29 sie 2018

Od Nivana cd Antoniego

Białe. Czerwone. Wytrawne. Półsłodkie. Różowe. Za dużo, zbyt wiele, zbyt ciasna głowa, za mało pamięci, brak danych, nie pamiętam, nie mogę sobie przypomnieć, co lubił popijać pan Antoni Adam Watson, gdy tylko nadeszła go chrapka na wino.
Prawdopodobnie dlatego zaciąłem się z koszyczkiem w dłoni, lampiąc na półkę centralnie naprzeciwko mnie, mieląc wszystkie informacje w głowie i starając sobie cokolwiek przypomnieć. Tak przez bite kilka minut, jak ostatnia sierotka, z zamartwieniem wymalowanym na twarzy i chodzącą nogą, wprawiającą w ruch całe ciało.
Dłonie na biodrach, skutecznie wybudzające człowieka z chwilowego letargu, przyprawiające o zawał, wymuszające napięcie wszystkich mięśni w ciele i pobudzające układ krążeniowy. Pikawa miała mi zaraz wysiąść, rączki nagle zrobiły się nieco bardziej spocone, niż powinny, a ciało samo jakoś zaczęło uciekać przed szczupłymi palcami, spłoszone nagłym, niespodziewanym zachowaniem i naprawdę nie wiedziałem, co się tak właściwie dzieje.
— Pomóc ci z czymś? Akurat w winach jestem dobry — spytał, zabierając łapska i stając obok mnie. Oczywiście musiał puścić swoje pieprzone, niebieskie oczko.
— Myślałem, że dobierzesz sobie ciasteczka, czy inne pierdoły — mruknąłem, starając się nie zerknąć na mężczyznę. — Co powiesz na maryjkę? — zapytałem, chwytając niebieską butelkę w dłoń i prezentując ją Watsonowi. Ulubione wino naszej ździebko upośledzonej grupki.

Od Antoniego CD Nivana

Skręcił w jakąś pomniejszą alejkę, a ja podążyłem grzecznie za nim, bo w końcu jaki powód miałbym, by nagle zacząć uciekać? Równie posłusznie wpełzłem za mężczyzną do małego sklepu spożywczego i stanąłem przy nim, gdy ten brał w swoje dłonie czerwony koszyk.
— Dobieraj, co chcesz — mruknął, zaczynając się rozglądać, a ja w odpowiedzi nieznacznie się skrzywiłem, bo w końcu akurat to można było nazwać żerowaniem na innych.
I co z tego, że prawiłem o tym wykłady Nivanowi Oakleyowi i wręcz zapierałem się przy swoim, mówiąc, że raz na jakiś czas można być egoistą.
Westchnąłem cicho, przymykając oczy jedynie na krótką chwilę, a gdy je otworzyłem, pana "ale nie lubię żerować na innych" już przy mnie nie było. Po prostu, zniknął, zaginął, ludzie, moje zauroczenie rozpłynęło się w powietrzu, pomocy, zaraz zacznę się stresować. Rozejrzałem się w lewo, w prawo, jednak moim oczom nie było dane dostrzec już nie tak charakterystycznej czarnej czupryny. Burknąłem coś pod nosem, chowając dłonie w kieszenie chinosów i po prostu ruszyłem przed siebie, zagłębiając się pomiędzy półki i mając nadzieję, że odnajdę gdzieś przy nich swoją zgubę.
Co prawda nie zajęło mi to zbyt długo, zresztą, gdyby trochę pomyśleć, jego kryjówka należała do tych bardziej oczywistych.
Półka z alkoholami, no tak.
Uśmiechnąłem się pod nosem i podszedłem do niego, kładąc dłonie na biodrach mężczyzny i pochylając się ciut nad nim, by mieć lepszy dostęp do ucha. Ręce jednak szybko zabrałem, prędko orientując się, że chyba jeszcze nie było mi wolno.
W ogóle nie było mi wolno.
Odchrząknąłem nerwowo, stawiając się do pionu.
— Pomóc ci z czymś? Akurat w winach jestem dobry — mruknąłem i uśmiechnąłem się pod nosem, puszczając w jego stronę oczko.
Jezu, Watson, nie idzie ci, oj, nie idzie.

