Bez słowa zabieram się za czyszczenie koszuli. Z doświadczenia wiem, jak uciążliwym przeciwnikiem jest sok porzeczkowy i praktycznie mogę pożegnać się z dość świeżym ubraniem kupionym zaledwie tydzień temu. Jednakże problem był inny — mimo wszystko, nie jestem w stanie pójść na festiwal i zaprezentować się tam w zabrudzonej odzieży, co raczej nie jest zbytnim zaskoczeniem. Kątem oka zerkam na dzieciaki, które nie przestawały śmiać się z własnych żartów. Nie mam im tego za złe, sama doskonale pamiętam ten czas, kiedy kilka lat temu byłam dosłownie taka sama, jak ta zgraja. Ignorowałam dorosłych, nie przepraszałam, nie dziękowałam, nie prosiłam i nie czułam wyrzutów sumienia, równocześnie korzystając z młodości na sto procent. Jak się okazuje, wtedy to było nieco prostsze, niż jest teraz. I tak trąc i trąc, powoli tracę nadzieję, więc wsuwam chusteczkę do kieszeni w plecaku. Następuje kolejne zawirowanie — winda przebywa może pół metra i trzęsie się niespokojnie. Na skutek tego, jedna dziewczynka z grupy dzieciaków oznajmia dość cicho, że jest jej niedobrze. Kolejny wstrząs można nazwać jeszcze gorszym, ponieważ owa dziewczyna właśnie wymiotuje prosto na klatkę piersiową jednego z chłopców. Przyglądam się nietypowej sytuacji, gdzie zawstydzona rudowłosa wysłuchuje obelg na swój temat. Na samym początku ignoruję przepychankę słowną, nie bacząc na wrogi wzrok drugiej kobiety w pomieszczeniu. Dostrzegam jednak, że niezbyt przyjemna kłótnia nie skłania się ku końcowi, więc łapię dziewczynę za ramię i delikatnie przyciągam do siebie. Poddenerwowana wbija we mnie żółto-złoty wzrok, a gdy wyczuwa, iż w kącikach jej oczu namnażają się łzy, przeciera je lekko. Na mojej twarzy pojawia się cień uśmiechu, kiedy nieznajoma, z pewnością starsza dziewczyna, podaje paczkę z chusteczkami młodszej. Z kieszeni plecaka wyjmuję niegazowaną wodę, której wciąż nie miałam okazji otworzyć. Przekręcam korek i podaję butelkę, aby dziecko mogło napić się choć trochę.
1 maj 2019
Od Charlie cd. Ophelia
Zatrzaskuję za sobą drzwi i, rutynowo, ściągam ze stóp stare tenisówki. I stojąc tak na progu świeżo wyremontowanego salonu, napawam się ładniutką wonią pizzy, która, jak się okazuje później, została zamówiona przez mamę dla nas. Wieża stereo jest włączona, jednak nie mogę wsłuchać się w melodię, ponieważ lecący w telewizji paradokument skutecznie zagłusza muzykę. Słyszę również brzęk butelek, więc udaję się do kuchni. Przy wysepce usadowiła się moja matka, aktualnie przeszukująca papiery. Przyglądam się jej dokładnie, a kiedy zauważa moje spojrzenie, na jej twarzy pojawia się niewielki uśmiech. Zanim mówię cokolwiek, po raz kolejny spuszcza głowę i łapie za kieliszek wina, pociągając duży łyk.
— Byłaś tam? — zaczynam rozmowę. Wiem, że wkraczam na niebezpieczny teren i w każdej chwili mogę spodziewać się nieumiejętnego podjęcia próby zmiany tematu. Kręci głową, chociaż sprawia wrażenie, iż mnie ignoruje. — Mamo, mogłabyś na mnie spojrzeć?
— Byłaś tam? — zaczynam rozmowę. Wiem, że wkraczam na niebezpieczny teren i w każdej chwili mogę spodziewać się nieumiejętnego podjęcia próby zmiany tematu. Kręci głową, chociaż sprawia wrażenie, iż mnie ignoruje. — Mamo, mogłabyś na mnie spojrzeć?
