1 sie 2018

Od Bellamiego CD. Althei

Nim zamknęli bar mnie nie było. Nie chciałem mieć problemu z ludźmi, którzy szukali by zaczepki. A ja dziś mimo wszystko nie chciałem więcej się bić. Westchnąłem więc i skierowałem się w stronę swojego motoru, po drodze jednak zauważyłem dziewczynę, która ledwo trzymała się na drżących zajebiście długich i pięknych nogach. No i zajebiście. Podszedłem do kobiety, która właśnie oparła się o budynek by lepiej się utrzymać.
- Pomóc ci? - spytałem, a ona zdezorientowana spojrzała się na mnie zbyt szybko odwracając głowę przez co upadła by jednak złapałem ją szybko.
- Dzienkuje - powiedziała niewyraźnie, a ja uświadomiłem sobie, że nie mam ochoty dziś nikogo pieprzyć, Nawet jej.
- Gdzie mieszkasz? - zapytałem, a ona podniosła dłoń z palcem, który pokazywał nasz kierunek. Westchnąłem i wziąłem ją na ręce. I tak nie miałem co robić, a z chęcią dam komuś pomoc. Oczywiście by ta oto długonoga dziewczynka miała u mnie nie mały dług.
~~~~**~~~~
Zapisałem dziewczynie mój numer telefonu i odprowadziłem ją pod drzwi jednak dalej nie wchodziłem. Wiedziałem, że skończy się to inaczej niż powinno gdy wejdzie. Dlatego wrócił do swojego motoru i wreszcie zaplanował jechać do domu. Wsiadł na maszynę i założył kask odpalając motor. Ruszyłem i wjechałem na pustą drogę. Spostrzegłem, że tuż obok przystanku idzie dziewczyna. Dopiero potem ogarnąłem, że jest to Althea. Zatrzymałem się tuż obok niej i zdjąłem kask by spostrzegła kim jestem.
- Ładnie to tak prowadzić po alkoholu? - spytała, a ja tylko uśmiechnąłem się na jej słowa.
- Nie masz samochodu? - zapytałem ignorując jej pytanie. Pokręciła głową zaprzeczając.
- Wsiadaj - powiedziałem i podjechałem do niej powoli. Dziewczyna spojrzała na mnie jakby właśnie zobaczyła Boga. Ja wiem, że jestem przystojny ale kurde...
- Nie wsiądę, jesteś pijany - rzekła dziewczyna i skrzyżowała dłonie pod piersiami. Ładnymi piersiami.
- Nie jestem pijany, muszę wypić więcej by się upić. Wsiadaj, więcej nie powtórzę - powiedziałem i dodałem gazu przez co rozbrzmiał typowy odgłos motoru. Dziewczyna westchnęła i podała mi swój adres.
- Okey, trzymaj i załóż - rzekłem i podałem jej kask, który od razu wsadziła na głowę.
- Jak się go zapina? - spytała po kilku sekundach, westchnąłem i odwróciłem się do niej przywierając w ten sposób dość niewygodną pozycje swojego ciała. Zapiąłem jej kask i znów siedziałem przodem.
- Trzymaj się kotku - powiedziałem i ruszyłem dając gazu, dziewczyna szybko złapała się mnie na co ja uśmiechnąłem się. Od bardzo dawna nie jeździłem w  kasku, ale przecież nic raczej się nie stanie. Zobaczymy tchórzu. Przełknąłem ślinę mając nadzieje, że groźby nie były prawdziwe. Są. Rozejrzałem się jadąc przez ulice. Jakaś kobieta szła z psem i dzieckiem tuż obok. Szczekanie psa dotarło do moich uszu mimo dźwięku, który wydobywał się z motoru. Nagle tuż przede nami pojawiło się dziecko, te same co stało obok kobiety. Kurwa. Skręciłem wprost na samochód, który jechał znad przeciwka. Dźwięk klaksonu dobiegł w moje uczy. Mówiliśmy byś go zabił. Nie posłuchałeś. Dlatego to ty dziś zginiesz. ~~~~**~~~~
- Mi... alkohol... krwi... spowodował... wypad... dziewczyn...słabe obrażen... - słyszałem część słów lub pojedyncze słowa, czułem się jakbym był w odległym świecie.
- Chłopak zostani... trzy dni - usłyszałem, powoli coraz więcej dźwięków dochodziło do mojego mózgu, który próbował je analizować. Chciałem unieść te tak cholernie ciężkie powieki. Miałeś zginąć. Nie poddamy się. Umrzesz. Nie. Nie chce umierać. Trudno. Uniosłem powieki, nawet światło, które dawało lekkie światło przeszkadzało mi, moje źrenice od razu się zmniejszyły. Lekarz od razu podszedł do mnie.
- Jak się pan czuje? Jaki dziś dzień? - zapytał od razu.
- Boli mnie tył głowy. Czwartek - powiedziałem jedynie, a on skinął głową.
- Miał Pan wypadek, wypiłeś za dużo, straciłeś kontrole nad motorem i wpadłeś na samochód - rzekł, a ja pokręciłem głową zaprzeczając.
- Tam było dziecko, chłopiec - szepnąłem i patrzyłem się w jeden punkt jakbym sam nie wierzył co mówię.
- Na pewno? - spytał lekarz, a ja spojrzałem na niego zły.
- Czemu macie mi nie wierzyć? Widziałem go miał czarne włosy, był ubrany w niebieską bluzkę - powiedziałem i chciałem się podnieść jednak on zatrzymał mnie.
- Miałeś wstrząs mózgu, zresztą Pani, która zadzwoniła po karetkę nie widziała nikogo innego prócz kierowcy - powiedział, a ja patrzyłem na niego z niedowierzaniem. Jak to. Nie było tam dziecka?
- Co jest z Altheą? - zapytałem.
- Tą dziewczyną co była z tobą? - spytał, a ja skinąłem głową - nie ma dużych obrażeń, ale zostanie jeszcze jakieś dwa dni na kontrole.
Zabijemy cię.

Althea?

