1 sty 2019

Od Charlie cd. Franciszka

         Wślizgnęłam się do sklepu monopolowego, za mną rozległy się kroki chłopaka, który jeszcze przed chwilą planował zamknięcie go. Nie tym razem. W głowie wyliczałam alkohole, jakie dziś figurowały na czele mojej listy zakupów. Sylwester zapowiadał się hucznie, już od miesiąca trwają przygotowania jakże wielkiej imprezy mojej rodzicielki. Mogłabym czuć się zaproszona? Mogłabym, zważywszy na to, że jej mieszkanie jest także moim mieszkaniem. Sytuacja prezentowała się całkowicie inaczej, albowiem już kilka dni temu usłyszałam wyraźne "nie", towarzyszące rozkazom dotyczącym pozostania w pokoju. Okay, okay.
         To, to i jeszcze to.
         Ach, zapomniałam o tym.
         I te.

         Rachunek objął liczbę wysoką, jednakże nie na tyle wysoką, by nie móc dorzucić czegoś dla siebie. Słabe piwo smakowe, dlaczego miałabym odmówić przyjemności także sobie. Zapłaciłam. Wyszłam ze sklepu. Wróciłam do bloku.
         Rankiem po zdecydowanej części kupionych przeze mnie alkoholi nie było śladu. Jedynie dwie butelki czystej wódki i moje dobrze ukryte piwo ocalało. Nie drążyłam tematu, nie reagowałam. Nie wiem, czy chcę wiedzieć, co z nimi zrobiła. Nie obchodzi mnie to.
         — Charlie, idź do sklepu — usłyszałam wieczorem. Wręczyła mi pieniądze i listę podobną do tej wczorajszej. Zgadywałam, że znów trafię na zamknięcie.
         Nieomylnie.
         Wpuścił mnie.
         To, to i jeszcze to.
         Ach, zapomniałam o tym.
         I te.
         O dziesięć avarów więcej. Mimo tego, kolejne dziesięć pozostało w kieszeni, więc wzięłam to w formie zapłaty za wyręczanie się mną przez matkę. Zapewne ktoś, kto widzi mnie w tym momencie uzna, że to wszystko wina młodzieńczego buntu, i z pewnością planuję to wszystko pokonać z grupką przyjaciół. Bzdura, myślę ja.
         Zaskakujące, jakie życie jest przewidywalne.
         — Charlie, do sklepu.
         Aż chciałabym zapytać o to, gdzie podziewają się napoje na rzekomego Sylwestra. Gryzłam się w język, walczyłam, byleby nie wymsknęło mi się nic niemiłego, co Beatrice uznałaby za obrazę. Przekrzykiwanie się wzajemnie wcale nie posyłało mi szczerego uśmiechu.
         Sklep.
         Cześć, to znowu ja, myślałam sobie, kiedy wchodziłam do środka.
         Zapewne zaraz opieprzą mnie za to, że zawsze, kiedy chcą zamykać zjawiam się ja.
         Mam ochotę zasugerować, żeby zamykali jakieś dwadzieścia minut później. Ale to idiotyczne, skoro nie będą mieć w tym żadnej korzyści. A może jednak? Zresztą, zapewne tylko tu pracują.
         To, to i jeszcze to.
         Ach, zapomniałam o tym.
         I te.
         Płacę, wychodzę.
         No dobra, może nie dzisiaj.
         Dziurawa torba w tym momencie stała się moim największym koszmarem. Przy samiutkich drzwiach. Trzask tłukącego się szkła, po linoleum płynie czerwona ciecz, która w pewnym momencie miesza się ze sporą ilością przezroczystego alkoholu. W porę zatrzymuję tę szopkę, łapiąc od spodu za torbę. Trzy butelki poszły się jebać. Kolejne trzy tkwią w torbie, całe. Stanęłam jak wryta, wpatrując się w ogromną kałużę. Nie wiedziałam, czy brać się za sprzątanie, czy prosić o pomoc kasjera. Chociaż wystarczająco napsułam im nerwów.
         — Gdzie macie jakąś szufelkę, mop, cokolwiek? — zapytałam. Zaskakujące było to, z jakim spokojem wypowiedziałam te słowa, zważywszy na to, że rzadko kiedy pytam nieznajomych o coś, co jest w tej chwili dla mnie istotne.
         W pewnej chwili skręciło mnie w żołądku.
         Beatrice 1, Charlie 0.

FRANCISZEK?