Od Camerona do Noelii
Każdy poranek okazuje się być kolejną walką o ciche opuszczenie mieszkania. Tak się składa, iż wychodzę do pracy jako pierwszy, więc moim obowiązkiem jest zachowanie kultury podczas toczenia porannego boju z toaletą czy kuchnią. Na domiar złego, trzaskom szafek akompaniuje miauczenie kota, którego humorki znoszę gorzej, niż ciążowe zachcianki Raven. Jeżeli mam być szczery, ze wszystkich sił staram się nie myśleć o tym, co czeka nas za pięć miesięcy i tym, ile wydatków nagromadzi się przez następne lata. Nie, jeszcze inaczej. Boję się tej odpowiedzialności, w końcu czarnowłosa będzie musiała wytłumaczyć dzieciakowi, kto jest jego (lub jej) ojcem i dlaczego nie jest z mamusią. Z tego względu będę musiał się wynieść za jakiś czas, nie mam zamiaru bawić się w pieprzoną niańkę i w tym momencie włącza się u mnie ta nieodpowiedzialna kontrolka, która mówi, abym uciekał od problemów tak, jak ludzie w moim życiu. Jestem pewien, że Rav nie będzie domagać się alimentów, jednakże wpierw muszę z nią poważnie porozmawiać.
Jednakże wracając do przyziemnych spraw, właśnie napełniam miseczkę rudego kociaka mokrą, śmierdzącą karmą, po czym dwa razy myję ręce, by pozbyć się tego zapachu. Kiedy pochłonięty śniadaniem pupil na chwilę zapomina o robieniu hałasu, opuszczam kuchnię z talerzem i kubkiem w dłoniach. Jak to zazwyczaj, na głównym kanale leci program informacyjny, podobnie na kilkunastu innych, a później pojawia się strefa filmowa z mdłymi dramatami rodem z Calor.
Jednakże wracając do przyziemnych spraw, właśnie napełniam miseczkę rudego kociaka mokrą, śmierdzącą karmą, po czym dwa razy myję ręce, by pozbyć się tego zapachu. Kiedy pochłonięty śniadaniem pupil na chwilę zapomina o robieniu hałasu, opuszczam kuchnię z talerzem i kubkiem w dłoniach. Jak to zazwyczaj, na głównym kanale leci program informacyjny, podobnie na kilkunastu innych, a później pojawia się strefa filmowa z mdłymi dramatami rodem z Calor.
Od Odeyi C.D Samuel
Na początku miałam wątpliwości, czy aby na pewno się z nim gdzieś zabrać. To nie tak, że się go bałam, ale nie chciałam mieć przez to żadnych problemów ze strony rodziny… i w sumie nie tylko. Prasa lubi wyłapywać skandale, a “schadzki” córki bogatego biznesmena z mężczyzną, który z pewnością nie jest jej narzeczonym to idealny materiał na kolejny nagłówek brukowca. Mój ojciec woli czegoś takiego unikać i z tym się z nim w zupełności zgadzam. Nie interesuje mnie bycie na okładce gazety. Szczególnie w takim kontekście.
Spojrzałam na mężczyznę wzrokiem, który wyraźnie podkreślał to, iż w tym momencie jestem wyjątkowo pewna siebie.
- Nie - opowiedziałam mu spokojnym głosem. - Jedynie trzymam ciebie na dystans. A w głowę mi nie strzelisz. - Uśmiechnęłam się pewnie. - Twojemu ojcu zależy na tej umowie, a moja śmierć byłaby jej zerwaniem, więc daruj sobie takie pytania.
Po moich słowach obróciłam się do niego tyłem i oparłam przedramionami o barierkę. Swój wzrok natomiast przeniosłam na panoramę miasta, które o tej godzinie wyglądało zadziwiająco pięknie. Niby była noc i Avenley powinno spać, jednak światła wszędzie były pozapalane. Nie tylko te uliczne. Z niektórych domach i biurowcach wypływała ciepła poświata, która na tle mroku dobrze się wyróżniała.
Spojrzałam na mężczyznę wzrokiem, który wyraźnie podkreślał to, iż w tym momencie jestem wyjątkowo pewna siebie.
- Nie - opowiedziałam mu spokojnym głosem. - Jedynie trzymam ciebie na dystans. A w głowę mi nie strzelisz. - Uśmiechnęłam się pewnie. - Twojemu ojcu zależy na tej umowie, a moja śmierć byłaby jej zerwaniem, więc daruj sobie takie pytania.
Po moich słowach obróciłam się do niego tyłem i oparłam przedramionami o barierkę. Swój wzrok natomiast przeniosłam na panoramę miasta, które o tej godzinie wyglądało zadziwiająco pięknie. Niby była noc i Avenley powinno spać, jednak światła wszędzie były pozapalane. Nie tylko te uliczne. Z niektórych domach i biurowcach wypływała ciepła poświata, która na tle mroku dobrze się wyróżniała.