Od Althei C.D Billy Joe

    Uratowałaś mi życie. Powtórzyłam sobie w myślach, nieco rozbawiona. Nie mogłam wykluczyć, że Billy okazał się całkiem miłym gościem, bez żadnego sfiksowanego umysłu gwiazdora. Rozmawiało mi się z nim zupełnie swobodnie i jeszcze całą drogę do domu myślałam o wszystkim, o czym dyskutowaliśmy. Dowiedziałam się trochę o nim, o tym, że mieszkał w małym domku na wsi, nie miał łatwo i to mi wystarczyło, by kompletnie zrozumieć sytuację. Sama przez znaczne zdystansowanie nie powiedziałam mu zbyt wiele o sobie, ale taka już ze mnie owiana tajemnicą osobniczka, która nie lubi zdradzać się nazbyt szybko. Tego dnia już nie kręciłam się dłużej po mieście, założyłam bluzę od Billy’ego i choć była stanowczo za duża, idealnie blokowała chłodny podmuch wiatru.
    Następnego dnia nie było wcale cieplej. Wiatr co jakiś czas wzmagał się tak, jakby miał lada chwila zrywać głowy przechodniów i liczyć je jako trofea. Nadal jednak górowało blade słońce, skryte za zachmurzeniem, więc o poranku do pracy wybrałam się w bluzie, którą dostałam poprzedniego wieczoru. Wypełniała mnie zupełną obojętność wobec tego, jak się w niej prezentowałam - była ciepła i wygodna, a więc reszta faktów osuwała się w nic nieznaczącą przepaść. Nie był to żaden charakterystyczny ubiór, a przynajmniej rzut oka nie wystarczył, bym mogła wyłapać coś niepokojącego albo przywodzącego na myśl piosenkarza. Przez całą drogę do baru wdychałam zapach materiału, który wręcz drażnił moje nozdrza, i stwierdziłam, że był naprawdę ładny. Męski, ale ładny.
    Ludzie dookoła byli ciągle czymś zafascynowani. Szeptali między sobą, wymieniali ostre, może nawet podekscytowane zdania, a w rękach co drugiej osoby przewijał się najświeższy numer gazety. Sama nigdy nie interesowałam się prasą, uważałam to za stratę czasu, zwłaszcza że wszystko elegancko znajdowało się w internecie. Zatem nie minęła chwila, a przeszłam próg baru, gdzie wcale nie było ciszej. Głosy zlane w jeden wielki hałas unosiły się aż do sufitu, raniły mój biedny układ nerwowy i przygotowywałam się powoli na to, że spędzę w ich towarzystwie całą swoją zmianę. Powitałam się krótko z rozkojarzonymi pracownikami oraz weszłam za ladę, gdzie odwiedziło mnie na wstępie paru zniecierpliwionych klientów.
    - Czy obsłuży nas ktoś wreszcie? – rzekł chłodnym głosem, a cały wyraz poirytowania podkreślały ściągnięte brwi.
    - W czym mogę pomóc? – Pamiętaj, Al, płacą ci za grzeczność. 
    - Zwykłe martini dwa razy. I proszę, pracownicy tego lokalu powinni w końcu zainteresować się robotą. – Mężczyzna powędrował niezbyt przychylnym wzrokiem na Nancy i Leslie plotkujących zaraz przy zapleczu. Po zdenerwowaniu klientów mogłam ocenić, że stoją tam naprawdę długo i zaniedbują interes.
    - Ma pan rację. – Nie ukrywałam przepływu zaciekawienia. Odkąd przestałam rozmawiać z Nancy, znalazła inną ofiarę swojej wylewności i nie umiałam powstrzymać wrażenia, że mnie obgaduje.
    Przygotowałam naprędce dwa martini, podałam klientowi oraz korzystając z chwili spokoju, wyszłam zza lady, idąc prosto na zaplecze. Dwie dziewczyny niemal natychmiast zwróciły na mnie wzrok; ekscytacja w ich tęczówkach zmieniła się w dziwny błysk.
    - Hej, co wy robicie? Tracimy klientów. – Westchnęłam, starając się o to, by mój głos nie brzmiał zbyt poważnie i oskarżycielsko, bo obie zjadłyby mnie na miejscu.
    - Rozmawiamy. Tylko chwilę. – Lada moment dostrzegłam gazetę w rękach jednej z dziewczyn, Nancy. Zupełnie nie rozumiałam, co jest w niej ciekawego i wzrosło wówczas moje przekonanie, że na świecie dzieje się coś szaleńczo ważnego, co mi zwyczajnie umyka.
    - Co tam macie? – Wydusiłam w końcu z siebie, jednak zaraz spotkałam się z rosnącą ekscytacją w oczach Leslie. Wręcz jeździła po mnie wzrokiem.
    - O Boże, Al! Ty masz bluzę! – Jej głos brzmiał tak, jakby w gardle miała tonę gruzu, który ją blokuje. Bezustannie rosło we mnie zaniepokojenie.
    - No… mam bluzę. – Powtórzyłam po niej bez większego wyrazu.
    - Masz bluzę Billy'ego Joe! Patrz Nancy, to jego rozmiar! I nosił ją wczoraj! – Krzyknęła tak, że było słychać ją na pół lokalu. Za cholerę nie chciałam wiedzieć, jak doszły do tego, że to jego bluza i skąd wiedziały, że wczoraj w niej chodził, ale stalking nigdy nie był moją najmocniejszą stroną. Czego nie można było powiedzieć o tych dwóch.
    - Jezu, oddaj mi ją! Jak on ci ją dał? – Wypaliła z niezdrową ekscytacją, a w jej oczach stanęły iskierki. Odsunęłam się o krok, zaniepokojona reakcją, lecz Nancy zaraz podeszła bliżej, złapała mnie za rękaw i powąchała. Nie miałam pytań.
    - Dobrze się dzisiaj czujesz? – Wydałam z siebie rozdrażnione prychnięcie i wyrwałam swoją rękę. Fanki są naprawdę mocno chore, szczególnie jeśli w grę wchodzi pamiątka od sławnej osoby
