Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Charlie&Ophelia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Charlie&Ophelia. Pokaż wszystkie posty

1 maj 2019

Od Charlie cd. Ophelia

     Zatrzaskuję za sobą drzwi i, rutynowo, ściągam ze stóp stare tenisówki. I stojąc tak na progu świeżo wyremontowanego salonu, napawam się ładniutką wonią pizzy, która, jak się okazuje później, została zamówiona przez mamę dla nas. Wieża stereo jest włączona, jednak nie mogę wsłuchać się w melodię, ponieważ lecący w telewizji paradokument skutecznie zagłusza muzykę. Słyszę również brzęk butelek, więc udaję się do kuchni. Przy wysepce usadowiła się moja matka, aktualnie przeszukująca papiery. Przyglądam się jej dokładnie, a kiedy zauważa moje spojrzenie, na jej twarzy pojawia się niewielki uśmiech. Zanim mówię cokolwiek, po raz kolejny spuszcza głowę i łapie za kieliszek wina, pociągając duży łyk.
     — Byłaś tam? — zaczynam rozmowę. Wiem, że wkraczam na niebezpieczny teren i w każdej chwili mogę spodziewać się nieumiejętnego podjęcia próby zmiany tematu. Kręci głową, chociaż sprawia wrażenie, iż mnie ignoruje. — Mamo, mogłabyś na mnie spojrzeć?

