2 paź 2018

Od Noah CD. Louise

—Aaron? Co to ma znaczyć? 
Louise, wróciłem. 
Nie wiem, czy na mnie spojrzysz, czy może odwrócisz wzrok. 
Ale ja cię widzę. 
Moje szczęście skoncentrowane w jednej, drobnej, rudowłosej dziewczynie. 
Nie mogę oderwać od ciebie oczu.
Co ty mi robisz? 
— Cholera, musicie porozmawiać. Jesteście dorosłymi ludźmi, a nie dzieciakami, które będą się bez końca unikać. — Aaron zaplótł ręce na wysokości klatki piersiowej i uniósł brwi, mierząc nas naprzemiennie surowym spojrzeniem. 
Pierwszy raz byłem z niego dumny. 
Pierwszy raz zapomniałem o tym, co nas dzieliło. 
Pierwszy raz poczułem, że jest moim bratem. 
— Po tym, co zrobił? — Louise machnęła nerwowo dłońmi, a do jej oczu powoli napływały łzy. 
Nie płacz. 
Jestem przy tobie, mimo że to ja stałem się powodem twojego smutku. 
— Lou, nie skreślaj mnie przez jedną nieodpowiedzialną reakcję. — odparłem ze stoickim spokojem, jednak w moim wnętrzu rozgrywał się istny huragan. 
Aaron odwrócił się i udał się w stronę swojego gabinetu, zostawiając nas samych. 
— Niewiele brakło, a byłyby dwie. 
— O czym ty mówisz? — podszedłem krok bliżej, jednak ona odsunęła się na bezpieczną odległość. 
Kochałaś mój dotyk, a teraz się oddalasz? 
Nie zostawiaj mnie z moimi demonami, Lou. 
Potrzebuję cię, bo sam się zniszczę. 
— Poszedłeś na imprezę i omal nie wylądowałeś w łóżku z obcą kobietą! — jej oczy zaczynały z każdą chwilą coraz bardziej błyszczeć. 
Chciałbym, żeby był to błysk radości, ale po raz kolejny spotkałem się z rozpaczą. 
— Do niczego między nami nie doszło, musisz mi uwierzyć! — krzyknąłem, zaciskając dłonie w pięści. 
— A zresztą, po co my w ogóle rozmawiamy? Sytuacja jest prosta, nie ma co wyjaśniać. To koniec. 
Koniec. 
Louise, czy ty wiesz, że tymi słowami mnie zabijasz? 
— Wysłuchaj mnie, przyszedłem przeprosić! — usilnie próbowałem skupić na sobie jej uwagę, jednak unikała mojego wzroku jak ognia. — Popatrz na mnie! Spójrz mi w oczy! — w mym głosie dało się usłyszeć bezradność połączoną z rozpaczliwą desperacją. 
Wykonałem kilka żwawych kroków do przodu, aby zmniejszyć odległość, która nas dzieliła.
Proszę, przytul mnie. 
Proszę, uderz mnie. 
Chcę poczuć twój dotyk. 
Potrzebuję twej bliskości. 
— Zostaw mnie! — zwinnie przemknęła obok i wyszła z apartamentu, trzaskając drzwiami.
Wydały ten sam dźwięk, co tamtego feralnego poranka.
Louise, po raz kolejny uciekłaś przed moim uczuciem.
*** 
Wrzasnąłem na całe gardło i upadłem bezwiednie na podłogę, nie mogąc zapanować nad emocjami. 
Nim zdążyłem unieść swój wzrok na zamykające się drzwi, poczułem silny uścisk na ramieniu. 
— Będzie dobrze, Noah. 
— Nie będzie. Zostawcie mnie. Wszyscy. 
Wstałem i w milczeniu wróciłem do domu. 
Złość ustąpiła miejsca pustce i wszechogarniającej bezradności. 
*** 
Postawiłem na stole pustą butelkę taniego brandy, którą kupiłem w pierwszym lepszym sklepie i z rozbawieniem obserwowałem spis dziesięciu nieodebranych połączeń od Aarona. 
— I co ja mam z tobą zrobić braciszku? — przeczesałem palcami zmierzwione włosy i odłożyłem telefon. 
Nie tym razem. 
*
Jeszcze kilka dni temu miałem w sobie ducha walki, siłę do podjęcia jakiegokolwiek działania, a teraz? 
Stałem się niczym przebity balon, który nadaje się tylko do wyrzucenia, gdyż nie da się go załatać. 
Zaakceptowałem już, że to koniec. 
I tak jak mówił mi Aaron – choćbym nie wiadomo jak wielki mur wybudował wokół siebie i wzbraniał się przed jakimikolwiek uczuciami, i tak jestem skazany na nieuchronną porażkę. 
Walka z czymś naturalnym jest klęską. 
To oczywiste.
Szkoda, że uświadomiłem sobie to dopiero teraz, gdy wszystko legło w gruzach. 
*
— Jak to koniec? — zapytał nastolatek, rozsiadając się wygodnie na kuchennym krześle. 
— Normalnie. — upiłem łyk herbaty i połknąłem tabletki przeciwbólowe, które ratowały moją głowę przed eksplodowaniem. 
— A zależy ci na niej? — Raphael bacznie obserwował moje zachowanie i obrzucał mnie co jakiś czas współczującym spojrzeniem, którego nienawidziłem. 
— Może. — mój wzrok mimowolnie skierował się w stronę widoku rozciągającego się z okna. 
Godzina południowa, ulewa i upiorne grzmoty. 
— Nie ma takiej odpowiedzi. Musisz się określić. 
— Tak, zależy mi! Zadowolony?! — krzyknąłem nerwowo, uderzając kubkiem o stół. 
— Życie nigdy nie jest usłane różami, Noah. Odbudowanie relacji nie jest łatwe, ale musisz walczyć. Nie możesz się poddawać, bo do końca życia będziesz żałował, że siedziałeś na sofie w salonie, oglądając durnowate reality show, zamiast ratować miłość swojego życia, która może się już nie powtórzyć! 
Ten czternastolatek ma gadane. 
— Zrób coś, zanim będzie za późno. Walcz, Noah. To jedyne, co może przynieść skutek. 
Walcz. 
Walcz. 
Walcz. 
Każdy to powtarza, ale mimo tego, że ciągle to robię, tylko pogarszam sprawę. 
Popatrzmy na to z drugiej strony, a co, jeżeli to ostatnia deska ratunku? 
Wstałem z krzesła, ubrałem buty i wsiadłem do samochodu, zostawiając Raphaela na pastwę losu w moim domu. 
Co z tego, że ulewa jest tak wielka, że omal nie spowodowałem wypadku?
Co z tego, że jest upiornie zimno? 
Co z tego, że idę, wiedząc, że i tak polegnę? 
*** 
Po kilkunastominutowej jeździe wysiadłem z samochodu i stanąłem pod oknem rudowłosej. 
— Louise, nie uciekniesz przed uczuciem. — krzyknąłem, a po chwili okno się uchyliło.
Ciężkie krople deszczu płynęły strużkami po mojej twarzy i wsiąkały w ubrania, powodując, że przechodził mnie zimny dreszcz. 
Krzyczałem. 
A może błagałem? 
Dziewczyna wystawiła głowę i zmierzyła mnie rozwścieczonym spojrzeniem. 
— Wynoś się. 
— Louise, ja ciebie też bardzo lubię. Bardziej, niż bardzo. — objąłem głowę dłońmi i uklęknąłem na rozmokniętej ziemi, czując, jak staje się miękka pod moim ciężarem. 
Louise, czy moje słowa nie wystarczą? 
Louise, co muszę jeszcze zrobić, jak bardzo muszę się poniżyć? 
Louise, nie zabijaj mnie swoimi słowami.
Ja chcę żyć.