Od Neala c.d. Candice
Oglądam dokładnie niewielką kartkę w moich dłoniach. Wewnętrznie można powiedzieć karcę samego siebie, za to, że zabrałem rysunek tej dziewczynie, jednak z drugiej strony jestem z siebie zadowolony. To dziwna sytuacja, w której ostatecznym argumentem przekonującym mnie o słuszności jego czynu jest mały, napisany okrągłym, ładnym pismem, imię i nazwisko właścicielki. Kilka razy obracam jeszcze kartkę, myśląc, że mój umysł płata mi figle, że to spotkanie było jak placebo dla mojego chorego, stęsknionego umysłu, jednak za każdym razem widzę ten sam podpis, przez który przebiega przez całe moje ciało dreszcz.
Candice Snow.
Candice Snow.
Obraca jeszcze raz. Candice Snow.
Może teraz... Candice Snow.
Proszę... CANDICE SNOW.
Obracam się i rozglądam po chodniku za rudowłosą młodą kobietą i jej rowerem. Nigdzie już jej nie ma. Powinienem był ją zatrzymać. Widzisz Neal? Zawsze tak z tobą jest. Wzdycham, nagle skręcając na przejście dla pieszych. Miałem iść do domu, ale czuję potrzebę rozmowy z kimś, a tą osobą naturalnie jest Millie. Ona zrozumie. Powinien być u niej również Adrien, w końcu coś między nimi chyba zaczyna być, więc tym lepiej. On zawsze potrafił mnie obronić w razie potrzeby, ponieważ ja szczerze mówiąc nigdy nie potrafiłem kłócić się z Millie i nigdy nie chciałem tego robić, od tego zawsze był Adrien.Od Gabriela
Drżącą ręką próbowałem wyłączyć nieustannie dzwoniący telefon. Moja lista kontaktów ograniczała się do kilku numerów, za pomocą których byłem w stanie porozumieć się z szemranymi gośćmi, za pośrednictwem których miałem załatwioną moją szemraną pracę, a jedyną osobą, którą obchodzi co robię w środę o szóstej nad ranem, jest Sarah. W końcu dilerzy nie zadzwonią, aby spytać jak się czuję, co najwyżej spytają się, czy dali mi dobry towar. W rzeczywistości nawet nie obchodziłoby ich, czy żyję. Nie traktowałem mojej siostry dobrze i wiedziałem to, ale nie mogłem się zmienić, bo nie potrafiłem. Po drugim odrzuconym połączeniu po prostu wyłączyłem telefon, skazując Sarah na dzień pełen zmartwień, ale nie dbałem o to tak bardzo, jak powinienem, zupełnie tak, jakbym został pozbawiony empatii i innych uczuć. W tym momencie byłem tylko i wyłącznie spragniony wody i leków przeciwbólowych.
Po omacku zasunąłem rolety, aby w pokoju zapanował półmrok, który moje oczy przyjęły z ulgą i podziękowaniem. Potrzebowałem okularów przeciwsłonecznych, jednak jak na złość nigdzie ich nie było. Sarah by wiedziała, gdzie je położyłem, w końcu nie tak dawno robiła mi porządki w mieszkaniu.
Odsunąłem na darmo rzeczy z zagraconego biurka - tam mojej zguby nie było, a wszystkie pierdoły spadły na podłogę, robiąc jeszcze większy syf, niż był.
Pod kanapą, w salonie także ich nie znalazłem, podobnie jak nie było ich pod fotelem i w półce, na której stał plazmowy telewizor, aktualnie ze zbitą matrycą.
Znalazłem je dopiero po kilkunastu minutach, w wannie. Nie miałem ochoty szukać leków przeciwbólowych, dlatego postanowiłem, że po prostu je kupię za pieniądze Sarah, swoje jednak skrupulatnie składając w koncie bankowym, o którym jednak ona nie wiedziała, myśląc, że na ogół nie mam grosza przy duszy. To nie było tak, że ukrywałem to przed nią w jakichś niecnych celach - obiecałem sobie, że dam jej wszystko, co uzbierałem, gdy tylko zacznie jej brakować.