Od Nivana cd Antoniego

Wzruszył ramionami i ładnie się uśmiechnął, jakby miało mi to jakkolwiek pomóc w domyśleniu się, jakie podjął stanowisko w tej sprawie i czy w ogóle się na coś zdecydował.
— Jeżeli proponujesz i tak dalej, a sklep naprawdę jest po drodze, to bardzo chętnie — wypowiedział się w końcu, na co pokiwałem głową. Chwała mu za to, że daleko było mu do niezdecydowanego Xaviera, ten to potrafił prześlęczeć pół godziny, dobierając drugą kulkę lodów, bo nie wiedział, co bardziej przypasuje mu do oklepanych waniliowych. Czekolada? Truskawka? A może dzisiaj banan? Jego problematyczność mnie powalała, jakby nie mógł mieć stałego, dobrego wyboru, tylko zawsze zmuszał nas do sterczenia iks czasu przy lodówie.
Dlatego obrałem kierunek na najbliższy mini market, sklep pod tytułem wszystko i nic, może trochę droższy od przeciętnego kolosa, ale mus to mus, szafki piszczały, taka bieda, a przecież nie ugoszczę Watsona z pustymi łapskami. Sam mogę wpierdalać zupki chińskie, a do woli, panie.
Skręciłem szybko w alejkę, ten za mną, a za chwilę weszliśmy do nieco chłodniejszego pomieszczenia. Podniosłem jeden z czerwonych koszyczków, a tak o, może się przyda.
— Dobieraj, co chcesz — mruknąłem, rozglądając się za półką z alkoholami, bo i jakieś wino przydałoby się może kupić.
Cholera wie.
Stresowałem się pieprzoną herbatką i ciasteczkiem.
Wspaniale.

Od Antoniego CD Nivana

I ponownie po prostu zamilkł, a ja miałem wrażenie, że cała ta sytuacja z każdą mijającą sekundą robiła się coraz bardziej nieporadna. Ugryzłem się w policzek, hamując się jeszcze przed rzuceniem jakiegoś idiotycznego komentarza na cały ten temat, bo może po prostu nie miał ochoty na rozmowy, prawda?
Przeszliśmy w jakimś tam spokoju przez pasy. Nie żebym prawie został przejechany przez rowerzystę, który najwidoczniej nie zna jakichkolwiek zasad poruszania się na dwukołowcach w miejscu publicznym. Burknąłem coś pod nosem, ostatecznie decydując się, żeby jednak nie wszczynać niepotrzebnych kłótni na środku ulicy.
Nie teraz, nie miałem ochoty i humoru, zdecydowanie wolałem zajmować swoje myśli kimś innym.
— Nie mam żadnych ciastek w domu, skoczymy do sklepu, bo jest po drodze? — zapytał nagle mężczyzna, zwracając moją uwagę.
Wzruszyłem ramionami, posyłając w jego stronę uśmiech.
— Jeżeli proponujesz i tak dalej, a sklep naprawdę jest po drodze, to bardzo chętnie — oświadczyłem, po czym znowu odwróciłem wzrok, by po prostu zacząć wpatrywać się przed siebie.
I może trochę odpłynąłem na krótszą chwilę. Może pochłonęły mnie myśli na temat całej tej relacji, wydarzeń z ostatnich tygodniu.
I możliwe, że ciut nie dowierzałem, że tak łatwo uszło mu to na sucho, że tak szybko wybaczyłem, bez robienia ogromnej afery, nie wliczając w to rozoranego policzka. I może to nie było w moim stylu.
Bo chyba zaczynałem powoli zdawać sobie sprawę z tego, że temu wszystkiego daleko było do zauroczenia, a ciut bliżej do miłości.

Od Nivana cd Antoniego

— Dalej jesteś atrakcyjny — rzucił w pewnym momencie, by jedynie na chwilę przerwać zastałą pomiędzy nami ciszę. Może uśmiechnąłem się pod nosem, prawdopodobnie chciałem pokręcić głową i rzucić jakimś zgryźliwym komentarzem, ale oszczędziłem sobie przyjemności. Zamiast tego dalej wpatrywałem się beznamiętnie w światła, czerwonego ludzika, który skutecznie uniemożliwiał nam przejście dalej, chociaż spora część osób mimo wszystko rzucała się przez ulicę, najwidoczniej gonieni przez czas. A wystarczyłoby się zebrać pięć minut wcześniej, nie musielibyście biec. Cóż, przecież ploteczki z Marysią są ważniejsze od mojego spotkania o pracę, prawda?
— Co do brody, zgadzam się w stu procentach i pozostanę po prostu przy moim aktualnym wizerunku — odezwał się po raz drugi, a za chwilę przechodziliśmy szybko przez zebrę. Wciąż nie miałem zamiaru komentować tego wszystkiego, a jedynie napawać się ciszą przerywaną to przez jego głos, to przez harmider miasta, które powiedzmy sobie szczerze, żyło. Zawsze i wszędzie, w każdym zakamarku coś się działo, bębniło, tłukło, szeleściło.
— Nie mam żadnych ciastek w domu, skoczymy do sklepu, bo jest po drodze? — spytałem, zerkając na mężczyznę.
Naprawdę nie moja wina, że nie miałem parcia na słodkie, a częściej na słone. Czipsy, paluszki, talarki, krakersiki, prażyny [nie krewetkowe, co to, to nie, nigdy bym tego świństwa nie kupił].
No, a przecież chciał te maślane... Czy co to tam było.

