Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Althea&Bridget. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Althea&Bridget. Pokaż wszystkie posty

6 lut 2019

Od Althei C.D Bridget

     Nic dawno mnie tak nie zaskoczyło, jak gest Bridget. Co jak co, ale nawet znając ją te parę miesięcy, nie potrafiłam przewidzieć tego, co zrobiła. Popadłam w dziwny stan ogłupienia, zdębiałam na dłuższy moment. Zdążyłam tylko delikatnie oddać niespodziewany uścisk, przy którym zamilkł nawet Duch, wgapiając się w nas bez najcichszego skomlenia. Kiedy zaczęła podzielać nas już większa przestrzeń, przyłapałam się na tym, że właśnie teraz, dopiero w tym momencie, wzięłam oddech. Gdzieś wewnątrz zamrowiło naprawdę miłe uczucie, które chyba zagości we mnie na dłuższy czas. Jednakże twarz Bridget szybko okryła się delikatną czerwienią — i nie mógł być to wynik rosnącego dookoła mrozu, który sprawiał, że moje policzki niemal kłuło pieczenie. Zrozumiałam, że dziewczyna także nieco zawstydziła się tym, co sama zrobiła, ale tego mogłam się po niej spodziewać — zresztą, hej, było miło, tak?
     Po prostu stwierdziłam, że dobrze będzie udać, że kolor jej twarzy wziął się z powodu tej okropnej pogody. Czego nie mogłam już powiedzieć o zagubionym, pełnym wątpliwości spojrzeniu, który uciekł w bok.
     - Co powiesz na gorącą czekoladę? Chyba nie zamierzamy tak stać cały dzień. — Styczniowe popołudnie nie należało do najcieplejszych, było to bardziej niż pewne.
     - Ja... miałam wracać do siebie, pewnie Irma czeka.
     Westchnęłam nieco głośniej, nie spuszczając z niej wzroku, który nieustępliwie ją lustrował.
     - Pięć minut. — Uśmiechnęłam się dla zachęty, ukazując perlisty szereg zębów. — Irma cię chyba nie zabije, co?
     - Teoretycznie nie powinna. — Pomknęła wzrokiem na mnie.
     - To się dobrze składa. Za tego prawie tulasa należy ci się dobra, rozgrzewająca czekolada postawiona przez koleżankę. — Miał być to najprostszy żart, ale korzystając z reakcji dziewczyny, szybko urzeczywistniłam ten wcale niegłupi pomysł.
     - Althea, nie... — Zaczęła chorobliwie grzebać w swojej torebce, szukając portfela. — Mam swoje pieniądze.