Wsunąłem czarne dresy na nogi, zwykłą, białą bluzę, mimo że na dworze było z dwadzieścia stopni, po czym wyszedłem z domu. Wstydem było wychodzenie chociażby za drzwi mieszkania w dzień, gdy było jasno. Moja sześćdziesięcioletnia sąsiadka, mijając mnie, obdarowała mnie zniesmaczonym uśmiechem, patrząc na sińce pod oczami, ziemistą, niezdrowo bladą cerę, przetłuszczone już włosy i zgarbioną sylwetkę. Byłem na głodzie, dlatego też wolałem nie wdawać się w rozmowę, która mogłaby mnie sprowokować. Wsiadłem na motor, nawet nie dbając o kask, miałem do przejechania zaledwie kilkanaście metrów, ale zawsze to szybciej podjechać, niż iść na piechotę. Włączyłem się do ruchu, za kilka minut zjeżdżając na podjazd wyłożony brzydką, rudą, wystającą kostką brukową. Podszedłem do drzwi frontowych, pukając w nie. One też były brzydkie, drewniane i obdrapane, ale czego mogłem się spodziewać, znając mieszkańca i dobrze wiedząc, jaki jest?
– Wejdź – mruknął po otwarciu drzwi, a ja przekroczyłem próg jego mieszkania, czując smród alkoholu, chociaż czy naprawdę był to dla mnie smród, skoro piłem tego ile wlezie? – Masz coś dla mnie? – spytał od razu, a ja jedynie przewróciłem oczami, zakładając ręce na piersi. Oczywiście, że miałem.
– Znasz zasady, więc dlaczego liczysz na to, że specjalnie dla ciebie z nich zrezygnuję? – odparłem, a mężczyzna automatycznie sięgnął do kieszeni, wyjmując plik banknotów. Brudna robota wzywa od rana. Przyjąłem pieniądze, szukając po kieszeniach tego, co chciał. W końcu położyłem na jego spieczonej od słońca dłoni kilka saszetek i foliowych torebeczek, wypełnionych narkotykami i ziołem, kiwając głową na pożegnanie. Sam sobie otworzyłem drzwi i sam je zamknąłem, bo podejrzewałem, że mój stały klient był już za bardzo zainteresowany tym, co mu dałem.
Odjechałem stąd jak najszybciej, nie mogąc patrzeć na tę kostkę, w duszy dziękując, że przed moim apartamentowcem jest wyłożona inna, szara i jest na dodatek regularnie myta, za pieniądze Sarah.
Zaparkowałem przed fryzjerem, gdzie byłem umówiony na wizytę. Oczywiście, sam bym nigdy tego nie zrobił, to Sarah powiedziała, że wyglądam jak bezdomny. Przeszedłem przez drzwi, nie witając się z nikim, mimo że oni to zrobili. Usiadłem na kanapie, wyciągnąłem telefon z kieszeni bluzy i zacząłem odpisywać ludziom, którzy do mnie pisali, czując na sobie natarczywe spojrzenie kogoś z mojego otoczenia. Powoli podniosłem głowę, skanując pomieszczenie i w końcu natrafiając na mojego obserwatora, którego jednak obdarzyłem jedynie nieprzyjemnym spojrzeniem, unosząc bezwiednie brew.
Po omacku zasunąłem rolety, aby w pokoju zapanował półmrok, który moje oczy przyjęły z ulgą i podziękowaniem. Potrzebowałem okularów przeciwsłonecznych, jednak jak na złość nigdzie ich nie było. Sarah by wiedziała, gdzie je położyłem, w końcu nie tak dawno robiła mi porządki w mieszkaniu.
Odsunąłem na darmo rzeczy z zagraconego biurka - tam mojej zguby nie było, a wszystkie pierdoły spadły na podłogę, robiąc jeszcze większy syf, niż był.
Pod kanapą, w salonie także ich nie znalazłem, podobnie jak nie było ich pod fotelem i w półce, na której stał plazmowy telewizor, aktualnie ze zbitą matrycą.
Znalazłem je dopiero po kilkunastu minutach, w wannie. Nie miałem ochoty szukać leków przeciwbólowych, dlatego postanowiłem, że po prostu je kupię za pieniądze Sarah, swoje jednak skrupulatnie składając w koncie bankowym, o którym jednak ona nie wiedziała, myśląc, że na ogół nie mam grosza przy duszy. To nie było tak, że ukrywałem to przed nią w jakichś niecnych celach - obiecałem sobie, że dam jej wszystko, co uzbierałem, gdy tylko zacznie jej brakować.