 Louise?

Od Louise cd. Noah

          Jednym susem pokonałam kilkustopniowe, niezbyt strome schody, po czym niczym strzała wpadłam do pokoju, z niezwykłą siłą uderzając o łóżko, a właściwie szufladę. Syknęłam z bólu, opadając całym ciałem na materac. Wtuliłam się w zimną pościel, zaciskając na niej palce, twarz ukryłam w poduszce. Emocje osiągały najwyższą temperaturę, a ja bezradnie wgapiałam się w pustą przestrzeń, to znaczy, biały sufit. Po omacku wyciągnęłam z torebki telefon, który aktualnie stanowił jedyny ratunek od śmierci z samotności i przygnębienia. Ze wszystkich sił starałam się nie myśleć o Noah, który pewnie w najlepsze bawi się sam ze sobą. Włączyłam Arbooka, wyszukałam Sam o dość ciekawym pseudonimie "szmata" i napisałam krótkie "Na placu. Dziś. O dwunastej". Nie czekałam nawet pięciu minut, odpowiedź otrzymałam ekspresowo, jednakże jak to na nią przystało, nie rozpisała się wielce, jedynie krótkie "Ok!".
          Wyciągnęłam z szafy wszystko, co znajdowało się wewnątrz. Począwszy od koszulek, przez bluzy, koszule, t-shirty, jeansy, krótsze spodenki, spódnice, sukienki, aż po bieliznę, skarpetki i inne bzdury, o których istnieniu nawet nie wiedziałam. Zanurkowałam w dość dużej stercie ubrań, wyciągając przy tym zdecydowanie za dużą, różową bluzę o bardziej pudrowym kolorze niż różowym, na piersi widniał napis "girls power". Mimo, iż wręcz uwielbiam takie bluzy, ta niestety musiała zostać na kiedy indziej (to nie tak, że szkoda było mi jej zakładać, jeszcze nie daj boże się zniszczy). Kolejnym moim łupem stały się czerwone body, normalne, niczym niewyróżniające się body. Przez chwilę przytrzymałam je w dłoni, bez dłuższego zastanowienia odkładając tuż obok mnie, tak, by nie zgubił się w tłumie innych. Drugą częścią garderoby były rzecz jasna spodnie, a więc w moim przypadku jeansy z podwijanymi nogawkami, które trafiły do mojej ręki jako pierwsze. Typowe boyfriendy z pasującym czarnym paskiem to coś, co było najbliższe mojemu sercu, nawet bliższe niż Noah, to znaczy, nie. Byłam pewna, że to one dziś spoczną na moich nogach, więc ułożyłam je obok body. Te dwie rzeczy nie wystarczyły, bo przydałoby się coś, co mogłabym zarzucić pod kurtkę, mianowicie jeansowa kurtka bądź cokolwiek innego. Zanurzyłam się ponownie, odgarniając małe stosiki ubrań na boki. Wtem moja dłoń dotknęła przemiłego materiału, który okazał się być dość sporym żółtym swetrem z dekoltem dociągającym do trzech czwartych mojej szyi, czyli nie był wcale wysoko, ale wyżej, niż przeciętna bluzka. Pewna zmieniłam koncepcję na dzisiejszy ubiór i zamieniłam body z właśnie tym sweterkiem. Z racji, że była już jedenasta nie miałam czasu, by uporządkować pozostałą odzież. Wepchnęłam wszystko pod kołdrę i łudziłam, że mama nie postanowi pooglądać mojego pokoju, czy tym bardziej łóżka. Rozebrałam się, pozostając jedynie w bieliźnie. Nałożyłam na siebie wybrane ubrania, dumna z wyboru paradując po całym pokoju. Skoczyłam do łazienki, by nadać mojej twarzy niebanalny wygląd. Chciałam wyglądać świetnie, nie dla kogokolwiek, tylko dla mnie samej.
          Opatulona grubym szalikiem, a także okryta przez puchatą kurtkę czekałam na przyjaciółka, która — wedle umowy — powinna pojawić się cztery minuty temu. Kiedy mój wzrok w końcu ją wyszukał, podeszłam do niej, wtulając twarz w jej bardzo... zajmujące sporą powierzchnię włosy. Pociągnęłam ją za nadgarstek, prowadząc do kawiarni, po drodze tłumacząc całe zajście i dlaczego to takie pilne.
          — No i wkurzyłam się. Rozumiesz? Noah zachował się w ten sposób, potem próbował ze mną pogadać, koniec końców ciesząc się jak dzieciak, gdy weszłam do jego domu po torebkę. — Machałam rękoma, przy okazji opowiadając, kiedy czekałyśmy na zamówienie. — Sam, słuchasz mnie w ogóle?
          Wydawała się okropnie zamyślona, jakby kompletnie nie interesowała ją moja relacja z chłopakiem, dla którego moje serce wymyśliło pieśń "Ku złamanym sercom i znienawidzonym mężczyznom". Usłyszawszy swoje imię, spojrzała na mnie z oczami pełnymi zdziwienia, jakby nie wiedziała, co tu tak naprawdę robi.
          — Samantho Anastasio Henricks, kto jest ważniejszy od moich wzruszających opowieści o lwach i smokach?
          — Ale... ale... ty mówisz o Noah. — Wyraźnie zdezorientowana kręciła głową.
          — No dobra, niech ci będzie — prychnęłam. — Ale mam wrażenie, że coś u ciebie nie tak. Wiesz, że możesz powiedzieć mi wszystko.
          Może powiedzieć mi wszystko. Jest moją przyjaciółką, a przyjaciółki ufają sobie wzajemnie, są dla siebie najważniejsze i... Sam chyba nią była. I dlatego wiedziałam, kiedy życie układa się w porządku, a kiedy przybiera innej formy.
          — Saman...
          — Louise. — Przełknęła ślinę. — Noah. — No co? Co? — Widziałam go.
          — Gdzie?
          — On... on był w klubie — mówiła bardzo powoli. — Potem pojechał. Z taką dziewczyną. Była bardzo ładna, miała czerwoną sukienkę. Ja... ja nie mogłam się powstrzymać. Poszłam za nimi. — Z każdym jej słowem coraz bardziej traciłam poczucie rzeczywistości. — Spojrzałam przez okno. Przepraszam, ja naprawdę nie chciałam ich podglądać, tylko... wiem, że go kochasz. Powinnaś wiedzieć. Było naprawdę blisko, ona stała prawie naga, rozpinała mu koszulę. Wycofał się. — Ostatnie zdania z trudem wypływało jej z ust. — Louise, on to zrobił dla ciebie.
          On to zrobił dla ciebie.
          Dla ciebie.
          Nie przespał się z nią. Dla ciebie.
          Czułam, że moja głowa coraz pełniejsza różnych myśli stała się ociężała, ledwo co dochodziły do mnie kolejne informacje. Wstałam od stołu, zostawiając ją samą.
          Lada moment zjawiłam się pod domem Browna.
          Nie Noah.
          To był dom Aarona.
          Nie pytajcie, skąd mam adres, nie pytajcie, po co, musiałam. Chciałam.
          Zapukałam do drzwi, które niemal po chwili otworzyły się. W ich progu stał nikt inny, jak właśnie Aaron. Określany mianem jeszcze większego dupka głowa całej firmy, bogaty, a na dodatek idealny. Weszłam do penthouse'a ocierając się o jego bark.
          — Potrzebuję pomocy. Czuję, że tylko ty jesteś w stanie to zrobić. — Usiadłam na dużej sofie. — Jesteś jego bratem.
          Przerwało mi jego wyjście do innego pomieszczenia. Zirytowana wstałam, maszerując w jego kierunku. Stanęłam za ścianą, by chociażby podsłuchać rozmowę telefoniczną starszego brata Noah. Bo tak, dzwonił do kogoś. Niestety, niewiele dotarło do moich uszu, jedyne krótkie "do zobaczenia". Odskoczyłam na bok, by grzecznie wrócić na swoje miejsce.
          — Wina? — Posłał mi idiotyczny uśmiech, który mówił wręcz "Weź, będę śmiał się z pijanej Louise!", a upicie mnie wcale do trudnych nie należy.
          — Każdemu to proponujesz? — I moje usta wykrzywiły się w równie głupiutki łuk. — Jeśli tak, i ja poproszę.
          Roześmiał się. Czy to naprawdę ten Aaron Brown, który wedle młodszego brata był skończonym chamem? Jestem w stanie uznać, iż jest wręcz odwrotnie. Podszedł do barku, z którego wysunął butelkę widocznie drogiego, ekskluzywnego wina, nigdy w życiu nie widziałam takiego na oczy. W tej samej chwili zadzwonił dzwonek do drzwi. Odstawił wino, podchodząc do wejścia. Szybko otworzył je, odsuwając się na bok.
          O mój Boże.
          Podniosłam się na równe nogi, wpatrując się w osobę, która właśnie stała w progu.
          Noah.
          — Aaron? — wyszeptałam. — Co to ma znaczyć?

Noah?
Teraz wszyscy na trzy-cztery krzyczymy LOAH i obstawiamy, co się stanie. Opowiadanie pełne Loah to chyba coś, co ucieszy Kamylę. Dziękuję ci, moja droga, bo nie wiem jak cię nazwać (słoneczko nie wypada, chociaż tak na ogół mówię do ludzi). Loah to coś magicznego, co jest dla mnie niezwykłą przygodą. Przeżywam to z nimi, z tobą, kocham to, co dzieje się między nimi. Po prostu — dziękuję, to dla mnie zaszczyt prowadzić taki wątek z Tobą. 