3 sty 2019

Od Althei C.D Bridget

       Na słowa dziewczyny moje dosyć neutralne spojrzenie zawędrowało na krzywe zadrapania po przemiłej kotce. Zwierzę potem uciekło w swoją stronę, dokładniej do domu Bridget, a dziewczyna wlepiła we mnie wzrok.
       - Jest tak źle? ― mruknęłam, wpatrzona w nieco szczypiące, pulsujące od środka rany. Sama wprawdzie mogłam to ocenić. 
       - Po prostu chyba lepiej się tym zająć. 
       - No dobrze. 
       Szybko uległam jej słowom, a może to dlatego, że powrót zatłoczonym autobusem wydawał się wystarczająco odpychający. Ruszyłam w ślad za dziewczyną, która w końcu poprowadziła mnie chodnikiem na samo skrzyżowanie, gdzie stał postawiony szary, nieduży dom, do jakiego przylegał mały ogródek. Pierwsza myśl ― skromnie, ale przyjemnie, pewnie i całkiem przytulnie. Zdążyłam nawet zapomnieć o tym, dlaczego tu zmierzam, aż w końcu niewyraźne szczypanie znów dało o sobie znać.
       Bridget odnalazła w kieszeni klucze i za moment otworzyła nimi drzwi. W domu, swoją drogą nawet nie tak ciasnym, jak przewidywałam, rozbrzmiał cichy pomruk kota przemykającego przez framugę drzwi. Zdążyłam dopatrzeć, jak wpada w swoje ciepłe posłanie i tam wydaje się całkiem porzucić złe wspomnienie o bliskim kontakcie z kołami ciężarówki. Istny kot samobójca. Nawet Duch, uciekając mi tylko raz, wrócił z podkulonym ogonem i nie odstępował człowieka na dobre parę dni. Ale, cholera, przecież to pies. Psy zawsze wykazywały większą wierność od kotów, żeby nie powiedzieć, że zwyczajnie były lepsze. Istniało całkiem spore prawdopodobieństwo, że gdybym zaczęła dyskutować o tym z właścicielką Orchidei, obie w okamgnieniu wykurzyłyby mnie z tego domu, chociaż pewności nie miałam ― czarnowłosej wprawdzie nie znałam, ale wydawała się całkiem miłą osobą.
       - Usiądź... ― Dziewczyna rozejrzała się, przy okazji większą uwagę poświęcając szukaniu środków dezynfekujących. ― Gdziekolwiek. ― Machnęła ręką.
       Wybrałam siedzenie zaraz przy stoliku w kuchni, do której było zwyczajnie najbliżej.
       Zanim do mnie wróciła, słyszałam, jak układała z powrotem pudełko z lekami na swoje miejsce. Cóż za perfekcjonizm. 
       Leki po chwili znalazły się przede mną.
       - Dasz sobie radę? ― Obdarowała mnie przelotnym spojrzeniem, wówczas gdy skinęłam twierdząco głową, wyciągnęła z lodówki kocią karmę. ― W takim razie ja nakarmię tę istotkę ― skwitowała z cichym westchnieniem.
       Stanęłam nad zlewem i pierwsze, co zrobiłam, to delikatnie się skrzywiłam. Bez żadnego kontaktu z wodą utlenioną, bez najmniejszego śladu bólu. To był niemal odruch. Gdy woda spłynęła już po mojej skórze, w tym po czerwonych zadrapaniach, uczucie nie okazało się nawet w połowie tak paskudne, jak przewidywałam. Rana zaczęła się jednak nieprzyjemnie pienić, co ugruntowało mnie w przekonaniu, że kotka zdecydowanie była przedtem w paru ciekawszych miejscach. Kot jak kot ― nie zmusisz go, by zrezygnował ze swojej niezależności i chodził po jedwabiu.
       Na koniec założyłam plasterki. Całkiem ładne, bo kolorowe, i uśmiechnęłam się do dziewczyny.
       - Gdzie mam schować resztę?
       Bridget znów nie zdradziła zbyt wielu emocji; zwyczajnie pokręciła głową, chyba nie chcąc, bym jako obcy kręciła się niepotrzebnie po domu.
       - Nie musisz, zostaw wszystko na parapecie.
       - Dzięki za pomoc. ― Może jednak jakoś do niej dotrę? 
       - Odwdzięczam się tylko. ― Jej usta zadrżały w dosyć niewyraźnym, ale nawet starannym uśmiechu, który z marszu doceniłam. ― Cóż... kawy albo herbaty? ― zaproponowała z dozą niepewności.
       - Herbaty.
       Dopiero teraz zdołałam zauważyć, że kuchnia była naprawdę śliczna. Wszędzie jasne kolory, w dodatku letnie, ciepłe światło popołudnia wpadało przez niedosunięte rolety, sprawiając, że oświetlone barwy stały się żywe oraz w punkt nasycone.
       - Skoro już tu jesteśmy, może jednak weźmiemy się za ten projekt na rzecz kliniki? ― rzuciłam propozycję. Dziewczyna, mimo swojego chwilowego zastanowienia, w końcu pokiwała głową bez słowa, chyba uzmysławiając sobie, że nie ma większej ucieczki od towarzystwa. 


[uwaga, przenosimy się aż do pięknego końca świąt]