Wsunąłem czarne dresy na nogi, zwykłą, białą bluzę, mimo że na dworze było z dwadzieścia stopni, po czym wyszedłem z domu. Wstydem było wychodzenie chociażby za drzwi mieszkania w dzień, gdy było jasno. Moja sześćdziesięcioletnia sąsiadka, mijając mnie, obdarowała mnie zniesmaczonym uśmiechem, patrząc na sińce pod oczami, ziemistą, niezdrowo bladą cerę, przetłuszczone już włosy i zgarbioną sylwetkę. Byłem na głodzie, dlatego też wolałem nie wdawać się w rozmowę, która mogłaby mnie sprowokować. Wsiadłem na motor, nawet nie dbając o kask, miałem do przejechania zaledwie kilkanaście metrów, ale zawsze to szybciej podjechać, niż iść na piechotę. Włączyłem się do ruchu, za kilka minut zjeżdżając na podjazd wyłożony brzydką, rudą, wystającą kostką brukową. Podszedłem do drzwi frontowych, pukając w nie. One też były brzydkie, drewniane i obdrapane, ale czego mogłem się spodziewać, znając mieszkańca i dobrze wiedząc, jaki jest?
– Wejdź – mruknął po otwarciu drzwi, a ja przekroczyłem próg jego mieszkania, czując smród alkoholu, chociaż czy naprawdę był to dla mnie smród, skoro piłem tego ile wlezie? – Masz coś dla mnie? – spytał od razu, a ja jedynie przewróciłem oczami, zakładając ręce na piersi. Oczywiście, że miałem.
– Znasz zasady, więc dlaczego liczysz na to, że specjalnie dla ciebie z nich zrezygnuję? – odparłem, a mężczyzna automatycznie sięgnął do kieszeni, wyjmując plik banknotów. Brudna robota wzywa od rana. Przyjąłem pieniądze, szukając po kieszeniach tego, co chciał. W końcu położyłem na jego spieczonej od słońca dłoni kilka saszetek i foliowych torebeczek, wypełnionych narkotykami i ziołem, kiwając głową na pożegnanie. Sam sobie otworzyłem drzwi i sam je zamknąłem, bo podejrzewałem, że mój stały klient był już za bardzo zainteresowany tym, co mu dałem.
Odjechałem stąd jak najszybciej, nie mogąc patrzeć na tę kostkę, w duszy dziękując, że przed moim apartamentowcem jest wyłożona inna, szara i jest na dodatek regularnie myta, za pieniądze Sarah.
Zaparkowałem przed fryzjerem, gdzie byłem umówiony na wizytę. Oczywiście, sam bym nigdy tego nie zrobił, to Sarah powiedziała, że wyglądam jak bezdomny. Przeszedłem przez drzwi, nie witając się z nikim, mimo że oni to zrobili. Usiadłem na kanapie, wyciągnąłem telefon z kieszeni bluzy i zacząłem odpisywać ludziom, którzy do mnie pisali, czując na sobie natarczywe spojrzenie kogoś z mojego otoczenia. Powoli podniosłem głowę, skanując pomieszczenie i w końcu natrafiając na mojego obserwatora, którego jednak obdarzyłem jedynie nieprzyjemnym spojrzeniem, unosząc bezwiednie brew.
Gabriel O'Hara


Motto: Zdobądź w młodości twej to, co wynagrodzi szkodę twej starości.
Imię: Gabriel
Nazwisko: O'Hara
Wiek: 25 lat
Data urodzenia: 15.06
Płeć: Mężczyzna
Miejsce zamieszkania: Jakieś tam osiedle, jakiś tam apartament na szczycie wieżowca, opłacany przez nikogo innego, jak Sarah - w większości. Zagracona kuchnia, salon, dwie sypialnie i dwie łazienki utrzymane w kolorach szarości i bieli. Pewnie gdzieś są też okna, jakieś meble - może po sprzątnięciu Gabriel przypomniałby sobie, że jego dom ma pełne wyposażenie.
Orientacja: Heteroseksualny
Praca: Trochę tu, trochę tam. Czasem naprawi się jakiś samochód, bo warsztat jest na tyle swobodnym dla niego miejscem, że sam dyktuje sobie godziny pracy. Wieczorami handluje narkotykami, czasem bronią, gra za pieniądze. Obraca się w tym, co nielegalne.