Od Wandy cd Tim

I mi chyba pozostawało po prostu raz po raz parskać śmiechem, podczas gdy kątem oka obserwowałam dziewczynę, która raczej nie szczędziła komplementów wielkiemu włochaczowi, a dłonie zajmowały się zaplataniem wiązanek, wstążek i innych cholerstw. Uśmiechnęłam się pod nosem, stwierdzając, że Frytkowi tego dnia zdecydowanie się poszczęściło, bo już dawno nie był aż tak wyprzytulany. Ostatni raz prawdopodobnie przez szkraby Fomy, co z tego, że było im bliżej do uduszenia biednego zwierza niż wymiziania, ale nic dziwnego, w końcu to tylko dzieci.
Powinnam się do nich odezwać, tak, zdecydowanie.
— Szukam… — Dziewczyna wyrwała mnie z chwilowego zamyślenia, które może i zmyło uśmiech z mojej twarzy. — Jakiegoś ładnego bukieciku do jadalni albo może być roślinka w doniczce. Nie znam się, ale nie chcę, żeby mama ściągnęła mi pół czyjegoś ogrodu do mieszkania, gdy przyjedzie. Ma pani jakieś propozycje? — zapytała z oczywistą nadzieją, niby podnosząc się w końcu do góry, a jednak nie do końca.
Przygryzłam policzek od środka i zmarszczyłam czoło, zastanawiając się.
— Może żonkile? — mruknęłam pod nosem, bardziej do siebie niż do niej, ale prawdopodobnie i to dosłyszała. — Chociaż nie, to raczej niezbyt pasujące kwiaty do aktualnej pory roku — parsknęłam nieporadnie. — A goździki? Delikatne, nienachalne i będą się nawet długo trzymać w wazonie. Ewentualnie pozostają kaktusy i sukulenty, zawsze dobrze wyglądają, nie zbyt trudne w opiece, a i rozmnożyć łatwo, w razie czego…

Od Pelagoniji

— Poradzisz sobie? — Wychyliłam się zza ściany, przestając na chwilę przeglądać płyty winylowe w poszukiwaniu tej odpowiedniej i spojrzałam na bruneta, którego końcówki włosów pokrywała farba w ciepłych barwach. Uśmiechnęłam się do Igora uspokajająco i machnęłam dłonią, jakbym chciała go wygonić z lokalu.
— Zawsze sobie radzę, więc zmykaj, zanim Vladdy zacznie na mnie bluzgać i mówić, że cię przepracowuję — parsknęłam, a student przewróciwszy oczami, wygiął usta w lekkim uśmiech, po czym wymamrotał ciche pożegnanie, acz na tyle głośne, żebym mogła je usłyszeć. Skrzyp drzwi, delikatny przeciąg i dźwięk dzwoneczka wiszącego przy drzwiach oznajmiły, że chłopak opuścił herbaciarnię.
Lubiłam wieczory w Szklanej Magnolii, gdy nikogo poza mną nie było w budynku, zostawało kilkanaście minut do dwudziestej, czyli godziny zamknięcia. Mogłam sobie posiedzieć z herbatką, słuchając Blue In Green i czekać na zbłąkane dusze, które nie wiedziały, co ze sobą zrobić o tej porze, więc przekraczały skromne progi mojej herbaciarni. Zwłaszcza podczas zimy, kiedy ciemność zalewała niebo o wiele wcześniej, a ludzie woleli zaszyć się w swoich ciepłych domach. Pogasiłam większość świateł, zostawiając tylko te główne, a później znalazłszy Ofelię śpiącą na ladzie, usiadłam przy niej z kubkiem ciepłego naparu w dłoniach i wsłuchałam się w dźwięk pianina. Czasami miałam wrażenie, że wtedy czas wcale nie płynął i traciłam całkowicie poczucie, ile minut mijało, pogrążona we własnych myślach. Oczywiście, musiał być jakiś czynnik zewnętrzny, który wyrywał mnie z przyjemnego letargu. Domagająca się uwagi Ofelia, milknąca nagle płyta, brak herbaty, której brałam łyk co jakiś czas. Albo dźwięk dzwoneczka oraz odgłos kroków w tym przypadku.
Powoli obróciłam głowę w stronę osoby, która otrzepywała włosy ze śniegu i uśmiechnęłam się ciepło, gdy spojrzała na mnie.
— Dobry wieczór, w czymś mogę pomóc?


