Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aaron&J.C.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aaron&J.C.. Pokaż wszystkie posty

27 paź 2018

Od Aarona CD. J.C.

              Mrok zaczął spowijać miasto, a ja w dalszym ciągu siedziałem w swoim domowym gabinecie, podpisując papiery, pijąc [zimną już] kawę i rozmawiając jednocześnie przez telefon z jakimś lichym klientem, który nie miał nic interesującego do zaoferowania i usilnie próbował wcisnąć mi kolokwialny „kit” i wyciągnąć ze mnie jak największą ilość pieniędzy. 
— Nie jestem zainteresowany pańską ofertą. 
— Ale dorzucę jeszcze w pakiecie… — bez jakiegokolwiek poczucia godności zaczął wręcz błagać o podpisanie umowy, myśląc, że jakieś marne dodatki zmienią moje zdanie. 
— Nie jestem zainteresowany. — powtórzyłem twardo, po raz kolejny ukazując swoje stanowisko w tej sprawie. — Do widzenia. — czym prędzej się rozłączyłem, a z moich ust wydobyło się głośne westchnienie ulgi. 
Czym prędzej posegregowałem papiery, a następnie zająłem miejsce na wielkiej, skórzanej sofie, patrząc się obojętnie na tlący się w kominku ogień i trzymając w dłoni kieliszek wybornej brandy. 
Usilnie próbowałem oczyścić swoje myśli i choć na moment zapomnieć o 
konferencjach, które muszę przeprowadzić, 
papierach, które muszę przeanalizować 
i telefonach, które muszę wykonać. 
Pragnąłem choć na moment zacząć żyć własnym życiem i znaleźć coś, co pomogłoby mi na pewien czas odłączyć swe istnienie od wielkiego, oszklonego wieżowca Brown Inc, który z każdym dniem niczym pasożyt, wysysał ze mnie resztki entuzjazmu i zwykłej, nieszkodliwej beztroski. 
*** 
             Niespodziewanie do moich uszu dotarł rzadko słyszany przeze mnie dzwonek do drzwi, który zapewne zwiastował wizytę jakiegoś kumpla, który po raz kolejny będzie udzielał mi mnóstwa rad o szczęściu, podziale życia zawodowego od osobistego i pracoholizmie. 
Ze znużeniem położyłem pusty kieliszek na stole i delikatnie uchyliłem drzwi, a moje błękitne spojrzenie napotkało dziewczynę, dziwnie znajomą, która przedstawiła się jako Marie. 
— Ach, to ty. Pamiętam cię. — mój umysł momentalnie został spowity wspomnieniami z ostatniej imprezy, podczas której bezwstydnie flirtowałem z panią detektyw do momentu, w którym przerwała nam w tym banda nastolatków, do której wliczała się stojąca przede mną dziewczyna. — Wejdź. — otworzyłem szerzej drzwi, tym samym wpuszczając ją do środka. 
Nastolatka z uwagą pochłaniała spojrzeniem każdy skrawek mojego penthouse’u, po czym rozsiadła się wygodnie na sofie w oczekiwaniu, aż zrobię to samo. 
— A więc, jak się czujesz, Marie? — wyjąłem z szafki brandy i uzupełniłem na nowo zawartość kieliszka. 
— Wypuszczono mnie ze szpitala, więc domyślam się, że wszystko jest w porządku. 
— To dobrze. — haustem wypiłem alkohol, lekko się krzywiąc. — Sprowadza cię coś konkretnego? 
— Tak. Chcę pana ostrzec. — jej spojrzenie momentalnie stało się puste, pozbawione emocji, przerażające. 
— Przed czym? — z ciekawością przyglądałem się dziewczynie, której cera lśniła od blasku ognia z kominka. 
— Przed moją siostrą. 
Po raz kolejny przerwał mi dzwonek, a raczej ich cała salwa. Ktoś bardzo nachalnie pukał, a raczej walił w drzwi. 
Moje brwi mimowolnie zmarszczyły się w geście poirytowania. 
— Wybacz na moment. — zerwałem się z sofy i otworzyłem, a moim oczom ukazała się J.C. 

J.C.?

7 paź 2018

Od J.C. CD Aarona

Po wypełnieniu ostatniego raportu na ten dzień, położyłam głowę na biurku i przymknęłam oczy. O niczym nie marzyłam tak jak o tym, żeby pójść do domu i zasnąć na kanapie przy jakimś durnym reality show z piwem w dłoni. Moje senne marzenia zostały jednak, jak się spodziewałam, przerwane.
- Żyjesz, Alexander? - zapytał Gilbert gdzieś nad moją głową. Jego ton był stanowczy, jak zawsze, ale wyczuwałam w nim nutę troski. A to znaczyło, że musiało być źle. - Dostaliśmy cynk. Możemy tam pojechać, jeśli jeszcze nie jesteś zmęczona.
Zrobiłam głęboki wydech i wstałam, zarzucając kurtkę na ramiona. Ledwo trzymałam się na nogach, ale pragnienie dorwania kartelu było zbyt silne. Adrenalina po zamknięciu ostatniej szajki wciąż krążyła w moich żyłach. Dla tego uczucia żyłam. Uwielbiałam tę robotę właśnie za to, choć kiedyś mogła mnie wykończyć.
- Jedziemy. - rzuciłam.


Nad Avenley River zapadał zmrok, kiedy mknęliśmy mostem na drugą stronę miasta. Kiedy Gilbert prowadził służbowe auto, ja gapiłam się na krople deszczu spływające po szybie. Odkąd odwiozłam Marie do szpitala, minął tydzień, a ja od tamtego czasu zdążyłam już zamknąć jeden narkotykowy kartel i wpaść na trop drugiego. Byłam wyczerpana. Funkcjonowałam na kofeinie, a jedyną formą relaksu były gorące prysznice, które brałam dwa razy dziennie. Moje myśli wciąż krążyły wokół pracy.
Teraz, w tej chwili dziwnego spokoju, o dziwo nie myślałam o niczym. Moja głowa była pusta, a po kilku nieprzespanych nocach nawet nie byłam senna. Po prostu gapiłam się w szary świat za oknem. Nadeszła prawdziwa jesień.
Przez głos radiowego spikera przebił się denerwujący dzwonek komórki. Odebrałam, nie patrząc na ekran.  Informacje powoli wpływały do mojego mózgu.
- Co? - spytałam tępo, prostując się na siedzeniu. - Marie? Wyszła ze szpitala?
Daniel zerknął na mnie kątem oka. Zmarszczyłam brwi.
- Powtórz. Gdzie jest? - słowa Amy zlewały się w piskliwy jazgot. - A co do cholery ona robi u Aarona Browna?
Tym razem Daniel spojrzał na mnie otwarcie. Przetarłam czoło zimną dłonią.
- Okej. - powiedziałam. Jadę tam.
Włożyłam telefon z powrotem do kieszeni i opadłam na fotel.
- Zatrzymaj się na następnej ulicy.
- Czekaj, stop. Skąd Marie i Brown się znają?
- Narkotykowa impreza studentów. Natknęliśmy się na nich.
- Hmm. - mruknął. - To wiele wyjaśnia. Jesteś pewna, że nie podwieźć się gdzieś bliżej?
- Przyda mi się spacer. I... przepraszam, że tak cię zostawiam. Nie musisz jechać tam sam.
- Hej, Alexander. Jesteśmy partnerami. Wspieramy się, tak? - spojrzał na mnie, wchodząc w ostry zakręt. - Zresztą, to tylko luźna sugestia. Nie wiemy, czy ten trop dokądś prowadzi.
- Jasne. - odpięłam pas i zawahałam się z dłonią na klamce. - Tylko obiecaj mi, że będziesz na siebie uważał.
- Zawsze, J. - poklepał mnie po ramieniu. - A teraz spadaj, bo zaraz zaczną na mnie trąbić.


Aaron?

2 paź 2018

Od Aarona CD. J.C.