Od Adaline cd Juliena

Przeniosłam się już dawno temu na kanapę, stwierdzając, że trochę towarzystwa mi nie zaszkodzi. W każdym bądź razie takiego towarzystwa, w którym nie musiałam się udzielać i wystarczała mu tylko moja obecność, ponieważ jako istota żyjąca stanowię obiekt do którego można mówić, a to że nie odpowiadam, nie koniecznie oznacza, że nie słucham. Tak więc wszystko się kręci i jest dobrze. Beatrice krząta się po części kuchennej, gotując obiad, który jak to określiła też będę mogła zjeść. Lily Blue nie za bardzo przepada za wegetariańskimi daniami, jednak szybko znalazłyśmy na to sposób - gotujemy dla nas dwóch. Ja osobiście często robię dania, do których można dodać mięso na końcu. Ja nakładam sobie pierwsza, później Bee dodaje mięso i tak je.
Tak więc siedzę sobie i szkicuję obraz dla naszej sąsiadki z piętra niżej, która męczy mnie o niego już dobre kilka miesięcy. Przeraża mnie ta staruszka na ten ohydny sposób, że wolę zrobić to, o co mnie prosi, aby mieć święty spokój. Co za ironia, święty spokój, a przecież ja nie jestem wybitnie wierząca. Mimo to nadal co jakiś czas noszę na szyi drewniany krzyżyk po mamie... Człowiek to za słaby mechanizm, więc w końcu musi być ktoś silny i doskonały. Niestety czasem człowiek przypomina sobie o tym dopiero wtedy, kiedy nie daje czegoś zrobić samodzielnie. Do tej grupy osób należę ja.
W drzwiach przekręca się klucz, a ja przewracam oczami, ciężko wzdycham i poprawiam się na kanapie, szukając jeszcze wygodniejszej pozycji od tej, w której przed chwilą się znajdowałam.
- Wraca nasza księżniczka - mówię beznamiętnie, za to z ust Bee ucieka śmiech. Ona wręcz uwielbia to jak ogromną miłością pałam do naszej współlokatorki. Przekręca się znowu klucz, a przynajmniej próbuje.
- Chyba nie może wejść - zauważa Beatrice, a ja wzruszam ramionami. - Nie wymieniłaś zamków podczas mojej drzemki, co? - wywołuje to u mnie mały, delikatny uśmiech na ustach. Nie głupi pomysł.
- Niestety nie - wracam do normalności. Uśmiech poszedł się pie... no, poszedł sobie.
- Otworzysz jej? - odwracam wzrok w jej stronę i unoszę brew. - Zepsuje nam zamek, a ja nie mam ochoty wydawać na to pieniądze.
- Ona zepsuje, niech ona płaci - rzucam obojętnie, a może prawie poirytowana.
- Adaline, proszę - odpowiada spokojnie i ciężko podnoszę się z kanapy. Znowu grzebie w zamku.
- Wsadź jeszcze jeden kurwa klucz, a cię nie wpuszczę! - krzyczę, żeby mogła usłyszeć. Wzdycham i przekręcam zamek, otwieram drzwi i stoję jak wryta.
Trwa to może sekundę, może mniej, ale mam ochotę otworzyć usta ze zdziwienia. Widzę jego i czuję, jak krew zaczyna się burzyć w moich żyłach. Mam ochotę skoczyć mu do gardła... a nie. Właściwie dlaczego jemu? Mam ochotę rzucić się do gardła jej. Jednak szybko odzyskuję zimną krew i z kamienną twarzą trzaskam drzwiami, które zamykam na klucz, zostawiając ich na korytarzu. Wracam na kanapę.