<Ktoś chce herbatę?>

Od Antoniego cd Franciszka

Smukłe palce ładnie tańczyły wokół paczek z żelkami, prezentując pierścionki, które z przyjemnością odbijały światło z ledwo już świecącej żarówki na suficie. Westchnąłem, może i trochę zniecierpliwiony, bo ileż można się pieprzyć z naliczaniem kolejnych żelków na mój rachunek, i włożyłem dłonie do kieszeni płaszcza.
I gdy już sięgnął po te czerwone Marlboro, gdy już miałem pochwycić je, zapłacić i rzucić, żeby resztę zachował dla siebie, ot tak, miły prezent dla biednego licealisty, dłoń po prostu się zatrzymała.
— A dowodzik jest?
Praktycznie zakrztusiłem się własną śliną, pobladłem, a dłoń drgnęła, by następnie na czole pojawiły się zmarszczki niezbyt wielkiego zadowolenia, które chwilę później zastąpił może i lekko szelmowski uśmieszek, prawdopodobnie wyglądający lepiej dobre kilka lat temu. Zastukałem palcami o blat i pochyliłem się ciutkę do przodu.
— Nie wiedziałem, że wyglądam aż tak młodo, Żukowski — syknąłem, po czym wyprostowałem się i zajrzałem do portfela w poszukiwaniu dokumentu.
Żeby uczeń miał prawdo do zaglądania w moje prywatne rzeczy, przecież to niedorzeczne, tak nie wolno, jeszcze może niech zrobi zdjęcie i roześle po znajomych, bo, patrzcie, pan Watson tragicznie wyszedł na dowodzie osobistym. Wyjąłem dowód, machnąłem nim chłopakowi przed nosem, przy okazji przewracając oczami.
— Czy teraz już mogę moje papierosy? — westchnąłem lekko zrezygnowany. — Popełniasz ogromny błąd, nie dając mi ich jak najszybciej, Franciszku.

Od Theo C.D Angelica

     W głowie nadal brzmiała mi ta propozycja dziewczyny pokrapiana, jak mi się wydaje, małą nutą litości. Litość była tu fundamentem fundamentów, a przynajmniej takie wrażenie odnosiłem, gdy sławniejsza osoba organizowała coś charytatywnie, jej dobroć się wręcz wylewała przed kamerą i budowała jej cud wizerunek. Uroczo, oczywiście, że na to nie narzekałem. Z tym, że tu brakowało mi publiczności. Niemal pół dnia stały stoiska, których jedynymi widzami mogli być tylko mało zainteresowani przechodnie ― tyle. Żadnych facetów ganiających z mikrofonami, powielającymi pytania skierowane do gwiazdek „co skłoniło cię do tego, by pomagać?”.
     - Ta babka ma nas za jakieś niedorajdy życiowe. ― Parsknął nieco poddenerwowany Thor, siadając przy jednej ścianie poniszczonego budynku.
     - Podła zniewaga. ― Do narzekań dołączył się Trevor. 
     - Panowie, jesteśmy niedorajdami. Co mamy do stracenia? ― Wzruszyłem ramionami i z delikatnym uśmieszkiem na ustach zawędrowałem na nich wzrokiem. Sam wyraz ich oczu już zdawał się mnie zabijać od środka. 
     Thora olśniło. Jego twarz rozpromienił szeroki, nieco niedbały uśmiech, a palec uniósł się ku górze.
     - Można na tym skorzystać, można! Skoro cudem już zwróciła na nas uwagę, a nie na innych przegrywów, to moglibyśmy wyciągnąć z tego sowite korzyści. 
     - Wykorzystywanie osoby, która nam pomogła? Nieważne dlaczego to zrobiła, ważne, że po prostu zrobiła, a ty masz na czym teraz spać. ― Wskazałem ruchem głowy na koc, dzięki któremu mężczyzna chronił zad przed niezłą wilgocią i brudem. 
     - Gdyby nie ty, chyba obłowiłbym się już w cholerne bogactwa. ― Parsknął niemiło.
     - Nie dałbyś sobie rady beze mnie! ― Poklepałem go z rozbawieniem po plecach, a gdy tylko syknął niezadowolony, że mam zabrać rękę, od razu roześmiałem się jeszcze głośniej, czemu towarzyszyło dosyć głębokie echo. 
     - Zamknij się.
     - Racja. 

