Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aaron&Odette. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aaron&Odette. Pokaż wszystkie posty

16 lut 2019

Od Odette C.D Aaron

     Po otworzeniu oczu spodziewać się mogłam wszystkiego. W głowie, gdy otaczała mnie jeszcze powłoka ciemności, wymalował mi się obraz jakiegoś najzwyklejszego biura, który jednak nijak miał się do tego, czego świadkiem byłam naprawdę. Mój wzrok z trudem ujął tą oddzieloną od świata część apartamentu, a oddech zatrzymał mi się w płucach, kiedy swoją uwagą obdarowywałam każdy osobny element tego obrazu. O parę kroków oddaliłam się od Aarona, wędrując bliżej jedynego stolika otoczonego dwoma wiklinowymi krzesełkami. Ich odcienie były nieco wyblakłe — pasowały do barierek, które obrastały ciemnozielone, wręcz czarne, a więc już wymarłe pnącza przerośniętych roślin. Były zaniedbane, bardzo zaniedbane, a styczniowa pogoda [tak, tu mamy jeszcze styczeń] nie pomagała naturze tchnąć w nich życie. 
     Prawdopodobnie było to już niemożliwe. 
     Aaron, zapewne nie mogąc znieść mojego milczenia, przemówił w końcu spokojnym głosem:
     - O tym miejscu wiem tylko ja. Teraz też ty. — Słyszałam, jak ruszył do przodu. — Kiedyś notorycznie tutaj zaglądałem, gdy dręczyły mnie różne rozterki. 
     - Kiedyś — powtórzyłam, nadal wgapiona przed siebie. — Dawno cię tu nie było, co? — Moja dłoń mimowolnie musnęła całkowicie zmrożoną ziemię w jednej z doniczek. Nawet jej najmniejszy ślad nie pozostał na moich opuszkach palców. 
     - Tak, minęło trochę czasu. — Sam rozejrzał się dookoła. — Od kiedy zostałem prezesem to te miejsce od czasu do czasu grało rolę tylko w mojej pamięci. 
     - A gdyby znów mogło cię wyciszać? 
     W moich oczach mignął błysk, który sprawił, że twarz Aarona ściągnęła się w wyrazie zastanowienia. 
     - Co masz na myśli? 
     - Może gdyby te miejsce stało się piękniejsze to chętniej byś do niego wracał? Wszystko potrzebuje odrodzenia, nie tylko człowiek. — Dotarłam do pogrążonego w zadumie mężczyzny, mierząc się z nim łagodnymi spojrzeniami. 
     - Piękniejsze miejsce? W środku stycznia, o tak zmiennej pogodzie? — Stłumił rechot. — Wszystko zgniłoby z powrotem pod warstwą śniegu albo przy opadach deszczu. — I spotkał się z moim natarczywym spojrzeniem, które mówiło, albo wręcz warczało „bądź optymistą”. — Ale... to wcale nie taki głupi pomysł. 
     - Cudownie. 
     - Nieprawdaż? — Uniósł jedną brew, a to samo stało się z kącikiem ust. — Zazdroszczę Ci tej radości i dobrego nastawienia, Odette. 
      Jeszcze się nauczysz — przemówiłam z leciutkim uśmiechem. — Ale po części masz rację, ciężko będzie cokolwiek zrobić w zimę. Poczekamy na pierwsze znaki wiosny, jakieś przebiśniegi. Potem masz gwarancję, że całe dnie będę tu przebywać. — Fascynacja wręcz przesiąknęła mój głos. 
     - Byłbym z tego powodu szczęśliwy. — Westchnął tylko, po raz kolejny obdarowując te miejsce przelotnym spojrzeniem. Całe jego życie podporządkowane było pracy, bez miejsca na przyjemności, i mogłam to stwierdzić tylko patrząc w oczy, które kryły głębokie zmęczenie. 
     Rzuciłam Aaronowi mały uśmiech, będący podsumowaniem całej jakże motywującej do działania dyskusji, której mężczyzna nie mógł odeprzeć, zważywszy na mój upór maniaka. Potem wspólnymi siłami doszliśmy do wniosku, że wieje coraz większym chłodem, dlatego oboje zniknęliśmy za metalowymi drzwiami. Nawet nie domyśliłabym się wcześniej, że mogły kryć za sobą tak nostalgiczne miejsce, które wypełnia tak błogim spokojem. 
     Posprzątaliśmy po kolacji — niezwykle wytrawnej, bo były to oczywiście kanapki. Na zwieńczenie wieczoru pozwoliłam Aaronowi rozluźnić umysł kieliszkiem brandy, choć uderzała we mnie niesamowicie intensywna myśl, że i tak bez mojej zgody końcu by się jej napił. Gdybym nie wiedziała, że pała taką miłością do alkoholu, pomyślałabym, że „Brandy” jest imieniem kobiety, co byłoby już chyba szczytem nieporozumienia. 
     - To pościel dla ciebie. — Aaron podał mi do rąk idealnie złożoną pościel. Zdołałam zauważyć, że włosy mężczyzny za sprawą wiatru dalej były zmierzwione na wszystkie możliwe strony. Uśmiechnęłam się odrobinę na ten widok. 
     - Dziękuję. — Skinęłam głową w podzięce. — Ach, Aaron. — Napomknęłam cichym głosem, kiedy już odwrócił się ode mnie. 
     - Tak? 
    I znów widziałam go w pełnej krasie. 
     - Chciałabym pomieszkać tu dłużej, ale jako, że mam pokój w akademiku, będę tu na tyle, na ile pozwalają mi egzaminy — wyjaśniłam pokrótce, a on zdawał się zgadzać z każdym moim słowem.
     - Oczywiście. Śpij dobrze.
     - Ty też, Aaron. 
     Potem rozdzieliliśmy się w tym dużym, acz tak pustym apartamencie. I choć teraz zamieszkiwały go dwie żywe dusze, dalej wierzyłam, że samotność w takim miejscu może przygnieść psychikę człowieka niczym najcięższy głaz. W głowie mignął mi widok Aarona, który na przestrzeni tak wielu lat poświęcał każdą część siebie życiu za biurkiem. Nie mogłam powiedzieć, że satysfakcja i korzyści nie były tego warte, ale odnajdywałam w sobie także współczucie w związku z tym, jaką drogę sobie ugniótł pod stopami. Teraz chociaż wiedziałam, że nie jest kolorowo. 

***

     Nazajutrz, kiedy mój umysł stwierdził, że jest już wyspany, wygramoliłam się spośród przyjemnych kołder. Otoczyło mnie przyjemne ciepło. W odróżnieniu od akademika, tutaj przykładali wyjątkową wagę do porannego ogrzewania, z czego bardziej zadowolona być nie mogłam. 
     Musiało być naprawdę wcześnie. W każdym razie za wcześnie na powrót do biura, wobec tego zebrałam w sobie wszystkie umiejętności kucharskie, jakie tylko posiadałam, i przyrządziłam szybkie śniadanie w postaci zwykłego jajka z bekonem. Drugi talerz zostawiłam na stole z nadzieją, że Aaron za chwilę także wstanie pod wpływem jakiegoś głośnego impulsu, na przykład budzika. Pokryłam piżamę zaledwie szlafrokiem, a na nogi włożyłam buty, w których wcześniej przyszłam, i w tym stylu powiodłam schodami wprost do metalowych drzwi. 
     Na dachu apartamentu panował totalny chłód. Promienie wschodzącego słońca, które przedzierały się przez poszarpane, granatowe chmury nie sprawiło, że powietrze stało się cieplejsze. Szybko zatęskniłam za wnętrzem apartamentu, jednak wyrzucając tę myśl z głowy, wyłącznie ze swoich chęci zajęłam się tym wymarłym miejscem. Odnalazłam sprytnie schowane wiaderko z narzędziami, małą łopatką przekopałam przemarzłą, zaniedbaną ziemię i uczyniłam to samo z każdą doniczką, którą widziałam, i w której roślina nie prezentowała już żadnych znaków życia. Większość z nich, mokra oraz wyczerpana temperaturami, trafiła do wnętrza wiaderka, co uczyniłam także z rozległymi pnączami obrastającymi niedbale barierki.  
     Chwyciłam w ręce jedną z pustych doniczek, by przenieść je dalej, i omal nie dostałam zawału, aczkolwiek tragedia stać się musiała — widząc stojącego w drzwiach Aarona, dosłownie podskoczyłam z doniczką i niespodziewanie wypuściłam ją z rąk. Z głośnym hukiem rozbiła się o podłoże, a na mojej twarzy od razu wymalował się stan przedzawałowy. 
     - Nie strasz mnie tak! — Uniosłam głos, wpatrując się w mężczyznę.

Aaron?

13 sty 2019

Od Odette C.D Aaron

     Tej nocy nie mogłam spać. Ilekroć moje oczy się zamykały, widziałam przed nimi Aarona stojącego tuż przede mną, a w uszach zakorzenił się jego spokojny głos. Propozycja. Słowa, które składały się na piękną melodię dla szarpniętego winą umysłu. Zdałam sobie sprawę z tego, że nie zaznam ani namiastki spokoju, jeżeli teraz nie podejmę ważnej decyzji. I w fazie skupienia, mrowiącej ciszy, która dosłownie drążyła we mnie dziurę, słowo „tak” przemknęło bez cienia wątpliwości. Opanował mnie wówczas nienaturalny, dziwny spokój, w jakim chciałam utknąć już na zawsze. Klatka piersiowa w końcu zwolniła, oddechy stały się równe. Bez obaw mogłam zamknąć oczy, widząc przed nimi tylko nieprzebitą ciemność, która zabrała mnie wkrótce w odległą krainę głębokiego snu.
     „Mam nadzieję, że to przemyślisz i będziesz moją deską ratunku, bo się zatracam, Odette.”
     Poruszyłam się niespokojnie na łóżku.
     Zmięłam pościel w dłoni, zacisnęłam kurczowo powieki.
     „Będziemy jadać razem kolacje, cokolwiek będziesz chciała, oglądniemy od czasu do czasu jakiś film, porozmawiamy.”


