29 maj 2020

Od Josephine C.D Vincent

Moja długo pielęgnowana stabilizacja zawdzięczana nudą i lenistwem w życiu wykruszała się z dnia na dzień. Jeśli sądziłam, że jestem totalnym kozakiem, jeśli chodzi o wypracowanie prostej, łatwej w zrozumieniu psychiki, to teraz mogłam rzec, iż to tylko iluzja. Etap życia, w który wkroczyłam wyjątkowo lekkimi butami, z równie wyluzowanym podejściem, znów zachwiał się przez tego samego osobnika — Vincenta. A jeszcze bardziej denerwująca była świadomość, że wmawiałam sobie dla własnego, świętego komfortu, że to właśnie mój były przyjaciel powinien nieść wszystkie winy, być potępionym i przysmażać steki z samym Lucyferem na dnie piekła.

27 maj 2020

Od Vincenta C.D Josephine

     Podniosłem ociężałą głowę, zmuszając naciągnięty, bolący kark do pracy. Wygiąłem ją w jedną stronę, później w drugą i choć na obu strzeliły kości, w dalszym ciągu nie byłem w najlepszej formie. W zasadzie nikt nie był, patrząc po tym obrazie nędzy i rozpaczy, który zastałem w salonie. Wyciągnięty na długość całej kanapy Ray otoczył ramieniem swoją Marge, którą dociskał do siebie nawet przez sen, a Collin, cóż, jak to Collin, znalazł się na stole i na tym właśnie stole spał, z twarzą w zaschniętym piwie i pozostałościami po stłuczonym szkle niedaleko dłoni. Nie miałem siły na zmuszenie się do wstania z wygodnej podłogi, co prawa zimnej i najprawdopodobniej cholernie brudnej, ale wygodnej. Po Timothy’m nie było śladu, najpewniej zmył się nad ranem, ale nie zabrał ze sobą Willa, którego widziałem nawet salonu, pochylającego się nad muszlą w otwartej na oścież łazience. Symfonia wydawanych przez niego dźwięków do najwspanialszych nie należała, więc starałem się zgłuszyć je najgłupszymi myślami. Powoli przypominałem sobie wczorajszy wieczór, w dalszym ciągu przyklejony do podłoża, z wzrokiem utkwionym w biednym, jeszcze tego nieświadomym, ale skacowanym Collinie. Po wyjściu Josephine wróciłem do środka bardziej podłamany, niż kiedykolwiek wcześniej, a widząca to grupka pijących w przedpokoju wykorzystała moje nędzne samopoczucie i wrobiła mnie w ciągnące się następne parędziesiąt picie. I tutaj pojawia się pierwsza czarna dziura. Właściwie to jedyna, reszta nocy to tylko jedna wielka plama. Niewiadoma. Nawet nie interesowało mnie, co się wówczas działo, nie nosiłem się z zamiarem dociekania.

26 maj 2020

Od Josephine C.D Vincent

Poczucie mojego bezpieczeństwa nieznacznie odpłynęło, gdy Timothy zaprowadził mnie do kuchni, miejsca obładowanego alkoholem, słonymi przekąskami, w zasadzie wszystkim, czego nie było w salonie. Miniówka coraz bardziej przeszkadzała mi w normalnych czynnościach. Miałam mylne, acz bardzo niewygodne wrażenie, że wystarczy mi unieść rękę do góry bądź wyciągnąć ją, aby skrawek sukienki na udzie podwinął się wyżej niż bym chciała. Skupiałam się na ulatującym komforcie, nie na słowach, jakie kierował do mnie kolega Vincenta. W zasadzie później było tylko gorzej. Jego każdy drink, który mi oferował, składał się przynajmniej z osiemdziesięciu procent z wódki, reszta to cola albo słodki sok pomarańczowy. Szprycował mnie tym czymś do chwili, w której zorientowałam się, że moja słaba głowa zdecydowanie daje o sobie znać. Najpierw ogarnęło mnie przyjemne mrowienie... w mózgu? Nawet nie wiem, jak to nazwać, ale przez jedną, głupią chwilę, dobrze, może dłuższą chwilę tej imprezy poczułam się w istocie dobrze i moja mina prawdopodobnie nie przypominała już wymalowanego, przygnębionego mopsa.

25 maj 2020

Od Vincenta C.D Josephine

— Vincent, przedstaw nam swoją koleżankę. — Timothy posłał mi najobrzydliwszy spośród wszystkich jego uśmiech. Później spojrzał na Josephine i nonszalancko skinął głową, jakby w drugiej ręce nie trzymał skręta. Czarna czupryna była, co dziwne, nażelowana i ładnie ułożona, chociaż na co dzień wcale się tak nie odstawiał. Musiało mu straszliwie zależeć na tym idiotycznym zakładzie.
     Westchnąłem, na ułamek sekundy podłapując wzrokowy kontakt z Josie.

24 maj 2020

Od Josephine C.D Vincent

Myślałam, że to, co usłyszałam, to kolejny mało śmieszny żart Vina. Moja mama stała we framudze drzwi razem z tym przeklętym aktorzyną, szczerząc się od ucha do ucha z ekscytacji. Nie chciałam, by cokolwiek powiedziała, na przykład coś co miało na celu zgorszenie całej tej żenującej sytuacji, dlatego ubiegłam ją z niewinnym uśmiechem. Nadal łudziłam się, że Spóźnialski robił mnie w przysłowiowego konia, chociaż nie mam pojęcia, skąd wzięło się to głupie powiedzenie, skoro nawet konie w porównaniu do niektórych osób wykazują się większym ilorazem inteligencji. 

23 maj 2020

Od Vincenta C.D Josephine

     „Liv w smutku i łzach unosi powoli głowę”.
     „Jude chwyta za jej podbródek, najdelikatniej jak potrafi, i składa na jej ustach miękki pocałunek”.
     Spojrzałem na podkreśloną markerem kursywę, kiedy złapałem za plik kartek i uniosłem je nieco, żeby poznać powód zdenerwowania Josephine. Rzecz jasna, domyślałem się, co dokładnie miała na myśli, zanim jeszcze przeczytałem fragment tej sceny — mieliśmy do czynienia z historią tragicznego romansu, a nie komedią o dwóch kłócących się sąsiadach albo narodzinach zbawiciela, więc malująca się na jej twarzy, zmieszana ze złością i oburzeniem desperacja była… nieuzasadniona. Gdybym powiedział to na głos, najpewniej wykorzystałaby moment, o który się rozchodzi, do odgryzienia mi języka albo uszkodzenia wargi.

22 maj 2020

Od Josephine C.D Vincent

Bądźmy szczerzy, Vince nigdy nie był normalny. Normalność to wprawdzie taka rzecz, której nie osiągnie nigdy, i może to sprawiło, że lata naszego wspólnego życia nie wiały nudą. Wiele razy podczas marnego, cichego wieczoru wystarczyło głupie słówko, kompletnie nie na temat, byśmy oboje eksplodowali śmiechem i, jak gdyby nigdy nic, wrócili do przyjemnej ciszy, która w naszym wydaniu chyba ani razu nie była niezręczna.