    - Ale… Nancy, myślisz o tym samym co ja? – Leslie ściągnęła nisko brwi i spojrzała uważnym wzrokiem na pierwszą stronę gazety. - To Al jest dziewczyną?
    - Jaką znowu dziewczyną? – Czułam się zupełnie zagubiona we własnych myślach. Jeszcze bardziej byłam przekonana, że dzieje się wokół mnie coś, o czym nawet nie miałam pojęcia.
    - Ale ja chciałam tę bluzę… – Głos Nancy wyrażał zazdrość i wręcz czystą nienawiść. Koniec tego. Szarpnęłam za gazetę, wyrywając ją z uścisku dziewczyny.
    Moim oczom ukazał się nagłówek, przez który złapałam się za głowę i wybałuszyłam oczy w niemałym zdziwieniu. BILLY JOE MOLIERE – CZY SPOTYKA SIĘ ZE ZWYKŁĄ DZIEWCZYNĄ? A pod napisem moje wczorajsze zdjęcie z Billy’m. Nie miało żadnego znaczenia, że staliśmy bokiem. Dla paparazzi liczyła się sensacja i ją dostali. Rozpoznałam otoczenie na zdjęciu, moment uchwycenia. Wszystko. Cholera, niedobrze. Czułam, że to się mogło stać, ale jakaś część mnie zupełnie nie chciała się przejmować. Do teraz.
    Nim się zorientowałam, wzięłam ze sobą gazetę, torbę i opuściłam bar, bez względu na to, że trwała moja zmiana. W głowie miałam kompletny chaos. Miałam nadzieję porozumieć się z Billy’m jak z kolejną, zwykłą osobą przez telefon, ale istniał jeden problem. Nie miałam go w kontaktach. Pamiętając o tym, że chciał ostatnio napisać piosenkę, szybko skojarzyłam to z miejscem, do którego go przyprowadziłam. Samotność, lekki powiew wiatru i ten błogi spokój – nie widziałam lepszych warunków pozwalających na wyzwolenie kreatywności. Zatem żywiąc nadzieję, że to tam go spotkam, udałam się w kilkuminutową podróż. Pokonałam schody w rekordowym tempie, co było wynikiem emocji, jakie mną targały. Zdenerwowanie, niepokój, złość. Istna mieszanka tego. Zauważyłam otwarty właz na dach i szybko się tam wdrapałam.
    - Billy? – Krzyknęłam, dostrzegając chłopaka siedzącego na krawędzi. Głowę miał spuszczoną, dokładnie jakby coś pisał, w coś się patrzył.
    Mężczyzna momentalnie wzdrygnął się w miejscu i spojrzał przez ramię.
    - Althea? Skąd wiedziałaś, że tu będę? – Zmarszczył brwi, wstając tak ostrożnie, by nie zachwiać się nad krawędzią. Chroniła go jednak barierka.
    Zacisnęłam gazetę w dłoni jeszcze mocniej, a z mojego gardła wybiegło nagłe westchnienie.
    - Wcale nie uratowałam ci życia. – Spojrzałam przelotnie na notes, który miał w dłoni. Na pewno coś pisał, ale w tej chwili porzuciłam tę myśl daleko stąd, przypominając sobie o tym, że zaczną mi się mnożyć kolejne problemy. – Pogorszyłam sytuację. Zresztą sam zobacz.
    Kończąc mówić, pokazałam mu nagłówek gazety. Czułam się cholernie zagubiona.

[Billy Joe?]

+20PD


Od Katfrin CD. Lucii

Jako iż zajęcia były na mojej głowie wiedziałam, że to ja muszę je prowadzić, a nie osoby, które przyszły ze mną. Kurde.. w co ja się wrobiłam. Ale... przynajmniej mogę na spokojnie sobie zarobić pracując z młodzieżą, którą wręcz uwielbiam. Czysta przyjemność. Kiedy całe przedstawienie po niecałych dwóch godzinach skończyło się ja już chciałam usiąść jednak przypomniałam sobie o pewnej dziewczynie, która właśnie szła obok mnie.
- Podejdź do mnie na chwilę - powiedziałam w jej kierunku. Dziewczyna wskazała na siebie palcem jakby zdezorientowana całą sytuacją panującą wokół nas.
- Tak ty - dodałam, a ona podeszła do mnie zestresowana.
- Coś się stało? - zapytała, a ja zdałam sobie sprawę, że wszyscy uczniowie już poszli. Usiadłam i wskazałam jej miejsce na krześle obok mnie. Zajęła więc miejsce.
- Nie jestem zła, że spałaś, po prostu następnym razem spróbuj się wyspać albo zacznij pić kawę - powiedziałam tylko, a ona skinęła.
- Czy to wszystko? - zapytała.
- Tak, możesz już iść - rzekłam i wstałam z krzesła ruszając w kierunku swoich znajomych z pracy.
- Do widzenia - usłyszałam od dziewczyny.
- Tak, tak, żegnamy - powiedziałam jednak dziewczyna już nie usłyszała moich słów ponieważ wyszła z sali.
- Jedziemy coś zjeść? - spytała Jena, a wszyscy zgodziliśmy się z nią.
~~~~**~~~~
Kiedy wracałam do domu była już ciemna noc, musiałam dostać się do samochodu, który był oddalony o prawie kilometr drogi. Wyjęłam więc słuchawki z torby. Rozplącze je i pewnie dopiero wtedy dojdę do auta. Tak jest zawsze. Idąc pustą drogą usłyszałam jak coś się przewraca. Nie zważałam jednak na to idąc dalej. Był to błąd. Zobaczyłam jakąś dziewczynę, która kryła się za przewróconym koszem. To ona dziś zasnęła na pokazie. Kiedy na mnie spojrzała widziałam w jej oczach strach. Zmarszczyłam czoło i usłyszałam głosy dochodzące zza budynku, przy którym stałyśmy. Dziewczyna wstała i ruszyła w moją stronę.