***

     I rzeczywiście czekaliśmy pod restauracją, cała nasza trójka, nie bacząc na żadne spojrzenia przechodniów, którzy chyba mieli nas za bezdomne koty czekające na to, aż kucharze wyrzucą odpadki z kuchni. 
     Tak nisko nie upadłem. Jeszcze. 
     - To na pewno piosenkarka? Może robiła sobie jaja i to jakaś recepcjonistka z przytułku dla bezdomnych? ― Trevor warknął pod nosem, chyba już zniecierpliwiony. ― Słyszeliście w ogóle o niej?
     - Typie, nie pamiętam jej imienia ― odparł Thor. 
     - Angelica Sz... ― Zamyśliłem się odrobinę, chcąc uniknąć pomyłek, jednak jak się spodziewałem, nie udało mi się przypomnieć nazwiska. ― Angelica. 
     Blondyn na to trącił mnie mocno w żebra z głośnym rechotem, przez co ludzie spojrzeli na nas zniesmaczeni. 
     - Ej, a może nasza mała niedorajda uwiedzie tą miłą laleczkę i da nam życie, o jakim nam się śniło? 
     - To tak prawdopodobne jak to, że przestaniesz być kretynem. Oboje więc możemy pomarzyć ― skwitowałem zupełnie swobodnym głosem i oderwałem wzrok od tych zapyziałych meneli, skupiając go równocześnie na czarnym, długim samochodzie, zwanym chyba limuzyną. Pojazd bez najcichszego pisku opon zatrzymał się przed restauracją, wówczas wysiadła z niego dziewczyna o długich, brązowych włosach, którą już przecież kojarzyłem. 
     - An, mówiłam ci, żebyś tego nie robiła... ― Zdegustowany głos drugiej panienki uderzył w tą pierwszą. ― Zapraszanie bezdomnych, też mi coś. Zbierz jeszcze całą ulicę i ich karm. 
     - Przeżyjesz to, Eliza. ― Angelica westchnęła cicho, chyba jeszcze nie dostrzegając ciemnego kąta budynku, przy jakim staliśmy spowici tym dziwnym, krępującym uczuciem, że nie powinno nas tu być. 
     Nasz pobyt w restauracji widziałem jak przez wyjątkowo gęstą mgłę. Albo jakąś zasłonę dymną, bo ona jest ciemniejsza niż kłęby aerozolu składający się z drobnych kropelek wody. Ujmując to w jeden wniosek, te spotkanie zwyczajnie nie mogło dobrze wypaść. Trzech, swoją drogą zaniedbanych bezdomnych, bo eleganckich ubrań nie mieliśmy, dobrego pochodzenia też nie, przy jednym stole z ludźmi lepszego pokroju. Prędzej zje mnie niezmierzona bojaźń niż ruszę cokolwiek z talerza. Nawet, gdyby było to jedzenie, które mogę jeść pierwszy i ostatni raz. 
     Dziewczyna w końcu nas zauważyła, odeszła od swojego samochodu i z dozą niepewności podeszła bliżej, nie hamując uśmiechu. 
     - Cieszę się, że was widzę. Gotowi, by wejść? ― Zlustrowała nas wzrokiem, ale nie był on w żaden sposób niemiły czy kpiący. Aczkolwiek niejednokrotnie pomyślałem, że zaproszenie nas do tego miejsca to był naprawdę żart rodem z reality show, a za moment zza krzaka wyleci kamerzysta.
     Kłamać czy kłamać? 
     Nie wydałem nawet żadnej odpowiedzi, zostawiając ją pochłoniętemu entuzjazmem Thorowi.  
     - Oczywiście, że tak! Nie jadłem od rana dla tego momentu.
     - To wcale nie dlatego, że nie miałeś co. ― Trevor go szturchnął. Jego twarz nadal była tak niezadowolona, co zawsze, i to nie wydawało się ulec zmianie. Zmarszczki układały się równie niemiło, co gdyby darzył otoczenie szczerą nienawiścią.   
     - Teraz będziecie mogli się najeść. Waszych imion nie znam. ― Zerknęła pytająco na mężczyzn. 
     - Thor i Trevor. ― Ten pierwszy zdradził swoje dane bez śladu zawahania. ― I ten tu to Theo.
     - Theo już znam. ― Rzuciła mi delikatny uśmiech, który szybko, acz nieznacznie odwzajemniłem. Chwilę później nieco powolnym, wręcz wycofanym krokiem, udałem się za całą trójką. Im bliżej wejścia się znajdowałem, tym większe wątpliwości we mnie rosły, dopóki nie osiągnęły takich rozmiarów, że miałem chęci po prostu wybiec. Cudem jednak tłumiłem w sobie to wszystko. 
     - Przepraszam, ci panowie nie mogą tu wejść. ― Niemal wstrzymałem oddech, gdy zatrzymał nas głos recepcjonisty, który zlustrował nas nie do końca uprzejmym wzrokiem. 
     - Dlaczego? ― Angelica zmarszczyła brwi w niezrozumieniu.
     - W obawie o zniszczenie opinii restauracji. Nie wpuszczamy bezdomnych czy alkoholików, proszę wybaczyć. Panowie nie pachną zbyt dobrze, ani nie są dobrą wizytówką. ― Formalny, zimny głos tego faceta spędził ze mnie wszelkie wątpliwości. Wręcz aprobowałem tę decyzję, byleby nie wejść do środka i nie narazić się na chamskie spojrzenie w miejscu, w którym ― nie czarujmy się ― nie powinno nas być. 
     - Nie do końca rozumiem. ― Piosenkarka nadal próbowała cokolwiek wywalczyć. ― Jeśli oni nie wchodzą, to ja też nie zamierzam. 
     Recepcjonista westchnął cicho i przez krótki moment zaciskał palce na nasadzie nosa w zamyśleniu. 
     - Nie możemy ich tu wpuścić. Proszę albo wyjść, albo wejść samemu. 