 Cienie przesuwały się po pokoju, a ogień rozpalony w kominku dawał złudne wrażenie ciepła i beztroski, niczym w rodzinnym domu, w objęciach własnej matki. 
Właśnie siedziałem w swoim skórzanym fotelu z podnóżkiem, popijając kieliszek brandy od ojca, a na mój umysł cisnęły się coraz to nowsze, zawiłe pytania dotyczące J.C. 
Kobieta ta na pozór drobna i niczym nie wyróżniająca się z tłumu, kryła w sobie całe sterty tajemnic, które pragnąłem czym prędzej zgłębić. 
Była zagadką, którą chciałem rozwikłać. 
*** 
Chłodne, jesienne światło wpełzło do mojej sypialni niczym wąż, dając znak, abym wstał i rozpoczął kolejny dzień w pracy. 
Pracy, która momentami wyniszczała mnie od środka, absorbowała całe moje życie i zmieniała je w jedną, wielką stertę papierów. 
— Dzień dobry, panie Brown. 
— Nie przeszkadzaj mi Julie. Przymilaniem się nie ugrasz u mnie podwyżki. 
— Dlaczego jesteś taki spięty, stało się coś? 
— Nie. Idź zrobić mi kawę i wyjdź. 
Zważaj na słowa, dupku. 
One ranią bardziej niż czyny. 
***
Właśnie wyłączyłem laptopa i zgasiłem światło w gabinecie. 
— Aaron. Musisz zostać, mam jeszcze papiery dla ciebie. 
— Że co proszę? 
— Trzymaj. — w moje dłonie wręczono cały stos dokumentów. — Przypominam o twoim jutrzejszym spotkaniu i prezentacji oraz o rozmowie z kilkoma kandydatami na pracowników. A i jakaś firma będzie próbowała się z tobą skontaktować mailowo. 
Cudownie. 
Żegnaj, życie osobiste.

23 wrz 2018

Od J.C. CD Aarona

- Do zobaczenia. - westchnęłam i zatrzasnęłam drzwi. Moje nagie ramiona owiał chłodny wiatr, więc skrzyżowałam je na piersi i potruchtałam do drzwi domu. Nie chciałam tego przeciągać, a czekała mnie jeszcze trudna rozmowa z matką dziewczyny.
W mieszkaniu przywitał mnie Rex. Zamerdał leniwie ogonem, kiedy pochyliłam się, żeby poklepać go po grzbiecie.
- Co tam, staruszku? Pilnowałeś domu?
Ciężki krokiem poszedł w stronę posłania, po czym rzucił się na nie tak, że powietrze wokół się podniosło.
- No tak. - westchnęłam. - Na ciebie zawsze można liczyć, stary głupku.
Nasypałam mu trochę suchej karmy do miski i ruszyłam na górę, po drodze ściągając sukienkę przez głowę i zostawiając ją gdzieś na schodach. Dopóki mieszkałam sama, porządek nie znajdował się na szczycie listy moich priorytetów.
W sypialni usiadłam na łóżku, i wyszukując komórkę w torebce, zaczęłam zdejmować szpilki. Odebrała już po drugim sygnale.
- Jolene. - przywitała mnie chłodno, wypowiadając to imię, którego tak nienawidziłam. - Nie wiem, po co dzwonisz, ale...
- Marie jest w szpitalu. - przerwałam jej. - Na Bardock. Przedawkowała.
- Słodki Boże. - usłyszałam cichy okrzyk i krzątaninę. Amy pewnie już pędziła do samochodu. - Co się stało?
- Spotkałam ją w klubie. Pokłóciłyśmy się... a potem ona zemdlała.
- Jolene Cecily, ostrzegam, że jeśli coś jej się stało przez ciebie... - jej głos drżał na krawędzi płaczu. Zawsze była słaba.
- Pojechałam z nią karetką. Jej stan jest stabilny, możesz sobie odpuścić kazania.
- Zobaczymy. - odparła po chwili ciszy i rozłączyła się.
Rzuciłam komórkę na łóżko i westchnęłam, rozciągając się na nim. Dzień jak co dzień, w życiu J.C. Alexander.



Aaron?

31 sie 2018

Od Aarona CD. J.C.

— Skąd myśl, że popsułaś mi wieczór? To nie było zależne od ciebie. — zająłem miejsce na niewygodnym, plastikowym krześle, po czym skierowałem wzrok na siedzącą obok kobietę, która w odpowiedzi na moje pytanie wzruszyła obojętnie ramionami i bez emocji patrzyła na białą ścianę budynku.
Najbliższą godzinę spędziliśmy w nieco niezręcznym milczeniu, a może ktoś coś do mnie mówił, ale nie zdążyłem na to zwrócić uwagi, gdyż zbyt bardzo byłem skupiony na tym, aby nie zasnąć.
Gdy wybiła dwudziesta trzecia, kobieta wykonała jakiś telefon, po czym pożegnała się ze mną i ruszyła w kierunku wyjścia, a jej suknia mieniła się w jasnym świetle szpitala.
Czym prędzej zerwałem się na równe nogi i dogoniłem kobietę.
— Podwiozę cię. Przecież nie możesz wracać sama o takiej godzinie. — dorównałem jej kroku, a grymas malujący się na jej twarzy był wyraźną odpowiedzią. Mimo to zależało mi na tym, aby dziewczyna bezpiecznie wróciła do domu.
— Nie musisz.
— Nalegam.
Usłyszałem ciche westchnienie ciemnowłosej, po czym spojrzałem w jej oczy, które wyrażały swego rodzaju złość wymieszaną ze smutkiem, a nawet rzec można, poczuciem winy. Wiedziałem, że ma to związek z młodą dziewczyną, która przedawkowała narkotyki, jednak wyglądało na to, że nie będzie mi dane poznać wyjaśnień całego zajścia.
— No dobrze. — burknęła cicho, swym dźwięcznym głosem.
Wsiedliśmy do mojego samochodu, a kobieta kierowała mnie tak, abyśmy trafili do jej domu.
Po kilkunastu minutach zatrzymaliśmy się przed celem i wymieniliśmy się spojrzeniami.
— No cóż, do zobaczenia. — odparłem cicho.
J.C. chwyciła za uchwyt i wysiadła z samochodu, jednak w ostatniej chwili nachyliła się i otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć.

J.C.?


29 sie 2018

Od J.C. CD Aarona

- Jest stabilna. - odparłam, patrząc na ściągniętą bólem twarz mojej siostry. - Jeśli dobrze pójdzie, jutro powinna się obudzić.
Aaron cicho przysunął sobie krzesło i usiadł koło mnie.
- Wtedy, przed wejściem... pokłóciłyście się o coś? - domyślił się.
Westchnęłam, uciskając palcami nos na wysokości oczu. Nie miałam pojęcia, jak mu to wyjaśnić, bez wciągania go w swoje brudy. Tak czy siak, wytłumaczenie mu się należało.
- Dawno się nie widziałyśmy. Mamy pełno spraw do wyjaśnienia... ale to już, kiedy się obudzi. Narkotyki i zdenerwowanie nie chodzą parami.
- Co teraz zrobisz?
- Pewnie posiedzę tu jeszcze z godzinę, zadzwonię do jej matki, a potem się zwijam. Jest pod dobrą opieką, a ja rano będę mieć sajgon na komisariacie. - tym bardziej, że postanowiłam rozpocząć polowanie na dilerów scylium, o czym Gilbert miał się dopiero dowiedzieć.
Milczeliśmy chwilę. Kiedy spojrzałam na Aarona, zamyślony patrzył na moją siostrę.
- Jesteście podobne. - zaśmiałam się w duchu na to spostrzeżenie. Tak podobne, jak pozwala na to adopcja, pomyślałam, ale postanowiłam niczego nie prostować. Nie miałam siły.
- Wolałabym, żeby było inaczej. - odpowiedziałam tylko. Nawet jeśli nie byłyśmy rodzonymi siostrami, nie chciałam, żeby Marie szła moją ścieżką.
Zmieniłam pozycję na plastikowym krześle, kiedy kark zaczął mi sztywnieć. Nadal miałam na sobie sukienkę, o czym ze zdziwieniem dopiero sobie uświadomiłam. Nie była już tak ładna, jak w klubie. Teraz w świetle szpitalnych jarzeniówek odsłaniała moje kościste, chude kolana.
- Jeśli nie chcesz, nie musisz tu siedzieć. Idź do domu, rozerwij się. Już wystarczająco zepsułam ci wieczór.



Aaron?

