Nie chciało mi się tu siedzieć, ale odkąd Eva zachorowała (nawet, jeśli to nie było nic groźnego), na powrót zacząłem doceniać każdą pojedynczą chwilę, którą z nią spędzałem. W tym czasie nawet SMS o kradzieży mojego samochodu na niewiele by się zdał, bo spotkanie było dla mnie ważniejsze i to żadna nowość, nigdy nie byłem materialistą. A przynajmniej nie aż takim, jakim mógłbym być w aktualnych czasach. Bywali gorsi.
Eva namówiła mnie na jakiś sernik, który zaproponowała nam różowowłosa kelnerka. I niech szlag go trafi, ale dobrze, że jest bez rodzynek, bo inaczej bym go nie przełknął. Nie lubię ciast, a kobieta doskonale wie, jak owinąć mnie wokół palca. Takim sposobem moje kolejne pieniądze przepadają w eter, na coś, czego nawet nie lubię, ale czego nie robi się z miłości?
– Idę do łazienki – mówi w którymś momencie, biorąc swoją torbę pod pachę. – Szminka mi się rozmazała – odłożyła łyżkę na stolik, w której to minutę wcześniej się przeglądała. Przytaknąłem leniwym kiwnięciem głowy, nadal nie odwracając wzroku od scenerii za oknem. Było chłodno, ale klimat szalał, więc zamiast minus siedemnastu stopni było siedem, więc to i tak dużo, jak na połowę stycznia. Miałem na sobie czarną, puchową kurtkę, a siedząc przy grzejniku dopiero odczułem, jak bardzo gorąco było w pomieszczeniu. Zdjąłem ją, zawieszając na oparciu, kiedy do stolika podeszła ta sama kelnerka, co wcześniej. Zlustrowałem ją od stóp do głów, oceniając to i owo, ale nie dałem nic po sobie poznać, przecież nie byłbym sobą, gdybym to zrobił.
– Proszę bardzo, pańskie zamówienie – zaczęła, wykładając w między czasie jedzenie z tacy wprost na nasze talerze. Evy dalej nie było, więc różowowłosa chyba zmieszała się na chwilę, dziś był taki ruch, że musiało najpierw dojść do niej, czy wręczyła nam prawidłowe zamówienie. Po chwili odzyskała rezon, stawiając przede mną mój napój.
Gdyby nie Eva, która w tym samym momencie zjawiła się z powrotem, zajmując swoje miejsce, dziewczyna pewnie nie usłyszałaby nawet „dziękuję”, bo ostatnie, na co miałem ochotę, to bezcelowe, puste słowa. Po bezsennej nocy i poranku bez kawy nawet wypowiadanie prostych sformułowań graniczyło z cudem i było naprawdę wymagające, a przynajmniej dla mnie. Zaczęliśmy jeść w ciszy przerywanej jedynie stukotem widelców. Wokół nas panował gwar rozmów innych ludzi, który jednocześnie przyprawiał mnie o ból głowy, więc nie pogarszałem swojej sytuacji, rozmawiając. Eva na szczęście była zbyt zaaferowana pysznym, według niej jedzeniem, i zwierzętami, które coraz do niej przychodziły, aby zagaić jakikolwiek temat i, może to złe, ale bardzo się z tego powodu cieszyłem. Była w trakcie głaskania jakiegoś psa (nie wiem nawet którego z kolei, ale mniejsza), kiedy dwa stoliki od naszego rosły mężczyzna zaczął się awanturować o jakąś bzdurę. I o ile na początku myślałem, że sprawa rozejdzie się po kościach, tak z każdą chwilą wydawał się być coraz bardziej zaangażowany w walkę o swoje racje. Miałem ochotę po prostu nałożyć kaptur i nie zajmować swoich myśli tępymi ludźmi, których jedyną rozrywką jest odmierzanie centymetrów bitej śmietany na kawie, ale kiedy wstał i pochylił się nad bogu ducha winną dziewczyną, doszedłem do wniosku, że mogło chodzić o coś poważniejszego, niż nierównomierne rozmieszczenie pieprzonych składników. W momencie, kiedy zacząłem wstawać, zastanawiałem się dlaczego to robię i co mnie popchnęło, ale nie ma co walczyć z własnym charakterem. Może to tak, że brakuje mi rozrywki w życiu, więc w związku z tym wplątuję się w bez sensowną bójkę? Tak, chyba tak, bo kiedy podszedłem do mężczyzny, jego reakcja była jak: „spierdalaj, z tobą nie rozmawiam”. Westchnąłem ciężko, dwoma palcami chwytając się u nasady nosa.
