęłam, dalej wpatrując się w pustą torbę. - Powiedz, że Inej właśnie pełza po podłodze.
- Żartujesz sobie? - usłyszałam jego śmiech. Jednak w momencie, gdy na niego spojrzałam, jego wcześniejszy uśmiech od razu zbladł. Shane natychmiast zostawił zakupy, biegnąc do wieszaków, by ubrać swoją kurtkę, gdy ja już otwierałam drzwi od apartamentu.
Oboje wiedzieliśmy, jak poważne jest zniknięcie mojego węża. Jeśli przez przypadek podczas jazdy na motorze wypadła mi z torby, to ludzie mogli zadzwonić na policję, a oni z kolei po tych od dzikich zwierząt. Jak za chwilę jej nie znajdę, to mogą mi ją zabrać do sklepu zoologicznego lub do zoo! Z Shanem darowaliśmy sobie nawet czekanie na windę, byle jak najszybciej znaleźć się na dole. Wypadliśmy wręcz z budynku, nerwowo rozglądając się po ulicy i poszukując wzrokiem brązowego ciała Inej. Nie jest za szybka, więc może jeszcze tu jest?
Na prawo od wejścia do wieżowca zauważyłam idącego mężczyznę. Szybko znalazłam w telefonie zdjęcie węża i zaczepiając Shane'a, podeszliśmy do niego. Po pokazaniu mu ekranu i spytaniu, czy ją widział, pokręcił przecząco głową i poszedł. Ruszyliśmy dalej, gdy gdzieś za sobą usłyszałam, jak ktoś woła mnie po imieniu. Odwróciłam się i natychmiastowo ujrzałam Charlesa na motorze. Po przyjrzeniu mu się dostrzegłam Inej owiniętą wokół jego pasa.
- Jezu, Inej! - zawołałam i do nich podbiegłam. Z łzami w oczach próbowałam rozplątać ciemnowłosego i przytuliłam się do pytona. - Tak się martwiłam, Mała – szepnęłam do niej, czując na skórze jej łuski. Mimo że to wszystko nie trwało za długo, to strasznie się o nią bałam. W końcu była strasznie ciekawska, do zwierząt z chęcią się zbliżała, ale ciężko akceptowała innych ludzi.
Chwilę po naszym tuleniu odsunęłam węża od siebie, ale ta i tak się wyciągnęła, cmokając mnie w policzek. Kochana Inej… Oplotłam sobie ją wokół szyi, gładząc jej głowę. Następnie spojrzałam na Charlesa, zastanawiając się, co w takiej sytuacji powinnam zrobić. Zwyczajnie mu podziękować i sobie iść? Nie… Najpierw muszę to wiedzieć.
- Skąd ją miałeś? - spytałam. Ciemnooki się uśmiechnął.
- Z twojej torebki przeszła do mojej kieszeni w kurtce – rzekł, cicho się śmiejąc. Spojrzałam w oczy zwierzaka. Co za spryciula!
- Strasznie cię za to przepraszam. Inej jest strasznie ciekawska, ale nie podejrzewałam, że mogłaby zrobić coś takiego… – powiedziałam, spuszczając wzrok na ziemię. Było mi strasznie za nią przykro.
- Nic się nie stało, Koyori. Ważne, że cię znalazłem. Trochę spanikowałem, gdy po ujrzeniu Inej w kieszeni, ty już zniknęłaś – powiedział, delikatnie się uśmiechając. Byłam mu strasznie wdzięczna, że chociaż poczekał.
- Może… Chciałbyś wejść do nas na chwilę? Na kawę lub herbatę, mamy też jeszcze szarlotkę w lodówce – spojrzałam na Charlesa spod szkiełek okularów. Zaraz jednak przeniosłam swój wzrok na Shane’a, o którym częściowo zapomniałam. Wyłapał moje spojrzenie i również powiedział, że zapraszamy i nie pożałuje zjedzenia ciasta. Ciemnowłosy chwilę się zastanowił, póki nie wyznał: „Dobrze” i odstawił motor, po czym ruszył za mną i moim współlokatorem do budynku po naszej lewej stronie. Portier przywitał się z całą naszą trójką i odprowadzał nas wzrokiem, aż wsiedliśmy do windy. Znajdując się już na odpowiednim piętrze, wysiedliśmy z niej i po minucie Shane otwierał drzwi do naszego domu. Wystarczyło lekko je uchylić, by natychmiastowo Parapet czmychnął z mieszkania. Zanim zdążyłam zareagować na ucieczkę kocurka, Charles już miał go w rękach. Już chyba drugi raz dzisiaj mnie uratował… Westchnęłam cicho.
- Wybacz… znowu. Czasem się zdarza, że Parapet zechce sobie uciec. Aj, Acony, stój, siad! - krzyknęłam, gdy mały alaskan klee kai postanowił przywitać się z naszym gościem. Natychmiast mnie usłuchała i grzecznie usiadła, machając tylko energicznie swoim ogonkiem. Odwinęłam sobie Inej z szyi i położyłam ją na grzbiecie Sherlocka, który również do nas podszedł. Kochany piesek. A teraz… Zwróciłam się do Charlesa.
- Daj mi go – poleciłam. Już po chwili miałam kota w swoich rękach i zaczęłam iść z nim w kierunku kuchennej wysepki. Następnie ponownie zwróciłam się do ciemnookiego.
- Czuj się jak u siebie, buty możesz zdjąć, a toaleta jest za kuchnią prosto i w prawo. Jak zwierzaki będą ci się naprzykrzać, to mów – na końcu uśmiechnęłam się do niego, co odwzajemnił.
- Koko! Gdzie mój szkicownik! - usłyszałam krzyk Shane’a z pracowni. Westchnęłam, opierając się o kuchenny blat.
- W torbie zobacz! A jak nie, to w sypialni! - odkrzyknęłam mu, po czym sięgnęłam do włosów, by z koka związać je w zwykłego kucyka. Po skończonej przemianie spojrzałam na gościa i zadałam podstawowe pytanie.
- Kawa czy herbata?
Charles?
26 wrz 2018
Od Koyori cd. Charlesa
- Acony, wracaj do mieszkania… - westchnęłam, powtarzając to zdanie już chyba po raz setny. Suczka za żadne skarby nie chciała się mnie usłuchać i siedziała jak ten kołek na korytarzu, patrząc się prosto w moje oczy. Zwariuję zaraz…
Po wczorajszym incydencie i karnej rozmowie z reżyserem, panem Stevensonem, nawet nie śmiałam przyprowadzać psów. Może i była to najkrótsza droga do niebrania udziału w tym całym filmie, ale… Shane się podekscytował. Zagroził nawet, że podwyższy mi czynsz, jeśli zrezygnuję. A to jest dziad!
- Proszę, Acony… - zaczęłam, ale przerwał mi jej pisk. Niechętnie się podniosła i ze spuszczoną głową podreptała do apartamentu. W końcu! Szybko zamknęłam drzwi i wręcz biegłam do windy, która zaczęła się zamykać, gdy do niej dochodziłam. Zmęczona oparłam się o lustro w środku, wyciągając telefon z torebki opleciony przez Inej, by spojrzeć na godzinę.