7 mar 2019

Od Charlie cd. Ophelii

     Odwzajemniam jej miły uśmiech, zdobywając się na ten sam gest. Naprawdę fajnie, że zapamiętała, iż uwielbiam muffiny.
     — Nie — protestuję. — Nie będę przecież odrabiać lekcji w takim miejscu. I dzięki — dodaję. — Ile jestem ci winna?
     Dziewczyna kręci głową, śmiejąc się cicho. Mrużę oczy, po chwili spuszczając wzrok na blat barku, przy którym siedzę. Ignoruję zgiełk panujący wokoło, skupiając się na niezwykle intrygującej kompozycji z marmuru, jaką jest wzór blatu. Ophelia kręci się gdzieś przy maszynach do kawy, co rusz odwracając się w stronę klientów oczekujących na złożenie zamówienia. Przy kasie ustawia się jakaś pracownica, w ruch idą pieniądze, a po chwili kolejka zwęża się, aż znika. Oczy zamykają mi się samoistnie, dopóki nie cuci mnie męski głos.
     — Hej. — Słyszę. — Chodzisz może do Avenley High School?
     Mierzę chłopaka przenikliwym spojrzeniem. Na moje oko wysoki, średnio zbudowany. Jego głowa pokryta jest mnóstwem brązowych loków, oczy ma w kolorze ciemnej zieleni, usta zaś malinowe, a może nieco mniej różowe. Poprawia okulary, które zdążyły zsunąć mu się z nosa i przybiera pewną siebie postawę, krzyżując ramiona na piersi. Zauważa, że go obserwuję — unosi kąciki w złośliwym uśmieszku, jakby wziął to za swój sukces.
     — Taka szkoła istnieje? — pytam, przewracając oczyma. — Nie.
     Nieznajomy kiwa głową i z n ó w poprawia pieprzone okulary.
     — Masz mnie — przyznaje, wbijając ręce w kieszenie bluzy. — Może liceum van Bureena? Wyglądasz na bardzo inteligentną dziewczynę.
     Prycham, odwracając głowę.
     — Nie potrafisz podrywać dziewczyn, Boże — mruczę, nawet nie dbając o pierwszą zasadę kulturalnej rozmowy. Patrzcie sobie w twarz. — Przykro mi, ale nie umiesz zgadywać.
     — Jimmy.
     — Nawet cię o to nie pytałam — zauważam, a niejaki Jimmy parska śmiechem. — Charlie.
     — Nawet cię o to nie pytałem.
     Wzdycham cicho i obracam się na stołku, by tym razem całym ciałem odsunąć się od nieznajomego chłopaka. Nareszcie zauważam Ophelię, która, na moje szczęście, ratuje cholernie niezręczną sytuację. W tym samym czasie dostaję wiadomość od Mii. Multimedialną, co prawda. Klikam na zdjęcie — ona i Aiden nad jeziorkiem, popijają sobie jakiś sok, podziwiają widoki i napawają się sobą. Oph posyła mi zaciekawione spojrzenie, więc po kryjomu kręcę głową, bezgłośnie błagając o ratunek. Nie wiem, czy dostrzega w tym drugie dno, choć mam szczerą nadzieję, że tak.
     — Nie przedstawisz mnie koleżance? — Wyszczerza zęby.
     Nie.
     — Po co? — Unoszę brew. — I tak już idziesz, prawda?
     Powiedz, że tak i mamy cię z głowy.
     — Nie — odpiera całkowicie rozluźniony. — Nie idę.
     Wyobrażam sobie, jak daję mu z liścia. Szkoda, że to nie jest możliwe. Cholera, jak ja nienawidzę typów takich, jak on.
     — Ophelia. — Widzę, jak dziewczyna wystawia dłoń. Strzelam sobie mentalnego facepalma. — Miło cię poznać.
     — Jimmy.
     Pochłaniam resztki muffinki i już mam ruszyć w stronę kosza, kiedy czuję uścisk na ramieniu. Ophelia znajduje się kilka metrów dalej, więc oznacza to jedno.
     — Daj mi swój numer.
     Wlepiam w niego zaskoczone spojrzenie, jednocześnie kręcąc głową na lewo i prawo. Przecież to jasne, że nie podam mu mojego numeru. Nie podam mu mojego numeru, bo to mój numer i będę powtarzać słowo numer do znudzenia, tak, bo mam prawo mieć choć trochę prywatności, a nieznajoma nie ma prawa pytać mnie o takie rzeczy. Stre-fa o-so-bis-ta.
     — Chaarliee — jęczy.
     — Mamusia wie, że flirtujesz z młodszymi dziewczynkami?
     Fakt, chłopak wygląda na znacznie starszego, a to za sprawą już wyraźnych rys twarzy i pewności, jaką emanuje. Chociaż jego dojrzałość równa jest zeru. Minus stu. Po prostu nie jest wart żadnej uwagi.
     — Litości — burczy. — Chodzimy do tej samej szkoły, jestem zaledwie dwa lata starszy.
     — Świetnie, to nagle dowiedziałeś się, gdzie chodzę do szkoły. Olśnij mnie.
     Myślami wracam do chwil, gdzie byłam równie pewna siebie, co dziś. Po chwili zdaję sobie sprawę, że nigdy taka nie byłam i aż jestem dumna, bo moja mniej miła natura w końcu pokazała się i wyszła ze skorupki. Niesamowicie, robię postępy w relacjach międzyludzkich, przybijam sobie mentalną piątkę.
     — Oj, twoje teksty są gorsze od mojego podrywu.
     — I tak na ciebie nie polecę, nie lubię facetów. — Wzruszam ramionami.
     Uścisk na łokciu słabnie, a Jimmy rozchyla delikatnie usta.
     — Nie pierdol, przekonamy się — odpowiada z niemałą dozą pewności i odchodzi, po prostu.
     Wzdycham teatralnie, podobnie, jak robiłam to kilka minut temu. Wracam do barku.
     Kiedy wspinam się na stołek, słyszę pukanie w szybę obok. Obstawiam, że to Jimmy, więc ze znużeniem wymalowanym na twarzy spoglądam w tę stronę.
     Ale widzę coś innego, Ophelia chyba też to zauważa. Sęk w tym, że jej ciało momentalnie ogarnia paraliż.
     — Charlie — mówi cicho. — Idź do domu. Teraz.

OPHELIA?