- Tam pobiegła - brzmiał jeden z głosów.
- Musiała coś widzieć - mówił drugi, spojrzałam szybko na dziewczynę, która stała za mną, patrzyła na mnie błagalnie. Nie wiedziałam co się dzieje jednak domyśliłam się, że relacja pomiędzy nią, a tamtymi nie jest zbyt dobra. Chwyciłam jej dłoń i przebiegłam z nią na drugą stronę gdzie znajdował się park. Musimy tylko dostać się do samochodu.
- Jest jeszcze jedna - usłyszałam i odwróciłam się, zauważyli nas i właśnie biegli w naszą stronę. Kurwa.
- Czemu cię gonią? - zapytałam i pociągnęłam ją bardziej dając jej znak, że musimy biec szybciej i żeby przyspieszyła co po chwili już uczyniła.
- Ja wi-idz... - chciała powiedzieć jednak przerwałam jej w połowie widząc, że dziewczyna nie jest gotowa powiedzieć.
- Nie ważne, innym razem powiesz, nie teraz - rzekłam, a ona skinęła tylko głową. Odwróciłam się i spostrzegłam, że dwójka jest tuż za nami. Jeden z nich był dość wysoki i masywny więc nie wiem czy byłabym w stanie sobie z nim poradzić, drugi jednak był tylko trochę wyższy ode mnie jednak był dość dobrze umięśniony. Widziałam ich złość wypisaną na twarzy. Zwróciłam głowę do przodu i już zobaczyłam mój samochód. Spróbowałam wyjąć kluczyki z kieszeni spodni. Mimo chwilowego oporu i utrudnień jakim był bieg udało mi się to zrobić po niedługim czasie.
- Weź je, odpal samochód i czekaj na mnie. Jeśli coś się stanie zadzwoń na policje - powiedziałam i podałam jej kluczyki, dziewczyna wzięła je szybko, a ja zatrzymałam się. Nie miałam niczego co mogłoby nas obronić jednak wiedziałam, że nie zdążymy wsiąść do samochodu i odpalić go nim oni do nas dobiegną. Muszę zyskać kilka minut. Choćby dwie jebane minuty, sto dwadzieścia sekund. Tylko o tyle proszę. Czy to tak wiele? Najwyraźniej tak bo gdy zobaczyli, że się zatrzymałam niższy wyjął nóż, który błysną mi w oczy z powodu zapalonej latarni. O chuj. No to zabawę czas zacząć. Zatrzymali się tuż przy mnie z lekkim uśmiechem.
- Mogłaś biec, miałabyś większe szanse skarbeńku - powiedział ten wyższy szczerząc się. Jego oczy błyszczały. Brali coś. Byłyśmy w coraz gorszej sytuacji. Mogli zrobić wszystko pod wpływem narkotyków. Dosłownie wszystko. Spojrzałam na nich i zrobiłam krok w tył. Spojrzeli na siebie i skinęli sobie głową na co ja przybliżyłam się do mniejszego, który trzymał wyciągnięta dłoń z nożem i kopnęłam w nią.
- Kurwa - powiedział, a ostrze wyleciało mu z ręki, chciał się schylić i je podnieść, a wtedy ja uderzyłam go z kolana w nos. Chłopak upadł i złapał się za niego, powoli strużka krwi leciała po jego wargach. Nagle drugi podciął mi nogi przez co wylądowałam na ziemi. Zły ruch, chwyciłam za nóż, który wbiłam mu w stopę, jednak chłopak wcześniej kopnął mnie jeszcze drugą nogą w brzuch.
- Ty dziwko, jebana dziwko - zaczął się drzeć, wstałam z bólem i zaczęłam biec w stronę samochodu, który był już odpalony. Wsiadłam do niego i od razu ruszyłam gdy zobaczyłam, że niższy zaraz będzie tuż obok nas. Ruszyłam z piskiem opon i dopiero po kilku sekundach zapaliłam światła z powodu iż wtedy tamci mieliby mniejsze szanse na zapamiętanie mojej rejestracji samochodu.
- Obyś miała poważny powód, inaczej będę miała przesrane - powiedziałam do dziewczyny nawet nie patrząc na nią.
- Podaj mi wodę, jest na tylnym siedzeniu - rzekłam, a dziewczyna odwróciła się z drżącymi dłońmi. Podała mi odkręconą butelkę, a ja chwyciłam ją i upiłam z niej trochę cieczy. Podałam ją następnie dziewczynie.
- Słuchaj powiedz mi jak się nazywasz... - rzekłam i spojrzałam na nią na chwilę, jednak wróciłam szybko wzrokiem na drogę.
- Lucia - odpowiedziała tylko, a ja skinęłam głową. Okey... czyli teraz odpalamy umiejętności psychologiczne. Kat dasz radę, przecież ona tylko niedawno zobaczyła jak się z kimś bijesz. Na pewno będzie w stanie ci zaufać.
- Ja jestem Katfrin, posłuchaj mnie musisz mi dokładnie powiedzieć co się wydarzyło, tam gdzie mnie nie było. Ze szczegółami. Co tam robiłaś, czemu cię gonili i co od ciebie chcieli - powiedziałam i trochę przyspieszyłam.
- Oni go zabić - powiedziała jedynie patrząc pustym wzrokiem w drogę.
- Kogo? - zapytałam, a ona wzruszyła ramionami. Westchnęłam, musiałam ją odwieźć do domu, może rodzice ją uspokoją.
- Poda mi adres swojego mieszkania, muszę porozmawiać z twoimi rodzicami i odwieźć cię do domu - powiedziałam jedynie. Lucia skinęła mi głową jednak dopiero po chwili powiedziała mi adres. Była nieobecna.
- Widziałaś jak próbują go zabić i zauważyli cię? - zapytałam, a ona skinęła głową. Westchnęłam i wyjęłam telefon z kieszeni. Wybrałam szybko numer dalej obserwując drogę. Po dwóch sygnałach usłyszałam głos.
- Dobry wieczór w czym mogę pomóc?
- Chciałam zgłosić morderstwo - powiedziałam szybko.