Taksówka zamówiona dobre kilkanaście minut wcześniej jeszcze na mnie czekała, co było chyba kolejnym cudem. Szybko podałam adres kręcenia kolejnych scen filmu, mając nadzieję, że kierowca nie jest zły za moją zwłokę. Moja kolej miała nadejść dopiero jutro, ale już dzisiaj miałam poznać aktorów, z którymi miałabym zagrać. Szczerze, to stresowałam się tym spotkaniem. Wiadome było, że Shane dzisiaj by mi nie towarzyszył, więc… zdana byłam tylko na siebie. I może Inej, która właśnie próbowała wypełznąć z mojej torby. Westchnęłam cicho, sięgając po nią i owijając wokół szyi. Równocześnie poczułam, jak samochodem zarzuciło, a do moich uszu dotarł zdławiony krzyk mężczyzny za kierownicą.
- Matko święta! Skąd się to wzięło w moim samochodzie! – zawołał. Zauważył ją w lusterku…? - Dobra, nieważne! Niech tylko zostanie na pani szyi – dodał, ponownie skupiając się na drodze. Odetchnęłam w duchu. Już się bałam, że każe mi wysiąść z auta, a tego raczej bym nie chciała.
Po dojechaniu na miejsce zapłaciłam kierowcy i wysiadłam z pojazdu. Wyjście zza rogu i znajdowałam się w tej samej scenerii, co ostatnio i pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to Charles rozmawiający z panem Stevensonem. Od razu się uśmiechnęłam na jego widok i myśl, iż choć jeden znajomy będzie mi towarzyszył. Po jakiejś minucie reżyser sobie poszedł, a ciemnowłosy od razu na mnie spojrzał. Ruszyłam się z miejsca, podchodząc do niego.
- Hej… Co jest? - spytałam, widząc nie do końca zadowolony wyraz jego twarzy. Jestem pewna, że scena, którą wczoraj nagrywał po godzinie przerwy – jak mi zrelacjonował Shane, bo mi kazano iść do domu – wyszła mu dobrze i niepotrzebna była powtórka. Chłopak przeczesał dłonią włosy, wzdychając.
- Główny aktor trafił do szpitala i resztę scen szlag trafił. Zostały przesunięte o jakiś miesiąc – wyznał. Orientacyjnie spojrzałam się na pytona, myśląc, że jednak niepotrzebnie walczyłam z Acony. Z jednej strony to dobrze, że zostały przesunięte, przynajmniej dla mnie, ale z drugiej…
- Reżyser nie poniesie jakichś szkód przez to…? - cicho spytałam. Szczerze, to nie miałam pojęcia, jak wygląda to całe kręcenie filmów.
- No właśnie będzie kilkanaście tysięcy w plecy… - wyznał. Kiepsko to wygląda… Spojrzałam za Charlesa i zobaczyłam, jak ludzie za nim składają cały rozstawiony wcześniej sprzęt.
- To… co robimy…? - znowu zabrałam głos, naprawdę będąc tego ciekawa. Mam ot, tak teraz wrócić do domu? Szatyn uśmiechnął się do mnie.
- Cóż, ja nie jadłem śniadania, więc chyba skoczę coś zjeść… Chcesz iść ze mną? - Wmurowało mnie to trochę. Nie spodziewałam się żadnego zaproszenia z jego strony, ale… szczerze, to też nic nie jadłam. Kiepsko spałam i nie miałam sił, by coś zjeść.
- Jeśli ja i Inej nie będziemy przeszkadzać – powiedziałam, schylając głowę i poprawiając palcem zjeżdżające okulary.
Charles? Nic się nie stało
Po wczorajszym incydencie i karnej rozmowie z reżyserem, panem Stevensonem, nawet nie śmiałam przyprowadzać psów. Może i była to najkrótsza droga do niebrania udziału w tym całym filmie, ale… Shane się podekscytował. Zagroził nawet, że podwyższy mi czynsz, jeśli zrezygnuję. A to jest dziad!
- Proszę, Acony… - zaczęłam, ale przerwał mi jej pisk. Niechętnie się podniosła i ze spuszczoną głową podreptała do apartamentu. W końcu! Szybko zamknęłam drzwi i wręcz biegłam do windy, która zaczęła się zamykać, gdy do niej dochodziłam. Zmęczona oparłam się o lustro w środku, wyciągając telefon z torebki opleciony przez Inej, by spojrzeć na godzinę.
Taksówka zamówiona dobre kilkanaście minut wcześniej jeszcze na mnie czekała, co było chyba kolejnym cudem. Szybko podałam adres kręcenia kolejnych scen filmu, mając nadzieję, że kierowca nie jest zły za moją zwłokę. Moja kolej miała nadejść dopiero jutro, ale już dzisiaj miałam poznać aktorów, z którymi miałabym zagrać. Szczerze, to stresowałam się tym spotkaniem. Wiadome było, że Shane dzisiaj by mi nie towarzyszył, więc… zdana byłam tylko na siebie. I może Inej, która właśnie próbowała wypełznąć z mojej torby. Westchnęłam cicho, sięgając po nią i owijając wokół szyi. Równocześnie poczułam, jak samochodem zarzuciło, a do moich uszu dotarł zdławiony krzyk mężczyzny za kierownicą.
- Matko święta! Skąd się to wzięło w moim samochodzie! – zawołał. Zauważył ją w lusterku…? - Dobra, nieważne! Niech tylko zostanie na pani szyi – dodał, ponownie skupiając się na drodze. Odetchnęłam w duchu. Już się bałam, że każe mi wysiąść z auta, a tego raczej bym nie chciała.
Po dojechaniu na miejsce zapłaciłam kierowcy i wysiadłam z pojazdu. Wyjście zza rogu i znajdowałam się w tej samej scenerii, co ostatnio i pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to Charles rozmawiający z panem Stevensonem. Od razu się uśmiechnęłam na jego widok i myśl, iż choć jeden znajomy będzie mi towarzyszył. Po jakiejś minucie reżyser sobie poszedł, a ciemnowłosy od razu na mnie spojrzał. Ruszyłam się z miejsca, podchodząc do niego.
- Hej… Co jest? - spytałam, widząc nie do końca zadowolony wyraz jego twarzy. Jestem pewna, że scena, którą wczoraj nagrywał po godzinie przerwy – jak mi zrelacjonował Shane, bo mi kazano iść do domu – wyszła mu dobrze i niepotrzebna była powtórka. Chłopak przeczesał dłonią włosy, wzdychając.
- Główny aktor trafił do szpitala i resztę scen szlag trafił. Zostały przesunięte o jakiś miesiąc – wyznał. Orientacyjnie spojrzałam się na pytona, myśląc, że jednak niepotrzebnie walczyłam z Acony. Z jednej strony to dobrze, że zostały przesunięte, przynajmniej dla mnie, ale z drugiej…
- Reżyser nie poniesie jakichś szkód przez to…? - cicho spytałam. Szczerze, to nie miałam pojęcia, jak wygląda to całe kręcenie filmów.