2 mar 2019

Od Charlie cd. Ophelii

     Ciche mruknięcie wydobywa się z mojego gardła. Nie wiem, co powiedzieć, więc jedynie kiwam głową. Któż by pomyślał, że dziewczyna na pozór z dobrego domu może okazać się swego rodzaju zbiegiem z awersją do mężczyzn. Obserwuję sytuację, delikatnie spuszczając głowę. W tej chwili mogłabym zapytać ją o najróżniejsze sprawy — kiedy zdała sobie sprawę z faktu, że woli kobiety?, co tak naprawdę działo się w sekcie?, czy ludzie stamtąd szukali jej po tym, jak uciekła? Ale nie pytam o nic, to wszystko jest zbyt intymne i prywatne, aby poruszać ten temat, tym bardziej, kiedy jestem jej praktycznie nieznana. Ophelia wydaje się sympatyczną i całkiem miłą osobą, a na dodatek pokonała demony przeszłości, a przynajmniej tak mi się wydaje. Zaskakujące jest również to, iż bez zbędnych ceregieli opowiedziała mi swoją historię, gdy na mój temat nie wie kompletnie nic.
     — Wspominałam o ojcu — mówię po chwili milczenia, odwracając głowę w stronę nieba. Huśtawka nieco zwalnia. — I o tym, że chciałam, by wyzdrowiał — dodaję. — Był po wypadku, miałam wtedy jakieś… trzynaście lat? Tak, trzynaście, to było trzy lata temu. I tak, coś tam się stało, nikt nigdy nie pozwalał mi się zagłębiać w szczegóły. Wiem, że tata miał szanse na przeżycie, ale nie udało się, po trzech dniach zmarł — wyznaję. — Kochałam go. Kochałam go z całego serca, tata był kimś, na kogo zawsze mogłam liczyć, nauczył grać mnie na najróżniejszych instrumentach. Wiesz, o co chodzi. Taki idealny rodzic. — Uśmiecham się na te wspomnienia.
     W tym momencie mieszają się we mnie najróżniejsze emocje.
     Duma — nareszcie to przełknęłam i podzieliłam się tym z kimś innym, niż mama. Nie, wróć, mamie również nie mówiłam o moich uczuciach, nie mówiłam jej, jak boli strata ojca, bo nigdy nie znajdowała dla mnie czasu. Po śmierci taty rzuciła się w wir pracy i straciła dla mnie czas. Od tamtej pory byłam po prostu samowystarczalna. Sama robiłam każdy posiłek, jeździłam na drugi koniec miasta, uczyłam się dla siebie i tylko dla siebie. Jedyne, co czerpałam z mamy to pieniądze, które dawała mi każdego miesiąca, mówiąc, że ma mi wystarczyć do następnego. To rzekomo miało nauczyć mnie przedsiębiorczości, chociaż daleko mi do zdobycia żyłki biznesowej.
     Wstyd — jak mówiłam, nigdy się przed nikim nie otwierałam. Powiedziałam to, co leży mi na sercu osobie, z którą aktualnie nie łączy mnie nic. Ophelii nie mogę zaliczyć do nieznajomych, to fakt, aczkolwiek do przyjaźni nam jest daleko, choć mogę powiedzieć, że z każdą chwilą nieco bliżej. W głębi serca trzymam kciuki, by zareagowała inaczej, niż falą współczucia i smutku. Nigdy nie chciałam zawalać innych moimi problemami, moimi prywatnymi przemyśleniami i czymkolwiek, co dotyczy tylko mnie i moich wewnętrznych przeżyć. Nie chcę, by Ophelia miała mnie za osobę, która szuka uwagi, bo w jej życiu stało się coś przykrego.
     Ulga — właściwie to tutaj sprawa jest dziwna, bo, zważywszy na wyraźny wstyd, nie powinnam jej w ogóle czuć. Jednak czuję, bo dałam mały upust emocjom gotującym się we mnie od lat. Proste streszczenie dość smutnej historii zdziałało wiele, więc na swój sposób pozwoliłam na chwilę szczerości.
     Posyłam jej kolejny uśmiech, już nieco słabszy. Jednym susem zeskakuję z huśtawki, aby po chwili stanąć na ziemi na chyboczących nogach. Już mam zaproponować jej zmianę miejsca, lecz ubiega mnie znajomy głos.
     — Charlie! — To Mel. — Chaarliee!
     Odwracam się w jej stronę — dziewczyna biegnie jak najszybciej potrafi, w lewej dłoni trzymając pasek od torebki z torebką, rzecz jasna.
     — Hm? — mruczę, kiedy stajemy twarzą w twarz.
     — Zgadnij, kto ma chłopaka! — bardziej mówi niż pyta, do tego piszcząc niemiłosiernie. — Cześć! — zwraca się do Ophelii. — Jestem Melania.

OPHELIA?