***

     Porywisty wiatr przeganiał śnieg z chodnika, tworząc magiczne, białe smugi w powietrzu. Zbliżała się osiemnasta, czego dowodem było szare niebo zanikające w czerni. Ciemno robiło się już znacznie wcześniej. Po wyjściu z domu zaczęłam żałować, że nie wybrałam ciepłego koca, filmu i kakao, ale co byłaby ze mnie za przyjaciółka? Znajoma. Pracownica. Nigdy, przenigdy nie myślałam nad tym, kim jestem dla Aarona. W naszej relacji wydarzyło się tyle niechcianych, zakazanych rzeczy, których wolelibyśmy się wyprzeć. Pomiędzy nami stała wielka niewiadoma.
     Otrzepałam buty z ponad kilograma śniegu, po czym wkroczyłam powoli do ogromnego wieżowca. Im bliżej windy się znajdowałam, tym stres jeszcze szybciej wyżerał wszystkie organy w moim ciele. Był jak prawdziwy pasożyt, niepozwalający na pozyskanie choć odrobiny szczęścia z podjętych decyzji.
     Czy one były prawidłowe?
     Mogłam zrobić coś lepiej?
     Te uczucie bezsilności męczyło. Ciągle męczyło, a mózg nawet nie szukał odpowiedzi na żadne z pytań. Serce również okazywało się zbyt głupie ― spowodowało tyle niezapowiedzianych rzeczy, a teraz milczało, jakby przestając bić swoim rytmem.
     Stanęłam przed odpowiednimi drzwiami, już miałam pukać, gdy stres ponownie uderzył ze spotęgowaną siłą. Oddech diametralnie się ukrócił. Uciekał mi. Ostatkami sił po prostu postukałam piąstkami w drzwi, a widząc potem twarz Aarona, zabarwioną kompletnym zdziwieniem, nie było już odwrotu i organizm sam z siebie zmusił się do zachowania względnego spokoju.
     Milczeliśmy przez dłuższą chwilę. Nasze oczy wpatrywały się w siebie bez reszty, nawet nie wiedząc, co chcą sobie przekazać.
     - Nie chcę wynagrodzenia ― zaczęłam, a po chwili doszłam do wniosku, że powiedzenie tego na wstępie na pewno nie było dobrym posunięciem. Typowa blondynka. ― Po prostu... nie chcę, żebyś się zatracił. Może nie zdradzasz wielu rzeczy o sobie, może nigdy tego nie osiągnę, ale wiem, że nadgodziny, praca i alkohol są przykrywkami, pod którymi chcesz zakryć samotność. ― Zrobiłam krok w przód i spojrzałam mu bezwiednie w oczy. Ba, nawet nad tym nie zapanowałam, błękit sam przyciągnął mnie do siebie. ― Chcę żebyś z tym skończył i był... jakkolwiek szczęśliwy. Zależy mi na tym, bez względu na błędy, które popełniłam.
     Zaraz się uduszę.
     Gorąc niemal rozpalał mnie od środka w oczekiwaniu na odpowiedź. Czas tylko się dłużył, a nagle stanął, kiedy Aaron w końcu wykonał ruch. Zatrzymał dłoń tuż na moim ramieniu oraz posłał mi delikatny uśmiech, który mógł wyrazić wszystko, czego słowa nie były nawet w stanie.
     - Cieszę się, że podjęłaś tę decyzję, Odette. Zrobię wszystko, byś tego nie żałowała.
     - Ja cieszę się, że dostałam możliwość zdobycia przebaczenia. ― Oddałam delikatny, nieśmiały uśmiech. Aaron wprowadził mnie do przestronnego salonu i wykonał gest, bym usiadła na kanapie.
     - Jestem zimnym dupkiem, temu nie da się zaprzeczyć, ale nie potrafiłem być obojętny na to, że wtedy chciałaś wyjść ― odparł, prawdopodobnie godząc się ze świadomością, że wczoraj wyciekło z niego zbyt wiele. Nie potrafiłam tego wyjaśnić, ale poczułam przyjemne ciepło gdzieś po lewej stronie klatki piersiowej.
     - Ale najbardziej chyba chcę ci pomóc.
     Mężczyzna odwrócił wzrok, chyba nie chcąc więcej poruszać tematu swoich emocji czy problemów. Dobrze wiedział, jak jest i czułam, że nie na rękę było mu mierzyć się z nagą, mroczną prawdą.
     - Nie mówmy już o tym, dość. ― Mówiłam, że to prawda? ― Może łyka brandy?
     - Alkohol? ― Podniosłam brew w lekkim podziwie, dokładnie przypominając sobie jego wzmiankę o alkoholu. Miałam go powstrzymywać.
     - Jeden kieliszek mojej małej brandy po ciężkiej pracy to dobre wynagrodzenie, nieprawdaż?
     Stanęłam przed barkiem, blokując rękę mężczyzny, która właśnie sięgała do drzwiczek. Rzuciłam mu wesoły uśmiech, który spotkał się z niezrozumieniem na jego twarzy.
     - Może brandy będzie lepsza jako dodatek do dobrej kolacji? ― Brzmiało to jak czysta propozycja. Pochwycił ją bardzo szybko. ― Przecież nie muszę się od razu zmywać. ― Mój wzrok obrzucił krótką uwagą rozświetlone nocą miasto za dużym oknem. Potem wrócił do niebieskich tęczówek przepełnionych płytko skrywaną aprobatą.
     - Dobry pomysł. Daj mi moment, zadzwonię po służbę. Przygotuje nam cokolwiek będziesz chciała. ― Wyciągnął telefon, jednak w okamgnieniu znalazł się on w moim uścisku, schowany za plecami, czemu towarzyszył mój szeroki uśmieszek. ― Odette? ― Zmarszczył nieznacznie czoło.
     - Sami ją zrobimy.
     Pociągnęłam go za nadgarstek, wędrując prosto do kuchni, w której jeszcze niedawno Jaime roztłukła szklankę w wybuchu frustracji. Wyrzuciłam te wspomnienie w głęboką otchłań niepamięci, nie chcąc, by właśnie w tej chwili przejęła mój umysł.
     - Jeśli myślałeś, że będzie ci łatwo ze mną w jednym mieszkaniu, to się myliłeś. Mam zajmować ci czas? Proszę bardzo. ― Na mojej twarzy wymalował się zadziorny uśmiech. ― Ale to ci będzie przeszkadzać. ― Zbliżyłam się i chwyciłam za jego krawat, jednak zamiast mu go poprawić, jak to miałam w zwyczaju, oddzieliłam go od eleganckiego stroju oraz położyłam na wyspie kuchennej. Oto zapoczątkowanie zmian. 


Aaron? ( ͡° ͜ʖ ͡°)

28 gru 2018

Od Odette C.D Aaron

     Aaron siedział mi w głowie bez chwili wytchnienia. Echo przeszłych wydarzeń rozbrzmiewało zamknięte we mnie, nie pozwalając zebrać najmniejszej myśli w zbitą całość. Szelest kartek rzuconych gwałtownie o podłogę. Krzyczący w jego oczach gniew. A jednak dłoń na policzku łagodziła absolutnie wszystko, co przedtem poczułam. Przyjaciółka w rozlewie emocji wyszła na dłuższy czas, nie odzywając się do mnie ani słowem. W ciągu paru chwil zdołałam utracić dwie osoby, które grały w moim życiu sporą rolę, a nagle miałam radzić sobie bez ich obecności. Niczym na pstryknięcie palcami. Wobec Aarona było to może ogromne poczucie winy, jakie własnemu sumieniu kazałam zniszczyć jakimś naprawdę dobrym uczynkiem. Czułam się paskudnie w swoim własnym ciele i wykazywałam ogromne chęci, by zmienić nurtującą mnie sytuację. A żeby tylko nurtującą. Wysysała ze mnie resztki optymizmu i dokładała wszelkich starań, żebym zasmakowała tego okropnego uczucia, kiedy krzywdę chce się zakleić zwykłym plastrem.
     W mieszkaniu ponura atmosfera wyniszczała mnie bardziej, niż robiła to sytuacja. W głowie buczało mi miliony ciężkich myśli, nie pozwalając mi nawet przeczytać zdania w notesie. Ruszyłam więc na spacer nocną dosyć porą.

***

     Odgłosy stawały się coraz wyraźniejsze. Niepokój diametralnie rósł, po każdym minionym metrze dając mi jeszcze jedno ostrzeżenie, że powinnam zawrócić. Moje nogi jednak parły do przodu pchane ciekawością. W końcu zdołałam ujrzeć dwie tłukące się osoby, które na pewno nie były zbyt trzeźwe. 
     Mój oddech dosłownie zanikł, gdy w jednym mężczyźnie, zakrwawionym i pobrudzonym na twarzy szminką, cudem rozpoznałam Aarona. Tak, bogatego biznesmena, sięgającego w tym momencie kompletnego, zerowego dna.
     - Aaron?! ― zaczęłam ze zdecydowaniem, a wówczas cała bijatyka skończyła się jak nożem uciął. Szatyn podniósł na mnie swój zamglony wzrok, napastnik zniknął mi z pola widzenia, ledwo słaniając się na swoich nogach.
     - Odette, co ty tu robisz?
     - To nieważne. ― Dosłownie warknęłam i zaskoczyłam tym samą siebie. Jego ramie ujęłam w stanowczym uścisku i pomogłam mu przenieść się na proste nogi, jednak gdy tylko tego dokonał, odsunął się gorączkowo, czemu towarzyszyło moje zdziwienie. ― Aaron, to nie czas, żeby stroić fochy, jesteś cały poobijany! ― kontynuowałam z wyrzutem, niespokojnie badając go spanikowanym spojrzeniem.
     - Chcesz robić ze mnie jeszcze większego idiotę? ― syknął. 
     - Skąd ci to przyszło do głowy? Chcę tylko pom... 
     - Skąd mi to przyszło do głowy?! ― Podniósł głos i w okamgnieniu zatrzymał głowę parę centymetrów przed moją twarzą. Zdębiałam, zdominowana w większej części ogromnym szokiem, gdy jego pełne rozdygotania spojrzenie ze wściekłością wbiło się w moje oczy. ― Skąd?! A to, co robiłaś w biurze, nie ma już żadnego znaczenia? Mam cię pogłaskać po głowie, mówić, że będzie dobrze, chociaż zrobiłaś takie świństwo? ― Parsknął i się odsunął, pozostawiając mnie w stanie totalnego osłupienia. Wierzchem rękawa otarłam łzy gromadzące się w kącikach moich oczu. 
     Żadne wytłumaczenie nie miało sensu. Uległam tylko podłej manipulacji swojej przyjaciółki, co nie mogło skończyć się w żaden pozytywny sposób, a ja głupia sądziłam, że tym sposobem zażegnam swój spór z nią. Typowa ze mnie blondynka. 
     - Nie mogę cię przekonać do tego, żebyś mi zaufał, p-po prostu daj sobie pomóc ― szepnęłam nad wyraz spokojnie. 
     - Wrócę sam ― Jego głos przesiąkła arogancja. Omiótł wzrokiem ciemność dookoła, na widok jakiej drżałam niemiłosiernie, jednak nie zrobił żadnego kroku. Pochłonęła go dziwna konsternacja. Milczenie wyżarło nawet miejski zgiełk robiący się z minutę na minutę coraz cichszy. 
     - Wiem, że mnie nienawidzisz, ale proszę... ― odparłam cicho. ― Chcę, żebyś chociaż dotarł bezpiecznie. 
     Westchnął głośno, ale nic nie powiedział. Zacisnął palce na nasadzie nosa i przymknął oczy, sugerując mi tym, że jego świat zawirował. 