26 sie 2018

Od Aarona CD. J.C.


— Dzwoń po karetkę. Powiedz, że mamy ofiarę przedawkowania. 
Otworzyłem szerzej oczy i spojrzałem na leżącą dziewczynę, która nie mogła zaczerpnąć oddechu. Żwawo podbiegłem w stronę dwójki, a następnie drżącymi rękoma sięgnąłem po telefon i zadzwoniłem na numer alarmowy. Podałem adres, stan poszkodowanej i kilka innych drobnostek, o które prosiła operatorka. Kiedy się rozłączyłem, spojrzałem na J.C. i zauważyłem na jej twarzy przytłaczającą bezradność zmieszaną z lekkim zdezorientowaniem. Co tu się dziwić, bliska jej osoba była właśnie w śmiertelnym niebezpieczeństwie. 
— Ja… Nie mogę oddychać. — szepnęła cicho, po czym zmrużyła oczy, a jej twarz przybrała bladszy kolor. 
Razem z Alexander wymieniliśmy się spojrzeniami, a następnie nachyliliśmy się nad dziewczyną i nasłuchiwaliśmy. 
Niestety, sytuacja stała się jeszcze bardziej skomplikowana, gdyż okazało się, że jasnowłosa straciła przytomność, a bezwzględni, ciekawscy ludzie zaczęli zbierać się wokół nas i patrzeć na całą sytuację ze zdziwieniem. 
— Odsuńcie się! — wrzasnąłem, mierząc rozwścieczonym spojrzeniem stojący przy nas tłum, a następnie rozpocząłem resuscytację. 
Zdążyłem wykonać zaledwie dwadzieścia uciśnięć, kiedy moim oczom ukazała się karetka na sygnale, z której wyszło dwóch ratowników. Mężczyźni przynieśli nosze i położyli na nich dziewczynę, obchodząc się z nią tak, jak z porcelanową lalką. 
Na mojej twarzy ukazała się wyraźna ulga, gdy karetka z dwiema kobietami ruszyła na sygnale w kierunku szpitala. 
— Co się tak patrzycie? — krzyknąłem na skupiony wokół mnie tłum. 
— Pan Aaron Brown? — usłyszałem głos jakiegoś nieznajomego mi mężczyzny, który kierował się z kamerą w moją stronę. 
Zmierzyłem go nieco poirytowanym spojrzeniem i wydostałem się z gąszczu ludzi, jednak nadal słyszałem ten niski, nieco drażniący ucho głos. — Czy mogę przeprowadzić z panem wywiad? — Odwróciłem się w kierunku mężczyzny i spiorunowałem go spojrzeniem, jasno dając do zrozumienia, że nie mam teraz czasu na głupawych dziennikarzy, którzy usilnie czekają na moje potknięcie, aby móc napisać o nim artykuł lub przygotować reportaż, który ma na celu nic więcej, jak zmniejszenie mojego autorytetu i ukazanie wad. 
Co to, to nie. 
Czym prędzej wsiadłem do samochodu, chcąc udać się do najbliższego szpitala, w którym zapewne znajdowały się teraz obie dziewczyny, jednak przed moją maską stanęli reporterzy z mikrofonami, którzy wręcz domagali się ode mnie jakiegoś komentarza całej tej sytuacji. 
Odpaliłem silnik i wyjechałem z parkingu tak szybko, jak tylko mogłem. 
Naprawdę cieszyłem się, że zapanowałem nad emocjami. Niedużo brakowało, a wysiadłbym z samochodu i walnął w nos tego nachalnego dziennikarza, a karą za to byłyby zapewne ogromne, pogrubione nagłówki w gazetach „Aaron Brown nie radzi sobie z emocjami?”, „Aaron Brown DOTKLIWIE pobił reportera!” lub reportaże w wiadomościach. 
***
Po kilkunastu minutach dotarłem na miejsce i trzasnąłem szpitalnymi drzwiami, a spojrzenia wszystkich pacjentów w poczekalni zwróciły się w moim kierunku. 
Zignorowałem to i zaczepiłem pierwszego, lepszego lekarza, który przechadzał się po korytarzu. 
— Dobry wieczór, wie pan może, w której sali znajdę studentkę, która przedawkowała narkotyki? 
— A jest pan członkiem rodziny? 
— Nie. — wcisnąłem w dłoń lekarza sporą sumę pieniędzy. 
— Prosto i po prawej. — uśmiechnął się delikatnie i schował zwitek do kieszeni. 
Żwawym krokiem przemierzałem rozświetlony, wąski korytarz, czując na sobie spojrzenia ludzi. 
Kiedy wreszcie dotarłem na miejsce, zastałem jasnowłosą dziewczynę leżącą na łóżku oraz siedzącą tuż obok niej Alexander. 
— I jak? — podszedłem kilka kroków bliżej i położyłem dłoń na ramieniu kobiety. 


J.C.? 

Od J.C. CD Aarona

- Marie?
- Ty? - rzuciła moja, można powiedzieć, była siostra, tak jadowicie, jak tylko potrafiła. - Co tu robisz?
Krytycznym spojrzeniem zmierzyła Aarona za moimi plecami, który z jakiegoś powodu za mną poszedł, a kącik jej ust wygiął się protekcjonalnie.
- Ach. - dodała. - To, co zwykle.
- Mama wie, że tu jesteś? - spytałam kategorycznie, ignorując jej uwagę, choć poczułam niemiłe ukłucie w sercu.
- Nie mam matki. Dzięki tobie. - prychnęła, ale jej ton zmiękł nieco. - Nie obchodzi jej, dokąd chodzę. Woli swojego nowego fagasa.
- Marie, kotku? - wybełkotał chłopak siedzący koło niej. Wyglądał, jakby zaraz miał się zsunąć z sofy. - Powiesz mi, co to za dziunia?
- Dziunia, która może cię wsadzić za rozpowszechnianie niebezpiecznych substancji. - wyjaśniłam oschle. Student wyglądał, jakby nie do końca był na tej planecie.
- Wsadzić? - wyszeptał z intensywnym zamyśleniem. - Gdzie wsadzić?
- Zaraz wracam. - powiedziała do niego nieco bardziej trzeźwa Marie. - Muszę pozbyć się nadgorliwej siostrzyczki.
Zanim wstała, pocałowała chłopaka tak, że pewnie zdołała liznąć mu migdałki. Przewróciłam oczami i odeszłam kawałek, czekając, aż skończy.
- Hej, mała! - zawołał do mnie koleś, kiedy dziewczyna przepychała się w naszą stronę między jej znajomymi a stolikami. - Jak chcesz, to mogę ci wsadzić!
Wybuchła salwa ogłupiałego śmiechu, a Marie poczerwieniała po cebulki włosów. Wykonałam ruch, żeby podejść bliżej do chłopaka i nauczyć go odpowiedniego zachowania, ale powstrzymał mnie uścisk na ręce.
- Tylko bez rękoczynów. - szepnął mi do ucha Aaron.
- Och, bez obaw. - odparłam, a on mnie puścił. Chwyciłam otwartą butelkę szampana i z diabelskim uśmiechem sprawiłam prysznic wszystkim siedzącym. Dziewczyny rozbiegły się z piskiem, a faceci ocierali twarze, mierząc mnie groźnym wzrokiem.
- O kurwa, deszcz. - rzucił chłopak Marie z wesołym uśmiechem. Zdecydowanie przeholował dziś z narkotykami.
Tymczasem siostra gniewnie chwyciła mnie za rękę, ciągnąc w stronę wyjścia. W połowie drogi ja zaczęłam ciągnąć ją, bo nie mogła ustać na nogach i bez przerwy obijała się o ludzi.
- Co ci odbiło?! - wrzasnęła, kiedy już wydostaliśmy się na zewnątrz. Aaron ciągle szedł za mną i choć było to dla mnie trochę kłopotliwe, w jakiś sposób doceniałam, że jest ze mną.
- A tobie? - warknęłam, niewątpliwie zaczynając kłótnię, której chciałam uniknąć. To, kim się stała pod moją nieobecność, napawało mnie przerażeniem.
- Odeślij stąd swojego faceta. - zażądała, wyciągając papierosy z torebki. Odpaliła jednego, ze zdenerwowania przestępując z nogi na nogę.
- Aaron? - skierowałam się w jego stronę z przepraszającym wyrazem twarzy.
- Nie ma sprawy. - powiedział z wyrozumiałym uśmiechem. - Będę przed wejściem.
Popatrzyłam za nim chwilę, a potem zwróciłam się do dziewczyny.
- Co się z tobą stało? - spytałam zrezygnowanym tonem. - Przecież nie chcesz tutaj być. Znam Cię. Moja Marie...
- Gówno o mnie wiesz. - przerwała mi gwałtownie. - Gówno masz do mojego życia i gówno możesz się w nie wtrącać.
- Marie, ja...
- Może myślisz, że jesteś moją bohaterką? Cudowną starszą siostrą, która wskaże mi drogę do świętości, co? Bo jeśli tak uważasz, to jesteś największą hipokrytką na świecie.
- Myślisz, że tego nie wiem? - rzuciłam ze zmęczeniem. - Nie jestem autorytetem, jakiego potrzebujesz. Ale jestem twoją siostrą, siostrą która przechodziła przez to samo. Chcę cię przed tym uchronić.
- Czyżby? - dziewczyna, mrużąc oczy, podeszła bliżej. - Pamiętasz, kiedy ostatni raz się widziałyśmy? Jak przebiegło nasze spotkanie?
Przełknęłam ślinę i spuściłam głowę. Pamiętałam. I było mi wstyd.
- Z chęcią ci przypomnę. - rzuciła peta na ziemię, mocno przydeptując podeszwą. - Osiem lat temu przyszłaś do nas po pieniądze. Przystawiłaś mamie broń do głowy i powiedziałaś, że nie wyjdziesz, dopóki ich nie dostaniesz.
Jej głos drżał od powstrzymywanych łez. Miała taki sam wyraz twarzy jak wtedy, lata temu. Dlaczego zawsze musiałam wszystko schrzanić?
- Zmieniłam się. - wyszeptałam tylko. -  Nie doprowadzę do tego znowu.
- Wcale się nie zmieniłaś. - cofnęła się, kręcąc głową. - Odkąd trafiłaś do mojego życia, siejesz w nim zniszczenie. Temu facetowi też chcesz wskoczyć do łóżka, jak tacie?
Serce na moment mi zamarło, przez chwilę widziałam niewyraźnie i jakby w zwolnionym tempie. Kiedy zamrugałam oczami, wyleciały z nich łzy, zupełnie bez mojej woli.
- Nie powiedziałaś tego. - oznajmiłam pusto, nie do końca wierząc w to, co usłyszałam. Marie otworzyła szeroko oczy, na jej twarzy malowało się przerażenie. Chwyciła mnie mocno za ramiona.
- J., ja... przepraszam... ja...
Oddychała szybko, zdecydowanie za szybko. Jej oczy uniosły się ku górze, a sama opadła na kolana. Widywałam to już u narkomanów zgarniętych z ulicy, którzy przedawkowali scylium. Zachowałam zimną krew i pomogłam się jej położyć.
- Marie. - starałam się mówić spokojnie, kiedy próbowała złapać oddech. - Uspokój się. Wszystko będzie dobrze.
- Nie mogę... nie mogę... - dyszała.
Poczułam ciepły uścisk na ramieniu. Nie odwracając się, powiedziałam:
- Dzwoń po karetkę. Powiedz, że mamy ofiarę przedawkowania.