***

     Tymże uroczym akcentem znaleźliśmy się z powrotem pod nocnym, atramentowym niebem wyłożonym szatą gwiazd. I ten widok prawdopodobnie był dużo lepszy niż otaczająca wykwintna restauracja, ale przed dziewczyną raczej nie mógłbym tego przyznać.
     Thor i Trevor pod ciężarem niezadowolenia ulotnili się zapewne dla naszego dzisiejszego noclegu, a ja nieoczekiwanie zostałem z Angelicą i tą drugą, której nawet nie kojarzyłem. 
     - Przepraszam, że tak wyszło ― powiedziała smutno. ― Chciałam dobrze.
     - Nie da się ukryć. ― W małej konsternacji zacisnąłem usta w cienką kreseczkę. ― Jesteśmy za to wdzięczni... znaczy na pewno ja, chłopakami się nie przejmuj. Ale w sumie to było do przewidzenia. W każdym razie jeżeli jesteście głodne i dalej chcecie zjeść w tej restauracji, droga wolna. ― Mrugnąłem do dziewczyn. 

Angelica?

+10 PD

Od Althei C.D Felix

     Żar chłonął mnie od środka, co znalazło odzwierciedlenie na moich policzkach. Oczy nieustannie wpatrywały się w ręce Felixa, w których spoczywała przepiękna bransoletka. We mnie jednak oprócz zdziwienia i zachwytu wywołała wielką konsternację, jakiej nie umiałam z siebie wyrzucić. 
     Jeszcze te pytanie. 
     Przeszłość dała mi do zrozumienia, że zadziało się więcej, niż sobie to wyobrażałam. Może czas sunął do przodu zbyt szybko, może po prostu zgubiłam jego bieg. Gdzieś obok przebiegła mi świadomość o tym, co naprawdę staje między nami. Jakieś uczucie. O ile ono istniało czy tylko było wynikiem krótkich wyobrażeń. 
     - Felix, ja... ― Jego oczy przeszywały mnie z nutą strachu. ― J-ja naprawdę to doceniam. Nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak bardzo, ale... 
     - A-ale? ― szepnął cicho. 
     Moje serce.
     Moje serce właśnie runęło, rozbite na małe części niczym porcelanowa rzeźba.
     - Wiem, ż-że jesteś moim przyjacielem. Dobrym przyjacielem, ale ― jęknęłam z autentycznym, ciężko tłumionym cierpieniem ― ale nie jestem pewna. ― Moja ręka powędrowała na jego, po czym ujęła palce i zamknęła w jego dłoni bransoletkę.
     Felix szybko ukrył swój wzrok w podłodze, chyba dokładając wszelkich starań, by nie podnieść go na mnie. Smutek oraz wyrzuty sumienia wręcz kotłowały się w moim wnętrzu, zmuszając do odczucia tego okropnego poczucia niezmierzonej winy.
     Dlaczego musiałam mu odmówić?
     Jak mogłam wywołać tyle bólu i rezygnacji w tych ciepłych, niebieskozielonych oczach, które zawsze mnie pocieszały?
     Umowa z mafią, Tylerem Owenem, może brak czasu na związki i głębsze relacje między problemami zjadającymi moje życie prywatne. Tak wiele myśli buzowało mi w głowie. Tak wiele próbowałam odeprzeć, by chociaż móc wyobrazić sobie inny, lepszy scenariusz tego wieczoru, który mógł być taki cudowny.
     Zjebałam. Tak mocno zjebałam. 
     - Rozumiem. ― Cichutko westchnął.
     Kolejne silne ukłucie. Nadmiar najróżniejszych emocji chciał zebrać mi się w kącikach oczu, ale umiejętnie go powstrzymałam.
     - Felix...
     - Nie ― powiedział nieco bardziej stanowczo, aczkolwiek głos nadal miał przybity. ― Wszystko rozumiem. Spokojnie. Chyba po prostu już wyjdę ― burknął cicho oraz smętnym, leniwym ruchem dłoni zostawił bransoletkę na półce.
     Mój język kompletnie stracił umiejętność mówienia. Otwierałam usta, chcąc cokolwiek z nich wyrzucić, ale wydawałam bezgłośne dźwięki pozbawione sensu. W jednej chwili świętowaliśmy towarzysko Boże Narodzenie, śmiejąc się i rozmawiając, a w drugiej absolutnie wszystko runęło niczym słaby domek z kart. Powinno być zupełnie inaczej. Odwrotnie.
     To będzie w cholerę ciężki pobyt... 
     Za Felixem z pokoju wyszła cała moja radość, która rozpłynęła się zwyczajnie w ciężkiej atmosferze. Gorąco nie odpuszczało mi ani na chwilę, wprowadzając mnie w stan totalnego osłupienia jeszcze na dłuższy czas. Dałam sobie minutę, żeby odtworzyć w głowie głos Felixa. Przy dziesięciu sekundach już miałam ochotę zanieść się płaczem. Wystarczyło przypomnieć sobie moje słowa, a policzki miałam całkiem mokre i nie było nawet myśli, wyniosłaby mnie z rozpaczania nad własną głupotą. Tak, własną głupotą. 