***

     Cudem zaciągnęłam go do jego mieszkania. Podróż w taksówce minęła w pełnej nieznośnego napięcia ciszy, której nie potrafiłam przerwać żadnym słowem. Cokolwiek bym nie powiedziała, czułam, że Aaron zaatakuje kolejny raz swoją arogancją, co absorbowałoby wszystkie moje chęci na porozumienie się z nim. 
     Mężczyzna bez słowa rozsiadł się leniwie na kanapie, nie interesując się tym, że jego ubranie skąpane było w ziemi i plamach krwi. O twarzy, a raczej pobitym oku, które obejmowała czerwona otoczka, już nie wspomnę. By nieco przywrócić go do porządku, przygotowałam miskę z wodą oraz chusteczki. Usiadłam zaraz obok niego, z taką ostrożnością i wahaniem, jakby miał co najmniej zbić mnie na kwaśne jabłko. Nie sądziłam, skąd ta obawa mogła się wywodzić, ale czułam się z nią cholernie nieswojo. 
     - Nie jestem potworem, Odette ― odezwał się z chrypą, niemal czytając moje myśli. 
     Przełknęłam głośno ślinę.
     - Wiem, że nie ― szepnęłam. ― Mogę? ― Zamoczyłam śnieżnobiałą chusteczkę w wodzie i podniosłam dłoń, hamując ją tuż przy jego twarzy. Obdarował mnie chwilowym spojrzeniem oraz nie ściągał go przez parę dobrych sekund. Odczytałam to jako zgodę i rozpoczęłam serię delikatnych, wręcz motylich ruchów, które stopniowo rozmazywały smugi krwi. Odsłoniły w końcu jego obitą skórę. 
     Syknął cicho, a ton mojego głosu już od razu przepraszał.
     - Wybacz... 
     Porzucił to bez odpowiedzi, nawet nie patrząc mi w oczy. Cisza nakręcała tylko moje poczucie winy, sumienie wręcz krzyczało, że powinnam przepraszać i żałować swojego zachowania aż do skutku. Żałowałam. Naprawdę żałowałam, a przez to stres wyżerał cały mój organizm od środka, pozostawiając w nim dosłowne spustoszenie. 
     - Proszę, odezwij się do mnie... ― szepnęłam z autentycznym cierpieniem. ― Co mogę zrobić, byś mi wybaczył?
     Cisza.
     Ta sama, martwa cisza, niezapowiadająca żadnej rozmowy.
     - Aaron ― powtórzyłam. Snob nawet nie odważył się podnieść wzroku. Może nie chciał. Może dopadało go kompletne obrzydzenie, gdy to robił. Ale masa pytań, która kotłowała się we mnie od dłuższego czasu, drażniła mnie zbyt mocno, by po prostu mu odpuścić. 
     Wymięłam chusteczkę, dostrzegając blade smużki krwi na mojej skórze. 
     - Proszę, Ron... ― Wstałam już nieco zirytowana. Nadal milczał, jednak jego klatka piersiowa unosiła się w nierównych, porywczych oddechach, które nie uspokajały mnie ani na moment. Zwyczajnie zostawiłam mu czystą koszulę na komodzie i zwróciłam się w stronę wyjścia, nie prowokując bardziej wybuchu tłumionych z ledwością emocji. 
     I nagle poczułam się tak, jakby wylano na mnie świeży cement.
     Zatrzymał mnie męski głos uderzający prosto w moje plecy, na co odwróciłam się z powrotem, wcześniej zwalniając klamkę z kurczowego uścisku. 


[Rolnyk?]

22 gru 2018

Od Odette C.D Aaron

     Sumienie bez przerwy stawało się coraz cięższe. W dłoniach drżały mi kolejne kartki, które Jaime oplatała głodnym informacji wzrokiem. Zdawała się nawet nie baczyć na ból zakorzeniony w moich oczach, kiedy siłą umowy byłam zmuszana dostarczać kolejne zasoby firmy Brown Inc.
     Czy przyjaźń w ogóle była tego warta?
     Czy w ogóle chodziło o przyjaźń?
     - To ostatnie dokumenty, jakie ci dostarczam. ― Starłam niewidzialną łzę, z trudem wyduszając z siebie te słowa.
     Pogarda dziewczyny trafiła do mnie ze zdwojoną siłą. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego takim perfidnym sposobem zdecydowała się mnie wykorzystywać, podpinając pod to wybaczenie wszelkich win.
     - Przesłyszałam się? ― rzuciła. ― Chcesz zrezygnować z naszej przyjaźni?
     - A czy ty siebie słyszysz? ― odparłam z autentycznym smutkiem w głosie. ― T-tak przyjaciółka nie robi. Nie każe drugiej kraść po to, żeby jej wina wyparowała. Ty chcesz zrezygnować, a nie ja.
     Mięśnie na jej twarzy spięły się niesamowicie. Cudem utrzymywałam z nią stały kontakt wzrokowy, który już powoli i doszczętnie mnie wyniszczał.
     - Masz rację, chciałam na tym skorzystać. ― Ton jej głosu wydawał się taki… normalny. Ni śladu po skrusze, ni śladu po jakimkolwiek poczuciu winy.
     - I próbowałaś do tego wykorzystać tę sytuację? ― szepnęłam. Cisza sprawiła, że mój głos był znacznie wyraźniejszy. ― J-ja nie mogę tak dłużej. On mi ufa. Muszę to wszystko zwrócić. Zrób kopię, cokolwiek, ale oddaj mi oryginały ― mówiłam z naciskiem na każde osobne słowo.
     - Nie mogę, musisz zrozumieć, że zrobiłaś źle. ― Odłożyła dokumenty na stos pozostałych, jakie naznosiłam. Okradłam firmę. Ta świadomość nadal do mnie nie dochodziła.
     - Ale ja wiem, że zrobiłam źle… ― zaoponowałam cichutko jej słowom. Zielony, natarczywy wzrok jednak wbił moją pewność siebie w ziemię.
     Parsknęła głośno.
     - Może wiesz, że nie powinnaś się całować z Brownem. Podobał mi się, całkiem pasowaliśmy do siebie. Ale wiesz co? ― Na te słowa zdołałam podnieść zdeptane wręcz spojrzenie. ― Współczuję Adamowi. Współczuję mu cholernie, bo jeździsz na dwa fronty.
     - Jeżdżę na dwa fronty? N-nie robię tego.
     - Robisz. Pewnie się już przespałaś z dwoma. Nie poznaję cię, wiesz? ― Zmierzyła mnie nieprzyjemnym wzrokiem. To ja jej nie poznawałam. Atakowała mnie wszystkim, czym się dało, a to przez to, że popełniłam ten jeden, wspierany łykami alkoholu błąd. Prawda była taka, że do żadnego mężczyzny nie czułam zbyt wiele.
     - Przestań tak mówić, to jakieś bzdury ― wycedziłam przez zęby. Jaime, widocznie zaskoczona obrotem mojego zachowania, uniosła brwi w lekkim zdziwieniu. ― Ochłoń, inaczej nie dotrze do ciebie, że właśnie zrywam z naszą umową i robię to, co powinnam zrobić już dawno temu.
     - To znaczy? ― Zmarszczyła brwi. Była zirytowana do czerwoności, ręce jej się trzęsły, a myśli w głowie zapewne szalały, nie pozwalając na pojawienie się choć najmniejszego śladu rozsądku.
     W odpowiedzi chwyciłam dokumenty Browna i pospiesznie opuściłam mieszkanie, zaraz potem przenikana zimowym chłodem powietrza. Dotąd niewyjaśniona złość trzymała pozostałe emocje na wodzy, ale im dłużej otaczał mnie spokój nocnego miasta i samotność, tym więcej do mnie docierało. Coraz więcej smutku i rozpaczy, która wiązała się z kłótnią z Jaime. Z jej słowami. Wyrzutami sumienia, że tak długo ogałacałam Brown Inc z ważnych dokumentów. Nie chciałam sobie tego uświadamiać, ale byłam złodziejką. Złodziejką, która myślała, a może po prostu usprawiedliwiała swoje zachowanie faktem, że robi wszystko dla dobra przyjaźni. Przyjaźni. Prychnęłam pod nosem.

***

     Korytarze firmy otuliły mnie znajomym ciepłem. Nadal drżałam jednak z zimna, gdyż z mieszkania wyszłam tylko w koszulce, dopiero potem uświadamiając sobie, że nie jest to dobre ubranie przy minusowej temperaturze, jaką serwował grudzień. Liczyło się wyłącznie to, co zaciskałam uparcie w palcach: każdy skradziony z firmy dokument.
     Windą dostałam się na najwyższe piętro, już z końca długiego korytarza widząc solidne, duże drzwi, za jakimi krył się gabinet Aarona. Im mniej kroków mnie od niego dzieliło, tym większy stres ściskający wnętrzności mnie zatrzymywał. W jednym momencie zmusiło mnie to do tego, by stanąć w miejscu, wziąć głęboki, świeży haust powietrza i powstrzymać okropne uczucie mdłości. Będzie dobrze, będzie dobrze, powtarzałam sobie w głowie bez chwili wytchnienia. I znikąd drzwi rozwarły się, wówczas moje dłonie jak z automatu skryły za plecami każdy dokument. Błękitne oczy obecnego właściciela firmy zbadały mnie z niezrozumieniem.
     - Odette, co tu robisz? ― Zmarszczył brwi. ― Twoja zmiana zaczyna się dopiero jutro, jak mi się wydaje.
     - Dobrze ci się wydaje. ― Musiałam wyglądać blado. Musiałam wyglądać naprawdę bardzo blado. Dreszcze strachu nieustannie pełzły mi po plecach, a ja wiedziałam, że po mnie doskonale wszystko jest widać. Każdy uścisk niepokoju. Stresu. Szczęścia czy podziwu.
     - Więc coś się stało?
     - Nie.
     Brawo, ty blondwłosa kretynko. 
     Rób tak dalej.
     - Rozumiem ― nie powiedział tego z przekonaniem. ― Poza tym systematycznie znikają mi dokumenty z biura. Jeśli coś wiesz, daj mi znać, ten ktoś wyleci stąd szybciej, niż tu przyszedł. ― Zakończył to zimnym, wręcz aroganckim akcentem, mijając mnie. Znów skierowałam się w jego stronę.
     - D-dam znać ― szepnęłam.
     - Nie sądziłem, że ktokolwiek od czasów Julie jest mi w stanie tak nadepnąć na odcisk ― stwierdził pod nosem.
     - Podejrzewasz już kogoś?
     - Jeszcze nie.
     Jesteś słaba, Odette.
     Chwilę potem Aaron zniknął mi z oczu. Dałam sobie całą minutę na to, by przemyśleć sprawę i za nim pobiec. Pierwsze dziesięć sekund poszło niezwykle gładko. Przy dwudziestu mój umysł zapulsował od niemożliwie kujących wyrzutów sumienia, wręcz wzywał do wyjaśnienia całej tej feralnej sytuacji z magicznym znikaniem dokumentów. Przy trzydziestu oddech przyspieszył mi do tego stopnia, że przy trzydziestu pięciu ruszyłam w ślad za Brownem. Moje płaskie buty pozwoliły mi się przemieścić w zatrważająco szybkim tempie. Mężczyznę spotkałam zaraz przy windzie, do której zamierzał wejść.
     - Aaron! ― wrzasnęłam, a jego zmieszany wzrok utkwił w dokumentach, jakie trzymałam w ręku. Jawnie. Już bez żadnych podchodów. I czułam się z tym gorzej niż wtedy, gdy wszystko kryłam.
     - Powiedz mi w końcu, o co chodzi. ― Widział, że coś jest nie tak. Mógł poszczycić się aż taką błyskotliwością.
     Moje oczy zsunęły się bezwiednie na dokumenty, szukając w nich jakiegokolwiek koła ratunkowego. Zostałam z tym sama. A bez względu na myśl, jaką próbowałam przywołać, każda udowadniała moją winę i stawiała mnie w najgorszym świetle.
     - J-ja nie mogę tak dłużej. Nie mogę patrzeć ci w oczy i udawać, że wszystko jest dobrze. ― Emocje zaczęły szarpać moim wycieńczonym organizmem. Owocem tego była wilgoć, jaka napłynęła do kącików moich oczu. ― Aaron, to wszystko moja wina. J-Jaime powiedziała, że będę mogła odzyskać przyjaźń tylko wtedy, gdy zdobędę to, co ona chce. ― Każde słowo wychodziło z moich ust kompletnie przełamane w pół.
     - Do czego zmierzasz? ― odezwał się całkowicie zakłopotany, ale ogromnie skupiony na tym, co chciałam mu przekazać. Patrząc w jego oczy, czułam ból wywołany tym, że bez przerwy tyle czasu zwyczajnie go okłamywałam.
     - T-to ja wykradłam dokumenty. ― Oddałam mu papiery, które ze zdezorientowaniem przejął w dłonie. ― Wiem, że to niewybaczalne. Wiem, że zrobiłam okropną, okropną rzecz, bo mi ufałeś. I nie mam nawet pojęcia, jak cię przeprosić, bo zwykłe „przepraszam” to będzie za mało. ― Z ledwo powstrzymywanym płaczem zaczęłam szlochać, ulegając burzy emocji.
     Każda pojedyncza łza wędrowała z rzęsę na rzęsę, przysłaniając mi pole widzenia.
     - Nie ma dla mnie dobrego usprawiedliwienia. Myślałam, że cokolwiek uda mi się naprawić, ale zrobiłam więcej szkód niż kiedykolwiek. P-przepraszam… ― powtórzyłam smutno oraz ściągnęłam spojrzenie w dół. ― M-możesz m-mnie wywalić. Możesz zrobić, co tylko zechcesz, a-ale wybacz mi to kiedyś…
     Byłam pewna tylko jednego. Cholernie obawiałam się jego reakcji.
     Stres ściskał mi gardło wraz ze szlochem i czułam, jak mój oddech urywa się coraz szybciej.