Aaron?

24 sie 2018

Od Aarona CD. J.C.

                Powoli ruszaliśmy się w rytm muzyki, patrząc sobie w oczy i obdarowując się delikatnymi, nieco nieśmiałymi uśmiechami. Czułem się poniekąd dziwnie, a może bardziej nieswojo, czy nawet niestosownie, gdyż przyszedłem na spotkanie od razu po pracy, przez co nie zdążyłem przywrócić się do lepszego stanu. Moja koszula była już trochę wymięta, włosy rozwichrzone , a twarz wyraźnie zmęczona po tylu godzinach żmudnego siedzenia przed biurkiem, wykonywania telefonów i organizowania spotkań. 

*** 
Nasz czas mijał beztrosko na tańcu, jednak po niedługiej chwili uwaga kobiety zaczęła skupiać się na jakiejś grupce roztańczonych, głośno śmiejących się nastolatków, którzy najprawdopodobniej byli pod wpływem jakiegoś specyfiku. Mój wzrok przeniósł się na tańczącą między nimi młodą dziewczynę, która bawiła się najlepiej z całej gromady, głośno śpiewając i nieco zbyt frywolnie tańcząc. 
Był to dosyć częsty widok, do którego zdążyłem przywyknąć, dlatego po chwili odwróciłem wzrok i skierowałem go na panią detektyw, która nadal pozostawała wpatrzona w całą sytuację z lekkim poirytowaniem, a może nawet zdenerwowaniem? Nie mam pojęcia. Jej kamienna twarz nie zdradzała zbyt wiele emocji, przez co trudno było cokolwiek z niej odczytać. 
— Usiądziemy? — odparłem krótko, aby jej uwaga z powrotem skierowała się na mojej osobie. 
— J…Jasne. — odparła niepewnie, po czym poszła za mną, odprowadzając wzrokiem tańczących studentów. 
Było w jej zachowaniu coś, co nie dawało mi spokoju, ale niestety, moja natura nie pozwalała mi o to zapytać i kazała cierpliwie przemilczeć całą sytuację. 
Zajęliśmy miejsce na sofkach i upiliśmy nasze drinki. Bezalkoholowe rzecz jasna. 
— Muszę przyznać, że sukienki dodają ci uroku. — zmierzyłem ją wzrokiem od dołu do góry, zatrzymując się na twarzy. 
Jej policzki momentalnie przybrały nieco żywszy kolor, co wywołało u mnie uśmiech. 
— No cóż, ja widzę cię cały czas w garniturze. 
Zaśmiałem się głośno, po czym przysunąłem kieliszek bliżej siebie. 
— Niestety, praca tego ode mnie wymaga. Każdy patrzyłby się krzywo, gdyby prawa ręka prezesa przyszła do biura w porozciąganej koszulce polo. — sama myśl zdezorientowanych spojrzeń pracowników wywołała u mnie cichy, niekontrolowany chichot. 
Dziewczyna lekko się uśmiechnęła, po czym znów jej skupienie skierowało się na grupkę młodych, którzy usiedli przy stoliku niedaleko nas i stuknęli się kieliszkami, chichocząc bez żadnego konkretnego powodu. Kiedy jasnowłosa dziewczyna niespodziewanie zaczęła całować się z jakimś chłopakiem, J.C. wstała i podeszła do grupki, mierząc ich surowym spojrzeniem. Blondynka momentalnie oderwała się od kolegi i popatrzyła ze zdziwieniem na podążającą w jej stronę Alexander. 
Mimowolnie zmarszczyłem ze zdezorientowaniem brwi i stanąłem za kobietą, poprawiając swój wiecznie skrzywiony krawat i czekając na rozwój tej nieco dziwacznej sytuacji. 


J.C.?