***

     Kolejne dni spędzone już w Avenley River zdawały się ciągnąć w nieprzyjemną nieskończoność. Nieustannie atakowało mnie wrażenie, że powinnam zrobić coś innego. Że istniało coś, co mogło wypaść lepiej. Poczucie winy definiowało wszystkie minuty, godziny, i z ledwością udawało mi się je porzucić choć na mały okres czasu. Felix nie dawał znaku życia. Ten kontakt jakby zasypał ogromny puch śniegu, jaki jeszcze utrzymywał się za oknem. 
     Noce przestały przypominać ostatnie noce, które zwykle przegadywałam. Wieczory również wydawały się puste, wykluczając te spędzone z nieświadomą niczego siostrą. Ona potrafiła wyrzucić mi z głowy każdy problem, lecz ten wyjątkowo mocno zakorzenił mi się w głowie, wówczas wiedziałam, że im dłużej będzie to trwać, tym gorzej się poczuję. I odnotowując kolejną samotną noc, wybrałam w końcu numer do swojego przyjaciela. Ręce zadrżały mi niemiłosiernie. Przez myśl niejednokrotnie przeszła obawa, która próbowała namówić mnie do wciśnięcia czerwonego przycisku. Jednakże sygnał trwające całe trzydzieści sekund nie zaowocował żadnym ludzkim głosem. Pojawiła się tylko automatyczna sekretarka. 
     Chyba pierwszy raz stwierdziłam, że czas się na nią nagrać. Wzięłam głęboki oddech, ściszyłam głos do szeptu, byleby nie obudzić siostry, po czym z trudem przemówiłam.
     - F-Felix? ― spytałam cicho, jakby myśląc, że mogę uzyskać odpowiedź na te pytanie. ― Proszę, porozmawiajmy o... o tym, co się wydarzyło. N-nie chcę, żeby to tak wyglądało, proszę, n-nigdy nie chciałam, żebyś ode mnie odszedł... ― Mój głos bez trudu przesiąkły najgłębiej skrywane emocje. Ból, jaki wiązał się ze zranieniem swojego przyjaciela i te nieustające poczucie winy, które gnębiło mnie od tamtego pobytu. Jego rodzina była cudowna. Przyjęła mnie tak ciepło, że poczułam się niemal jak jej część. Ciekawe jak mnie teraz nienawidzą. 
     Po momencie ciszy po prostu się rozłączyłam.