[Aaron?]
hał emołszynal.

+10PD

4 lis 2018

Od Odette C.D Aaron

     Powietrze wypełniało ciężkie napięcie bijące od ponurej postawy Aarona. Zaraz potem jak rozłączył się z klientem, położył się leniwie na sofie, jakby licząc na to, że to przyniesie jego nerwom ukojenie. Oderwałam się wówczas od swojego notesu, gdzie zapisałam już wszelkie dane i oczekiwania potencjalnego klienta. W ostatniej linijce strony widniała data spotkania ― szczyciłam się z tego powodu nieskrywaną dumą, że udało mi się z taką łatwością wszystko załatwić. Od razu zajęłam fotel ulokowany zaraz obok sofy. Może chociaż mój mały sukces odniesiony na rzecz firmy ucieszy Aarona. Delikatne podejście w końcu miało przerodzić się w mocne.
     - Długo jeszcze będziesz bawiła się ze mną w kotka i myszkę?
     Pytanie próbowało wytrącić mnie z równowagi, którą cudem udało mi się zachować. Pożałowałam, że nie pospieszyłam się ze swoją pozytywną wieścią.
     - Chyba nie do końca rozumiem. ― Moja głowa oparła się na dłoni, natomiast łokieć o podłokietnik fotela. Przełknęłam ślinę tak głośno, że pośród wręcz cmentarnej ciszy wypełniającej pomieszczenia, mógł być to nawet hałas.
     W jednej chwili pomyślałam, że od samego początku Aaron jest świadom tego, co robię ― że staram się wykradać dokumenty i prawdopodobnie nie poszło mi tak dobrze, jak przewidywałam.
     Tak, nigdy nie kryłam emocji zbyt dobrze.
     - Mówię o flircie na każdym możliwym kroku ― odparł, dłonią nieco luzując zaciśnięcie krawata na szyi. Wzrok, w którym utkwił błysk, sprawił, że moje ciało przeszedł szybki dreszcz. ― Jeśli tego nie zauważasz, będę musiał uznać to za kłamstwo.
     Niewyjaśniona gula zaczęła mi blokować gardło, przez co pozostałam bez możliwości wyduszenia chociaż jednego, głupiego słowa. W głowie pusto. Brak jakiegokolwiek wyjaśnienia, które wydawałoby się na tyle sensowne, by łyknął je przenikliwy szef firmy.
     Co miałam powiedzieć? „Ten flirt to kłamstwo, jesteś podle kiwany przez dziewczynę, która wcale tego nie chce?” Nawet nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak to mówię. Zbyt straszny scenariusz. Najgorsza była jednak świadomość, że Jamie nie wystarczało to, co ode mnie dostawała. Nieustannie prosiła o więcej, powtarzając, że już niedługo znów będziemy przyjaciółkami. A ja w te słowa bezkreśnie wierzyłam, czując z dala ich zgniłość. Nie umiałam nawet zaprotestować. Co gorsza, nie próbowałam nic z tym robić, jedynym celem było odzyskanie przyjaźni, którą budowałam tak długo.
     - Nie zamierzam kłamać… ― zaczęłam z namiastką niepewności. Już właśnie ta niepewność była w stanie zdradzić kolejne kłamstwo. ― Widzę to, ale kto zabroni nam umilać sobie nieco czas? Przemęczenie i praca zjadają cię od środka. Czuję to, gdy… gdy się do siebie zbliżamy ― szepnęłam cicho, cudem kierując rozmowę zupełnie inną drogą, by tylko zmienić jego tok myślenia. Oczywiście, że strzelałam ze stwierdzeniami. To było jak wspinanie się po drgającej drabinie, mając nadzieję, że trafia się na stabilny szczebel.
     Czułam się z tym wszystkim okropnie. 
     Mimo iż na początku, gdy czułam dotyk tego mężczyzny, odzywał się głos proszący o więcej.
     Mięśnie na jego twarzy spięły się ostro. Odniosłam wrażenie, że nie miał ochoty rozmawiać o swoim problemie. Krew pulsowała w moich żyłach, wręcz się gotowała, zagłuszając świat.
     - Nie wyobrażaj sobie zbyt wiele na mój temat. Najlepiej w ogóle nad tym nie myśl, bo skutki mogą być nieprzewidziane. ― Podniósł się z kanapy, podszedł do barku i nalał do szklanki ten napój, co zawsze, czyli ukochaną brandy, w której zdawał się zatapiać wszystkie myśli.
     - D-dobrze… ― Spuściłam wzrok.
     Kolejna osoba, jaka potrafiła mnie zdominować z taką dziecinną łatwością.
     - Co do tego klienta ― zaczęłam, podnosząc swoje spojrzenie z powrotem ku szefowi ― udało mi się z nim dogadać. W grafiku zajęłam jeden z wolnych terminów na spotkanie z nim.
     - Świetnie. ― Upił łyk. ― Podeszłaś go wystarczająco delikatnie?
     - Tak, jak pan mówił. ― Z tymi słowami dźwignęłam się na nogi, a mój głos wręcz przesiąkł tą sztuczną formalnością, która niemal od razu trafiła do Aarona. Upił kolejny łyk, jakby udając, że te słowa przeszły obok niego obojętnie.
     - Jeszcze jedno. ― Zmierzył mnie wzrokiem. Znów wszystkie obawy zbudziły się z płytkiego snu i, jak się okazało, całkiem słusznie. ― Podsumowanie z września zginęło. Widziałaś je? ― Spojrzenie przenikało mnie na wylot.
     - Nie.
     I opuściłam pomieszczenie, nie chcąc dawać sobie coraz więcej okazji do zdradzenia emocji, które w moim przypadku mogą okazać się w cholerę wyraźne. Zatrzymałam spory haust powietrza w płucach aż do momentu, w którym drzwi za mną się nie zatrzasnęły. Wraz z nim uleciał ze mnie cały stres, jaki próbował pożreć każdą myśl.
     Czekało mnie jednak szybkie przebudzenie. Zanim zdążyłam podnieść wzrok, odrzucić włosy delikatnie do tyłu i zrozumieć, że to koniec ryzykownej dyskusji z Aaronem, wpadłam na kogoś z dosyć dużym impetem.
     Szybko doszłam do siebie.
     - Przepraszam. ― Te słowo wyrwało się z mojego gardła bez kontroli. Jak się okazało, osobnika, na którego wpadłam, już kiedyś spotkałam, ale w towarzystwie Williama Browna. Teraz u jego boku stała młoda dziewczyna, której ponura twarz ewidentnie nie wskazywała na zadowolenie z pobytu tutaj.
     - Nie szkodzi. ― Mężczyzna z ustami wykrzywionymi w uśmiechu poprawił swój garnitur, chcąc zlikwidować wszelkie zagięcia. ― Zastałem Aarona Browna?
     - Tak, jest w środku. ― Odblokowałam tej dwójce drogę do wejścia. Minęli mnie bez żadnego słowa, mając jeszcze na plecach mój uważny, ale i niebezpiecznie ciekawski wzrok.
     Zresztą, Jamie na mnie czekała.
     Nie mogę dłużej wysysać z Brown Inc wszystkiego, co przyniesie jej korzyści. Moja asertywność będzie miała zapewne inne zdanie.

[Aaron?]
Po paru dniach nicnierobienia moja wena jest na poziomie zero.