Lucia? xD

+20PD

Od Billy'ego Joe cd Idy

      Spojrzałem na dziewczynę, wydawało mi się, że zaczęła się denerwować. Nie chciałem aby się stresowała, więc szybko uśmiechnąłem się do szefa.
      - Wiesz co, ja z chęcią, ale jeśli nie przeszkadza to Idze, ja będę grał, a ona zaśpiewa - Spojrzałem na dziewczynę - Co ty na to? Dołączałbym się w refrenie.
      Dziewczyna skinęła głową, po czym podała mi gitarę. Po chwili, oboje siedzieliśmy na stołkach na "scenie". Patrzyłem na Idę z delikatnym uśmiechem, chcąc dodać jej odwagi. Po chwili, zacząłem grać piosenkę którą wcześniej ustaliliśmy. Ida zamknęła oczy, i zaczęła śpiewać. Jej głos był niesamowity, a uśmiech nie schodził mi z twarzy. Kiedy naszedł czas na refren, dołączyłem się do niej. Śpiewaliśmy tak, jakbyśmy robili to od zawsze. Kiedy występ się skończył, skinąłem głową w stronę tłumu. Kiedy Ida się odwróciła, zobaczyła, że cały bar klaszcze na stojąco. Zostawiłem gitarę, po czym po cichu wymknąłem się tylnym wyjściem.
~*~*~
      Od tamtego dnia, minęło kilka dni. W tym czasie, zabrałem się do nagrywania kolejnego albumu z zespołem, oraz udzielałem wywiadów zarówno do telewizji jak i gazet. Z dnia na dzień, miałem coraz więcej roboty. Jednak, znalazłem czas aby pójść do siłowni, czy wypić piwo w barze z znajomymi. Jednak, sprawa mojej rodziny dalej nie dawała mi spokoju. Tego dnia, siedziałem na ławce w parku, próbując dopracować nową piosenkę, nad którą siedziałem już dobry miesiąc.. Ciągle coś mi w niej nie pasowało. 
Wait a second, let me catch my breath
Remind me how it feels to hear your voice
Your lips are movin', I can't hear a thing
Livin' life as if we had a choice

Anywhere, anytime
I would do anything for you
Anything for you
Yesterday got away
Melodies stuck inside your head
A song in every breath

Sing me to sleep now
Sing me to sleep
Won't you sing me to sleep now?
Sing me to sleep
{Alan Walker Sing Me to Sleep}

      Kiedy skończyłem śpiewać, zobaczyłem wokół siebie całkiem spory tłum a na jego przedzie, Idę, dziewczyną z baru. To dziwne, wszystkich poznają w barze. Uśmiechnąłem się do dziewczyny, po czym trzymając gitarę w jednej ręce podszedłem do niej. Miny ludzi były niesamowite, miałem wrażenie, że moje fanki są gotowe rozszarpać ją na kawałki. Rozejrzałem się po czym spojrzałem na Idę.
       - Jeśli chcesz mieć jeszcze życie, chodź za mną - Uśmiechnąłem się, a dziewczyna patrzyła na mnie nieco zaskoczona. Ruszyłem powoli w stronę jednej z uliczek, po chwili usłyszałem kroki.


Od Aarona CD J.C.