Od Aarona CD. J.C.


 Cienie przesuwały się po pokoju, a ogień rozpalony w kominku dawał złudne wrażenie ciepła i beztroski, niczym w rodzinnym domu, w objęciach własnej matki. 
Właśnie siedziałem w swoim skórzanym fotelu z podnóżkiem, popijając kieliszek brandy od ojca, a na mój umysł cisnęły się coraz to nowsze, zawiłe pytania dotyczące J.C. 
Kobieta ta na pozór drobna i niczym nie wyróżniająca się z tłumu, kryła w sobie całe sterty tajemnic, które pragnąłem czym prędzej zgłębić. 
Była zagadką, którą chciałem rozwikłać. 
*** 
Chłodne, jesienne światło wpełzło do mojej sypialni niczym wąż, dając znak, abym wstał i rozpoczął kolejny dzień w pracy. 
Pracy, która momentami wyniszczała mnie od środka, absorbowała całe moje życie i zmieniała je w jedną, wielką stertę papierów. 
— Dzień dobry, panie Brown. 
— Nie przeszkadzaj mi Julie. Przymilaniem się nie ugrasz u mnie podwyżki. 
— Dlaczego jesteś taki spięty, stało się coś? 
— Nie. Idź zrobić mi kawę i wyjdź. 
Zważaj na słowa, dupku. 
One ranią bardziej niż czyny. 
***
Właśnie wyłączyłem laptopa i zgasiłem światło w gabinecie. 
— Aaron. Musisz zostać, mam jeszcze papiery dla ciebie. 
— Że co proszę? 
— Trzymaj. — w moje dłonie wręczono cały stos dokumentów. — Przypominam o twoim jutrzejszym spotkaniu i prezentacji oraz o rozmowie z kilkoma kandydatami na pracowników. A i jakaś firma będzie próbowała się z tobą skontaktować mailowo. 
Cudownie. 
Żegnaj, życie osobiste.