Od Odette C.D Aaron

    Od czasu wyjścia z mieszkania moją głowę zajmowało tylko jedno pytanie: jak mam wynagrodzić Aaronowi Brownowi to… wszystko? Moja wdzięczność wobec niego rosła z każdą myślą i wiedziałam, że gdyby nie on, to wszystko wyglądałoby o wiele, wiele gorzej. Teraz, gdy Jamie obracała się w klatce szaleństwa i totalnej rozpaczy, wsparcie wydawało się najbardziej potrzebne. Wyszłam zaraz za nią i cudem trafiłyśmy do mieszkania, gdzie od razu dostałam rozkaz, by zasunąć wszystkie rolety, pozamykać drzwi. Wiedziałam, że długo nie mogę pozwalać jej popadać w ten obłęd. Że musi odżyć, musi znaleźć jedną, optymistyczną myśl, która pociągnie ją w górę, ale dopóki minęło tak mało czasu, chciałam, by chociaż przyswoiła świadomość, że została skrzywdzona i zaczęła z nią stopniowo walczyć. Pomogę jej w tym i to rzecz, której jestem w stu procentach pewna.
    W mieszkaniu nie działo się już nic niepożądanego. Udało mi się cudem uspokoić Jamie, kosztem wiader przelanych łez, wybuchów histerii i zignorowania egzaminu, który w chwili obecnej zdawał się być tylko małą, nic nieznaczącą kroplą w oceanie. Dziewczyna zasnęła na dobre pół dnia, zjadła jedynie miskę zupy, jaką przygotowałam po południu, i później znowu położyła się na łóżku. Nie odstępowała go na nawet krok, traktując materac jak azyl, kołdrę jak tarczę chroniącą ją przed złem całego świata, a jednak ciasne ściany pokoju niezaprzeczalnie były niczym klatka.
    Przed szóstą siedziałam bezczynnie w mieszkaniu i bez przerwy dopatrywałam przyjaciółki, która wiele razy mamrotała przez sen, jęczała i szarpała się z powietrzem. Musiała przeżywać istne piekło w głowie. Korzystając jednak z chwili, kiedy twarz dziewczyny zdawała się pogrążać w pozornie spokojnym śnie, opuściłam mieszkanie. Z najbliższego bankomatu wyciągnęłam tyle pieniędzy, ile mi tylko zostało, i nawet otaczająca mnie zewsząd ciemność nie powstrzymała mnie przed znalezieniem eksluzywnego sklepu z upominkami. Wybrałam duży koszyczek z czekoladkami, winem oraz kawą – dla zapracowanego mężczyzny było ich aż kilka rodzajów, bym zyskała pewność, że trafiłam choć w gust. Trafiłam do dużego wieżowca i windą pokonałam tyle pięter, że nawet przestałam liczyć upływające minuty. Starałam się tylko nie potknąć się po drodze i zauważyć coś przez duży kosz, jaki ciągle zasłaniał mi pole widzenia. Od przechodzącej obok asystentki, nawiasem bardzo urodziwej,  dowiedziałam się, gdzie mieściło się biuro pana Browna.
    Cel? Naciśnięcie klamki bez upuszczenia kosza. Modląc się o to, by wszystko poszło dobrze, wyciągnęłam ostrożnie rękę. Już po paru sekundach drzwi stały przede mną całkowitym otworem i równocześnie przeżyłam krótki zawał. Szukany przeze mnie mężczyzna dosłownie wszedł mi w drogę.
***
    Nie spodziewałam się tej propozycji. Ani trochę.
    - W zasadzie… tak – zająkałam się, uświadamiając sobie, co w ogóle wygaduję. – Znaczy nie! Nie mam nic przeciwko. – Delikatnie się speszyłam i spojrzałam na jego twarz, na której zagościło rozbawienie. Pewnie byłam cała czerwona. – Znaczy, że chętnie pójdę z panem na kolację.
    - Aaron – poprawił mnie z szarmanckim uśmiechem. – Mów mi po prostu Aaron.
    - Dobrze, Aaron. – Dziwnie to zabrzmiało w moich ustach. Miałam ochotę panikować i zmienić to, co powiedziałam, lecz jego zgoda, a wręcz nakaz, skutecznie mnie uspokoił.