       Czas minął dokładnie tak, jakby mrugnąć powieką. Pstryknąć palcami. Szybko. Nim się obejrzałam, parę miesięcy, w tym aż dwie pary roku, zmieniły się w ładną, opatuloną śnieżnym puchem zimę. Przez ten spory okres czasu na mój kontakt z Bridget nie można było narzekać. Ten jeden, pamiętny dzień, kiedy pod nasze nogi przypałętał się chory kotek, a potem ciężarówka niemal skasowała Orchideę, zaowocował zdrową, rozsądną relacją bez zobowiązań. Spotkałyśmy się (a może było to bardziej kwestią przypadku) parę razy ― nic jednak, nawet upływający czas, nie zmienił dziewczyny. Stała się przez to nawet prawdziwsza w moich oczach. Ten sam, wewnętrzny spokój, ta charakterystyczna małomówność, która dowodziła, że Bridget nie odzywała się niepotrzebnie, a jednak nie pałała niechęcią, gdy nikt jej nie naciskał. Wciąż jednak przed oczami miałam więcej niewiadomych niż... wiadomych. 
       Linia 431 ― Evening Valley. Ostatnio miałam tam coraz więcej interesów, wcale a wcale nie chodziło o dobrą piekarnię, którą otworzyli tej jesieni. Tak czy siak Lucia upodobała sobie rogaliki stamtąd, a że cały jej dzień zajmowała szkoła i zadania domowe, to Duch dzisiaj wylądował ze mną w tłocznym autobusie ograniczony krótką smyczą, gdyż zbyt bardzo umiłował sobie trącenie kobiecych spódnic.
       Najpierw, zaraz po wysiadce, udałam się dróżką umiejscowioną w niedużym parku. Duch ciągnął mnie naprzód z nosem między przystrzyżoną trawą i wprawdzie nie zwracałam nawet uwagi na to, jak daleko już jestem. Drzewa, a raczej ich łyse, acz spore korony w końcu przysłoniły mi większość promieni słonecznych, które pierwszy raz od dawna rozjaśniły ponure, zimowe dni. Zrobiło się więc jeszcze zimniej. Duch w końcu pociągnął mocniej. Mocniej i mocniej, ku znajomej mi już dziewczynie siedzącej na ławeczce z zeszytem i ołówkiem w ręku. Pewnie znowu coś rysowała.
       - Siemasz, artystko. ― Uśmiechnęłam się nieznacznie do Bridget, odrywając ją od zajęcia. ― Wybacz, ale Duch postanowił cię bliżej poznać.

[Mościku?]