28 lut 2019

Od Charlie cd. Ophelii

     — Nie wiem. — Wzruszam ramionami. — Naprawdę nie mam pojęcia. Może… kilkadziesiąt minut, żeby chociaż zobaczyć, czy Mel da radę sama. Ach, jakbyś się zastanawiała, dlaczego siedzimy właśnie tak, to już wyjaśniam. Aiden, ten chłopak, kiedy obróci się, zobaczy twój przód, a mój tył. Wtedy mnie nie rozpozna, proste, prawda? — mówię zgodnie z prawdą. — Co do twojego pierwszego pytania, mogłam wziąć Theo, ale oboje spostrzegliby go natchmiastowo, już nie mówiąc o tym, iż moja misja jest tajna.
     Podchodzi do nas uśmiechnięta rudowłosa kelnerka i pyta, czy coś podać. Zamawiam zwykły sok i kawałek orzechowego ciasta, a kobieta odchodzi. Dyskretnie odwracam się w stronę przyjaciółki, która mimiką oznajmia mi, że wszystko jest dobrze. Po chwili wybucha szczerym śmiechem, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że radzi sobie świetnie. Ta sama klientka spisuje ich zamówienie, a w oczach Melanii zauważalny jest ten charakterystyczny błysk ekscytacji. Spojrzeniem wracam do Ophelii, która, podobnie jak ja, spogląda na nich z odległości.
     — Theo? — pyta nieco ciszej.
     Kiwam głową, a kiedy kelner podaje moje zamówienie, szybko pociągam łyk soku pomarańczowego.
     — Theo to mój wieloletni przyjaciel. Aidena i Mel zresztą też — wyjaśniam. — Znamy się na wylot, a przyszły chłopak Melanii rozpozna go wszędzie, więc wolę nie ryzykować. Przepraszam, że cię w to wciągam, ale wydajesz się być najodpowiedniejszą osobą. I tak, doskonale wiem, że zapewne masz milion innych zajęć, ale…
     — Nie, spokojnie — przerywa mi. — Jedyne, co zrobiłam od momentu powrotu do domu, to wysypanie ryżu i wysprzątanie kuchni po tej katastrofie.
     Parskam pod nosem i zaczynam dziabać ciasto. Okazuje się, iż jest naprawdę dobre i po chwili talerzyk pustoszeje, podobnie zresztą, jak szklanka po soku.
     — Czy ona… — Oph wskazuje na siedzącą za nami parę. — Charlie, twoja koleżanka jest chyba bardzo szybka.
     Nim w ogóle zdążam się obrócić, już kątem oka dostrzegam, jak Mel wpija się w usta Aidena, o ile takie określenie jest dobre. Oboje są strasznie pewni siebie, co widać, kiedy łączą się w pocałunku. Przybijam sobie m e n t a l n e g o face palma, a Ophelia chichocze cicho, kiedy nieświadomie przykładam sobie rękę do czoła. Oczy Melanii uchylają się delikatnie — zauważam, jak puszcza mi oczko, lecz po chwili całą swoją uwagę skupia na chłopaku, za którym szalała od najmłodszej klasy. Niesamowicie cieszę się jej szczęściem.
     — Misję uważam za zakończoną powodzeniem — zwracam się do Oph, gdy spuszam ze wzroku przyjaciół. — Idziemy na spacer, bo zaraz zwymiotuję ze słodyczy.
     Niepostrzeżenie wychodzimy na zewnątrz, wpierw opłacając nasz rachunek. Kierujemy się w stronę jeziorka Aequor, gdzie miałyśmy okazję poznać się jeszcze kilka godzin temu.
     — W ramach przeprosin za to, że zaburzyłam twój spokój i wyciągnęłam cię do nudnej kawiarenki w celu własnym, oferuję ci jakąkolwiek rozrywkę. Jakieś życzenia? — stawiam ją pod ścianą prostego wyboru.