- No właśnie będzie kilkanaście tysięcy w plecy… - wyznał. Kiepsko to wygląda… Spojrzałam za Charlesa i zobaczyłam, jak ludzie za nim składają cały rozstawiony wcześniej sprzęt.
- To… co robimy…? - znowu zabrałam głos, naprawdę będąc tego ciekawa. Mam ot, tak teraz wrócić do domu? Szatyn uśmiechnął się do mnie.
- Cóż, ja nie jadłem śniadania, więc chyba skoczę coś zjeść… Chcesz iść ze mną? - Wmurowało mnie to trochę. Nie spodziewałam się żadnego zaproszenia z jego strony, ale… szczerze, to też nic nie jadłam. Kiepsko spałam i nie miałam sił, by coś zjeść.
- Jeśli ja i Inej nie będziemy przeszkadzać – powiedziałam, schylając głowę i poprawiając palcem zjeżdżające okulary.
Charles? Nic się nie stało
3 wrz 2018
Od Koyori cd. Charlesa
Shane miał rację. Mimo że dla niego większość facetów to „ciacha”, to tym razem… mogłam mu to przyznać. Ciemnobrązowe loczki, oczy w tej samej barwie. Pod garniturem na pewno skrywał mięśnie. Poza tym nigdy bym nie sądziła, że taki potężny mężczyzna, z takim uczuciem obchodziłby się z małym szczeniakiem. Pozory mylą. I to podwójnie, bo też nikt by się po mnie nie spodziewał węża na szyi. Do tego pytona.
- Szybko zaczęłaś mówić – zauważył Shane, gdy Charles już się od nas oddalił. Spojrzałam na chłopaka obok mnie, gładząc głowę Inej. Faktycznie, nawet tego nie zauważyłam. Zazwyczaj trochę trwa, nim się przyzwyczajam do czyjegoś towarzystwa, nie wspominając o poznaniu osoby, z którą przebywałam. Może to przez to, że od razu się przedstawił?
Wtem usłyszałam cichy pisk pode mną. Zerknąwszy w dół, dostrzegłam niecierpliwiącą się Acony, merdającą ogonem. No tak… Tu jest tyle nieznanych przez nas ludzi, że ta aż drży z podniecenia na myśl o ich poznaniu. Niestety, nie dzisiaj mała.
- Shane! - za nami rozległ się czyjś głos. Po odwróceniu się zauważyłam pana Kita. No tan, szkicownik! Szybko zajrzałam do swojej czarnej torby na ramię, wyjmując z niej gruby zeszycik w twardej okładce. Podałam go jasnowłosemu, który po wciśnięciu mi Lokiego w ręce, podbiegł do swojego mentora, od razu pokazując mu swój nowy projekt. Jego chyba popaprało dawać mi tego szczeniaka na ręce, gdy Inej owinęła się wokół mnie! Malec zaczął cicho popiskiwać, niekoniecznie bezpiecznie czując się w moich ramionach. Oj rozumiem go doskonale. Samica raczej nie lubiła przebywać tak blisko nowych osób, choć nie miała też bardzo możliwości zrobienia mu krzywdy. Jednak niedługo, a nawet jutro zbliżała się jej pora karmienia. Myślę, że byłaby w stanie zjeść takiego małego pieska, ale to nie znaczy, że naprawdę ma spróbować. Inej popatrzyła się chwilę na Lokiego, wystawiła swój język, po czym wtuliła się w moją szyję. Zaczęłam gładzić pieska po głowie, by choć trochę mniej się stresował i zrozumiał, że pyton raczej nie ma zamiaru go zjeść. Prawda?
Gdy Shane do mnie wrócił, najwyraźniej uszczęśliwiony za wsze czasy, od razu zwróciłam mu szczeniaka. W tym samym momencie zauważyłam nadciągającego w naszą stronę Charlesa w towarzystwie konia. Na śmierć zapomniałam! Mieliśmy przecież patrzeć na jego scenę z helikopterem. Po prostu ekstra.
- I jak wrażenia? - zapytał z uśmiechem na twarzy. Patrzył się raz to na mnie, to na Shane’a, który jakby się skurczył. Chyba nie mam innego wyboru.
- Wybacz – wyznałam, spuszczając trochę głowę – Nie widziałam jej, skupiłam się za bardzo na zwierzakach – dokończyłam, wzrokiem przejeżdżając po moich pupilach, jak i po Lokim. Usłyszałam ciche westchnięcie przed sobą.
- No cóż… Mówi się trudno, prawda? Tak w ogóle przedstawiam wam moją towarzyszkę, Ignis - z powrotem się uśmiechnął.
- Jaka piękna! - zawołał Shane, podchodząc do niej i wyciągając swoją dłoń, by pewnie ją pogłaskać. Klacz jednak miała inne plany i odsunęła się o krok od chłopaka. Zaśmiałam się cicho na to. Najwidoczniej go nie zaakceptowała, biedaczek. Jego wzrok mówił, jakby go mocno zraniono. Zaczął głaskać Lokiego na pocieszenie. Wtedy coś sobie przypomniałam.
- Cóż, tylko moich nie przedstawiłam. Wąż na mojej szyi to Inej, duży psiak Sherlock, a mniejsza nazywa się Acony. W domu tkwi jeszcze kot Parapet – opowiedziałam, na koniec poprawiając swoje okulary. Charles uśmiechnął się szeroko, co tylko odrobinkę mnie speszyło.
- Gdzie jest Charles!! - czyjś krzyk rozległ się chyba w całym mieście. Chłopak odwrócił się na dźwięk swojego imienia. W naszą stronę szedł ktoś na wzór reżysera. Założyłabym się, że nim był. Facet podszedł do nas i złapał ciemnowłosego za ramię.
- Musisz powtórzyć scenę. Była perfekcyjna, ale na nagraniu okazało się, że jakiś durny ptak, który na pierwszy rzut oka był niewidoczny, wleciał w kadr i wszystko szlag trafiło – Charles niekoniecznie wydawał się szczęśliwy z tego powodu. Wtem wzrok reżysera padł na mnie i moje zwierzaki.
- A ty to kto? - spytał, podejrzliwie mrużąc oczy. - Nie przypominam sobie, bym zatrudniał tresera zwierząt – rzekł, przejeżdżając po mnie wzrokiem z góry na dół. Kątem oka zauważyłam, jak Shane i Charles otwierają buzię, by coś powiedzieć, gdy mężczyzna zatrzymał ich ruchem dłoni.
- Podobasz mi się. Chcę cię w swoim filmie – uśmiechnął się do mnie. Ja jednak stałam jak ten słup soli, tylko siłą woli powstrzymując swoją szczękę, by się nie rozwarła z wrażenia.
- Będziesz sprzymierzeńcem głównego bohatera. Hackerką! A twoim wiernym towarzyszem będzie twój wąż, którego masz na szyi. Bo on jest twój, prawda?