28 gru 2018

Od Althei C.D Bridget

     Wokół Bridget utrzymywała się dziwna powłoka, która niemo dawała mi do zrozumienia, że powinnam trzymać jeszcze większy dystans. Że jest coś, co nieustannie ją blokuje, a mimo to wręcz przymuszała się do rozmowy, do kontaktu. Mrowiło we mnie nieznośne uczucie, że należy oszczędzić jej wysiłków. Gdy ludzka nieufność czy nieśmiałość dają się we znaki, nie można ich tak po prostu zatrzymać. Stłumić owszem, ale nadal pozostanie te dziwne wrażenie, które właśnie odczuwałam.
     Pośród irytującego chaosu, jaki tworzyła ruchliwa ulica, zdołałam usłyszeć tylko krótkie pytanie dziewczyn, które szybko porzuciłam bez odpowiedzi, gdyż całe skupienie powędrowało na nadjeżdżający autobus. Śledząc krokami Bridget, byleby jej nie zgubić, dostałam się do autobusu oraz skasowałam bilet. Stała cichutko przy szybie, oblegana przy okazji paroma osobami, które jeszcze potem wsiadły. Perfumy razem z całodniowym potem roztaczały nieprzyjemną woń po autobusie, sprawiając, że podróż okazała się trudniejsza niż sądziłam. Na znak Bridget wysiadłam na odpowiednim przystanku, gdzie powietrze przesycała przede wszystkim świeżość.
     - Powinnam zainwestować we własny samochód ― mruknęłam, przekonana, że złapię z nią kontakt, lecz jedyne, co wówczas otrzymałam, to chwilowa uwaga oraz widok ledwo przekrzywionych ust.
     Przechadzając się ulicami, tym samym zbliżałyśmy się do miejsca zamieszkania dziewczyny, przez co mogłam odczuć, jak jej stoicki spokój stopniowo zanika. Stawała się lekko niespokojna. Doskonale pomogło mi to zrozumieć, że tu pojawia się ta granica prywatności, której wolałam jeszcze nie przekraczać. Co jak co, ale kim bym była, gdybym się narzucała.
     Jedyne, czego żałowałam, to nieprzyjemna podróż.
     - Hej, Bridget. ― Zatrzymałam ją swoim głosem, który już od razu zdradzał, że chciałam coś dodać. Patrzyła więc na mnie z pytaniem, z kolei ja nigdy nie owijałam w bawełnę i poszłam za nurtem pewności siebie. ― Wiem, że czujesz się trochę niekomfortowo ― moje dłonie nieświadomie gestykulowały ― dlatego lepiej chyba będzie, jeśli pokażesz mi efekty swojej pracy jakimś innym sposobem. ― Nie wykluczałam możliwości, że właśnie wyręczyłam ją w spławianiu mnie, mając równocześnie wrażenie, że moje odczytania dotyczące jej reakcji były w stu procentach trafne.
     Dziewczyna chwilę milczała, lustrując mnie lekko zdezorientowanym spojrzeniem.
     - Skoro chcesz ― zaczęła spokojnie. ― To jasne. ― Jej twarz wydawała się rozpromienić ulgą. Jeszcze nigdy nie byłam tak wyrozumiała wobec introwertyków. Oczywiście, że jej nie winiłam. A jednak nie byłam zbyt zgodna z faktem, że miałabym naprzykrzać się komuś, wymuszając gościnność, jakiej ktoś zwyczajnie mógł nie chcieć okazywać obcym.
     - Miło, że mimo wszystko się zgodziłaś, ale nie czarujmy się. Jestem obca. ― Moje usta wykrzywiły się w nieznacznym uśmiechu. ― Spotkamy się w klinice za jakiś czas. ― Nie było wątpliwości, że łączył nas wspólny cel, zatem pożegnałam ją szybkim mrugnięciem i zaraz zwróciłam się w przeciwnym kierunku. Nie bacząc na to, że mogła poczuć się zakłopotana, ruszyłam dalej przed siebie, aż w końcu przed oczami nie mignęła mi sylwetka niedużego kota. Mój wzrok cudem nadążył za zwierzęciem, które niepohamowanie zmierzało wprost do pozornie pustej ulicy. Wokoło rozbrzmiały jednak odgłosy zbliżającego się auta ― potężnej ciężarówki, jakiej ogromna maska powoli wyłaniała się zza rogu. Nie myśląc zbyt długo, zerwałam się do biegu. Na szczęście nie było mi dane pokonywać nie wiadomo jakiego dystansu, i zanim kot naraził się na utratę dziewięciu żyć naraz, szybkim ruchem złapałam go w swoje ręce oraz odskoczyłam od ciężarówki, która przeszyła powietrze obok mnie. Było blisko. 
     Korzystając z okazji, obdarowałam kota chwilową uwagą. Był niemal cały biały z dodatkami kawowych plam, które skupiały się głównie naokoło lewego oka, znajdując połączenie z uchem. Na szyi widziałam zaś czarno-pomarańczową obróżkę ― od razu sięgnęłam do przywieszki, by sprawdzić, czyj jest kot, lecz w tym momencie w plecy uderzył mnie dźwięk zbliżających się kroków. Za sobą ujrzałam nieco zmachaną, zapewne biegiem, Bridget, i posłałam jej zdezorientowane spojrzenie.
     - To twoja? ― Spojrzałam na kota, który właśnie teraz nerwowo zamruczał i energicznym szarpnięciem wyrwał się z moich rąk, pozostawiając na skórze ślady po pazurach. ― Chyba nie lubi noszenia na rękach ― skwitowałam.


[Mościku?]