Od Noah CD. Louise

— Co ci napisała? 
— Że pora to zakończyć. 
Nie pytajcie, dlaczego właśnie siedzę w penthousie Aarona i rozmawiam z nim o swoich sprawach sercowych, gdyż jest to tak cholernie nierealne, że nawet sam nie do końca wierzę w to, co się w tej chwili rozgrywa. 
Klarowne wino kołysało się w moim kieliszku, a starszy Brown rzucił marynarkę na sofę i rozsiadł się naprzeciwko mnie, w wielkim, skórzanym fotelu z podnóżkiem. 
Zacznijmy od tego, że jestem pierwszy raz w domu Aarona. 
I pierwszy raz zainicjowałem kontakt. 
I pierwszy raz nie obrażam go w każdym swym zdaniu. 
Cholera. 
— I co, posłuchałeś jej, czy nadal walczysz? — zapytał, przewiercając mnie bystrym spojrzeniem na wylot. 
Jak mogę walczyć, skoro nie mam o kogo? Zostawiła mnie z moimi demonami na pastwę losu. 
— Odpuściłem. 
— Idiota. 
— Zamknij się, Ron. Zgrywasz eksperta od spraw sercowych, a sam nie masz nawet dziewczyny już od dobrego roku. 
Na moje słowa zareagował niepokojącym śmiechem. 
Super, czyli kogoś ma. 
— Dlaczego nie powiedziałeś…? — zapytałem, dolewając sobie wina do kieliszka. 
— Cóż, nie angażuję się w stałe związki, ale muszę przyznać, że wypatrzyłem już swoją ofiarę. 
— Świetnie. Jeszcze powiedz mi, że nasz otyły, niechlujny kuzyn od strony wuja Thomasa ma kogoś, to się załamię. 
— Z tego, co mi wiadomo, niedawno kogoś poznał. 
— Chyba sobie ze mnie żarty robisz. 
— Jak nie wierzysz, to zadzwoń do niego. — burknął ponuro Aaron i odłożył na stół pusty kieliszek. 
— Ale on był… 
Tak, nasz kuzyn był specyficzny. 
Wrażliwy grubasek z nieco przetłuszczonymi włosami. 
Nie widziałem go już kilka dobrych lat. 
— Tak, wiem. 
Oparłem głowę o dłonie w geście załamania, a mój wzrok mimowolnie skierował się w stronę widoku miasta rozciągającego się za oknem. 
— Noah, ale powiedz mi… Dlaczego wtedy, gdy wyznała ci miłość, zachowałeś się jak skończony dupek? 
— Nie twoja sprawa. 
— To po cholerę prosisz mnie o pomoc, skoro nie chcesz nic powiedzieć? — zmarszczył nerwowo brwi i rozłożył ręce, ukazując w ten sposób swoje niezrozumienie. 
— Po prostu nie chcę się do nikogo przywiązywać. 
— Dlaczego? — robił to, czego nienawidzę najbardziej. 
Drążył temat. 
— Bo to wiąże się ze stratą. 
— Jesteś walnięty, chyba zdążyłeś sobie to uświadomić, prawda? — zaśmiał się nisko, po czym przeczesał palcami swe kruczoczarne włosy. — Może jeszcze powiesz mi, że ci na niej nie zależy? 
Te słowa uderzyły mnie niczym pocisk armatni, wręcz zmuszając do refleksji. 
— Zależy, ale nie mogę tego pogłębiać. 
— Jeżeli myślisz, że unikając jakichkolwiek uczuć, pozbędziesz się cierpienia, to niestety, żyjesz w cholernym błędzie. 
Poza tym, całe to zajście tylko to udowadnia. Odrzuciłeś ją i co? Jesteś szczęśliwy? 
Miał doskonałe argumenty. 
Praca nauczyła go świetnych umiejętności przemawiania, muszę mu to przyznać. 
— Możesz przestać mnie dobijać, tylko pomóc? 
— Noah, ja… wiem, że twoje podejście nie wzięło się znikąd. Jestem świadomy, że nierówne traktowanie przez rodziców i cały ten wyścig szczurów pomiędzy nami odcisnął na tobie nieodwracalne piętno, ale Noah, ja chcę naprawić naszą relację i zakopać topór wojenny. 
— Ruiny nie da się tak łatwo odbudować. 
— Żebyś się nie zdziwił, braciszku. 
— Nie nazywaj mnie zdrobniale, bo wybiję ci zęby. — mam wrażenie, że moje złośliwe riposty osiągnęły już najniższy możliwy poziom. Kiedyś jeszcze miały klasę, a teraz opierają się na groźbach. 
Żałosne. 
Aaron spojrzał na zegarek i powoli wstał ze skórzanego fotela. 
— Chodź, pojedziemy razem do jakiegoś klubu, napijemy się czegoś i trochę potańczymy. 
— Ja i taniec? — z moich ust wyrwała się salwa panicznego śmiechu. 
— Tak, ty i taniec. Zbieraj się, tylko… stary, weź prysznic. Cuchniesz tanim alkoholem. 
Przewróciłem nerwowo oczyma i ponownie doprowadziłem się do ludzkiego stanu. 
*** 
Świeże, pachnące włosy układały się w nieco niesforną grzywkę, a granatowa koszula, którą pożyczył mi Aaron, doskonale podkreślała moje mięśnie i idealnie współgrała ze zwykłymi, czarnymi spodniami. 
— Gotowy? — zapytałem, zerkając ukradkiem na brata, który właśnie zakładał na rękę zegarek. 
— Ta. 
Muszę przyznać, że w swojej błękitnej koszuli wyglądał naprawdę dobrze. 
— Chodź, taksówka już na nas czeka. — psiknął mnie i siebie jakąś mocną wodą kolońską, po czym skierował się w stronę drzwi wejściowych. 
*** 
Kiedy tylko przekroczyliśmy próg lokalu, do moich uszu wdarła się przeraźliwie głośna muzyka, a spojrzenia kilkunastu kobiet bezwstydnie zatrzymały się na nas, nawet na moment nie zmieniając swego kierunku. 