OPHELIA?
totalnie nie mam pomysłu XDD

24 lut 2019

Od Charlie cd. Ophelia

     Zadaje zbyt wiele pytań. Zbyt wiele. Ale na każde odpowiadam, przywdziewając piękny uśmiech odsłaniający bielusie zęby. Jestem miła i udaję, że wcale mi to nie przeszkadza, nie narusza mojej przestrzeni ani nic z tych rzeczy. Po prostu jest ciekawa, nie mogę jej za to winić. Poza tym, jest starsza, znacznie starsza. Nieswojo czuję się w takim towarzystwie, zważywszy na to, iż aktualny kochanek mojej czterdziestoletniej mamy jest w wieku dwudziestu jeden lat. A poprzedni jest zaledwie sześć lat starszy. Ode mnie.
     Zanurzam usta w gorącej kawie, popijając jeden łyk, później następny, kończąc na trzecim. Napój zdążył nieco przestygnąć, więc zabieram się za spożywanie go, zanim wystygnie totalnie. Zimna kawa nie jest dobra, gdy wcześniej była ciepła. Odwracam wzrok od Ophelii, która wyraźnie nie ma problemu z nawiązywaniem kontaktu poprzez taką drogę, chcąc uniknąć peszących sytuacji. Po raz ostatni spoglądam przez okno obok. Z całego serca szanuję próby nawiązania kontaktu przez niejaką Off, jednakże czasami… czasami lepiej zamilknąć, tym bardziej, gdy właśnie coś jemy. Po kilkunastu minutach kontynuowania nużącej konwersacji zbieram nasze filiżanki i talerzyki, odstawiając je do odpowiedniego okienka.
     — Dziękuję — mówię, celowo pomijając fakt, iż to ja zapłaciłam, choć w formie przeprosin. — To… zwijam się już, mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się zobaczymy.
     — Mi też było bardzo miło. — Wykrzywia usta w miłym geście. — To mo…
     — N-nie.
     — Ale…?
     — Mama wysłała mi sms’a, naprawdę już idę, cześć, Oph — wyjaśniam, odwzajemniając uśmiech.
     Dziewczyna mierzy mnie wzrokiem i również się żegna. Koniec końców idziemy w dwie różne strony, a ja oddycham z ulgą. Nie to, że nie jej nie polubiłam. Nie jest irytująca, nie wkurza mnie, nic z tych rzeczy. Zwyczajnie źle się czuję, a nie chciałam, by nasza rozmowa polegała tylko na odbijaniu piłeczki: “Co lubisz robić?”-”Lubię piec, a ty?”-”Ja też, poza tym umiem grać na paru instrumentach.”-”Okay.”. Bezsensowne, co?
     W domu czeka na mnie niespodzianka — Molly i jej mama zdążyły już wyjść, więc Beatrice przygotowuje kolację. Zaglądam do kuchni, pochłaniając woń smażonego… czegoś, cokolwiek to jest. Nie pytam, z jakiej to okazji, bo jestem pewna, że dowiem się niedługo — mama rzadko kiedy coś przygotowuje, już nie mówiąc o posiłku dla nas dwóch. Z tego względu po prostu obwieszczam, że już wróciłam i proszę, by zawołała mnie, gdy skończy, na co kiwa ochoczo głową. Biegnę do mojego pokoju i odstawiam torebkę, przetrząsając ją wpierw w poszukiwaniu telefonu. Kiedy w ręce wpada mój smartfon, odblokowuję go, natychmiastowo wchodząc na Rivenger. Wchodzę w ulubioną konwersację i relacjonuję mojej ulubionej Melanii całe spotkanie, wyjaśniam przy tym zajście i powód spotkania, kończąc na obwieszczeniu, że poza telefonem w torebce odnalazłam również zwinięty świstek, a w nim ciąg cyferek. Wszystko układa się w piękną całość, więc wpisuję do kontaktów nowy numer, podpisuję go jako Ophelia i wracam do konwersacji z panią Martin.