22 gru 2018

Od Althei C.D Bridget

     Reakcja dziewczyny spotkała się z moim wyraźnym zadowoleniem. Wręcz podziwem. Nie do końca wiedziałam, jak opisać swoją radość, zatem pozwoliłam, by odbyło się to w najprostszy w świecie sposób ― poprzez szczery uśmiech, do jakiego zainspirowała mnie dziewczyna. Nawet moja zgorzkniała dusza poszła za niezniszczalną potrzebą podtrzymania tego miejsca, które przecież tak wiele razy uratowało moje własne szczęście, jakim był Duch.
     - Więc mogę się tym zająć. Może potrzebny będzie mail lub numer telefonu, to niezwłocznie go podam! ― Oparła się o najbliższy blat i chyba niezbyt szczęśliwym trafem łokciem wycelowała delikatnie w niedużą ampułkę z pobranym moczem. Oboje skrzywiliśmy się, nie kryjąc krótkiego podziwu, gdy zawartość wylała się wprost na spodnie czarnowłosej. Cały jej entuzjazm zgasł niczym zapałka zdmuchnięta lekkim wiatrem. Szybko podniosła pojemniczek, by zachować chociaż część nieprzyjemnie pachnącej cieczy w środku i westchnęła, prostując się.
     - Hm, tak, oczywiście, już podaję swój email. ― Walsh rozwiał ciszę zakłopotanym głosem. Zaczął grzebać w swoim biurku, natomiast ja odważyłam się posłać jej pocieszające spojrzenie.
     - To się da wyprać… ― Zerknęłam na plamę na materiale spodni.
     Bridget jednak zaskoczyła mnie stoickim spokojem.
     - Nie ma sprawy. Więc jaki ten email? ― Przerzuciła spojrzenie na zmieszanego sytuacją starca. Ten jednak, zanim odpowiedział, podał jej papierowy ręcznik. Potem podał adres z charakterystyczną małpą i uścisnął nasze dłonie w podzięce za chęci. Chęci miały oczywiście przeobrazić się w piękny efekt.
     Z myślą, że przecież kotek był pod zawodową opieką, opuściłyśmy niewidoczną dla większości miasta klinikę. Faktycznie gdy wyszłyśmy, ledwo zdołałam powrócić wzrokiem do loga, które ― mało wyraziste i pozdzierane ― kompletnie zlało mi się z całym tłem.
     Bridget wycierała jeszcze ze starannością plamę.
     - Pomóc ci z tym logiem u ciebie czy masz już pomysł? ― Posłałam jej mały uśmiech.
     - Chyba dam sobie radę, ale… ― W jej głosie wyczułam zawahanie. ― Ale nie mam nic przeciwko temu, byś pomogła.
     - Daleko mieszkasz? ― spytałam z zaciekawieniem. ― Jeśli chcesz już się za to zabrać, to ja też raczej nie mam co robić. Zwłaszcza że pogoda jest okropna. Oczywiście nie nalegam. ― Natychmiast włożyłam ręce do kieszeni, bo przez wyraźny chłód zaczynały wręcz sinieć. Nie umiałam po dziewczynie stwierdzić, czy chciałaby gości, albo czy w ogóle ich miewa. Nie umiałam stwierdzić niczego ― była dla mnie tajemniczą zagadką.

[Moście?]
Widocznie idziemy krótkimi odpisami, ale posuwającymi akcję jako tako do przodu, to plus!

28 lis 2018

Od Althei C.D Bridget