Po przeciśnięciu się przez tłum rozbawionych ludzi, usiedliśmy w nieco spokojniejszym miejscu i zamówiliśmy starą, dobrą brandy, którą obaj lubiliśmy. 
Kilka chwil później roześmiani i rumiani, a raczej – po prostu podpici, zwróciliśmy swą uwagę na jedną z dziewczyn siedzących przy barze. 
I tak oto kilkanaście minut wymieniania się nawzajem flirciarskimi uśmiechami skończyło się na tym, że długonoga brunetka imieniem Sarah, właśnie siedziała z nami przy stoliku, trzepocząc rzęsami. 
— Bracia Brown? — zmierzyła nas swoimi zielonymi oczyma, a dekolt jej sukienki odsłaniał wiele. 
Zbyt wiele. 
— We własnej osobie. — odparłem entuzjastycznie, sam siebie nie poznając. 
Całe moje życie było mi wstyd za swoje nazwisko, niejednokrotnie myślałem nad jego zmianą, a teraz gram w otwarte karty i przyznaję się do tego bez większego sprzeciwu? 
Pora przystopować z brandy. 
— No proszę, bardzo miło mi was poznać panowie.
— I vice versa. — kąciki moich ust uniosły się w kokieteryjnym uśmiechu.
Noah, nie. — Kogo moje oczy widzą, czy to mój najukochańszy szef, upity w pień? — usłyszałem wysoki, melodyjny głos, którego źródłem była smukła blondynka w obcisłej, czerwonej sukience.
— Julie? — oczy Aarona otworzyły się szerzej. — Julie, to Noah – mój brat. Noa, to moja sekretarka – Julie. — wstał, zachwiał się i przedstawił nas, szczerząc przy tym swoje śnieżnobiałe zęby.
— Miło poznać. — rzekła, poprawiając kosmyk włosów.
Siedzieliśmy w czwórkę, prowadząc żywą rozmowę do momentu, w którym stwierdziliśmy, że pójdziemy zatańczyć.
Aaron, doskonały tancerz nie miał z tym problemu, jednak ja z trudem dałem się wyciągnąć na parkiet.
Na szczęście Sarah również miała z tym problemy, więc nie wynikło z tego nic krępującego, poza salwą rozradowanego, beztroskiego śmiechu.
Tańczyliśmy w powolny rytm muzyki i wtuleni w siebie, szeptaliśmy sobie do ucha momentami nieco sprośne rzeczy, które wywoływały ciepły dreszcz na moim kręgosłupie.
Noah, nie.
Przyciągnąłem brunetkę bliżej tak, że dzieliły nas centymetry.
Noah, nie.
Alkohol z każdą chwilą pogarszał mój stan, odbierając kontrolę nad samym sobą.
Noah, nie.
Czułem się niczym marionetka, która nie może wykonać niczego samodzielnie.
Noah, nie. 
Kierowało mną upojenie.
Noah, nie.
— Chodź, jedziemy do mojego domu. — pociągnąłem kobietę za rękę i pomachałem Aaronowi na pożegnanie, jednak po chwili poczułem silną dłoń na swoim ramieniu.
— Noah, nie rób tego. To nie przyniesie ci szczęścia, tylko pogorszy sprawę. — spojrzał na mnie zatroskanym spojrzeniem, a ja nerwowo wyrwałem się z jego uścisku.
— Stul pysk.
Razem z Sarą wsiedliśmy do taksówki i zamówiliśmy kurs prosto do mojego domu.
*** 
Właśnie zamknąłem za sobą drzwi i czym prędzej przywarłem do brunetki, obdarowując jej szyję licznymi pocałunkami, które wręcz rozpaczliwie domagały się odrobiny bliskości i szczęścia. 
Szczęścia, którego od ponad dwóch tygodni uporczywie mi brakowało. 
O dziwo, mimo ilości pocałunków, wszystkie razem nie dawały mi nawet namiastki tego samego uczucia, które wypełniło moje ciało podczas pocałunku z rudowłosą. 
Kobieta wciągnęła mnie do wnętrza domu za kołnierzyk od koszuli, nie odrywając swoich ust od moich. 
*** 
Kiedy próbowałem rozpiąć suknię Sary, ujrzałem przed sobą zapłakaną Lou, która patrzyła na mnie z wyrzutem, po czym odwróciła się i zniknęła w ciemnościach mojego umysłu. 
Zwidy? 
— Louise. — chciałem wypowiedzieć to w myślach, jednak szepnąłem to na głos z takim żalem, że brunetka odwróciła się i zmierzyła mnie zdezorientowanym spojrzeniem. 
— Jaka Louise? 
— Nieważne. — odparłem tak twardym tonem, że sam się go przestraszyłem. 
— Nie zawracaj sobie głowy żadną Louise, teraz masz mnie. — zdjęła suknię i stanęła przede mną w samej bieliźnie, co nie wywołało na mnie żadnego wrażenia. 
Wykonała krok bliżej i zaczęła rozpinać guziki granatowej koszuli, patrząc prosto w moje puste oczy, które nie kryły w sobie żadnych uczuć. 
— Ja...Nie mogę. — odsunąłem się od kobiety i zaplotłem dłonie na karku. 
— Żarty sobie ze mnie robisz? — usiadła na sypialnianym łóżku i mierzyła mnie rozwścieczonym spojrzeniem. 
W milczeniu wyszedłem z pokoju i wziąłem lodowaty prysznic, a kiedy już wróciłem, Sara spała. 
Postanowiłem, że zachowam resztki godności i pozwolę jej tu przenocować, skoro tak bezczelnie ją potraktowałem. 
Udałem się w kierunku salonu i zasnąłem na starej, skrzypiącej kanapie, której sprężyny wbijały się w mój kręgosłup, powodując, że nie mogłem zmrużyć oka. 
Noah, spieprzyłeś. 