Charakter: Nie miał potrzeby, aby szybko dorosnąć, ale bieg wydarzeń i sytuacji zmusił go do tego, dlatego też nie miał tych magicznych kilku lat młodości. Z tego powodu, teraz jakby nadrabia wszystkie "stracone" lata, wpędzając jego siostrę, Sarah, w wyrzuty sumienia. "Zmarnowane" chwile na opiekę nad młodszą siostrę, według niego, przekreśliły mu niektóre możliwości. Lekkomyślność, złośliwość, dziecięca ciekawość i bezmyślne zachowanie są tylko murem odgradzającym go od prawdziwych emocji, które ma, tylko głęboko skrywa. W rzeczywistości jest całkiem zaradny, inteligentny i uwierzcie, że można by pokładać w nim nadzieje. Może nieduże, ale jednak. Nie jest tak dziecinny, za jakiego go uważają, ale on nie kwapi się, aby wyprowadzić ludzi z błędu - bawi go to, korzysta z życia teraz, skoro kiedyś nie mógł i co ważniejsze - ludzie nie wymagają od niego dużo, bo myślą, że jest dosyć głupi na poważniejsze zadanie niż gra w pokera na pieniądze do białego rana. Oprócz tego ma kilka twarzy i do każdego podchodzi inaczej - raz jest wyrachowany, raz potulny jak baranek - wszystko zależy od celu, jaki sobie obiera, bo wychodzi z założenia, że każda znajomość powinna mieć korzyści, pewnie dlatego, że nigdy nie miał nikogo na poważnie, i to nie chodzi o dziewczynę, tylko chociaż o przyjaciela. Uważa, że fajnie byłoby kogoś mieć, kogokolwiek, kto go zrozumie i uszanuje sposób bycia, może pomoże, ale tym samym, nie zamierza się na siłę w nic pchać, tylko bierze to, co los mu daje.
Hobby: Jeśli palenie, imprezowanie i picie może być zaliczane jako hobby, to tak, owszem, Gabriel je ma. Jest również pasjonatem wszelkich motocykli i samochodów, ale jeździ na nich tylko wtedy, kiedy jest trzeźwy - czyli stosunkowo rzadko. Większość nocy spędza w salonach, gdzie gra w pokera, bilarda, właściwie we wszystko, w czym może wygrać, pokazać, że jest najlepszy i zbić niezłą sumę pieniędzy.
Aparycja|
- wzrost: 193cm
- waga: 80kg
- opis wyglądu: Gabe ma wyraźnie zarysowane kości twarzy, głęboko osadzone, ciemne oczy i niewielki nos, a całość dopełniają pełne usta. Jest dobrze zbudowany, ale nie przesadnie, z uwidocznionymi mięśniami brzucha, pleców, rąk i nóg. Wygląda jak przeciętny chłopak, może jedynie młodziej, niż tacy w jego wieku. Ubiera się na czarno, lubi też granatowe koszulki, duże, ciemne bluzy i dresy, czy spodnie z niższym krokiem. Ciężko jest go przekonać do garnituru albo chociaż koszuli.
- pozostałe informacje: Ma kilka rozlanych tatuaży zrobionych przez pomyłkę, "bo tak", w domowym zaciszu jakiejś losowej imprezy.
- głos: Gabriel ma niski, męski głos, całkiem niezły do śpiewu, ale nie przeceniałabym jego umiejętności, bo jeśli śpiewa, to tylko pod prysznicem.
Historia: Jego życiorys nie jest rozbudowany tak, jakby on sam tego chciał. Przeżył trochę, ale wciąż niedużo. Po śmierci rodziców i po objęciu opieki nad, jeszcze wtedy, niepełnoletnią siostrą, musiał szybko dorosnąć. Miał niezłą płacę, ale jednak niewystarczającą. Przez jakiś czas żyli w biedzie, dopóki Gabe nie zajął się czymś bardziej dochodowym, ale nielegalnym. W końcu Sarah dorosła na tyle, aby się usamodzielnić, zostawiając go - z pozoru - samemu, jednak on w rzeczywistości nie widzi, że to siostra dba o niego tak, jak on dbał o nią.
Rodzina: Jeśli żyjąca, to tylko Sarah O'Hara, siostra.
Partner: Dziewczyna? Taka na dłużej? Brak.
Potomstwo: Brak.
Ciekawostki: Jest uzależniony od palenia, może zaczyna być też od picia, hazardu, narkotyków. Tak naprawdę już mało co można wywnioskować, od czego jest uzależniony, a od czego nie, biorąc pod uwagę jego tryb życia. Ma problemy z agresją.
Inne zdjęcia: Brak.
Zwierzęta: Sierściuchy jego siostry skutecznie wybiły mu z głowy chęć posiadania swojego, z resztą, kto by mu dał chociażby roślinkę na przetrzymanie?
Pojazd: Hondra cbr 1000rr oraz Ford Mustang Shelby GT500
Kontakt: jill
Subskrybuj:
Posty (Atom)