Młoda kobieta zamknęła za sobą drzwi od gabinetu.
Chwiejnym krokiem ruszyłem w kierunku biurka i opadłem na fotel, tracąc siłę w nogach. Zrobiło mi się ciemno przed oczyma.
 Arthur!  wrzasnąłem tak, że zapiekło mnie gardło.
Wnet stanął przy mnie asystent i położył obok stertę papierów do wypełnienia.
 Coś się stało?
 Nic, a nic! Po prostu mam ochotę się powydzierać na moich pracowników.  wybuchnąłem, nie mogłem się opanować. 
 Ron...  oparł dłoń na moim ramieniu, jednak szybko się odsunąłem.
 Posłuchaj. Ta kobieta to detektyw. Wiesz o co podejrzewa Brown Inc.? 
— O co..? - zapytał drżącym głosem.
 O nielegalne dochody i wyzyskiwanie imigrantów.
Mężczyzna otworzył szeroko oczy.
 Co to oznacza?
 Przesłuchania i dociekanie, a potem skończę w ciupie razem z tym oszustem!  wrzasnąłem i zamilkłem na chwilę.  To dlatego Mira Transport przechodziło taki rozkwit, a ja głupi skusiłem się na kontrakt z nimi. Wpadłem w doskonale zastawioną pułapkę.  schowałem głowę w dłoniach.  Nie uwierzą mi, że jestem niewinny, zwłaszcza po tym, jak ten dupek mnie wrobił. Dzielenie się nielegalnymi zyskami? Wymyślił... Prędzej będę aresztowany za zabicie tego palanta, niż "nielegalne" dochody.
 Trzeba znaleźć jakieś dowody, Ron.
 Nie mam żadnych cholernych dowodów na swoją obronę! Nasza firma jest czysta jak łza, wszyscy pracownicy są ubezpieczeni i zatrudnieni zgodnie z prawem, ale co z tego, skoro miałem kontrakt z krętaczem, nawet o tym nie wiedząc!  moja twarz przybrała buraczany kolor ze złości  Gdybym wiedział, że zawieram pakt z diabłem... Do cholery!  wziąłem zamach i z całej siły uderzyłem pięścią w biurko, wywołując przerażenie u Arthura.
 Na pewno znajdziemy coś na naszą obronę. Samo to, że nasza firma posiada tylko i wyłącznie  legalnych pracowników jest już dużym plusem na start.
 Oby to było takie łatwe, jak myślisz.
Wstałem i bez słów udałem się na najwyższe piętro wieżowca. Tam, gdzie pracował mój ojciec. Wparowałem do jego gabinetu, głośno trzaskając drzwiami, aż podskoczył w swoim fotelu.
Chciałem zadać mu to jedno pytanie, aby się upewnić.
 Czy kiedykolwiek nielegalnie zatrudniałeś w naszej firmie imigrantów?
 Nie, nigdy mi się to nie zdarzyło i mówię ci co z ręką na sercu.
 Ufam ci.
 Dziękuję. A teraz powiedz mi, co cię tu sprowadza.
 Mamy sprawę o nielegalne zyski z Mira Transport.
Wytrzeszczył oczy i położył dłonie na głowie, jednak po chwili się uspokoił.
 Nie mamy nic do ukrycia.  odparł i zaczął szukać papierów, które mogłyby się nam przydać.
 Idę do domu. Nie mam siły tu dłużej siedzieć.  wymamrotałem, zabrałem swoją czarną teczkę i pojechałem do apartamentu. 
Bolała mnie głowa, ręce drżały, a gardło paliło się przez mój głośny krzyk.
Sięgnąłem po wino z szafki i wypiłem kieliszek dla rozluźnienia. Potem drugi. Trzeci.
O cholera, pusta butelka.
Niespodziewanie zadzwonił do mnie Arthur.
 Stary, będzie dobrze! Mam coś!
 Cooo?  odpowiedziałem przeciągle.
 Nie mów mi, że...
Odpowiedziałem mu cichym chichotem i rozłączyłem telefon.
Po piętnastu minutach usłyszałem dzwonek do drzwi. Tak, to znowu Arthur.
 Cholera, Aaron!  wydarł mi butelkę z ręki i usadowił na kanapie.
Wiedział, że kiedy firma ma problemy, sięgam po alkohol.
 Wątpię, żebyś w tym stanie cokolwiek zrozumiał, więc..  patrzył jak zasypiam na sofie i wyszedł.
□■□■□■
Obudziłem się o szóstej rano i zastałem obok karteczkę z napisem "Zajrzyj do tych dokumentów".
Najpierw musiałem zrobić coś z wykańczającym bólem głowy, dopiero później mogłem racjonalnie myśleć. Wziąłem kilka tabletek i przepiłem je wodą.
 Co my tu mamy...  otworzyłem teczkę i spojrzałem na przyniesione papiery. Zauważyłem wycinki z gazety o dawnych przekrętach prezesa Mira transport. Miał już kilka podobnych zarzutów na karku. Nasza firma nigdy nie miała problemów z prawem. Uniosłem wzrok na drugi dokument. Zdjęcia pracowników.  Cholera, sporo tych imigrantów.
Reszty papierów nie miałem ochoty przeglądać. Schowałem wszystko z powrotem do teczki i zamknąłem ją w sejfie, po czym zacząłem zbierać się do pracy.
□■□■□■
Przemierzałem biuro ze swym pewnym siebie uśmieszkiem. Żaden z pracowników nie może zauważyć, że coś jest nie tak.
Usiadłem na fotelu i analizowałem kolejne świstki. W końcu wybiła godzina dwudziesta. Zostałem na nadgodzinach, gdyż musiałem nadrobić to, czego nie zrobiłem wczoraj. Niespodziewanie usłyszałem czyjąś rozmowę. Przecież większość pracowników jest o tej porze w domu...
Wyszedłem na korytarz i stanąłem przy źródle dźwięku. Zaraz, to przecież gabinet Phila!
Prowadził jakąś ożywioną kłótnię telefoniczną i z tego co słyszałem, mówił coś o... Nielegalnych imigrantach?
Nie byłem w stanie usłyszeć nic więcej. Gdy kumpel się rozłączył, ukryłem się szybko w swoim gabinecie i nasłuchiwałem jego cichych kroków w kierunku windy. Wyszedł.
□■□■□■
 Pragnąłem przeszukać jego gabinet. Tu i teraz.
Pociągnąłem za klamkę. Zamknięte na klucz. To dla mnie nie problem.Wyciągnąłem z kieszeni gruby pęk i otworzyłem drzwi.
W środku było schludnie. Przeszukałem wszystkie papiery, jednak nie znalazłem nic podejrzanego.
Włączyłem jego komputer. Też nic. 
Jak mogłem posądzić o cokolwiek swojego przyjaciela? Przez moment obwiniałem się za to, że swoje niepowodzenia próbuję zwalić na innych, a jednak...
Po chwili stwierdziłem, że zerknę na jego pocztę elektroniczną. O w cholerę.
Moim oczom ukazała się obszerna korespondencja między Philem, a prezesem Mira Transport. Z tego co przeczytałem, Philip był tu tylko wtyką, która miała przekazywać informacje. Knuli, aby w razie wyjścia na jaw ich nielegalnych zatrudnień, obciążyć także nas.
Zrobiłem screenshoty wszystkich rozmów, wydrukowałem je i opuściłem gabinet, zamykając go na klucz, aby nie było żadnych podejrzeń. 
W domu uporządkowałem dokumenty przyniesione przez Arthura oraz zrobione przeze mnie wydruki rozmów. Wszystko znajdowało się od teraz w obszernej, kartonowej teczce.
□■□■□■
Wziąłem na dzisiaj urlop i z samego rana ruszyłem w kierunku komisariatu. Poprawiłem garnitur, wyrównałem krawat i zaczepiłem pierwszego lepszego policjanta. 
 Dzień dobry, mogę rozmawiać z detektyw Alexander?
 Powinna być w swojej sali. Zaprowadzę pana.
Moment później stałem przed drzwiami.
 To tutaj.
 Dziękuję.
Nacisnąłem klamkę i wparowałem do środka jak taran, rzucając na stół teczkę.
 Proszę to przejrzeć. Wszystko.

J.C.?