Felix? [*]

Od Odette C.D Charles

     Wigilia minęła jeszcze przyjemniej, niż planowałam. Prezenty i duże zadowolenie mojej dzisiejszej rodzinki w pełni mnie uszczęśliwiło, odwracając uwagę od tego, że mama i tata byli w zupełnie innym miejscu. Tego wieczoru ani trochę mi to nie przeszkadzało. Może raz czy dwa mignęła mi myśl, że powinnam cudem przedostać się z jednego końca państwa do drugiego, lecz szybko doszło do mnie, iż było to niezależne. Zresztą w obecnym stanie wszystko bardzo szybko stawało się obojętne.
     Gorąco upojenia, jakie biło od mojego organizmu przez nieźle zamaskowany grzaniec, powoli wyparowywało w głębokim śnie. Dopiero z rana, leżąc na całkiem wygodnym łóżku, mogłam poczuć delikatny ból głowy. Dźwignęłam się na nogi i założyłam wczorajsze ubrania ― innego wyjścia nie miałam. Jako iż korytarze domu wypełniała jeszcze nienaruszona żadnym dźwiękiem cisza, postanowiłam jej nie przerywać. Zamiast tego wzięłam książkę, którą dostałam wczoraj i z ciekawości przeczytałam parę stron, już wiedząc, jakie fragmenty trafią do projektu. Po niespełna paru minutach przymierzałam się już do wyjścia, otworzyłam drzwi, by móc zobaczyć puściutki korytarz. Nie do końca pamiętałam, gdzie co się znajdowało, dlatego szczęśliwym trafem odnalazłam kuchnię. Nie wyciągałam jedzenia z wczoraj, wprawdzie posprzątałam wszystko z blatów i zaczęłam przyrządzać wszystkim śniadanie. Zapach jajecznicy z warzywami oraz tostami szybko zwabił do pomieszczenia pierwszą osobę, jaką był zaspany Charles. Przetarł oczy oraz rozejrzał się w konsternacji.
     - Dzień dobry ― wymamrotał. ― Robisz śniadanie? Nie musiałaś.
     - Doberek. Wiem, że nie musiałam, ale i tak nie wiem, jak mogę się odwdzięczyć wam za to wszystko. ― Odciągnęłam od niego swoje spojrzenie i wbiłam je z powrotem w zapełnioną patelnię. Zaczęłam mieszać jajecznicę z dokładnością. ― W szczególności tobie, bo pomogłeś mi najwięcej. Znalazłeś mi pracę, przystroiłeś pokój i jeszcze ta wigilia.
     Charles podrapał się po kręconych, lekko potarganych włosach, chyba nie wiedząc, co do końca odpowiedzieć.
     - Nie ma za co. ― Uśmiechnął się tylko. ― Ty też nam pomogłaś, więc jesteśmy po równo. ― W jego głosie wyczułam kapkę humoru i zaraz mrugnął do mnie, czemu towarzyszył mój cichy śmiech.
     - Nosisz naszyjnik ― stwierdził zadowolony, odrywając mnie jednocześnie od przekładania jedzenia na talerze. Właśnie sobie przypomniałam, że założyłam to cudo w przerwie między porannym czytaniem.
     - Ja mam nadzieję, że dzięki mojej bransoletce nie zabijesz się na najbliższym planie. ―
     - Jeśli zaklęłaś to jakimś czarem, to w połączeniu z moją szczęśliwą szarlotką będę nieśmiertelny. ― Zaśmiał się cicho i pomógł ustawić mi wszystkie trzy talerze na stole. Jedzenia roztaczające piękną woń po pomieszczeniu wymusiło na moim brzuchu dosyć głośne burczenie.
     - Lepiej ucisz burczenie, bo dziadek usłyszy i nie da ci spokoju ― szepnął żartobliwie Charles i usiadł przy stole w czasie, kiedy do kuchni wraz z Lokim wszedł dziadek.
     - Kto by pomyślał! ― Uśmiechnął się szeroko na śniadanie, które zobaczył, przy czym od razu wziął miskę szczeniaka i napełnił ją karmą. ― Nie spodziewałem się takiego śniadania, będzie pyszne. ― Przysiadł się do nas do stołu i przyjrzał się talerzowi.
     - Troszeczkę się porządziłam, ale... myślę, że jeszcze nie raz tu zawitam. ― Rzuciłam obojgu wesoły uśmiech.
     Dziadek tylko skosztował pierwszego kęsa i pokiwał głową z aprobatą.
     - Oby! Charles. ― Szturchnął swojego wnuka. ― Przydałaby nam się taka dziewczyna w domu. ― Mrugnął do mnie, jednak ja w dostatecznie dobrym momencie spuściłam wzrok w jedzenie i wręcz paliłam się z zażenowania.
     - Ugh...
     - Wieczny kawaler z ciebie. ― Staruszek westchnął niezadowolony, ale Charles wywrócił oczami.
     - Przestań już dziadku, dobrze? ― Uśmiechnął się krzywo. ― Jestem pewny, że Odette chce zjeść śniadanie w spokoju.
     - No tak, wybaczcie.
     Niedługo po całkiem niezobowiązujących rozmowach posprzątaliśmy po śniadaniu. Jednocześnie zaparzyłam kawę, by przy niej spokojnie spędzić resztę poranka, a do tego świeża prasa, co pozwoliło mi się poczuć niczym stara, samotna pani.
     Dobra, za dużo rozkmin.
     Przeglądając jedną z ostatnich stron natrafiłam na ciekawe ogłoszenie o kończących się w tym roku okazji na lot paralotnią. Promocyjna cena, taka, na którą jeszcze mogłabym sobie pozwolić. Aczkolwiek czytając ofertę, nie o sobie tu myślałam.
     - Charles? ― zagadnęłam.
     - Hm?
     - Miałeś kiedyś lot paralotnią? ― Rzuciłam mu ciekawskie spojrzenie, jednak chyba nie wiedział, jak do końca zareagować. Zmrużył tylko oczy i odczekał parę sekund, zanim odpowiedział niepewnym głosem.
     - Nie, tego jeszcze nie próbowałem, a co?
     - To nie na miejscu, by oferować ci to zaraz po bransoletce z tamtym napisem, ale skoro już to widzę... ― Przysunęłam mu gazetę pod nos. ― Co powiesz? ― Ofiarowałam mu ochoczy uśmieszek.
     Nie potrzebował zbyt dużo czasu, by przejrzeć wzrokiem ogłoszenie. Na jego twarz prędko wkradł się dokładnie taki sam uśmieszek, jak mój, i już wiedziałam, że pasowała mu ta propozycja.
     - Ale jesteś pewna, że chcesz próbować? ― Zerknął na mnie sceptycznie, na co ja posłałam mu wręcz wyzywające spojrzenie.
     - Kiedyś trzeba się targnąć na swoje życie.
     On natomiast parsknął głośniejszym śmiechem.
     Umrę. Umrę, umrę, umrę. 
     - Będzie super ― mruknęłam starając się zachować choć gram entuzjazmu, jednakże mój uśmiech mógł zdradzać wszystkie wątpliwości.
     - Mhm. ― Przekrzywił głowę uśmiechnięty, jakby właśnie próbował przejrzeć cały mój umysł w poszukiwaniu prawdy. Szybko sobie odpuścił i wstał z krzesła, nadal trzymając gazetę w dłoni. ― Ale czemu by nie. Bez ryzyka życie byłoby nudne, trzeba jakoś zacząć nadchodzący nowy rok ― skwitował zadowolony.
     - Oby nie dwa metry pod ziemią ― mruknęłam bardziej do siebie.
     - Co?
     - Co? ― Uśmiechnęłam się głupio.
     