- Tak, ale…
- To świetnie! Charles, zaprowadź… - zaczął, nie kończąc, chcąc użyć mojego imienia, którego nawet nie znał.
- Koyori…
- Zaprowadź Koyori do namiotu z charakteryzatorkami, mój asystent zaraz wszystko jej tam wyjaśni. Migiem! Muszę zmienić trochę scenariusz i powiedzieć jednej osobie, że wypada z filmu. A potem od razu wracaj na plan – rzucił to wszystko na jednym wydechu, następnie odchodząc. Ja jednak dalej byłam w szoku. Miałam grać w filmie…? Przecież ja nigdy w żadnym nie grałam!
Charles?
- Szybko zaczęłaś mówić – zauważył Shane, gdy Charles już się od nas oddalił. Spojrzałam na chłopaka obok mnie, gładząc głowę Inej. Faktycznie, nawet tego nie zauważyłam. Zazwyczaj trochę trwa, nim się przyzwyczajam do czyjegoś towarzystwa, nie wspominając o poznaniu osoby, z którą przebywałam. Może to przez to, że od razu się przedstawił?
Wtem usłyszałam cichy pisk pode mną. Zerknąwszy w dół, dostrzegłam niecierpliwiącą się Acony, merdającą ogonem. No tak… Tu jest tyle nieznanych przez nas ludzi, że ta aż drży z podniecenia na myśl o ich poznaniu. Niestety, nie dzisiaj mała.
- Shane! - za nami rozległ się czyjś głos. Po odwróceniu się zauważyłam pana Kita. No tan, szkicownik! Szybko zajrzałam do swojej czarnej torby na ramię, wyjmując z niej gruby zeszycik w twardej okładce. Podałam go jasnowłosemu, który po wciśnięciu mi Lokiego w ręce, podbiegł do swojego mentora, od razu pokazując mu swój nowy projekt. Jego chyba popaprało dawać mi tego szczeniaka na ręce, gdy Inej owinęła się wokół mnie! Malec zaczął cicho popiskiwać, niekoniecznie bezpiecznie czując się w moich ramionach. Oj rozumiem go doskonale. Samica raczej nie lubiła przebywać tak blisko nowych osób, choć nie miała też bardzo możliwości zrobienia mu krzywdy. Jednak niedługo, a nawet jutro zbliżała się jej pora karmienia. Myślę, że byłaby w stanie zjeść takiego małego pieska, ale to nie znaczy, że naprawdę ma spróbować. Inej popatrzyła się chwilę na Lokiego, wystawiła swój język, po czym wtuliła się w moją szyję. Zaczęłam gładzić pieska po głowie, by choć trochę mniej się stresował i zrozumiał, że pyton raczej nie ma zamiaru go zjeść. Prawda?
Gdy Shane do mnie wrócił, najwyraźniej uszczęśliwiony za wsze czasy, od razu zwróciłam mu szczeniaka. W tym samym momencie zauważyłam nadciągającego w naszą stronę Charlesa w towarzystwie konia. Na śmierć zapomniałam! Mieliśmy przecież patrzeć na jego scenę z helikopterem. Po prostu ekstra.
- I jak wrażenia? - zapytał z uśmiechem na twarzy. Patrzył się raz to na mnie, to na Shane’a, który jakby się skurczył. Chyba nie mam innego wyboru.
- Wybacz – wyznałam, spuszczając trochę głowę – Nie widziałam jej, skupiłam się za bardzo na zwierzakach – dokończyłam, wzrokiem przejeżdżając po moich pupilach, jak i po Lokim. Usłyszałam ciche westchnięcie przed sobą.
- No cóż… Mówi się trudno, prawda? Tak w ogóle przedstawiam wam moją towarzyszkę, Ignis - z powrotem się uśmiechnął.
- Jaka piękna! - zawołał Shane, podchodząc do niej i wyciągając swoją dłoń, by pewnie ją pogłaskać. Klacz jednak miała inne plany i odsunęła się o krok od chłopaka. Zaśmiałam się cicho na to. Najwidoczniej go nie zaakceptowała, biedaczek. Jego wzrok mówił, jakby go mocno zraniono. Zaczął głaskać Lokiego na pocieszenie. Wtedy coś sobie przypomniałam.
- Cóż, tylko moich nie przedstawiłam. Wąż na mojej szyi to Inej, duży psiak Sherlock, a mniejsza nazywa się Acony. W domu tkwi jeszcze kot Parapet – opowiedziałam, na koniec poprawiając swoje okulary. Charles uśmiechnął się szeroko, co tylko odrobinkę mnie speszyło.
- Gdzie jest Charles!! - czyjś krzyk rozległ się chyba w całym mieście. Chłopak odwrócił się na dźwięk swojego imienia. W naszą stronę szedł ktoś na wzór reżysera. Założyłabym się, że nim był. Facet podszedł do nas i złapał ciemnowłosego za ramię.
- Musisz powtórzyć scenę. Była perfekcyjna, ale na nagraniu okazało się, że jakiś durny ptak, który na pierwszy rzut oka był niewidoczny, wleciał w kadr i wszystko szlag trafiło – Charles niekoniecznie wydawał się szczęśliwy z tego powodu. Wtem wzrok reżysera padł na mnie i moje zwierzaki.
- A ty to kto? - spytał, podejrzliwie mrużąc oczy. - Nie przypominam sobie, bym zatrudniał tresera zwierząt – rzekł, przejeżdżając po mnie wzrokiem z góry na dół. Kątem oka zauważyłam, jak Shane i Charles otwierają buzię, by coś powiedzieć, gdy mężczyzna zatrzymał ich ruchem dłoni.
- Podobasz mi się. Chcę cię w swoim filmie – uśmiechnął się do mnie. Ja jednak stałam jak ten słup soli, tylko siłą woli powstrzymując swoją szczękę, by się nie rozwarła z wrażenia.
- Będziesz sprzymierzeńcem głównego bohatera. Hackerką! A twoim wiernym towarzyszem będzie twój wąż, którego masz na szyi. Bo on jest twój, prawda?
- Tak, ale…
- To świetnie! Charles, zaprowadź… - zaczął, nie kończąc, chcąc użyć mojego imienia, którego nawet nie znał.
- Koyori…
- Zaprowadź Koyori do namiotu z charakteryzatorkami, mój asystent zaraz wszystko jej tam wyjaśni. Migiem! Muszę zmienić trochę scenariusz i powiedzieć jednej osobie, że wypada z filmu. A potem od razu wracaj na plan – rzucił to wszystko na jednym wydechu, następnie odchodząc. Ja jednak dalej byłam w szoku. Miałam grać w filmie…? Przecież ja nigdy w żadnym nie grałam!
Charles?