     Pani Martin: Mówiłam ci o tym, że zaprosił mnie na randkę?
     Pani Singiel: Że kto?
     No tak, nasze przepiękne pseudonimy świadczą o jednym — to Mel ma większe powodzenie w licealistów, aniżeli ja mam u kogokolwiek.
     Pani Martin: Aiden!
     Biorę trzy porządne wdechy, zanim odpowiadam na wiadomość. Nie, nie, nie, błagam, nie! Tylko nie nasi najlepsi przyjaciele, boże kochany.
     Pani Singiel: Aiden Martin, twój krasz numer jeden i właściwie to najgorętszy kapitan ze wszystkich kapitanów szkolnych drużyn umówił się z tobą?
     W odpowiedzi przysłała mi jedynie serduszko, co potwierdza moją wiadomość. Nieświadomie uśmiecham się pod nosem, przechodząc do rozmowy z Theo.
     Porażka: Cześć, przegrywie, zgadnij, kto umówił się z Aidenem.
     Mija kilka minut, zanim chłopak zdobywa się na odpowiedź.
     Przegryw: Nie pierdol.
     Porażka: Serio, boże. Nie wiem, jak to teraz będzie.
     Przegryw: Musisz mi potem opisać, jak przebiegła randka.
     Porażka: Że co?
     Przegryw: Już was shipuję, omg.
     Porażka: Ale…
     Porażka: ...to Mel. Melania się z nim umówiła. Me-la-nia.
     Przybijam sobie mentalnego facepalma, zaskoczona totalnym idiotyzmem Przegrywa, któremu Mel dudniła od początku roku szkolnego o jego przyjacielu. Coś w rodzaju “Aiden ma kogoś?”, “A teraz się z kimś spotyka?” i tak dalej.
     Przegryw: AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA
     Śmieję się nieco głośniej, niż powinnam, bo mama słyszy mój mały napad. Otwiera drzwi i dość karcącym tonem pyta, co się dzieje, bo aktualnie rozmawia przez telefon i jej przeszkadzam. Przewracam oczami i kontynuuję rozmowę z idiotycznym Theo. Piszemy jeszcze kilka chwil, w końcu żegnając się, bo chłopak jedzie na trening łyżwiarstwa figurowego. Jego pasja jest przeurocza. Jeszcze raz wdaję się w rozmowę z Mel. I takim sposobem wplątuję się w odwiedziny i pomoc w przygotownaiu jej na randkę. Obiecuję jej jeszcze jedną rzecz, lecz już teraz zaczynam żałować, że wciąga mnie w tak głupi i ryzykowny plan. Wybieram numer Ophelii.
     — Halo? — słyszę po drugiej stronie.
     — Cześć, Oph — witam się, jakbyśmy widziały się kilka dni temu, a nie godzinę. — Mam sprawę. Byłyśmy dzisiaj w tej kawiarni, pamiętasz? No to… miałabyś ochotę na wyskoczenie tam jeszcze raz? Chodzi mi o coś ważnego.
     — Hmm… tak, jasne, mogłabym, tylko kiedy?
     — Sobota, na szesnastą — wyjaśniam. — Moja przyjaciółka ma randkę, a jest zbyt miękka, żeby być sam na sam z chłopakiem. Chodzi o to, żebyśmy usiadły gdzieś daleko nich, tak w razie czego. Rozumiesz mniej więcej? Wchodzisz w to?