     Pytanie ciemnowłosej obeszło się bez uwagi. Doktor Walsh pogłaskał kociaka badawczo. Zwierzę w najmniej oczekiwanym momencie zaprotestowało rozpaczliwym piśnięciem, przez co posiwiały mężczyzna odsunął gwałtownie dłoń od jego futra.
     - Gdy wcześniej go głaskałyśmy, nic mu nie było ― zauważyła Althea, bez przerwy przyglądając się kotu, jakby chciała rentgenowskim okiem wykryć wewnętrzne uszkodzenia, które obie mogły prześlepić.
     - Będę musiał zrobić mu prześwietlenie. Biedny kociak. Taki malutki, a już wystawiony przez los na niebezpieczne życie niedaleko kół samochodów. Może pod jakieś wpadł, albo mało brakowało ― snuł swoje podejrzenia i w kilku słowach opisał tyradę na temat tak okrutnego traktowania zwierząt. Nie przeszkadzało mu nawet to, że nie otrzymuje od dziewczyn odpowiedzi, mając jednak gwarancję słuchania, którą sugerowały ich przytaknięcia.
     Althea głośniejszym westchnieniem rozwiała ciszę, jaką rytmicznie stopowały pomruki kota.
     - Wrócimy do pana jeszcze ― odezwała się, jednak szybko zrozumiała, że nie może odpowiadać za swoją towarzyszkę. ― Znaczy… ja. ― Zerknęła na nią dyskretnie.
     - Też chętnie dowiem się, co z kotkiem. ― Kobieta, która przez większość czasu stała w milczeniu, teraz powiedziała to z ogromnym spokojem, na co Althea zareagowała nieznacznym uśmiechem.
     - W takim razie ja go tu przetrzymam. ― Na twarz Walsha wpłynął smutny uśmieszek, który opisywał to, co wyleciało za chwilę z jego ust. ― I tak niezbyt wielu mam tu klientów. Codziennie te same pustki. Te miejsce powoli umiera.
     Życie bywa podłe i nie liczy się to, ile istnień udało się starcowi uratować. Do ilu dziecięcych, i nie tylko, serc przelał radość oraz nadzieję. Los, Bóg czy inne wymyślne cudo, jakiemu przypisujemy katastrofy i porażki, jako dyktatorski niszczyciel próbował zniwelować tę klinikę i wydawało się, że nikt ani nic nie ma już wpływu na ten niesprawiedliwy osąd. W głowie Althei krążył jednak niewyraźny pomysł pozbawiony jeszcze wszelkich kształtów.
     - Szkoda. ― Jedno słowo, a tak szczere, że mina ciemnowłosej od razu zrzedła.
     - Logo kliniki jest niezbyt widoczne i mało chwytliwe ― zauważyła Bridget. ― Reklamy też w mieście nie widziałam, a to chyba klucz do sukcesu. Z pana osiągnięciami. ― Zerknęła na liczne dyplomy, jakie wisiały na ścianie zaraz obok metalowych narzędzi.
     Staruszek zaśmiał się z chrypką.
     - Uwierz, chciałbym coś z tym zrobić!
     - A ty, Bridget? ― Althea podniosła na nią wzrok, odczuwając wewnętrzną potrzebę, by pomóc mężczyźnie, który już nie raz i nie dwa jej pomógł. ― Rzecz jasna, jeśli masz czas. Zorganizuję pieniądze i ci zapłacimy.
     Szarooka, mimo iż nie znała jej długo, bo zaledwie godzinę czy dwie, pokładała w niej duże nadzieje.