Od J.C. CD Aarona

- Witam, panno Alexander. - Aaron wyszczerzył się w szerokim uśmiechu. - Proszę, usiądź.
Przytrzymałam sukienkę pod udami z tyłu, i na tyle, na ile pozwał mi wrodzony wdzięk, z gracją usiadłam. Pierwszy raz od lat nastoletnich założyłam kieckę i czułam się nieco dziwnie. To granitowe cudo na któreś urodziny podarował mi Gilbert. Delikatny, połyskujący materiał kończył się przed kolano, lekkimi marszczeniami, w pasie przewiązany był cienkim paseczkiem. Posiadał też dziewczęcy dekolt w łódkę i krótkie rękawki. Nie posądzałam Daniela o dobry gust, ani też o to, że znał mój rozmiar. Ciuch z pewnością wybrała jego żona.
- Traktujemy poważnie zasadę "bez alkoholu"? - rzuciłam, upijając łyk drinka.
- Myślę, że bez problemu ulegniesz mojemu urokowi bez procentów. - mrugnął do mnie. Odpowiedziałam powściągliwym uśmiechem.
- Prosto z pracy?
- Nie miałem czasu się upiększyć. Ale ty wyglądasz olśniewająco.
- Podziękuj Gilbertowi. - roześmiałam się. - To prezent od niego.
- Każę Julie wysłać mu czekoladki. - we fluorescencyjnym świetle klubu zabłysły jego proste zęby. - Zatańczymy?
Tym razem bez problemu dałam się wyciągnąć na parkiet. Aaron był niezłym tancerzem, a bycie jego towarzyszką sprawiało mi wiele radości oraz... było nieco męczące. Trudno mi było całkowicie dotrzymać mu kroku. W myślach gratulowałam sobie założenia pantofli na ten wieczór. W szpilkach na pewno nie dałabym rady.
Kiedy nadszedł wolny kawałek, z ulgą uwiesiłam się na ramieniu mężczyzny. Zaśmiał się cicho.
- Męczę cię?
- O wiele za długo, jak na jedną sprawę. - zripostowałam, zanim ugryzłam się w język. Brown, co było do przewidzenia, nie dał zbić się z pantałyku.
- Przeszkadza ci to?
- Nie całkiem. - odparłam po chwili, zgodnie z prawdą. Nie mogłam dłużej odsuwać od siebie myśli, że coraz bardziej mi na nim zależało.
- To dobrze. - uśmiechnął się lekko.
Tańczyliśmy dalej. Tymczasem moją uwagę przyciągnęła grupka studentów stojąca po drugiej stronie sali. Poruszali się nienaturalnie w takt muzyki, a ich oczy były jakby zamglone. Co jakiś czas jeden z nich śmiał się krótko, urywanie.
Zmarszczyłam czoło w zamyśleniu. Już gdzieś ich widziałam. Na komisariacie? Wtedy, w mojej głowie coś zaskoczyło i zapaliła się czerwona lampka. To był efekt wzięcia narkotyku, pewnego konkretnego narkotyku. Scylium.
Nie przejęłabym się tym tak, gdyby mój wzrok nie powędrował do jednej z dziewczyn bawiących się w środku kółka. Skądś znałam blond loki i sylwetkę, a kiedy odwróciła się do mnie twarzą, moje serce zabiło dwa razy szybciej.
Marie. W środku pierdolonego, naćpanego okręgu studentów bawiła się moja przybrana siostra.



Aaron?

23 sie 2018

Od Aarona CD. J.C.

Zasiadłem za biurkiem i radośnie zacierałem dłonie na samą myśl spotkania. Wyjścia z innymi były moją jedyną odskocznią, która mogła chociaż na moment pozwolić mi zapomnieć o pracy, papierach, kontraktach, spotkaniach i innych wyczerpujących zadaniach, które powodowały, że całe moje życie kręciło się tylko wokół biura.
Kiedy tylko wziąłem do ręki kilka dokumentów, do mojego gabinetu weszła Julie i oparła się o ścianę, patrząc na mnie w wyrzutem.
— Kim ona jest, że tak bardzo ci zależy na spotkaniu z nią? — burknęła ponuro, marszcząc nerwowo brwi.
— Podsłuchiwałaś naszą rozmowę? Poza tym, dlaczego cię to tak nagle zaczęło obchodzić, Julie? — zapytałem, nawet na nią nie patrząc, co jeszcze bardziej zirytowało dziewczynę.
— Masz mi wszystko wyjaśnić! — podniosła głos, a ja skierowałem wreszcie wzrok na jej twarz.
— Po pierwsze – nie mam obowiązku mówić ci o moim życiu prywatnym, po drugie – to ja jestem twoim szefem, więc jedyną osobą, która ma prawo tutaj wydawać polecenia, jestem ja. — podpisałem nieco nerwowo dokument i odłożyłem go na bok. — A teraz zrób mi kawę, dwie łyżeczki cukru.
— Dupek. — zmiażdżyła mnie spojrzeniem i wyszła z gabinetu, trzaskając drzwiami.
Zaśmiałem się głośno i skierowałem swój wzrok na ekran laptopa. 

_________________________________________________________________________
Od: Smith’s advertisement.
Temat: Reklama.
Treść: Dzień dobry Panie Brown.
Chciałbym zaproponować Panu propozycję współpracy, polegającą na reklamowaniu Pańskiej firmy w mediach społecznościowych, telewizji i różnego rodzaju stronach, w zamian za podział zysków z tego przedsięwzięcia, w skali 6:4.

Z wyrazami szacunku
Alex Smith

_________________________________________________________________________

Kolejna beznadziejna propozycja, która jest kompletnie nieopłacalna, a z upływem czasu wręcz stratna.
Westchnąłem cicho I odpisałem na emaila, odrzucając prośbę.

***

Właśnie wybiła godzina dziewiętnasta trzydzieści. Wyłączyłem laptopa, schowałem dokumenty do skórzanej teczki i wyszedłem z gabinetu, zamykając go na klucz. Stwierdziłem, że nie ma sensu wracać na kilkanaście minut do domu, więc udałem od razu w kierunku Red Velvet.
Poprawiłem krawat, rzuciłem teczkę na sofkę I zająłem miejsce w nieco odludnym kąciku lokalu, po czym zerknąłem na zegarek. Za dziesięć minut wybije umówiona godzina.
Zawołałem kelnera i zamówiłem drinki, bezalkoholowe rzecz jasna. Mężczyzna z uśmiechem na twarzy postawił na stoliku dwa kieliszki i wrócił na swoje miejsce.
— Cześć Aaron. — poczułem ciepły dotyk na ramieniu i zauważyłem stojącą obok mnie Alexander.
Momentalnie poprawiłem krawat, po czym obdarowałem kobietę szarmanckim uśmiechem.



J.C.?

22 sie 2018

Od J.C. CD Aarona

- Wieczorny drink? - rzuciłam, prowokacyjnie unosząc brwi. - A co z "już nigdy nie dam pani do rąk alkoholu"?
Wysiliłam się nawet na niezbyt udaną imitację niskiego głosu mężczyzny. Brown potarł kark z szerokim uśmiechem.
- Wiesz, ja myślałem bardziej o koli, czy czymś takim...
Roześmiałam się, kręcąc głową.
- Bardzo chętnie wyskoczę z tobą na bezalkoholowe szaleństwo, ale może kiedy indziej? - wykręcałam się. - Mam pełne ręce roboty na komisariacie i w ogóle...
- Ja też. - odparł, patrząc mi w oczy. - Jak widać na załączonym obrazku.
Ruchem głowy wskazał fotel, a ja mimo woli parsknęłam śmiechem.
- Co ci szkodzi, wyrwać się na jeden wieczór? - nie zamierzał się poddać. - Na pewno przyda ci się odpoczynek od tych wszystkich brudnych spraw. Mnie zresztą również.
- Nie wiem. - przetarłam twarz dłońmi. - Słyszałeś dzisiaj rano, wiecznie mnie gdzieś potrzebują.
- Po godzinach pracy? - rzucił z powątpiewaniem. - Mają przecież innych gliniarzy.
Kilka chwil prowadziliśmy pojedynek na spojrzenia, aż w końcu dałam za wygraną.
- Okej! - rozłożyłam ręce w geście bezradności. - Ty będziesz tłumaczył się Gilbertowi, dlaczego dystansuję się od pracy. Szczególnie, kiedy będzie chciał zrobić mi najazd.
Aaron zmarszczył brwi w konsternacji.
- Najazd?
Machnęłam lekceważąco dłonią.
- Upewnia się, czy... jestem gotowa do pracy.
Zapadła cisza. W końcu mężczyzna odchrząknął.
- To może o dwudziestej w Red Velvet?
- Pasuje mi.
- To do zobaczenia. - uśmiechnął się lekko i powędrował na swoje miejsce - za biurko. Bąknęłam ciche pożegnanie, po czym usunęłam się za drzwi gabinetu i oparłam o ścianę.
Nie miałam pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Zwykle trzymałam ludzi na dystans, bo przeważnie sprawiałam im same kłopoty. Jedyną osobą, która tolerowała moje wybryki (do tej pory) był Daniel. Mogłam nazwać go przyjacielem, a nawet... nawet ojcem. A Aaron? Aaron był pierwszą personą, mniej więcej w moim wieku i od dawna, przy której czułam się swobodnie. Miałam wrażenie, że mnie rozumie. To uczucie było nowe i niepokojące. Zwykle to ja rozpracowywałam ludzi, nie oni mnie.
Potarłam dłońmi skronie i spojrzałam przed siebie. Julie patrzyła na mnie zza biurka sekretarki wzrokiem, który w równych proporcjach zawierał w sobie niesmak i pogardę. Zupełnie dojrzale pokazałam jej język i luźnym krokiem opuściłam siedzibę Brown Inc.