OPHELIA?

23 lut 2019

Od Charlie cd. Ophelia

     Próbuję wyciąganąć dziecko ze stawu, lecz ona szamota się, uniemożliwiając mi jakąkolwiek pomoc. Niespokojnie kręci nogami, rękoma zaś wymachuje na wszystkie strony. Kiedy udaje mi się usadzić ją na brzegu, tyłem do wody, mam wrażenie, że dziewczynka zdążyła się zaprawić — drżała z zimna, jej usta nabrały barw charakterystycznej szarości, otulam więc własną kurtką zziębnięte ramiona, wystawiając się na zimowy chłód. Wokół mnie zbiera się coraz to liczniejsza grupa gapiów, mierząc nas oboje zaciekawionymi spojrzeniami. Przemoczona do najcieńszej nitki ośmiolatka potrzebuje ciepła, więc zdecydowanym ruchem okrywam ją szczelnie moim ubraniem i proszę jedną z osób obok, by pilnowała dziecka. Nie bacząc na odpowiedź, wstaję i prędko podchodzę do pierwszego lepszego sklepiko-stoiska i zamawiam ciepłą, lecz nie parzącą herbatę. Gdy dostaję ją w ręce, obiecuję, iż zapłacę za dwadzieścia minut i wracam do ośmiolatki. Niemalże siłą zmuszam ją do wypicia, a kiedy mi się udaje, wszystko idzie samo — mała bierze coraz to bardziej łapczywe łyki.
     — Koniec widowiska — mówi ktoś z tyłu. — Okażcie trochę rozumu.
     Oglądam się za siebie przez lewe ramię. Osobą odganiającą tłum zainteresowanych spojrzeń okazuje się być dziewczyna, której kurtka ucierpiała przez dzieciaka. Posyłam jej słaby uśmiech, kiedy zbliża się do nas, pokonując dzielący dystans. Zignorowałam jej wcześniejszą prośbę na rzecz ratowania dziewczynki, więc teraz odzywam się, byleby nie wyjść na gbura.
     — Naprawdę? — pytam, gdy kuca obok. — Nie dość, że ten mały szatan ubrudził ci spodnie, teraz proponujesz mi pomoc? Charlie. — Podaję jej wolną dłoń. — A to Molly i... naprawdę żałuję, że poszłam z nią na ten spacer.
     — Ophelia. — Ściska ją, delikatnie potrząsając. — I tak, dokładnie tak!
     Zacisnęłam usta, wykrzywiając je w dość nieszczery uśmiech, znacznie różniący się od tego kilka chwil temu. Dziewczynka zdążyła wrócić do siebie, więc nie odpuszcza sobie okazji na wtrącenie się do rozmowy.
     — Super będzie z tobą wracać — mówi wyszczerzona.
     — Z panią — poprawiam.
     — Z tobą, to Octavia — zaprzecza i kręci głową.
     — Chryste, nie Octavia, tylko Ophelia — jęczę, na co kobieta śmieje się cicho. — Możemy już iść?
     Obie kiwają, więc wstajemy z zimnej ziemi. Molly początkowo potrzebuje pomocy z chodzeniu, co w głębi duszy usprawiedliwiam czystym lenistwem. Po kilku minutach zachowuje się jak nowonarodzona, ze wszystkich sił starając się popisać przed Ophelią. Przyznaję, że mieszkamy kawałek drogi stąd i jeżeli uważa, że to trochę daleko, zawsze może wrócić, bo do niczego jej nie zmuszam. Spotykam się jednak z odmową, więc milknę i po prostu godzę się z faktem, że obie zarobiłyśmy nową towarzyszkę niedoli.
     — No to… niedawno wprowadziłaś się do miasta? — pytam, nawet nie spuszczając wzroku z chodnika.
     — Tak, na to wygląda — odpiera.
     Zamykam usta, nawet nie szukając innego tematu do rozmowy. Po prostu idziemy przez miasto i pilnujemy, by Molly nie wpadł do głowy idiotyczny pomysł pokroju kąpieli w jeziorze. Czasami jedna z nas coś powie, lecz albo jest to zbywane przez drugą, albo potwierdzane krótkim “mhm”. Dziewczyna jest ode mnie wyższa o kilka centymetrów, więc za każdym razem zadzieram lekko głowę, chociaż jest to nieporównywalne do przypadków, kiedy rozmawiam z jakimś wysokim typkiem ze szkoły.
     Zatrzymujemy się nieopodal mojego domu.
     — Jest nieco dalej, ale myślę, że powinnyśmy już się pożegnać. Nie zaciągnę cię w las — mówię cicho. — Ewentualnie możemy… huh, mogę podrzucić małą i pójdziemy na kawę, tę obiecaną. Nie chcę być ci dłużna do końca życia, a jak teraz sobie pójdziesz, darmowa kawa przepadnie.
     Stoimy tak jeszcze chwilę, a kiedy Molly zaczyna ciągnąć mnie za rękaw, Ophelia zgadza się. Proszę, by poczekała na mnie tutaj i pędzę z dzieciakiem do naszych matek. Z przepraszającym wzrokiem odstawiam ją do salonu i wychodzę, obiecując, że wrócę niedługo. Kobieta, wedle umowy, niemal nie ruszyła się z miejsca. Nie mam dziewczynki do opieki, dzięki czemu pozwalam sobie na większe zainteresowanie nową znajomą. Chcąc nie chcąc, mam ochotę na zbombardowanie jej pytaniami, lecz raz, to nie w moim stylu, dwa, nagle mam w głowie pustkę i czuję, jak pytania ulatują z niej, niczym para wodna z czajnika.
     — Pójdziemy do tej kawiarni, altanki czy jakkolwiek to się zwie — informuję. — Flora.
     — Jasne.
     Po drodze próbujemy nawiązać jakiś kontakt, co całkiem nam się udaje — część spaceru poświęcamy żartom, dzięki czemu łamiemy kolejną barierę niezręcznej ciszy.
     Stoję przy blacie i składam zamówienie, spoglądając przy tym na Ophelię.
     — Latte Macchiato, czekoladowa muffinka i… — zatrzymuję się — ...czego sobie życzysz?