26 sie 2018
Od Koyori do Charlesa
- Acony… Przestań… - wymamrotałam, czując, jak coś moczy mi całą twarz. Dosłownie. Z brody przeszła pyszczkiem na usta, potem na nos, jeden policzek, drugi, aż w końcu na czoło. Gdy poczułam, jak wsadza mi czubek języka do oka, przewróciłam się na plecy, następnie wpatrując się w biały sufit. Zaraz wzrok jednak zasłoniła mi mordka psinki. No naprawdę, nawet w sobotę nie mogę dłużej leżeć w łóżku. Uniosłam dłoń, kładąc ją na głowie suczki, głaszcząc ją. Przymknęła oczy, oddając się pieszczocie. Zaraz jednak usłyszałam dzwonek mojego telefonu, który jak zwykle leżał na szafce nocnej obok łóżka. Z westchnięciem sięgnęłam po niego, następnie go odbierając. Założę się, że to Shane, bo czegoś zapomniał i chcę, bym mu to przyniosła. Właśnie miałam tradycyjnie powiedzieć: „Halo?”, ale mój współlokator był szybszy.
- Koko? Wstawaj i się ubieraj! Zapomniałem szkicownika, a mam tam rysunek nowego projektu. Chcę go pokazać panu Kitowi! Zaraz wyślę ci adres.
I się rozłączył. Wygrałam. Nie wiedziałam, że dzisiaj znowu wybrał się z panem Kitem. Kim on był? Mentorem Shane’a, u którego odbywał czasem staż, pomagając mu przy projektach. Facet szył niebywałe ubrania, a chłopak bardzo chciał iść w jego ślady. Po usłyszeniu dźwięku przysłanej wiadomości z adresem, postanowiłam w końcu powstać. Acony zeskoczyła z mojego łóżka, dzięki czemu mogłam na nim usiąść, spuszczając swoje stopy na mięciutki biały dywanik. Przekręciłam głowę na bok, dostrzegając czarno-białe ciało ciekawie leżące na podłodze. Głowa kota zatopiona w dywanie, łapy rozstawione po obu jej bokach, a tylne jeszcze znajdowały się na łóżku. Ogon śmiesznie zwisał na pyszczek kocura. Cóż… jak Parapetowi jest tak wygodnie, to niech tak leży. Wtem do pokoju wszedł Sherlock, w pysku niosąc moje kapcie w kształcie psiego pyszczka. Po założeniu ich i wstaniu z materaca, poprawiłam sobie kucyka, powoli zmierzając do garderoby. Wyszłam z niej już ubrana w bluzkę Marvela i czarne getry. Następnie zaliczyłam łazienkę, by skończyć w kuchni, robiąc sobie śniadanie. Wzięłam gryza kanapki z serem, patrząc, jak Sherlock z Acony zajadają się psią karmą, którą chwilę temu im nasypałam. Niebieska miska z napisanym na nią imieniem kota czekała, aż właściciel się zbudzi. Zerkając w stronę schodów, akurat dostrzegłam nakrapiane stworzenie.
- Dzień dobry, Parapet – rzekłam, machając mu. Kocur chwilę na mnie popatrzył, miauknął, po czym poleciał do przodu, spadając ze schodów. Będąc na podłodze, znowu zamiauczał i zaczął się czołgać w moją stronę.
- Ja tego nie skomentuje, dobrze?
Szybko jeszcze się wróciłam po moją torbę na ramię, po czym zaszłam do gabinetu Shane’a. Szkicownik jak zwykle leżał pod materiałami na jego biurku. Po założeniu trampek za kostkę w zebrę, zajęłam się zapinaniem smyczy moim psom. A w zasadzie Acony. Jest tak ruchliwa i mała, że boję się, iż kompletnie zniknie mi z oczu. O Sherlocka aż tak nie muszę się martwić. Choć nie strasznie nie lubię, gdy ludzie każą mi założyć mu kaganiec. „To duży pies! A jak kogoś ugryzie?!”.
- Pa Parapet! - rzuciłam, wychodząc i zamykając drzwi na klucz. Mam nadzieję, że kocur nic sobie nie zrobi. Wychodząc z apartamentowca, spojrzałam do telefonu na rozkład jeżdżących autobusów. Ten, którym miałam zaraz jechać, powinien niedługo być. To dobrze, nie lubię długo stać i czekać na przystanku. A na niego przybyłam w idealnym momencie! Na moje nieszczęście był praktycznie cały zapełniony. Wzięłam Acony na ręce, nie chcąc, by została zdeptana i stanęłam pod oknem. Zerknęłam orientacyjnie na Sherlocka, który spokojnie usiadł jak najbliżej moich nóg. Dobry piesek. Wróciłam myślami do kota w domu. Zaczynałam się trochę o niego martwić. Jakiś tydzień temu, gdy wróciłam do domu, zastałam wywróconą doniczkę jednego kwiatka, który magicznym sposobem znalazł się na głowie Parapetu, smacznie śpiącego na blacie kuchennym. Choć i tak długo na nim nie wytrzymał, bo chwilę potem z niego spadł. Wtem przypomniałam sobie o czymś. A raczej o kimś. Nie zajrzałam do Inej! A jeśli… Natychmiastowo zajrzałam do swojej torby. Powitał mnie pyszczek węża, z którego zaraz wydobył się rozwidlony język. Wiedziałam… Widziałam, jak pyton powoli pnie się w górę, chcąc się rozejrzeć.
- Acony… Przestań… - wymamrotałam, czując, jak coś moczy mi całą twarz. Dosłownie. Z brody przeszła pyszczkiem na usta, potem na nos, jeden policzek, drugi, aż w końcu na czoło. Gdy poczułam, jak wsadza mi czubek języka do oka, przewróciłam się na plecy, następnie wpatrując się w biały sufit. Zaraz został jednak przysłonięty przez psią mordkę. No naprawdę, nawet w sobotę nie mogę dłużej leżeć w łóżku. Uniosłam dłoń, kładąc ją na głowie suczki, głaszcząc. Przymknęła oczy, oddając się pieszczocie. Po chwili usłyszałam dzwonek mojego telefonu, który jak zwykle leżał na szafce nocnej obok łóżka. Z westchnięciem sięgnęłam po niego, następnie odbierając przychodzące połączenie. Założę się, że to Shane, bo czegoś zapomniał i chcę, bym mu to przyniosła.
Właśnie miałam tradycyjnie powiedzieć: „Halo?”, ale mój współlokator był szybszy.
- Koko? Wstawaj i się ubieraj! Zapomniałem szkicownika, a mam tam rysunek nowego projektu. Chcę go pokazać panu Kitowi! Zaraz wyślę ci adres.
I się rozłączył. Wygrałam.
Nie wiedziałam, że dzisiaj znowu wybrał się z panem Kitem. Kim on był? Mentorem Shane’a, u którego odbywał czasem staż, pomagając mu przy projektach. Facet szył niebywałe ubrania, a chłopak bardzo chciał iść w jego ślady. Po usłyszeniu dźwięku przysłanej wiadomości z adresem postanowiłam w końcu powstać. Acony zeskoczyła z mojego łóżka, dzięki czemu mogłam na nim usiąść, spuszczając swoje stopy na mięciutki biały dywanik. Przekręciłam głowę na bok, dostrzegając czarno-białe ciało ciekawie leżące na podłodze. Głowa kota zatopiona w dywanie, łapy rozstawione po obu jej bokach, gdy tylne jeszcze znajdowały się na łóżku. Ogon śmiesznie zwisał na pyszczek kocura. Cóż… jak Parapetowi jest tak wygodnie, to niech tak leży.