    Mój wzrok chwilowo powędrował na duże okno, będące w tym momencie tłem dla formalnie wyglądającego mężczyzny. Na zewnątrz czaiła się częściowa ciemność, zmazywana resztkami pomarańczy na niebie, gdzieś tuż nad horyzontem.
    - Ale… to teraz? – Spojrzałam po sobie zupełnie tak, jakbym była ubrana zbyt nieprzyzwoicie jak na tak specjalną okazję. On jednak pokiwał głową, nie przejmując się tym nerwowym błyskiem, który przeszył moje tęczówki.
    - Porwanie na kolację? Tak, miałem na myśli teraz. – Poprawił krawat i dodał, uprzednio zerkając za siebie, na panoramę miasta pogrążającą się w ciemności. – Teraz chyba jest odpowiednia pora.
    - Nie jestem zbyt przygotowana – wtrąciłam ciszej, a wyraz mojego uśmiechu zmienił się raczej na odrobinę nieśmiały. – Ale chyba to nie takie ważne?
    Czułam jak przesuwa po mnie szybkim spojrzeniem.
    - Skądże! – Machnął ręką i otworzył szerzej drzwi, pozwalając mi wyjść w pierwszej kolejności. I niczego innego się po nim nie spodziewałam. Uśmiech sam cisnął mi się na usta, gdy ogarniała mnie myśl, że trafiłam na szanującego kobiety dżentelmena. On jednak musiał mieć w sobie jakąś wadę. Wbrew podświadomości krzyczącej, że miał ją na pewno, ja nie dopuszczałam tej myśli do swojej głowy. Było mi znacznie przyjemniej, wiedząc, że dostrzegalne przeze mnie w człowieku pozostają tylko zalety. Ale tamtych zwyrodnialców nie brałam pod lupę…
    Samochód mężczyzny dowiózł nas prosto do jednej z lepszych restauracji w mieście. W duchu kryłam podziw, że kiedykolwiek mogłam znajdować się w takim miejscu przy obecnych zarobkach jako kelnerka. Z Aaronem to jednak inna sprawa. Co prawda Adam Lancaster wydawał się aż nazbyt hojny w moich wynagrodzeniach, ale i tak miałam przed sobą tą samą myśl: wow.
    Upór Aarona Browna znacznie przewyższył mój, bo tylko gdy podeszliśmy do stolika i wyciągnęłam portfel, kazał mi go schować. O swoją niezależność walczyłam tylko małą chwilę.
    - Bierz wszystko, na co tylko masz ochotę. – Uśmiechnął się i pochwycił menu w dłoń. Powiedział to bez większego zawahania, albo wiedząc, że nie puszczę go z torbami, albo po prostu drobna kwota mu nie przeszkadzała. Sądząc po bawieniu się w negocjacje z małą dziewczynką i podarowanie jej dwóch tysięcy awarów raczej stawiałam na drugą opcję.
    Naprzeciw słowom mężczyzny wybrałam, owszem, co chciałam, lecz w rozsądnych cenach, i była to dwudziesta druga pozycja z kategorii podwieczorek. Nie umiałam nagle wybrać homara z egzotycznymi dodatkami, którego ceny nie pokrywała nawet moja dniówka. Jeszcze tylko przyszedł kelner, który wręczył nam wino i poczułam się tym chyba aż zbyt rozpieszczana.
    - Napijesz się? – Aaron chwycił otwartą już butelkę w dłoń.
    - Jasne, tylko troszeczkę. – Z tymi słowami mężczyzna nalał szkarłatnej cieczy do obu naczyń i podsunął mi jedno. W błyszczącej powierzchni odbił się cały elegancki wystrój. Na suficie wisiało parę jasnych żyrandoli, które pomagały utrzymać klimat wykwintnej restauracji dosłownie wyrwanej z zagranicznych filmów romantycznych. Powiedziałam romantycznych? Miałam na myśli filmów akcji…
    W oczekiwaniu na zamówione pozycje nasunęło mi się pytanie. Czemu by się czegoś więcej o nim nie dowiedzieć? Gdy tylko na niego patrzyłam, widziałam w nim tożsamość biznesmena owianego dużą tajemnicą. Powstała we mnie wręcz potrzeba, by tego wieczoru dowiedzieć się czegokolwiek więcej niż faktu, że pracuje w Brown Inc.
    - Masz jakieś zainteresowania oprócz pracy? Robisz coś? – Powoli upiłam łyk wina.


[Aaron?]


+20PD