*** 
Rano usłyszałem dzwonek do drzwi. 
Czym prędzej przetarłem znużone oczy, jednak zanim zdążyłem wstać, Sarah w bieliźnie, owinięta zaledwie skrawkiem mojej koszuli, otworzyła drzwi. 
Kiedy zauważyłem osobę stojącą w progu, zamarłem. 
— Louise! — krzyknąłem na całe gardło, jednak całkowicie mnie zignorowała, po czym weszła do środka, zabrała jakąś torebkę, którą najwyraźniej tu zostawiła, a następnie wyszła, trzaskając drzwiami.
Nie.
To nie może być rzeczywistość.
Błagam, nie.
Zacisnąłem z całej siły pięści.
*
— Sarah, wynoś się.
*
Zapłonąłem niewyobrażalnym gniewem, gdyż straciłem rudowłosą. 
Osobę, która dawała mi poszukiwaną przez całe życie radość.
Louise, dlaczego mi to robisz?
Louise...?
Żegnaj Louise. 
Rozpadłem się.
Ległem w gruzach.
I nikt mi już nie pomoże. 
To koniec. 
Zatracam się w swym smutku. 
Bezkresnym smutku, którego źródłem jesteś ty. 
I moja zakazana miłość do ciebie. 

*
"Feel the vibe, feel the terror, feel the pain It's driving me insane 
I can't fake 
For god sakes why am I 
Driving in the wrong lane 
Trouble is my middle name 
But in the end I'm not too bad 
Can someone tell me if it's wrong to be so mad about you 
Mad about you 
Mad"
                  ~Hooverphonic - Mad About You


Louise?

1 paź 2018

Od Wandy CD Nivana

— Komu chcę kupić te kwiatuszki — burknął raczej nieśmiało i może ciutkę mnie przedrzeźniając. Prychnęłam, zarzucając głową na bok, podczas gdy ten odwdzięczył się tym samym, fuknięciem i odwróceniem wzroku. — Watsonowi chcę kupić, ok?
Spojrzałam się na niego z charakterystycznym błyskiem w oku typu mów mi więcej, potrzebuję więcej, tutaj i teraz. Bo przecież, nawet jeżeli nigdy nie byłam fanką ich relacji, i ze względu na Watsona, i ze względu na Nivana. Bo może tego drugiego kochałam całym sercem, a tego pierwszego, no, ciutkę mniej, to jednak i pomiędzy nami coś tam się wywiązało, powstało jakieś przywiązanie i czasami miałam ochotę po prostu poklepać go po plecach.
Ale to dopiero po daniu mu w tę śliczną twarzyczkę, bo i na to ode mnie zasługiwał, ale to była zupełnie inna, trochę przydługa historia.
Zastukałam wesoło palcami o blat lady i zeskoczyłam na ziemię.
— Lubi chryzantemy. Te fioletowe, ale mam wrażenie, że to ciut za smutne i poważne, jak na waszą relację — stwierdziłam, podnosząc dosyć sugestywnie brwi. — Może frezje? Różowe — mruknęłam, podchodząc do kwiatów i przejechałam palcami po łodydze jednego z nich. — Niezobowiązujące zaproszenie do flirtu — parsknęłam cicho, prostując się ostatecznie i kładąc dłonie na biodrach, czekając na jego odpowiedź.
Bo chyba się ciutkę zaciął.