[Bridget? Ogólnie była trzecia osoba, Ty nagle zmieniłaś na pierwszą, ale ja ciągnę trzecią, bo tak zaczęłam pisać XDD] 

28 lip 2018

Od Althei C.D Bridget

    Al od jakiegoś czasu przyglądała się ulicznemu kociakowi, który zamiast leżeć otulony rodzeństwem lub kocami w domowym cieple, ryzykował całe dziewięć żyć, kręcąc się pod nogami przechodnich i prosząc o uwagę. Nie wszyscy byli tak dobrzy jak Bridget. Althea obserwowała mijających ich ludzi, którzy rzucali obrzydzonymi spojrzeniami w zaniedbanego kotka. Biła od nich wręcz chęć wypchnięcia go z chodnika, prosto na krawężnik i ostatecznie ulicę. Nawet jakaś kobieta z dzieckiem, niby definicja wrażliwości i ciepła, a jej oczy wyrażały takie same pragnienie, jak wszystkich dookoła. By tylko ochronić własną pociechę przed zarazkami była gotowa poświęcić drugą istotę, tak samo niewinną, jak ten jej szkrab.
    Al zauważyła, że Bridget nie odzywała się tak często, jak mieli to w zwyczaju jej znajomi. Zupełnie jej to nie przeszkadzało, wręcz cieszyła się, że dziewczyna nie gadała w kółko o tym, jaka celebrytka wyszła ostatnio za mąż, czego nie można było powiedzieć o jednej koleżance z pracy. Al słuchała tych opowieści tylko raz do końca, a kolejne jakoś zleciały jej na przestrzeni godzin mijających w barze.
    - Jasne. Smutno mi jak na niego patrzę. – Althea zerknęła na kociaka ułożonego w rękach dziewczyny i pogłaskała go delikatnie po główce tak, jakby był delikatny niczym porcelana. Zwierzę niemal od razu naparło na palce, ocierając się o nie z cichym, zachrypniętym mruczeniem, które mimowolnie ocieplało serce Al.
    - Ludzie bywają okropni. – Bridget westchnęła ze stoickim spokojem, dając jej do zrozumienia, że miała swoją teorię odnośnie pojawienia się małego kota w tak okropnym miejscu. Los nie szczędził mu cierpienia.
    - Niektórzy nie powinni mieć po prostu zwierząt. – Wbiła szare spojrzenie w drogę przed nimi. Obie powiodły w kierunku najbliższej przychodni weterynaryjnej, która zwykle nie miała wielu klientów, szczególnie w tak średniawą pogodę, jak dzisiaj. – Gdybym coś podobnego stało się z moim psem, w życiu bym sobie nie wybaczyła.
    Nie zorientowały się, kiedy odpuściły sobie pomysł ze znalezieniem jadłodajni.
    - Jak ma na imię? – Brunetka podniosła wzrok z kota na Al, ale dziewczyna czuła je przez zaledwie ułamek sekundy.
    - Duch. Wielka, biała kula futra. – Uśmiech mimowolnie wpłynął na jej twarz, gdy wspomniała o swoim pocieszycielu. Nieoczekiwany strach obleciał ją w rozmyślaniu nad opcją, że inny właściciel mógłby traktować go zupełnie odwrotnie. – A ty masz jakiegoś? – spytała ostrożnie, wiedząc, iż nie każdy lubi odpowiadać na prywatne pytania, nawet, jeśli dotyczą tylko posiadania psa.
    Bridget głaskała zwierzę i nie pozwoliła Althei długo czekać na najzwyklejszą odpowiedź.
    - Mam kotkę, na imię jej Orchidea. Jest… jakby to powiedzieć, dosyć niezależna.
    Dziewczyna przez cały czas utrzymywała kamienny wyraz twarzy. Ani się nie uśmiechała, ani nie sugerowała zirytowania, co wzbudziło w Althei nieznaczne zainteresowanie. Szary nieboskłon zawieszony nad miastem ledwo co dał upust jednej ulewie, a już zapowiadał drugą.
    - Nie wiem do którego weterynarza chodzisz z Orchideą, ale ja i Duch polecamy tego. – Al wskazała ruchem głowy na szyld zawieszony mniej więcej w centrum długiego szeregu sklepów. W Avenley River, mimo małej powierzchni, zdarzała się spora konkurencja, jeśli chodzi o leczenie zwierząt. Doktor Walsh jednak najszybciej zdobył zaufanie Al, dzięki znakomitemu podejściu do Ducha.
    Dziewczyny wraz z małą, brudną, acz uroczą przybłędą udały się do określonego miejsca. W niewielkim budynku korytarze wypełniało jedynie powietrze. Zielone, blade ściany przywodziły na myśl bezpieczeństwo, otaczały Altheę i Bridget, oraz prowadziły je bezpośrednio do białych drzwi.
    - Myślisz, że ktokolwiek tu jest? – Nowo poznana dziewczyna spojrzała przed siebie, nadal delikatnie głaszcząc kota jedną dłonią.
    - Tu nigdy nie było tłumów. – Al zapukała kilkukrotnie i czekała do momentu, aż zza drzwi nie wychylił się mężczyzna w średnim wieku. Włosy miał odrobinę przerzedzone, a ponadto posiwiałe; jednakże szeroki uśmiech witający obie klientki zasłonił liczby, jakie śledziły go od chwili pierwszego tchnienia.
    - Witam pana Walsha. To Bridget. – Odwzajemniła uśmiech i wskazała krótko na swoją nową znajomą, która bez większych rewelacji po prostu uścisnęła rękę mężczyzny.
    - Miło mi was widzieć, co się dzieje? – spytał, zanim jego oczy dosięgły małego kotka, ułożonego na dłoniach jednej z dziewczyn. Jego stan nie poprawiał się ani na chwilę. Przez całe minuty wyglądał tak samo biednie, co wcześniej. – Och, cóż to za biedna istota?
    - Ten kotek szwendał się za nami po chodniku. Nie wygląda najlepiej i lepiej się upewnić, czy nic mu nie jest. – Al spojrzała porozumiewawczo na Bridget, obie myślały tak samo.
    Mężczyzna rozchylił szerzej drzwi, wpuszczając dziewczyny do wnętrza przestronnego gabinetu, który był miłą odskocznią od niepozornego budynku, w jakim się znajdowały. Al ponownie zobaczyła przedmioty, o których istnieniu nawet nie miała pojęcia i obserwowała, jak Bridget delikatnie ustawia kociaka na miękkim stoliku.

[Bridget?]