Aaron?

19 sie 2018

Od Aarona CD. J.C.

Podała mi kopertę, po czym żwawo się odwróciła i już chwyciła klamkę do drzwi, jednak w ostatnim momencie powoli się odwróciła, a na jej twarzy zagościł nieco podstępny uśmieszek, który mówił mi, że zaraz wydarzy się coś zabawnego. 
— Mogę usiąść w twoim fotelu? 
Nie wytrzymałem. Z ust zapracowanej pani detektyw to brzmiało do oporu komicznie i sprawiło, że wybuchnąłem salwą niekontrolowanego, głośnego śmiechu, a może nawet i ryku. 
Cóż, złożyłem obietnicę, więc się z niej wywiążę. 
— Proszę bardzo. — zerwałem się z fotela i wskazałem na niego ręką, z szerokim uśmiechem na twarzy. 
Dziewczyna bez słowa rozsiadła się wygodnie i położyła nogi na biurku, wydając z siebie ciche westchnienie ulgi. 
Moja praca wielu osobom może wydawać się łatwa, przyjemna i banalna, ale postanowiłem, że nieco rozczaruję szanowną panią detektyw, która zapewne również jest tego zdania. 
— Kawy, herbaty? — nachyliłem się przed nią, a humor ciągle mi dopisywał. — Ach, zapomniałbym! To są papiery, które musi pani wypełnić. — kiwnięciem głowy wskazałem gruby stosik dokumentów. — A i jeszcze ma pani dzisiaj spotkanie biznesowe oraz rozmowę z potencjalnym klientem, od której dużo zależy. Rzecz jasna, jeszcze nadgodziny, bo tylu papierów nie da się przerobić podczas jednej zmiany, nawet intensywnie pracując. A do tego… 
— Dobrze, dobrze, już się zmywam. — spojrzała z utęsknieniem na wygodny, skórzany fotel, po czym kierowała się do wyjścia. 
— Poczekaj! — chwyciłem ją za rękawek bluzki, prawie się przewracając. Z pewnością musiało wyglądać to żałośnie. 
No już Aaron, wysłów się. — Co powiesz na… — zamilkłem na moment, przez co sytuacja wydała się jeszcze bardziej niezręczna. — Wieczorny wypad na jakiegoś drinka? Rzecz jasna, na mój koszt. — uśmiechnąłem się szeroko, próbując zatuszować swoje lekkie wahanie. 

J.C.? Pardon za długość

Od J.C. CD Aarona

- Julie? - rzucił Aaron. - Zostawisz nas na chwilkę?
Kobieta zgrabnie wstała z biurka, jakby nic się nie stało i zlustrowała mnie chłodnym wzrokiem.
- Zostawiłam kartkę. - oznajmiła tonem, w którym wyczuwałam nutkę wrogości. - Przerwa na kawę.
- Było otwarte. - odparłam grzecznie, wskazując na drzwi.
- Julie? - ponowił mężczyzna z lekkim zniecierpliwieniem. Sekretarka posłała mu powłóczyste spojrzenie i poszła w kierunku wyjścia, w ostatniej chwili unikając trącenia mnie biodrem. Cóż, miała w sobie więcej klasy niż bandyta z bronią w ręku, ale groźba zawsze nią pozostawała, nawet zawoalowana. W każdym razie nie miała powodu, by się mną przejmować. Na razie.
Zanim opuściła gabinet, usłyszałam jeszcze cichą tyradę na temat wścibskości policji i drzwi się za nią zatrzasnęły. Zostaliśmy sami.
- Panno Alexander? - Aaron odchrząknął, szybko przechodząc do codzienności. - Coś się stało? Co z Mirą?
- Tygrysica zawiesiła na tobie oko? - podeszłam do okna, spoglądając w dół. Widok trochę mnie przytłoczył. - Uważaj na siebie. Sprawy o molestowanie wcale nie są tanie. I łatwe.
- Co takiego?
- Widziałam już dziesiątki takich akcji. - odwróciłam się do niego. - Zaczyna się od szybkiego numerka, a kończy na więzieniu lub alimentach. Bardzo śliskie sprawy.
- Jasne. - posłał mi zdziwione spojrzenie. - Będę miał to na uwadze.
- A jeśli chodzi o Mirę. - ocknęłam się po chwili,  wyjmując z kieszeni białą kopertę, którą podałam Brown'owi. Rozciął ją nożykiem do korespondencji, po czym wczytał się w treść listu, marszcząc brwi.
- Wezwanie?
- Jako świadek, a prawdopodobnie pokrzywdzony. - wyjaśniłam. - Jesteśmy naprawdę blisko przyskrzynienia drania, ale możemy do tego doprowadzić jedynie w taki sposób. Skurczybyk, naprawdę nieźle się obstawił.
- Oczywiście. Dziękuję ci. - schował papiery do szuflady i spojrzał na mnie. - Coś jeszcze?
Miałam wychodzić, kiedy coś mi się przypomniało. Coś wyjątkowo głupiego, ale skoro już tu jestem...
- Tak. Mogę usiąść w twoim fotelu?



Aaron?

12 sie 2018

Od Aarona CD. J.C.

— Dzięki. Miło było. 
Ałć.
Mimo tego, że słowa te chwaliły to, co przygotowałem, czułem pewien niedosyt, a nawet smutek. Dlaczego? To tak, jakbyś kupił komuś prezent, na który wydałeś krocie, a ta osoba otworzyłaby go, po czym oświadczyła, że jest fajny i rzuciła go w kąt pokoju, zupełnie o nim zapominając.
Usłyszałem tylko głośne trzaśnięcie drzwiami i stanąłem przy oknie, patrząc jak czym prędzej odjeżdża, zapominając o wszystkim wokół.
No cóż, muszę pogodzić się z tym, że praca to praca i nie ma z nią przelewek, zwłaszcza, gdy podstępny prezes Mira Transport może wreszcie zostać zapędzony w kozi róg.
Wstałem, pozmywałem naczynia, po czym wziąłem chłodny prysznic i stanąłem na środku korytarza przepasany ręcznikiem.

A  Ja: Wracam do pracy.

A  Matthew: Dobrze synu, rozumiem, że już znudził ci się urlop.

Czym prędzej rozpocząłem rutynowe przygotowania, mianowicie - zakładanie garnituru oraz mojego ulubionego bordowego krawatu, sznurowanie skórzanych, spiczastych butów, ułożenie włosów, spryskanie się mocną wodą kolońską, przybranie drapieżnego, pewnego siebie uśmiechu i zabranie ze sobą nieodłącznej, czarnej teczki.
* * *
Właśnie zasiadłem w swoim wygodnym, obrotowym fotelu i przejrzałem stosik papierów ułożony na  biurku.
Wnet do gabinetu weszła Julie, stawiając pewne kroki i mierząc mnie swym wzrokiem, który wydawał się inny niż zwykle.
— Dzień dobry panie Brown.
— Dzień dobry.
— Co pana tu sprowadza? Z tego co słyszałam, miał pan być na urlopie.
Uśmiechnąłem się zadziornie i poprawiłem krawat.
— A co, nie cieszy się pani na mój widok?
— Ależ oczywiście, że się cieszę. 
— Miło słyszeć.
— Stęskniłam się za panem. Mój ulubiony przełożony.
Uniosłem wzrok znad ekranu laptopa i spojrzałem jej w oczy. Czy ona próbuje ze mną flirtować?
Po tym, jak obarczała mnie, że nasz romans wyszedł na jaw i nie chciała ze mną rozmawiać?
Powolnym krokiem podeszła bliżej i usiadła na moim biurku, po czym lekko nachyliła się w mym kierunku. Co się tu dzieje? Nie wiedziałem, jak zareagować. Mimo tego, że kiedyś miałem do niej słabość nie znaczy, że może mną manipulować i kombinować za moimi plecami. Jej zachowanie tego dnia diametralnie się zmieniło i byłem tego doskonale świadomy. Zapewne ma jakąś sprawę, a boi się mi o niej opowiedzieć, więc próbuje sobie przygotować stabilny grunt pod nogami. Zawsze tak robi.
Niespodziewanie do mojego gabinetu weszła J.C. i ze zdziwieniem przyglądała się całej tej sytuacji. Nie musiało to wyglądać ciekawie.