Od Althei C.D Lucia

    - Doskonale to wiem – szepnęłam cicho, widząc jak zadarła głowę ku górze i ukazała mi pełne łez spojrzenie, które nie różniło się wiele od mojego.
    Nie musiałam nawet dotykać policzków, by czuć znaczne napuchnięcie. Szukałam w sobie choć najmniejszej namiastki siły, jaką mogłabym wykorzystać w starciu przeciwko bolesnym myślom. Narastały w moim wnętrzu razem z wieloletnią nienawiścią, która zyskała nowy poziom wraz z dzisiejszym odkryciem. Nadal uciekałam wzrokiem po kątach pokoju tak, jakbym zaraz miała przekonać się, że koszmar się skończył. Że obudziłam się właśnie z niezwykle realistycznego, złego snu, o którym zapomnę przy najbliższej kolacji z Lucią, ale wszystko działo się dalej. Bez mojej kontroli, bez żadnych ograniczeń. Patrząc na kopertę z pieniędzmi,  modliłam się w duchu, że gdy tylko mrugnę powieką, zniknie ona wraz z całym zamieszaniem. Nie chciałam w żaden sposób czuć się związana z tak wyrodnym ojcem. Okropny ból bezustannie atakował moją głowę w przemyśleniach. Lucia nigdy nie powinna zrzucać na siebie ciężkiego kamienia winy, to ojciec i jego słabości były przyczyną życia, do jakiego świadomie nas zmusił. To musiało być świadome. Wystarczyło pomyśleć choć pół minuty dłużej, by dojść do wniosku, że stara, schorowana kobieta nie poradzi sobie w końcu z utrzymaniem dwójki dzieci. Ale egoista nie mógł na to, do diabła, wpaść.
    Resztę dnia starałam się zbytnio nie przeciążać – zrobiłam to tylko dla Lucii, która mnie o to wyraźnie prosiła. Wciąż pamiętam, jakimi wyolbrzymionymi formami przemęczenia i przepracowania we mnie rzucała. Ograniczyłam się do uzupełnienia miski Ducha, który co jakiś czas skamlał, był bez energii zupełnie jak my. Atmosfera przytłaczała każdego i nie mogłam więcej na to patrzeć.
    - Mam pomysł. – Otarłam mokre policzki wierzchem dłoni. Rzadko, naprawdę rzadko kiedy płaczę.
    Lucia z zainteresowaniem podniosła na mnie wzrok, przestając krajać kurczaka na dzisiejszą kolację.
    - Jaki pomysł? – Zmarnowany głos wręcz dźgnął mnie w serce.
    - Wyjdźmy na spacer i się przewietrzmy. – Od razu, bez zbędnej gadaniny, wręcz przymusiłam do tego obie istotki, z którymi mieszkam. Przypięłam smycz do obroży Ducha, delikatnie ciągnąc go do momentu, aż biedak wstał i zaczął machać ogonem.
    - Spacer? W sumie… – Odłożyła nóż, który odbił się słabym blaskiem. – Ale daj mi się ogarnąć.
    Pokiwałam głową z lekko wymuszonym entuzjazmem. W końcu musiał wejść kiedyś w krew.
    Po paru minutach już byłyśmy poza bramą. W lekkich promieniach słońca powiodłyśmy chodnikiem wdłuż bramy. Gałęzie obrośnięte liśćmi nieraz złamały światło, które wykonało prostą drogę do moich oczu i je podrażniło.
    - Gryzie mnie jedno pytanie. – Podałam Lucii smycz, bo widocznie o to prosiła. Duch miał już w sobie więcej psiej ciekawości i zaczął z ochotą sikać na wszystko, co znalazł podczas wycieczki.
    - Jakie? – Dziewczyna podniosła leniwie wzrok. Była wręcz wyprana z emocji, co zaniepokoiło mnie niemal natychmiast.
    - Chciałabyś dać szansę ojcu? – Westchnęłam głośno. Powiedz nie, powiedz nie, powiedz nie. Rozbrzmiewało w mojej głowie bez przerwy niczym nieskończone echo. Wiele moich decyzji jest dzielone przez Lucię, więc teraz nie mogło być inaczej.
    Jej reakcja była teraz najważniejszym, na co czekałam. Wpatrywałam się w nią dosyć dyskretnie, ale jednocześnie próbowałam zachować względny spokój. Otwierała usta powoli, które składały się na słowa i w końcu usłyszałam. Ale nie to, co chciałam.
    - Nie wiem. – Blisko, a jednak daleko. 
    - Ale jak to nie wiesz? – Zamrugałam nieco skonsternowana tą odpowiedzią. Lucia wyglądała mi na zupełnie wyczerpaną dzisiejszą sprawą i lada moment doszło do mnie, że po prostu nie powinnam jej tak naciskać. Temat ojca nie może być znów najważniejszy. Twarz dziewczyny od momentu poznania prawdy wydawała się zblednąć przynajmniej dwukrotnie. – Przepraszam. – Dodałam szybko.
    - Za co? – Jej oczy wyrażały zupełne pytanie.
    - Za to, że naciskam. – Moja ręka mimowolnie powędrowała na jej plecy po to, by przyciągnąć siostrę zaraz do siebie. – Nie będę już o to pytać. I nikt nie dołączy do naszego życia – odparłam z przekonaniem w głosie, jednakże Lucia szybko mojego entuzjazmu nie podzielała, wyczuwając, że nie był tak szczery, na jakiego go malowałam. Jak my się dobrze znałyśmy.
    - Ufam ci jak nikomu innemu, Al. – Czułam, jak dziewczyna przytula się do mojego boku. Odetchnęłam wtedy głośno, wiedząc, że nigdy w życiu nie pozwoliłabym skrzywdzić mojej rodziny. Lucii i Ducha. Nie było siły, która mogłaby to zmienić.
    - To zaszczyt, młoda – przyznałam z uśmiechem malującym na mojej twarzy pełny wyraz zadowolenia. – Niemniej… mam do pogadania z tym facetem. Zareagowałam ostro, musiałam, ale trzeba postawić sprawę jasno.
    - Co masz na myśli?
    - Chcę, żebyśmy żyły na jakimś poziomie. I on nam w tym pomoże. – Gdybym nie miała dłoni zajętych obejmowaniem siostry, pewnie przetarłabym je niczym prawdziwy złoczyńca, a za mną pojawiłyby się pioruny. No pewnie. 
    Lucia natychmiast zmarszczyła brwi, co pozwalało mi stwierdzić, że nie zgadza się ze mną.
    - Ale tak nie można robić… do tej pory dawałyśmy sobie radę. Zostawmy go w spokoju, a on zostawi nas. – Zupełnie nie rozumiałam jej podejścia. Do tego te „dawałyśmy sobie radę”. Cholera, co ja bym dała, żeby uniknąć paru rzeczy, by nadal nam się udawało. Nie miałam więcej ochoty ich powtarzać i czułam, jak na mojej twarzy nieoczekiwanie kiełkuje irytacja.
    - Owszem, można. – Mój głos stał się chłodniejszy. Ten człowiek skazał nas na to wszystko i nie zamierzałam puścić tego w niepamięć akurat wtedy, gdy chciał nas znaleźć. Co prawda, mówiono o paru latach szukania, ale ta świadomość wydawała mi się wręcz pusta i bezwartościowa. – Nie odpuszczę szybko.
    ***
    Po powrocie do domu, szybko zniknęłam stamtąd jeszcze raz, ale pod wymówką wyjścia do sklepu. Wiedziałam, że Lucii nie spodoba się to, co chciałam zrobić, więc dlaczego w ogóle miałabym mówić? Próbowałam zadbać o dobro naszej rodziny, potrzebowałyśmy tego obie. Mimo iż wiedziałam, że muszę się ograniczyć bądź zatrzymać w swoich działaniach, to nieustannie czułam jak dziwna siła popycha mnie do przodu. Mówi: „rób to dalej, wiesz, że to właściwe”. Ten nieznajomy głos nie zamykał się ani na chwilę i wbrew wielu wątpliwościom po prostu wprowadzał mnie w dziwny trans. Musiałam wyciągnąć jakieś korzyści z tylu lat, kiedy nie obchodziło go to, czy żyjemy. I to była myśl o najsilniejszej mocy. Czułam, jakbym miała pełne prawo do wyrządzenia wielu krzywd temu człowiekowi. A tak nie było. Podsumowując: przed chwilą spotkałam się z ojcem. Wykorzystałam go do tego, by zdobyć kolejne pieniądze i przynajmniej udałam, że rozważamy jakikolwiek kontakt z nim. Mężczyzna łapał wszystko tak, jakby naprawdę mu zależało, nie odmawiał, ani nawet nie próbował mi się sprzeciwić. Co za biedny człowiek, którego złapała w sidły taka mściwa wiedźma. 
    Do domu wróciłam późnym wieczorem. Zdjęłam kaptur i rzuciłam kopertę na stół.
    - Wróciłam.
    Zamierzałam być szczera wobec siostry, która nagle odwróciła głowę w moją stronę.