12 lip 2018

Od Althei C.D Bridget

    Tego paskudnego dnia bar całkowicie opustoszał. Żadnej żywej duszy. Miasto obumarło, a na ulicach ludzie pojawiali się coraz rzadziej z każdą mozolnie upływającą minutą. Jeśli już, to szli tak szybko, jakby lada moment ponura atmosfera miała przeniknąć ich dusze na wylot. Althea, korzystając z wolnego czasu, ścierała blat z rozlanego piwa i innych drinków, które, jak stwierdziła, pachniały tak samo źle. Jedyny towarzyszący dźwięk – rzecz jasna tykającego zegara – był jak bomba w jej umyśle, zdolna w każdej chwili eksplodować. Dopiero dzwonek zatrzymał zbliżającą się katastrofę. Al zerknęła wówczas w stronę wyjścia z baru, czując, jakby ten jeden klient zadał jej ogromny zastrzyk euforii w ten posępny dzień. Przyłapała się nawet na tym, że jej kąciki ust zadrżały w subtelnym uśmiechu.
    Klientka usiadła wprost przed Altheą i zapytała o danie dnia, na co ta podniosła brwi w akcie zdziwienia, starając się jednak zrobić to ledwo zauważalnie. Skierowała palca za siebie, wskazując nim na asortyment baru.
    - Dzień dobry – odpowiedziała na szybko, kontynuując – niestety nie znajdziesz tu niczego pożywnego. Tylko to, co tu widzisz, czyli alkohol.
    Nieznana dziewczyna o ciemnych włosach rozejrzała się po barze takim wzrokiem, jakby została obrzydzona faktem, iż znalazła się w tym miejscu. Althea zyskała pewność, że postawiona przed nią osoba nie należy do grona fanów różnorodnych trunków.
    - Najwyraźniej źle trafiłam. – Westchnęła ze spokojem i bez najmniejszego śladu emocji wstała ze stołka barowego.
    - A czego szukałaś? – zagadnęła Al. – Być może będę mogła jakoś pomóc.
    - Baru mlecznego. Myślałam, że jest w tej okolicy.
    - Był. Został zamknięty, a na jego miejsce stworzono to. – Obiegła niezbyt przyjemnym spojrzeniem bar, w którym się znajdowała, i doszła do wniosku, że poprzedni lokal nie zasługiwał na tak okropny koniec. – Ale miejsce, które szukasz, znajduje się jakąś ulicę albo dwie stąd. Kończę zmianę za dwie minuty, więc mogę cię zaprowadzić. Idę w tę samą stronę. – Nie musiała nawet zerkać na zegar, żeby sprawdzić, ile jeszcze zostało jej czasu do końca pracy. Ucinanie kolejnych minut było jej jedynym pożytecznym zajęciem od początku tego ponurego dnia, kiedy mozolne ścieranie blatów okazywało się zbyt nudne. Potem powtarzała tę czynność, powoli pozwalając sobie uświadomić, że nie ma nawet po kim ścierać.
    Dziewczyna znajdująca się naprzeciw Al nie wyrażała sprzeciwów. Wręcz przeciwnie: pokiwała delikatnie głową i nie dodając niczego więcej, powiodła w stronę drzwi. Althea poszła w ślad za nią, uprzednio biorąc torbę i pozbywając się fartucha okalającego jej biodra.
    - Jak masz na imię? – spytała, a w tym pytaniu zawarła jedynie swoją ciekawość. Odkąd ją pierwszy raz zobaczyła, doszła do wniosku, że swoim zachowaniem oraz postawą nie zdradzała o sobie nawet najmniej istotnego detalu. Jednakże ten fakt zajmował jej zagraconą głowę tylko przez krótką chwilę, potem cały brak zainteresowania światem powrócił ze zdwojoną siłą.
    - Bridget – odparła jej towarzyszka, jeszcze bardziej zbliżając ją do stwierdzenia, że nie jest zbyt do przodu, jeśli chodzi o poznawanie nowych osób. I Al absolutnie to podzielała. – A ty? – Te pytanie sprawiło, że wręcz odwróciła głowę do Bridget, zupełnie tak, jakby nie spodziewała się tego na pierwszy rzut oka. Wbrew temu, nie przeszkadzało jej to w odpowiedzeniu.
    - Althea. – Spojrzała za swoje ramię, przyciągnięta dziwnym, małym cieniem śledzącym ich od dłuższego czasu. Odskoczył w bok, gdy tylko sięgnęła go wzrokiem, a promienie słońca przedostające się przez kłęby szarych chmur zmyły go z powierzchni. Za nogami Bridget ujawnił się mały kociak o białym, acz ubrudzonym futrze.
    Chudy, wymęczony, oczy miał załzawione.
    - Hej, Bridget. Masz adoratora – stwierdziła Althea, nie powstrzymując uśmiechu rozjaśniającego jej twarz, która jednocześnie przypasowała się do ulegającej zmianie pogody.

[Bridget?]