– Niektórzy przyszli tu z myślą, że to spokojne miejsce – odezwałem się. – Więc nie chciałbym zmienić zdania o tej kawiarni, bo jakiś podrzędny koleś ma pragnienie wykłócać się z dwa razy mniejszą od niego kelnerką, która chuja wie o tym, co zrobiła źle.
Jego twarz zrobiła się nienaturalnie czerwona, kiedy skończyłem mówić, a w przypływie złości wyciągnął przed siebie ręce. Zderzyły się one z moimi ramionami, mężczyzna odepchnął mnie do tyłu, ale to na szczęście nie było nic, na co nie byłbym przygotowany i bardzo dobrze, bo gdyby coś mi się stało, to Eva prawdopodobnie dostałaby zawału na miejscu i wynieśliby ją stąd w worku, a tego byśmy nie chcieli. Wystarczy zaledwie mój jeden krok w tył, żebym odzyskał równowagę, kiedy widzę kątem oka zmierzającego w naszą stronę faceta. Poważnie wyglądającego, jakby był tutaj kimś ważnym. Nie da się ukryć, że z głupiej obiadokolacji zrobiło się niemałe widowisko. Jeszcze tylko brakowało, żebym dostał zakaz na zbliżanie się do tej kawiarni, tylko dlatego, że zachciało mi się stawać w czyjejś obronie. W obu przypadkach serce Eve pękłoby bezpowrotnie na dwie części.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amy&Jayden. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amy&Jayden. Pokaż wszystkie posty
22 sty 2020
19 sty 2020
Od Amy Do Jaydena
- Cezar, nie wolno! - krzyczę i podbiegam do kanapy znajdującej się praktycznie po drugiej stronie lokalu. Szczeniak zaczął bawić się ogonem jakiegoś wilczura. Skakał na niego i próbował chwycić w zęby. Stanęłam nad psami i zgarnęłam swojego pupila, łapiąc go za boki. Czym prędzej się oddaliłam, kątem oka zerkając na Bell pod moimi nogami i Ginger, która ponownie łasiła się do jakiś klientów.
Nim odstawiłam Cezara z powrotem na ziemię, pacnęłam go w głowę, mając nadzieję, że już nie pobiegnie do tamtego psa. Był całkiem niezły gabarytowo. Na szczęście szczeniak pobiegł w drugą stronę, do innego szczenięcia, z którym przyszła kolejna klientka.
Nim odstawiłam Cezara z powrotem na ziemię, pacnęłam go w głowę, mając nadzieję, że już nie pobiegnie do tamtego psa. Był całkiem niezły gabarytowo. Na szczęście szczeniak pobiegł w drugą stronę, do innego szczenięcia, z którym przyszła kolejna klientka.
13 sty 2020
Od Jaydena do Amy
Odkurzam biurko z pozostałości po białym proszku, uważając na zafoliowany, odpowiednio zważony i rozdzielony towar. Pięć niewielkich woreczków spokojnie zapewni mi pieniądze na utrzymanie się przez kolejny miesiąc, z czego niezmiernie się cieszę. Odkąd Eva zachorowała, a jej leki są drogie, z kasą bywa cienko - kryzys w kasynie dotyka każdego gracza, bo właściciel nie ma z czego organizować kolejnych rozgrywek, ja nie chcę przez kolejne dwa tygodnie ryzykować organizowaniem wyścigów głównie przez wzmożone, nocne patrole policyjne, a w warsztacie chwilowo nie ma żadnego samochodu, z którego przychód wystarczył by mi na wszystko. Wolę nie podbierać pieniędzy z tych odłożonych, przez co teraz każdy banknot się dla mnie liczy.
O piętnastej wychodzę z domu. Wsiadam do samochodu, temat chowam pod siedzenie i wyjeżdżam z garażu, po chwili włączając się do ruchu. Telefon zaczyna brzęczeć w kieszeni, więc przykładam go do ucha.
– Słucham? – mówię, skręcając jednocześnie w prawo.
– Jayden! Tak długo się nie odzywasz – słyszę zadowolony głosy Evy. – Co u ciebie?
– W porządku – odpowiadam. – Jadę po leki i przyjadę do ciebie. Może pójdziemy na herbatę?