J.C.?

10 sie 2018

Od J.C. CD Aarona

- Cześć. - rzuciłam, żeby przerwać niezręczną ciszę i poczłapałam w kierunku kuchni. - Co mamy do jedzenia?
Podeszłam do lodówki i pochyliłam się, szukając czegoś zdatnego do spożycia.
- Dzień dobry. - odparł Aaron, gdzieś za mną. - Jak się spało?
- Biorąc pod uwagę obecność ubrań, całkiem nieźle. - wzięłam z półki resztki wczorajszej lazanii i karton mleka. - To się nada.
- Często budzisz się... w obcych domach? - spytał, oparty o ścianę. Uśmiechał się z zamyśleniem.
- O wiele za często. - odpowiedziałam, przeszukując po kolei wszystkie szafki. - Gdzie masz patelnię?
- Zostaw, ja to zrobię. - podszedł szybko, a ja nie zdążyłam się odsunąć, wskutek czego zderzyliśmy się w ciasnej przestrzeni. Przez chwilę stałam nieruchomo, przyciśnięta do blatu przez twarde ciało Aarona.
Po sekundzie odskoczyliśmy od siebie jak poparzeni. Uderzyłam w wyspę kuchenną, boleśnie obijając sobie biodro.
- Ała! - syknęłam, masując obolałe miejsce.
Mężczyzna spojrzał na mnie spod zmarszczonych brwi.
- Nic ci nie jest? - wykonał ruch, jakby chciał do mnie podejść, ale się powstrzymał.
- Nic. Niezdarna jestem. - mruknęłam, odsuwając się na bok. Brown zdusił śmiech.
- Raczej mało przydatna umiejętność w policji.
- Zamknij się. Ja cię nie rozliczam z bycia biznesmenem.
Wzruszył ramionami, cały czas uśmiechając się pod nosem.
Kilka minut później siedzieliśmy przy stole, nad odgrzewaną lazanią, popijając mlekiem. Jedliśmy w milczeniu, dopóki Aaron go nie przerwał.
- Masz rodzeństwo?
Dłubałam widelcem w makaronie, zastanawiając się nad odpowiedzią.
- Nie.
- Szkoda.
- Czemu? - spojrzałam na niego, nie rozumiejąc, dlaczego w ogóle zaczął ten temat.
- Życie zawsze jest ciekawsze. Wspólne akcje, przygody.
- Nie żałuję. O rodzeństwo zawsze trzeba się martwić, chronić je. - wbiłam widelec w lazanię, jakby wisiała mi pieniądze.
- Masz rację, to też. Ale więź między rodzeństwem jest unikalna.
- Co cię tak wzięło na ten temat? - odłożyłam sztuciec obok talerza, który głośno brzęknął. - Twoja więź z bratem jest tak udana?
Musiało go to zaboleć, bo widocznie zapadł się w sobie, jakby pod wpływem smutnego wspomnienia. Poczułam się gównianie.
- Przepraszam. - powiedziałam, próbując w jakiś sposób poprawić sytuację. - Ja po prostu... miałam kiedyś siostrę. Tak jakby.
Mężczyzna popatrzył na mnie, marszcząc brwi.
- Mam... złe wspomnienia, okej?
W tym momencie zawibrował mój telefon schowany w kieszeni. Odeszłam od stołu, żeby odebrać.
- Na jakiejkolwiek imprezie jesteś, pakuj się w taksówkę i przyjeżdżaj. Dostaliśmy nakaz przesłuchania Miry.
- Naprawdę? - rzuciłam się w poszukiwaniu kurtki. Znalazłam ją w korytarzu.
- Naprawdę. Spinaj poślady. Masz tu być w piętnaście minut.
Słuchałam instrukcji Gilberta, kierując się w stronę drzwi. Aaron szedł za mną w milczeniu. Nie chciałam sprawiać wrażenia ucieczki, ale prawda była taka, że... uciekałam.
- Dzięki. Miło było. - skinęłam mu głową i opuściłam mieszkanie.



Aaron? 

Od Aarona CD. J.C.

— O czym myślisz? — zapytałem, powoli kołysząc się na boki w rytm muzyki.
— O tym, że jest miło.
— Miło. Hmm. A tak naprawdę? — nachyliłem głowę w jej kierunku.
— A tak naprawdę o tym, że nikt tak bardzo się nie starał, żeby mnie przelecieć.
Nie wytrzymałem i wybuchnąłem cichym chichotem. Skąd ta myśl, że zaproszenie na elegancką kolację ma być od razu wabieniem do łóżka? Może i to za dużo, jak na pierwsze dni znajomości, ale cóż miałem innego zrobić? Zabrać ją do parku wodnego? Litości.
— A może wcale nie chcę? — szepnąłem jej do ucha, chcąc się obronić i udowodnić, że nie mam brudnych zamiarów.
— Nie wiem, czego chcesz, Aaron, ale znamy się kilka dni, a dzisiaj ta cała farsa z zapachowymi świeczkami i w ogóle...
— Zapachowe świeczki, nie podobały się? — uniosłem lekko brwi.
— Nie, znaczy... Trochę mnie to przytłacza. — delikatnie wyrwała się z moich objęć i usiadła na sofie, upijając łyk wina.
— Nie powinnaś więcej pić... — zająłem miejsce obok i włączyłem telewizor.
Uroczysta kolacja zmieniła się w picie przed ekranem. Gratuluję Aaron.
— Wiem, kiedy mam skończyć. — zlekceważyła moją uwagę i znów sięgnęła po kieliszek.
No dobrze, to dorosła kobieta, więc wie co robi, po prostu zaufam jej poczuciu umiaru.

* * *
— Aaron?
— Tak?
— Co jest z twoim bratem? — zapytała przeciągle i zmierzyła mnie wzrokiem.
Upiła się. Mogłem jej wyrwać ten kieliszek, zanim się to stało.
Po raz kolejny nawaliłeś.
— A co miałoby być? — odłożyłem prawie pustą już butelkę i sprzątnąłem kieliszki.
— Ukrywasz coś, Brown.
Zaśmiałem się cicho, jednak z czystego przymusu. Nie mogłem po sobie dać znać, że coś jest nie tak.
— Nic a nic. — westchnąłem cicho i rzuciłem na fotel uwierającą mnie muszkę. Niespodziewanie usłyszałem dzwonek telefonu. — Zaraz wracam.
Udałem się do swojego domowego gabinetu i odebrałem, z lekkim grymasem na twarzy.
— Cześć Ron.
— Hej Arthur. Jaką masz sprawę?
Przez dziesięć minut rozmawialiśmy o tym, żebym zatrudnił jego brata w firmie, na miejsce Phila. Zaczął wymieniać, jakim to on byłby idealnym pracownikiem. Westchnąłem cicho.
— Pomyślę o tym. Dobranoc Arthur. 
— Dzięki! Dobranoc! — odparł radośnie, po czym się rozłączył.
Zostawiłem telefon na biurku, zdjąłem marynarkę i udałem się z powrotem w kierunku kobiety.
Ku mojemu zdziwieniu, leżała na sofie, z pilotem w ręce. Podszedłem kilka kroków bliżej, po czym lekko się nachyliłem.
Zasnęła.
Uśmiechnąłem się lekko, delikatnie ją podniosłem, po czym wyniosłem po schodach na górę i położyłem na moim łóżku. Na koniec przykryłem ją kołdrą i przymknąłem drzwi.
— Kolorowych znów, pani detektyw. — zachichotałem cicho i poszedłem do kuchni, umyć brudne naczynia.
Około pierwszej w nocy leżałem na sofie i próbowałem zasnąć, przekręcając się z boku na bok. W końcu mi się udało.