Podsumowanie września

Dzień dobry [wieczór], moi mili!
Wrzesień, przynajmniej mi, mija niebywale szybko, dzięki czemu bez problemu jestem w stanie przeżyć nużące siedem lekcji, które czają się za rogiem każdego dnia, wykrzykując wniebogłosy "polegniesz na chemii! Na fizyce też!". Pamiętacie z pewnością, że w poprzednim podsumowaniu życzyłam wam powodzenia w szkole, także i teraz nie oszczędzę życzeń — każdy z was zasługuje na nie szóstki, a siódemki. Mimo, że wrześniowa aktywność nie była zbyt dobra, jesteście wielcy!
Jak zostało już wspomniane — aktywność w tym miesiącu z pewnością nie należała do najlepszych. Mimo wszystko jesteśmy niezmiernie wdzięczne za 95 postów, bo niełatwą sztuką jest pisanie na początku roku szkolnego, doskonale to rozumiemy. W tym miesiącu nie zagłębiajmy się w dni największej aktywności, ponieważ takowa utrzymywała się przez cały wrzesień podobnie. Wyświetleń zdobyliśmy nieco ponad osiem tysięcy pięćset, co w porównaniu do lipca czy tym bardziej sierpnia nie jest zbyt świetnym wynikiem. Trzecią kwestią są postacie, które dołączyły do nas w tymże miesiącu. I tutaj liczba nie była duża — zaledwie trzy postacie damskie.

Wybór był trudny. Nie, nie ze względu na dużą ilość kandydatów, nie ukrywajmy — wręcz przeciwnie. W tym miesiącu pod uwagę wzięliśmy długość i jakość opowiadań, a nie ilość, jak w poprzednich wyborach. Także serdecznie gratulujemy...
Adaline oraz Julien prowadzą wspólny wątek, którego jedno opowiadanie liczy na ogół tysiąc-dwa tysiące słów, nie raz doprowadzono nawet do trzech tysięcy! Serdecznie gratulujemy. Wędruje do was po 100PD.
Jednakże, jak to mamy w zwyczaju, pojawiają się i drobne wyróżnienia. W tym miesiącu należą one do Althei, Aarona oraz Wandy!
Altheo, spotykamy się tutaj któryś raz z rzędu, prawda? Należałaś do grona najaktywniejszych, twoje opowiadania są naprawdę ciekawe, a także najczęściej doczepiamy do niego bonus tysiąca słów. W twoje skromne ręce wędruje 60PD.
Aaronie, twoje aktywność także wybiła się ponad inne, za co zyskujesz 45PD.
Ostatni punkt, Wando, dołączyłaś do nas we wrześniu, jednak nie sposób nie zauważyć ilości twoich opowiadań. Zyskujesz 35PD.
• Po pierwsze — nowe twarze w sierocińcu. Wspólnie oczekujcie, już na dniach zobaczycie nową, odświeżoną zakładkę. Pamiętajcie! Jeśli chcecie zachować aktualną rezerwację, zgłoście się do jednej z administratorek.
• Po drugie, nowy szablon. On także dotrze do nas w ciągu kilku dni. Tym razem będzie on w typowo jesiennych barwach, chcemy dostosowywać się do pór roku i co kwartał zmieniać szablon na odpowiedni dla aktualnej pory. Z góry mogę zapewnić — warto poczekać!
• Skoro nowy szablon, to i nowa grafika. Dla aktualnej zostanie stworzona dodatkowa strona, więc nie martwcie się — wasze prace nie pójdą w las! Ale chwileczkę, to nie koniec. Wy, jako członkowie, możecie wykonać avatar (10PD), banner (25PD), prezentację (40PD), zaproszenie (40PD) czy button (5PD) dla Avenley River.
• Ze zmian, które we wrześniu zaszły doliczmy jeszcze aktualizację fabuły autorstwa Brooke, a także podzielenie zakładki Okolice na dwie części — Miasto oraz Okolice, do których linki znajdziecie na stronie Tereny Avenley River.
• Niedługo uzupełnimy KAR oraz zaktualizujemy kalendarz.
          Przenieśmy się kilkaset lat wstecz, do roku tysiąc siedemset dwudziestego trzeciego roku. Carabell, niepozorna wioska, którą zamieszkują rzemieślnicy, urzędnicy, komornicy, woźnice, gospodynie domowe, kucharki, szlachcice, rolnicy, chłopi oraz garść innych osób, których nazwiska nie znał praktycznie nikt. Właśnie ci ludzie stanowili ciemną stronę społeczności Carabell. Od niepamiętnych czasów miasto było stolicą niewyjaśnionych zdarzeń — dorożki królów wyjeżdżające poza granicę znikały, a ich szczątki w równie tajemniczy sposób odnajdywały się równe sześćset sześćdziesiąt cztery dni po tragedii, jednakże, jak wiadomo — nawet najwyśmienitsi szamani z okręgu państwa nie potrafili cofnąć czasu. Tutejsza szlachta nie stroniła od najróżniejszych rozrywek, jakimi najczęściej były proste dogryzki osobom z niższej warstwy społecznej. Niekiedy owe zamieniały się w nękanie, innymi razy jednorazowe tortury. Nikt nie dowiedział się prawdy.
Startujemy 20.10!