***

     Tego samego dnia wieczorem już mogłam pochwalić się swoim potajemnym zakupem biletów. Serce wierciło mi się niespokojnie w piersi, umysł krzyczał, żeby nie godzić się na to szaleństwo, ale koniec końców mniejsze środki na koncie bankowym ugruntowały mnie w przekonaniu, że właśnie przezwyciężyłam własny strach. Zajrzałam do Charlesa, który właśnie przyprowadził Ignis z łąki i zamknął ją w boksie. 
     - Charles! ― Zaskoczyłam go swoim głosem, przez co natychmiast odwrócił się w moją stronę. 
     - Coś się stało? ― Zmarszczył brwi. 
     Na te słowa wyciągnęłam telefon oraz pokazałam mu potwierdzenie zakupu. Zmrużył oczy, patrzył chwilowo na wyświetlające się literki i podniósł brwi, lekko zdziwiony.
     - Zrobiłaś to?
     - Ja stawiam. Przynajmniej może takimi wrażeniami się odwdzięczę za to wszystko, w czym pomogłeś. ― Uśmiechnęłam się przyjaźnie i skinęłam głową. ― I żadnego „nie musiałaś”, nie chcę nawet tego słyszeć.
     Charles chwilę bił się z myślami, po czym poddał się i uśmiechnął.
     - Dzięki, to będzie super doświadczenie. ― Oddał mi telefon z tym samym wyrazem twarzy, co chyba dawało mi największą satysfakcję. ― Na kiedy to?
     - Za dwa dni. Zbieraj swoje siły. ― Poklepałam go po ramieniu z uśmiechem. 
     - Nadal nie mogę wyobrazić sobie ciebie na paralotni. ― Zmrużył oczy z podejrzeniem, mierząc mnie wzrokiem, na co z zupełną obojętnością wzruszyłam ramionami.
     - Ja siebie też nie, ale to nie problem ― mruknęłam, po czym omiotłam wzrokiem obszerny budynek. ― Pomóc ci tutaj w czymś?

Charles?

+10 PD