Do pokoju wszedł Sherlock, w pysku niosąc moje kapcie w kształcie psiego pyszczka. Po założeniu ich i wstaniu z materaca poprawiłam sobie kucyka, powoli zmierzając do garderoby. Wyszłam z niej już ubrana w bluzkę Marvela i czarne getry. Następnie zaliczyłam łazienkę, by skończyć w kuchni, robiąc sobie śniadanie. Wzięłam gryza kanapki z serem, patrząc, jak Sherlock z Acony zajadają się psią karmą, którą chwilę temu im nasypałam. Niebieska miska z napisanym na nią imieniem kota czekała, aż właściciel się zbudzi. Zerkając w stronę schodów, akurat dostrzegłam nakrapiane stworzenie.
- Dzień dobry, Parapet – rzekłam, machając mu. Kocur chwilę na mnie popatrzył, miauknął, po czym poleciał do przodu, spadając ze schodów. Będąc na podłodze, znowu zamiauczał i zaczął się czołgać w moją stronę.
- Ja tego nie skomentuje, dobrze?
Szybko jeszcze się wróciłam po moją torbę na ramię, po czym zaszłam do gabinetu Shane’a. Szkicownik jak zwykle leżał pod materiałami na jego biurku. Po założeniu trampek za kostkę w motyw zebry, zajęłam się zapinaniem smyczy moim psom. A w zasadzie Acony. Jest tak ruchliwa i mała, że boję się, iż kompletnie zniknie mi z oczu. O Sherlocka aż tak nie muszę się martwić. Choć nie strasznie nie lubię, gdy ludzie każą mi założyć mu kaganiec. „To duży pies! A jak kogoś ugryzie?!”.
- Pa Parapet! - rzuciłam, wychodząc i zamykając drzwi na klucz. Mam nadzieję, że kocur nic sobie nie zrobi.
Wychodząc z apartamentowca, spojrzałam do telefonu na rozkład jeżdżących autobusów. Ten, którym miałam zaraz jechać, powinien niedługo być. To dobrze, nie lubię długo stać i czekać na przystanku. A na niego przybyłam w idealnym momencie! Na moje nieszczęście był praktycznie cały zapełniony. Wzięłam Acony na ręce, nie chcąc, by została zdeptana i stanęłam pod oknem. Zerknęłam orientacyjnie na Sherlocka, który spokojnie usiadł jak najbliżej moich nóg. Dobry piesek. Wróciłam myślami do kota w domu. Zaczynałam się trochę o niego martwić. Jakiś tydzień temu, gdy wróciłam do mieszkania, zastałam wywróconą doniczkę jednego kwiatka, który magicznym sposobem znalazł się na głowie Parapetu, smacznie śpiącego na blacie kuchennym. Choć i tak długo na nim nie wytrzymał, bo chwilę potem z niego spadł. Wtem przypomniałam sobie o czymś. A raczej o kimś. Nie zajrzałam do Inej! A jeśli… Natychmiastowo zerknęłam do swojej torby. Powitał mnie pyszczek węża, z którego zaraz wydobył się rozwidlony język. Wiedziałam… Widziałam, jak pyton powoli pnie się w górę, chcąc się rozejrzeć.
- Inej, siedź cicho – szepnęłam, zamykając torbę. Aż żałuję, że nie ma w niej suwaka! Spokojnie, trzeba teraz uważać na to, by Inej się nie wychyliła, a tym bardziej uciekła. Mimo że była praktycznie niegroźnym zwierzęciem i dość przyjaznym, tylko ciekawskim, to większość ludzi i tak nie przepadała za pytonami. A do nich samych niespecjalnie docierała wiadomość, iż jest zupełnie niegroźna.
Po jakiejś minucie jazdy Acony niemiłosiernie zaczęła mi się wiercić. Już minutkę, chwilkę, poczekaj. Jednak dopiero po czterech wysiedliśmy, do tego z pewną trudnością, bo wjechał wcześniej wózek i Sherlock nie mógł praktycznie wyjść. Odstawiłam alaskana klee kai na ziemię, przejeżdżając dłonią po głowie samca obok. Oddalając się od przystanku, dostrzegłam idącego w mojego stronę Shane’a z… psem w rękach? Nie mówcie, że znowu…
- Shane…?
- Spokojnie, nie ukradłem go staruszce – Widziałam powagę w jego oczach. Kamień spadł mi z serca. Shane strasznie lubi zwierzęta, im mniejsze, tym dla niego słodsze. Jednak sam żadnego nigdy nie wziął, bo „zapewne po chwili by o nim zapomniał”. Mógłby być do tego zdolny.
Pewnego razu na spacerze spotkaliśmy starszą panią, która wyszła na spacer ze sznaucero-podobnym zwierzęciem. Chłopak wziął go na ręce, by go pogłaskać, a następnie z nim odszedł, bo o nim zapomniał. Na szczęście kobieta nie miała nam tego za złe.
- Za rogiem jest plan nowego filmu akcji i kręcą scenę kaskaderską. Ten słodziak należy do faceta, który właśnie naraża swoje życie. I powiem ci, niezłe z niego ciacho – Tego chyba w nim nie lubiłam. Shane jako osoba homoseksualna, interesuje się tylko i wyłącznie mężczyznami. Choć nieraz zdarza mu się i obgadać kobiety, zwłaszcza przy mnie. I nie powiem, nieźle się przy tym oboje bawimy. Jednak jeśli chodzi o mężczyzn, to nie zna granic przy ich opisywaniu. Ale zawsze wstydzi się zagadać! Jedno musiałam mu przyznać. Piesek był po prostu przesłodki!
- Wygląda trochę na pudelka – powiedziałam, podchodząc do jasnowłosego. Wystawiłam rękę, by szczeniak ją obwąchał, po czym pogłaskałam go po główce. Jaką on ma cudną sierść!
- Wabi się Loki – rzekł, kucając, by malec mógł się zapoznać z moimi towarzyszami. Też się zniżyłam, bacznie obserwując reakcję Acony oraz Sherlocka. O samca jakoś specjalnie się nie martwiłam, jednak suczka mogłaby zareagować trochę zbyt impulsywnie. Na szczęście oboje byli dość spokojni w kontakcie z malcem.
- Em… Koko… - Spojrzałam na Shane’a, który z kolei swój wzrok zatrzymał na mojej torbie. No chyba nie…
- Inej… - wyznałam, widząc głowę ciekawskiego węża wystającą z torby. Zasyczała cicho, kierując się na moje ramię. Zaczekałam, aż kompletnie owinie się nie tylko wokół ręki, ale też i szyi. Wspięła się jeszcze wyżej, dając mi całusa w policzek. No cóż, teraz już jej nie zdejmę. Podniosłam się z ziemi, jak również i Shane, z Lokim w rękach. Chciałam już sięgnąć ręką do torby po szkicownik chłopaka, jednak ten zatrzymał mnie podniesieniem dłoni.