28 paź 2018

Od Odette C.D Aaron

     Czy ktoś kiedykolwiek próbował wrócić wspomnieniami do przedszkola?
     Bo właśnie tak się czułam, niczym niekompetentne dziecko, które staje w oko w oko z pierwszym powierzonym zadaniem. Powolutku, bez żadnego pośpiechu ― nawiasem jeszcze dosyć nieudolnie ― odkrywając zaledwie ułamek gargantuicznego budynku.
     Nie umiałam wyprzeć z głowy celu. Tego celu. Zwodzenie nic nieświadomego Aarona, dążenie do zwinięcia paru dokumentów, o których wartości zapewne nawet nie miałam pojęcia. Kuło mnie to. Kuło okropnie, ilekroć musiałam spojrzeć w niebieskie oczy, próbując odeprzeć fakt, że coś przed nimi taję. Że wkrótce dotkliwie skrzywdzę ich posiadacza. Już wtedy, w archiwum, gdy lepkie palce próbowały szybko zbadać zawartość paru segregatorów, sądziłam, że wzbudziłam tym niemałe podejrzenia, na szczęście pomylone ze zwyczajnym roztargnieniem przy nowym obowiązku. Zdołałam w ostatniej chwili stłumić tą gorącą czerwień, która za wszelką cenę walczyła o dominację na mojej twarzy. Przyjęłam karteczkę z numerem do klienta oraz spamiętałam w zabałaganionej głowie wszystkie powierzone mi przez szefa dane.
     - Już idę, szefie. ― Z tymi słowami wykonałam delikatny obrót w tył i z donośnym stukotem obcasów przeszłam przez długi korytarz.
     Zatrzymałam się przy jednym stoliku i wypełniłam swój obowiązek najlepiej, jak potrafiłam, pocierając przy tym blat nieco nadgryzioną już skuwką od długopisu. Wykorzystałam wszelkie informacje, jakie padły z ust Aarona i już nieco pod wieczór zajrzałam do jego biura. Zgarbiona dotąd sylwetka mężczyzny wyprostowała się tylko na króciutką chwilę, by obdarować mnie przelotnym spojrzeniem.
     - Wszystko załatwione. Klient nadal jest zainteresowany współpracą z Brown Inc i zaproponował spotkanie ― wyjaśniłam, ciągle wiodąc powolnym krokiem do biurka.
     - To świetnie! ― Odsunął się fotelem od blatu, czemu zawtórował cichutki pisk materiału. - Jaki termin?
     - Zajrzałam do grafiku i wyłapałam pustą kratkę. Następna środa, godzina piętnasta.
     Mężczyzna skinął głową.
     - Dobrze się spisałaś, dziękuję. ― Odchrząknął i pozwolił, by na jego twarz wkradł się ledwo zauważalny uśmiech. ― Cicho jeszcze liczyłem, że dostanę kawę. ― Z gardła wyrwał mu się cichy pomruk, tylko odrobinę przypominający śmiech.
     - Kawa o tej godzinie? Nie będziesz mógł spać. ― Z wrodzoną łatwością okazałam mu troskę, jakiej musiałam się wystrzegać. Natychmiast. 
     - Buntujesz się przed moimi poleceniami? ― Podniósł jedną brew, dopiero teraz wstając z fotela i wychodząc zza wypełnionego stosem papierów biurka.
     - Dbam tylko o zdrowie szefa. ― Wzruszyłam tylko ramionami, sunąc za nim swoim uważnym spojrzeniem, gdy kroczył coraz bliżej mnie. Wyrażałam niemą, aczkolwiek mocno skrytą wiadomość, mówiącą „nie powinieneś się tak zbliżać”. Byłam na siebie zła, że nie umiałam uwolnić żadnej stanowczości, która rozjaśniłaby całą sprawę. ― Czy to już koniec mojej pracy na dzisiaj?
     - Jest jeszcze jedna rzecz. ― Popatrzył, nadal ściągając delikatnie brwi w szarmanckim uśmieszku. Sięgnął w końcu swojego krawata i nieznacznie go przekrzywił, na co zareagowałam cichym śmiechem. ― Wiesz, co robić.
     - Jasne. ― Cudem zdołałam uniknąć stworzenia atmosfery pełnej niewygodnego napięcia. Nie mogłam sobie na to pozwalać. Wyrównałam szybko krawat mężczyzny oraz posłałam mu przy tym triumfalny uśmiech, jednocześnie kończąc swoją dzisiejszą zmianę.
     Zanim jednak się odwróciłam, wibracje telefonu rozbrzmiewające w kieszeni sprawiły, że zatrzymałam się w półkroku. Zajrzałam w skrzynkę odbiorczą, zastanawiając się, kto jeszcze pamięta o istnieniu takiej formy komunikacji.

JAMIE: Masz coś? Potrzebne mi przykładowe zestawienie zysków i strat z miesiąca. Nie ważne, o jaki miesiąc chodzi. Załatw mi to.
JA: Postaram się.
   
     To nie jest w porządku…
     Z wyraźną niechęcią obróciłam się do Aarona. Właśnie stał zwrócony plecami do mnie, nachylając się nad biurkiem wypełnionym setką różnych dokumentów. Wśród nich rozpoznałam teczkę koloru bordo, która stała się moim jedynym celem.
     - Aaron? ― spytałam z dużą dozą niepewności, niemal od razu ściągając na siebie jego lekko zdziwiony wzrok.
     - O co chodzi?
     Zbliżyłam się, ze specjalną dyskretnością zerkając na przedmiot leżący zaraz obok niego.
     - Więc… ― Głowę miałam kompletnie pustą. Zero pomysłów dających mi jednocześnie powód do tego, by rozpocząć w miarę sensowną rozmowę. ― Naprawdę miałeś romans ze swoją byłą asystentką? Miała na imię Julie. Słyszałam kiedyś, jak z nią rozmawiasz.
     Aaron wyraźnie spiął się na te słowa, gdyż jego rysy twarzy zaostrzyły się odrobinę.
     - Cóż, moja relacja z nią jest… specyficzna ― odparł, mierząc mnie powolnym wzrokiem, kiedy odważyłam się bardziej zmniejszyć dzielącą nas odległość. Stąpałam po cienkim lodzie, który kruszył się wręcz pod moimi stopami.
     Już prawie miałam to w swoich rękach. 
     - Nasza chyba nie jest mniej specyficzna ― stwierdziłam, zresztą całkiem zgodnie z prawdą. Nie zdołał odpowiedzieć, ponieważ moja drżąca dłoń niespodziewanie popchnęła go tak, że oparł się tyłem o blat. Zdziwienie na jego twarzy próbowało dotknąć mojego sumienia. Cel jednak wypierał wszystko inne, nie bojąc się nawet, że cierpliwość mężczyzny w końcu odnajdzie swoją granicę. Mógł pomyśleć, że coś było nie tak. Ta niepewność, czająca się w każdym moim geście była w stanie zniszczyć wszystko.
     Więcej zdecydowania. Znacznie więcej.
     Odrzuciłam pasmo włosów do tyłu, odważając się przylgnąć do niego ciałem. Opanował mnie ogromny żar, jaki wręcz pulsował od mężczyzny. Skórę sparzył mi jego przyspieszony oddech. Opuszkami palców subtelnie musnęłam bok jego twarzy, podrażniając się kilkudniowym zarostem.
     - Pamiętasz, gdy mówiłam, że powinniśmy przestać się widywać? ― wyszeptałam mu prosto do ucha.
     Aaron zrewanżował się i zacisnął dłoń na moim biodrze, powodując tym, że przeszedł mnie niewyobrażalnie przyjemny dreszcz. Pośród ogromnego chaosu panującego w umyśle zaczął przebijać się w końcu głos rozumu.
     - Tak, jakby to było wczoraj. ― Rozbrzmiał seksowny głos, jaki zapadnie mi w pamięć jeszcze na długi czas.
     Jestem prawdziwą suką.
     Nie można tak robić.
     Nie dla zysku.
     Aaron zdawał się już być zupełnie pochłonięty sytuacją. Korzystając z jego roztargnienia, dyskretnie sięgnęłam dłonią do celu. Jedna kartka uwolniła się od bordowej, grubej teczki tak cichutko, jakby właśnie pomagała mi w dopełnieniu oszustwa. Zwinnymi palcami przekształciłam ją w rulonik i póki nie miałam żadnej torby pod ręką, wsunęłam ją w rękaw dostojnej koszuli.
     - Chyba muszę to jeszcze raz przemyśleć ― mruknęłam tylko i zrobiłam duży krok w tył. Jego zdezorientowane, wręcz hamujące się spojrzenie zlustrowało mnie od stóp do głów. ― Do zobaczenia. ― Dołożyłam wszelkich starań, by wyrzucić z siebie pozostałości z tego, co właśnie miało miejsce. Gorąc, zakłopotanie, wstyd. Ogromny wstyd, z jakim nie potrafiłam sobie poradzić. Nawet nie odnalazłam słów, które opisałyby moją niezmierzoną głupotę.
     W ekspresowym tempie opuściłam gabinet, a wtedy głębokie, wypełnione napięciem westchnienie opuściło moje płuca. Stres ściskał mi żołądek jeszcze spory czas, nasilając się w windzie, gdzie byłam zmuszona stać obok dwóch biznesmenów. Jeden ― około czterdziestopięcioletni, z brązowymi włosami, drugi natomiast okazał się być Williamem Brownem. Nawiasem mówiąc, oboje całkiem dobrze radzili sobie z upływającym czasem, co starałam się przepuścić bez żadnej zewnętrznej reakcji. Zdobyłam się tylko na krótkie, jakże formalne powitanie, po którym nastąpiło już całkowite milczenie z mojej strony.

[Aaron?] 
Pisałam w totalnym chaosie, więc nie mam zielonego pojęcia, jak wyszło.

17 paź 2018

Od Odette C.D Aaron

     W mojej głowie dudnił przytłumiony ryk wichury, spotęgowany nieustającą w mieszkaniu ciszą. Za oknem nieprzerwanie hulał silny wiatr, poruszając złocistymi koronami drzew. Kolejna ulewa, kolejne krople deszczu osiadające na szybie. I kolejne jesienne dni, których mozolny bieg uświadomił mi, od jak dawna nie rozmawiałam normalnie z Jamie. Zawsze ulegała, w najmniej spodziewanej chwili rzucała żartem, który nikogo nie śmieszył, ale ulegała. Jej złość, rozczarowanie gasły tak szybko, jakby w życiu się nie pojawiły. Teraz nawet nie zyskałam pewności, że nasza przyjaźń cokolwiek dla niej znaczyła.
     Zawsze coś wykombinowałaś, żeby było lepiej. Powtórz to.
     Telefon zawibrował pośród miękkich fałdów kołdry. Całe dnie, oprócz wyjść na uczelnię, spędzałam w jednym i tym samym miejscu. W łóżku.

     Od: Aaron Brown
     Wpadniesz do mojego gabinetu? Potrzebuję kogoś, kto poprawi mi krawat. ;)