Mój głos przybiera troskliwy ton, jak zawsze, gdy rozmawiam z moją matką adopcyjną. To pierwsza i pewnie ostatnia osoba w moim życiu, która okazała mi swoje wielkie serce. A że kawy nie może, to napijemy się herbaty. Tak zdrowiej.
– Dobrze wiesz, że sama mogłabym sobie je kupić.
– Wiem też, że nie miałabyś na to pieniędzy – mamrocze coś pod nosem na moje słowa, a ja w tym samym czasie zjeżdżam na podjazd, gdzie ma czekać mój potencjalny klient. Jeszcze go nie ma, więc mam chwilę na rozmowę.
– O której będziesz? – pyta mnie.
– Za godzinę. Możesz się już zbierać.
Po krótkim pożegnaniu odkładam telefon z powrotem do kieszeni czarnej, puchowej kurtki, wychodząc z samochodu. Gdy to robię, pod mój podjeżdża jeszcze inny - czerwony, z przyciemnianymi szybami. Nakładamy kaptury na głowy, kiwając sobie na przywitanie.
– Masz? – słyszę, na co przytakuję.
– Ja bym nie miał? Czy od dwóch lat ktoś inny, niż ja, miał to, co chciałeś? – mówię z nutą ironii. Jego gały są ogromne, jest na głodzie. Jest moim stałym przychodem, gdyż gości u mnie średnio raz na miesiąc. Towar u niego schodzi bardzo szybko.
– Ile masz? – pyta, a ja szybko zaglądam do samochodu, wyciągając przedmiot sprzedaży.
– Dwanaście gramów czystej. Wszystko tak, jak zawsze – wyciągam rękę po zwitek banknotów, który przyszykował sobie już dawno. I tak powinno być. Szybko, dyskretnie i skutecznie. Wręczam mu towar wtedy, kiedy on mi pieniądze. I jest po sprawie. Zawija się w mgnieniu oka, szybciej odjeżdża, niż przyjechał i tyle go widziałem.
Wracając z apteki wstępuję po Evę. Zatrzymuję się przed jej ładnym, schludnym domkiem z dwoma balkonami i kamiennym tarasem, a z wnętrza budynku, po jakichś pięciu minutach w końcu wychodzi i ona. To kobieta po pięćdziesiątce, chorująca na zaawansowaną astmę. Jej leki są dość drogie i to ja pokrywam ich koszty, więc muszę liczyć się z pieniędzmi. Eva uśmiecha się do mnie promiennie, ukazując swoje zmarszczki. Mimo to, dalej wygląda jakby była w kwiecie wieku.
– Proszę – podaję jej przezroczystą siateczkę z lekami, kiedy w końcu wchodzi do samochodu.
– Bardzo dziękuję, Jay – całuje mnie w policzek. – Ruszajmy. Postawię ci dzisiaj twoją ulubioną, mleczną kawę – parskam na jej słowa, wyjeżdżając na główną ulicę. Mieszka w centrum, więc dosłownie wszystko jest pod nosem. Równie dobrze moglibyśmy się po prostu przejść, ale samochodem jest zawsze wygodniej. I szybciej, choć nie mam innych planów na dzisiaj.
– Gdzie chcesz jechać? – pytam.
– Do kawiarni. To takie cudne miejsce – zachwyca się nagle, poprawiając szalik. – Można tam wprowadzać zwierzęta – mówi, a ja automatycznie przewracam oczami na jej słowa. Jeszcze tego mi brakowało.
– I może jeszcze powiesz, że tam śmierdzi? – dogryzam, na co uderza mnie płaską dłonią w rękę.
– To tam! – wskazuje na budynek, a ja zjeżdżam na odpowiedni zjazd. Kiedy znajduję wolne miejsce parkingowe, wychodzimy ze sportowego auta i kierujemy się do budynku. W środku jest miło i przyjemnie, tak na pierwszy rzut oka, ale nie jestem osobą, która zachwyca się pomieszczeniami. Dla mnie jest albo ładnie, albo brzydko, a tutaj akurat - ładnie. Nawet. Zajmujemy wolny stolik przy oknie, a Eva bierze do ręki granatowe menu.
O piętnastej wychodzę z domu. Wsiadam do samochodu, temat chowam pod siedzenie i wyjeżdżam z garażu, po chwili włączając się do ruchu. Telefon zaczyna brzęczeć w kieszeni, więc przykładam go do ucha.
– Słucham? – mówię, skręcając jednocześnie w prawo.