OPHELIA?

16 lut 2019

Od Charlie

     — Co czytasz?
     — Nic specjalnego.
     Trzy, może cztery oddechy przerwy.
     — Ale co czytasz?
     — Nic specjalnego.
     Ponownie pochylam się nad lekturą i analizuję każdą linijkę, próbując nie skupiać się na obrzucającej mnie pytaniami.
     — Czy to bajka o smokach?
     — Nie, to nie bajka o smokach.
     Bezgłośnie modlę się, by dziecko przestało wypytywać.
     — O wróżkach?
     — Nie.
     Wzdycham, kiedy główna bohaterka powieści ponownie wykazuje się zbyt niskim ilorazem inteligencji, jak to zazwyczaj na takie postacie przystało. Przerzucam kartkę i czytam dalej, lecz coś odwraca moją uwagę.
     — Powiesz mi, co czytasz? — Dzieciak bawił się moim laptopem, wchodząc w każdy folder po kolei. — A kto jest? — pyta, wskazując na postać na tapecie.
     Wzruszam ramionami i, odłożywszy książkę, zamykam klapę komputera przed jej nosem. Spogląda na mnie oczyma pełnymi wyrzutów i zakłada ręce na pierś. Mruczę, że cudzych rzeczy się nie rusza i wracam do lektury, wyobraźnią jak najdalej od gnojka. Powracając, główna bohaterka czytanej przeze mnie książki jest naprawdę idiotyczna i wręcz karykaturalna, jeżeli to miała na celu autorka. Kiedy na co dzień mam do czynienia z postaciami a’la Mary Sue, tym razem nie jest inaczej — brunetka o, standardowo, oczach zielonych niczym szafir, pełnych ustach i nienagannym stroju, pomimo tego, iż jej praca łączy się z dość ciężkimi czynnościami. Na jej osobowość składają się cechy pokroju odważnej, nieustraszonej, dumnej, bla, bla, bla. Czysty idiotyzm, który sprzedaje się jak ciepłe bułeczki.
     Dzieciak niespodziewanie piszczy, więc z niechęcią odkładam lekturę, jakkolwiek irytująca nie była protagonistka i pytam, o co tym razem chodzi. Jej oczy zalewają się łzami, nie przestaje zresztą piszczeć. Próbuję ją uciszyć i dojść, o co tak właściwie chodzi.
     Pająk.
     Aha.
     Chodzi o pająka.
     Przeklinam pod nosem i jednym ruchem ręki podnoszę towarzysza, następnie otwieram okno i wyrzucam pseudo-zagrożenie. Dziecko patrzy na mnie jak na bohatera i wtula się w mój brzuch. Wzdycham po raz kolejny i próbuję wydostać się z pokoju z ciężarem przyklejonym do mojego ciała. W salonie siedzi mama i matka tej podłej kreatury, czyli, na nieszczęście, najbliższa przyjaciółka Beatrice. Wita mnie szczerym uśmiechem, a ja nawet go nie odwzajemniam, tylko biorę ciastko i posyłam rodzicielskie lodowe spojrzenie — odpłaca się tym samym, więc ignoruję ją do granic. Wtem pada sugestia, bym wzięła dzieciaka na spacer. Kręcę zdecydowanie głową, ale po kilku chwilach już żegnamy się z kobietami i wychodzimy na zewnątrz, gdzie panuje zdecydowany chłód. Mała coś tam miączy, lecz umyka mi to. Obieram trasę i narzucam tempo, a ona tylko skamle, że to miał być spacer, a nie jogging.
     — Jestem starsza — odpieram tylko.
     Nad jezioro Aequor docieramy jakieś pół godziny później. Proszę, by usiadła na tej ławce, kiedy na pójdę zamówić jej hot-doga, o co prosiła od początku.
     Wracając, spostrzegam, jak tarmosi czyjąś kurtkę. Niemalże biegiem doganiam ją, a zaczepiana osoba zdąża się obrócić i spojrzeć na nas obie.
     — Przepraszam za nią, pomyłka — dukam, kiedy nieznajoma osoba przygląda się na nas zza zmrużonych powiek.

KTOŚ?