[Lucia koteczku?]


+20PD

Od J.C. CD Aarona

Nie ociągając się, weszłam do gabinetu pana Brown'a, na zaproszenie jego pracownika. Pomieszczenie było przestronne i zbyt czyste, jak na mój gust, skąpane w białym świetle dnia wpadającym przez duże okna.
Dyrektor wstał i obszedł biurko, poprawiając marynarkę. Był to zaskakująco młody mężczyzna, biorąc pod uwagę pielęgnowane stanowisko, jednak ukrywam zdziwienie pod maską obojętności. Najwyraźniej tak to jest, jak ma się dzianych rodziców.
W końcu podszedł do mnie nieco zdezorientowany i wyciągnął dłoń na powitanie. Miał zdecydowany uścisk.
- Aaron Brown, dyrektor do spraw finansów Brown Inc. W czym mogę pomóc?
Czym prędzej przywołałam na twarz tylko trochę przesłodzony uśmiech (bądź miła - jak nakazywał Gilbert wypychając mnie dziś rano za drzwi gabinetu) , po czym wzięłam się do roboty.
- Detektyw Alexander, piąty komisariat policji Avenley River. Chciałam oddać pańską własność. 
Nieznacznie zmarszczył brwi gdy przekazywałam mu teczkę. Nie połknął haczyka.
- Tylko tyle?
Podeszłam do jednego z okien. Było wysoko. Na dole, w parku, dzieci bawiły się w berka.
- Niezupełnie. Chciałabym zadać panu kilka pytań, jeśli to możliwe.
Odchrząknął.
- Oczywiście. Proszę.
Wskazał ręką krzesło stojące po drugiej stronie biurka. Zignorowałam to, pozostając przy moim punkcie obserwacyjnym. 
- Długo współpracuje pan z firmą Mira Transport?
Chwila ciszy.
- Czy ja wiem, miesiąc?
- Jaki jest to rodzaj współpracy?
Mężczyzna spojrzał na mnie i uśmiechnął się szeroko, ale ostrożne. Jak krokodyl, planujący zapolować. Na jego nieszczęście, nie byłam łatwą ofiarą.
- Całkiem prosty. Posiadamy towary, materiały, które trzeba czasem przenieść w różne miejsca. Uznałem, że podpisanie kontraktu z Mira Transport to najlepsze rozwiązanie.
- Uhm.
Podeszłam powoli do biurka, uruchamiając stojącą na nim kołyskę Newtona. Kilka sekund patrzyłam na zabawkę, zanim postanowiłam przejść do rzeczy.
- Czy do tych "towarów", panie Brown, zaliczają się również nielegalni imigranci?
Spojrzał na mnie skonfundowanym wzrokiem. Wyglądał na zaskoczonego, ale równie dobrze mógł udawać.
- Proszę wyjaśnić.
- Nielegalni imigranci z biednych krajów, służący najczęściej jako tania siła robocza. Nadal nic?
Pokręcił głową. 
- Nie mam zielonego pojęcia, o czym pani mówi.
- Niedawno aresztowaliśmy prezesa Mira Transport pod zarzutem zatrudniania pracowników nielegalnie. Powiedział nam, że miał umowę z Brown Inc., wskutek czego dzielili się państwo dochodami z nielegalnego biznesu. Co ma mi Pan do powiedzenia w tej sprawie?
Mężczyzna zaśmiał się sucho, stając naprzeciwko mnie.
- Zupełnie nic, panno Alexander. To nie jest oficjalne przesłuchanie, a zdaje się, że na takie pytania mam prawo odpowiadać w obecności adwokata.
Szczwany skurczybyk. Właśnie takich najbardziej nie lubiłam: pewnych siebie, bogatych dupków. Jednak prawa do adwokata nie mogłam mu odmówić. 
- Oczywiście. W takim razie zapraszam na piąty   komisariat w poniedziałek na dziewiątą rano. Proszę skierować się do mnie, lub porucznika Gilberta. Prowadzimy tę sprawę.
Odwróciłam się z zamiarem opuszczenia gabinetu, kiedy głos mężczyzny zatrzymał mnie z dłonią na klamce.
- Chwileczkę.
Wstrzymałam się, wzdychając cicho. Naprawdę miałam do roboty lepsze rzeczy. Na przykład uchlanie się do nieprzytomnego i rozpaczanie nad marnością tego świata. Czemu nie.
- Tak?
- Śledziła mnie pani. Wtedy, w barze.
Pozwoliłam temu stwierdzeniu zawisnąć w powietrzu, po czym rozpaść się wraz z kurzem. Uśmiechnęłam się do siebie.
- Taka praca, panie Brown. Taka praca.



Aaron?