     Westchnęłam głośno, czując, że wszystkie myśli o mężczyźnie wracają niczym bumerang. I nie były najmilsze, począwszy od jego pokazu bezwzględnego dupka roku, a kończąc na kilkudniowym milczeniu, nawet bez najmniejszego, zarazem najprostszego „przepraszam, że się tak zachowałem”.
     A jednak jakaś część mnie bez zahamowań chciała pnąć do drzwi, by zaraz znaleźć się w jednym z najwyższych wieżowców w Avenley River.
     Nie. Dziewczyno, wiesz, że to koniec tego flirtu.
     Było, minęło.
     Z autentycznym oburzeniem odrzuciłam telefon z powrotem w fale kołdry. Zaraz wygramoliłam się z łóżka, dostrzegając nieopodal zgarbioną sylwetkę przy stoliku. Rude, gęste włosy Jamie kompletnie zasłaniały jej twarz. Trwała w tej ciszy bez żadnej chwili przerwy, co tylko podsycało mój niepokój. Powiodłam w kierunku salonu, podchodząc do przyjaciółki tak ostrożnie, jakby była dzikim, płochliwym zwierzęciem. Zresztą wzrok, jaki zawędrował w górę, napotykając mój, wcale nie określał jej w inny sposób.
     - Proszę… Jamie. Jak mogę sprawić, byś mi wybaczyła? – szepnęłam smutnym głosem, wręcz żywiącym nadzieję, że to pytanie, na które w końcu będę mogła usłyszeć sensowną odpowiedź.
     Po raz pierwszy ominęło mnie uczucie rozczarowania. Zanim mogłam jednak nabrać takiej pewności, Jamie wypełniła długą chwilę cholernie niewygodnym napięciem, przez które powietrze dosłownie zmętniało.
     - Jest coś.
     - Co takiego?
     Moje słowa, choć było ich tylko dwa, kipiały od nadmiaru desperacji i gotowości oddania.
     Powiedz cokolwiek, a to zrobię.
     Przysięgam. 
     - Nadal masz kontakt z Aaronem Brownem? – Wspomnienie tego nazwiska wzbudziło we mnie swego rodzaju niezrozumienie, niewygodnie spychające wszystkie moje domysły w falującą otchłań.
     - Nie. Po tamtym wydarzeniu… najwyraźniej on też nie chciał ciągnąć tej znajomości. – Właśnie takie wrażenie odniosłam, słysząc zimne, zdawkowe „wyjdź”, niepozostawiające na mnie suchej nitki. Jednak nie mogłam też wyznać Jamie, że dostałam od Aarona wiadomość i wcale nie jest tak, jak powiedziałam.
     Dziewczyna wydawała się wręcz zawiedziona tym faktem.
     - Szkoda. Myślałam, że może uda ci się wyciągnąć trochę korzyści z tej znajomości.
     - O czym mówisz? – Mrowiło we mnie coraz większe zaciekawienie, które nie zapowiadało jednak żadnego happy endu. Nadal stawiałam Jamie na pierwszym miejscu i prawdopodobnie to uśmierzało jakikolwiek strach czy niepokój.
     - Myślę, że dobrze wiesz. – Jej pierwsze od dawna uniesienie kącików ust nie miało nic wspólnego z ciepłym, radosnym uśmiechem, który zwykłam widywać. – Może udałoby ci się cudem zdobyć parę dokumentów z siedziby Brownów?
     - Sugerujesz kradzież? – Z mojego gardła wydobył się pełen niedowierzania, stłumiony szept. Myślałam, że parsknie śmiechem, pozbywając się z twarzy tej przerażającej powagi, ale to nie nastało. Ani teraz, ani później.
     - Nie to, że kradzież… ale takie dokumenty mogłyby mi pomóc na wiele sposobów. Przecież rozwijam się w tym kierunku, a kto inny może mi pomóc, jak nie moja przyjaciółka? – Jej słowa coraz bardziej na mnie oddziaływały.
     - Rozumiem…
     - Wtedy ci wybaczę.
     Przecież wiem, że nie mogę kraść. 
     Nie mogę stwarzać żadnych pozorów.
     Ale nie mogę też stracić przyjaciółki.
     Po dłuższym namyśle kiwnęłam głową z dużą dozą niepewności. Byłam zdesperowana, by odzyskać jej sympatię, mimo że podświadomość skrycie podsuwała mi zupełnie inne opcje. Przez głowę przeszło mi, że może powinnam ochrzanić ją za to, iż znalazła bezczelność na proponowanie mi takie rzeczy.
     Decyzja jednak zapadła.

***

     Tego samego dnia ruszyłam do Brown Inc. Choć nie sądziłam, że jakiekolwiek dokumenty zaważą o tym, czy dostanę posadę, czy nie, to wzięłam stos kartek pod rękę. Podróżowałam bez żadnej teczki, czego zaraz pożałowałam, gdy samochody, ciągnące za sobą silne podmuchy wiatru, chciały wyrwać mi wszystko z rąk.
     Zdążyło zaledwie otoczyć mnie ciepło budynku, a rozsuwająca się powoli winda ukazała postać człowieka, którego już znałam. Natychmiast wypełnił mnie znajomy żar, prawdopodobnie pojawiający się także na mojej twarzy.
     Nie siliłam się nawet na krótkie powitanie. Lekka odraza, trzymająca się mnie od ostatniego spotkania, zwyczajnie przygniotła tę chęć.
     - Aaron – zaczęłam, starając się zachować neutralny wyraz twarzy. Oczywiście nie było to takie proste. – Widziałam, że szukasz zastępczej asystentki. I widziałam też wiadomość… – Mój zakłopotany wzrok schował się pod intensywnym, błękitnym spojrzeniem mężczyzny.
     Nie umiałam mu powiedzieć, że gdyby nie Jamie, SMSa potraktowałabym jak powietrze.
     - Taką właśnie miałem nadzieję.
     - Wzięłam parę dokumentów. – Parę. Raczej zupełnie zbędny stos kartek. – Wystarczą na to, byś wziął moją kandydaturę pod uwagę? – Na mojej twarzy odmalował się szeroki uśmiech, którego nie mogłam długo trzymać pod osłoną sztucznego rozgniewania.
     - Zaczniesz od jutra. – Odwzajemnił uśmiech, zadziwiając mnie przy okazji.
     - Nie spodziewałam się, że tak szybko pójdzie – odparłam, bezwiednie chowając niesforne kosmyki włosów za ucho.
     Aaron przez cały czas sprawiał wrażenie, jakby miał się odezwać, ale nie wiedzieć czemu dusił to aż do momentu, kiedy podjęłam decyzję o wyjściu. Zatrzymał mnie jego niepewny głos; rozbrzmiał on echem w niemal pustym, przestronnym holu.
     - Przepraszam. – To było jedyne, co powiedział.
     - Aaro… – Wszedł mi w słowo, nie dając dokończyć.
     Tym samym zrobił znaczący krok do przodu, sprawiając, że porzuciłam każdą swoją myśl. Coś ścisnęło mnie za gardło. Mieszanka uczuć chciała wywołać prawdziwą destrukcję w moim organizmie.
     - Przepraszam za to, że byłem takim palantem.
     Nie wiedziałam, czy żałował odpowiednio mocno.
     Nie wiedziałam też, czy było to szczere.
     Wiedziałam za to, że chciałam mu wybaczyć. Ta wewnętrzna potrzeba okazała się wręcz przymusem.
     - Nikt nie zareagowałby inaczej w takiej sytuacji. Przyszłam do ciebie po tamtym zdarzeniu, mogłeś pomyśleć sobie wszystko. A usłyszałeś tylko, że musimy przestać się widywać. – Mój głos wyrażał szczery zawód spowodowany tym, że to wszystko przebiegło właśnie w ten sposób. Nikt nie chce przekazywać złych wiadomości. Tym bardziej ktoś taki jak ja, komu ciężko powiedzieć „nie”, a co dopiero „znikaj z mojego życia, bo to jedyne wyjście z tej sytuacji”. – Ale chyba nie całkiem nam to wyszło, szefie. – Chcąc zaszczepić w tę sytuację trochę rozluźniającego humoru, sięgnęłam dłonią przekrzywionego jak zawsze krawata mężczyzny i tak jak kiedyś go naprostowałam.
     Nie myślałam wtedy, czy ten gest był błędem, czy nie. Chciałam wynaleźć tylko jeden sposób na poprawienie atmosfery, choć piekące od różu policzki stwarzały zagadkę.

[Aaron?]
Przepraszam, że tu za dużo się nie dzieje, ale wiesz, że trzeba spowolnić akcję,
by potem jebnąć tym, czym planujemy. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

7 paź 2018

Od Odette C.D Aaron

     Alkohol bezustannie zatruwał skomplikowany korytarz moich żył. Odbierał mi prawa do kontroli nad własnym ciałem oraz szalejącymi zmysłami. Popychał do rzeczy, które normalnie wydawałyby mi się niemoralne. A jednak przyjemne uczucie zupełnej euforii pochłonęło mnie na tyle, że przestałam się przejmować. Świadomość, że wszystkie myśli, problemy zostały zrzucone w nic nieznaczącą przepaść, spodobało mi się za bardzo.
     Aż za bardzo. 
     Dopiero zaistniał jeden moment, który zepchnął mnie z tej niestabilnej gałęzi zapomnienia i przyjemności.
     - J-Jamie… – Palce, jeszcze przed chwilą zaciskające się bez kontroli na pomiętej koszuli Aarona, teraz układały się w pięści. Język zaczął mi się plątać, bynajmniej nie tylko z powodu upojenia, a po prostu braku argumentów. Tego nie dało się wytłumaczyć. Żądza i podniecenie, jakie obejmowały nasze ciała, teraz bezpowrotnie wygasły, a mimo to nadal dryfowały jako wspomnienie w zamglonym umyśle.
     - Jak mogliście mi to zrobić? – Zdążyłam zrobić tylko jeden krok w stronę drzwi, a dziewczyna nagle zatrzasnęła mi je solidnie przed twarzą, czemu towarzyszył głośny łoskot.
     Zamarłam. 
     Alkohol, jaki przetaczał się w moich żyłach, jakby kompletnie stracił na swoim znaczeniu. Został tylko żrący, niewyobrażalny wstyd, który zastąpił wszystko, co do tej pory czułam. Wiedziałam, że to się źle skończy. Nie, nawet nie, że źle. Paskudnie. Powtarzałam sobie swoje własne słowa, zastanawiając się, jak bardzo musiałam być zaćmiona, by nie dostrzegać ich ogromnej wagi.
     Serce, łopoczące niczym spłoszony ptak, chciało mi się wręcz wyrwać z piersi.
     - Ale ze mnie suka. – Oparłam dłoń o drzwi. Chciałam w nie uderzyć, przysięgam.
     - Nie mów tak – wybełkotał Aaron z nieznacznym skrzywieniem na twarzy. Jednakże gdy odpowiadała mu tylko martwa cisza, westchnął głośno, wypuszczając z ust ostrą woń alkoholu. – Chyba powinienem już pójść. Wezmę taksówkę.
     - Dobrze… – szepnęłam.
     I poszedł.
     Poszedł, nie dając mi nawet gwarancji, że zobaczymy się po raz kolejny.
     Wtargnęłam cicho do mieszkania, zamykając za sobą drzwi. W ciasnym mieszkaniu aż zbyt głośno rozbrzmiewał szloch zduszony poduszką. Łamał mi serce. Rozrywał je na milion małych kawałeczków. Napełniał niezmierzonym, kłującym strachem.
     - Jamie? – odezwałam się raz jeszcze.
     - Nie chcę cię widzieć! – jęknęła głośno.
     Bezbrzeżny smutek, starty z wyjątkowo doskwierającym poczuciem winy, zbudował głęboki dołek, w którym położyło się całe moje szczęście. Euforia, jeszcze przedtem będąca wynikiem wchłoniętych procentów, teraz wyparowała w powietrze, nie pozostawiając za sobą żadnej reszty.
     Chciałam obudzić się kompletnie pozbawiona wspomnień.
     Nie, najlepiej byłoby cofnąć czas. Nie dać się wciągnąć w zmysłową grę, erotyczny taniec języków, który rozdrażniał wszystkie moje zmysły.
     - J-ja naprawdę nie chciałam – szepnęłam, a ten głos uzupełniony był w całości skruchą.
     - Widok na korytarzu mówił mi co innego. Przestań kłamać – kontynuowała opryskliwie. Jej ton wyznaczał mi wyraźną granicę. Ostatnie, co chciała, to bym weszła jej do pokoju.
     - Jestem pijana… byliśmy pijani, gdy to robiliśmy.
     Dlaczego czułam, że ta relacja wisi na włosku?
     - Och, naprawdę?
     - Proszę, wybacz mi… wiem, że jestem głupia. Aaron ci się podoba, a ja zrobiłam coś okropnego. Nie miałam tego na myśli. – Z moich słów wręcz wylewał się nadmiar emocji, który cudem jeszcze nie znalazł ujścia pod postacią łez.
     - Z jednym się zgodzę. Jesteś głupia – burknęła, choć przypomniało to bardziej ostre syknięcie. Te słowa były tylko jak kolejne karty w talii. Wszystkie, bez wyjątku, szatkowały moje uczucia bez krzty litości.
     Odette, ty jej uczuć wcale nie potraktowałaś lepiej.
     Wiem.
     Ta rozmowa z każdą chwilą traciła sens. Wróciłam do salonu, opadłam bezwładnie na miękką kanapę i wbiłam wzrok w sufit. Cisza, jaka nastała po ostatnich śladach dyskusji dziewczyny, zaczęła pochłaniać wszystko na swojej drodze. Szpilki zsunęły się z moich stóp, a głuchy dźwięk, towarzyszący ich upadkowi, wydawał się oddalony o kilka kilometrów. Głowa wirowała mi totalnie. To wszystko przez głowę. Uczucie stopniowego odpływania. Ogromne, gwałtownie obejmujące mój umysł zmęczenie, z jakim nawet nie podejmowałam walki. Nim kolejny raz zdążyłam pomyśleć o tym, jak dużym poczuciem winy siebie darzę, porwała mnie przyjemna nieświadomość.