- Chodźmy na plan. Zobaczysz, jak wygląda. Tam mi go oddasz.
Charles?
- Koko? Wstawaj i się ubieraj! Zapomniałem szkicownika, a mam tam rysunek nowego projektu. Chcę go pokazać panu Kitowi! Zaraz wyślę ci adres.
I się rozłączył. Wygrałam. Nie wiedziałam, że dzisiaj znowu wybrał się z panem Kitem. Kim on był? Mentorem Shane’a, u którego odbywał czasem staż, pomagając mu przy projektach. Facet szył niebywałe ubrania, a chłopak bardzo chciał iść w jego ślady. Po usłyszeniu dźwięku przysłanej wiadomości z adresem, postanowiłam w końcu powstać. Acony zeskoczyła z mojego łóżka, dzięki czemu mogłam na nim usiąść, spuszczając swoje stopy na mięciutki biały dywanik. Przekręciłam głowę na bok, dostrzegając czarno-białe ciało ciekawie leżące na podłodze. Głowa kota zatopiona w dywanie, łapy rozstawione po obu jej bokach, a tylne jeszcze znajdowały się na łóżku. Ogon śmiesznie zwisał na pyszczek kocura. Cóż… jak Parapetowi jest tak wygodnie, to niech tak leży. Wtem do pokoju wszedł Sherlock, w pysku niosąc moje kapcie w kształcie psiego pyszczka. Po założeniu ich i wstaniu z materaca, poprawiłam sobie kucyka, powoli zmierzając do garderoby. Wyszłam z niej już ubrana w bluzkę Marvela i czarne getry. Następnie zaliczyłam łazienkę, by skończyć w kuchni, robiąc sobie śniadanie. Wzięłam gryza kanapki z serem, patrząc, jak Sherlock z Acony zajadają się psią karmą, którą chwilę temu im nasypałam. Niebieska miska z napisanym na nią imieniem kota czekała, aż właściciel się zbudzi. Zerkając w stronę schodów, akurat dostrzegłam nakrapiane stworzenie.
- Dzień dobry, Parapet – rzekłam, machając mu. Kocur chwilę na mnie popatrzył, miauknął, po czym poleciał do przodu, spadając ze schodów. Będąc na podłodze, znowu zamiauczał i zaczął się czołgać w moją stronę.
- Ja tego nie skomentuje, dobrze?
Szybko jeszcze się wróciłam po moją torbę na ramię, po czym zaszłam do gabinetu Shane’a. Szkicownik jak zwykle leżał pod materiałami na jego biurku. Po założeniu trampek za kostkę w zebrę, zajęłam się zapinaniem smyczy moim psom. A w zasadzie Acony. Jest tak ruchliwa i mała, że boję się, iż kompletnie zniknie mi z oczu. O Sherlocka aż tak nie muszę się martwić. Choć nie strasznie nie lubię, gdy ludzie każą mi założyć mu kaganiec. „To duży pies! A jak kogoś ugryzie?!”.
- Pa Parapet! - rzuciłam, wychodząc i zamykając drzwi na klucz. Mam nadzieję, że kocur nic sobie nie zrobi. Wychodząc z apartamentowca, spojrzałam do telefonu na rozkład jeżdżących autobusów. Ten, którym miałam zaraz jechać, powinien niedługo być. To dobrze, nie lubię długo stać i czekać na przystanku. A na niego przybyłam w idealnym momencie! Na moje nieszczęście był praktycznie cały zapełniony. Wzięłam Acony na ręce, nie chcąc, by została zdeptana i stanęłam pod oknem. Zerknęłam orientacyjnie na Sherlocka, który spokojnie usiadł jak najbliżej moich nóg. Dobry piesek. Wróciłam myślami do kota w domu. Zaczynałam się trochę o niego martwić. Jakiś tydzień temu, gdy wróciłam do domu, zastałam wywróconą doniczkę jednego kwiatka, który magicznym sposobem znalazł się na głowie Parapetu, smacznie śpiącego na blacie kuchennym. Choć i tak długo na nim nie wytrzymał, bo chwilę potem z niego spadł. Wtem przypomniałam sobie o czymś. A raczej o kimś. Nie zajrzałam do Inej! A jeśli… Natychmiastowo zajrzałam do swojej torby. Powitał mnie pyszczek węża, z którego zaraz wydobył się rozwidlony język. Wiedziałam… Widziałam, jak pyton powoli pnie się w górę, chcąc się rozejrzeć.
- Acony… Przestań… - wymamrotałam, czując, jak coś moczy mi całą twarz. Dosłownie. Z brody przeszła pyszczkiem na usta, potem na nos, jeden policzek, drugi, aż w końcu na czoło. Gdy poczułam, jak wsadza mi czubek języka do oka, przewróciłam się na plecy, następnie wpatrując się w biały sufit. Zaraz został jednak przysłonięty przez psią mordkę. No naprawdę, nawet w sobotę nie mogę dłużej leżeć w łóżku. Uniosłam dłoń, kładąc ją na głowie suczki, głaszcząc. Przymknęła oczy, oddając się pieszczocie. Po chwili usłyszałam dzwonek mojego telefonu, który jak zwykle leżał na szafce nocnej obok łóżka. Z westchnięciem sięgnęłam po niego, następnie odbierając przychodzące połączenie. Założę się, że to Shane, bo czegoś zapomniał i chcę, bym mu to przyniosła.
Właśnie miałam tradycyjnie powiedzieć: „Halo?”, ale mój współlokator był szybszy.
- Koko? Wstawaj i się ubieraj! Zapomniałem szkicownika, a mam tam rysunek nowego projektu. Chcę go pokazać panu Kitowi! Zaraz wyślę ci adres.
I się rozłączył. Wygrałam.
Nie wiedziałam, że dzisiaj znowu wybrał się z panem Kitem. Kim on był? Mentorem Shane’a, u którego odbywał czasem staż, pomagając mu przy projektach. Facet szył niebywałe ubrania, a chłopak bardzo chciał iść w jego ślady. Po usłyszeniu dźwięku przysłanej wiadomości z adresem postanowiłam w końcu powstać. Acony zeskoczyła z mojego łóżka, dzięki czemu mogłam na nim usiąść, spuszczając swoje stopy na mięciutki biały dywanik. Przekręciłam głowę na bok, dostrzegając czarno-białe ciało ciekawie leżące na podłodze. Głowa kota zatopiona w dywanie, łapy rozstawione po obu jej bokach, gdy tylne jeszcze znajdowały się na łóżku. Ogon śmiesznie zwisał na pyszczek kocura. Cóż… jak Parapetowi jest tak wygodnie, to niech tak leży.