Na koniec dodam, iż niedługo nasz blog zrecenzuje Kociak z Królestwa Kociaka, na co wyczekujemy niecierpliwie! pospiesz się z tym szablonem Alth
Louysa

Od Louise cd. Noah

         Uniosłam rękę, by chociażby spróbować wyrwać ją z ręki szatyna. Kręciłam głową, powtarzając krótkie "Daj mi spokój". Przysięgam, nie było osoby, która potrafiła tak zrujnować moją nadzieję jednym gestem. Flirtuje. Całuje. Zostawia. Niczego innego nie mogłam się spodziewać, nie po nim. Łudziłam się, że chociaż on będzie choć trochę różnił się od Aarona, który, wedle opowieści, był typowym facetem z zimnym sercem. Wzięłam wdech, delikatnie obracając głowę w jego stronę. Jego oczy. Czułam, jak wewnątrz mnie zbierają się wszystkie uczucia, kiedy na nie spojrzałam. Mimo wszystko nie potrafiłam patrzeć na niego tak, jak robiłam to tak niedawno. Tak niewiele czasu minęło, a zdążyłam stać się obojętna na jego uczucia i emocje. Ze wszystkich sił chciałam zapomnieć, że istnieje ktoś taki jak Noah Brown. Co ja sobie wyobrażałam? Szczęśliwy związek, małżeństwo, państwo Brown z gromadką szczęśliwych dzieciaków? Tak, dokładnie tak. Takie miałam marzenia, od zawsze. Cudowny mąż, wyczekiwane dzieci, kochająca się, pełna rodzina.
         — Louise — wypowiedział moje imię takim cholernym tonem, że wewnątrz mnie niemalże się zagotowało. Nie potrafiłam być na niego zła.
         Ale tak naprawdę słowa ranią gorzej, niż jakikolwiek czyn.
         — Zaufałam ci. — wzięłam głęboki wdech. — Byłeś dla mnie bardzo ważny. Stanowiłeś nieodłączną część mojego życia, Noah. Na siłę próbujesz być kimś nieważnym? Chcesz zapomnieć o tym wszystkim, co zadziało się między nami? Nie cofniemy czasu. Jednak... jeśli naprawdę chcesz, możemy zakończyć to wszystko. Jeśli taka jest twoja wola, spełnię ją. Nie, nie dlatego, że chcę dla ciebie jak najlepiej. Zmieniłeś mnie i... to chyba czas na odcięcie się. Dziękuję ci za wszystko, przepraszam za błędy. — Wyciągnęłam z kieszeni kurtki telefon. — Dziesiąta dwadzieścia dwie, muszę już iść. Roxy czeka na mnie pod pałacem, umówiłyśmy się. Miłego dnia. — Posłałam mu już kolejny nieszczery uśmiech, oddalając o kilka kroków, by móc być pewną, iż nie wpadnie mu do głowy żaden głupi pomysł typu pójścia za mną. Czymże ja się przejmuję? Już mu nie zależy.
         To koniec, nie ma czym się przejmować. Mogę wrócić do Sam, do Roxy, poświęcić im czas, który dotychczas przeznaczany był na Noah, nie zaszkodzi spróbować zagadać do tego śmiesznego chłopca z kawiarni, którą odwiedzam coraz częściej. Kto wie, może okaże się choć trochę milszy, niż Brown. Wygląda na porządnego, a grunt to dobra prezentacja. Właśnie, Sam coś ostatnio szwankuje. Żywy okaz zdrowia jak wściekły wysyła mi chaty, gdzie albo leży zmarnowana na ciemnej jak piekło pościeli i jęczy, że zaraz wybuchnie jej głowa, co kilka sekund pijąc już trzecią herbatę, choć jest dopiero dziesiąta, albo przygotowuje ową herbatę i komentuje każdy składnik niczym najznakomitszy kucharz. Kocham ją za to, przysięgam. A tak między nami, spotkanie z Roxanne to tylko głupia wymówka, nie miałam ochoty czekać tam jak idiotka i wysłuchiwać jego głupiej gadaniny. Nie potrafię wrócić do czasów, kiedy łączyły nas owocowe lody i zwykła znajomość, towarzyszył mi zbyt wielki ból i swego rodzaju tęsknota. Chciałam, żeby wszystko było w normie, ale teraz, gdy cała relacja poszła w las, mogę pomarzyć, ale i to sobie odpuszczałam. Trzeba żyć teraz, chwilą, cieszyć się wolnością, póki nadal jestem dzieciakiem w ciele dorosłej Louise Watso... o cholera. Kompletnie zapomniałam. Przez nawał wydarzeń wyleciało mi z głowy konto na Avengramie, gdzie powinnam pojawić się już kilka tygodni temu. Złapałam za telefon i wystukałam hasło, po czym odwiedziłam aplikację. Zalogowałam się na drugie konto, gdzie podszywałam się pod Miley (ale hej, to nie jest do końca podszywanie — nikt taki, poza mną, nie istnieje!). Ponad dwieście szesnaście wiadomości prywatnych. Dwa i pół tysiąca komentarzy pod ostatnim postem. Ale jedna jedyna przykuł moją uwagę. Od Noah.
         Nie był zbyt kreatywny, jeśli chodzi o nazwę.
         Skąd on wiedział?
         Czy jestem tak przewidywalna?
         Włączyłam jego profil, klikając konwersację prywatną. Trzy wiadomości, kolejno sprzed miesiąca, tygodnia, dwóch dni.
xx_miley: Nie mam ci wiele do powiedzenia, Noah. Naprawdę nie wiem, jakim cudem, nie wiem, co z tym faktem zrobić, nie wiem też, co z nami, ale proszę. Nie pisz do mnie. Ani tu, ani na prywatne konto, ani na Arbook, Chatley czy gdziekolwiek. Myślę, że pora to zakończyć.
          Pora to zakończyć, jak to w ogóle brzmi?

Noah?
Wybacz, że lecę na krótkich, ale coś ostatnio słabo u mnie z pomysłami.