***

     Optymizm, nadchodzący wraz z pierwszym promyczkiem wstającego słońca? Nie dzisiaj.
     Rozsadzający ból głowy był już, choć niechcianą, to bardziej trafioną opcją. Nie eliminował jednak w żaden sposób wspomnień, które tylko nasiliły się od czasu kłótni z moją przyjaciółką. Przez cały ranek nie mogłam się z nią przywitać. Pochwycić jej spojrzenia. Uśmiechu, który potrafił stworzyć mój dzień. Nie byłam w stanie opowiedzieć jej o swoim problemie, o tym, że muszę bezwzględnie przelać wszystkie swoje myśli, podsumować je i dojść do wniosku.
     Aaron.
     Oczywiście, że to zły pomysł, ale nie potrafiłam zostawić tej sytuacji i udawać, że nic się nie stało. Stało się.
     Co, jeśli uważa, że byłam łatwa?
     Może w ogóle nie będzie chciał ze mną rozmawiać?
     Tona pesymizmu spadła mi na barki, sprawiając, że niemal ugięłam się pod jej ciężarem. Zaraz po zajęciach ruszyłam do wielkiego, nowoczesnego wieżowca, a windą dotarłam na piętro, które w teorii miało mieścić w sobie gabinet Aarona.
     Zastukałam raz w solidne, duże drzwi, i ponowiłam czynność, gdy w odpowiedzi odzywało się tylko wymowne echo, roznoszone po pustym korytarzu. W końcu jednak mężczyzna stanął w progu. Niebieskie oczy natychmiast uzupełniły się zdziwieniem.
     - Zdaje się, że… – zaczęłam, mocno niepewnie. Cały scenariusz rozmowy, jaki rozpisywałam przez swoją podróż windą, teraz zaginął w niezmierzonych odmętach umysłu. Improwizowałam. – Że musimy porozmawiać. Mam nadzieję, że nie masz niczego ważnego.
     Aaron przełknął głośno ślinę, ale wpuścił mnie do wnętrza przestronnego, ładnie urządzonego biura.
     - Znajdę chwilę.
     Nie mogłam zepchnąć sprzed oczu obrazu zapłakanej Jamie. Ona nadal krzyczała mi gdzieś za uchem, powtarzała, jaka jestem zła i czego się dopuściłam. Nie potrafiłam z tym normalnie żyć, przez co z moich ust bez zastanowienia wyrwały się słowa, nad jakimi w innych okolicznościach musiałabym sporo pomyśleć.
     - Coś między nami zaszło, ale… to tylko przez alkohol, prawda?
     - Absolutnie. – Odchrząknął i dodał, zapewne w celu podkreślenia swoich słów. – Też tak myślę. Alkoholu było za dużo… – I wtedy mu przerwałam.
     - Nie powinniśmy już się widywać.

[Aaron? 💔]

2 paź 2018

Od Odette C.D Aaron

     Całe moje ciało zesztywniało. Wszystkie mięśnie, jakie dotychczas spowijało tylko ledwo wyczuwalne napięcie, teraz zmroził totalny bezruch. Chciałam policzyć do dziesięciu. Dać sobie ten w rzeczywistości nic nieznaczący skrawek czasu, ażeby zrozumieć, że gorący oddech muskający moje ucho nie był żadną fikcją. Słodkie uczucie, które przyspieszyło bicie serca, zaczęło wypełniać mnie w całości. Jakikolwiek opór bez reszty ukruszył się przed urzekającą zmysłowością słów mężczyzny.
     Odsunął się, jednak nie na tyle, na ile oczekiwałam, że to zrobi.
     - Nie śmiałabym odmówić – szepnęłam tylko, wiedząc, że jeszcze więcej zmarnowanych ułamków chwil zbliża Jamie do powrotu.
     Nie mogłam jej tego zrobić.
     A robiłam. Cholera.
     Panika czy strach, które zwykle obezwładniały mnie przy pochwycaniu spojrzenia Aarona, wyparowały w okamgnieniu, po raz pierwszy pozwalając mi podziwiać ten tajemniczy blask tęczówek.
     - Chciałbym widzieć cię o dziewiętnastej.
     - Nie mam wyboru – stwierdziłam z subtelnym uśmiechem. Próbowałam go stłumić, jednakże okazało się to zbyt trudnym zadaniem.
     - Owszem, nie masz. – Po chwili dodał flirciarski uśmieszek, niszcząc powagę, jaką zbudował tymi słowami. Napięcie wisiało wręcz w powietrzu, czyniąc je tak gęstym, że ledwo łapałam oddech. Chłonął mnie tylko mocny zapach męskich perfum otaczających jego ciało.
     W idealnym momencie zdołałam odsunąć się jeszcze o krok, a wtedy Jamie opuściła kawiarenkę. Odnaleziona torebka znajdowała się już na jej ramieniu, kołysała pod wpływem ruchów dziewczyny, dopóki ta nie zatrzymała się tuż przy Aaronie. Jej posępny wyraz twarzy, który niedawno mi ukazała, stał się zaledwie kruchym wspomnieniem.
     - Aaronie, dziękuję ci za dzisiaj.
     To, co zrobiła po tych słowach, narodziło całkiem nowe wnioski.
     Podeszła, uniosła się na palcach u stóp, by złożyć na policzku mężczyzny dłuższy pocałunek. Dziewczyna widziała w błękitnookim swój obiekt westchnień i to był fakt, jaki nawet nie starałam się poddawać wątpliwościom. Jednak zamiast swobodnie go przyjąć, w mojej głowie mrowiła dziwna, naprawdę dziwna myśl. Nie pozwalała mi odmówić Aaronowi. Nie pozwalała gładko patrzeć na rosnące uczucie Jamie, jakim starałam się cieszyć.
     Cieszyłam się, przysięgam.
     Aczkolwiek wystarczyło jedno, mniej neutralne spojrzenie Aarona, żebym zapomniała o wszystkim, co sobie przysięgłam.

***

     Tego wieczoru cudem udało mi się wymknąć, oczywiście w nieco innym niż zazwyczaj stroju. Jamie, kompletnie zatracona w notatkach, jedynie pokiwała głową na moje „wychodzę”. Nie obejrzała się za siebie, nie dociekała, a ja wcale nie byłam zdruzgotana z tego powodu. Na szofera, który miał podjechać pod akademik właśnie o równej dziewiętnastej, czekałam odziana w idealną na długość czarną sukienkę z wiązaniem na dekolcie. Proste, błyszczące blond włosy opierały się rosnącej na zewnątrz wilgoci.
     Pana kierowcę już znałam. Ten sam rosły mężczyzna, wbrew pozorom o miękkim sercu, który zabrał mnie i Jamie do apartamentu Browna. Ilekroć wspominałam okoliczności tych odwiedzin, dreszcz targał moim ciałem i uzupełniał każdą komórkę w organizmie znajomą paniką.
     - Dobry wieczór. – Nie mogłam nie powitać szofera szerokim uśmiechem, znacznie kontrastującym z wszechobecną ciemnością. Pomimo całkiem wczesnej pory, niebo nie miało już w sobie ani skrawka intensywnej czerwieni czy pomarańczy zachodu. Przypomniało mi to o tym, że piękne lato dawno pochyliło się ku miażdżącemu końcowi.
     - Witam, Red Velvet, prawda? – Mężczyzna otworzył mi drzwi do samochodu i krótko po tym zatrzasnął je za mną.
     Ta impreza nie może wyjść źle.  
     - Tak, dokładnie.
     Oglądanie pięknego wnętrza samochodu, jakiemu wcześniej nie miałam okazji dokładnie się przypatrzeć, zajęło mi niemal całą drogę do Red Velvet. Organizowane tam wydarzenie musiało dotrzeć do każdej sfery Avenley River. Ulice zatłoczone były korkami ciągnącymi się łańcuchem aż do lokalu. Muzyka pokonywała każdą warstwę ścian i okazała się tak głośna, że jej brzmienie odczuwałam nawet w swoim ciele.
     To już.
     Wysiadłam z auta, lekkim skinieniem głowy nie zapominając o wdzięczności wobec szofera.
     - Tu jesteś! – Męski, dźwięczny głos przywrócił mnie z powrotem do rzeczywistości. Instynktownie obróciłam głowę w kierunku osoby, która to wypowiedziała, i poczułam zaledwie mały ślad zaskoczenia, widząc Aarona.
     Uśmiech bezwiednie wyrósł mi na twarzy.
     - Zawsze dotrzymuję słowa – powiedziałam, zanim zdołał pokonać w większej mierze dzielący nas dystans. Potem stanął w miejscu, poddał moją sukienkę dosyć szczegółowej analizie i nie uważał na fakt, że moje policzki szybko oblały się nagłym rumieńcem. Wynagrodził mi jednak swoje – jak łatwo było się zorientować – nieświadome zachowanie uśmiechem, tym razem wpatrując się już w moją twarz.
     - Nie czekajmy. Impreza już się zaczyna – stwierdził i zaoferował mi swoje ramię, jakie bez śladu zawahania ujęłam.
     Tłum ludzi, ich głosy, śmiechy. Coraz głośniejsza muzyka. Multum mieszających się mocnych perfum i ta woń alkoholu, która potrafiła przytłumić wszystko. W budynku ciężko było nie zachwiać czyjejś strefy prywatności. Poważnie, gdyby ludzi dało się poznawać poprzez starcie się ramionami, to moje grono znajomych powiększyłoby się co najmniej dwukrotnie.
     - Gorąco tu. – Aaron w końcu dotarł ze mną do baru i odpiął dwa guziki od swojej białej koszuli. Wyglądał w niej lepiej niż w standardowym garniturze, w którym widziałam go na co dzień, przez co moje ciekawskie, zielone spojrzenie nie zawsze utrzymało się na poziomie jego twarzy.
     - Wyjątkowo – odparłam z całkiem niewinnym uśmiechem.
     - Napijesz się czegoś?
     Nie przepadałam, ale co mi szkodzi?
     Skinęłam głową.
     - Zdaję się na twój gust. – Zasiadłam na wysokim krześle barowym, spoglądając tylko na reakcję mężczyzny. Uniósł zaraz jedną brew, za czym poszedł nieznacznie kącik ust. Nie minął kolejny moment, a wręczył mi w dłoń przezroczysty napój z plastrem limonki tkwiącym w krawędzi naczynia. Powąchałam dyskretnie, uważając, by zawarta w nim ilość alkoholu zaraz nie uderzyła w moje nozdrza. Tak się nie stało. Drink zdawał się być całkiem łagodny. O wiele intensywniej wyczuwałam zapach owocu tropikalnego.
     Chociaż szybko się nie wstawię.
     - Nadal zastanawiam się, czy pomysł z przyjściem tutaj był dobry – rzekłam nieco niepewnie, upijając łyka.
     Aaron nawet bez pomocy alkoholu skrzywił się delikatnie na te słowa.
     - A to dlaczego? – Różnorakie światła wędrujące po klubie znów napotkały jego błękitne oczy, odbijając się w nich niczym w zwierciadle.
     - Jamie wyraźnie na ciebie leci, a ja… – Wydałam z siebie cichy chichot, który jednak był ogołocony z radości. – Ja chyba jej utrudniam. Nie sądzisz?