* * *
Obudziłem się o piątej rano. Na szafce nocnej obok śpiącej Alexander, położyłem tabletki przeciwbólowe i coś do picia oraz zostawiłem karteczkę.
"Nigdy więcej nie dam pani do rąk alkoholu."
Następnie pokierowałem się w stronę gabinetu i uporządkowywałem papiery, jednocześnie wydzwaniając do prezesów firm, w poszukiwaniu sprawdzonego kontraktu dla Brown Inc.
Krzątałem się po pokoju w poszukiwaniu jednego, małego świstka, który był mi potrzebny, jednak mój wzrok zatrzymał się na stojącej w progu pani detektyw.

J.C.?


Od J.C. CD Aarona

- Nie wiem. - odparłam, dłubiąc palcami u nóg w miękkim dywanie. - Jestem raczej kiepską tancerką.
Nadal zastanawiałam się nad urwanym tematem brata Aarona. Wyglądało na to, że raczej nie mają ze sobą kontaktu. Ciekawe, co takiego musiało się stać, że przeszli od rodzinnych imprez w plenerze do... do tego stanu. Wyczuwałam delikatny grunt, więc stwierdziłam, że nie będę wypytywać Brown'a, co było nieco wbrew naturze detektywa, dopóki sam nie zechce mi powiedzieć.
Tymczasem mężczyzna cicho się zmył, a kilka sekund później usłyszałam łagodne nuty jakiegoś starego walca.
- Żartujesz. - zawołałam, odchylając głowę do tyłu.
- Ja nigdy nie żartuję, panno Alexander.
Tanecznym krokiem podszedł do mnie i wyciągnął rękę. Pokazałam mu swój kieliszek z winem.
- Piję.
- To przestań.
Wstałam, pozwalając mu przejąć kontrolę nad swoim ciałem. W pierwszej kolejności odstawił lampkę na stół. Jedną ręką objął mnie w talii, drugą splótł palce z moimi. Następne niezręczne piętnaście minut upłynęło nam na nauczeniu mnie walca.
- Tak. Dwa krótkie, jeden długi, dwa krótkie, jeden długi. I obrót.
Roześmiałam się, idąc zupełnie nie w tę stronę, w którą powinnam.
- Za dużo, za dużo! - krzyczałam.
Objął mnie ponownie, tym razem zajmując miejsce za moim plecami. Bujaliśmy się lekko w takt muzyki.
- To naprawdę nic trudnego. Chociaż Tobie chyba słoń na ucho nadepnął.
Zachichotałam, nieco już wstawiona.
- Aż tak źle?
- Cały czas depczesz mi po palcach. Będę miał siniaki!
Obrócił mnie do siebie przodem, a ja znowu się roześmiałam. Z tańcem było mi kompletnie nie po drodze.
- No tak. Co ludzie powiedzą, kiedy wielki dyrektor do spraw finansów Brown Inc. będzie miał sińce na swoich delikatnych paluszkach?
- Na pewno nic dobrego.
Tańczyliśmy jeszcze chwilę, każde zagubione w swoich myślach. W każdym razie Brown tańczył, a ja próbowałam nie zmiażdzyć mu stóp.
- O czym myślisz? - spytał Aaron w pewnym momencie.
- O tym, że jest miło.
- Miło. Hmm. A tak naprawdę?
- A tak naprawdę o tym, że jeszcze nikt tak bardzo się nie starał, żeby mnie przelecieć.
Roześmiał się cicho.
- A może wcale nie chcę?
- Nie wiem, czego chcesz, Aaron. - pierwszy raz powiedziałam mu po imieniu. - Ale znamy się kilka dni, a dzisiaj ta cała farsa, z zapachowymi świeczkami i w ogóle...
Nie miałam pojęcia, jak mu to powiedzieć. Oczywiście, wieczór był świetny, ale po prostu... nikt jeszcze nigdy nie zaprosił mnie na kolację, tak po prostu.



Aaron?  

9 sie 2018

Od Aarona CD. J.C.

Cicho westchnąłem, gdy po raz kolejny oglądałem piękne, rozświetlone przez lampy uliczki Avenley, które wydawały mi się wyjątkowo klimatyczne nocą. Przerwałem zatracanie się pięknym widoku i ruszyłem w kierunku kuchni, przynosząc danie główne. Stwierdziłem, że przystawka i zupa są zbędne. Dlaczego? Zapytajcie mojego umysłu.
Położyłem na stole udekorowany [najlepiej jak potrafiłem] talerz, na którym leżała apetycznie wyglądająca lasagne bolognese, czyli coś, co większości osób przypada do gustu. Rozłożyłem kieliszki i nalałem do nich kupionego przez kobietę wina.
— Podano do stołu. — poprawiłem muszkę i odsunąłem kobiecie krzesło. — Smacznego. — uśmiechnąłem się życzliwie i zająłem miejsce naprzeciwko.
— Nawzajem. — odparła i zabrała się do jedzenia.
Byłem szczęśliwy widząc, jak je z apetytem kolejne kęsy. Poza tym to, że przyszła, sprawiało mi wyjątkową radość. Z każdym dniem coraz bardziej zatracałem się w swojej pracy. Nie miałem czasu na jakiekolwiek znajomości, poza tymi z biura. Jestem ciągle w tym samym, nudnym kręgu i nie mam chwili, aby z niego wyjść i poznać kogoś nowego. Teraz, gdy jestem na urlopie mam czas na innych, mogę zaczerpnąć świeżego oddechu i spędzić czas w towarzystwie ludzi, a nie dokumentów. Poza tym, z tego co widzę, J.C. również cierpi z powodu przepracowania.
— Sam pan to przygotował, czy wynajął sobie osobistego kucharza? — zaśmiała się cicho i odsunęła pusty talerz.
— Sam, bez niczyjej pomocy. — upiłem łyk wina, po czym wstałem i zabrałem talerze. — Za moment wrócę.
Położyłem naczynia w zlewie, wyciągnąłem z lodówki deser i udałem się w kierunku balkonu.
— Ciasto latte macchiato z odrobiną likieru. — położyłem na stole talerzyki i dolałem wina do kieliszków.
— Chce mnie pan upić? — widzę, że humor jej dopisywał.
— Dlaczego miałbym...? — usiadłem na krześle i zerknąłem ukradkiem na kobietę.
— No cóż... — upiła drobny łyk wina, nie dokańczając.
Po zjedzeniu deseru, ponownie udałem się do kuchni, aby odłożyć brudne naczynia. Gdy wróciłem do stołu, kobiety tam nie było. Zajrzałem do salonu. Stała przy komodzie i trzymała w dłoni jedno ze zdjęć. Podszedłem bliżej i lekko się uśmiechnąłem.
Obrazek przedstawiał całą naszą rodzinę na ognisku. Ojciec obejmował szczęśliwą matkę, a ja wraz z bratem, walczyliśmy patykami, szczerząc swoje białe zęby. Ależ stare zdjęcie.
— Kto to? — zapytała kobieta, wskazując palcem na Noah.
— To mój brat.  
— Ma pan brata? — otworzyła szerzej oczy i odstawiła zdjęcie.
— Owszem, młodszego. Nazywa się Noah.
— Pracuje z panem w firmie?
Posmutniałem.
Od zawsze widziałem to, że jestem faworyzowany, jednak nie robiłem w tej sprawie nic i mimo że [chyba jako jedyny] kochałem swojego brata, zostawiłem go samego i zamiast wyciągnąć w jego stronę pomocną dłoń, odepchnąłem go tak, jak reszta rodziny. Teraz musi ciężko pracować na to, aby żyć na jakimkolwiek poziomie, a ja dostaję od życia wszystko za darmo. Żal mi go, chciałbym zmienić naszą relację, naprawić ją, jednak obawiam się, że jest już za późno. 
— Niestety nie.
— Niestety?
— Wybrał pracę w jakimś starym zakładzie naprawy pojazdów. 
J.C. w milczeniu usiadła na sofie, a ja poszedłem po kieliszki i położyłem je przed nami, po czym zająłem miejsce obok kobiety.
— Może zatańczymy, tym razem [prawie] na trzeźwo? Mam nadzieję, że żadna banda przestępców nam w tym nie przeszkodzi. — zaśmiałem się cicho i czekałem na odpowiedź.


J.C.? ♥