Do pokoju wszedł Sherlock, w pysku niosąc moje kapcie w kształcie psiego pyszczka. Po założeniu ich i wstaniu z materaca poprawiłam sobie kucyka, powoli zmierzając do garderoby. Wyszłam z niej już ubrana w bluzkę Marvela i czarne getry. Następnie zaliczyłam łazienkę, by skończyć w kuchni, robiąc sobie śniadanie. Wzięłam gryza kanapki z serem, patrząc, jak Sherlock z Acony zajadają się psią karmą, którą chwilę temu im nasypałam. Niebieska miska z napisanym na nią imieniem kota czekała, aż właściciel się zbudzi. Zerkając w stronę schodów, akurat dostrzegłam nakrapiane stworzenie.
- Dzień dobry, Parapet – rzekłam, machając mu. Kocur chwilę na mnie popatrzył, miauknął, po czym poleciał do przodu, spadając ze schodów. Będąc na podłodze, znowu zamiauczał i zaczął się czołgać w moją stronę.
- Ja tego nie skomentuje, dobrze?
Szybko jeszcze się wróciłam po moją torbę na ramię, po czym zaszłam do gabinetu Shane’a. Szkicownik jak zwykle leżał pod materiałami na jego biurku. Po założeniu trampek za kostkę w motyw zebry, zajęłam się zapinaniem smyczy moim psom. A w zasadzie Acony. Jest tak ruchliwa i mała, że boję się, iż kompletnie zniknie mi z oczu. O Sherlocka aż tak nie muszę się martwić. Choć nie strasznie nie lubię, gdy ludzie każą mi założyć mu kaganiec. „To duży pies! A jak kogoś ugryzie?!”.
- Pa Parapet! - rzuciłam, wychodząc i zamykając drzwi na klucz. Mam nadzieję, że kocur nic sobie nie zrobi.
Wychodząc z apartamentowca, spojrzałam do telefonu na rozkład jeżdżących autobusów. Ten, którym miałam zaraz jechać, powinien niedługo być. To dobrze, nie lubię długo stać i czekać na przystanku. A na niego przybyłam w idealnym momencie! Na moje nieszczęście był praktycznie cały zapełniony. Wzięłam Acony na ręce, nie chcąc, by została zdeptana i stanęłam pod oknem. Zerknęłam orientacyjnie na Sherlocka, który spokojnie usiadł jak najbliżej moich nóg. Dobry piesek. Wróciłam myślami do kota w domu. Zaczynałam się trochę o niego martwić. Jakiś tydzień temu, gdy wróciłam do mieszkania, zastałam wywróconą doniczkę jednego kwiatka, który magicznym sposobem znalazł się na głowie Parapetu, smacznie śpiącego na blacie kuchennym. Choć i tak długo na nim nie wytrzymał, bo chwilę potem z niego spadł. Wtem przypomniałam sobie o czymś. A raczej o kimś. Nie zajrzałam do Inej! A jeśli… Natychmiastowo zerknęłam do swojej torby. Powitał mnie pyszczek węża, z którego zaraz wydobył się rozwidlony język. Wiedziałam… Widziałam, jak pyton powoli pnie się w górę, chcąc się rozejrzeć.
- Inej, siedź cicho – szepnęłam, zamykając torbę. Aż żałuję, że nie ma w niej suwaka! Spokojnie, trzeba teraz uważać na to, by Inej się nie wychyliła, a tym bardziej uciekła. Mimo że była praktycznie niegroźnym zwierzęciem i dość przyjaznym, tylko ciekawskim, to większość ludzi i tak nie przepadała za pytonami. A do nich samych niespecjalnie docierała wiadomość, iż jest zupełnie niegroźna.
Po jakiejś minucie jazdy Acony niemiłosiernie zaczęła mi się wiercić. Już minutkę, chwilkę, poczekaj. Jednak dopiero po czterech wysiedliśmy, do tego z pewną trudnością, bo wjechał wcześniej wózek i Sherlock nie mógł praktycznie wyjść. Odstawiłam alaskana klee kai na ziemię, przejeżdżając dłonią po głowie samca obok. Oddalając się od przystanku, dostrzegłam idącego w mojego stronę Shane’a z… psem w rękach? Nie mówcie, że znowu…
- Shane…?
- Spokojnie, nie ukradłem go staruszce – Widziałam powagę w jego oczach. Kamień spadł mi z serca. Shane strasznie lubi zwierzęta, im mniejsze, tym dla niego słodsze. Jednak sam żadnego nigdy nie wziął, bo „zapewne po chwili by o nim zapomniał”. Mógłby być do tego zdolny.
Pewnego razu na spacerze spotkaliśmy starszą panią, która wyszła na spacer ze sznaucero-podobnym zwierzęciem. Chłopak wziął go na ręce, by go pogłaskać, a następnie z nim odszedł, bo o nim zapomniał. Na szczęście kobieta nie miała nam tego za złe.
- Za rogiem jest plan nowego filmu akcji i kręcą scenę kaskaderską. Ten słodziak należy do faceta, który właśnie naraża swoje życie. I powiem ci, niezłe z niego ciacho – Tego chyba w nim nie lubiłam. Shane jako osoba homoseksualna, interesuje się tylko i wyłącznie mężczyznami. Choć nieraz zdarza mu się i obgadać kobiety, zwłaszcza przy mnie. I nie powiem, nieźle się przy tym oboje bawimy. Jednak jeśli chodzi o mężczyzn, to nie zna granic przy ich opisywaniu. Ale zawsze wstydzi się zagadać! Jedno musiałam mu przyznać. Piesek był po prostu przesłodki!
- Wygląda trochę na pudelka – powiedziałam, podchodząc do jasnowłosego. Wystawiłam rękę, by szczeniak ją obwąchał, po czym pogłaskałam go po główce. Jaką on ma cudną sierść!
- Wabi się Loki – rzekł, kucając, by malec mógł się zapoznać z moimi towarzyszami. Też się zniżyłam, bacznie obserwując reakcję Acony oraz Sherlocka. O samca jakoś specjalnie się nie martwiłam, jednak suczka mogłaby zareagować trochę zbyt impulsywnie. Na szczęście oboje byli dość spokojni w kontakcie z malcem.
- Em… Koko… - Spojrzałam na Shane’a, który z kolei swój wzrok zatrzymał na mojej torbie. No chyba nie…
- Inej… - wyznałam, widząc głowę ciekawskiego węża wystającą z torby. Zasyczała cicho, kierując się na moje ramię. Zaczekałam, aż kompletnie owinie się nie tylko wokół ręki, ale też i szyi. Wspięła się jeszcze wyżej, dając mi całusa w policzek. No cóż, teraz już jej nie zdejmę. Podniosłam się z ziemi, jak również i Shane, z Lokim w rękach. Chciałam już sięgnąć ręką do torby po szkicownik chłopaka, jednak ten zatrzymał mnie podniesieniem dłoni.
- Chodźmy na plan. Zobaczysz, jak wygląda. Tam mi go oddasz.
Charles?
+20PD
Subskrybuj:
Posty (Atom)