[Aaron? ( ͡° ͜ʖ ͡°)]

27 wrz 2018

Od Odette C.D Aaron

    Począwszy od ramienia, oparłam swoje ciało o framugę drzwi. Szerokości ani wysokości sali do wykładów nie sposób choćby objąć spojrzeniem. Stopniowo podwyższające się siedzenia, otoczone schodkami i uzupełnione po brzegi studentami, znajdowały się zaraz przy najbliższej ścianie. Zwrócone były wprost na podest, na którym znajdowała się gwiazda dzisiejszego wykładu – szanowny Aaron Brown. Mężczyzna okazjonalnie gestykulował, nie pozwalając, by z twarzy zbiegł mu wyraz powagi, który co chwila zmieniał się ze słabym uśmiechem. Nie potrafiłam określić, czy w ogóle entuzjazmował się swoją obecnością w tym miejscu, czy może podszedł do sytuacji tak, jak zwykł odpowiadać dziennikarzom. Treściwie. Czasami nawet robił z nich idiotów. Pytania mojej przyjaciółki w gruncie rzeczy nie odbiegały od standardów typowego wywiadu. Słysząc je, do odmętów pamięci wracały te same, mocno przerysowane teksty o osiągnięciach oraz sposobach na powodzenie. Niedziwne, że Aaron mógłby się już tym porządnie znudzić i cudem tłumić najróżniejsze, zgryźliwe komentarze. Można by tym wszystkim znużyć nawet największego, najbardziej narcystycznego człowieka sukcesu, który żywi się uwagą oraz pogłoskami na swój temat i wówczas powiększa swoje ego do monstrualnych rozmiarów. Oczywiście Aaron przecież taki nie był.
    Jamie wciąż tylko siedziała za biurkiem wykładowcy i bez żadnych konsekwencji uwolniła swoją olbrzymią lawinę pytań. Odkąd tu weszłam, ta kolej rzeczy nie uległa zmianie – dookoła rozbrzmiewały wyłącznie słowa związane z kierunkiem, o którym nie mogę zbyt wiele powiedzieć. Rachunkowości, finanse. „Od czego zależy rozwój przedsiębiorstwa”. Nie czułam żadnej potrzeby, by dłużej tu przebywać, a jednak niewyjaśniona siła ciągle wybijała mi z głowy pomysł o wyjściu.

    - Już od wczoraj obejmuje pan stanowisko prezesa. Jak radzi pan sobie z presją, że wszystko znajduje się na pana głowie? – Jamie wysunęła wzrok zza długiej listy pytań i znów zaczęła upajać się widokiem błękitnookiego. Byłam pod wrażeniem jej opanowania, gdyż mimo wszystko ani razu nie zachichotała, nie zagryzła wargi lub też nie założyła nogi na nogę, co miała w zwyczaju robić, gdy ogarniało ją podekscytowanie.
    Dobra, już założyła.
    Zerknęłam na zegarek. Miałam całe trzy godziny zanim rozpoczną się pierwsze zajęcia.
    - Robię to, co do mnie należy, i staram się nie myśleć o presji – wyjaśnił Brown. – Moim obowiązkiem jest dawać sobie radę. – Uśmiechnął się szeroko przy tych słowach i chyba pierwszy raz od dłuższego czasu omiótł wzrokiem widownię, jaka nieskromnie go podziwiała. Nie zapomniał też skontrolować resztę sali i tak się złożyło, że spojrzał również na mnie, a przez jego oczy przemknął błysk zdziwienia.
    Nie mogłam opanować wkradającego się na moje usta uśmiechu.
    - Ma pan jakieś formy odstresowania? – Dziewczyna od razu zagarnęła jego uwagę. Ale co te pytanie miało do wykładu z finansów?
    Zastanowił się przez chwilę. Ani razu nie słyszałam o tym, by mówił o spędzaniu wolnego czasu. A jak już wpraszałam się na tę udeptaną dla wybrańców ścieżkę, byłam natychmiast zwracana do jej początku.
    - Sporty – zaczął – czyli tenis ziemny. Czasami czytam, oglądam widoki ze swojego okna i wyciszam się w pewien sposób. – Uśmiechnął się z nostalgią, jakby właśnie dotknęło go jedno z całkiem przyjemnych wspomnień.
    Wypełnił mnie błogi spokój. Zawsze go czułam, gdy ktokolwiek pokazywał szczery, warty zapamiętania uśmiech, a dzisiaj nie było inaczej.
    - Super! I na koniec, jaki jest sekret pana sukcesu? – Jamie nie powściągnęła się przed ukazaniem w oczach czystego wyrazu chorej ekscytacji.
    - Cóż, sekretów się nie zdradza – roześmiał się Aaron, zakładając stopę na kolano i nieco wygodniej układając się na fotelu.
    - Zawiedzie pan przybyłych – odezwałam się, zanim zdołałam ugryźć się w język. Na policzki wpłynął mi spory rumieniec i czułam jego piekącą temperaturę aż zbyt wyraźnie. Aarona natomiast ogarnęła chwilowa zawieszka, zresztą jak każdego, zupełnie tak, jakby nie spodziewali się tego zwrotu akcji.
    - Będą musieli to przetrwać – odparł bez namysłu. – Lepiej, żeby tajemnice zostały tajemnicami.
    - Nie sądzi pan, że ma pan ich zbyt dużo? – Ten żart w zwrocie „pan” mógł wyczuć tylko Aaron. Wymawianie tego tak oficjalnie już nawet mnie przyprawiało o delikatny dyskomfort. Ale przecież nie mogło nagle wyjść przed Jamie, że jestem z nim „na ty”.
    - Ponoć im więcej człowiek ma w sobie tajemnic, tym ciekawszy jest.
    Musisz przestać. Już.
    - Sądzi pan, że to działa w ten sposób? – Nieświadomie podniosłam brew w kokieteryjnym uśmiechu, którego nie potrafiłam kontrolować żadnymi ograniczeniami.
    - Ty mi powiedz.
    Cholera.
    - Moja tajemnica – powiedziałam już znacznie ciszej, wręcz szeptem, który jednak zdołał dosięgnąć mężczyzny. Po sali zaraz rozniosło się wymowne odchrząknięcie Jamie, przerywające wszystko, co do tej pory miało miejsce. Dziwne, nieznane uczucie, które uprzednio napędzało mnie do tworzenia zmierzającej donikąd konwersacji, wyparowało z mojego ciała lub też urwało się niczym film.
    Niedługo potem wywiad dobiegł końca, ja stojąc przy srebrnym aucie, grzejącym tylko miejsce na parkingu, czekałam na Jamie. Wyszła w towarzystwie Aarona, uradowana i wypełniona zapewne najpiękniejszymi uczuciami, jakie tylko można sobie wyobrazić.
    - Odette, ja jeszcze zamierzam skoczyć na kawę z panem Brownem. – W jej oczach zaświeciły gwiazdki. Niemal od razu pokiwałam z wolna głową na tę wieść. Moja przyjaciółka spełnia marzenia!
    - Może przejdziesz się z nami? – spytał Aaron. Uniosłam głowę i rzuciłam mu zszokowane spojrzenie, które mogło sugerować tylko to, że nie jestem pewna, do kogo skierował te pytanie. Byłam jednak jedyną możliwością w okolicy.
    No nie wiem.
    Nie, nie mam czasu. Uczę się.
    Dziesiątki niepotrzebnych wymówek krążyły mi po głowie, jedna przenikała przez drugą.
Skłamię, żeby nie było, że wtrącam się w ich towarzystwo. Jay chciała momentów sam na sam i nawet średnio rozwinięta intuicja dałaby radę to wykryć. Dla tej dziewczyny od zawsze byłam skrzydłami, nie jedną z trudnych do przeskoczenia kłód, a w takiej roli bezsprzecznie nie chciałabym siebie zobaczyć.
    Zebrałam wszystkie myśli w jeden, w miarę ogarnięty wniosek i tuż po pokonaniu sporej guli w gardle, przemówiłam. Lecz bez śladu przekonania.
    - Nie, nie... – I wtedy jakby mnie piorun trzasnął. – Tak.
    Jak mogłam to powiedzieć?
    - Naprawdę? – Jamie wyraziła zdziwienie przyczajone w cieniach malachitowego spojrzenia. Byłam jedyną osobą, która mogła odczytać ten sygnał ostrzegawczy jako delikatna wersja groźnego „trzymaj się z daleka”.
    Cholera, no to raz mogę być kłodą.
    - W takim razie nie czekajmy. – Aaron uśmiechnął się szeroko, gotowy, by w każdym momencie ruszyć z miejsca.
    - Odette, jesteś pewna? – Wiem, do czego zmierza te pytanie, Jamie. Samo już moje spojrzenie wyrażało przeprosiny.
    - Myślę, że tak.
    - Skoczę do toalety i możemy ruszać. – Z jej płuc uleciało głębokie westchnienie, jakie na pewno nie podpowiadało mi niczego dobrego. Miałam ochotę wręcz rozszarpać się wewnętrznie za ten cholerny brak kontroli i niestabilność. Jamie odeszła od nas, wchodząc prosto na uczelnie. Dopiero w tym momencie zdołałam wyczuć wiszące w powietrzu wyraźne napięcie, które było zapewne pozostałością z dyskusji przy wywiadzie. Ja naprawdę nie chciałam tego zrobić.
    - Ja… przepraszam za te wtrącenie się w wywiad. Nie wiem, co mną kierowało. – W moim głosie rozbrzmiała autentyczna skrucha.
    - Nie masz za co przepraszać. – Poprawił swój krawat, ale niezbyt równo. – To była mała odskocznia.
    Skrzywiłam się delikatnie. To nie powinno tak wyglądać. Nie czekając na żadną reakcję, zbliżyłam się, chwyciłam ostrożnie jedną dłonią za wiązanie od krawata, drugą zaś za jego koniec, i ustawiłam go tak, by prezentował się przyzwoicie. Dopiero po tym mój wzrok uniósł się o parę centymetrów wyżej, trafiając nieoczekiwanie na głębokie, błękitne oczy.
    - Teraz jest okej.


[Aaron?]