– Jayden! Tak długo się nie odzywasz – słyszę zadowolony głosy Evy. – Co u ciebie?
– W porządku – odpowiadam. – Jadę po leki i przyjadę do ciebie. Może pójdziemy na herbatę?
Mój głos przybiera troskliwy ton, jak zawsze, gdy rozmawiam z moją matką adopcyjną. To pierwsza i pewnie ostatnia osoba w moim życiu, która okazała mi swoje wielkie serce. A że kawy nie może, to napijemy się herbaty. Tak zdrowiej.
– Dobrze wiesz, że sama mogłabym sobie je kupić.
– Wiem też, że nie miałabyś na to pieniędzy – mamrocze coś pod nosem na moje słowa, a ja w tym samym czasie zjeżdżam na podjazd, gdzie ma czekać mój potencjalny klient. Jeszcze go nie ma, więc mam chwilę na rozmowę.
– O której będziesz? – pyta mnie.
– Za godzinę. Możesz się już zbierać.
Po krótkim pożegnaniu odkładam telefon z powrotem do kieszeni czarnej, puchowej kurtki, wychodząc z samochodu. Gdy to robię, pod mój podjeżdża jeszcze inny - czerwony, z przyciemnianymi szybami. Nakładamy kaptury na głowy, kiwając sobie na przywitanie.
– Masz? – słyszę, na co przytakuję.
– Ja bym nie miał? Czy od dwóch lat ktoś inny, niż ja, miał to, co chciałeś? – mówię z nutą ironii. Jego gały są ogromne, jest na głodzie. Jest moim stałym przychodem, gdyż gości u mnie średnio raz na miesiąc. Towar u niego schodzi bardzo szybko.
– Ile masz? – pyta, a ja szybko zaglądam do samochodu, wyciągając przedmiot sprzedaży.
– Dwanaście gramów czystej. Wszystko tak, jak zawsze – wyciągam rękę po zwitek banknotów, który przyszykował sobie już dawno. I tak powinno być. Szybko, dyskretnie i skutecznie. Wręczam mu towar wtedy, kiedy on mi pieniądze. I jest po sprawie. Zawija się w mgnieniu oka, szybciej odjeżdża, niż przyjechał i tyle go widziałem.
Wracając z apteki wstępuję po Evę. Zatrzymuję się przed jej ładnym, schludnym domkiem z dwoma balkonami i kamiennym tarasem, a z wnętrza budynku, po jakichś pięciu minutach w końcu wychodzi i ona. To kobieta po pięćdziesiątce, chorująca na zaawansowaną astmę. Jej leki są dość drogie i to ja pokrywam ich koszty, więc muszę liczyć się z pieniędzmi. Eva uśmiecha się do mnie promiennie, ukazując swoje zmarszczki. Mimo to, dalej wygląda jakby była w kwiecie wieku.
– Proszę – podaję jej przezroczystą siateczkę z lekami, kiedy w końcu wchodzi do samochodu.
– Bardzo dziękuję, Jay – całuje mnie w policzek. – Ruszajmy. Postawię ci dzisiaj twoją ulubioną, mleczną kawę – parskam na jej słowa, wyjeżdżając na główną ulicę. Mieszka w centrum, więc dosłownie wszystko jest pod nosem. Równie dobrze moglibyśmy się po prostu przejść, ale samochodem jest zawsze wygodniej. I szybciej, choć nie mam innych planów na dzisiaj.
– Gdzie chcesz jechać? – pytam.
– Do kawiarni. To takie cudne miejsce – zachwyca się nagle, poprawiając szalik. – Można tam wprowadzać zwierzęta – mówi, a ja automatycznie przewracam oczami na jej słowa. Jeszcze tego mi brakowało.
– I może jeszcze powiesz, że tam śmierdzi? – dogryzam, na co uderza mnie płaską dłonią w rękę.
– To tam! – wskazuje na budynek, a ja zjeżdżam na odpowiedni zjazd. Kiedy znajduję wolne miejsce parkingowe, wychodzimy ze sportowego auta i kierujemy się do budynku. W środku jest miło i przyjemnie, tak na pierwszy rzut oka, ale nie jestem osobą, która zachwyca się pomieszczeniami. Dla mnie jest albo ładnie, albo brzydko, a tutaj akurat - ładnie. Nawet. Zajmujemy wolny stolik przy oknie, a Eva bierze do ręki granatowe menu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)